Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Wychowanie przez czytanie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 marca 2014
19,90 zł
1990 pkt
punktów Virtualo

Wychowanie przez czytanie - ebook

Jak i co czytać dzieciom, by lektura miała najlepszy wpływ na ich zdolność percepcji, empatię, refleks, rozwijała ich umiejętności interpersonalne i kształtowała charakter? Książka Ireny Koźmińskiej, założycielki i prezesa Fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”, inicjatorki sławnej kampanii społecznej, i Elżbiety Olszewskiej, dyrektor programowej Fundacji, to wyczerpujące kompendium aktualnej wiedzy na temat czytania w młodym wieku i roli, jaką pełni ono w kształtowaniu osobowości człowieka. Jest to zrazem praktyczny poradnik dla rodziców, którzy chcą zadbać o jak najlepszy rozwój swoich dzieci.

„Książka „Wychowanie przez czytanie” zawiera niezbędną wiedzę o roli, jaką czytanie dzieciom odgrywa w procesie ich rozwoju i edukacji. W dobie mediów wychowanie dzieci na miłośników czytania wymaga zaangażowania dorosłych. Samo mechaniczne czytanie dziecku nie wystarczy – ważne jest, by wiedzieć, co, jak i komu czytać. I jak uczyć czytania. Czytajmy więc mądrze. Praktyczne rady zawarte w tej książce pomogą Państwu w wychowaniu dzieci na czytelników – ludzi wykształconych, dobrych i szczęśliwych, którzy żyją nie tylko lepiej i ciekawiej, ale nawet dłużej.”

Dorota Zawadzka, psycholog, telewizyjna Superniania

„Czytanie dzieciom wartościowych książek, rozmowa o ich treści, kształtowanie potrzeby i nawyku czytania jest warunkiem rozwoju krytycznego myślenia, mądrości życiowej, wyobraźni i wrażliwości moralnej. To droga do uczestnictwa w kulturze i jej współtworzenia. Umiejętność korzystania z tekstów pozwala radzić sobie z koniecznością wielokrotnej zmiany naszych dróg zawodowych i życiowych. Dlatego program „Cała Polska czyta dzieciom” i książka „Wychowanie przez czytanie” mają ogromną wartość.”

prof. Zbigniew Kwieciński, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7943-741-2
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Po jednej z audycji radiowych na temat głośnego czytania, kiedy odbierałam telefony od słuchaczy, zadzwoniła pani, którą dotknęło to, że powołuję się na amerykańskie inspiracje kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”. Pani zaczęła dowodzić, że mamy w kraju piękną i długą tradycję czytania dzieciom i że można było sięgnąć do rodzimych wzorców. Rzeczywiście, dawniej w wielu domach dzieciom czytano i kilka pokoleń Polaków wychowało się na książkach. Ale wszystko się zmieniło. Dzisiaj nawet ludzie wykształceni często nie znajdują czasu na czytanie dzieciom, co więcej, sami mało czytają. Literaturę piękną i czasopisma wypierają telewizja i internet. Badania przeprowadzone przez Bibliotekę Narodową wykazały, że w 2008 roku 62% dorosłych Polaków nie przeczytało ani jednej książki. Wielu dorosłym czytanie, także czytanie dzieciom, wydaje się anachronizmem.

Dlaczego tak się dzieje? Nasze społeczeństwo dostosowało się do zmian, które przyniosła transformacja ekonomiczna i ustrojowa przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Jako społeczeństwo demokratyczne korzystamy bez ograniczeń z coraz bogatszej oferty mediów wizualnych, które stały się głównym źródłem informacji i rozrywki. Jest to bardzo czasochłonne. Rosną nasze apetyty konsumpcyjne, a świat reklam wmawia nam, że bez najnowszych modeli telefonów, komputerów czy samochodów nie osiągniemy zadowolenia ani sukcesu. Aby to wszystko zdobyć, pracujemy intensywniej i dłużej niż poprzednie pokolenia. W większości rodzin zaspokajanie potrzeb ekonomicznych wciąga w swe tryby oboje rodziców, którzy na wiele godzin znikają z domu. Chcemy być ciągle młodzi, używać życia, bawić się, samodoskonalić. Na to też potrzebny jest czas. To właśnie czas we współczesnym świecie stał się dobrem deficytowym, zwłaszcza czas, który jesteśmy skłonni poświęcić dzieciom. Powierzamy je więc chętnie elektronicznej niani – telewizji, wyręczamy się „podwykonawcami”: opiekunką, żłobkiem, przedszkolem i szkołą, by zajmowały się nimi, uczyły je i wychowywały.

Żyjemy w pośpiechu, który nie sprzyja refleksji, i łatwo dajemy się wciągnąć w pułapkę tłumaczenia „przecież wszyscy…”. Skoro wszystkie dzieci z przedszkola oglądają „dorosłe” seriale, moje nie może być gorsze, by nie zostało przez kolegów wykluczone z zabawy. Skoro wszyscy w klasie mają telefony komórkowe, nasza gimnazjalistka też musi go mieć. Brak nam wiedzy i determinacji, by przeciwstawić się presji szkodliwej mody i masowej kultury lub zaproponować w przedszkolu czy szkole dziecka wspólną linię wychowawczą, która służyłaby zdrowemu rozwojowi dzieci i chroniła je przed złymi wpływami.

Kiedy moja dorosła dziś córka chodziła do zerówki, przedszkolanka włączała rano dzieciom… _Kojaka_! Były zachwycone, a pani mogła dzięki temu prostemu rozwiązaniu oglądać wieczorem inny serial. Dowiedziałam się o tym zbyt późno, by interweniować, nie miałam zresztą wtedy wiedzy, która wsparłaby intuicyjny sprzeciw. Wydaje się jednak, że od tamtej pory sytuacja tylko się pogorszyła – telewizory stały się trwałym i powszechnym wyposażeniem większości przedszkoli, dziecięcych sal w szpitalach, a także placówek opiekuńczo-wychowawczych. W wielu domach telewizor włączony jest nieprzerwanie od rana. Towarzyszy dzieciom przy jedzeniu, wychodzeniu do przedszkola i szkoły, przy nauce i zasypianiu. Widujemy nasze dzieci w przelocie, mało z nimi rozmawiamy, karmimy bezwartościowym jedzeniem, fundujemy im traumatyczne zmiany w życiu rodzinnym, takie jak rozwody lub wyjazdy rodziców do pracy za granicę. A potem wszyscy narzekają, że każdy kolejny rocznik przedszkolaków i uczniów jest bardziej rozkojarzony, nieprzystosowany społecznie, pozbawiony wyobraźni i empatii, bardziej agresywny. Rodzice narzekają na nauczycieli, nauczyciele na rodziców, wszyscy narzekają na dzieci.

Ponieważ Amerykanie prędzej niż my doświadczyli negatywnych dla kondycji rodziny i rozwoju dziecka skutków połączenia twardej gospodarki rynkowej, konsumpcjonizmu oraz nadmiaru mediów elektronicznych, zdążyli wypracować skuteczne sposoby przeciwdziałania owym skutkom. Nie znaczy to oczywiście, że jako społeczeństwo są oni wolni od tych problemów, ale warto przyjrzeć się temu, co proponują, zwłaszcza że wiedzę na temat emocjonalnych potrzeb dzieci oraz zagrożeń dla ich rozwoju, które stwarza współczesna cywilizacja, czerpią z obserwacji, studiów i badań prowadzonych na nieosiągalną u nas skalę.

Według amerykańskich specjalistów dzieci pozbawione czasu i osobistego zaangażowania rodziców mają niskie poczucie własnej wartości, są szczególnie zagrożone zaburzeniami emocjonalnymi, podatne na złe wpływy, apatyczne lub agresywne, często cierpią na depresję (dawniej chorobę ludzi dorosłych), mają problemy w szkole, przedwcześnie rozpoczynają życie seksualne, są kandydatami na narkomanów i młodocianych przestępców. Przeprowadzono też tysiące badań nad wpływem telewizji na rozwój dziecka. Telewizja jest źródłem informacji, wiedzy i rozrywki, daje szanse uczestnictwa w wydarzeniach odległych w czasie i przestrzeni, dotrzymuje towarzystwa chorym i samotnym. Pamiętajmy jednak, że to, co dobre lub nieszkodliwe dla dorosłych, może mieć bardzo zły wpływ na dzieci. Telewizja nie tylko dostarcza treści, z którymi dzieci nie powinny się stykać, lansuje fałszywe wartości, zachęca do niezdrowych zachowań i wyzwala postawę cynizmu, ale także zabiera mnóstwo cennego czasu, który powinien być przeznaczony na naukę i zabawę, zdobywanie przez dziecko własnych doświadczeń i umiejętności, budowanie relacji z ludźmi, sport, czytanie i rozwijanie zainteresowań. Gry komputerowe i internet dzielnie konkurują z telewizją w okradaniu z czasu i zatruwaniu dzieciństwa.

Polskie dzieci nie różnią się pod względem potrzeb rozwojowych od swych rówieśników w krajach zachodnich. Pewne trendy cywilizacyjne przychodzą do nas z opóźnieniem, ale ponieważ tempem i stylem życia zaczynamy coraz bardziej upodabniać się do zachodnich społeczeństw, zaczynamy także w coraz większym stopniu doświadczać negatywnych konsekwencji postępu technicznego i zmian społecznych. Jedną z nich jest coraz bardziej powszechne nieprzystosowanie dzieci do wymogów życia i nauki.

W znakomitej książce _Toksyczne dzieciństwo_, której lekturę można by polecić wszystkim rodzicom, nauczycielom i politykom, Sue Palmer, brytyjska badaczka przyczyn coraz częściej występujących zaburzeń rozwojowych współczesnych dzieci, pisze: „W naszej globalnej kulturze, w której obywatele są zdrowsi, zamożniejsi i bardziej uprzywilejowani niż kiedykolwiek w historii, dzieci z roku na rok stają się bardziej nieszczęśliwe. Od markotnych i niezadowolonych, po depresyjne i dysfunkcyjne (…). Współczesny świat, a zwłaszcza państwa najlepiej rozwinięte – Stany Zjednoczone, Japonia, Niemcy, Wielka Brytania – został dotknięty epidemią udręki szerzącą się wśród jego najmłodszych obywateli”¹.

PARADOKS – WEDŁUG SUE PALMER – POLEGA NA TYM, ŻE DOBRODZIEJSTWA TECHNIKI I ZMIANY KULTUROWE, KTÓRE UŁATWIAJĄ I UPRZYJEMNIAJĄ ŻYCIE DOROSŁYM, BARDZO CZĘSTO SZKODZĄ DZIECIOM! POSTĘP TECHNICZNY I SPOŁECZNY DOKONUJE SIĘ BOWIEM NIEMAL Z PRĘDKOŚCIĄ ŚWIATŁA, ROZWÓJ DZIECKA ZAŚ – W TEMPIE WYZNACZONYM PRZEZ BIOLOGIĘ.

„Kolizja między kulturą napędzaną techniką, a naszym biologicznym dziedzictwem niszczy w dzieciach zdolność myślenia, uczenia się i zachowania. I jeśli nie uczynimy szybko czegoś, aby to zmienić, (…) kolejne pokolenie może się okazać niewystarczająco mądre i zrównoważone, by kontynuować dotychczasowe cywilizacyjne dzieło”² – ostrzega autorka.

Podobną diagnozę stawia w swej książce _Teoria szpanu_ psycholog ewolucyjny Geoffrey Miller. Pisze on, że współczesne dzieci przychodzą na świat z mózgami i genami paleolitycznymi i są predestynowane do życia w zgodzie z ewolucją. W istocie, postęp techniczny ostatnich 30-50 lat to kropla w morzu milionów lat ewolucji człowieka. Dzieci potrzebują podobnych warunków rozwoju, jakie mieli ich rówieśnicy np. w Biskupinie. Dzieci dorastały tam u boku dorosłych członków rodziny i plemienia, od których uczyły się mowy i życiowych umiejętności. Miały swobodę i mnóstwo ruchu. Życie było przewidywalne i zgodne z naturą. Dzisiejsza cywilizacja jest dla dzieci niezwykle stresogenna: osamotnione od niemowlęctwa (oddzielne łóżeczko i pokój, pozostawiane w żłobkach, samotne w domach), zmuszane do bezruchu i uczenia się bezsensownych dla nich przedmiotów, oddane na pastwę mediów, które karmią je przerażającymi treściami. Mózgi dzieci dostosowują się wreszcie do tych wynaturzonych warunków, ale często za cenę zdrowia emocjonalnego.

NIESTETY SPOŁECZNOŚĆ LUDZI DOROSŁYCH, ZAJĘTA ROZWIĄZYWANIEM PROBLEMÓW LUDZI DOROSŁYCH, ZDAJE SIĘ NIE DOSTRZEGAĆ FAKTU, ŻE WSPÓŁCZESNA CYWILIZACJA JEST TOKSYCZNA DLA DZIECI.

Palmer przytacza liczne badania i statystyki. Według Światowej Organizacji Zdrowia w ciągu najbliższych dziesięciu lat liczba zaburzeń neuropsychiatrycznych u dzieci dramatycznie wzrośnie, stając się jedną z głównych przyczyn upośledzenia i zgonów. Już dziś w USA co piąte dziecko ma problemy ze zdrowiem psychicznym, liczba przypadków autyzmu wzrosła od początku lat osiemdziesiątych z 1 na 50 000 urodzeń do 1 na 166 urodzeń (w Wielkiej Brytanii wskaźnik ten wynosi 1 do 100), a dysleksja i ADHD stały się prawdziwą plagą dzieci, rodziców i szkoły.

Zdrowiu i mózgom dzieci zagraża cała armia czynników cywilizacyjnych – począwszy od przemysłowo przetworzonego, nafaszerowanego chemią jedzenia, które jest przyczyną wielu zaburzeń rozwojowych i chorób, w tym, jak przypuszczają badacze, także autyzmu, poprzez drastyczne ograniczenie ruchu, brak snu, niedostosowanie szkoły do potrzeb młodych organizmów, nadmiar mediów i coraz dotkliwszy brak więzi z najbliższymi. To te najważniejsze.

Skala problemów rozwojowych w naszym kraju może być na razie mniejsza, ale nasilanie się z roku na rok zaburzeń behawioralnych i kłopotów z nauką polskich dzieci jest od wielu lat obserwowane z niepokojem przez wszystkich, którzy mają z nimi kontakt – od lekarzy, psychologów, nauczycieli i pedagogów szkolnych, po nauczycieli akademickich. Oczywiście nie można winić rodziców za wszystkie problemy, z którymi zmagają się dzisiaj dzieci, ale zdobycie przez nich wiedzy wydaje się nieodzownym krokiem na drodze ku zahamowaniu tych bardzo niebezpiecznych tendencji.

W naszej książce chcemy się skupić przede wszystkim na tym, co rodzice mogą zrobić we własnym zakresie, by zapewnić swemu dziecku możliwie najlepszy start. Nie będą to rady, by posłać je do ekskluzywnego przedszkola z angielskim, a potem do zagranicznej, drogiej szkoły z internatem. Będą to rady, które może zastosować każdy rodzic, niezależnie od wykształcenia i statusu materialnego. Najważniejsze, decydujące o zdrowiu i przyszłości dziecka rzeczy dzieją się bowiem w domu, w rodzinie. Decyduje postawa i zaangażowanie rodziców. O tym głównie będzie ta książka.

Zacznijmy od tego, jak dzisiaj – również w naszym kraju – postrzegane jest dzieciństwo. Michael Medved, amerykański scenarzysta, dziennikarz i krytyk filmowy, jest współautorem książki _Saving Childhood_ (Ocalić dzieciństwo), którą napisał wspólnie z żoną Diane, psychologiem. Państwo Medved mają trójkę dzieci, którym poświęcają mnóstwo uwagi. Oto, co powiedział w wywiadzie, który z nim przeprowadziłam³:

„W zachodnich cywilizacjach nastąpił fundamentalny zwrot w koncepcji dzieciństwa. W przeszłości była pełna zgoda co do tego, że dzieci należy chronić przed pewnymi elementami rzeczywistości. Oszczędzano dzieciom drastycznych i dramatycznych aspektów życia i śmierci, a to, co było odpowiednie dla szesnastolatka, było niestosowne dla sześciolatka. Zaczęło się to zmieniać na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Nowa koncepcja wychowania, pod którą podpisało się bardzo wielu ludzi, polega na zastąpieniu modelu ochrony modelem przygotowania. Istotą tego drugiego jest pogląd, że świat stał się nieprzyjazny i niebezpieczny, więc musimy dzieci przygotować na najgorsze i oswoić z problemami dorosłych, aby mogły przetrwać w coraz trudniejszym otoczeniu. Kłopot polega na tym, że model się nie sprawdza i w efekcie ani nie chronimy dzieci, ani nie przygotowujemy ich dobrze do życia. Wystarczy spojrzeć na dramatycznie rosnące wskaźniki samobójstw, depresji, używania narkotyków czy przestępczości wśród nieletnich”.

Współczesne dzieci żyją w bardzo trudnym dla siebie świecie. Coraz więcej z nich nie dostaje tego, co jest im niezbędne do zdrowego rozwoju – czasu i miłości rodziców, właściwej stymulacji dla umysłu i dobrych wzorców zachowań, otrzymuje natomiast w dużych ilościach to, co jest dla nich bardzo szkodliwe – samotność, przeciążenie zajęciami, niekontrolowane godziny przed ekranem, z którego szeroką falą płyną horror i demoralizacja.

Pozbawione „zasilania emocjonalnego” i przewodnictwa ze strony najbliższych⁴, czyli zdrowego pokarmu dla psychiki i umysłu, poddane ciągłym toksycznym wpływom kultury masowej i presjom środowiska, współczesne dzieci cierpią na anemię emocjonalną.

Do opisu współczesnej kultury bardzo dobrze pasują terminy ekologiczne. Dzisiejsza kultura – codzienna, masowa, a nawet część wyższej (wystarczy przeczytać niektóre modne książki, obejrzeć niektóre głośne spektakle lub filmy) delektuje się brzydotą i wynaturzeniem, lansuje egoizm i brak ludzkiej przyzwoitości, jest wulgarna i agresywna. Krótko mówiąc – jest toksyczna. Skażony jest język, relacje między ludźmi, system wartości. Język – i ten z mediów, i ten codzienny, którym mówi ulica, którym mówią rodzice do swych dzieci i którym rozmawiają dzieci pomiędzy sobą – coraz bardziej przypomina teksty spod budki z piwem lub z więziennego spacerniaka. Publiczność, niestety także ta najmłodsza, jest zafascynowana przemocą, seksem i patologią, które stały się dyżurnymi tematami w mediach. Relacje między ludźmi, szczególnie wśród młodszego pokolenia, sprowadzają się często do wzajemnego wykorzystywania się, odruchy grzeczności i życzliwości zanikają, a wartości moralne przestały być kryterium wyboru. Dawniej kultura zewnętrzna służyła rozwijaniu umysłu, doskonaleniu obyczajów i podnoszeniu poziomu człowieka. Dziś jest często narzędziem jego degradacji do roli bezrefleksyjnego, nienasyconego konsumenta.

Kulturę tworzy społeczeństwo. Kiedy Michael Medved mówił, że to społeczeństwo daje na coś przyzwolenie lub społeczeństwo odwróciło się od pewnych wartości, zapytałam: „Co to znaczy społeczeństwo?”. Odparł: „Społeczeństwo to nasi sąsiedzi, znajomi z pracy, krewni, szkoła, ksiądz, idole, dziennikarze, facet w pubie, sprzedawczyni w sklepie. My wszyscy. Po prostu my wszyscy”.

To społeczeństwo, czyli my wszyscy zezwalamy na stałą degradację języka i codziennego sposobu bycia, na rozkład więzi rodzinnych, na erozję zasad moralnych i aktywnie się do tego przyczyniamy. Udział rodziców w tym procesie jest niestety znaczący. Jeśli rodzice nie poświęcają dziecku dostatecznej ilości czasu, nie uczą języka, norm i manier, nie wytyczają granic dopuszczalnych zachowań, jeśli ich relacje z dzieckiem nacechowane są niecierpliwością, powierzchownością, a nierzadko przemocą, dziecko, które nie otrzymuje miłości, przepełnione gniewem do rodziców – bo intuicyjnie wie, że ich miłość mu się należy – zaczyna odrzucać ich wartości lub po prostu nie ma okazji, by się ich nauczyć. Często zresztą są to jedynie wartości deklaratywne, brak spójności pomiędzy tym, co rodzice nakazują dziecku, a jak sami postępują. Mały człowiek zaczyna wówczas przejmować wzorce, których w obfitości dostarczają mu media: pogardy dla innych, kultu pieniądza i marki, zafascynowania wyglądem, seksem, siłą.

Dzieci, najsłabsza część społeczeństwa, najmocniej reagują na trucizny środowiska społecznego i najszybciej je wchłaniają. Nie tylko dlatego że nie potrafią się same przed nimi ochronić, ale głównie dlatego że wynaturzone obyczaje i niewybredny język przyjmują za normę, bo w nich wzrastają. Wiele dzieci nie zna kulturalnego języka i dobrych obyczajów, gdyż nikt z bliskich dorosłych nie zadbał o to, by je tego nauczyć, nie rozwijał ich talentów i zainteresowań, nie uwrażliwiał na dobro i piękno. I nie dotyczy to tylko rodzin dysfunkcyjnych, ale także „normalnych”, w których rodzice są zbyt zajęci swoimi sprawami. Redaktor naczelny dużego wydawnictwa opowiadał, że kiedy zwrócił uwagę „normalnym” chłopcom, którzy strasznie przeklinali, grając w pobliżu jego domu w piłkę, jeden z malców zapytał obronnym tonem: „To jak, k…, mamy mówić?”.

Część dzieci potrafi lub musi dostosować się do świata dwóch kultur, w których przychodzi im funkcjonować. Niejeden rodzic, który nie ma czasu dla swego dziecka, gdyż dał się wprząc w wyścig po dobra materialne i prestiż swego środowiska, a kontakty z dzieckiem sprowadza do dialogu: „Jak tam w szkole?”, „OK”, zdziwiłby się, jakim językiem posługuje się poza domem jego latorośl i jakim zajęciom się oddaje. Niejedna matka przeciera ze zdumienia oczy, gdy zostaje wezwana do komisariatu i ogląda dowody przestępstw popełnionych przez jej ukochanego synka. Młodziutkie dziewczyny, nawet te, którym nie brak pieniędzy, potrafią sprzedawać się obcym mężczyznom za doładowanie karty telefonicznej, markowe ciuchy lub kosmetyki; niektóre przedsiębiorcze panienki w internecie oferują odpłatnie swoje dziewictwo. Dzieci robią to nie tylko dla pieniędzy, ale też dla zdobycia akceptacji i podziwu swego środowiska i… dla adrenaliny. Te szkodliwe i niebezpieczne zachowania można potraktować jako wołanie o uwagę rodziców. Tymczasem nieobecność rodziców w życiu dziecka, szczególnie gdy wkracza ono w okres szkolny, staje się dzisiaj normą. Próżnię po nich wypełniają natychmiast media, kultura masowa i rówieśnicy. Współczesne dziecko podlega ogromnej presji ze strony mody i środowiska rówieśników, nagradzającego popularnością zachowania wulgarne, agresywne, często zagrażające zdrowiu i życiu. Rodzice nie są na ogół dobrymi psychologami, natomiast świat biznesu i mediów zatrudnia sztaby psychologów, by uwieść dzieci marką i wzorcami buntowniczych, coraz bardziej seksualnych i ryzykownych zachowań. Uwiedzione dzieci (już dwulatki potrafią rozpoznać markę, zaś trzylatki domagać się markowych produktów) stają się ich wiernymi wyznawcami, czyli klientami. Rówieśnicy zaś są najlepszymi, bo niezwykle skutecznymi i bezpłatnymi, agentami reklamowymi dla produktów przemysłu rozrywkowego i mediów.

Wielu z nas oburza się na media, że lansują wulgarny język, sensację, seks i agresję. Gdyby jednak nie było na nie przyzwolenia, gdyby nie było odbiorców takich programów, gdybyśmy my, dorośli, my, rodzice, sami ich nie oglądali i nie przymykali oka na to, że oglądają je nasze dzieci, sygnał do mediów byłby jasny – trzeba zmienić styl, język, tematykę i idoli. Tymczasem najwyraźniej jest zapotrzebowanie na kulturę „bez kultury”! Coraz większym jej odbiorcą są niestety najmłodsi – pokolenie dzieci bardzo zajętych i mało zaangażowanych rodziców. Pokolenie szkoły, która uchyla się od wychowania człowieka, skupiając się na mechanicznej realizacji programu i testach. Pokolenie niedouczone, niewychowane, roszczeniowe i gniewne. Patrząc bardziej empatycznie – pokolenie zaniedbane, pozbawione wewnętrznych zasobów, zagubione i nieprzygotowane do życia.

Dzieci zdradzone przez rodziców i instytucje, które powinny je mądrze i troskliwie wprowadzać w świat, pozbawione zasobów duchowych, intelektualnych, kulturalnych i moralnych, są zdane wyłącznie na siebie. Ich główną kompetencją staje się to, co nie wymaga wykształcenia i pracy – siła, arogancja, ryzykowne zachowania, seks. Nie chcą czuć się bezbronne, niewidzialne i bezradne. Jak każdy człowiek, one też chcą się czymś wyróżniać, zdobyć uwagę i uznanie. Skoro dorośli nie dają im szansy, by osiągnęły sukces na miarę swych możliwości w działaniach pozytywnych, starają się zaistnieć przynajmniej w środowisku rówieśników – takich samych dzieciaków, od których odwrócili się dorośli. I chcą jak najszybciej wejść w ten dorosły świat, który utożsamiają z wolnością od zakazów, nakazów i pouczeń, ale nie z odpowiedzialnością za siebie i innych.

Platon mówił, że wychowanie to uczenie dzieci czerpania przyjemności z tego, co dobre. Jeżeli tak wiele dzieci czerpie dziś przyjemność z działań destrukcyjnych i aspołecznych, to my, dorośli – rodzice, nauczyciele, politycy – chyba zaniedbaliśmy nasze obowiązki.

Najgorsze jest jednak to, że jeśli nie zahamujemy tego trendu, jeśli nie zaczniemy aktywnie i każdy tam, gdzie może, przeciwstawiać się degradacji kultury, w której dorasta młode pokolenie, jeśli będziemy tylko kiwać głową nad jej upadkiem, wiele współczesnych dzieci poniesie zdziczałe obyczaje w swoje dorosłe życie. Wyrosną ludzie, którzy nie będą umieli mądrze żyć, dobrze pracować, utrzymać związków, wychować swoich dzieci. Tworząc kulturę brzydoty, wulgarności, egoizmu i antywartości oraz przyzwalając na jej panoszenie się, niszczymy ich przyszłość. Kultura ta wpływa bowiem na jakość życia, które staje się płaskie, brzydkie, pełne konfliktów i przemocy. Dzieci, których nie uczymy myślenia i właściwych zachowań, będą nieszczęśliwe i unieszczęśliwią innych.

Możemy wiele zmienić, jeśli zaczniemy w mądry sposób poświęcać dzieciom czas, jeśli namówimy do tego znajome rodziny, przedszkola i szkoły. Amerykańskie badania potwierdzają, że jednym z najpotężniejszych czynników rozwoju dziecka i zarazem profilaktyką zachowań bezmyślnych i aspołecznych jest głośne czytanie⁵. Czytanie rozwija język, pamięć i wyobraźnię, uczy myślenia i koncentracji, przynosi ogromną wiedzę, rozbudza zainteresowania. Czytanie buduje więź pomiędzy rodzicem i dzieckiem, wspiera rozwój psychiczny dziecka, wzmacnia jego samouznanie. Czytanie wreszcie jest znakomitym sposobem na budowanie mocnego systemu wartości dziecka i kształtuje jego wrażliwość moralną.

CZYTANIE TO NAJSKUTECZNIEJSZY – I NAJTAŃSZY – SPOSÓB BUDOWANIA ZASOBÓW WEWNĘTRZNYCH DZIECKA!

Ta prosta i uwielbiana przez dzieci czynność jest superwitaminą dla ich zdrowia psychicznego, umysłowego i moralnego. Jest także znakomitą szczepionką przeciwko złym wpływom. Dziecko myślące, kompetentne i silne emocjonalnie nie ulega tak łatwo presji mód i otoczenia, nie jest tak łatwym celem dla reklamodawców, dealerów narkotyków i wszystkich, którzy żerują na dziecięcej niedojrzałości, naiwności i samotności.

W USA wiedza na temat potrzeby czytania dzieciom i ograniczenia telewizji jest powszechnie dostępna i aktywnie oferowana rodzicom. Nawet w miejscach takich jak na przykład waszyngtoński Covenant House, schronisko i centrum edukacyjne dla wykolejonej młodzieży, która uciekła z domów i porzuciła szkołę, widziałam nastoletnie czarnoskóre matki czytające książeczki swoim niemowlętom. W Polsce propozycja, by czytać dzieciom, które jeszcze nie mówią, wciąż budzi zdumienie. Czy jakikolwiek pediatra lub pielęgniarka rejonowa namawia rodziców do czytania dzieciom? Czy okuliści zachęcają rodziców dzieci niewidomych, by codziennie im czytali, łagodząc tym samym dramat ich kalectwa? Czy instytucje odpowiedzialne za zdrowie, rozwój i edukację dzieci informują rodziców o potrzebie ograniczenia czasu spędzanego przed ekranem i promują skuteczne sposoby wychowania emocjonalnie zdrowego dziecka? Jeszcze nie. Wierzymy, że to nastąpi. AMERYKAŃSKA AKADEMIA PEDIATRÓW ZALECA RODZICOM, BY CZYTALI DZIECIOM OD URODZENIA I ABY DO DRUGIEGO ROKU ŻYCIA DZIECI NIE MIAŁY ŻADNEGO KONTAKTU Z TELEWIZJĄ. DLA NASTOLATKÓW REKOMENDOWANY JEST ŁĄCZNY LIMIT DWÓCH GODZIN DZIENNIE PRZED EKRANEM TELEWIZORA I/LUB KOMPUTERA. Amerykańskie szkoły, przedszkola i lokalne centra kultury prowadzą szkolenia na temat czytania, wpływu mediów na dzieci, warunków zdrowego rozwoju psychicznego i intelektualnego, a rodzice tłumnie biorą w nich udział. W Polsce na oferowanych rodzicom w szkołach czy przedszkolach bezpłatnych zajęciach na temat potrzeb rozwojowych dzieci pojawia się zwykle garstka osób.

W naszym kraju wciąż niska jest świadomość, że PIERWSZE LATA DECYDUJĄ O CAŁYM DOROSŁYM ŻYCIU. A trwa ono znacznie dłużej niż dzieciństwo. Lekceważąc dzieciństwo, lekceważymy przyszłość. Stajemy się pokoleniem, które na masową skalę ignoruje mądrą, uniwersalną zasadę sformułowaną wieki temu przez Jana Zamoyskiego: „Takie Rzeczypospolite będą, jakie ich młodzieży chowanie”.

W jaki sposób narodził się pomysł na kampanię „Cała Polska czyta dzieciom”

Pewnego lutowego popołudnia, pół roku po przyjeździe do USA, odwiedziłam gabinet doktora Grishmana, który cieszył się sławą najlepszego waszyngtońskiego dentysty. Zawsze uśmiechnięta Rosie, recepcjonistka, przeprosiła, że doktor ma jeszcze pacjenta, więc usiadłam w pustej poczekalni i ze stosu kolorowych magazynów wyłowiłam pismo „Smithonian”, które wyglądało na mniej plotkarskie niż „Cosmopolitan” czy „People”. Przejrzałam pobieżnie kilka tekstów, gdy nagle wpadł mi w oko artykuł pod intrygującym tytułem _Gotowi? Czytamy! 20 minut dziennie, to wszystko, czego potrzeba!_

Bohaterem artykułu był Jim Trelease, najbardziej znany amerykański propagator czytania dzieciom.

Na wielkim zdjęciu Jim, sympatyczny starszy pan, zagłębiony w fotelu i otoczony wianuszkiem zasłuchanych dzieci, z żywą mimiką i gestykulacją czytał im baśnie. Na innym, trzymając w ramionach kilkumiesięcznego wnuka, czytał mu z zapałem książeczkę, a malec wpatrywał się w niego z zachwytem. Było też inne zdjęcie, przedstawiające uśmiechniętą rodzinę Thomasów: tatę, mamę i dziesięcioletnią Jennifer, która – jak wynikało z tekstu – ma niesłychanie duży zasób słów i często jest jedynym dzieckiem w klasie, które rozumie trudniejsze fragmenty tekstów. Jennifer urodziła się z zespołem Downa. Uczęszczała do normalnej szkoły. Rodzice od urodzenia codziennie czytali jej po dziesięć książeczek!

Wiele lat później, gdy zaprosiliśmy Jima Trelease’a do Warszawy na VI Finał kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”, dowiedzieliśmy się od niego, że Jennifer Thomas, dziewczynka z zespołem Downa, właśnie ukończyła studia oraz że autorem artykułu w magazynie „Smithonian” był przypadkowy słuchacz jego wykładu. W pewien deszczowy wieczór w 1995 roku, kiedy cała Ameryka zasiadła przed telewizorami, by śledzić mistrzowską rywalizację dwóch czołowych amerykańskich łyżwiarek, na wykład Jima w małym miasteczku w stanie Wirginia przyszło zaledwie trzydzieści pięć osób. Była wśród nich nauczycielka, która chciała posłuchać o czytaniu. Przyszła ze swym chłopakiem, dziennikarzem. To on napisał potem tekst, na który przez czysty przypadek natrafiłam w poczekalni u dentysty.

Przesłanie artykułu było proste, mocne i bardzo pociągające:

Najlepszą rzeczą, jaką rodzice mogą zrobić dla szczęścia i przyszłości swego dziecka, jest codzienne głośne czytanie mu dla przyjemności i radykalne ograniczenie telewizji.

Wróciłam do domu z postanowieniem, że będę codziennie czytać naszej córce. Miała wówczas dwanaście lat, a ja akurat wypożyczyłam dla niej _Faraona_ z biblioteki przy ambasadzie. Pełna zapału wkroczyłam do jej pokoju i pomna najważniejszego przykazania artykułu, że czytanie ma się dziecku zawsze kojarzyć z przyjemnością, zaproponowałam tak miło i zachęcająco, jak tylko umiałam, że jej poczytam.

Kinga, siedząc na podłodze wśród kosmicznego szkolnego bałaganu, spojrzała na mnie, jakbym spadła z księżyca. „Mam swoje książki do czytania” – oznajmiła z wyższością.

„Ma się kojarzyć z przyjemnością, ma się kojarzyć z przyjemnością, wyłącznie z przyjemnością” – i ja, matka nienawykła do sprzeciwu, oddaliłam się bez słowa.

Ponawiałam ofertę czytania wielokrotnie, zawsze ciepło, spokojnie i cierpliwie – i niestety wciąż bez skutku. Aż któregoś dnia, może po dwóch tygodniach, Kinga przyszła do mojego pokoju i powiedziała łaskawym tonem: „No, jak już tak bardzo chcesz mi czytać, to mi czytaj”. Położyła się w poprzek mojego łóżka, sięgnęłam po _Faraona_ i zaczęłyśmy.

_Faraon_ to moja ulubiona książka. Gdy miałam dwanaście lat, polecił mi ją mój Dziadzio, który hodował pszczoły, robił skrzypce, śpiewał arie operowe i był najmilszym człowiekiem na świecie. Przeczytałam ją sama, bo nikomu wtedy się nie śniło, by czytać dwunastolatce. Zresztą czytałam biegle i robiłam to z wielką pasją.

_Faraon_ zaczął wciągać Kingę. Po pierwszym rozdziale poprosiła o kolejny, a następnego dnia już bez zapraszania przyszła słuchać dalszego ciągu historii młodego Ramzesa. Pytała o znaczenie nowych słów i nieznanych jej sytuacji, a gdy je objaśniałam, moje akcje wyraźnie rosły. Po _Faraonie_ przeczytałyśmy _Quo vadis_, potem _Ciężkie pieniądze_ Dos Passosa (z pewnymi modyfikacjami, które wprowadzałam na bieżąco, natrafiając na zbyt dosadne dialogi), a nawet fragmenty _Szklanego klosza_ Sylwii Plath, który kiedyś zrobił na mnie wielkie wrażenie. Zorientowałam się jednak, że z tą lekturą należy jeszcze poczekać. Wkrótce potem, gdy wiosenne pyłki odebrały mi głos, głośne czytanie przejął – już na stałe – mój mąż, a my z Kingą słuchałyśmy. Sesje czytania trwały godzinę, czasem dwie i dłużej. Zważywszy, że nasze dziecko całymi dniami przebywało zanurzone w języku angielskim, te godziny z piękną, bogatą polszczyzną były na wagę złota. I bardzo nas do siebie zbliżały.

Kiedy Kinga rozpoczęła naukę w szkole średniej w pobliżu Chicago i wyprowadziła się od nas, głośne czytanie odbywało się już tylko podczas wspólnych wakacji. Pamiętam nasze chichoty przy _Ciotce Julii i skrybie_ oraz emocje przy lekturze _Nędzników_. Czytaliśmy na głos jeszcze wtedy, gdy miała siedemnaście lat.

Równocześnie kupiłam i pochłonęłam wszystkie książki Jima Trelease’a o czytaniu dzieciom, a przy okazji poznałam prace wielu innych autorów na ten temat. Byłam pod wrażeniem, ilu ludzi w Ameryce, Kanadzie czy Australii traktuje czytanie dzieciom jako sprawę niezwykle istotną i poważną! Ja też tak zaczęłam ją traktować. Nagle dotarło do mnie, że ta prosta, tania i radosna czynność jest absolutnie niewykorzystanym sposobem na poprawę kondycji psychicznej, umysłowej i moralnej nie tylko dzieci, ale całego społeczeństwa.

Książka Trelease’a _The Read-Aloud Handbook_ (Podręcznik głośnego czytania) to kopalnia przykładów i argumentów, dlaczego warto czytać dzieciom. Jest wśród nich historia chłopca z Hawajów, Stevena Kunishimy, który urodził się z tak poważną anomalią mózgu, że lekarze nie dawali cienia nadziei na jego rozwój. Matka Stevena, nauczycielka, nie pogodziła się z ich diagnozą. Kiedy usłyszała na wykładzie Jima, jak stymulująco na rozwój mózgu wpływa głośne czytanie, postanowiła, że da Stevenowi tę szansę. Cała rodzina została zmobilizowana do codziennego czytania, które uzupełniało rehabilitację fizyczną. Tygodnie i miesiące mijały bez żadnych efektów, jednak matka nie poddała się i głośne czytanie trwało nadal. Po wielu miesiącach Steven zaczął przejawiać oznaki zainteresowania książką, zaczął do niej sięgać. W wieku pięciu lat mówił już kilka słów. A w wieku dwunastu lat mówił, pisał i czytał na poziomie rówieśników. I nie tylko chodził – grał nawet w baseball!

Niedawno, szykując prezentację na temat czytania dzieciom, postanowiłam sprawdzić w internecie, co słychać u niezwykłego chłopca z Hawajów. Znalazłam zdjęcie Stevena zamieszczone w lokalnej gazecie, na którym rosły siedemnastolatek stoi dumnie w otoczeniu rodziców, sióstr i szwagra, trenera karate. Steven wyglądał na zdrowego i inteligentnego chłopca, według opisu uczył się w szkole średniej, miał czarny pas karate, jeździł konno, grał na pianinie, nurkował, zdobywał nagrody w wielu różnych dyscyplinach i konkursach. Pomyślałam wtedy – nie po raz pierwszy – że skoro tyle osiągnął ktoś, komu wróżono wegetację na poziomie rośliny, co można osiągnąć w przypadku zdrowych dzieci!

Bohatera innej amerykańskiej historii, ściśle związanej z czytaniem, poznałam osobiście.

Matka Bena Carsona, Sonya, wyszła za mąż w wieku trzynastu lat, by wyrwać się z domu, w którym była jednym z dwadzieściorga trojga rodzeństwa. Przeniosła się ze wsi do Detroit, gdzie jej mąż znalazł pracę w fabryce Forda. Wkrótce urodziły się dzieci, Curtis i Ben, ale niedługo potem mąż Sonyi odszedł z domu i przestał troszczyć się o swych synów. Okazało się, że miał wcześniej inną rodzinę, do której powrócił. „Tatuś bardzo was kocha, ale zrobił złą rzecz, naprawdę złą rzecz, i musiał odejść” – wyjaśniła chłopcom Sonya i nigdy więcej nie skarżyła się na byłego męża. Przynajmniej nie przy dzieciach.

Czarna, niepiśmienna kobieta, która ukończyła zaledwie trzy klasy, mogła znaleźć wyłącznie niskopłatne zajęcia. Podejmowała się kilku prac jednocześnie, ale i tak musiała wkrótce opuścić z dziećmi dom i zamieszkać kątem u ciotki w slumsach. Po odejściu męża Sonya co pewien czas znikała na kilka tygodni, by „odwiedzić krewnych”. Pozostawiała synów pod opieką sąsiadów lub siostry, a chłopcy, ufni w jej miłość, traktowali jej nieobecności jako coś naturalnego. Dopiero po latach dowiedzieli się, że matka leczyła depresję i co pewien czas oddawała się w ręce lekarzy, by nie przerzucać ciężaru swej choroby na dzieci. Wracała ze szpitala silniejsza i natychmiast aktywnie włączała się w sprawy ich nauki. Edukacja synów stała się celem jej życia. Sonya była wobec nich zawsze grzeczna, ale stanowcza. „Nie urodziłeś się po to, by przegrywać – mówiła do Bena lub Curtisa, gdy próbowali się wykręcać od nauki. – Możesz się tego nauczyć!”. Chłopcy byli jednak najsłabsi w szkole, do której uczęszczały głównie białe dzieci.

WTEDY SONYA WPADŁA NA GENIALNY W SWEJ PROSTOCIE POMYSŁ. POWIEDZIAŁA: „CHŁOPCY, NIE CHCĘ, ŻEBYŚCIE OGLĄDALI TYLE TELEWIZJI. MOŻECIE SOBIE WYBRAĆ TRZY PROGRAMY NA TYDZIEŃ I MACIE PRZECZYTAĆ DWIE KSIĄŻKI TYGODNIOWO. I NAPISZECIE MI Z NICH STRESZCZENIA”.

I jeszcze poprosiła, by nauczyli ją czytać.

Szacunek rodzi szacunek. Synowie bez protestu podporządkowali się woli matki, którą kochali i szanowali. Od tego dnia sami przestrzegali limitu oglądania telewizji i codziennie chodzili do biblioteki, znosząc przykre docinki kolegów, którzy przezywali ich „czarnuchami” i „kujonami”.

A kiedy któregoś dnia nauczyciel zapytał dzieci w klasie o nazwę skały, którą im zademonstrował, okazało się, że Ben, najgorszy uczeń, który zdążył tymczasem przeczytać sporo książek o zwierzętach, roślinach, minerałach i wszystkim, co go interesowało, jako jedyny znał odpowiedź – obsydian. Wiedział też, że powstał on z lawy wulkanicznej, która zetknęła się z zimną wodą oceanu.

To był przełom. Radość z posiadania wiedzy i uznania, które zyskał w oczach wychowawcy, a także z autorytetu, który stopniowo zaczął zdobywać wśród kolegów i nauczycieli, jeszcze bardziej zmobilizowały go do czytania.

„Możesz się dowiedzieć wszystkiego, jak będziesz czytał” – powtarzała Benowi Sonya.

„Chciałbym pomagać ludziom. Czy mogę być doktorem?” – zapytał kiedyś Ben matkę po spotkaniu w kościele z lekarzem misjonarzem. „Jeśli będziesz o coś prosił Boga i wierzył, że on to zrobi, to tak się stanie” – rzekła. „Wierzę, że mogę być doktorem!” – krzyknął Ben bez wahania. „A zatem będziesz doktorem” – powiedziała matka z przekonaniem.

Ben ukończył szkołę podstawową jako najlepszy uczeń! Podobnie szkołę średnią. Dostał się na prestiżową uczelnię – Yale – i wybrał trudną specjalizację – neurochirurgię. Zawsze fascynował go mózg, wiedział też, że ma sprawne i precyzyjne dłonie, dar niezbędny przy skomplikowanych operacjach mózgu. A komu najbardziej chciał pomagać? Dzieciom! Po studiach, pokonując konkurencję ponad stu innych aplikantów, objął asystenturę w najlepszym amerykańskim szpitalu, Johns Hopkins Hospital w Baltimore, a w wieku trzydziestu czterech lat został w nim szefem Kliniki Neurochirurgii Dziecięcej.

Słuchaliśmy Bena Carsona, światowej sławy specjalisty „od najtrudniejszych przypadków”, gdy na dorocznym Śniadaniu Modlitewnym w Waszyngtonie w porywający sposób przemawiał do kilkutysięcznej międzynarodowej publiczności. Prezydent Clinton, wiceprezydent Gore i wszyscy goście z podziwem i niedowierzaniem słuchali młodego czarnoskórego neurochirurga, który wyrósł w rozbitej rodzinie, w slumsach, wśród przemocy i przestępstw, i który jako pierwszy na świecie zaczął przeprowadzać udane operacje usunięcia połowy mózgu u dzieci i z sukcesem, w trakcie dwudziestodwugodzinnej operacji, rozdzielił zrośnięte mózgami niemowlęta. Wyrósł w biedzie, bez ojca, doświadczał szykan, ale wyrwał się z ograniczeń swego środowiska, gdyż jego niepiśmienna matka postanowiła, że jej dzieci nie będą oglądały telewizji, tylko będą czytały.

Ben jest przemiłym, kulturalnym, niezwykle skromnym człowiekiem. Doradza prezydentom nie tylko w sprawach medycyny, ale nawet ekonomii. Prezydent Obama po objęciu urzędu zaproponował mu funkcję Naczelnego Lekarza Kraju. Ben woli jednak pozostać przy swoich małych pacjentach. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Waszyngtonie, zaprzyjaźniliśmy się z nim i jego rodziną – mamą Sonyą, żoną Candy i trzema synami. Byliśmy w ich pięknym domu, w którym wspólnie muzykowali i grali na własnych kortach tenisowych, w domu, gdzie miłością i szacunkiem otoczona jest siwowłosa, zawsze uśmiechnięta Sonya. Historia Bena Carsona i jego mądrej matki była jedną z wielkich inspiracji dla naszego programu czytania. Pokazuje ona, że życiowy sukces osiągnięty dzięki czytaniu jest dostępny dla każdego i że naprawdę od rodziców zależy, jak pokierują swoimi dziećmi.

Pragnę jednak przestrzec rodziców, którzy zachęceni sukcesem Bena Carsona chcieliby natychmiast wyłączyć telewizor i nakazać dzieciom codzienne czytanie. Wyrobienie u dziecka motywacji do czytania według recepty Sonyi Carson to wielka sztuka, która wymaga spełnienia kilku warunków – wzajemnego szacunku dziecka i osoby, która wprowadza nowe reguły, a także ciągłej zachęty, zainteresowania i wsparcia, którego nie szczędziła swym synom Sonya. Jak rzadko udaje się rozbudzić w dzieciach miłość do książek samym tylko naganianiem ich do lektury, pokazują realia i statystyki. Nie przypadkiem doktor Carson jest pojedynczą gwiazdą, amerykańskim wzorcem, gdy chodzi o czytanie, choć przecież jednakowy dostęp do książek, które go ukształtowały, mają wszyscy. Jeśli zatem naprawdę chcemy, by nasze dzieci pokochały czytanie, by nauka w szkole przychodziła im łatwo, by wzniosły się ponad przeciętność, by były mądre, dobre i szczęśliwe, powinniśmy zaszczepić w nich miłość do książek w sposób gwarantujący sukces – poprzez codzienne głośne czytanie im dla przyjemności, od najmłodszego wieku. Mózg pośród swych licznych niezwykłych właściwości ma także taką, że jeżeli we wczesnym dzieciństwie przyzwyczaimy dziecko do czegoś, co kojarzy mu się z przyjemnością, to pozytywne nastawienie przekształci się w postawę na całe życie. Warto wychować dziecko na czytelnika, bo czytelnicy nie tylko są lepiej wykształceni, lepiej zarabiają, są zdrowsi i mają mądrzejsze dzieci, ale nawet żyją dłużej! Wszystko bowiem, jak mówi Jim Trelease, sprowadza się do podejmowania mądrych lub głupich decyzji życiowych.

* * *

Wracałam do kraju z mocnym postanowieniem, że zrobię wszystko, by rodzice w Polsce dowiedzieli się, jak ważne jest czytanie dzieciom. Nazwa „Cała Polska czyta dzieciom” nasuwała się sama.

Oprócz pomysłu na kampanię czytania przywiozłam ze Stanów Zjednoczonych jeszcze coś bardzo cennego – znajomość, która wkrótce przekształciła się w przyjaźń i bliską współpracę z Elą Olszewską. Poznałyśmy się, gdy Ela przyjechała do Baltimore ratować wzrok i zdrowie swej czteromiesięcznej córeczki, Zuzi. Po raz pierwszy miałam wtedy okazję powiedzieć komuś: diagnoza lekarska, że dziecko nie będzie się rozwijać, nie musi się sprawdzić, jeśli będziesz mu codziennie czytać. I Ela czytała. Codziennie, przez wiele godzin – dziecku, które nie rozumiało i nie reagowało. Dzisiaj Zuzia jest rozgadaną, radosną, obdarzoną wyobraźnią nastolatką i wspaniałym przykładem na to, że mądra miłość rodziców może zmienić najsroższe wyroki medycyny. Ela jest dyrektorem programowym naszej Fundacji. Ta książka to nasze wspólne dzieło. Osobiste odniesienia w rozdziałach 1–7 i 9 są mojego autorstwa, w rozdziałach 10 oraz 12–15 wyszły spod pióra Eli. Rozszyfrowanie autorstwa pozostałych powierzamy Państwa intuicji.

Irena Koźmińska

1.

Sue Palmer, _Toksyczne dzieciństwo_, Wydawnictwo Dolnośląskie, Poznań 2007.

2.

Tamże

3.

Cały wywiad zamieszczony jest na str. 311–318.

4.

Powinności rodziców wobec dziecka znajdują się na str. 295.

5.

Jim Trelease, _The Read-Aloud Handbook_, Penguin Books, Nowy Jork 1995.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij