Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wybór Ady - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
2908 pkt
punktów Virtualo

Wybór Ady - ebook

Lato 1939 roku. Warszawskie zoo, prowadzone przez Jana i Antoninę Żabińskich, żyje własnym rytmem. Rozkwita mimo czającej się tuż za rogiem wojny. Tuzinka, pierwsze słoniątko urodzone w Polsce, jest ulubienicą Warszawiaków.

Pierwszego września letnie niebo przecina grom, po którym nic już nigdy nie będzie takie samo… W Willi pod Zwariowaną Gwiazdą Żabińscy robią wszystko, by ratować ludzi i zwierzęta. Na przekór zalewającym świat mrokom usiłują ocalić każdy okruch dobra.

Na terenie ogrodu zoologicznego splatają się losy młodego opiekuna słoni, żydowskiego lekarza i kobiety bez przeszłości. Muszą stawić czoła wojnie, własnym namiętnościom i wyborom niemożliwym do dokonania.

Wybór Ady, powieść wydana wcześniej pod tytułem Willa pod Zwariowaną Gwiazdą, to doskonałe połączenie fikcji z poruszającą historią, która wydarzyła się naprawdę.

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-271-7115-3
Rozmiar pliku: 2,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PIOTR

.

W dzieciństwie miałem tylko jedno marzenie, chciałem zobaczyć słonia. Było to dziwaczne, wręcz wstydliwe pragnienie, dlatego nikomu nigdy się z niego nie zwierzałem. Bo i po co wystawiać się na pośmiewisko, narażać na kpiny, szturchanie, wyzwiska? Na ulicy trzeba być takim samym jak inni. Starałem się więc ze wszystkich sił być taki jak pozostałe łobuzy z Pragi. Z marnym skutkiem. I oni, i ja czuliśmy, że coś nas dzieli, a tym czymś był mój sekret, moje ukryte marzenie o słoniu.

Moi koledzy z sąsiedztwa śnili o ojcu bez pasa, parze butów, najlepiej niedziurawej i w adekwatnym rozmiarze, o palcie i węglu na zimę, o sienniku, którego nie trzeba dzielić z rodzeństwem lub starym dziadkiem. Nade wszystko zaś – marzyli o jedzeniu. Codziennie spotykaliśmy się z samego rana i rozmawialiśmy o tym, co byśmy zjedli, roztaczając przed sobą nawzajem wspaniałe wizje stołów uginających się pod ciężarem białego chleba, którego jeszcze nigdy żaden z nas nie miał w ustach, kiełbasy, ziemniaków ze smalcem i solą, których można by zjeść do woli. Im dłużej rozmawialiśmy, tym częściej musieliśmy spluwać na ziemię, bo tyle śliny pojawiało się nagle, nie wiadomo skąd, w naszych ustach.

Nie, w rzeczywistości naszego dzieciństwa nie było miejsca na marzenia o słoniu, zbyt wiele było bardziej naglących potrzeb. Milczałem więc.

Mimo wszystko najbliższymi mi ludźmi na początku mego życia byli chłopcy mieszkający po sąsiedzku w naszej murowanej czynszówce, którą nazywaliśmy szumnie kamienicą. Bo czyż mieszkanie pod dachem, w domu o suchych, choć krzywych ścianach, ze wspólną kuchnią i ubikacją na każdym piętrze, nie było niemal luksusem w porównaniu z grzybkami drewnianych biedadomków po drugiej stronie ulicy? Albo jamami wykopywanymi w żwirze nasypów kolejowych? Szmulowiznę otaczały z trzech stron torowiska, wzdłuż których wiły się korytarze nor zamieszkiwanych przez najuboższych, niezaradnych, nikomu niepotrzebnych mieszkańców miasta.

W pogodne dni siedzieliśmy z chłopakami na schodach z brodami podpartymi na pięściach albo wałęsaliśmy się po ulicach, pokrzykiwaniem i głośnym śmiechem bez powodu usiłując zagłuszyć burczenie w brzuchach.

Praga, nie licząc może okolic początków Ząbkowskiej, Targowej czy odchodzącej od niej w stronę Jagiellońskiej urokliwej uliczki Kępnej – gdzie chodziliśmy niekiedy poprzyglądać się ładnym panienkom, uczennicom prywatnego gimnazjum żeńskiego Zofii Łabusiewicz – postrzegana była wówczas za schronienie dla wszystkich „odpadów”, jak nazywano niepożądanych mieszkańców stolicy zachodniego państwa, za jakie chciała uchodzić niepodległa Polska. Prawobrzeżna Warszawa jawiła się jako swoisty azyl nędzarzy, sierot, weteranów wojennych, bezdomnych, ulicznic.

Dzielnica, w której granicach zamknięty był cały świat mojego dzieciństwa, uważana była za wylęgarnię złodziei, łajdaków, opryszków, żebraków, włóczęgów i wszelkiej maści rzezimieszków, innymi słowy, za obrzydliwą pleśń na zdrowym organizmie Warszawy. Ówcześni znawcy społeczeństwa z wielką wprawą prześcigali się w wygłaszaniu negatywnych opinii na temat Pragi, uparcie pomijając rozwijający się tu przemysł oraz handel, kwitnący dzięki rozlicznym połączeniom komunikacyjnym ze wschodem i zachodem. Woleli widzieć jedynie to, nad czym mogli wytrząsać się na łamach gazet – zaniedbania, konflikty z prawem i biedę mieszkańców naszej dzielnicy – niż dostrzec robotników, fabrykantów, rzemieślników, przemysłowców czy wielce obrotnych kupców handlujących nawet z zagranicą. Pomstowali na brud i fetor nie do zniesienia, jakby na lewym brzegu Wisły nie widywano gnoju powciskanego pomiędzy pękate kamienie nawierzchni, który latem, w połączeniu ze smrodliwymi rynsztokami, nawet w eleganckich dzielnicach wydzielał straszliwy odór. Pył węglowy i dymy z kominów także nie wdzierały się tu w tynki jakoś intensywniej niż w Śródmieściu, a mimo to wciąż powtarzano opinie, że Praga to miejsce szare, ponure i smutne.

Szmulowizna – dawny majątek Samuela, zwanego Szmulem, Zbytkowera, protegowanego ostatniego króla Polski, o czym wszyscy mieszkańcy dzielnicy mówili zawsze z dumą tak wielką, jakby to była ich osobista zasługa (zdarzali się i tacy, którzy twierdzili, że w prostej linii są potomkami Zbytkowera) – uchodziła za najgłębsze czeluści praskiego piekła, za czarne, smoliste morze zepsucia i zgnilizny moralnej. Świat ludzi żyjących z dnia na dzień, bez planów, bez stałego źródła dochodów, bez jakichkolwiek przymiotów poważanych obywateli.

Ja jednak nie widziałem tego wszystkiego. Dla mnie był to świat, owszem, pełen niedostatków, ale fascynujący, różnorodny, przepełniony zapachami i kolorami, gdzie polski mieszał się z rosyjskim, jidysz, ukraińskim, a nade wszystko z gwarą praską, która zdawała się niekiedy językiem ponadnarodowym, jak francuski na królewskich dworach. Bywałem tam naprawdę szczęśliwy, na przykład wtedy, gdy udawało nam się znaleźć lub ukraść coś do jedzenia. Dzieliliśmy wówczas zdobycz uczciwie między siebie, choćby to był najmniejszy kawałek słoniny czy jedna cebula. Nikt nie najadał się wprawdzie do syta, ale wzrastało nasze poczucie bliskości, wywołane wspólnym znoszeniem niedostatków. Gdy byłem mały, zdawało mi się, że właśnie ten nieustanny niedosyt buduje jedność i dziwną solidarność mieszkańców naszej dzielnicy. Byliśmy my i cała reszta świata. Mieliśmy własny kodeks honorowy, zgodnie z którym swojego broniło się zawsze, choćby się go na co dzień nie lubiło i wśród miejscowych obrzucało najbardziej wyrafinowanymi obelgami. Na cudzej ziemi jednak nawet wróg, ale z dzielnicy, był jak brat.

Gdy było wyjątkowo zimno lub mocno padało, gnieździliśmy się w starej drewnianej latrynie na tyłach naszego domu. Zaczynał się tam teren, który nazywaliśmy Ciemnością – wielka przestrzeń pozbawiona zabudowań, a w bezksiężycowe noce jakichkolwiek źródeł światła. Pójście „na Ciemność” po zmroku było wielce szanowanym wyczynem, na który mało kogo było stać. Nawet najodważniejsi znajdowali zwykle jakąś wymówkę, by nie poddawać próbie swego męstwa. W ustępie, niepozornym punkcie granicznym między naszym światem a Ciemnością, śmierdziało okropnie. Zapach odchodów wielu pokoleń Prażan zamieszkujących te okolice wdzierał się w usta i nos, ale było przynajmniej sucho i mogliśmy być razem, zamiast siedzieć w domu z całą rodziną. Nasze mieszkania, będące zazwyczaj pojedynczą izbą, służyły wyłącznie do spania i jedzenia. Spaliśmy na siennikach, za dnia zrzucanych jeden na drugim pod ścianą, a posiłki przygotowywaliśmy we wspólnej kuchni, o ile w ogóle akurat było co ugotować i zjeść. W brudzie, zaduchu i ciasnocie nie dało się wysiedzieć dłużej, więc bez względu na porę roku wszyscy wychodzili ze swoich mieszkań na podwórko, gdzie toczyło się prawdziwe życie.

Latem kobiety, niemal wszystkie z małymi dziećmi zawiązanymi w chustach przy piersi, wynosiły przed dom stołeczki i siedząc na nich, łuskały fasolę, obierały jarzyny i plotkowały. Czasem urządzały wspólne pranie. Wówczas na podwórzu ustawiano kilka wielkich balii. W jednych moczono brudne ubrania. Do drugich dodawano obierki mydła, gdy ktoś je miał, lub po prostu popiołu czy piasku i rozcierano na tarach co bardziej zabrudzone miejsca, by na końcu wypłukać pieluchy, odzież, pościel czy szmaty w zimnej wodzie. Ciężką pracę kobiety umilały sobie śpiewem. Dni, w których robiono wspólne pranie, nabierały niemal świątecznego charakteru. Małe dzieci z nabożnym zachwytem wpatrywały się w cebry, w napięciu czekając chwili, gdy z którejś balii uniesie się ku niebu kolorowa bańka. Potem wszyscy pomagali rozwieszać pranie na sznurach rozpiętych w oknach lub pomiędzy drzewami. Wówczas cały świat pachniał inaczej, jakby świeżej. Kobiety zaś, choć spocone i z poczerwieniałymi rękoma i twarzami, wydawały się jakieś weselsze.

Zimy były smutniejsze. Mrok gęstniejący co dzień zbyt szybko zdawał się opanowywać także ludzkie dusze. Kobiety, okryte dziurawymi kocami, tuląc się do siebie, cerowały poszarzałą bieliznę. Siedziały wtedy przy jednej lampie, na ławach w sieni kamienicy, całkowicie zagradzając przejście, i z rzadka tylko nuciły coś pod nosem. Wszyscy chodzili zziębnięci, a i głód odczuwaliśmy jeszcze silniej, gdy ścisnął mróz. Niedogrzewane mury nie dawały ciepła swoim mieszkańcom, choć niewątpliwie chroniły przed lodowatymi podmuchami wiatru czy zawieją śnieżną. O tej porze roku utyskiwano niemal na wszystko. Złorzeczono władzy i Bogu, mężowie krzyczeli na żony, matki na dzieci. Woda zamarzała w wiadrach, a odchody w ustępach, tak że przy oddawaniu moczu z ich wnętrza wydobywała się cuchnąca para. A jednak nikt nie narzekał na kąt, który zajmował. Wszyscy zgodnie cieszyli się, że w ogóle mają dach nad głową. Wiedzieliśmy bowiem, jak łatwo można go utracić.

Gazety rozpisywały się o coraz liczniejszych przypadkach samobójstw spowodowanych tym, że nagle całe rodziny lądowały na bruku. Ludzie, którzy tracili pracę, mieli wypadek w fabryce lub zapadali na zdrowiu, byli niemal natychmiast, bez uprzedzenia, wyrzucani z zajmowanych dotąd izb i zasilali i tak już liczne szeregi warszawskich bezdomnych. Takie było prawo. Nikt nie mógł zabronić podobnego zachowania właścicielom czynszówek, a jednak wszystkim zdawało się niepokojące, że prawo w wolnej Polsce, które winno chronić obywateli, przyzwalało na wyrzucenie w środku zimy ojca z pięciorgiem dzieci i położnicą, tylko dlatego, że zalegali z komornym dzień czy dwa.

W rozmowach, które dorośli toczyli na podwórzu, często powtarzało się tajemnicze słowo: eksmisja, i choć nie jestem pewien, czy oni sami pojmowali w pełni jego znaczenie, gdy padło z czyichkolwiek ust, słuchający zastygali, kurczyli się w sobie, jakby chcieli się przed czymś ukryć. Za każdym razem, gdy ktoś wypowiadał to słowo, zdawało mi się, że w lokatorach naszej kamienicy rodzi się jakiś dziwny zapał. Kobiety zaciskały wargi i wykonywały swoje prace jeszcze energiczniej, a mężczyźni wkładali brudnawe kraciaste czapki na głowy, papierosy w usta i odchodzili bez słowa. Nie wiadomo dokąd.

O tym, czym się zajmowali, nie mówiło się na podwórzu głośno. Wszyscy jednak zgodnie oddychali z ulgą, gdy ich ojcowie i mężowie znikali w szarudze świtu, by znów wstrzymać powietrze, gdy wracali po zachodzie słońca. W kamienicy wypełnionej za dnia gwarem, krzątaniną, śpiewami, kwileniem niemowląt, piskiem i śmiechem dzieci wieczorem królowała cisza, odgłos strachu. Od czasu do czasu ktoś krzyczał bełkotliwie grubym męskim głosem, a zaraz potem rozlegał się kobiecy szloch i wtedy wszyscy wiedzieli, że gdzieś w sąsiedztwie zaczęło się bicie. Pozostałe kobiety sztywniały i spoglądały czujnie na swoich milczących jeszcze mężów o zaczerwienionych twarzach i kwaśnym oddechu, pochylonych nad miską kartofli lub brukwi. Modliły się, by tego dnia bicie je ominęło. Niektóre na wszelki wypadek zakładały na plecy dodatkową koszulę czy kamizelkę, żeby w razie czego mniej bolało. I przez cały czas błagały Boga, by małżonek najadł się tym, co odebrały od ust sobie i dzieciom, i zmorzony snem padł na siennik. Chciały pozostać niezauważone, to było ich jedyne marzenie. My, starsze dzieci, staraliśmy się nie wracać do domu przed zgaszeniem ulicznych latarni. A gdy wreszcie szliśmy ciemną klatką schodową i rozchodziliśmy się każdy ku odrapanym drzwiom swojego mieszkania, ci z nas, którzy mieli matki, łączyli się z nimi w modlitwach. Wszyscy bez wyjątku chcieliśmy zastać ojców śpiących. Czasem się udawało...

Matki nie miały wyboru, ale my wieczory spędzaliśmy zwykle na dworze lub, jak już wspomniałem, w starej latrynie. Kryjówka ta miała jednak pewną wadę, o wiele gorszą od smrodu. Choć w naszej kamienicy na każdym piętrze był ustęp, od czasu do czasu ktoś przychodził do tego na podwórzu i szarpał za drzwi. Działo się to głównie wieczorami, gdy zamroczonym alkoholem mężczyznom ustęp na podwórzu zdawał się łatwiej osiągalny niż ten w kamienicy, do którego mimo wszystko trzeba się było wdrapywać po schodach. Gdy ktoś podchodził do drzwi, momentalnie milkliśmy, nasłuchując w napięciu. Jeśli potrzeba była niewielka, mało kto, napotkawszy zamkniętą zasuwkę, próbował ponownie wejść do środka. Ten i ów szedł pod płot, a kobiety zwykle sikały wprost do wiadra z wodą, którą od czasu do czasu zalewano nieczystości w latrynie. Jednak gdy szarpnięcie się powtórzyło, a zaraz po nim następowała siarczysta salwa przekleństw, oznaczało to, że jesteśmy w kłopocie. Kiedy potrzeba była naprawdę paląca, do obelg szybko dołączało walenie w cienkie drewniane drzwi. Już przy drugim szarpnięciu rozpoczynaliśmy ewakuację, zwłaszcza gdy po wściekłych wrzaskach osoby, której bulgotało w trzewiach, stojącej w strugach deszczu lub zimowej zawiei, rozpoznawaliśmy kogoś ważnego. Kogoś, kogo należało się bać.

Za ustępem rosły gęsto splątane krzaki przyciskające się do tylnej ściany budki. Starsi chłopcy wyryli w nich niewidoczny z zewnątrz tunel, a potem poluzowali dwie deski, by móc podglądać dziewczyny albo spółkujące z zapałem pary. Większość z nas była tak chuda, że po odgięciu luźnych desek bez trudu wślizgiwaliśmy się w szparę i dalej w kłującą ciemność krzaków. Czasem jednak gość czekający na zewnątrz zdążył już z wściekłości szarpnąć tak mocno, że wyrywał skobelek i otwierał drzwi. Tych z nas, którzy nie zdołali do tej pory uciec i zostali rozpoznani, następnego dnia spotykało ciężkie lanie.

Raz Mały Józek od Siwków nie przeżył bicia za zajęcie latryny. Złapał go młody Wronek, potężne, wściekłe i zawsze pijane bydlę z sąsiedniej ulicy. Jego kobieta, którą traktował równie źle jak wszystkich innych, mieszkała w naszej kamienicy. Wronek złapał malca i bez słowa połamał mu żebra, rozbił głowę, rzucił na ziemię jak szmacianą lalkę, a potem spokojnie zsunął gacie i zasiadł załatwić potrzebę, która go tu przywiodła. Mały Józek umarł tymczasem po drugiej stronie zepsutych ponownie drzwi. Zdechł jak pies i nikt po nim nie płakał, bo Siwkowie mieli jeszcze czternaścioro bachorów. Pewnie nawet nie zauważyli jego zniknięcia. Ja jednak nigdy więcej tam nie poszedłem. Nie mogłem i już.

Od tego dnia chłopcy z naszej ulicy zaczęli mówić głośno to, co przeczuwali od dawna. Obwołali mnie dziwakiem i nie marnowali okazji, by uprzykrzyć mi życie. I tak niełatwe.

Nie miałem matki. Ojciec zwykł mawiać, że to ja ją zabiłem.

– Nie pleć bzdur! – ofuknęła go kiedyś babka, słysząc te słowa. – Słaba była. Zabiedzone chuchro takie. Straciła dużo krwi, to i obumarła. Żadna w tym wina chłopaka. Sam wybrałeś sobie mizerną babę, to teraz nieś brzemię, a nie na dzieciaka zrzucaj.

Babka mieszkała z nami. Gdy kładła się do snu, jej stopy sięgały jednej ściany, a głowa drugiej. Była postawną kobietą, mimo tuszy zwinną i szybką. Jej muskularne ramiona porastał ciemny meszek wystający spod rękawów podkasanych o każdej porze roku. Ciężki los wyrył na jej twarzy liczne bruzdy, poznaczył ciało brązowymi plamami, wysuszył skórę, pozbawił miękkości dłonie. Nigdy się nie uśmiechała, a zrośnięte nad nasadą nosa krzaczaste brwi czyniły ją jeszcze groźniejszą. Babka była stanowcza i na wskroś sprawiedliwa, choć przez całe dzieciństwo nie zdołałem pojąć zasad, którymi kierowała się w swoich wyrokach. Jednak nikt, nawet mój ojciec, jedyny mężczyzna w domu, nie ośmielał się jej sprzeciwić. Nie lubiłem jej i ona także mnie nie lubiła. Nie jestem pewien, czy w ogóle kiedykolwiek kogokolwiek darzyła sympatią. Miałem wrażenie, że jej serce było niezdolne do odczuwania dobrych uczuć, nie potrafiło kochać, wzruszać się, współczuć, okazywać serdeczności czy czułości. Zdawało się równie wyschnięte jak skóra oblegająca bujną pierś, w której wnętrzu się kryło. Sam nie wiem, czego bałem się w owych dniach bardziej – ciężkiej ręki ojca czy okrutnych słów i chłodnego spojrzenia babki.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij