Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Wygrałem życie, ale najpierw przegrałem siebie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
3892 pkt
punktów Virtualo

Wygrałem życie, ale najpierw przegrałem siebie - ebook

Sława, błysk fleszy i Kobiety są gorące to tylko część prawdy o Norbim. Za nimi czają się hazard, kokaina, alkohol, samotność i presja – bo przecież nikt nie uczy, jak to udźwignąć.

Urodzony showman? Błazen? Swój chłopak? To tylko maski.

W tej książceNorbi po raz pierwszy je zrzuca i opowiada o swoim prawdziwym życiu – bez filtrów, bez koloryzowania i typowych dla niego heheszek na rozładowanie napięcia. Odsłania kulisy kariery, które dotąd pozostawały w cieniu. Mówi o tym, że łatwo wejść na scenę, ale trudno z niej zejść, kiedy gasną światła.

Z rozbrajającą szczerością wraca do dzieciństwa i młodości, kiedy narodziło się w nim pragnienie wolności, buntu i podejmowania ryzyka. Opowiada o swojej chaotycznej drodze zawodowej: od pracy w orkiestrze i grania na ślubach i pogrzebach, przez zbieranie winogron we francuskich winnicach, aż po prowadzenie sklepiku na dworcu w Olsztynie. Jego historia to slalom pełen spektakularnych wzlotów i bolesnych upadków.

W książce głos dostają też ludzie, którzy widzieli to wszystko z bliska: przyjaciel i pierwszy menedżer, żona, terapeuta uzależnień, a nawet krupierka z kasyna. Ich wspomnienia tworzą poruszający portret człowieka, który długo grał rolę Norbiego, zanim odważył się być Norbertem.

To opowieść o tym, że można upaść naprawdę nisko, a mimo to znaleźć w sobie siłę, żeby się podnieść.

Nie po to, by znów błyszczeć.

Tylko po to, by wreszcie być sobą.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68647-48-8
Rozmiar pliku: 4,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

.

Tuż po wejściu do środka twoje stopy zanurzają się w wykładzinie tak miękkiej, że idąc, czujesz się, jakbyś stąpał po obłokach. Jeszcze nie doszedłeś do stołów z blackjackiem czy ruletką, a już kasyno gra z tobą w kolory – czerwony, zielony, złoty. Nic tutaj nie jest przypadkowe. Wnętrze zostało dokładnie przemyślane i zaprojektowane tak, abyś już po pierwszej wizycie został, a potem wrócił. Czerwony pobudza i przyspiesza tętno, wzmagając u gości skłonność do ryzyka. Kolor ten kojarzy się z elegancją i klasą, a to w połączeniu ze złotem tworzy wyjątkową, ekskluzywną atmosferę. W kulturze azjatyckiej czerwony to kolor pomyślności i bogactwa, a goście z Azji to ważna grupa graczy w kasynach na całym świecie.

Kolor zielony, pojawiający się przy stołach do gry w pokera czy ruletkę, kojarzy się z pieniędzmi, spokojem i koncentracją. To nie przypadek, że w kasynie nie ma okien i naturalnego światła – goście powinni stracić poczucie czasu. Z tego samego powodu nie ma również zegarów, wszak szczęśliwi czasu nie liczą. Jasne światło lamp jest używane tylko w miejscach kluczowych – przy stołach i automatach do gry – aby maksymalnie skupić uwagę gracza. W korytarzach i lounge’ach światło jest ciepłe i stonowane, żeby goście mogli się odprężyć – to właśnie tam najczęściej zbierają siły i myśli, aby wrócić do gry. Wnętrze kasyna jest tak rozplanowane, by prowadzić człowieka przez labirynt stołów, a w tym czasie z jego neuroprzekaźnikami igrają nie tylko barwy, lecz również akustyka wnętrza i muzyka. Wszystko tutaj ma śpiewać ci do ucha: „Cieszę się, że jesteś. Zabaw się i wygrywaj! Zasługujesz na to”..

NORBI

Dlaczego chcesz rozmawiać o hazardzie?

Żeby zrzucić z siebie wreszcie ten ciężar.

To miałoby być coś w rodzaju spowiedzi grzesznika?

Dobrze to ujęłaś. Faktycznie, to jak wyznanie grzechów, ale w słusznym celu. Chciałbym przestrzec innych. Traktuję tę książkę jak swoją misję, aby pokazać ludziom, że kasyno nie jest wcale miejscem zabawy, lecz miejscem, w którym możesz przegrać nie tylko pieniądze, ale też swoje życie.

To może powinniśmy zacząć jak na spotkaniu dla uzależnionych?

Nazywam się Norbert Dudziuk. Jestem hazardzistą i nie gram od sześciu lat.

A przez ile lat grałeś?

Jeśli mowa o grze w kasynach, to siedemnaście. Nie wiem, jak dokładnie obliczyć, ile lat grałem w różne gry na pieniądze, bo od małego miałem już pewne, nazwijmy to, inklinacje. Jako dziewięciolatek grałem w rzucanie monet na parapet. Drobne kwoty – złotówka, dwie, pięć złotych – bo to było w latach 80., siermiężnych czasach PRL-u. Grałem z kumplami z bloku, polegało to na tym, że pierwszy rzucał monetę na parapet, a drugi musiał rzucić swoją tak, aby przykryć tamtą – jeśli przykrywał, to wygrywał i zgarniał obie. Prawie zawsze mi się udawało, innym szło to gorzej. Strasznie się jarałem tym, że wygrywam, i napędzało mnie to do dalszej gry. Siedziałem potem na lekcjach i na samą myśl, że zagramy po szkole, aż mnie w środku skręcało. Wracając z lekcji, rzucałem hasło do Tomka z parteru i Roberta z trzeciego piętra: „Chłopaki, chodźmy zagrać w monetę”.

Czy twoi rodzice o tym wiedzieli?

No coś ty! Pamiętasz, że w szkole podstawowej funkcjonowały wtedy legitymacje, do których wpisywało się drobniaki uzbierane na książeczce Szkolnej Kasy Oszczędności? No więc po całym roku ciułania na SKO wydawałem te pieniądze w wakacje. Co roku jeździłem z rodzicami nad Zatokę – do Sztutowa, do Stegny, do Krynicy Morskiej – i tam przerzynałem zaoszczędzone grosze na flipperach w salonach gier. Flippery były automatami do gry, w których gracz za pomocą ruchomych łapek odbijał kulkę poruszającą się po nachylonej w jego kierunku planszy. Światełka migały, dźwięki brzdąkały, jak w dyskotece. Cudowne!

Jaki kolejny etap wtajemniczenia w hazard zaliczyłeś?

W liceum już nie byłem tak bardzo zainteresowany grą na flipperach, ale odkryłem komputer. Kiedy skończyłem czternaście lat, wymusiłem na rodzicach, aby kupili mi Atari 65XE. Na marginesie dodam, że chociaż swój egzemplarz z dzieciństwa straciłem, to kilka lat temu dostałem ten sam model w prezencie od fana vintage’owej informatyki. Czasami z sentymentu wyciągam, żeby sobie pograć.

W tamtym czasie, jeśli nie siedziałem przy komputerze, to zaglądałem na nasz lokalny bazarek w Olsztynie i próbowałem szczęścia w trzy karty lub trzy kubki. Ta gra to przekręt. Polega na błyskawicznym mieszaniu kart lub kubków, pod jednym z nich znajduje się fant, a gracz obstawia i próbuje wskazać pod którą, ale w proceder zaangażowana jest cała grupa osób – prowadzący i wspólnicy udający przypadkowych graczy, aby oszukać i wciągnąć w pułapkę nieświadome ofiary. Najczęściej byłem ofiarą, więc po jakimś czasie odpuściłem. Zawsze w to przegrywałem.

Kiedy po raz pierwszy wszedłeś do kasyna?

Po raz pierwszy to obok kasyna tylko przeszedłem. To było w Gdańsku w 1991 roku. Zacząłem wtedy studia na Akademii Muzycznej i poszliśmy z kolegą na Długi Targ, a on podniecony mówi do mnie: „Ej, chodź zobaczyć kasyno, bo tam dalej, na Długiej 75/76, właśnie otworzyli”. To było wielkie wydarzenie jak na tamte czasy w Polsce. Zaczęły się przemiany ustrojowe po 1989 roku, zapanował wolny, choć trochę dziki rynek, a nagrodą dla pierwszych gości kasyna był samochód osobowy. Dasz wiarę? Relację z otwarcia zamieszczono w gazecie, jakby to była premiera jakiegoś ważnego filmu czy spektaklu. Wszyscy elegancko ubrani, lokalni politycy, biznesmeni, Miss Wybrzeża. Wybraliśmy się, a ja pomyślałem: „Boże, nigdy nie wejdę do czegoś takiego!”. Ale wszedłem, tyle że siedem lat później.

Pamiętasz ten pierwszy raz w kasynie?

To był początek mojej kariery muzycznej. W radiach hulają single z pierwszej płyty Norbiego: _Kobiety są gorące, Samertajm, Pokręciło się w głowie_ i _Ballada studencka_. Gram koncerty, sporo baluję, zarabiam duże pieniądze, a na dodatek dostaję do poprowadzenia program w telewizji – _Twoja gwiazda_, w którym przeprowadzam wywiady ze znanymi polskimi muzykami. Nagrania realizujemy dla Telewizji Polskiej w legendarnym hotelu Marina w Jelitkowie. Pod koniec lat 90. to miejsce uchodzi za małą mekkę luksusu, zatrzymują się tam głównie obcokrajowcy. Wieczorem po zdjęciach do programu któryś z kumpli rzuca: „Na dole jest kasyno, może zejdziemy zagrać, tak dla hecy”. Bar był tam czynny dłużej, a poza tym drinki za darmo. Czemu nie? Gramy w blackjacka, a kelnerka co chwilę donosi szklanki z Jackiem Daniel’sem. Jest wspaniale, na bogato, bawimy się na całego! Obstawiamy wtedy niewielkie kwoty – po pięć złotych, po dwa. Mała strata, żadne pieniądze. Może ze stówkę wydajemy na jeden wieczór. Niewinna rozrywka po całym dniu zdjęciowym. Powtarzamy to co wieczór, aż kończą się nagrania do programu. Wracam do Olsztyna, ale czuję, że coś między kasynem a mną kliknęło. Natychmiast zaczynam myśleć o tym, żeby tam wrócić.

I kiedy wracasz?

Kilka dni później. Namawiam moją żonę Julię na krótki wypad do Trójmiasta. Dwie godzinki drogi od Olsztyna, a mamy przecież nowy, szybki samochód. Skoczymy odetchnąć morskim powietrzem, zatrzymamy się coś zjeść w drogim hotelu, a przy okazji pokażę jej kasyno. Może nawet zagramy, tak dla zabawy. Wjeżdżamy w Jelitkowie na parking, idziemy do restauracji na boeuf Strogonow, najlepszy, jaki w życiu jadłem. Do dzisiaj pamiętam ten wyborny smak, choć jem łapczywie, już podniecony wizją gry. Normalnie zaraz mnie rozsadzi, więc schodzimy szybko na dół, a tutaj wszyscy już witają mnie od progu. „Norbi przyjechał, ten Norbi!”. Stąpam po grubym miękkim dywanie i mówię do Julii: „Chodź, na początek zagramy w blackjacka”. Siadamy przy zielonym stole, krupier rozdaje żetony, a potem karty – dwie dla mnie, jedną odkrywa dla siebie. W blackjacku chodzi o to, aby gracz dobierał karty, których układ będzie najbliższy sumie dwudziestu jeden punktów. Marzeniem jest wyciągnięcie asa i karty o wartości dziesięć; ale jeśli przekraczasz dwadzieścia jeden – przegrywasz. Krupier też dobiera karty, ale tylko do siedemnastu punktów. To szybka i łatwa gra, zaliczam więc kolejne dwa, może nawet trzy rozdania. Przegrywam, więc pasuję i przenoszę się do stołu obok, by pokazać Julii ruletkę.

Czujesz się jak James Bond w kasynie w Monte Carlo?

Prawie, brakuje mi tylko smokingu. Ale wnętrze kasyna i atmosfera, jaka tam panuje, naprawdę zawsze robią wrażenie. W slangu graczy mówimy na to „grube dywany”, bo wykładzina, po której chodzisz w kasynie, jest wyjątkowo miękka. W powietrzu unosi się też specyficzny aromat, charakterystyczny dla dobrych hoteli czy statków wycieczkowych. Gdy tam jesteś, masz absolutne prawo poczuć się, jakbyś grała w filmie o Jamesie Bondzie. Wszyscy w kasynie są mili i ładnie ubrani.

Siadam więc z Julią przy stole, by zagrać, a cały bar jest mój. Uwielbiam whisky, a więc bach – jedna, druga, trzecia szklaneczka. Alkohol w kasynie jest tylko teoretycznie za darmo, bo przecież cena wliczona jest w ryzyko – w to, co zostawisz w kasie, wymieniając pieniądze na żetony, a potem przegrasz. Dlatego najdroższego Jacka Daniel’sa wypiję kilka lat później, bo za butelkę zapłacę sto pięćdziesiąt tysięcy. Tyle przegram, ale nie uprzedzajmy faktów.

Ten wieczór w Gdańsku, w hotelu Marina, to dopiero początek mojej drogi. Zaczynam grać w ruletkę, obstawiając jedną z trzydziestu sześciu cyfr na zielonym suknie. Koło rusza powoli, cichutko jak mechanizm zegara, potem rozpędza się, hipnotyzując czerwienią i czernią migających pól. Krupierka posyła w przeciwną stronę małą białą kulkę, która odbija się od krawędzi. _Rien ne va plus!_ (fr. dalszych zakładów nie przyjmujemy, koniec obstawiania – _przyp. red._) – mówi i wszyscy wstrzymują oddech, kiedy kulka tańczy, przeskakując z rowka w rowek. Koło zwalnia, a kulka wpada w jedną z przegródek. Wyczytany na głos numer nie jest tym, na który postawiłem żetony. _Shit!_ Trudno, próbujemy dalej. Koło znowu się kręci i znowu nie ta liczba. Mija może pół godziny i jest „po ptokach”. Pieniądze się skończyły.

Wtedy nie można było jeszcze w kasie kasyna zapłacić kartą za żetony czy wypłacić gotówki w jednym z pobliskich bankomatów, pozostaje więc wziąć pożyczkę od lichwiarzy, którzy krążą w pobliżu jak cierpliwe sępy, a takiemu znanemu gościowi jak ja przecież każdy pożyczy. Julia jednak mówi: „Norbert, chodźmy już. Jedźmy do domu. Jestem zmęczona”. A więc dobranoc, wychodzimy. Nie mówię na głos: „Do zobaczenia”, ale przez całą drogę powrotną do Olsztyna czuję ogromny niedosyt i już w myślach układam plan. Następnym razem przyjadę bez żony i wezmę więcej pieniędzy. Tego wieczora przegrywam tylko dwa i pół tysiąca złotych, a zarabiam wtedy już miesięcznie około czterdziestu. Co to dla mnie? Żadne pieniądze. Taką stratę przecież szybko odrobię.

Czy to był ten decydujący dla ciebie moment wejścia w hazard?

Myślę, że tak. Potem scenariusz zawsze się powtarzał. Wyjeżdżałem na koncert do innego miasta, grałem, dostawałem pieniądze do ręki, wkładałem do kieszeni zwitek banknotów i jechałem do najbliższego w okolicy kasyna. Miałem je już obcykane na pamięć w każdym regionie Polski. Muzyk w trasie zawsze miał alibi przed żoną: „Zostanę na noc tutaj, przecież nie ma sensu wracać do domu, skoro jutro muszę dalej jechać”. Od tej właśnie chwili w gdańskiej Marinie zarabiałem głównie po to, żeby grać w kasynie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij