Wygrana - ebook
Alicja, pyskata i niepokorna studentka geologii niespodziewanie wygrywa pobyt w luksusowym hotelu. Niestety przez pomyłkę personelu, zostaje w nim zakwaterowana razem z Robertem, starszym od niej o ponad dekadę, szanowanym biznesmenem. Żadne z nich nie chce zrezygnować z pokoju, a ponieważ są jak ogień i woda, wynika z tego szereg zabawnych i niespodziewanych zwrotów akcji. Robert jest poukładanym, doskonale zorganizowanym i dość oszczędnym w okazywaniu uczuć mężczyzną, który związki traktuje jak doskonałe inwestycje. Nieprzewidywalna i żywiołowa Alicja działa na niego niczym przysłowiowa płachta na byka. A gdy dojdzie do tego jeszcze kilka innych czynników, katastrofa na skalę globalną gotowa…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788366821347 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Czasem tak bywa, że znienacka dostajemy od losu prezent, który zmienia całe nasze życie.
Gdyby nie pomysł mojej najlepszej przyjaciółki na kolejną cud-dietę, składającą się z surowych warzyw i dużej dozy samodyscypliny, pewnie nie wstąpiłabym do pierwszego lepszego sklepu, by pazernie rzucić się na półkę ze słodyczami.
Cała historia zaczęła się dość banalnie. Byłyśmy umówione na popołudniowe spotkanie, by przygotować zaległe seminarium. Dzień był piękny, słoneczny, ptaszki ćwierkały jak wściekłe, więc postanowiłam te cztery kilometry przejść na piechotę. Jednak gdy byłam w połowie drogi, niebo zasnuło się ogromnymi, ołowianymi chmurami. Przyspieszyłam. Do celu dotarłam zziajana, wściekle głodna i spragniona. Na moje nieszczęście Kinga znów się odchudzała. Dostałam więc szklankę wody i wafle ryżowe, w najmniejszym stopniu niezaspokajające moich gastronomiczno-spożywczych pragnień. Kiedy nieśmiało poprosiłam o dokarmienie, surowo odpowiedziała, że jem niczym mały słoń i najwyższy czas coś z tym zrobić. Jęknęłam, bo jak żyję, nie znoszę sałaty, dietetycznych dań i napojów w wersji light. Mięsa mi w tej chwili było trzeba, a nie umoralniających wykładów…
Postarałam się, abyśmy bardzo szybko wykonały zadanie. Potem pospiesznie się pożegnałam i popędziłam do mojego ulubionego bistro Dromader, już czując w ustach soczysty kebab z frytkami. Niestety, lokal był zamknięty, bo spóźniłam się grubo ponad kwadrans. Cholera! Kiszki grały mi coraz głośniejszego marsza, a w dodatku śliniłam się niczym rasowy buldog. Wpadłam więc do najbliższego sklepu i pomimo wrodzonego skąpstwa zgarnęłam z półki paczkę próżniowo pakowanych parówek, a następnie rzuciłam się na słodycze.
I szczerze się nie spodziewałam, że swoje przeznaczenie znajdę w pudełku po kruchych z cukrem, którego o mało co nie wyrzuciłam do kosza. Najpierw pazernie pożarłam kiełbaski, ale całych ciastek nie dałam już rady. I dzięki temu następnego dnia znalazłam w środku niespodziankę. Był nią zwycięski los gwarantujący mi tygodniowy pobyt w luksusowym apartamencie nad morzem w dowolnie wybranym terminie.
Uspokoiwszy się w kwestii prawdziwości znalezionego fanta, mogłam w końcu dać upust radości, która przejawiła się w kilku dzikich podskokach. Ale w pełni uwierzyłam w swoje szczęście dopiero wtedy, kiedy oficjalnie potwierdzono moją wygraną i dokonano rezerwacji pobytu na przyszły tydzień. Wieczorem, siedząc z lampką wina przed komputerem, w upojeniu podziwiałam miejsce tegorocznych wakacji. Kto by pomyślał, że jeszcze miesiąc temu planowałam je spędzić w domu, z ogromną kolekcją filmów i zapasem chipsów!
Kilka dni później udałam się w podróż, zabierając ze sobą lekko podniszczoną walizkę i całą masę dobrych rad mojej mamy.
Komuś takiemu jak ja trudno było się wtopić w elegancki tłum hotelowych gości wypełniających hol. Szczególnie rzucały się w oczy mocno wytarte dżinsy i wysłużone martensy. Już dawno temu straciły pierwotny kolor, nic dziwnego, kupiłam je przecież jeszcze przed zakończeniem liceum. Całości dopełniały: biały podkoszulek z wyblakłym różowym napisem „Candy girl” i po domowemu połatany plecak.
Muszę przyznać, że po raz pierwszy w życiu poczułam się nieswojo z powodu ubrania. Zazwyczaj wyjeżdżałam na biwak pod namioty, a w leśnej głuszy sarnom i lisom obojętny był mój wygląd. Wystarczyło zabrać ze sobą wygodne buty, kalosze, ciepły sweter i strój kąpielowy. Tutaj jednak było to o wiele za mało.
Niespeszona ciekawskimi spojrzeniami podeszłam do recepcji i znacząco chrząknęłam. Ulizany, niewysoki facecik spojrzał na mnie ze zdumieniem i lekkim zgorszeniem.
– Dzień dobry. Ja w sprawie tego wygranego konkursu. No wie pan… – Znacząco spojrzałam na dokumenty, które położyłam przed sobą. – Miałam rezerwację na apartament prezydencki.
Od razu rozjaśnił się niczym słoneczko, jakbym była długo wyczekiwanym arabskim szejkiem lub co najmniej angielską królową.
– Ależ oczywiście. Panna Alicja jak mniemam? Wszystko jest już przygotowane.
Z powątpiewaniem spojrzałam na boya hotelowego, który zręcznie podniósł mój bagaż. „Oby tylko nie odleciała rączka od walizki” – pomodliłam się w duchu. „I przypadkiem nie otworzył się nieco zepsuty zamek” – dodał drwiący głos w mojej głowie.
– Proszę tędy!
Ulizany boy szerokim gestem wskazał drzwi windy, obdarzając mnie takim uśmiechem, że spokojnie mógłby konkurować z rekinem ludojadem. Bez protestu podążyłam za nim, nade wszystko pragnąc znaleźć się w końcu w zacisznym wnętrzu pokoju. Miałam dość taksujących mnie spojrzeń pełnych politowania. Ludzie, którzy tu przyjeżdżali, prawdopodobnie wydawali więcej na chusteczki do nosa niż ja na całą swoją garderobę. Ale oni nie musieli ciułać każdy zarobiony grosz na jedno, jedyne marzenie. Chciałam udać się w podróż koleją transsyberyjską i w tym celu odkładałam wszystko, co zarabiałam od dwóch lat. Nie chodziłam na imprezy, nie odwiedzałam kina. Te nieliczne ciuchy, które miałam, dostałam od siostry lub kuzynek. Każda niepotrzebnie wydana złotówka przyprawiała mnie o ból głowy i wielogodzinne wyrzuty sumienia, dlatego tylko przez chwilę pożałowałam, że nie kupiłam nowych ubrań.
Weszliśmy do apartamentu i widok z okien na wzburzone morze wywołał we mnie taki zachwyt, że wszelkie inne myśli natychmiast wyparowały mi z głowy. Grzecznie podziękowałam za pomoc. Co prawda gdzieś tam majaczyła myśl o napiwku, ale nie byłam pewna, czy u nas praktykuje się te amerykańskie zwyczaje pokazywane na filmach. No a poza tym nie miałam kasy na głupoty.
Apartament był wspaniały. Podobno jedyny taki w całym hotelu. Z sypialni i salonu roztaczał się widok na morze. Miałam tylko dla siebie wielką, elegancką łazienkę z ogromną wanną i suto zaopatrzony barek. Przed wyjazdem dokładnie wypytałam, co obejmuje opłacony pobyt, dlatego teraz bez skrępowania poczęstowałam się solonymi orzeszkami i sokiem pomarańczowym. Wciąż chrupiąc, zrzuciłam z siebie przepocone ubranie i udałam się do łazienki, owinięta w puszysty hotelowy ręcznik. Pobyt tutaj postanowiłam rozpocząć od długiej kąpieli.
Przez dobry kwadrans leżałam w pachnącej pianie, relaksując się dobiegającym zza otwartego okna szumem fal, kiedy nagle ten spokój zakłóciła rozmowa, a właściwie kłótnia docierająca gdzieś z oddali. Oba głosy były męskie: jeden grzeczny i jakby przepraszający, w drugim pobrzmiewały nutki wściekłości. Przez chwilę usiłowałam zrozumieć sens tej wymiany zdań, ale choć słyszałam coraz wyraźniej, to wciąż nie mogłam rozróżnić słów. Potem gdzieś blisko rozległo się potężne trzaśnięcie drzwiami. W zasadzie to jakby w okolicach mojego salonu. Zaniepokojona wstałam i wyszłam z wanny. Nie zdążyłam nawet sięgnąć po ręcznik, gdy drzwi łazienki otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł – nie, raczej wpadł – kompletnie obcy mi facet ze złością wypisaną na twarzy i groźnie zmarszczonymi brwiami.
Jego spojrzenie padło na mnie. Przez kilka sekund trwaliśmy nieruchomo, mierząc się wzrokiem. Dopiero po chwili szybkim ruchem sięgnęłam po ręcznik i niezdarnie się nim owinęłam.
– Co to ma znaczyć? – Starałam się nadać mojemu głosowi groźne brzmienie, ale ponieważ z czubka nosa kapała mi woda, a kolana wciąż miałam miękkie po niespodziewanym najściu, nie bardzo się to udało.
– Zajęła pani mój apartament! Rezerwowałem go już kilka tygodni temu na ten termin, więc proszę się spakować i zmienić pokój. Z hotelem już wszystko załatwiłem.
Wkurzyły mnie nie tyle słowa, ile ton głosu. Gbur jeden! Wpada tu bez pukania i w dodatku każe się przeprowadzać, nie wnikając nawet w to, czy mój pobyt tutaj jest słuszny, czy też nie. Wierzchem dłoni otarłam mokry nos i jeszcze szczelniej otuliwszy się ręcznikiem, hardo uniosłam głowę.
– Nic nie wiem o pana rezerwacji, więc na razie to mój apartament! Jak go opuszczę za siedem dni, to będzie pan mógł się wprowadzić – dokończyłam z mocno wyczuwalną ironią.
– Nie ma mowy! Potrzebuję go już teraz. Zwrócę różnicę w kosztach.
Sięgnął do tylnej kieszeni spodni po portfel i spojrzał na mnie wyczekująco. I pewnie bym się zgodziła, gdybym z tego spojrzenia nie wyczytała czegoś na kształt rozbawienia pomieszanego z litością. To spowodowało, że wszelka uprzejmość odbiegła ode mnie z nadświetlną prędkością. W dodatku dopiero teraz dotarło do mnie, że mój rozmówca z wyglądu przypomina skrzyżowanie jakiegoś umięśnionego superbohatera z kilkoma największymi przystojniakami Hollywood. I ten facet oglądał mnie przed chwilą całkiem nagą! Ja rozumiem, że mogłam nie zrobić na nim jakiegoś oszałamiającego wrażenia, ale litość? Rozbawienie? Ożeż ty!
– Wynocha z MOJEJ łazienki! – wysyczałam, energicznie ruszając w jego kierunku.
Musiał być zaskoczony, bo posłusznie wycofał się do sypialni, nie spuszczając ze mnie wzroku. Trzasnęłam drzwiami, dbając, by było to wystarczająco efektowne, i przekręciłam klucz w zamku. Podśpiewując pod nosem najnowsze przeboje, powoli i z namaszczeniem zaczęłam się ubierać. Niech sobie czeka na ciąg dalszy dyskusji. Poza tym wszelkie przyśpiewki w moim wykonaniu były dodatkową torturą, bo choć pień jest głuchy i niemuzykalny z natury, to i tak z pewnością śpiewałby lepiej niż ja. Na sam koniec upięłam włosy, nucąc ckliwe kawałki ze ścieżki dźwiękowej „Titanica”. Jak przypuszczałam – nie wytrzymał. Załomotał pięścią w drzwi i wrzasnął:
– Skończyłaś wreszcie? Ile mam jeszcze słuchać tego wycia?
Uśmiechnęłam się triumfalnie do swojego odbicia w lustrze. Teraz byłam gotowa na rozmowę, choć nie wątpiłam, że będzie ona miała bardzo burzliwy przebieg.
– Skończyłam. Tylko nie wiem, co tutaj jeszcze robisz.
Starannie zamknęłam za sobą drzwi i rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu klapek. Dostrzegłam je wreszcie wystające z na wpół rozpakowanej walizki. Kiedy je włożyłam, odważyłam się spojrzeć mu w twarz.
Niewątpliwie był wściekły. No i z pewnością bogaty, skoro stać go było na ten apartament. I seksowny… Ciemnoblond włosy, rozwichrzone w sposób zamierzony i niewątpliwie artystyczny, otaczały pociągłą twarz o regularnych rysach. Nos był odrobinę za duży, ale idealnie niebieskie oczy przyciągnęły moją uwagę niczym magnes. Całość, wraz z tym, co znajdowało się poniżej szyi, składała się na typowy obraz przystojniaka z okładki. No… takiego po korekcji photoshopem, bo z pewnością miał już dawno rozpoczęty czwarty krzyżyk. Nie wiem dlaczego, ale wywarł na mnie wrażenie raczej dojrzałego mężczyzny niż niesfornego młodzieniaszka.
– Ustaliłem z kierownikiem hotelu, że przeniesie cię do innego pokoju. Jestem tutaj stałym klientem, więc nie łudź się, że stanie po twojej stronie – oznajmił jadowitym tonem.
Przelotnie zastanowiłam się nad tym, jak łatwo udało się nam przejść na „ty”, a potem wzruszyłam ramionami i podeszłam do barku.
– Chcesz wody? A może coś mocniejszego? Na ukojenie nerwów…
Nie zdążył odpowiedzieć, bo drzwi do naszego apartamentu się otwarły i na progu ukazał się wyraźnie zmieszany siwawy facet w eleganckim garniturze, z pewnością kierownik albo i sam dyrektor.
– Dzień dobry państwu. Chciałbym przeprosić za tę niemiłą sytuację…
– Niech pan jej lepiej powie, żeby się wyniosła z mojego pokoju, dopóki chcę jeszcze dopłacić za tę zamianę.
– Ekhm… Panie Robercie… Nie wiem, jak to powiedzieć. Panna Alicja…
– Nigdzie się nie wyprowadzam! – oznajmiłam radosnym tonem, wygodnie sadowiąc się w fotelu ze szklanką soku i kolejnym opakowaniem orzeszków. Miałam jeszcze ochotę położyć nogi na stole, ale po chwili namysłu stwierdziłam, że jednak byłaby to przesada.
– Co?!
– Dzikie ryki tego faceta są denerwujące. Tak w ogóle, to kto go wpuścił do mojego pokoju?
Uznałam za słuszne okazać odrobinę oburzenia. Szczytową satysfakcję dał mi wściekły wyraz twarzy przystojniaka i mina zbitego psa siwego. Takich atrakcji doprawdy się nie spodziewałam…
– Przy pana rezerwacji pracownik popełnił mały błąd, wpisując jako datę przybycia sierpień, nie lipiec. W imieniu kierownictwa muszę za tę pomyłkę bardzo przeprosić. A pani – zwrócił się teraz do mnie – proponujemy dodatkowe trzy doby pobytu wraz z pakietem oferowanych przez nas różnorakich usług w zamian za rezygnację z tego apartamentu. Dostanie pani inny, odrobinę mniejszy i leżący w przeciwległym skrzydle. Tak więc… – Znacząco zawiesił głos i spojrzał na mnie.
Trzeba przyznać, że zaczęłam się łamać. Dodatkowe trzy dni w tym raju… I pewnie bym się zgodziła, gdyby w tej chwili nie odezwał się ten nadęty bufon.
– Byle szybko. Za dwa dni przyjeżdża moja narzeczona, a ona absolutnie nie może zamieszkać w innym apartamencie.
Ach tak! Przed moimi oczami ukazał się obraz seksownej blondynki w jedwabnym szlafroczku siedzącej na werandzie, popijającej szampana i z wyniosłą miną wpatrującej się w tłum kotłujący na plaży. A wśród tych rozkrzyczanych plażowiczów ja – wciśnięta pomiędzy cudze leżaki, obsypywana piaskiem przez rozbrykane dzieciaki, ze znużeniem wypatrująca odrobiny cienia… Trochę przesadziłam, ale ta barwna scenka dała mi siłę do zwalczenia pokusy pójścia na ugodę.
– Figa z makiem – oznajmiłam pogodnie. – Nigdzie się stąd nie ruszam!
– Tak?! Jeszcze zobaczymy. Proszę przynieść moje bagaże i postawić je w sypialni. – Z wymuszonym spokojem zwrócił się do stojącego z tyłu boya.
Co za bezczelny typ!
– Łóżko jest duże – powiedziałam jadowicie. – Nie wiem tylko, co na to twoja narzeczona.
Nie zniżył się do odpowiedzi i bez skrępowania zwinął moją napoczętą paczkę orzeszków. Potem rzucił marynarkę na oparcie krzesła i skierował się do łazienki. W milczeniu wysłuchałam ponownych przeprosin kierownika, obejrzałam cały bagaż mojego współlokatora, po czym energicznie wstałam i przygotowałam dużego, naprawdę mocnego drinka.
Tak jak się tego spodziewałam, z łazienki wyszedł owinięty jedynie wilgotnym ręcznikiem. Nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi, podniósł jedną z walizek i położył na łóżku. Siedziałam cichutko jak mysz pod miotłą, podziwiając widok, który się przede mną roztaczał – idealnego, męskiego ciała, w apetycznym czekoladowym kolorze.
No tak… Ta hipotetyczna blondynka to ma dobrze.
Z nagłym przypływem masochizmu przypomniałam sobie ostatniego kandydata, który do mnie startował. Nie dość, że miał brzuszek niczym kobieta w zaawansowanej ciąży, to jeszcze cudownie odstające uszy, nieosiągalne marzenie plastusiowej panienki. Było mi go trochę żal, więc nie zerwałam od razu, stopniowo usiłując ochłodzić stosunki. Mój podstawowy problem polegał na tym, że w takich sytuacjach nie umiałam jasno postawić sprawy.
Czy byłam aż tak nieatrakcyjna?
Zerwałam się z fotela i wbiegłam do łazienki. Potem zapatrzyłam się w lustro, jakbym pierwszy raz w życiu widziała własne odbicie.
No więc… Byłam szczupła, ale nie smukła. Raczej niewysoka, o ile metr sześćdziesiąt już na wstępie nie kwalifikował do karzełków. Jasna karnacja, twarz pełna piegów i na początku lata nieodmiennie strasząca intensywnie buraczkową opalenizną. Kasztanowe włosy, długie, nieposłuszne i żyjące własnym życiem, najchętniej spinałam zwykłą klamrą na czubku głowy. Duże, brązowe oczy z domieszką zieleni, zadarty nos w okrągłej twarzy i wyraziste usta. Słowem – tak przeciętnie. Gdzie mi tam do seksownej blondynki…
Wnioski, do których doszłam, były tak mało zadowalające, że zmarkotniała poczułam nagłą ochotę na kolejnego drinka. Nic w tym dziwnego, że nawet naga nie wzbudziłam zainteresowania takiego faceta.
Kiedy wróciłam, sypialnia była pusta. Mój współlokator zdążył już poukładać w szafie zawartość swojej walizki, równiutko i w największym porządku. Spojrzałam na własny bagaż rozwłóczony po całym pokoju, a w dodatku nader nędzny w porównaniu z jego nieskazitelnie elegancką garderobą, w której na pewno pełno było markowych metek. Potem prychnęłam i celnym kopniakiem posłałam swoją walizkę pod łóżko. W końcu nie przyjechałam tu, by sprzątać.
Tak jak przypuszczałam, siedział w salonie, wygodnie rozparty na ogromnej sofie. Przed nim, na stoliku, stał włączony laptop, a obok szklanka z drinkiem. Rozmawiał przez telefon i prawie perfekcyjnie posługując się językiem włoskim, wyjaśniał komuś, że został zmuszony do zamieszkania z pewnym wiejskim koczkodanem oraz że ma dwa dni na pozbycie się uciążliwej współlokatorki, bo w czwartek przyjeżdża Anita.
Może i nie śmierdziałam groszem, ale nie dość, że byłam najlepszą studentką na trzecim roku geologii, to na dodatek moim prywatnym hobby była nauka języków. Zaczęłam od angielskiego i niemieckiego, potem doszedł francuski i rosyjski. Dwa lata temu do kolekcji dorzuciłam włoski, a obecnie pracowałam nad chińskim. Nie robiłam żadnych certyfikatów, nie uzyskiwałam dyplomów, które mogłabym oprawić w ramki, ale rzetelnie uczyłam się słownictwa i gramatyki. Złośliwie pomyślałam, że ma wyjątkowo paskudny akcent. Po wysłuchaniu kilku kolejnych „komplementów” na swój temat miałam szaloną ochotę włączyć się do rozmowy, lecz opanowałam pokusę, wypiłam do końca drinka i wyszłam na taras.
Przez całe życie marzyłam o noclegu w pokoju z widokiem na morze, więc zapatrzyłam się w coraz bardziej kolorowe niebo malowane złotem oraz czerwienią i zapomniałam na dłuższy czas o mężczyźnie siedzącym w pokoju obok. Oparłam się o barierkę i poszybowałam myślami do innej rzeczywistości, w której byłam piękna oraz bogata i właśnie spędzałam długi urlop z cudownym facetem. Tak byłam pochłonięta rozmyślaniem o romantycznej scenie w tle z zachodzącym słońcem, że nie zauważyłam, iż zyskałam towarzystwo.
– Masz wyjątkowo durny wyraz twarzy. Nawet nie chcę wiedzieć, o czym myślisz…
Zgrzytnęłam zębami, bo właśnie dotarłam do sceny namiętnego pocałunku i te słowa strasznie mnie zirytowały.
– Czego chcesz? Bolą cię zęby od przeżuwania orzeszków i mam to zrobić za ciebie?
Najwyraźniej ucieszył go ton mojego głosu. Oparł się o barierkę tuż obok i z zaciekawieniem patrzył na mój profil.
– Wiem, dlaczego zostałaś. Pewnie liczysz na pełną korzyści znajomość. Ale uprzedzam, że taki obdartus jak ty nie miałby u mnie żadnych szans.
– Miło z twojej strony, że mnie uprzedzasz, ale seks z tobą? Chyba wolałabym już jeżozwierza. Założę się, że podczas bzykania wyciągasz lusterko, żeby sprawdzić, czy fryzura ci się nie popsuła.
– Tego nigdy nie będziesz miała okazji się dowiedzieć…
– Ależ strata – mruknęłam. – Właśnie wyobrażam sobie idealnego faceta w romantycznej scenie z pocałunkiem, więc nie psuj mi nastroju swoją obecnością i idź straszyć gdzieś indziej.
– Ach! Wyobrażasz sobie? – Jego głos aż ociekał kpiną.
– Nie martw się, ani trochę nie przypomina ciebie. Jesteś tak romantyczny, jak zimna zupa pomidorowa w podły, deszczowy dzień…
– Dlaczego pomidorowa?
– Bo jej nie cierpię. Jest jałowa, prozaiczna i taka… pomidorowa!
Tym razem nie odpowiedział. Zerknęłam na niego lekko zaniepokojona. Wciąż mnie obserwował, ale teraz zacisnął usta w wąską kreskę i zmrużył oczy. Wyglądał jak kocur szykujący się do ataku na biedną, niczego nieświadomą myszkę. Pomyślałam, że lepiej będzie wybrać się na spacer po plaży, lecz zanim zdążyłam uczynić choć najmniejszy ruch, chwycił mnie za łokieć i przyciągnął do siebie.
– Co…?
Pocałunkiem zdusił resztę moich słów. W pierwszej sekundzie chciałam się wyrwać i spoliczkować bezczelnego drania. W kolejnych uświadomiłam sobie, że ten bezczelny drań rzeczywiście świetnie całuje. A potem po prostu się poddałam.
Nic nie robił na siłę. Poczułam chłodne wargi, rozchyliłam swoje, a on delikatnie przesuwał po nich ustami, cały czas przyciskając mnie mocno do siebie. Moje dłonie instynktownie same powędrowały do jego piersi i ten ruch sprawił, że pocałunek się pogłębił i stał się jeszcze bardziej intensywny. To, co czułam, to bynajmniej nie była obojętność, tylko bezradnie rosnące pożądanie.
A potem nagle mnie puścił.
Niemal upadłam. Uratowała mnie barierka, o którą wcześniej się opierałam. Z trudem łapałam oddech, obserwując nieodgadniony wyraz błękitnych oczu. Przez chwilę trwaliśmy nieruchomo, w milczeniu przypatrując się sobie nawzajem. Potem bez słowa się odwrócił i odszedł, zostawiając mnie z potężnym zamętem zarówno w sercu, jak i w umyśle.
Ocknęłam się dopiero po bardzo długiej chwili. Byłam zbyt zdumiona, by czuć złość. Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy moja upiorna wyobraźnia nie płatała mi figla. Jednak smak jego ust wciąż był tak wyraźny, że nie mógł być złudzeniem. No i nigdy dotąd nie zdarzyło mi się reagować z podobną uległością. Byłam przestraszona łatwością, z jaką odpowiedziałam na ten pocałunek.
– O Boże! – jęknęłam.
Jak widać, wymarzone wakacje zaczęły się bardzo burzliwie i dość nietypowo. I miałam przeczucie, że na tym się nie skończy, że czekają mnie jeszcze bardzo poważne kłopoty.
O dziwo, pierwsza noc wcale nie była taka zła. Pośrodku łóżka ułożyłam wysoką przegrodę, zbudowaną z ręczników i poduszek, zadowolona, że w pobliżu nie ma akurat mojego współlokatora. Kiedy wróciłam z wieczornego spaceru, podczas którego wałęsałam się bezcelowo po plaży, Robert siedział w fotelu z kieliszkiem wina i oglądał telewizję. Nie zareagował na moje wejście, więc cichutko przemknęłam do łazienki, a potem już przebrana i umyta szybko wślizgnęłam się do łóżka, podciągając pościel pod samą brodę. Z pokoju obok wciąż dobiegał szum telewizora. Zasnęłam, ledwo przyłożywszy głowę do poduszki.
Obudził mnie strasznie jednostajny i irytujący dźwięk budzika.
– Co za… – Resztę wymamrotałam bezgłośnie, unosząc głowę i usiłując otworzyć zaspane oczy.
– Jest piąta rano. Wstawaj, czas na poranną gimnastykę! – Głos Roberta był głosem człowieka zadowolonego z siebie. Słychać było w nim też nieskrywaną satysfakcję.
– Jestem na wakacjach i jest jeszcze ciemno…
Natychmiast pożałowałam tych słów, bo zapalił górne światło.
– Wstawaj, bo cię wrzucę pod zimny prysznic!
Tym razem gwałtownie usiadłam na łóżku i spojrzałam na niego z nieukrywaną wściekłością.
– Czyś ty kompletnie zwariował? Co to niby ma być?
– Przyzwyczajaj się. Oboje z Anitą mamy w zwyczaju nie tylko wcześnie wstawać, ale i odrobinę pobiegać przed śniadaniem.
– Odczep się, bo cię czymś otruję! – Pogroziłam pięścią, starając się nie zwracać uwagi na jego kpiący wzrok. Potem zaryłam nosem w poduszkę, naciągając kołdrę aż po sam czubek głowy.
– Nigdy w życiu nie widziałem, by kobieta mogła ubrać tak durną piżamę w jakieś pokręcone zwierzątka…
– To są króliczki! I wcale nie są pokręcone, tylko trochę sprane! – Aż poderwało mnie z łóżka. – Jeszcze słowo i naprawdę ci przyłożę! Idź sobie na te biegi i daj mi pospać.
– Nie.
Zamrugałam oczami ze zdziwienia.
– Co nie?
– Nie dam ci pospać. Chcę, byś się wyprowadziła, i zrobię wszystko, by nastąpiło to w jak najbliższym czasie.
– Niedoczekanie twoje. – Teraz mój głos ociekał jadem. – Zostanę tu do samiuteńkiego końca. Ale nie martw się, jak się będziecie bzykać, to pójdę na spacer – dodałam wspaniałomyślnie, na powrót przytulając się do poduszki.
– Bzykają, to się pszczółki, dziewczynko. Dorośli ludzie uprawiają seks.
Odwrócił się i wyciągnął z szafy śnieżnobiały T-shirt. Przebierał się zupełnie nieskrępowany moją obecnością. Trochę mnie zatkało, gdy zsunął bokserki, ale potem pomyślałam, że widok seksownego, męskiego tyłeczka nikogo nie powinien gorszyć.
– Czy takie przedstawienie będziesz mi fundował codziennie? – spytałam z ciekawością.
– A patrz, patrz. Będziesz miała o czym marzyć w długie, samotne wieczory.
Nie wytrzymałam i rzuciłam w niego poduszką. Akurat się odwrócił, więc trafiła prosto w twarz. Odłożył ją na fotel z nienaturalnym spokojem.
– Policzymy się, jak wrócę. – Trzasnął drzwiami i tyle go widziałam.
Przez chwilę rozmyślałam nad tymi słowami. Dałabym głowę, że miał jakiś podły plan dotyczący mojej osoby. Potem wyskoczyłam z łóżka i wybiegłam na taras. Gdy się upewniłam, że na plaży ukazała się wysportowana sylwetka Roberta, wróciłam do sypialni i bez najmniejszych skrupułów przejrzałam jego rzeczy. Pierwsze wrażenie okazało się słuszne i aż zakręciło mi się w głowie na myśl o kwotach wydawanych przez niego na zwykłe ciuchy. Niektóre marki były mi znane, inne nazwy brzmiały obco, choć byłam pewna, że i tak sporo kosztowały. W pustej walizce leżał ukryty w jednej z kieszeni duży, czarny notes. Prócz kilku zapisanych kartek były w nim jeszcze karty kredytowe i różnorakie dokumenty. Notatki przeczytałam, ale reszta nie budziła mojego zainteresowania.
To było wszystko. Nie chciało mi się już myszkować w laptopie, więc potężnie ziewnąwszy, zakopałam się w pościeli i po chwili smacznie spałam.
Na szczęście dla mnie etap opalania na „rannego indianina” miałam już za sobą. Po całym dniu spędzonym na plaży moja skóra nabrała pięknego, złocistego koloru. Zadowolona z tego, co ujrzałam w lustrze po powrocie, z namysłem przejrzałam skromną garderobę i z dna torby wygrzebałam ogniście czerwoną sukienkę, którą można zwinąć w kulkę, a potem ubrać bez prasowania. Włosy upięłam na czubku głowy, dodałam dyskretny makijaż i poszłam na obiad. Nie zdążyłam skosztować smakołyków, których nakładłam na talerz, gdy pojawił się Robert i po chwili namysłu, bez pytania zajął miejsce naprzeciw mnie.
– Gdybym był tobą, to nie jadłbym tyle. Już i tak widać te kilka zbędnych kilogramów.
Z premedytacją nabrałam na widelec soczysty kawałek mięsa i z rozkoszą zatopiłam w nim zęby. Był jednak odrobinę zbyt soczysty, bo po brodzie pociekł mi strumyczek tłuszczu. Mężczyzna obserwował z wyraźnym rozbawieniem, jak w pośpiechu usiłowałam obronić przed plamami moją „wyjściową” kieckę.
– Smaczne?
– A żebyś wiedział!
– I potem rośnie i rośnie pewna część ciała.
– Mojej pupie nie mam nic do zarzucenia – powiedziałam obrażonym tonem. – A jak ktoś woli wychudłe manekiny na ubrania to jego osobista sprawa.
– To nie manekiny, tylko zgrabne i smukłe dziewczyny, o cudownych, proporcjonalnych ciałach.
– Aha. – Tym razem ukroiłam sobie mniejszy kawałek. – A do snu będziecie liczyć wszystkie wystające żebra zamiast baranów.
– Szybciej pójdzie niż rachowanie dziurek na skórze od cellulitu.
– Paskuda z ciebie, ale i tak nie zepsujesz mi humoru. – Pomachałam mu przed nosem widelcem. – Po pierwsze kocham swoją pupę i nie wydaje mi się, żeby jej coś brakowało…
– Ja mówiłem raczej o nadmiarze, a nie o braku.
– A po drugie – ciągnęłam niezrażona – co to za życie na jednym liściu sałaty dziennie? – Zakrztusił się właśnie popijanym sokiem. – To metafora – dodałam z satysfakcją, patrząc, jak próbuje normalnie oddychać. – Jakbyś nie wiedział…
– Za parę lat będą cię kopem przepychać przez drzwi i zobaczymy, co wtedy powiesz. I to nie jest metafora.
Wzruszyłam ramionami i z wyraźną przyjemnością wzięłam się za ogromny kawałek czekoladowego tortu. Był cudownie delikatny i tak pyszny, że aż rozpływał się w ustach. Musiałam mieć ciekawą minę, bo Robert spoglądał na mnie podejrzliwie i jakby z zazdrością.
– Chcesz kawałek?
Nie odpowiedział, więc pomachałam mu przed nosem sporym kęsem na widelcu.
– No spróbuj sobie – zachęciłam. – Po tym przez tydzień będziesz jadł nie cały, a pół liścia sałaty.
Prychnął, ale nie odsunął mojej dłoni. Widziałam, jak wzrokiem śledzi ruch ciasta, a potem się złamał i przytrzymawszy moją rękę, zjadł go.
– I co?
– Faktycznie niezły. – Obrócił się i spojrzał na szwedzki stół ustawiony w rogu jadalni. – Idę po swoją porcję.
Kiedy wrócił, ja już skończyłam jeść. W milczeniu przyglądałam się, jak pałaszuje dość spory trójkącik.
– Nie bardzo rozumiem. Naprawdę trzymasz tak restrykcyjną dietę?
– Po prostu zdrowo się odżywiam. Co w tym złego?
– No wiesz… Raczej kojarzy mi się to z zakompleksionymi nastolatkami, które koniecznie chcą zrobić karierę modelki lub wzbudzić podziw chłopców. Ale ty?
– Sprawia mi to przyjemność.
– Większą niż pyszny kawał czekoladowego ciasta lub wilgotna babeczka z czapeczką przesłodkiego kremu?
– Czekolada jest podobno substytutem seksu. – Posłał mi złośliwe spojrzenie. – Czyżby aż tak bardzo ci go brakowało?
– Nie wiem. – W zamyśleniu oblizałam łyżeczkę. – Zresztą jak może brakować czegoś, czego nigdy się nie próbowało…
Tym razem udało mi się go ustrzelić. Zamarł z podniesioną ręką, a na jego twarzy odmalowało się tak potężne zdumienie, że o mało nie roześmiałam się w głos.
– No co? Zachowujesz się, jakbyś zobaczył ducha.
– Prawie. – Sięgnął po kieliszek z wodą, nie spuszczając ze mnie zachłannego wzroku. – Usiłuję znaleźć powód, dla którego ładna, seksowna dziewczyna, o dużym temperamencie zachowuje się jak mniszka z klasztoru. Zawód miłosny czy oziębłość seksualna?
– Taa… Każda, która nie bzyka się na prawo i lewo, jest z pewnością nienormalna. – Zmusiłam się do sarkazmu, bo wciąż dźwięczały mi w uszach wypowiedziane przez niego komplementy. – Naprawdę uważasz, że jestem ładna? I seksowna?
– No… stosunkowo. Ach! Zapomniałem ci powiedzieć, że zapraszam cię dziś na przyjęcie w ogrodzie hotelowym. Tylko ubierz się w jakieś efektowne ciuszki, żebyś nie przyniosła mi wstydu. Pogłębimy naszą znajomość. – Mrugnął do mnie okiem i wypiwszy jednym haustem to, co miał w kieliszku, wstał i wyszedł, nie zważając na moją oburzoną, pełną pretensji minę.
Stosunkowo! Takie niewinne słówko, a tyle pogardy się za nim kryło. „Już ja ci pokażę stosunkowo” – pomyślałam buntowniczo, nakładając sobie na talerz jeszcze jeden kawałek ciasta. Po chwili miałam gotowy cały plan i udałam się na bardzo długi spacer po miasteczku. Do hotelu wróciłam późnym wieczorem. Było już po zachodzie słońca i na stole w salonie znalazłam dużą kartkę: „Czekam na ciebie na dole. Robert”.
A czekaj, czekaj…
Było to bardzo wytworne przyjęcie dla gości hotelowych. Miałam mało czasu, więc przygotowania zaczęłam od razu. Zmoczyłam włosy colą, ale ani ich nie rozczesałam, ani nie zaplotłam. Po wyschnięciu stanęły na głowie w potwornym kołtunie, który spryskałam różowym brokatem, na dodatek były przekrzywione na jedną stronę. Następnie zajęłam się makijażem, uzyskując całą paletę barw na moim obliczu i ciekawy, trupi odcień cery. Do tego dodałam pomadkę w wyjątkowo ohydnym buraczkowym kolorze i jaskrawozielony lakier do paznokci. Potem przystąpiłam do poszukiwania stroju pasującego do okazji. Wybór padł na stare dżinsy, które dodatkowo chaotycznie pocięłam, i świeżo zakupioną bluzeczkę, bardziej przypominającą szmatę niż jakąkolwiek inną część garderoby. Wizerunku dopełniły eleganckie skarpetki w paski oraz sandałki na topornym koturnie w kolorze marchewki. Na ramiona zarzuciłam kokieteryjnie wyleniałe boa, a w usta wetknęłam dwie gumy miętowe.
Efekt był piorunujący! Kiedy obejrzałam się w lustrze, o mało nie padłam trupem na swój widok. Przybrałam jeszcze odpowiednio zalotny wyraz twarzy i wypuściwszy potężnego balona, udałam się na przyjęcie.
Nieliczni napotkani przeze mnie goście hotelowi czmychali na boki. Kiedy zeszłam na dolny taras, wzięłam kieliszek z tacy osłupiałego kelnera, opróżniłam go, odłożyłam z powrotem na tacę i pewnym krokiem skierowałam się w środek dyskretnie imprezującego tłumu. Dokładnie w stronę odwróconego plecami do wejścia Roberta.
– Witaj, kochanie! – wrzasnęłam, rzucając mu się na szyję.
Jego brwi się podniosły, niemal dochodząc do pozycji pionowej. Prowadzone w pobliżu konwersacje umilkły. Teraz już wszyscy wpatrywali się we mnie ze zgrozą i obrzydzeniem. Wycisnęłam na policzku osłupiałego mężczyzny potężnego całusa, przy okazji zostawiając buraczkowy ślad szminki, a następnie chwyciłam butelkę wina ze stołu obok i pociągnęłam łyka. Czknęłam i szczodrze napełniłam pusty kieliszek Roberta. Wzięłam jednak zbyt duży zamach i część wylądowała na jego nieskazitelnie białych spodniach.
– Za naszą owocną znajomość. – Puściłam do niego oczko i stuknęłam szyjką butelki w kieliszek. Powoli wyraz jego twarzy ulegał zmianie, a zdumienie zastępowała wściekłość. – Zatańczymy? – Usiłowałam kokieteryjnie nawinąć loczka na palec, ale nie było to łatwe, bo włosy mocno się posklejały. – Czy może chcesz teraz uprawiać seks?
Tym ostatnim chyba przegięłam, bo stanowczym ruchem chwycił mnie za łokieć i pociągnął za sobą. Nie protestowałam, bo czułam, że i tak za chwilę wybuchnę śmiechem. Po drodze zdążyłam jeszcze rzucić butelką w jakiegoś grubego i wytwornie ubranego faceta, po czym bez oporów dałam się zaprowadzić do naszego apartamentu.
Z wściekłością zatrzasnął za nami drzwi, aż zadrżały szyby w oknach. Potem chwycił mnie za ramiona i potrząsnął z taką siłą, że poczułam się niczym szmaciana kukiełka.
– Ty…!
Zabrakło mu słów, więc zacisnął dłoń na moim nadgarstku i zaciągnął mnie do łazienki. Pomimo moich protestów zafundował mi lodowaty prysznic, nie zważając na dzikie wrzaski i wyzwiska pod swoim adresem. Wszelkie próby wyswobodzenia się spełzały na niczym. Równie dobrze mogłabym forsować betonowy mur. Dopiero kiedy oboje byliśmy już całkiem przemoczeni, a po mojej wytwornej fryzurze pozostało tylko wspomnienie, odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Woda ściekała po jego twarzy, a mokra koszula oblepiała tors. Poczułam, że zasycha mi w ustach.
Wciąż przyciskał mnie do ściany, unieruchomiwszy nadgarstki, ale ze spojrzenia znikła cała uprzednia wściekłość. W zamian za to pojawiło się mroczne pożądanie. Lekko się pochylił w moim kierunku i poprzez szum wody usłyszałam cicho wypowiedziane słowa:
– Teraz już chcę uprawiać seks…
Nie czekając na odpowiedź, łapczywie przylgnął do moich ust, a ja z zaskoczeniem odnotowałam, że nie było w tym nic udawanego. Zanim zdążyłam zatracić się w narastającym lawinowo pożądaniu, podjęłam ostatnią, desperacką próbę wyswobodzenia się. Bezskutecznie…
Pocałunek stawał się coraz bardziej szalony. Intymny splot naszych ciał i gwałtowne ruchy tylko potęgowały podniecenie. Ścisnął moje pośladki i lekko mnie uniósł, a wtedy objęłam go nogami. Dłonie wplotłam w mokre włosy i pozwoliłam, by ustami pieścił szyję. Cichutko jęczałam, odchylając głowę do tyłu i jeszcze mocniej wpasowując się w jego ciało. To było niezwykłe – porzucić wszelkie swoje zasady i zahamowania, całkowicie oddając się namiętności.
I gdyby nie ostry dźwięk telefonu, który nagle wwiercił się w nasze uszy, wyrywając z oszołomienia, bardzo szybko dotarlibyśmy do finału. Robert uniósł głowę i nieprzytomnym wzrokiem wpatrzył się w moją twarz. Jego uścisk zelżał, a po chwili całkiem się odsunął, unikając mojego spojrzenia.
– Dzwoni Anita. Muszę odebrać.
Nie odpowiedziałam, nawet nie próbowałam go zatrzymać, choć dziś już wiem, że wystarczyłby drobny gest z mojej strony. Bez słowa wyślizgnęłam się z jego objęć, po drodze chwytając ręcznik. Owinąwszy się nim, wyszłam na taras i w milczeniu wpatrywałam się w smoliście czarne morze. Za wszelką cenę usiłowałam uspokoić nierówno bijące serce i drżące dłonie. Kiedy już odzyskałam odrobinę równowagi, usłyszałam, jak do mnie podchodzi.
– Przepraszam. Nie chciałem. To nie powinno było się zdarzyć. Nie z tobą…
Poczułam, jak z upokorzenia ciemnieją mi policzki. Odtrąciłam jego dłoń, która chciała mnie zatrzymać, pędem wpadłam do sypialni, zatrzasnęłam drzwi i przekręciłam klucz w zamku. Mało mnie obchodziło, czy kanapa jest wystarczająco wygodna, a jakiekolwiek tłumaczenia mogły tylko bardziej mnie rozzłościć.
Minęło kilka minut. Zdjęłam z siebie mokre ubranie, zmyłam resztę makijażu i owinięta ręcznikiem usiadłam na łóżku.
Nawet nie zapukał.
Za drzwiami było cicho, tylko zza otwartego okna dochodził szum morza, który w końcu ukołysał do snu moją zranioną duszę.
Co prawda o poranku problemy nie zniknęły, ale w jaskrawym świetle słońca stały się jakby mniej wyraziste. Wymięta poduszka na kanapie wskazywała, gdzie Robert spędził ostatnią nockę. O dziwo, po nim samym nie było najmniejszego śladu. Nie powiem, że mi nie ulżyło, bo nie byłam gotowa na spotkanie. Kiedy przypominałam sobie jego ostatnie słowa, to wciąż czułam przypływ słusznej złości. Jak on śmiał?! „Nie z tobą”. No pewnie, tylko że to nie ja rzucałam się na niego z zamiarem całowania i obmacywania! W myślach określałam go coraz gorszymi słowami, choć gdzieś w głębi duszy czułam, że tak naprawdę nie miałabym nic przeciwko, aby zakończył to, co wczoraj zaczął. Nawymyślałam sobie jeszcze od głupich kretynek, naiwnie wierzących w nagłe zauroczenia seksownych, bogatych książąt z bajki, i udałam się na śniadanie. Jak widać, zły humor nie stanął na przeszkodzie mojemu apetytowi…
Robert siedział tuż pod oknem i bezmyślnie grzebał łyżeczką w pustej filiżance po kawie. W pierwszej chwili chciałam uciec z jadalni, potem wypatrzyłam miejsce jak najbardziej oddalone, ale w trakcie nakładania grzanek na talerz przekornie postanowiłam się przysiąść i usłyszeć, czy ma mi coś do powiedzenia.
Kiedy odsunęłam krzesło, spojrzał na mnie zaskoczony.
– Cześć, mości książę. – Jednak nie mogłam powstrzymać sarkazmu. – Jak minęła nocka na kanapie?
Natychmiast się zachmurzył i odparował z jadowitą satysfakcją:
– Lepsza kanapa niż łóżko ze żmijowatą jędzą.
Nie wiadomo czemu te słowa mnie ucieszyły. Zadowolona ugryzłam rogalika i spojrzałam mu prosto w oczy.
– Ciekawe, co powie twoja Anitka.
– Jeśli po przedstawieniu, które wczoraj dałaś, będę miał kłopoty, to z pewnością się z tobą policzę!
– Jako dżentelmen co wybierzesz? Szpady na odległość stu metrów czy pistolety na odległość dwóch kroków?
– Ty chyba nie do końca wiesz, z kim zaczynasz.
– Uhm… Z nabzdyczonym typkiem próbującym udawać macho? Ale nie martw się, poza tym też jesteś stosunkowo przystojny…
Tym razem moja ironia chybiła celu. Ze zmarszczonymi brwiami obserwował, jak pochłaniam całe śniadanie i z apetytem popijam je kawą.
– Posłuchaj mnie uważnie… Zaraz, jak masz na imię, dziewczątko?
Przełknęłam ostatni kęs rogalika.
– Dziewczątko zwie się Alicja – odparłam urażona. Trochę zabolało, że nawet tego nie pamiętał.
– A więc, Alicjo… Na nic się zdadzą twoje zalotne spojrzenia i szczenięce zaczepki, nie ten poziom, dziecinko. Za stary jestem, żeby się dać nabrać na takie numery jak ten wczoraj.
Trzeba przyznać, że mnie ustrzelił. Wpatrywałam się w niego baranim wzrokiem, usiłując zrozumieć sens tej wypowiedzi.
– Zgłupiałeś czy co? Jaki podryw? Chyba twoje rozdmuchane ego przypisuje sobie jakieś wyimaginowane zalety!
– Czyżby? – Zmrużył oczy i posłał mi twarde, nienawistne spojrzenie.
– No tak, to przecież oczywiste, że odstawiłam się tak wczoraj na wymarzoną randkę z tobą!
I znów przerwał nam dźwięk dzwonka telefonu. Nie mojego oczywiście, bo takiego luksusu jak własna komórka nie posiadałam. Pewnie było to nieco obciachowe, ale nie lubiłam się czuć niczym pies na smyczy.
Robert bez słowa wstał i wyszedł. Nietrudno było zauważyć lekką nerwowość w jego ruchach, więc doszłam do wniosku, że musiał dzwonić ktoś ważny. Wytrącona z równowagi bezsensowną rozmową podłubałam w ostatnim rogaliku, dopiłam kawę i zdecydowałam się na powrót do pokoju. Chciałam tylko wziąć ręcznik i jakąś książkę, aby nie nudziło mi się na plaży. Po namyśle dorzuciłam jeszcze małą wodę mineralną i paczkę orzeszków. Nie miałam zamiaru wracać prędzej niż przed obiadem.
Na plaży wygodnie usadowiłam się na leżaku pod ogromnym parasolem, ale czytanie mi nie szło. Nie docierał do mnie sens tekstu, choć czasem dany akapit czytałam dwa, trzy razy. Moje myśli zaprzątało coś innego, dlatego po niecałej godzinie odłożyłam książkę i z cichym westchnieniem rozciągnęłam się z zamiarem krótkiej drzemki, ale za nic nie udawało mi się zasnąć. Kręciłam się niczym pchła na koszuli, w duchu określając Roberta wszystkimi epitetami, jakie tylko przychodziły mi na myśl. Znalazł się amant o tajemniczych zamiarach wraz z tą swoją wychwalaną narzeczoną – cud-ideał o nieskazitelnym wizerunku. Choć z drugiej strony… Może faktycznie sprowokowałam go do takiego zachowania, a on sam wcale nie miał ochoty na żadną bliższą znajomość? Plątałam mu się pod nogami niczym hałaśliwy psiak, uciążliwy pomimo mniemania swojej ważności…
Gwałtownym ruchem przekręciłam się na bok i z głuchym jękiem nakryłam głowę ręcznikiem. Naiwna idiotka. I po co mi była ta cała wygrana? I kłótnia o ten przeklęty apartament? Przecież to oczywiste, że nie mogę się równać z boską Anitą, nikomu nie jestem potrzebna, wykorzysta mnie tylko i porzuci…
Stop! Ja chyba jestem zazdrosna! I to o kogo? O faceta starszego o ponad dziesięć lat, którego poznałam dwa dni temu i w dodatku w takich okolicznościach…
Poderwałam się z leżaka i rzuciłam ku morzu. Ale zmiana miejsca nie rozwiązała cierpień moralnych. Podążyły za mną i zaatakowały z podwójną mocą.
To nie fair! Robert mi się podoba, ale taki facet wszystkim się podoba! Pozycja, wygląd, klasa… Nawet mój chłodny, trzeźwy umysł nie umiał poprawnie ocenić sytuacji. Zamiast od razu spoliczkować bezczelnego drania już po pierwszym pocałunku, ja chciałam więcej…
A niech to diabli! Jakoś przeżyję te wakacje, a po powrocie do domu wciąż będę wolna jak ptak, niezwiązana ani uczuciami, ani innymi duperelami.
Odrobinę pogodzona z samą sobą postanowiłam udać się na długi spacer. Przy okazji chciałam też się opalić i zgubić co nieco, bo jak wiadomo, kobieta chudnie od nóg. Trochę przesadziłam z trasą i dopiero po kilku godzinach zziajana i wściekle głodna dotarłam z powrotem do hotelu. Obiad przepadł, ale za godzinę mogłam już pójść na kolację. Skierowałam się więc do pokoju, żeby troszkę się ogarnąć i napić czegokolwiek, chociażby wody z kranu.
Zastałam uchylone drzwi. W środku panowała absolutna cisza. Kiedy weszłam, od razu zauważyłam Roberta leżącego na kanapie w dość niewygodnej pozycji. Spał, zasłaniając ręką oczy. Podeszłam bliżej niepewna, czy powinnam go obudzić, czy raczej dać mu spokój. I wtedy dostrzegłam dwie puste butelki po whisky, rozbitą na podłodze szklankę i prawie całkiem roztopiony lód w niewielkim kubełku. Ostrożnie się pochyliłam i poczułam intensywny zapach alkoholu. Chciałam cichaczem się wycofać, ale mężczyzna wyciągnął błyskawicznie rękę i chwycił mnie za nadgarstek. Chyba aż tak mocno nie spał.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa.
– No i wygrałaś…
Skrzywiłam się z dezaprobatą.
– Dwie flaszki? Nieźle. A z jakiej to okazji, jeśli mogę wiedzieć?
– Anita. Ona… Ona mnie rzuciła!
Jeśli chciał mnie zaskoczyć, to mu się udało.
– I dlatego pijesz?
– Wyobraź sobie, że tak! A jak inaczej zniósłbym to wszystko?
– Nie bardzo rozumiem. – Usiadłam na brzegu kanapy. – Twoja cudowna, wychwalana pod niebiosa narzeczona puściła cię w kanał? Tak bez powodu? Bo chyba nie przez wczoraj?
Mimo wszystko poczułam się nieswojo. Robert ponownie jęknął i przysłonił ręką oczy.
– Jestem taki zmęczony. Nie zniosę tego dłużej, rozumiesz?! – Z trudem usiadł i rozejrzał się, najpewniej w poszukiwaniu kolejnej flaszki.
– Fuj! Ale od ciebie śmierdzi wódką! – Zmarszczyłam nos. – A poza tym zachowuj się jak mężczyzna i nie użalaj się nad sobą!
– Nic nie rozumiesz… – Nieświadomie zacisnął dłoń na moim ramieniu. Jego twarz była tak blisko, że wyraźnie widziałam przekrwione białka oczu. – Za młoda jesteś na takie sprawy.
– No wiesz! – Udało mu się mnie rozzłościć. – Teraz to jestem za młoda, ale jak mnie całowałeś, to byłam w sam raz? Hipokryta jeden! I zabierz tę rękę z moich włosów!
– Czy tobie się zdaje, że jestem z kamienia? – wyszeptał mi do ucha.
– O co ci znowu chodzi?
– Nie bądź niemądra, Alicjo. Wypiłem za dużo i czuję, że lada chwila przestanę nad sobą panować, a bardzo tego nie chcę. Ze względu na ciebie.
Milczałam, usiłując zrozumieć pokrętny tok jego myślenia. Ale miło było wiedzieć, że tym razem zapamiętał moje imię.
– Jak zwykle zachowujesz się zagadkowo. Mógłbyś odrobinę wyjaśnić…
Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej. Gwałtownie przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować. Brutalnie i łapczywie. „Znów” – pomyślałam zdumiona, a potem moje ciało ogarnęła fala trudnego do zniesienia gorąca. Robert najpierw sięgnął ręką do piersi, a później oparł się na łokciu i podciągnął mnie pod siebie. Zaczął gładzić brzuch i kierować się coraz niżej, nie przerywając pocałunku. Kiedy dotarł w najbardziej intymne okolice, ocknęłam się i spróbowałam wyrwać. Gdyby nie alkohol z pewnością nie miałabym najmniejszych szans. Zerwałam się na równe nogi, usiłując uspokoić nierówny oddech i oszalałe serce.
– To jest to twoje wyjaśnienie? Jesteś zwykłym palantem! Nic dziwnego, że narzeczona cię zostawiła!
Milczał, a jego twarz nigdy nie była tak otwarta, tak szczera. Łzy szkliły mu się w oczach, w których jednak nie znalazłam niczego niemęskiego. Usta wykrzywiała gorycz. O dziwo, nigdy wcześniej nie wydał mi się tak pociągający, aż zakręciło mi się w głowie na wspomnienie pocałunku.
– To nie tak. Przeklęta wódka. Chyba lepiej pójdę spać.
Tym razem nie odpowiedziałam, tylko uciekłam do sypialni. Jakoś nie miałam ochoty na uszczypliwe uwagi i złośliwe komentarze. Najbardziej przerażające było jednak to, że poczułam absurdalną radość.
Kiedy po dwóch kwadransach wychodziłam na kolację, Robert smacznie chrapał, pogrążony w mocnym, pijackim śnie. Po chwili wahania przykryłam go kocem, spuściłam rolety i wyrzuciłam do kosza puste flaszki.
I jak zwykle miałam nieziemski apetyt.
Obudziło mnie głośne chrapanie gdzieś w okolicach mojego lewego ucha. Otwarłam oczy i ze zdumieniem stwierdziłam, że leżę na prawym boku, otulona męskimi ramionami i dodatkowo przygnieciona muskularną nogą wplecioną pomiędzy moje uda. Szczyt wszystkiego!
– Puszczaj mnie w tej chwili! – wrzasnęłam, usiłując wyswobodzić się z jego objęć.
Robert nieprzytomnie zamrugał oczami i zamglonym wzrokiem spojrzał na rozjuszoną harpię stojącą w wojowniczej pozie tuż przy łóżku.