Wyburzenie - ebook
Kuba, zuchwały twórca internetowy zajmujący się urbexem, żyje dla adrenaliny i wyświetleń. Pewnego piątkowego wieczoru łamie żelazną zasadę miejskiej eksploracji i wkracza samotnie na teren nieczynnej elektrowni węglowej. Jego celem jest gigantyczna chłodnia kominowa, która wkrótce ma zniknąć z krajobrazu. Gdy dociera do wnętrza, przegniłe schody techniczne zawalają się, strącając chłopaka na samo dno hiperbolicznego leja. Uwięziony bez zasięgu, z potwornie uszkodzoną nogą i słabnącą latarką, Kuba odkrywa przerażającą prawdę – zbrojone ściany oplatają dziesiątki świeżych kabli pirotechnicznych. Zostało mu dokładnie trzydzieści sześć godzin do ostatecznej detonacji. Rozpoczyna się mroczny, klaustrofobiczny wyścig z czasem i własną paranoją. Mając do dyspozycji jedynie sprzęt z plecaka i zardzewiały gruz, ofiara własnej pychy musi pokonać pionową, betonową przepaść. Kto wygra tę nierówną walkę?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wiatr dął przenikliwym chłodem, niosąc ze sobą zapach wilgotnego żużlu, rozkładającego się betonu i mokrej rdzy. Złota godzina dawno minęła, ustępując miejsca brudnemu, ołowianemu zmierzchowi. Była ósma wieczorem, a masywna sylwetka nieczynnej elektrowni majaczyła na tle ciemniejącego nieba niczym obdarty ze skóry trup dawno wymarłego potwora. Kuba zaciągnął zamek czarnej, technicznej kurtki aż pod samą brodę, czując, jak zimno powoli, acz metodycznie przenika przez cienki materiał. W ustach miał dziwny, metaliczny posmak, jakby samo powietrze w tym zapomnianym przez wszystkich miejscu było przesycone cząsteczkami martwego żelaza.
Stanął przed zardzewiałym ogrodzeniem z siatki, zwieńczonym postrzępionym drutem kolczastym. Tablica ostrzegawcza, ledwie widoczna w gęstniejącym półmroku, krzyczała wyblakłymi, czerwonymi literami o surowym zakazie wstępu, groźbie zawalenia obiektu i surowych karach, ale dla niego stanowiła jedynie kolejne zaproszenie. Dla Kuby słowa "zakaz wstępu" brzmiały jak obietnica wyświetleń, zaangażowania fanów i uderzenia adrenaliny, której z każdym miesiącem potrzebował coraz więcej, by w ogóle poczuć, że żyje.
Wyciągnął z kieszeni kamerę, przetarł obiektyw kciukiem i wcisnął przycisk nagrywania. Maleńka, czerwona dioda zamrugała miarowo w ciemności.
– Witajcie ponownie po gorszej stronie rzeczywistości – zaczął, modulując głos tak, by brzmiał znacznie niżej, mroczniej i bardziej tajemniczo. Wymusił na usta pewny siebie, lekko arogancki uśmiech, który jego widzowie tak uwielbiali. – Jest piątkowy wieczór, krótko po ósmej. Za moimi plecami możecie podziwiać istnego kolosa. Sto pięćdziesiąt metrów czystego, żelbetowego obłędu. Chłodnia kominowa numer trzy. Prawdziwa bestia, która pożerała chmury. Pojutrze, punktualnie o ósmej rano, ta piękna perła brutalizmu przestanie istnieć. Zrównają ją z ziemią w ułamku sekundy, a ja jestem tutaj, żeby jako absolutnie ostatni człowiek na ziemi zajrzeć prosto w jej wielkie gardło. Zamierzam wejść do środka, wzdłuż wewnętrznej ściany, być na samym szczycie i wypuścić drona, żeby nagrać dla was epicki, pożegnalny lot nad jej koroną. Tylko ja, mrok i tysiące ton martwego betonu.
Przerwał nagrywanie i ostro westchnął, wypuszczając z ust gęsty obłok pary. Uśmiech natychmiast zniknął z jego twarzy, zastąpiony przez twardy, niemal drapieżny grymas skupienia. Wcisnął kamerę do specjalnej kieszeni na piersi. Wiedział doskonale, że ryzykuje bardziej niż kiedykolwiek. Czuł z tyłu głowy to znajome mrowienie, ten pierwotny instynkt ostrzegawczy, który zawsze towarzyszył mu przed przekroczeniem cienkiej linii bez powrotu. Kiedyś, w takich właśnie momentach, czuł na ramieniu stanowczą dłoń Alicji.
W jego myślach natychmiast ożyła ich ostatnia, wyjątkowo brutalna kłótnia na zrujnowanym dachu fabryki chemicznej zaledwie kilka miesięcy temu. Słowa wracały do niego z echem, tak wyraźnym, jakby stała tuż obok w swojej jaskrawej, żółtej kurtce asekuracyjnej.
– Przecież to się zaraz zawali, Kuba, na litość boską, spójrz na to! – słyszał jej paniczny głos, przebijający się przez wycie wiatru.
– Dramatyzujesz, Ala – odpowiadał we wspomnieniu z irytującą, pobłażliwą lekkością. – Jestem lekki, a te konstrukcje były projektowane na całe tony obciążeń.
– Nie, ty po prostu postradałeś resztki zmysłów! – krzyczała, zaciskając dłonie w pięści. – Jesteś cholernym egoistą. To już nie jest eksploracja, to igranie ze śmiercią pod publikę. Jeśli myślisz, że będę tutaj stała i patrzyła, jak zbijasz się na krwawą miazgę dla paru tysięcy łapek w górę, to jesteś w wielkim błędzie. Kiedyś zostaniesz zupełnie sam w jakiejś cholernej ruderze i nikt, absolutnie nikt po ciebie nie przyjdzie. Rozumiesz to? Zgnijesz tam sam.
– Więc po prostu nie patrz. Sama wracaj do samochodu, poradzę sobie.
– I kto tu miał rację, Ala? – mruknął cicho do siebie w teraźniejszości, spluwając w suchą, zmarzniętą trawę. – Kto nie ryzykuje, ten po prostu znika z algorytmu.
Pochylił się i niezwykle sprawnie prześlizgnął przez wąską dziurę w siatce, którą przygotował sobie ukradkiem podczas wczorajszego zwiadu. Kolczasty drut drasnął go niegroźnie w prawe ramię, przecinając jedynie wierzchnią warstwę materiału. Znalazł się w zakazanej strefie zero.
Teren wymarłej elektrowni był upiornie, wręcz nienaturalnie cichy. Z każdym pojedynczym krokiem jego ciężkie, górskie buty chrzęściły na pokruszonym szkle, kawałkach cegieł i rdzawych opiłkach. Olbrzymia chłodnia wznosiła się tuż przed nim, wypełniając zjawiskowo całe pole widzenia. Jej nieskazitelnie gładkie, hiperboliczne ściany wyginały się ku górze w nienaturalnym, niemal organicznym kształcie. Konstrukcja budziła natychmiastowy respekt, wydawała się wręcz przytłaczać swoją monstrualną masą, jakby lada chwila miała runąć wprost na jego głowę.
Zbliżył się do potężnej podstawy komina. Powierzchnia betonu była lodowato zimna, niezwykle chropowata i miejscami porośnięta ciemnym, toksycznie wyglądającym mchem. Znalazł to, czego szukał: wąski, ledwie zauważalny właz serwisowy, ukryty głęboko w cieniu masywnych, ukośnych filarów podtrzymujących dolną część budowli. Stalowe drzwi dawno stąd zniknęły, najprawdopodobniej wycięte i rozkradzione przez złomiarzy wiele lat temu. Włączył mocną latarkę czołową. Snop jasnego, zimnego światła przebił gęsty mrok, ujawniając wejście do samego brzucha betonowej bestii.
Przekroczył próg i od razu uderzył go specyficzny mikroklimat tego miejsca. Powietrze wewnątrz było odczuwalnie gęstsze, boleśnie lodowate i pachniało starym, gnijącym w wodzie drewnem przemieszanym z gryzącym pyłem węglowym. Ponownie włączył kamerę, by na żywo skomentować ten przełomowy moment. Z każdym wypowiadanym słowem z jego ust ulatywał gęsty obłok siwej pary.
– Jestem w samym środku – wyszeptał, powoli obracając obiektyw w stronę ogromnej, pustej przestrzeni. – Akustyka jest tutaj wręcz paraliżująca. Wyobraźcie sobie dźwięk, który nigdy nie umiera, tylko nieskończenie odbija się od ścian. Komora echa ostatecznego.
Zadarł głowę mocno do góry. Snop światła z latarki ginął w bezkresnej, pionowej otchłani długo przed osiągnięciem jakiegokolwiek punktu odniesienia. Gdzieś niebotycznie wysoko, niewyobrażalnie wręcz daleko, majaczył idealnie okrągły otwór, przez który słabo przebijały resztki granatowego nieba. Grube ściany zbiegały się ku sobie z każdym kolejnym metrem wysokości, tworząc doskonałą iluzję niemożliwej do pokonania nieskończoności.
– Gdzieś wyżej zaczyna się wewnętrzna galeria techniczna – mówił dalej do obiektywu, kierując strumień światła na prawą stronę wewnętrznej łupiny. – Widzicie tamte schody?
Z głębokich ciemności wydobył ostre zarysy stalowej, potężnej konstrukcji. Kręte, wybitnie techniczne schody wiły się ściśle wzdłuż wygiętej, betonowej ściany, przymocowane do niej za pomocą potężnych, zardzewiałych na wylot kotew. Wyglądały niczym porzucony kręgosłup mechanicznego, prehistorycznego węża, na stałe przyspawanego do wnętrza wygasłego wulkanu. Konstrukcja zaczynała się około trzech metrów nad obecnym poziomem gruntu. Aby się do niej dostać, musiał wspiąć się po luźnej stercie wilgotnego gruzu, starych oponach i zbutwiałych paletach transportowych, które ktoś tutaj dawniej porzucił.
– Plan jest banalnie prosty – kontynuował swój starannie wyreżyserowany monolog. – Wchodzimy kilkadziesiąt metrów w górę, stajemy na stabilnym punkcie, odpalamy z plecaka drona, robimy te mordercze ujęcia z samego serca komina, a potem zwijamy się w mrok, zanim jakikolwiek cieć zorientuje się, że ma dzisiaj niespodziewanego gościa.
Schował kamerę z powrotem pod kurtkę i natychmiast zabrał się do zaplanowanej pracy. Wdrapał się na niestabilną, cuchnącą stertę namokniętych desek. Drewno trzeszczało niebezpiecznie i ślizgało się pod jego ciężarem. Gdy wyciągnął ramię i sięgnął pierwszego metalowego stopnia konstrukcji, natychmiast poczuł na dłoniach sypką, wilgotną rdzę. Wielkie płatki utlenionego żelaza sypnęły się mu prosto w twarz, wpadając za kołnierz. Splunął z niesmakiem, mocno zacisnął palce i brutalnie podciągnął całe swoje ciało na pierwszą, kraciastą platformę.
Stal jęknęła przeraźliwie, gdy obiema stopami stanął na kracie. Dźwięk naprężanego metalu błyskawicznie odbił się od zaokrąglonych, betonowych ścian i wrócił do niego z poczwórną siłą, brzmiąc wypisz wymaluj jak przeciągłe wycie potępieńca z najgłębszych kręgów piekieł. Kuba zamarł w bezruchu na jedną długą sekundę. Jego serce zabiło zauważalnie szybciej. Znowu poczuł w trzewiach ten sam, gęsty mrok niepokoju. Przełknął głośno ślinę, chwycił zimną, makabrycznie chropowatą poręcz, wziął głęboki oddech i postawił kolejny, zdecydowany krok w górę.
Zaczął wspinaczkę po schodach. Każdy pojedynczy stopień odpowiadał głuchym, złowieszczym i niepokojącym brzękiem. Skupił wzrok wyłącznie na małym, oświetlonym fragmencie schodów tuż przed swoimi butami, starając się całkowicie zignorować ziejącą w dole i po bokach czarną pustkę. Metr po metrze piął się w górę. Z każdym kolejnym krokiem powietrze wydawało się coraz rzadsze, chłodniejsze, a ciśnienie w jego skroniach nieustannie rosło. Oddychał coraz ciężej, a jego świszczący oddech odbijał się potwornym, rytmicznym echem, stwarzając niezwykle silne, paranoiczne wrażenie, że wspina się po tych schodach razem z kimś jeszcze. Z niewidzialnym, milczącym bytem, który deptał mu po piętach i dyszał prosto w spocony kark.
Dziesięć metrów nad zrujnowaną ziemią zatrzymał się, by złapać nieco tchu. Wychylił się za barierkę i spojrzał w dół. Dno potężnej chłodni przypominało teraz wyłącznie czarną, pożerającą wszelkie światło otchłań. Otarł pot z czoła wierzchem dłoni i skierował snop latarki na masywne mocowania schodów. Kotwy, które miały trzymać całą tę drogę w pionie, były do cna przeżarte przez galopującą korozję. W wielu newralgicznych miejscach ogromne niegdyś śruby przypominały teraz zaledwie bezkształtne, sypiące się brązowe guzy, które kruszyły się od samego patrzenia.
– Absolutnie nic ci nie będzie – powiedział do siebie na głos, choć w komorze echa jego własne słowa zabrzmiały niepokojąco cienko, płasko i skrajnie niewiarygodnie w tej ogromnej, wrogiej przestrzeni. – Przechodziłeś w życiu przez znacznie gorsze rzeczy. Trzyma się od lat, potrzyma i dzisiaj.
Znowu ruszył w górę, ignorując krzyczący w nim instynkt samozachowawczy. Piętnaście metrów. Cała żelazna konstrukcja zaczęła nagle odczuwalnie, bardzo delikatnie wibrować pod każdym jego twardym krokiem. Pomyślał przez ułamek sekundy, że może faktycznie Alicja miała choć odrobinę racji i powinien natychmiast zawrócić. Przecież miał już wystarczająco dobre ujęcia ze zwiadu. Drona z powodzeniem mógł wypuścić z bezpiecznego poziomu gruntu. Zdrowy rozsądek i elementarna logika nakazywały bezwzględny odwrót, ale pycha, brawura i chora potrzeba udowodnienia światu swojej wyjątkowości bezlitośnie pchały go coraz wyżej.