Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wybuchowa dwójka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
4799 pkt
punktów Virtualo

Wybuchowa dwójka - ebook

SPIN-OFF DYLOGII „SABATII”.

On – meksykański przystojniak, posiadający ego i IQ wielkości Ameryki. Spadkobierca fortuny, artysta, który po swojej matce nie tylko odziedziczył talent do malowania. Bo przecież sztuka to nie tylko obrazy, lecz także rozbryzgane mózgi wrogów, którymi on zdobi ściany niczym kunsztowne malowidła.

Ona – włoska mieszanka próżności, szaleństwa i zabójczego piękna. Na co dzień łamaczka męskich serc i… kości. Miłość to słabość, a jak sama twierdzi, jedyne, co wedrze się do jej serca, to pocisk.

Oboje pragną władzy. Nie potrafią przegrywać. Ciemniejsza strona bardziej ich kręci. Oboje kochają adrenalinę i życie na krawędzi. W końcu zostali wyszkoleni przez samych mistrzów złotego interesu.

Tobias Rejes i Nilay Amerigo? A może Upór i Maniakalna Nieustępliwość?

Czy dwa niemalże identyczne charaktery nauczą się ze sobą współpracować, gdy przyjdzie im się zmierzyć ze wspólnym wrogiem?

Jaką cenę przyjdzie im za to zapłacić?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68837-34-6
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Tobias

TRZY­NA­ŚCIE LAT WCZE­ŚNIEJ

Wier­ci­łem się nie­spo­koj­nie na krze­śle, co chwi­lę zer­ka­jąc na ze­ga­rek wi­szący nad wiel­ką, czar­ną ta­bli­cą na wprost mnie. Od­li­cza­łem mi­nu­ty do dzwon­ka i ko­ńca lek­cji. Wy­da­wa­ło mi się, że mi­nął już cały dzień, a wska­zów­ki ze­ga­ra w ogó­le się nie prze­miesz­cza­ły. By­łem pod­eks­cy­to­wa­ny, bo wie­dzia­łem, że ze szko­ły od­bie­rze mnie tata, a po­tem za­bie­rze na far­mę. Je­ździ­li­śmy tam co ty­dzień, w ka­żdy pi­ątek, na na­sze męskie strze­lan­ki. To na­sza mała ta­jem­ni­ca, któ­rą ukry­wa­li­śmy przed mat­ką.

– To­bias, czy sko­ńczy­łeś już wszyst­kie za­da­nia? – za­py­ta­ła na­uczy­ciel­ka ma­te­ma­ty­ki. Była nowa, pra­co­wa­ła w na­szej szko­le od ja­kie­goś ty­go­dnia.

Na moje nie­szczęście zo­sta­łem usa­dzo­ny w ław­ce z jej sy­nem, któ­ry de­ner­wo­wał mnie od pierw­sze­go dnia.

Kie­dy rok temu prze­nio­słem się do tej szko­ły, ka­żdy, co do jed­ne­go, był dla mnie prze­sad­nie miły, na­wet na­uczy­cie­le. Wie­dzia­łem, że mat­ka do­fi­nan­so­wy­wa­ła po­przed­nią pla­ców­kę, bo na ka­żdym ape­lu czy ze­bra­niu cała rada pe­da­go­gicz­na prak­tycz­nie ca­ło­wa­ła ją po sto­pach, a mi wręcza­li za to dy­plo­my i wcho­dzi­li w ty­łek.

– Tak. – Chwy­ci­łem za gór­ny róg kart­ki i po­ma­cha­łem nią w po­wie­trzu.

Na ten ruch Sa­mu­el sap­nął coś pod no­sem, ale nie usły­sza­łem co. Choć mia­łem ocho­tę zdzie­lić chło­pa­ka łok­ciem, zi­gno­ro­wa­łem go.

– Na­praw­dę? – za­py­ta­ła za­sko­czo­na i za­częła kie­ro­wać się w stro­nę na­szej ław­ki.

Już w po­przed­niej szko­le by­łem wzo­ro­wym uczniem i mia­łem naj­wy­ższą śred­nią. Kie­dy kla­sa za­czy­na­ła dru­gie za­da­nie, ja ko­ńczy­łem ostat­nie. Wiem, że wy­cho­waw­czy­ni roz­ma­wia­ła z moją mat­ką, by prze­nie­ść mnie do wy­ższej kla­sy. Przez wi­ęk­szo­ść lek­cji nu­dzi­łem się i cze­ka­łem, aż wszy­scy sko­ńczą. Tak jak te­raz, a nudę za­bi­ja­łem szki­co­wa­niem. Od­wzo­ro­wy­wa­łem wła­śnie mia­sto Ma­jów Uxmal oraz słyn­ną Pi­ra­mi­dę Cza­row­ni­ka, któ­ra le­ża­ła na pó­łwy­spie Ju­ka­tan.

– Dla­te­go ma­lu­je te­raz te swo­je bo­ho­ma­zy – ode­zwał się jej głu­pi sy­na­lek i si­ęgnął po moją kart­kę.

_Mo­ich rze­czy się nie do­ty­ka._

Nim się zo­rien­to­wa­łem, ołó­wek, któ­ry trzy­ma­łem, był wbi­ty w śro­dek jego dło­ni.

Głu­pek darł się jak nie­nor­mal­ny, a po twa­rzy po­pły­nęły mu łzy.

Mógł się trzy razy za­sta­no­wić, za­nim coś zro­bił, a nie te­raz be­czeć.

– To­bias, coś ty zro­bił?! Do dy­rek­to­ra, na­tych­miast!

Całe dwie mi­nu­ty, kro­cząc sze­ro­kim ko­ry­ta­rzem szkol­nym, na­uczy­ciel­ka ma­te­ma­ty­ki gło­śno wy­ra­ża­ła swo­ją nie­po­chleb­ną opi­nię na te­mat mo­je­go za­cho­wa­nia. Pro­du­ko­wa­ła się, ale jej nie słu­cha­łem. Uwa­ża­łem, że nie mia­ła ra­cji. Po­win­na zwró­cić uwa­gę Sa­mu­elo­wi, lecz oczy­wi­ście tego nie zro­bi­ła, bo swo­je­go syna trak­to­wa­ła ina­czej niż resz­tę kla­sy.

To miał być mój pierw­szy raz na dy­wa­ni­ku. Spo­dzie­wa­łem się, że do­sta­nę ochrzan od dy­rek­to­ra i mnie wy­pu­ści, bo co niby in­ne­go? Bar­dziej się za­sta­na­wia­łem, czy oj­ciec się wku­rzy i zre­zy­gnu­je z na­szych pla­nów na ten dzień.

Gdy tyl­ko dy­rek­tor Ra­mi­rez do­strze­gł mnie w pro­gu swo­je­go ga­bi­ne­tu, cała krew od­pły­nęła z jego twa­rzy. Był bla­dy jak ścia­na za nim.

– Ten chło­pak… – Na­uczy­ciel­ka nie zdąży­ła sko­ńczyć, bo mężczy­zna chwy­cił ją za przed­ra­mię i za­czął szep­tać coś do ucha.

Nie mia­łem po­jęcia co, ale z ka­żdą se­kun­dą jej oczy ro­bi­ły się wi­ęk­sze, a dło­nie drża­ły moc­niej.

– Bar­dzo prze­pra­sza­my, To­bias. Do­szło do nie­po­ro­zu­mie­nia. Pani Mar­ti­nez nie zna jesz­cze do­brze za­sad pa­nu­jących w na­szej szko­le, bo jak wiesz, pra­cu­je u nas do­pie­ro od ty­go­dnia. Bar­dzo ża­łu­je, że w ogó­le cię tu przy­pro­wa­dzi­ła.

Ona na­wet nie po­wie­dzia­ła, co się sta­ło…

Na­uczy­ciel­ka na jed­nym wde­chu wy­rzu­ci­ła swo­je prze­pro­si­ny. Za­pew­ni­ła mnie, że za­raz po po­wro­cie do kla­sy jej syn zro­bi to samo.

Skrzy­wi­łem się, bo nie mia­łem po­jęcia, co się wła­ści­wie dzie­je. Ta na­gła zmia­na za­cho­wa­nia była dziw­na.

– Mam na­dzie­ję, że ta sy­tu­acja zo­sta­nie mi­ędzy nami – ode­zwał się ner­wo­wo dy­rek­tor i prze­ta­rł kro­pel­ki potu, któ­re ze­bra­ły się na jego czo­le.

– To zna­czy? – Unio­słem brew, za­cie­ka­wio­ny.

– My­ślę, że nie mu­sisz wspo­mi­nać o tym swo­im ro­dzi­com. – Od razu wy­chwy­ci­łem drże­nie w jego gło­sie. – Na­praw­dę nic się nie sta­ło. Je­steś naj­lep­szym uczniem w na­szej szko­le i na pew­no pani Mar­ti­nez źle coś zro­zu­mia­ła i bar­dzo tego ża­łu­je. – Dy­rek­tor po­pa­trzył gniew­nie na moją na­uczy­ciel­kę, któ­ra tak moc­no ki­wa­ła gło­wą, jak­by za­miast szyi mia­ła ga­la­ret­kę.

Śmie­szy­ło mnie ich za­cho­wa­nie i za­cząłem na­bie­rać co­raz to wi­ęk­szych po­dej­rzeń. Wie­dzia­łem, że ro­dzi­ce byli bar­dzo bo­ga­ci, przy­ja­źni­li się z dy­rek­to­rem biu­ra fe­de­ral­ne­go, a lu­dzie ich sza­no­wa­li. W po­przed­nim mie­ście dzia­ło się tak samo, ale to… To mi się po­do­ba­ło.

Przy­po­mnia­ła mi się roz­mo­wa ro­dzi­ców, któ­rą pod­słu­cha­łem wczo­raj. Wspo­mi­na­li o wy­rwa­niu chwa­stów, eli­mi­na­cji prze­ciw­ni­ków i o ja­kiś za­sa­dach. Na­sza ochro­na, za­wsze ma­jąca przy so­bie broń, a ta­kże lu­dzie dla nas pra­cu­jący cho­dzi­li przy nas jak na szpil­kach. Nie ro­zu­mia­łem, z cze­go to do­kład­nie wy­ni­ka­ło, ale je­den wzrok mat­ki czy ojca i wszy­scy cho­wa­li gło­wy w piach.

– Dla­cze­go mia­łbym o tym nie wspo­mnieć? – za­py­ta­łem z lek­kim uśmiesz­kiem.

Na moje sło­wa Ra­mi­rez chwy­cił się kra­wędzi biur­ka, by nie stra­cić rów­no­wa­gi. Wy­glądał, jak­by miał za­raz do­stać za­wa­łu.

Pra­wie się ro­ze­śmia­łem.

– To się wi­ęcej nie po­wtó­rzy, To­bias. Bar­dzo prze­pra­sza­my.

***
Oj­ciec jed­ną ręką pro­wa­dził sa­mo­chód, a w dru­giej trzy­mał te­le­fon przy uchu. Krzy­czał na ko­goś po wło­sku. Po­mi­mo że uczy­łem się tego języ­ka do­pie­ro od dwóch mie­si­ęcy, już bar­dzo wie­le po­tra­fi­łem prze­tłu­ma­czyć. I je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, mó­wił coś o oso­bi­stej spra­wie, szyb­kiej śmier­ci, że resz­tą zaj­mie się mat­ka, bo dzi­siaj jest jego dzień ojca z sy­nem. Pó­źniej coś jesz­cze, ale te sło­wa aku­rat były mi obce. Wie­dzia­łem, że mu­szę jesz­cze bar­dziej przy­ło­żyć się do na­uki, choć uczy­łem się jed­no­cze­śnie trzech języ­ków. Ro­dzi­ce po­słu­gi­wa­li się kil­ko­ma i ja też mia­łem taki za­miar.

Przy­gląda­łem mu się przez chwi­lę, lecz nie za­da­wa­łem py­tań. Oj­ciec wy­da­wał się prze­ko­na­ny, że nie zro­zu­mia­łem nic z jego słów. Po­sta­no­wi­łem też nie wspo­mi­nać o sy­tu­acji w szko­le. Wró­ci­łem do czy­ta­nia ksi­ążki _Bu­szu­jący w zbo­żu_.

– Za­ła­twię coś szyb­ko w ho­te­lu, a Rol­ko, Char­lie i Ian z tobą zo­sta­ną. A po­tem, tak jak za­wsze, po­je­dzie­my po­strze­lać – ode­zwał się oj­ciec i po­czo­chrał mi wło­sy, jak ja­kie­muś ma­łe­mu dziec­ku, a prze­cież mia­łem już pra­wie trzy­na­ście lat i po­tra­fi­łem po­słu­gi­wać się bro­nią.

Tak na­praw­dę czu­łem się już mężczy­zną. Chcia­łem być taki jak on, by lu­dzie na mój wi­dok tak samo re­ago­wa­li i mnie sza­no­wa­li.

Wi­dząc moją skwa­szo­ną minę, za­śmiał się gar­dło­wo.

– O ja­kiej szyb­kiej śmier­ci mó­wi­łeś, tato?

Wy­ba­łu­szył oczy. Tym ra­zem to on za­czął mi się przy­glądać. Tak jak my­śla­łem, sądził, że nic nie zro­zu­mia­łem.

– Ci­ągle za­po­mi­nam o tym, ja­kim je­steś mądrym, ma­łym mężczy­zną. Po­roz­ma­wia­my, gdy wró­cę, synu.

Pod­je­cha­li­śmy przed ho­tel, któ­ry był na­szą wła­sno­ścią. Oj­ciec za­czął kie­ro­wać się w stro­nę głów­ne­go we­jścia, a ja cze­ka­łem przed au­tem z trze­ma ochro­nia­rza­mi.

– Czym tak na­praw­dę zaj­mu­ją się ro­dzi­ce, Roko? – za­py­ta­łem, kie­dy on ob­ser­wo­wał oto­cze­nie jak ja­kiś ja­strząb, go­to­wy w ka­żdej chwi­li rzu­cić się na swo­ją ofia­rę.

Całą szy­ję miał po­kry­tą ta­tu­aża­mi. Już sam jego wy­gląd od­stra­szał. Na do­da­tek był bar­dzo wy­so­ki. Mia­łem już metr sie­dem­dzie­si­ąt wzro­stu, a on chy­ba po­nad dwa. Mu­sia­łem za­dzie­rać gło­wę, by spoj­rzeć mu w oczy.

Nie zdążył od­po­wie­dzieć, bo z le­wej stro­ny nad­je­chał czar­ny Jeep, a po­tem wy­sko­czy­ło z nie­go kil­ku mężczyzn. Roko za­sło­nił mnie wła­snym cia­łem, wy­ci­ągnął z ma­ry­nar­ki broń, a za­raz po­tem pa­dła se­ria strza­łów. Char­lie i Ian krzy­cze­li coś nie­zro­zu­mia­le i tak samo jak Roko otwo­rzy­li ogień.

– Scho­waj się za sa­mo­chód, To­bias! – krzy­czał Roko.

Sły­sza­łem wszyst­ko jak przez mgłę. Ka­żdy ko­lej­ny huk mnie ogłu­szał. Ser­ce wa­li­ło mi jak mło­tem, ale po­słu­cha­łem go, osła­nia­jąc ręka­mi gło­wę. Na zgi­ętych no­gach rzu­ci­łem się w stro­nę ba­ga­żni­ka, by unik­nąć kul.

Wrza­wa, pa­ni­ka lu­dzi, nie­zro­zu­mia­łe krzy­ki, to wszyst­ko przy­po­mi­na­ło sen.

Na­gle Roko osu­nął się na zie­mię, a broń wy­pa­dła mu z ręki. Jego ko­szu­la była cała we krwi. Za­ci­ska­łem moc­no dło­nie w pi­ęści i mo­głem tyl­ko pa­trzeć, jak mój ochro­niarz umie­ra na jezd­ni. Wal­czył o od­dech, kil­ka razy za­trze­po­tał po­wie­ka­mi, a po­tem za­mknął oczy na do­bre.

Pierw­szy raz w ży­ciu wi­dzia­łem nie­bosz­czy­ka. I wte­dy od razu po­my­śla­łem o ojcu. Wie­dzia­łem, że też gdzieś tam był. Na samą myśl, że może sko­ńczyć jak Roko, pra­wie zwy­mio­to­wa­łem.

Nie wie­dzia­łem, co so­bie w ogó­le my­śla­łem, ale to był im­puls. Prze­czo­łga­łem się po zie­mi jak żo­łnierz i drżącą dło­nią si­ęgnąłem po splu­wę, któ­rą wy­pu­ścił mar­twy ochro­niarz.

_Po­tra­fisz to zro­bić, po­tra­fisz to zro­bić_, po­wta­rza­łem w gło­wie.

Po­de­rwa­łem się na nogi i za­ci­snąłem w dło­niach pi­sto­let, a po­wie­trze znów prze­ci­ęły po­ci­ski. Wte­dy zo­ba­czy­łem ojca dzie­rżące­go dwie splu­wy. Naj­pierw strze­lił jed­ne­mu nie­zna­jo­me­mu w śro­dek gło­wy, za­raz po­tem ko­lej­ne­mu. Od­da­wał strza­ły bez za­wa­ha­nia, jak­by ro­bił to ka­żde­go dnia.

Moje oczy pew­nie przy­po­mi­na­ły sta­re mo­ne­ty pi­ęćdzie­si­ąt peso.

Wi­dzia­łem już, jak strze­la, ale ni­g­dy do lu­dzi. W tym mo­men­cie wy­glądał jak dia­beł, nie jak mój tata. Kie­dy mnie do­strze­gł, za­czął krzy­czeć, że mam się scho­wać, ale prze­sta­łem go słu­chać, gdy za­uwa­ży­łem, że zza Je­epa wy­ło­nił się mężczy­zna, któ­ry ce­lo­wał w ple­cy Char­lie­go.

Char­lie był dla mnie jak ro­dzi­na.

Ni­g­dy nie czu­łem po­dob­nej de­ter­mi­na­cji. Jak­by wszyst­ko się za­trzy­ma­ło. Czu­łem w ka­żdym ka­wa­łku cia­ła, jak biło mi ser­ce.

Unio­słem broń, wy­mie­rzy­łem ją w stro­nę wro­ga, tak jak na­uczył mnie oj­ciec, i po pro­stu na­ci­snąłem na spust.

Bum!

Za­szu­mia­ło mi w uszach, siła wy­strza­łu od­rzu­ci­ła mnie do tyłu. Mężczy­zna, do któ­re­go ce­lo­wa­łem, osu­nął się na ko­la­na, trzy­ma­jąc za klat­kę pier­sio­wą, a po­tem jego twarz zde­rzy­ła się z be­to­nem.

Za­bi­łem czło­wie­ka. Za­bi­łem go.

Z od­da­li wi­dzia­łem ojca bie­gnące­go w moją stro­nę.

I wte­dy zro­zu­mia­łem, że ten mężczy­zna nie był ostat­nim, któ­re­go za­bi­ję…Tobias

OBEC­NIE

– Shawn – zwró­ci­łem się do kel­ne­ra. – Sex on the be­ach dla tej pani. – Po­pa­trzy­łem na nowo po­zna­ną to­wa­rzysz­kę.

– Coś jesz­cze? – za­py­tał mężczy­zna, zbie­ra­jąc ze sto­łu pu­ste kie­lisz­ki.

– Tak, dla mnie jesz­cze raz czy­stą te­qu­ilę. – Wy­ci­ągnąłem kciuk w górę.

– Oczy­wi­ście, sze­fie. Już się robi.

W eks­pre­so­wym tem­pie ru­szył w stro­nę baru.

– Sek­sow­ny… – mruk­nęła blon­dy­na, zwra­ca­jąc na mnie swo­ją uwa­gę.

Może by­łem już lek­ko na rau­szu, ale na­dal po­tra­fi­łem do­ce­nić so­czy­ste usta i do­bre cyc­ki. Nie grze­szy­ła in­te­lek­tem, ale prze­cież nie chcia­łem się z nią że­nić.

– Świ­ętu­jesz coś? – Ob­li­za­ła sek­sow­nie krwi­sto­czer­wo­ne war­gi i prze­je­cha­ła dło­nią po moim udzie. Zde­cy­do­wa­nie pra­gnęła mo­je­go fiu­ta.

Gdy­bym te­raz uklęk­nął na lewe ko­la­no, z miej­sca przy­jęła­by moje oświad­czy­ny. Pa­zer­na suka już pew­nie w my­ślach li­czy­ła wszyst­kie moje mi­liar­dy i opra­co­wy­wa­ła ide­al­ny plan, jak zo­stać pa­nią Re­jes. Prze­ra­bia­łem to już set­ki razy. Za­wsze ko­ńczy­ło się tak samo. Mo­głem prze­bie­rać w pa­nien­kach jak w skle­pie z ciast­ka­mi. Kar­mel, wa­ni­lia, cze­ko­la­da, z po­le­wą, z na­dzie­niem lub do­dat­ko­wą po­syp­ką. Żyć, kur­wa, nie umie­rać. Może mia­łem już albo do­pie­ro, dwa­dzie­ścia sze­ść lat, ale czu­łem się za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go sty­lu ży­cia. By­łem mi­liar­de­rem oraz spad­ko­bier­cą for­tu­ny, o któ­rej świat na­wet nie sły­szał. Sy­nem kró­lo­wej i kró­la nar­ko­ty­ko­we­go świat­ka. Suma pie­ni­ędzy, jaką dys­po­no­wa­li ro­dzi­ce, zda­wa­ła się nie­wy­obra­żal­na. Jeff Bez­os i Elon Musk ra­zem wzi­ęci ze­szcza­li­by się z za­zdro­ści. A za kil­ka lat przej­mę cały ich biz­nes. No, chy­ba że do tego cza­su za­pi­ję się na śmie­rć.

Mu­sia­łem za­ko­ńczyć ten ma­ra­ton, bo tro­chę mnie po­nio­sło.

– Uro­dzi­ny. – Pu­ści­łem jej oczko i rów­nież prze­je­cha­łem opusz­ka­mi pal­ców po jej ko­la­nie.

Przy­gry­zła war­gę i chwy­ci­ła za szklan­kę, któ­rą wręczył jej mój bar­man.

Od kie­dy sko­ńczy­łem trzy­na­ście lat i do­wie­dzia­łem się, czym zaj­mu­ją się ro­dzi­ce, chcia­łem zo­stać częścią ich biz­ne­su. Na po­cząt­ku mie­li ogrom­ne oba­wy, ale z bie­giem lat wszyst­ko się zmie­ni­ło. A do­kład­nie w mo­men­cie, w któ­rym pierw­szy raz zo­sta­łem po­strze­lo­ny. Wi­dzia­łem już na­praw­dę wie­le, ale dzi­ęki temu uzbro­iłem się w pan­cerz. W ko­ńcu zo­sta­łem wy­szko­lo­ny przez sa­mych mi­strzów zło­te­go in­te­re­su. Obec­nie rządzę Pó­łnoc­ną Ame­ry­ką oraz ró­żne­go ro­dza­ju le­gal­ny­mi in­we­sty­cja­mi. Ci­ężką pra­cą mu­sia­łem za­słu­żyć so­bie na to sta­no­wi­sko, ale to była moja do­bro­wol­na de­cy­zja. Ta ciem­niej­sza stro­na jed­nak bar­dziej mnie kręci. Lu­bię ad­re­na­li­nę i ży­cie na kra­wędzi. Już samo moje na­zwi­sko bu­dzi strach. I to uczu­cie, kie­dy świat leży u two­ich stóp, a ty masz nad wszyst­kim wła­dzę. To chy­ba już za­wsze zo­sta­je we krwi.

– Masz dzi­siaj uro­dzi­ny? – za­py­ta­ła blon­di z uda­wa­nym za­sko­cze­niem, wy­ry­wa­jąc mnie z roz­my­ślań. Jej dłoń zna­la­zła się bli­sko mo­je­go kro­cza.

Ide­al­na ak­tor­ka. Pew­nie w to­reb­ce trzy­ma­ła całą moją me­try­kę, a w jej po­ko­ju stał ołta­rzyk z moim zdjęciem i z gów­nia­ny­mi ser­dusz­ka­mi wo­kół.

Ech. By­łem ulu­bie­ńcem pi­sma­ków. Moje zdjęcia pu­bli­ko­wa­no prak­tycz­nie w ka­żdej ga­ze­cie. Do­brze, że opi­sy­wa­li mnie jako nie­by­wa­le mądre­go i przy­stoj­ne­go fi­lan­tro­pa. Co oczy­wi­ście było praw­dą.

– Mo­żna tak po­wie­dzieć. Od ze­szłe­go ty­go­dnia nie sko­ńczy­łem jesz­cze świ­ęto­wać. – Po­sła­łem jej krzy­wy uśmie­szek.

Kil­ku zna­jo­mych, w tym przy­ja­ciel Rafa, sie­dzący po le­wej stro­nie, ro­ze­śmia­ło się na ja­kiś głu­pi tekst, któ­ry opo­wia­da­ła kom­pan­ka mo­jej dzi­siej­szej zdo­by­czy. On też miał dziś za­li­czyć. Z przy­kro­ścią jed­nak mu­sia­łem stwier­dzić, że tra­fi­ła mu się ta gor­sza przy­ja­ció­łka, ale on ni­g­dy nie na­rze­kał. Po­zo­sta­wał do bólu lo­jal­ny, tak samo jak jego oj­ciec.

Było o rok młod­szy, a z nas dwóch wy­da­wał się roz­sąd­niej­szy. Za­wsze mo­głem na nie­go li­czyć. Tak na­praw­dę oprócz mo­jej ro­dzi­ny ufa­łem tyl­ko jemu. Po­tra­fił usta­wić mnie do pio­nu i spra­wić, by ca­łko­wi­cie mi nie od­bi­ło. Po­sia­da­jąc tak wie­le, cza­sa­mi się o tym za­po­mi­na. Przy­ja­źni­li­śmy się od pra­wie pi­ęt­na­stu lat. Ra­zem się wy­cho­wy­wa­li­śmy i był dla mnie jak brat, a moi ro­dzi­ce trak­to­wa­li go jak syna. Jego oj­ciec, An­se­lo Al­fa­ro, pra­co­wał nie­gdyś jako wier­ny czło­wiek mo­je­go dziad­ka, a pó­źniej mat­ki. Ro­dzi­ce za­opie­ko­wa­li się Rafą i jego star­szym o sie­dem lat bra­tem, kie­dy mój pie­przo­ny wu­ja­szek Jor­ge ode­brał ży­cie ich ojcu, bo mie­li tyl­ko jego. Mat­ka zma­rła w trak­cie po­ro­du Rafy. Cho­ciaż tyle mo­gli zro­bić, by za­pew­nić im do­god­ne i luk­su­so­we wa­run­ki do ko­ńca ich dni.

– Chcia­ła­bym ofia­ro­wać ci pre­zent. Będziesz mógł go od­pa­ko­wać, ale nie tu­taj – wy­szep­ta­ła mi do ucha Bar­bie, po czym ści­snęła mo­je­go fiu­ta przez ma­te­riał spodni.

No i tyle mi wy­star­czy­ło.

– To twój szczęśli­wy dzień, dzie­cin­ko. – Wy­szcze­rzy­łem do niej zęby i pu­ści­łem jej oczko, na co pra­wie ze­mdla­ła. Klep­nąłem przy­ja­cie­la w ple­cy, by prze­nió­sł na mnie uwa­gę. – Mo­że­cie się ba­wić do sa­me­go rana. Wszyst­ko na mój koszt. – Wsta­łem i na­wet nie zdąży­łem chwy­cić blon­dy­ny za dłoń, a ona już wi­sia­ła na mo­jej szyi i uśmie­cha­ła się sze­ro­ko.

_Kie­dyś będę mu­siał się ustat­ko­wać, ale jesz­cze nie te­raz…_

Mia­łem za­miar za­brać ją do naj­bli­ższe­go apar­ta­men­tu, w któ­rym pie­przy­łem wszyst­kie nowo po­zna­ne dziew­czy­ny. Na drew­nia­nym we­zgło­wiu za­czy­na­ło bra­ko­wać pu­ste­go miej­sca na ko­lej­ne kre­ski. Mu­sia­łem po­my­śleć o ta­bli­cy kor­ko­wej i kon­kret­nym sche­ma­cie. Po­nie­dzia­łki – bru­net­ki. Wto­rek – sza­tyn­ki. Śro­da, dzień loda – rude. Zde­cy­do­wa­nie te ostat­nie ci­ągnęły naj­le­piej. Czwar­tek – blon­dyn­ki. Pi­ątek – pa­sem­ka. So­bo­ta – som­bre, czy inne tam chuj­stwo. Nie­dzie­la – dzień świ­ęty.

– Baw się do­brze, pró­żny skur­czy­by­ku. – Rafa rzu­cił mi zu­chwa­ły uśmiech, po czym z po­wro­tem prze­nió­sł wzrok na nogi bru­net­ki.

Gdy­by ktoś inny ode­zwał się do mnie w ten spo­sób, to w naj­lep­szym wy­pad­ku zbie­ra­łby wszyst­kie zęby z podło­gi.

Ru­szy­li­śmy w stro­nę drzwi, a za­raz za nami mo­ich czte­rech ochro­nia­rzy. A ra­czej dwóch pra­cu­jących dla mo­jej cu­dow­nej ma­mu­ni oraz dwóch dla mnie. W miej­scach pu­blicz­nych nie ru­sza­łem się bez nich. Choć to po­staw­ni, wiel­cy fa­ce­ci, po­ru­sza­li się ni­czym cie­nie. Po cza­sie prak­tycz­nie o nich za­po­mi­na­łem, ale za­wsze trzy­ma­li się bli­sko. Jako na­sto­la­tek uwa­ża­łem to za prze­sa­dę i naj­wi­ęk­szą bzdu­rę, ale po któ­ry­mś z ko­lei za­ma­chu na moje ży­cie zmie­ni­łem zda­nie. I pla­no­wa­ły to nie ja­kieś wy­so­ko po­sta­wio­ne per­so­ny.

Gdy mia­łem czter­na­ście lat, od­de­chu chcie­li mnie po­zba­wić ja­cyś pod­rzęd­ni di­le­rzy z Cu­lia­cán, strze­la­jąc z ka­żdej stro­ny, w mój, na szczęście, ku­lo­od­por­ny sa­mo­chód. Tak, bo już wte­dy, dzi­ęki ojcu, po­tra­fi­łem pro­wa­dzić eks­klu­zyw­ne fury. Wów­czas zro­zu­mia­łem, że w po­je­dyn­kę mogę szyb­ko opu­ścić ten ziem­ski pa­dół. Za bar­dzo lu­bi­łem swo­je luk­su­so­we ży­cie, by zgi­nąć w taki spo­sób. Je­śli mia­łem kie­dyś opu­ścić ten świat, to w gło­śnym sty­lu.

Wy­szli­śmy przed eks­klu­zyw­ny klub znaj­du­jący się w cen­trum Los An­ge­les. Ochro­na zro­bi­ła nam prze­jście, by­śmy bez prze­szkód mo­gli do­stać się do mo­jej wier­nej ko­chan­ki – Lam­bor­ghi­ni Ve­ne­no. Sam mu­sia­łem po­wstrzy­mać się przed roz­ma­rzo­nym wes­tchnie­niem, gdy na nią pa­trzy­łem.

_Mmm… Moja pi­ęk­na._

Im­pre­zo­wi­cze sto­jący przed we­jściem i cze­ka­jący na swo­ją ko­lej­kę, by do­stać się do klu­bu, z uzna­niem przy­pa­try­wa­li się mo­jej mi­ło­ści i pstry­ka­li jej fot­ki. Mowa tu oczy­wi­ście o moim su­per­sek­sow­nym au­tku. Blon­dy­na na wi­dok sa­mo­cho­du za­częła sa­pać jak mały pie­sek, a kie­dy we­szli­śmy do środ­ka i moje dziec­ko wy­da­ło ide­al­ny ryk sil­ni­ka, prak­tycz­nie po­si­ka­ła się na sza­ry, skó­rza­ny, ro­bio­ny na za­mó­wie­nie, fo­tel pa­sa­że­ra.

– Wow! – pi­snęła gło­śno, gdy kwa­drans pó­źniej prze­kro­czy­li­śmy próg mo­je­go pen­tho­use’a z wi­do­kiem na me­tro­po­lię.

Nie mia­łem cza­su ani ocho­ty na re­ko­ne­sans swo­jej to­wa­rzysz­ki. Chwy­ci­łem ją za kark i po­pro­wa­dzi­łem pro­sto do sy­pial­ni. Po dro­dze ka­za­łem jej zrzu­cić z sie­bie ten skra­wek ma­te­ria­łu słu­żący jako su­kien­ka.

Wy­gląda­ła nie­źle, ale bez sza­łu. Albo po pro­stu by­łem już zbyt wy­bred­ny.

– Na czwo­ra­ka – roz­ka­za­łem.

Blon­dyn­ka od razu spe­łni­ła po­le­ce­nie. Za­częła wal­czyć z moim pa­skiem w spodniach, a po chwi­li mia­ła mnie już w swo­ich ustach. Ssa­ła moc­no i szyb­ko, tak jak lu­bi­łem.

– Ci­ągniesz jak od­ku­rzać, dzie­cin­ko – rzu­ci­łem przez za­ci­śni­ęte szczęki.

Sza­nu­jąca się dziew­czy­na pew­nie po­czu­ła­by się po­ni­żo­na, ale ta wy­szcze­rzy­ła zęby i ci­ągnęła jesz­cze moc­niej. By­łem skur­czy­by­kiem, lecz za­wsze bra­łem to, co mi ofia­ro­wa­no. Prze­cież sama tego pra­gnęła. Do ni­cze­go nie zo­sta­ła zmu­szo­na. Na­wet nie chcia­ła mnie po­znać. Pra­gnęła tyl­ko jed­ne­go, więc jej to da­wa­łem. Uwa­ża­łem, że to i tak ogrom­ny prze­jaw mo­jej wspa­nia­ło­my­śl­no­ści. Wbrew temu, jaką mia­łem opi­nię, to one wy­ko­rzy­sty­wa­ły mnie, nie ja je.

Po kil­ku mi­nu­tach chwy­ci­łem ją w ta­lii i rzu­ci­łem na łó­żko. Ob­ró­ci­łem ją na brzuch, by nie wi­dzieć jej fa­cja­ty.

Moja zło­ta za­sa­da brzmia­ła – wszyst­kie bierz od tyłu i ni­g­dy nie patrz im w oczy, bo wte­dy za dużo so­bie wy­obra­ża­ją.

Po se­kun­dzie mój fiut, ubra­ny we frak, był już za­ko­pa­ny głębo­ko w niej. Za­cząłem pie­przyć ją od tyłu, moc­no i szyb­ko. Okrop­nie iry­to­wa­ły mnie te pi­skli­we jęki. Mu­sia­łem to jak naj­szyb­ciej za­ko­ńczyć i wca­le nie mia­łem ocho­ty jej za­do­wa­lać, jed­nak moja sam­cza duma mi na to nie po­zwo­li­ła. Do­pro­wa­dzi­łem ją do moc­ne­go or­ga­zmu, po czym po kil­ku mi­nu­tach do­sze­dłem w niej bez ja­kie­go­kol­wiek jęku. Bez sza­łu, bez fa­jer­wer­ków. Było co naj­mniej do­brze. Czte­ry na dzie­si­ęć, po­wie­dzia­łbym.

Wy­jąłem sprzęt, zdjąłem pre­zer­wa­ty­wę i wy­rzu­ci­łem ją do ko­sza sto­jące­go obok łó­żka, a po­tem, zmęczo­ny ty­go­dnio­wym ma­ra­to­nem, na­wet nie wiem, kie­dy od­pły­nąłem w głębo­ki sen.

_Ta pio­sen­ka. Ta je­ba­na pio­sen­ka…_

Po­czu­łem szarp­ni­ęcie, a za­raz po­tem usły­sza­łem ko­bie­cy głos.

– To­bias. To­bias – po­wta­rza­ła.

Prze­ta­rłem oczy, unio­słem po­wie­kę i za­uwa­ży­łem, że na dwo­rze już świ­ta. A co naj­gor­sze, blon­dy­na, któ­rą wczo­raj przy­pro­wa­dzi­łem, na­dal le­ża­ła naga w moim łó­żku.

Kur­wa, chy­ba na­praw­dę by­łem zmęczo­ny.

– Ko­cha­nie, twój te­le­fon ci­ągle dzwo­ni – po­wie­dzia­ła słod­kim gło­sem.

_Ko­cha­nie? Po­stra­szy­ło ją do resz­ty?_

Pró­bo­wa­łem wzro­kiem zlo­ka­li­zo­wać źró­dło tego okrop­ne­go ha­ła­su. Bar­bie była pierw­sza i chwy­ci­ła za moją ko­mór­kę ze sto­li­ka noc­ne­go.

– Od­da­waj – wark­nąłem.

Od razu wło­ży­ła mi ją do ręki, a na jej twa­rzy po­ja­wił się pło­chli­wy uśmiech.

Spoj­rza­łem na wy­świe­tlacz i wes­tchnąłem z iry­ta­cją.

Ode­bra­łem.

– Cze­go? – za­py­ta­łem po hisz­pa­ńsku.

– Sze­fo­wa Sa­ba­tia pró­bu­je się do cie­bie do­dzwo­nić od ja­kie­jś go­dzi­ny – ode­zwał się je­den z ochro­nia­rzy mo­jej mat­ki, któ­ry pew­nie stał pod drzwia­mi.

– Do­pie­ro się obu­dzi­łem. Mam je­ba­ne­go kaca i w moim łó­żku na­dal jest blon­dy­na, któ­rą wczo­raj pie­przy­łem. Więc daj mi chwi­lę, bo jesz­cze nie wszyst­ko ogar­niam.

– Chcia­łem tyl­ko prze­ka­zać, że twoi ro­dzi­ce będą u cie­bie za ja­kieś pięć mi­nut.

Ze­rwa­łem się gwa­łtow­nie na rów­ne nogi, na co dziew­czy­na wy­da­ła z sie­bie gło­śny pisk.

– Co się sta­ło? – Zła­pa­ła się za ser­ce.

_Za­mknij się!_

– Jak to za chwi­lę będą u mnie?

I jak na za­wo­ła­nie usły­sza­łem dzwo­nek do drzwi.

– Chy­ba pie­przo­ne pięć se­kund! – po­wie­dzia­łem wście­kle i rzu­ci­łem te­le­fon na łó­żko.

– Ubie­raj się, na­tych­miast! – roz­ka­za­łem blon­dy­nie.

– Sy­necz­ku mój, masz do­słow­nie se­kun­dę, żeby otwo­rzyć te drzwi, ina­czej je wy­wa­ży­my, a ja nie będę miła! – krzy­cza­ła mat­ka.

Ona ni­g­dy nie pusz­cza­ła słów na wiatr.

W eks­pre­so­wym tem­pie wło­ży­łem na sie­bie tyl­ko dre­so­we spodnie. Blon­dy­nie ka­za­łem za­cze­kać w sy­pial­ni, a sam ru­szy­łem w stro­nę ko­ry­ta­rza.

– Mamo? Tato? – za­py­ta­łem, kie­dy otwo­rzy­łem sze­ro­ko drzwi.

– Patrz go. Na­wet nie za­pro­si nas do środ­ka – rzu­ci­ła mat­ka.

Sztur­cha­jąc mnie w bark, prze­szła przez próg. Jak za­wsze wy­gląda­ła nie­na­gan­nie. Wy­stro­iła się w błękit­ną, opi­na­jącą cia­ło su­kien­kę przed ko­la­no i wy­so­kie, be­żo­we szpil­ki. Mie­li­śmy na­praw­dę do­bre geny, bo ci­ągle wy­gląda­ła jak na­sto­lat­ka.

Oj­ciec za­mknął mnie w nie­dźwie­dzim uści­sku i szcze­rzył zęby, za to ma­mu­nia wy­gląda­ła na wście­kłą. Żad­na no­wo­ść.

– Mam ci prze­wier­cić ten pie­przo­ny te­le­fon do ucha, że­byś za­czął go od­bie­rać?! – rzu­ci­ła wście­kle i ob­rzu­ci­ła mnie oce­nia­jącym spoj­rze­niem. Mla­snęła z nie­sma­kiem i po­de­szła do sto­li­ka, na któ­rym le­ża­ło pu­ste opa­ko­wa­nie po chi­ńsz­czy­źnie i bu­tel­ki.

– Ale masz tu syf. – Kręci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą i prze­świe­tla­ła ka­żdy kąt. Mia­ła ob­se­sje na punk­cie czy­sto­ści.

Miesz­ka­łem prak­tycz­nie wszędzie, gdzie ro­bi­łem in­te­re­sy. W ka­żdym mie­ście mia­łem swo­je apar­ta­men­ty i wła­sne ho­te­le.

– Sprzątacz­ka przy­cho­dzi do­pie­ro ju­tro. Zresz­tą, rzad­ko tu prze­by­wam – tłu­ma­czy­łem się jej, jak­bym miał na­dal pięć lat. Było w mat­ce coś ta­kie­go, że ro­bi­łem to au­to­ma­tycz­nie. To sza­cu­nek, ale i też mi­ło­ść.

Ko­cha­łem w ży­ciu trzy ko­bie­ty: mat­kę i dwie małe dia­bli­ce, czy­li moje sio­stry.

– Cze­mu za­wdzi­ęczam wa­szą wi­zy­tę? – Unio­słem brew.

– Od razu wi­dać, że to twój syn, Re­jes – rzu­ci­ła do ojca i na­dal kręci­ła gło­wą.

Wa­li­ła po na­zwi­skach, to zna­czy, że była zła.

– Ko­cha­nie – po­wie­dział ostrze­gaw­czo, ale wy­da­wał się roz­ba­wio­ny.

– To już na­wet nie mo­że­my od­wie­dzić Ksi­ęciu­nia? – sy­cza­ła. – My­śla­łam, że nie po­trze­bu­ję za­pro­sze­nia, żeby od­wie­dzić wła­sne­go syna?!

Oj­ciec za­śmiał się do­no­śnie.

– Oczy­wi­ście, że nie, ale je­stem tro­chę zdzi­wio­ny. Nie mó­wi­li­ście, że przy­la­tu­je­cie.

Ro­ze­śmia­ła się zło­wiesz­czo, po czym od razu spo­wa­żnia­ła.

– Oczy­wi­ście, że za­po­mniał. Od ty­go­dnia im­pre­zu­je. Wy­ślę go na cho­ler­ny od­wyk – war­cza­ła pod no­sem, kie­ru­jąc sło­wa do ojca. Cho­dzi­ła tam i z po­wro­tem, ob­rzu­ca­jąc wzro­kiem ka­żdy kąt. Za­cho­wy­wa­ła się, jak­by mnie tu nie było.

Od­kąd wy­lądo­wa­łem w tam­tą so­bo­tę w LA, po­sze­dłem w gru­be tan­go, ale prze­cież tyl­ko raz w roku ma się uro­dzi­ny. Na ogół tyle nie piję. Mam mnó­stwo rze­czy na gło­wie, więc cho­ciaż raz mo­głem po­rząd­nie za­sza­leć, a mat­ka za­cho­wu­je się co naj­mniej tak, jak­bym był al­ko­ho­li­kiem.

– Mam na­dzie­ję, że je­steś spa­ko­wa­ny? – za­py­tał tym ra­zem oj­ciec, igno­ru­jąc sło­wa żony.

Coś mnie omi­nęło? Co ona zno­wu wy­my­śli­ła?

– Spa­ko­wa­ny, na co?

– No, cho­le­ra, trzy­maj­cie mnie! Za­raz sko­pię mu ten umi­ęśnio­ny ty­łek! – wrza­snęła dia­bo­licz­na ro­dzi­ciel­ka. – Prze­cież w śro­dę jesz­cze mu przy­po­mi­na­łam. Nie mam za­mia­ru kon­tak­to­wać się z moim pier­wo­rod­nym przez pie­przo­ną se­kre­tar­kę.

_Śro­da dzień loda, ma­mu­niu._

– Za dwie go­dzi­ny wy­la­tu­je­my do Włoch, za­po­mnia­łeś? – Oj­ciec zro­bił minę, któ­ra mó­wi­ła, że nie po­wi­nie­nem przy­zna­wać, iż miał ra­cję.

Dla­cze­go Rafa mi o tym nie przy­po­mniał?

No tak, zna­łem od­po­wie­dź na to py­ta­nie. Oba­wiał się o wła­sne ży­cie i wie­dział, że będę wkur­wio­ny, dla­te­go pew­nie wo­lał, że­bym do­wie­dział się o tym na trzy se­kun­dy przed.

– Szlag! – Prze­cze­sa­łem pal­ca­mi wło­sy. Ro­dzi­ce zna­li mnie aż za do­brze.

Ślub Es­ter Ame­ri­go – naj­star­szej cór­ki naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la mo­ich ro­dzi­ców. Mi­che­le Ame­ri­go, ich wspól­nik, rządził z nimi całą cho­ler­ną pla­ne­tą, a poza tym był pi­ęćdzie­si­ęcio­let­nim eme­ry­to­wa­nym dy­rek­to­rem fe­de­ral­ne­go biu­ra śled­cze­go.

– Pani Za­ha­ra Re­jes?! Pan To­bias Re­jes?! – Na­gle usły­sze­li­śmy pi­skli­wy głos blon­dy­ny.

Mat­ka, krzy­wi­ąc się, pa­trzy­ła na oso­bę za mo­imi ple­ca­mi.

Kur­wa!

Mia­ła nie wy­cho­dzić z po­ko­ju. Do­brze, że cho­ciaż się ubra­ła. O ile mo­żna było na­zwać to ubra­niem.

Szła pro­sto w pasz­czę lwa. Prak­tycz­nie rzu­ci­ła się na moją mat­kę jak ja­kaś stuk­ni­ęta psy­cho­fan­ka.

– Boże, jaka pani jest pi­ęk­na. Jesz­cze pi­ęk­niej­sza niż na zdjęciach. – Za­częła po­trząsać ener­gicz­nie dło­nią mo­jej wku­rzo­nej ma­mu­ni. – Tak bar­dzo mi miło. Wi­dzia­łam wszyst­kie pani pra­ce. Ma pani taki ta­lent.

A wczo­raj twier­dzi­ła, że w ogó­le mnie nie zna. Wiecz­nie to samo…

Pra­wie par­sk­nąłem śmie­chem, wi­dząc minę kró­lo­wej koki. Za­raz po­tem chwy­ci­ła mo­je­go ojca za dłoń.

– I pan To­bias se­nior. – Ob­rzu­ci­ła go po­żądli­wym wzro­kiem od stóp do głów. – Ma pan ta­kie duże, sek­sow­ne dło­nie. Wy­gląda pan jak jego brat bli­źniak. – Na mo­ment prze­nio­sła spoj­rze­nie na mnie, po czym zno­wu na twarz ojca.

Czy ona wła­śnie pod­ry­wa­ła mo­je­go pie­przo­ne­go tatę?

– Mega go­rący. – Ob­li­za­ła usta, któ­ry­mi wczo­raj ro­bi­ła mi loda.

Oj­ciec za­śmiał się pod no­sem, ale w ogó­le nie sko­men­to­wał jej pier­do­le­nia. Za to moja mat­ka wy­gląda­ła, jak­by mia­ła za­raz chwy­cić ją za ku­dły i wal­nąć jej gło­wą o zie­mię. I być może za­raz to na­stąpi.

– Co to jest za okrop­ne dzie­wu­szy­sko? – sark­nęła, szty­le­tu­jąc mnie wzro­kiem.

_Pu­sty mó­żdżek._

– Na­zy­wam się Ha­iley Fin­ney, pro­szę pani – od­po­wie­dzia­ła jej we­so­ło Bar­bie. Uśmie­cha­ła się sze­ro­ko do mo­jej mat­ki, nie ro­bi­ąc so­bie nic z jej ja­do­wi­tych słów.

No i się oka­za­ło, że mia­ła jed­nak imię.

Mat­ka tak moc­no prze­wró­ci­ła ocza­mi, że uj­rza­łem jej bia­łka. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że już do­brze wie­dzia­ła, kim była.

Blon­di na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że stoi przed naj­gro­źniej­szy­mi lu­dźmi na świe­cie, któ­rzy trze­pa­li do­słow­nie wszyst­kim.

– Na­praw­dę, Bi? Po­wie­dź mi tyl­ko, że to nie jest two­ja oso­ba to­wa­rzy­sząca? – za­py­ta­ła mat­ka, zmie­nia­jąc język na hisz­pa­ński, by­śmy tyl­ko ja i oj­ciec ją zro­zu­mie­li.

Po­ta­rłem bro­dę, za­sta­na­wia­jąc się.

Kró­lo­wa za­ci­snęła po­wie­ki i wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze. Za­raz po­tem prze­nio­sła kon­spi­ra­cyj­ny wzrok na ojca.

Wła­ści­wie nie mia­łem w tej chwi­li in­nych opcji. Wie­dzia­łem, że będę tego ża­ło­wać, ale cóż…

Mat­ka nie lu­bi­ła mo­ich po­przed­nich ko­biet i nie­ste­ty mu­sia­łem przy­znać, że ni­g­dy do żad­nej się nie my­li­ła. Wszyst­kie je­dy­nie pra­gnęły mo­jej for­tu­ny i fiu­ta.

– Masz ocho­tę na wy­ciecz­kę pry­wat­nym od­rzu­tow­cem do Eu­ro­py? – za­py­ta­łem tę całą Ha­iley.

Za­częła pisz­czeć tak gło­śno, że pra­wie eks­plo­do­wa­ły mi bęben­ki.

Mat­ka za­sło­ni­ła dło­nią oczy. Wy­gląda­ła, jak­by mia­ła za­raz osza­leć.

Może to będzie ostat­nia wy­ciecz­ka Ha­iley, ale przy­naj­mniej zwie­dzi Po­si­ta­no. Oczy­wi­ście, je­śli ro­dzi­ce nie za­bi­ją jej w trak­cie tej dłu­giej pod­ró­ży.

– Tak, tak, tak! – krzy­cza­ła i pod­ska­ki­wa­ła jak mała dziew­czyn­ka.

Kró­lo­wa za­częła prze­kli­nać gło­śno w języ­ku ro­syj­skim i ma­chać ręka­mi w stro­nę ojca.

– Czy to język nie­miec­ki? – za­py­ta­ła blon­dy­na.

_Co jed­na to głup­sza._

Oj­ciec wy­buch­nął śmie­chem, a ja do nie­go do­łączy­łem. Ma­mu­śka na­to­miast wy­gląda­ła na zi­ry­to­wa­ną do kwa­dra­tu.

– Zo­staw nas sa­mych. Mu­szę roz­mó­wić się z sy­nem – roz­ka­za­ła mat­ka to­nem zim­nej, wy­ra­cho­wa­nej suki.

– Oczy­wi­ście, Pani Re­jes – po­wie­dzia­ła blon­di i z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach skie­ro­wa­ła kro­ki do mo­jej sy­pial­ni.

Kie­dy za­mknęły się za nią drzwi, ma­mu­nia za­częła wy­plu­wać sło­wa po hisz­pa­ńsku z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go.

– Wiesz, czyj to jest ślub?! Mamy za­trzy­mać się w po­sia­dło­ści Mi­che­le! Tam będą wszy­scy nasi pod­wład­ni. Twój oj­ciec zor­ga­ni­zo­wał ze­bra­nie Eu­ro­pej­czy­ków! Co ty, do ja­snej cho­le­ry, od­sta­wiasz, synu?! Tyl­ko na coś ta­kie­go cię stać? – Wska­za­ła pal­cem na drzwi sy­pial­ni.

Wes­tchnąłem gło­śno.

– Prze­cież się z nią nie że­nię! Ma tyl­ko le­cieć ze mną na ślub.

– Ci­ągle to samo – war­cza­ła pod no­sem.

_Nie­ste­ty…_

Przez chwi­lę stu­dio­wa­ła moją twarz i wy­gląda­ła, jak­by nad czy­mś in­ten­syw­nie my­śla­ła.

– Na­praw­dę się o cie­bie mar­twię. – Tym ra­zem wy­chwy­ci­łem tro­skę w jej gło­sie.

_Och, ta moja ma­mu­śka z pie­kła ro­dem._

– Nie­po­trzeb­nie. Za­ba­lo­wa­łem, ale to już ko­niec. Znam prio­ry­te­ty. Wszyst­ko kon­tro­lu­ję.

Wes­tchnęła.

– Cza­sa­mi mi się wy­da­ję, że o nich za­po­mi­nasz. Wiesz, że ni­g­dy tego nie pra­gnęłam. Ko­cham cię cho­ler­nie moc­no, Bi. Do ko­ńca swo­ich dni nie prze­sta­nę się o cie­bie mar­twić. Obo­jęt­nie, ile będziesz miał lat i mi­ęśni. Zro­zu­miesz to, jak w ko­ńcu do­cze­kasz się swo­ich dzie­ci.

Żeby je mieć, trze­ba zna­le­źć part­ner­kę, któ­ra ze­chce być z tobą nie tyl­ko dla two­jej kasy. Nie mia­łem tyle szczęścia, co moi ro­dzi­ce. Po­mi­mo że prze­ży­li pie­kło, da­rzy­li się głębo­ką mi­ło­ścią. Na­wet te­raz oj­ciec wpa­try­wał się w żonę jak w ob­ra­zek. Jak­by była po­ło­wą jego ser­ca.

– Wiem. No cho­dź tu do mnie. – Roz­ło­ży­łem sze­ro­ko ręce, bo chcia­łem ją przy­tu­lić.

Mruk­nęła pod no­sem, że prze­ze mnie osi­wie­je szyb­ciej, niż po­win­na, ale po chwi­li ob­jęła mnie moc­no.

– Już? – za­py­ta­łem z głu­pim uśmie­chem, bo nie chcia­ła mnie pu­ścić i pra­wie du­si­ła.

– Jesz­cze chwi­la. Do­pó­ki nie po­wiesz, że jej nie za­bie­ra­my.

Ro­ze­śmia­łem się.

– Nie, leci z nami. Po­trze­bu­ję part­ner­ki.

Za­sta­na­wia­łem się, jak mat­ka to znie­sie, kie­dy przej­mę wszyst­kie ste­ry. Po­trze­bo­wa­ła kon­tro­lo­wać wszyst­ko i wszyst­kich. Wie­dzia­łem, że chcia­ła dla mnie do­brze, ale…

– Spraw­dzi­łeś ją? – za­py­ta­ła, choć pew­nie po­zna­ła całą me­try­kę blon­dy­ny, gdy ta tyl­ko usia­dła wczo­raj w moim bok­sie. Ochro­na na bie­żąco ją o wszyst­kim in­for­mo­wa­ła.

– Nie – przy­zna­łem. Nie uwa­ża­łem pierw­szej lep­szej la­ski za za­gro­że­nie. – Ale ty już pew­nie to zro­bi­łaś.

Uśmiech­nęła się zu­chwa­le i zer­k­nęła na swo­je ide­al­nie po­ma­lo­wa­ne pa­znok­cie. To była jej od­po­wie­dź.

– Cze­go cię uczy­łam? – Unio­sła wy­nio­śle brew.

– Już się boję. – Za­śmia­łem się i uda­wa­łem kom­plet­nie prze­ra­żo­ne­go.

– Ni­g­dy ni­ko­go nie igno­ruj, chłop­cze.

Ode­bra­łbym ży­cie głu­piej blon­di jed­nym pal­cem, i to na do­da­tek ma­łym.

– Tak, tak – przy­tak­nąłem, żeby mieć świ­ęty spo­kój.

Te ich gad­ki na te­mat bez­pie­cze­ństwa wy­cho­dzi­ły mi już dupą. By­łem do­ro­słym mężczy­zną, rządzi­łem or­ga­ni­za­cją prze­stęp­czą, i to na nie­wy­obra­żal­ną ska­lę, a oni ci­ągle to samo. Jak­by sami nie sie­dzie­li w tym po uszy od wie­ków.

Ro­dzi­ce wy­mie­ni­li mi­ędzy sobą dziw­ne spoj­rze­nia.

– Le­piej to do­brze prze­my­śl – po­wie­dział oj­ciec.

Moja mat­ka nie krzyw­dzi­ła nie­win­nych, a przy­naj­mniej ni­g­dy jej się to nie zda­rzy­ło.

Za­wsze jed­nak może być ten pierw­szy raz.

Nie będę roz­pa­czać.

– Prze­cież po­znasz tam pe­łno pi­ęk­nych Wło­szek, a ty chcesz za­bie­rać drze­wo do lasu.

Wła­ści­wie po­ja­wi się tam jed­na wy­jąt­ko­wa dziew­czy­na, któ­rej wo­la­łbym, żeby nie było. Dla­te­go mu­szę mieć swój dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­ny roz­pra­szacz my­śli.

– Leci – po­wie­dzia­łem krót­ko.

Mat­ka od­su­nęła się ode mnie i uśmiech­nęła zu­chwa­le, jak­by do­kład­nie wie­dzia­ła, o czym te­raz my­śla­łem. Chy­ba na­ogląda­ła się za dużo _Zmierz­chu_. Prze­cież nie umia­ła czy­tać w my­ślach jak pie­przo­ny Edward. Albo zna­ła mnie już na tyle, że fak­tycz­nie to po­tra­fi­ła?

_Idio­to, ta ko­bie­ta po­tra­fi wszyst­ko!_

– Le­piej jej pil­nuj, bo ostat­nio na­praw­dę mam sła­be ner­wy. Daję wam go­dzi­nę, że­by­ście się przy­go­to­wa­li. Le­piej się nie spó­źnij­cie. Ad­rien będzie na was cze­kał punkt ósma przed głów­nym we­jściem. My spo­tka­my się na lot­ni­sku. – Chwy­ci­ła ojca za rękę, zno­wu rzu­ci­ła mu kon­spi­ra­cyj­ne spoj­rze­nie i za­częła ci­ągnąć go do wy­jścia, nie da­jąc mi do­jść do sło­wa.

***
– O mat­ko! – pi­snęła Ha­iley, kie­dy wje­cha­li­śmy na pły­tę i zbli­ża­li­śmy się do jed­ne­go z na­szych pry­wat­nych od­rzu­tow­ców. Kla­ska­ła w dło­nie tak gło­śno, że na­wet kie­row­ca się skrzy­wił.

Przez szy­bę sa­mo­cho­du wi­dzia­łem ro­dzi­ców wy­cho­dzących z Rolls Roy­ce’a. Za­raz za nimi szły moje sio­stry, w ob­sta­wie sze­ściu ochro­nia­rzy. Dwóch z przo­du, dwóch z tyłu, pi­ąty po ich le­wej stro­nie, a szó­sty po pra­wej. Bez­pie­cze­ństwo po­nad wszyst­ko. Nie­da­le­ko za­trzy­mał się Mer­ce­des wuja, wio­zący go i całą jego ro­dzin­kę. Ciot­ka Car­la oraz ku­zy­ni Ser­gio i San­chez. Na sa­mym ko­ńcu do­łączył wy­stro­jo­ny w gar­niak Rafa, trzy­ma­jący w ręku wa­liz­kę.

– Twój wu­jek też jest go­rący. – Bar­bie zro­bi­ła taką minę, aż mu­sia­łem za­mru­gać. – Wszy­scy je­ste­ście tacy pi­ęk­ni. Też chcę ten elik­sir wiecz­nej mło­do­ści.

_Ja pier­do­lę._

Słu­chaj mat­ki, mó­wi­li. Będziesz mądry, mó­wi­li. Ale jak zwy­kle nie po­słu­cha­łem. Na do­miar złe­go mu­sia­łem je­chać z blon­di do skle­pu po ubra­nia, za któ­re oczy­wi­ście też za­pła­ci­łem swo­ją zło­tą kar­tą.

Wku­rzo­ny wy­sze­dłem z sa­mo­cho­du, prze­cze­su­jąc pal­ca­mi grzyw­kę, któ­rą roz­wiał po­dmuch wia­tru. Ru­szy­łem w stro­nę Rafy, nie zwa­ża­jąc na Ha­iley, któ­ra le­d­wo za mną nadąża­ła w tych cho­ler­nie wy­so­kich i dro­gich szpil­kach, któ­re ka­za­ła so­bie ku­pić.

Mo­gła­by przy­naj­mniej na­uczyć się w nich cho­dzić.

– Dzi­ęki za przy­po­mnie­nie – wark­nąłem do Al­fa­ro, kie­dy się z nim zrów­na­łem.

Wy­glądał na wy­po­częte­go i za­do­wo­lo­ne­go. Naj­wy­ra­źniej bru­net­ka oka­za­ła się lep­sza od swo­jej przy­ja­ció­łki.

– Je­stem two­im przy­ja­cie­lem, a nie pie­przo­nym ka­len­da­rzem. – Uśmiech­nął się sze­ro­ko i zer­k­nął na moją głu­piut­ką to­wa­rzysz­kę.

_Taaa…_

Nie­mo za­da­wał mi py­ta­nie: „Co ona tu, do kur­wy, robi? Na­praw­dę ona?”.

Za ka­żdym ra­zem, kie­dy mie­li­śmy le­cieć na spo­tka­nie z ro­dzi­ną Ame­ri­go, za­bie­ra­łem ja­kąś dziew­czy­nę. Naj­częściej to­wa­rzy­szy­ła mi spraw­dzo­na blon­dy­na albo ru­dzie­lec, ale dzi­siaj nie mia­łem zbyt wiel­kie­go wy­bo­ru. A mo­głem po­dzi­ęko­wać za to tyl­ko so­bie…

Po szyb­kim przy­wi­ta­niu się ze wszyst­ki­mi zna­le­źli­śmy się w sa­mo­lo­cie. Mat­ka ci­ągle kręci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą, za to oj­ciec, Mar­kos i Rafa pęka­li ze śmie­chu. Dziew­czyn­ki na szczęście były zmęczo­ne wcze­śniej­szą pod­ró­żą, więc za­snęły, gdy tyl­ko we­szły na po­kład.

Blon­di ci­ągle pa­pla­ła. Non stop za­da­wa­ła wszyst­kim py­ta­nia, czym za­częła już na­praw­dę ostro iry­to­wać ta­kże mnie.

Pi­lot wy­mie­nił wszyst­kie wspó­łrzęd­ne, za­ło­ga z prze­sad­nym uśmie­chem wcho­dzi­ła nam w dupę, wręcza­jąc ka­żde­mu za­mó­wio­ne wcze­śniej drin­ki, po czym po kil­ku mi­nu­tach sa­mo­lot wy­star­to­wał i by­li­śmy już wy­so­ko w chmu­rach. Cze­ka­ło nas pra­wie trzy­na­ście go­dzin lotu z tą pie­przo­ną ga­du­łą. Albo by­łem wczo­raj tak pi­ja­ny, albo nie za­uwa­ży­łem, że tyle pa­pla­ła.

– Za­raz wra­cam – rzu­ci­łem do blon­di, kie­dy mo­gli­śmy od­pi­ąć pasy bez­pie­cze­ństwa.

– Oczy­wi­ście, ko­cha­nie.

– Już ci mó­wi­łem, że masz się tak do mnie nie zwra­cać. Nie je­stem żad­nym two­im ko­cha­niem, zro­zu­mia­łaś? – wark­nąłem wku­rzo­ny.

Po mo­jej mi­nie do­brze wy­wnio­sko­wa­ła, że nie żar­tu­ję.

– Do­brze. Prze­pra­szam, koo… – Nie do­ko­ńczy­ła.

_Kur­wa!_

Po­sła­łem jej gro­źne spoj­rze­nie.

– Nie będę. Prze­pra­szam jesz­cze raz. – Zro­bi­ła skru­szo­ną minę.

Le­piej, żeby się opa­mi­ęta­ła, bo wy­ko­pię ją z tego sa­mo­lo­tu.

Za­uwa­ży­łem, że mat­ka szep­ta­ła coś na ucho ste­war­de­sie. Gdy ta ode­szła, na twa­rzy ro­dzi­ciel­ki zo­ba­czy­łem prze­bie­gły uśmiech. Coś kom­bi­no­wa­ła. Wie­dzia­łem to.

– Nie żyje? – za­py­ta­łem, kie­dy wy­sze­dłem z ki­bla i za­uwa­ży­łem swo­ją to­wa­rzysz­kę, któ­ra le­ża­ła roz­wa­lo­na na fo­te­lu, z za­mkni­ęty­mi ocza­mi i moc­no roz­chy­lo­ny­mi usta­mi. Wy­gląda­ła, jak­by prze­je­chał ją sa­mo­chód. Prak­tycz­nie zaj­mo­wa­ła dwa sie­dze­nia, w tym jesz­cze na moim trzy­ma­ła nogi. Sztucz­na pie­rś wy­cho­dzi­ła jej spod su­kien­ki.

Tra­ge­dia na kó­łkach.

– Nie­ste­ty żyje, ale mam na­dzie­ję, że obu­dzi się do­pie­ro, gdy wy­lądu­je­my we Wło­szech. – Mat­ka wy­szcze­rzy­ła zęby. Była cho­ler­nie z sie­bie za­do­wo­lo­na.

– Co jej po­da­łaś, ma­mu­niu? – Za­re­cho­ta­łem.

– To nie­istot­ne, sy­necz­ku. Wa­żne, że cho­ler­stwo do­brze dzia­ła. Po tym będzie ją bo­leć gło­wa. I to moc­no. – Uśmiech­nęła się zu­chwa­le, po czym pu­ści­ła mi oczko.

W su­mie to po­wi­nie­nem jej po­dzi­ęko­wać za ra­tu­nek. Ura­to­wa­ła mnie przed mi­gre­ną. Za­wsze o mnie dba­ła. I jak tu nie ko­chać tej ko­bie­ty?

– Na­wet ład­na. Cie­ka­we czy jej ma­mu­sia też tak wy­gląda – rzu­cił z roz­ba­wie­niem oj­ciec, wpa­tru­jąc się w blon­dy­nę.

Kie­dy od­wró­cił gło­wę w stro­nę żony, ta już przy­kła­da­ła mu lufę do czo­ła.

Na wi­dok jej z bro­nią uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

Mat­ka wa­riat­ka.

Prędzej za­bi­ła­by sie­bie, niż skrzyw­dzi­ła­by jego.

– Po­wtórz to, co po­wie­dzia­łeś, mój uko­cha­ny mężu – roz­ka­za­ła, zni­ża­jąc nie­bez­piecz­nie głos.

– Tak samo jak ty nie lu­bię się po­wta­rzać. – Po­słał jej nie­wi­dzial­ne­go bu­zia­ka. – Chy­ba nie je­steś za­zdro­sna, ko­cha­nie? – Wy­szcze­rzył do niej zło­śli­wie zęby.

– Za­wsze je­stem, ko­cha­nie – od­po­wie­dzia­ła i wła­do­wa­ła się na ko­la­na męża, ci­ągle mie­rząc w jego gło­wę. – Bo je­steś tyl­ko mój… – wy­chry­pia­ła, a po­tem po­ca­ło­wa­ła go w kącik ust.

Na mo­ment za­sło­ni­łem oczy. To wy­da­wa­ło mi się cho­ler­nie nie na miej­scu.

– Je­stem. – Przy­tak­nął gło­wą i po­gła­dził ją dło­nią po po­licz­ku. Zbli­żył usta do jej ucha i po­wie­dział coś tak, by tyl­ko ona go usły­sza­ła.

Mat­ka ob­li­za­ła pro­wo­ka­cyj­nie dol­ną war­gę, a po­tem tak moc­no się uśmiech­nęła, że oj­ciec wy­rzu­cił oczy ku nie­bu.

Ja pier­do­lę. Wła­śnie wy­obra­zi­łem so­bie to, co jej po­wie­dział. Szko­da, że nie mo­głem tej wi­zji od­zo­ba­czyć.

– Ko­cham cię naj­bar­dziej na świe­cie, ko­cha­nie, ale i tak tego po­ża­łu­jesz. Gwa­ran­tu­ję ci to – obie­ca­ła mu gło­śno i scho­wa­ła pi­sto­let do ka­bu­ry, któ­rą mia­ła za­pi­ętą na udzie. Ni­g­dy nie roz­sta­wa­ła się z bro­nią. Zresz­tą nikt z nas tego nie ro­bił.

Oj­ciec zno­wu po­kręcił gło­wą z głu­pim uśmie­chem, ale wie­dział, że nie żar­to­wa­ła. Już snu­ła ide­al­ną ze­mstę i by­łem pe­wien, że to oka­za­ło­by się coś gru­be­go.

– Je­steś naj­pi­ęk­niej­szą, naj­sek­sow­niej­szą, naj­mądrzej­szą ko­bie­tą na tej zie­mi, żono moja i wy­łącz­nie moja. Pa­trzę tyl­ko na cie­bie. Od za­wsze i na za­wsze. Po grób. – I na­praw­dę tak sądził. Pa­trzył na nią z taką mi­ło­ścią, że cho­ler­nie w tym mo­men­cie im tego za­zdro­ści­łem.

Moja mat­ka była pi­ęk­na, i to nie tyl­ko z wy­glądu. Dla nas mia­ła ogrom­nie pi­ęk­ne i wiel­kie ser­ce.

– Mo­gli­by­ście da­ro­wać nam ten po­kaz uczuć? Ka­żdy wie, że się ko­cha­cie i je­ste­ście wiecz­nie na sie­bie na­pa­le­ni! – krzyk­nął wu­jek Mar­kos, któ­ry wła­śnie wy­cho­dził z ka­bi­ny pi­lo­tów.

Ca­łko­wi­cie go zi­gno­ro­wa­li.

Jęk­nąłem prze­ci­ągle i ude­rzy­łem otwar­tą dło­nią w czo­ło.

– Masz cho­ler­ne szczęście, mój i tyl­ko mój przy­stoj­ny mężu. Gdy­by kie­dyś przy­szło ci coś głu­pie­go do gło­wy, mo­gła­bym nie­chcący po­zba­wić ko­goś ży­cia. – Po­ca­ło­wa­ła go de­li­kat­nie w usta i ze­szła z jego ko­lan. Po tym oj­ciec po­pra­wił spodnie w kro­ku.

Kur­wa! Te­raz to już na­praw­dę chcia­łem wy­ma­zać to z pa­mi­ęci.

– Przez was się na­pa­li­łam – rzu­ci­ła ciot­ka Car­la, na co wszy­scy wy­buch­nęli gło­śnym śmie­chem.

– Sło­ńce moje, tyl­ko jed­no sło­wo, a będę go­to­wy – od­po­wie­dział jej wuj, szcze­rząc kły.

_Je­zus, pie­przo­ne, Ma­ria._

Ża­ło­wa­łem, że rów­nież nie do­sta­łem tych prosz­ków na­sen­nych. Na­dal mia­łem kaca i cho­ciaż na chwi­lę chcia­łem za­mknąć oczy, a tu się od­pier­da­la­ło ja­kieś ro­dzin­ne por­no.

– Bi. Chcia­łbym, że­byś się z tym za­zna­jo­mił, bo nie wszyst­kich mia­łeś oka­zję po­znać – ode­zwał się do mnie oj­ciec, tym ra­zem już z po­wa­żną miną, po czym roz­ka­zał na­sze­mu ochro­nia­rzo­wi, by po­dał mi ta­blet. Ma­rio wręczył mi go w mgnie­niu oka.

Plik do­ku­men­tów plus ja­kieś dwa­na­ście stron na­zwisk i ad­re­sów. Też mi coś.

Po ja­ki­chś dwóch mi­nu­tach odło­ży­łem urządze­nie na sto­lik.

– Mia­łeś się z tym za­po­znać, Bi, a nie tyl­ko prze­czy­tać – rzu­ci­ła mat­ka, marsz­cząc nos.

To pra­wie jak znie­wa­ga, chy­ba za­po­mnia­ła, jak in­te­li­gent­ne­go ma syna. Cie­szy­łem się na­praw­dę do­brą pa­mi­ęcią fo­to­gra­ficz­ną. To była jed­na z wie­lu mo­ich fan­ta­stycz­nych za­let.

Uśmiech­nąłem się zu­chwa­le i po chwi­li za­cząłem wy­plu­wać sło­wa. Wy­re­cy­to­wa­łem no­tat­ki na te­mat ka­żdej oso­by, któ­ra mia­ła zna­le­źć się na ze­bra­niu sze­fów. Czy­li mniej wi­ęcej dwu­na­stu osób.

– A, i jesz­cze ten Po­la­czek, Jan Ty­bur­ski. Głów­na sie­dzi­ba War­sza­wa, Bie­la­ny. Kod pocz­to­wy 01 – 934 Opa­lin 5 – do­da­łem szyb­ko. – Coś jesz­cze, mamo? – Po­ka­za­łem jej język.

– Tak, to zde­cy­do­wa­nie mój nie­by­wa­le mądry sy­ne­czek. – Uśmiech­nęła się do mnie sze­ro­ko. – Moja duma.

– Ach, tak. Te­raz jest już twój, ko­cha­nie? Mój jest tyl­ko wte­dy, kie­dy nie słu­cha cie­bie? – ode­zwał się oj­ciec, uno­sząc z roz­ba­wie­niem brew, na­stęp­nie po­ło­żył rękę na jej od­kry­tym udzie.

– Och, za­mknij się. – Dała mu szyb­kie­go ca­łu­sa w usta. – Jest nasz i kie­dyś zo­sta­nie ide­al­nym kró­lem – mó­wi­ła do nie­go, jak­by mnie tu wca­le nie było.

– Oczy­wi­ście, bo to mój syn. – Oj­ciec po­pa­trzył na mnie z dumą.

Zre­zy­gno­wa­ny po­kręci­łem gło­wą.

– Sko­ro już do­szli­ście w ko­ńcu do tego, czy­im je­stem dziec­kiem, mogę na chwi­lę za­mknąć po­wie­ki i li­czyć na to, że nikt mi już nie będzie prze­szka­dzał? – iro­ni­zo­wa­łem.

– Tak, zde­cy­do­wa­nie jest twój, mój mężu.

Prze­wró­ci­łem ocza­mi.

– Do­bra­noc.

Mia­łem tyl­ko na­dzie­ję, że prosz­ki ma­mu­śki na­praw­dę są moc­ne…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij