-
nowość
-
promocja
Wyjdź za mnie. Tom 1 - ebook
Wyjdź za mnie. Tom 1 - ebook
Londyn. Jesień 1848 roku. Niespodziewany spadek wynosi rodzinę Hathawayów do rangi arystokracji i wywraca ich życie do góry nogami. Amelia, przywykła do opieki nad trzema młodszymi siostrami i niesfornym bratem, szybko odkrywa, że nawet jej zaradność nie wystarczy, by odnaleźć się w świecie pełnym konwenansów i niezrozumiałych zasad.
Cam Rohan, oszałamiająco bogaty zarządca najlepszego londyńskiego domu gry, coraz dotkliwiej odczuwa ciężar życia wśród wyższych sfer. Rozdarty między luksusem a tęsknotą za wolnością i romskimi korzeniami, nie zamierza wiązać swojej przyszłości z żadną kobietą.
Kiedy Amelia zmuszona jest poprosić go o pomoc, Cam zgadza się bez wahania, przekonany, że niczym nie ryzykuje. Do czasu, aż każde kolejne spotkanie zaczyna rozpalać pożądanie, któremu coraz trudniej się oprzeć.
Ona nie potrzebuje męża. On ponad wszystko ceni wolność. A jednak czasem największym ryzykiem okazuje się właśnie miłość.
„Wyjdź za mnie” to pierwszy tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze zamierza podporządkować się zasadom.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789181536997 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Londyn
Jesień 1848 roku
Znalezienie jednego człowieka w mieście zamieszkiwanym przez dwa miliony osób było przedsięwzięciem niewątpliwie ambitnym. Pomagał nieco fakt, że zachowanie tego człowieka było dosyć przewidywalne – zazwyczaj przebywał w tawernie przy szklaneczce dżinu.
„Leo, gdzie jesteś?”, zastanawiała się z desperacją panna Amelia Hathaway, gdy koła powozu zaturkotały na wybrukowanej ulicy. Biedny, szalony, nieszczęśliwy Leo. Niektórzy ludzie, stając twarzą w twarz z niewdzięcznymi sytuacjami, po prostu się... załamywali. Tak się miała rzecz w przypadku jej niegdyś czarującego i godnego zaufania brata. Jego obecny stan ducha nie pozostawiał żadnej nadziei.
– Znajdziemy go – oznajmiła Amelia ze stanowczością, której w ogóle nie odczuwała. Spojrzała na Cygana, który siedział naprzeciwko niej. Jak zwykle, twarz Merripena nie wyrażała żadnych emocji.
Patrząc na niego, z łatwością można było założyć, że w ogóle ich nie odczuwa. Był tak zamknięty w sobie, że choć od piętnastu lat mieszkał z rodziną Hathawayów, nadal nie zdradził im swojego imienia. Zwracali się do niego „Merripen”, odkąd znaleźli go skatowanego do nieprzytomności na brzegu strumienia, który przepływał przez ich posiadłość.
Gdy Merripen się ocknął, otoczony ze wszystkich stron przez Hathawayów, zareagował brutalnie. Musieli zebrać wszystkie siły, aby zatrzymać go w łóżku i wytłumaczyć mu, że jeśli nie chce, aby jego rany się otworzyły, musi leżeć nieruchomo. Ojciec Amelii był przekonany, że chłopiec ocalał z obławy na Cyganów, brutalnej rozrywki miejscowych właścicieli ziemskich, którzy, uzbrojeni w broń palną i pałki, konno najeżdżali romskie obozowiska.
– Zostawili go tu na pewną śmierć – stwierdził ponuro pan Hathaway. Jako naukowiec i dżentelmen o postępowych poglądach potępiał przemoc w każdym jej przejawie. – Obawiam się, że nie uda nam się skontaktować z jego plemieniem. Zapewne już dawno stąd odeszli.
– Możemy go zatrzymać, tatusiu? – zawołała niecierpliwie Poppy, młodsza siostra Amelii, biorąc dzikiego chłopca (który obnażył zęby, jak uwięziony rosomak) za najnowszą, dostarczającą rozrywki maskotkę.
Pan Hathaway uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.
– Może zostać tak długo, jak będzie chciał. Ale nie zabawi u nas dłużej niż tydzień. Cyganie, czy Romowie, jak sami siebie nazywają, to lud koczowniczy. Nie pozostają długo pod jednym dachem. Czują się wtedy uwięzieni.
Merripen jednak został. Drobny, szczupły chłopak dzięki właściwej opiece i regularnym posiłkom wyrósł w niepokojąco krótkim czasie na krzepkiego i potężnie zbudowanego mężczyznę. Trudno było określić, kim właściwie był Merripen dla Hathawayów: członkiem rodziny czy służącym. Wypełniał dla nich różne zadania – był i woźnicą, i złotą rączką – ale zasiadał do rodzinnych posiłków, gdy tylko wyraził taką chęć i zajmował sypialnię w głównej części domu.
Gdy Leo zaginął, narażając się prawdopodobnie na niebezpieczeństwo, nie było wątpliwości, że Merripen pomoże go odnaleźć.
Nie wypadało, aby Amelia udała się w podróż bez przyzwoitki z mężczyzną pokroju Merripena, lecz w wieku dwudziestu sześciu lat młoda dama była zdania, że jest już na tyle dojrzała, aby się bez niej obywać.
– Zaczniemy od wyeliminowania miejsc, do których Leo na pewno by się nie udał – powiedziała. – Kościoły, muzea, ośrodki edukacyjne i przyzwoite domy są naturalnie wykluczone.
– To nadal zostawia nam większość miasta – mruknął Merripen.
Mężczyzna nie darzył Londynu wielką sympatią. Jego zdaniem, tak zwane cywilizowane społeczeństwo było zdecydowanie bardziej barbarzyńskie niż cokolwiek, na co można by się natknąć w naturze. Gdyby dano mu wybór pomiędzy spędzeniem godziny w zagrodzie z dzikami a godziny w salonie z londyńskim towarzystwem, bez wahania wybrałby dziki.
– Powinniśmy chyba zacząć od tawern – kontynuowała Amelia.
Merripen spojrzał na nią ponuro.
– Wiesz, ile jest tawern w Londynie?
– Nie, ale jestem przekonana, że się dowiem, zanim ta noc dobiegnie końca.
– Nie zaczniemy od tawern. Pojedziemy tam, gdzie Leo może się wpakować w największe kłopoty.
– Czyli?
– Do Jennera.
Jenner był to niesławny dom gry, do którego chodzili dżentelmeni, aby zachowywać się w możliwie najbardziej niedżentelmeński sposób. Klub został założony przez byłego boksera, Ivo Jennera, a po jego śmierci przeszedł w ręce jego zięcia, lorda St. Vincenta. Niewarta złamanego pensa reputacja St. Vincenta tylko dodawała temu przybytkowi uroku.
Członkostwo u Jennera kosztowało fortunę. Oczywiście Leo uparł się, aby je wykupić, gdy tylko trzy miesiące temu odziedziczył tytuł.
– Jeśli zamierzasz zapić się na śmierć – oznajmiła spokojnie Amelia – możesz to uczynić w miejscu bardziej dla nas przystępnym.
– Jestem teraz wicehrabią – odparł Leo nonszalancko. – Muszę to zrobić w odpowiednim stylu, bo inaczej, co ludzie powiedzą?
– Powiedzą, że byłeś głupcem i nicponiem, i że lepiej by się stało, gdyby tytuł przypadł małpie.
Riposta wywołała uśmiech na twarzy jej przystojnego brata.
– Jestem przekonany, że to porównanie nie pochlebia małpiemu gatunkowi.
Czując dreszcze, wywołane przez rosnącą obawę, Amelia przycisnęła osłonięte rękawiczką palce do obolałego czoła. Nie pierwszy raz Leo znikał, ale jeszcze nigdy nie zniknął na tak długo.
– Nigdy nie byłam w klubie dla dżentelmenów. Będzie to dla mnie nowe doświadczenie.
– Nie wpuszczą cię do środka. Jesteś damą. A nawet gdyby cię wpuścili, ja nie pozwolę ci wejść.
Amelia opuściła dłoń i spojrzała na Merripena ze zdumieniem. Rzadko jej czegokolwiek zabraniał. W zasadzie był to chyba pierwszy raz. Poczuła irytację. Życie jej brata było zagrożone, nie miała więc zamiaru wykłócać się o towarzyskie niuanse. Poza tym, była naprawdę ciekawa, jak wygląda azyl uprzywilejowanych mężczyzn. Była skazana na pozostanie starą panną, może więc chyba zakosztować odrobiny wolności, która się z tym faktem wiązała.
– Ciebie też nie wpuszczą – wytknęła swemu towarzyszowi. – Jesteś Romem.
– Tak się akurat składa, że zarządca klubu również.
To było niezwykłe. Nadzwyczajne nawet. Cyganie cieszyli się powszechną opinią złodziei i oszustów. Fakt, że jednemu z nich powierzono nie tylko rachunki i gotówkę, ale także rozpatrywanie sporów przy stolikach do gry, był zdumiewający.
– Musi to być niezwykły człowiek, skoro zdobył taką pozycję – powiedziała Amelia. – Dobrze więc, pozwolę ci towarzyszyć mi do Jennera. Możliwe, że twoja obecność nakłoni go do większej otwartości.
– Dziękuję. – Głos Merripena był tak szorstki, że można by zapalić od niego zapałkę.
Amelia milczała przezornie, gdy pokonywali zakrytym powozem największe skupisko atrakcji, sklepów i teatrów w mieście. Kiepsko resorowany pojazd podskakiwał bez opamiętania na zatłoczonych ulicach, mijając urocze kwartały, wyznaczane przez kolumnady domów, schludnie przycięte żywopłoty i georgiańskie fasady. W miarę, jak okolica stawała się coraz zamożniejsza, cegła ustępowała stiukom, zastępowanym z kolei przez kamień.
Krajobraz West Endu stanowił dla Amelii całkowite novum. Ich mała wioska znajdowała się dość blisko Londynu, ale Hathawayowie rzadko gościli w mieście, a już na pewno nie w tej okolicy. Nawet teraz, biorąc pod uwagę nieoczekiwany spadek, nie na wiele było ich stać.
Spoglądając na Merripena, Amelia zastanawiała się, jak to możliwe, że wydaje się doskonale wiedzieć, dokąd zmierza, skoro miasto było dla niego równie obce, jak dla niej. Merripen potrafił jednak instynktownie odnaleźć drogę w każdej sytuacji.
Skręcili w King Street, rozświetloną płomieniami gazowych latarni. Ulica była hałaśliwa i zatłoczona pojazdami i grupami pieszych, szukających wieczornej rozrywki. Niebo jaśniało mroczną czerwienią, która z trudem przebijała się przez opary węglowego dymu. Szczyty wysokich budynków łamały linię horyzontu, wystając ponad nią niczym zęby czarownicy.
Merripen skierował konie w wąską alejkę za masywną budowlą z kamienną fasadą. Jenner. Amelia poczuła ściskanie w żołądku. Nie należało przecież oczekiwać, że znajdą Leo bezpiecznego w pierwszym miejscu, do którego się udali.
– Merripen? – Jej głos był napięty.
– Tak.
– Powinnam cię uprzedzić, że jeśli mój brat nie zdołał jeszcze popełnić samobójstwa, planuję zastrzelić go osobiście, gdy tylko go znajdziemy.
– Podam ci pistolet.
Amelia uśmiechnęła się i poprawiła kapelusz.
– Chodźmy więc. I pamiętaj, ja będę mówić.
Ulicę wypełniał nieznośny odór wielkiego miasta, woń zwierząt, nieczystości i węglowego dymu. Od dawna już nie padało, brud kumulował się więc na ulicach i w odpływach. Amelia zeskoczyła ze stopnia powozu prosto na piszczące szczury, przebiegające wzdłuż ściany budynku.
Gdy Merripen oddawał lejce stajennemu, Amelia spojrzała na koniec ulicy.
Para uliczników kuliła się przy niewielkim ognisku, piekąc coś na patykach. Amelia nie chciała nawet domyślać się pochodzenia podgrzewanego jedzenia. Jej uwagę przykuła grupa osób, trzech mężczyzn i kobieta, którą oświetlał migoczący płomień. Dwóch mężczyzn najwyraźniej wdało się w bijatykę. Byli jednak tak pijani, że ich potyczka wyglądała jak taniec niedźwiedzi. Suknia kobiety miała krzykliwy kolor, a jej stanik rozchylał się, ukazując wzgórki pulchnych piersi. Najwyraźniej bawił ją fakt, że dwaj dżentelmeni walczą o jej względy, a trzeci próbuje ich rozdzielić.
– Wystarczy, koguciki – krzyknęła nagle z cockneyowskim akcentem. – Z chęcią przyjmę was obu, nie ma sensu się bić!
– Nie podchodź – mruknął Merripen.
Udając, że nie słyszy, Amelia przysunęła się, aby lepiej widzieć. To nie bójka ją intrygowała. Nawet w ich wiosce, małym, spokojnym Primrose Place rozwiązywano konflikty pięściami. Wszyscy mężczyźni, niezależnie od stanu, od czasu do czasu ulegali niskim instynktom. Jej uwagę przyciągnął trzeci człowiek, potencjalny arbiter, który skoczył pomiędzy pijanych głupców, aby przemówić im do rozsądku.
Był ubrany jak dżentelmen, ale było jasne, że dżentelmenem nie jest. Miał czarne włosy i smagłą twarz o egzotycznych rysach. Poruszał się z gracją zwinnego kota, z łatwością unikając ciosów swoich oponentów.
– Panowie – powiedział pokojowym tonem, zupełnie niewzruszony tym, że przedramieniem musiał zablokować uderzenie ciężką pięścią. – Obawiam się, że musicie natychmiast z tym skończyć, w przeciwnym razie będę zobligowany do... – przerwał i uchylił się, gdy stojący za nim mężczyzna ruszył do bójki.
Prostytutka zarechotała na ten widok.
– Uwzięli się dziś na ciebie, Rohan – zawołała.
Rzucając się znów w wir walki, Rohan podjął kolejną próbę przerwania jej.
– Panowie, na pewno wiecie... – uchylił się przed szybkim ciosem pięścią – ...że przemoc... – zablokował prawy sierpowy – nigdy niczego nie rozwiązała.
– Chrzań się! – krzyknął jeden z walczących, rzucając się z głową do przodu jak obłąkany kozioł.
Rohan zrobił krok w bok i pozwolił mu staranować ścianę. Atakujący runął z jękiem na ziemię, na której już pozostał, z trudem łapiąc powietrze.
Reakcja jego przeciwnika była co najmniej niewdzięczna. Zamiast podziękować ciemnowłosemu za przerwanie walki, mężczyzna warknął:
– Przeklęty Rohan. Po co się wtrącasz?! Stłukłbym go na kwaśne jabłko! – Po czym rzucił się do przodu, młócąc powietrze pięściami jak młyn.
Rohan umknął przed ciosem z lewej i zgrabnie powalił agresora na ziemię. Stanął nad leżącą na brzuchu postacią i otarł czoło rękawem.
– Macie dosyć? – zapytał uprzejmym tonem. – Tak? To dobrze. Proszę pozwolić mi sobie pomóc wstać, milordzie. – Rohan postawił mężczyznę na nogi i odwrócił się do drzwi, w których czekał już jeden z pracowników klubu. – Dawson, odeskortuj lorda Latimera do jego powozu, który czeka od frontu. Ja zajmę się lordem Selwayem.
– Nie ma takiej potrzeby – oznajmił arystokrata, z trudem utrzymując się na nogach. – Sam mogę wrócić do mojego cholernego powozu. – Poprawił ubranie na swojej niezgrabnej sylwetce i rzucił ciemnowłosemu mężczyźnie zaniepokojone spojrzenie. – Rohan, muszę cię o coś prosić.
– Tak, milordzie?
– Jeśli ta plotka się rozejdzie, jeśli lady Selway dowie się, że walczyłem na pięści o względy kobiety upadłej... moje życie nie będzie warte funta kłaków.
– Nigdy się nie dowie, milordzie – zapewnił Rohan.
– Ona wie wszystko – odparł Selway. – Sprzymierzyła się z samym diabłem. Gdyby kiedykolwiek ktoś zapytał cię o to drobne nieporozumienie…
– Powodem była wyjątkowo zażarta partia wista.
– Tak. Tak. Dobrze. – Selway poklepał młodszego mężczyznę po ramieniu. – A żeby przypieczętować naszą umowę... – Sięgnął grubiutką ręką do kieszeni kamizelki i wyjął z niej sakiewkę.
– Nie, milordzie. – Rohan odsunął się, potrząsając stanowczo głową. Jego czarne, lśniące włosy poruszyły się gwałtownie, po czym wróciły na swoje miejsce. – Moje milczenie nie ma ceny.
– Weź to.
– Nie mogę, milordzie.
– Są twoje. – Sakiewka wypełniona monetami upadła na chodnik u stóp Rohana z metalicznym łomotem. – Proszę. Jeśli wolisz je tak po prostu zostawić na ulicy, twój wybór.
Gdy dżentelmen odszedł, Rohan spojrzał na sakiewkę jak na zdechłego gryzonia.
– Nie chcę tego – mruknął do siebie.
– Ja je wezmę – oznajmiła prostytutka, podchodząc do niego. Podniosła sakiewkę i zważyła ją w dłoni. Na jej twarz wypłynął drwiący śmiech. – Boziu, nigdym nie widziała Cygana, co się boi mamony.
– Nie boję się jej – odparł Rohan kwaśno. – Po prostu jej nie potrzebuję. – Wzdychając, potarł ręką kark.
Kobieta roześmiała się i przesunęła po jego szczupłej sylwetce pełnym uznania spojrzeniem.
– Nie lubię tak brać za nic. Może mały numerek w alejce, zanim wrócę do Bradshawa?
– Doceniam propozycję, ale z niej nie skorzystam – odmówił grzecznie.
Prostytutka wzruszyła zabawnie ramionami.
– Tym lepiej dla mnie. Dobrej nocy.
Rohan odpowiedział skinięciem głowy, skupiony na kontemplowaniu miejsca, w którym jeszcze przed chwilą leżała sakiewka. Trwał tak w bezruchu, zdając się przysłuchiwać jakimś dźwiękom. Znów podniósł dłoń do karku i potarł go, jakby próbował ukoić nieprzyjemne mrowienie. Powoli odwrócił się i spojrzał prosto na Amelię.
Przeszył ją dreszcz, gdy ich spojrzenia się spotkały. Stali w odległości kilku jardów od siebie, ale natychmiast poczuła na sobie siłę jego wzroku. Na jego twarzy nie było nawet cienia uprzejmości i dobroci. Wyglądał bezlitośnie, jakby już dawno temu przekonał się, że świat to brutalne miejsce i zdecydował się zaakceptować go na swoich własnych warunkach.
Amelia doskonale wiedziała, co widzi, gdy jego oczy sunęły po jej sylwetce: kobietę w praktycznej sukni i butach. Miała jasną skórę, ciemne włosy i zaróżowione, pełne policzki Hathawayów. Była średniego wzrostu, a jej zmysłowo zaokrąglona sylwetka rzucała wyzwanie modzie, która nakazywała damom być wiotkimi jak trzciny, bladymi i wątłymi.
Amelia nie była próżna, ale wiedziała, że choć nie jest wielką pięknością, jest na tyle atrakcyjna, aby złapać męża. Jednak już raz zaryzykowała sercem, a konsekwencje okazały się druzgocące. Nie pragnęła próbować po raz wtóry. Bóg jeden wiedział, jak bardzo była zajęta radzeniem sobie z gromadą Hathawayów.
Rohan odwrócił wzrok. Bez słowa cofnął się, aby tylnym wejściem wrócić do klubu. Szedł wolno, jakby dawał sobie czas na przemyślenia. Jego ruchy pełne były niewymuszonej swobody.
Amelia zrównała się z nim na progu.
– Sir... Panie Rohan... Zakładam, że jest pan zarządcą tego klubu.
Rohan zatrzymał się i odwrócił do niej. Stali tak blisko siebie, że Amelia poczuła zapach męskiego potu i ciepłej skóry. Rozpięta marynarka, uszyta z szarego brokatu najlepszej jakości, rozchylała się na piersiach, ukazując białą koszulę z cienkiego lnu. Gdy Rohan podniósł palce do guzików, Amelia zauważyła na nich mnóstwo złotych pierścionków. Przeszył ją nerwowy dreszcz, który pozostawił po sobie falę obcego jej ciepła. Nagle gorset zaczął ją uwierać, tak jak wysoki kołnierzyk.
Rumieniąc się, spojrzała mu prosto w oczy. Był to młody mężczyzna, na pewno jeszcze nie skończył trzydziestu lat, o wyglądzie egzotycznego anioła. Miał twarz stworzoną do grzechu... szczodre usta, kanciastą szczękę, orzechowozłote oczy ocienione długimi, prostymi rzęsami. Jego włosy domagały się strzyżenia, opadając ciężkimi, czarnymi lokami na tył kołnierzyka. Amelia poczuła ucisk w gardle, gdy zauważyła błysk diamentów w jego uchu.
Ukłonił się przed nią kurtuazyjnie.
– Do usług, panno...
– Hathaway – odparła zwięźle. Odwróciła się, aby wskazać swego kompana, który stanął u jej lewego boku. – A to mój towarzysz, Merripen.
Rohan spojrzał na niego czujnie.
– W romani oznacza to zarówno „życie” jak i „śmierć”.
Takie było znaczenie nazwiska Merripen? Amelia ze zdumieniem popatrzyła na mężczyznę. Merripen wzruszył lekko ramionami, dając jej do zrozumienia, że to nieistotne. Odwróciła się z powrotem do Rohana.
– Chcielibyśmy zadać panu kilka pytań odnośnie...
– Nie lubię pytań.
– Szukam brata, lorda Ramsaya – kontynuowała Amelia uparcie – i desperacko potrzebuję informacji, które może pan posiadać na temat miejsca jego pobytu.
– Nie powiedziałbym pani, nawet gdybym wiedział. – Jego akcent był subtelną mieszaniną obcości i cockneya, z nutką klasy wyższej. Był to głos człowieka, który obracał się w towarzystwie nietypowego sortu ludzi.
– Zapewniam pana, że nie naraziłabym siebie, ani nikogo innego na żadne nieprzyjemności, gdyby nie była to absolutna konieczność. Mój brat nie wraca do domu już od trzech dni...
– To nie moje zmartwienie. – Rohan odwrócił się do drzwi.
– Ma ciągoty do złego towarzystwa...
– Co za pech.
– Może już być martwy.
– Nie mogę pani pomóc. Życzę powodzenia w dalszych poszukiwaniach. – Pchnął drzwi i wszedł do klubu.
Zatrzymał się, gdy Merripen przemówił do niego w romani. Odkąd zjawił się u Hathawayów, Amelia tylko kilka razy mogła usłyszeć, jak posługuje się tym sekretnym językiem znanym tylko Romom. Brzmiał pogańsko, najeżony spółgłoskami i przeciąganymi samogłoskami, ale była w nim też jakaś prymitywna muzykalność.
Rohan spojrzał na Merripena z uwagą, opierając się ramieniem o futrynę.
– Stary język – powiedział. – Całe lata minęły, odkąd go słyszałem. Kto jest starszym twojego plemienia?
– Ja nie mam plemienia.
Minęła długa chwila. Rohan wpatrywał się uparcie w nieprzeniknioną twarz Merripena, aż w końcu zmrużył swe orzechowe oczy.
– Chodźcie. Może się czegoś dowiem.
Bez zbędnych formalności zostali wprowadzeni do klubu. Rohan nakazał jednemu z pracowników, aby zaprowadził ich do prywatnego saloniku na piętrze. Amelia usłyszała szum rozmów i muzyki, dobiegający z oddali, oraz odgłosy kroków. Był to gwarny, męski ul, niedostępny dla kogoś takiego jak ona.
Pracownik, młody człowiek z akcentem ze wschodniego Londynu i doskonałymi manierami, zaprowadził ich do eleganckiego pomieszczenia i poprosił, aby zaczekali w nim do powrotu Rohana. Merripen podszedł do okna, wychodzącego na King Street.
Amelia zdumiała się na widok otaczającego ją dyskretnego luksusu: ręcznie tkanego dywanu w odcieniach błękitu i kremu, wyłożonych drewnianymi panelami ścian i obitych aksamitem mebli.
– Całkiem gustowne – stwierdziła, zdejmując kapelusz i odkładając go na niski, mahoniowy stolik. – Spodziewałam się czegoś bardziej... cóż, tandetnego.
– Jenner stoi o klasę wyżej od innych przybytków tego typu. Uchodzi za klub dla dżentelmenów, ale w rzeczywistości to największa jaskinia hazardu w Londynie.
Amelia podeszła do biblioteczki i z uwagą zaczęła studiować grzbiety książek.
– Dlaczego, twoim zdaniem, pan Rohan odmówił przyjęcia pieniędzy od lorda Selwaya?
Merripen rzucił jej sardoniczne spojrzenie.
– Wiesz przecież, co Romowie myślą o dobrach materialnych.
– Tak, wiem, że twój lud nie lubi być nimi obarczony. Ale z tego, co wiem, Romowie rzadko odmawiają kilku szylingów w zamian za swoje usługi.
– To coś więcej niż niechęć do obciążeń. Dla chala taka sytuacja...
– Co to jest chal?
– Określenie romskiego syna. Dla chala te eleganckie ubrania, pozostawanie pod jednym dachem przez tak długi czas, czerpanie takich korzyści finansowych to... wstyd. Hańba. To gwałt na jego naturze.
Był tak surowy i pewny siebie, że Amelia musiała nieco mu dokuczyć.
– A jaka jest twoja wymówka, Merripen? Pozostajesz pod dachem Hathawayów już bardzo, bardzo długo...
– To co innego. Przede wszystkim, nie ma z tego żadnych profitów.
Amelia wybuchnęła śmiechem.
– A poza tym... – głos Merripena złagodniał – zawdzięczam wam życie.
Amelia poczuła przypływ emocji, gdy spojrzała na jego nieugięty profil.
– Psujesz zabawę – odparła miękko. – Ja próbuję z ciebie kpić, a ty rujnujesz chwilę szczerością. Wiesz, że nie masz obowiązku z nami zostać, drogi przyjacielu. Spłaciłeś swój dług już po tysiąckroć.
Merripen natychmiast potrząsnął głową.
– Równie dobrze mógłbym zostawić gniazdo piskląt na pastwę lisa.
– Nie jesteśmy aż tak bezbronni – zaprotestowała. – Doskonale potrafię zatroszczyć się o rodzinę... Tak jak Leo. Kiedy jest trzeźwy.
– Czyli nigdy? – Jego obojętny ton przydał pytaniu jeszcze większy ładunek sarkazmu.
Amelia otworzyła usta, aby podjąć dyskusję, ale zaraz je zamknęła. Merripen miał rację. Przez ostatnie sześć miesięcy Leo trwał w permanentnym upojeniu alkoholowym. Przyłożyła rękę do talii, gdzie skumulowane troski ciążyły jej jak worek ołowiu. Biedny, nieszczęsny Leo. Była przerażona tym, że nic nie może dla niego zrobić. Nie można ocalić człowieka, który nie chce być ocalony. Co jednak nie oznacza, że ona przestanie próbować.
Zaczęła spacerować po pokoju, zbyt poruszona, aby siedzieć i spokojnie czekać. Leo gdzieś tam był i potrzebował pomocy. Nie wiadomo, jak długo Rohan będzie ich tu jeszcze trzymać.
– Rozejrzę się nieco – oznajmiła, podchodząc do drzwi. – Nie odejdę daleko. Zostań tu, Merripen, na wypadek, gdyby wrócił pan Rohan.
Usłyszała, jak Merripen mruczy coś pod nosem. Ignorując jej prośbę, poszedł za nią.
– Tak nie wypada – zawołał jeszcze.
Amelia nie zatrzymała się. Nie interesowała jej już stosowność jej zachowania.
– To moja jedyna szansa, aby zobaczyć od środka takie miejsce. Nie zamierzam jej przegapić.
Podążając za dźwiękiem głosów, odważyła się podejść do galerii, która obiegała ogromną, wspaniałą salę.
Tłumy elegancko odzianych mężczyzn tłoczyły się przy trzech wielkich stołach do hazardu, obserwując grę, podczas gdy krupierzy grabkami zbierali kości i pieniądze. Towarzyszyły im głośne rozmowy, krzyki, powietrze dosłownie drgało od emocji. Pracownicy niespiesznie przechadzali się po sali, roznosząc na tacach wino i jedzenie, albo świeże karty i żetony.
Ukryta częściowo za kolumną galerii, Amelia chciwie lustrowała tłum wzrokiem. Jej oczy zatrzymały się nagle na panu Rohanie, który przywdział w międzyczasie czarną marynarkę i fular. Był ubrany podobnie do innych członków klubu, ale wyróżniał się wśród nich niczym lis pomiędzy gołębiami.
Siedział, pochylając się nad masywnym, mahoniowym biurkiem w rogu sali, z którego najwyraźniej zarządzano bankiem rozgrywek. Chyba wydawał polecenia jednemu z pracowników. Gestykulował oszczędnie, ale w jego ruchach widać było szczególny talent, swobodną fizyczność, która przyciągała spojrzenia.
Nagle... nie wiadomo jak... dosięgła go świadomość intensywnego zainteresowania Amelii. Wyciągnął dłoń i potarł kark, a potem spojrzał prosto na nią. Tak jak w tamtej uliczce. Kobieta poczuła nagle w całym ciele obezwładniającą słabość, w nogach i rękach, stopach, a nawet kolanach. Na jej twarz wypłynął ognisty rumieniec. Zamarła w poczuciu winy i zaskoczenia, czerwona na buzi jak dziecko, aż w końcu doszła do siebie na tyle, aby skryć się z powrotem za kolumną.
– Co się stało? – dobiegł ją głos Merripena.
– Pan Rohan chyba mnie zauważył. – Wyrwał się jej drżący śmiech. – O, Boże. Mam nadzieję, że go nie rozgniewałam. Lepiej wróćmy do salonu.
Po raz ostatni ośmieliła się wychylić z ukrycia, aby objąć salę wzrokiem, ale Rohana już nie było.Rozdział 2
Cam odepchnął się od mahoniowego biurka i opuścił salę gier. Jak zwykle nie mógł odejść niezatrzymywany raz czy dwa... Jeden z agentów szepnął mu do ucha, że lord taki-to-a-taki życzy sobie podniesienia limitu kredytowego. Lokaj pytał, czy należy już uzupełnić stół z przekąskami w jednym z pokojów karcianych. Cam odpowiadał na ich pytania nieobecnie, bo jego myśli okupowała kobieta, czekająca na niego na górze.
Rutynowy wieczór przybierał dość nieoczekiwany obrót. Od dawna już żadna kobieta nie wzbudziła w nim zainteresowania w takim stopniu jak Amelia Hathaway. Gdy tylko zobaczył ją w alejce – jej zarumienione, pełne policzki, zmysłową figurę, ukrytą pod skromną suknią – natychmiast jej zapragnął. Nie miał pojęcia, dlaczego, skoro była ucieleśnieniem wszystkiego, co go tak irytowało w Angielkach.
Na pierwszy rzut oka było widać, że panna Hathaway nosi w sobie niezachwianą pewność, że jest zdolna organizować i zarządzać wszystkim wokół niej. Na widok takich kobiet Cam umykał zazwyczaj w przeciwnym kierunku. Gdy jednak spojrzał w jej śliczne, błękitne oczy i zobaczył tę małą, pełną determinację zmarszczkę pomiędzy brwiami, poczuł grzeszną potrzebę pochwycenia jej, porwania dokądś i zrobienia czegoś niecywilizowanego. Barbarzyńskiego nawet.
Rzecz jasna, niecywilizowane potrzeby w jego przypadku czaiły się tuż pod maską dobrego wychowania, czekając tylko na właściwy moment, aby się uwolnić. A w ciągu ostatniego roku Cam miał coraz więcej trudności z utemperowaniem ich. Stał się wyjątkowo zapalczywy, niecierpliwy, łatwy do sprowokowania. Rzeczy, które kiedyś dawały mu przyjemność przestały go satysfakcjonować. A najgorsze było to, że swoje seksualne potrzeby zaspokajał z takim samym brakiem entuzjazmu, z jakim ostatnio żył.
Znalezienie odpowiedniego damskiego towarzystwa nigdy nie było problemem – Cam odnajdywał spełnienie w ramionach wielu chętnych kobiet i odpłacał im za ich usługi tak długo, aż mruczały z rozkoszy. Nie było w tym jednak prawdziwych emocji. Żadnego podniecenia, ognia, nic poza poczuciem, że zadbał o podstawowe funkcje swojego organizmu, takie jak sen czy jedzenie. Cam był tak zaniepokojony, że w końcu zdecydował się porozmawiać na ten temat ze swoim przełożonym, lordem St. Vincentem.
Niegdyś zagorzały kobieciarz, dziś wyjątkowo oddany mąż, St. Vincent wiedział o tych sprawach więcej, niż jakikolwiek inny żyjący człowiek. Gdy Cam zapytał go ponuro, czy fakt, że potrzeby fizyczne mniej go ostatnio trapią, należy wiązać ze zbliżającymi się trzydziestymi urodzinami, St. Vincent zakrztusił się swoim drinkiem.
– Dobry Boże, nie – odparł wicehrabia, kasłając lekko, gdy haust brandy rozpalił mu przełyk. Był wczesny ranek, a oni przeglądali księgi rachunkowe w biurze zarządcy klubu.
St. Vincent był przystojnym dżentelmenem z włosami koloru pszenicy i bladoniebieskimi oczami. Niektórzy głośno twierdzili, że miał rysy i sylwetkę najdoskonalszego mężczyzny, jaki kiedykolwiek chodził po świecie. Wygląd anioła, dusza łajdaka.
– Jeśli mogę spytać, jakie kobiety goszczą w twoim łóżku?
– Co masz na myśli? – zapytał Cam z rezerwą.
– Piękne, czy nieładne?
– Chyba piękne.
– I na tym polega problem – powiedział St. Vincent tonem, który rezerwował do komunikowania oczywistości. – Nieładne dostarczają znacznie więcej przyjemności. Wdzięczność to najsilniejszy afrodyzjak.
– Ty jednak poślubiłeś kobietę piękną.
Na usta St. Vincenta wypłynął leniwy uśmiech.
– Żony to zupełnie odmienna kategoria. Wymagają ogromnych nakładów, ale wysiłki zawsze zostają wynagrodzone. Zdecydowanie polecam żony. Zwłaszcza własne.
Cam spojrzał na swojego pracodawcę z irytacją, przypominając sobie, że poważne rozmowy z St. Vincentem często utrudniało szczególne upodobanie wicehrabiego do przekształcania ich w słowne kalambury.
– Jeśli dobrze rozumiem, milordzie – stwierdził szorstko – pana receptą na brak pożądania jest uwodzenie nieatrakcyjnych kobiet?
St. Vincent podniósł srebrną obsadkę, a następnie zręcznie dopasował stalówkę i całość precyzyjnie zanurzył w buteleczce z atramentem.
– Rohan, robię, co w mojej mocy, aby zrozumieć twój problem. Jednak nigdy nie doświadczyłem braku pożądania. Musiałbym leżeć na łożu śmierci, żeby przestać pragnąć... Nie, nieważne, byłem na łożu śmierci w nieodległej przeszłości i nawet wtedy miałem grzeszne myśli o swojej żonie.
– Moje gratulacje – mruknął Cam, porzucając nadzieję, że zdoła uzyskać od tego człowieka jakąkolwiek szczerą odpowiedź. – Wróćmy do ksiąg. Są ważniejsze kwestie do roztrząsania niż seksualne możliwości.
St. Vincent wykreślił liczbę i odłożył pióro.
– Nie, nalegam jednak na rozmowę o seksualnych możliwościach. To znacznie zabawniejsze niż praca. – Opadł na fotel w zwodniczej aurze rozleniwienia. – Rohan, jesteś człowiekiem dyskretnym, ale trudno nie zauważyć, jak gorliwe budzisz zainteresowanie. Najwyraźniej stanowisz pokusę nie do odparcia dla londyńskich dam. I wygląda na to, że korzystasz w pełni z tego, co ci oferują.
Cam spojrzał na niego bez wyrazu.
– Wybacz, milordzie, ale czy ten wywód do czegoś prowadzi?
St. Vincent oparł się wygodnie, złączył palce i popatrzył na Cama.
– Nie miałeś podobnych problemów w przeszłości, mogę więc tylko założyć, że, jak to często bywa z apetytem, twój został już zaspokojony z nawiązką, pozostawiając przesyt jednakowością. Pomóc może tylko jakaś nowość.
Rozważając to stwierdzenie, któremu nie można było odmówić sensu, Cam zastanawiał się, czy notoryczny niegdyś hulaka odczuwał kiedykolwiek pokusę, aby zbłądzić. Cam znał jego żonę, Evie, od dzieciństwa, kiedy to przychodziła od czasu do czasu odwiedzić w klubie owdowiałego ojca, i czuł wobec niej opiekuńczość podobną do tej, którą mógłby odczuwać wobec młodszej siostry. Nikt nigdy nie połączyłby w myślach łagodnej Evie z tym libertynem. I nikt nie był chyba bardziej zaskoczony niż sam St. Vincent, kiedy ich małżeństwo z rozsądku ewoluowało w związek oparty na namiętności i prawdziwej miłości.
– A życie małżeńskie? – zapytał Cam łagodnie. – Czy ono także prowadzi do przesytu jednakowością?
Wyraz twarzy St. Vincenta zmienił się nagle. Na myśl o żonie w jego przejrzyście niebieskich oczach błysnęło ciepło.
– Na podstawie własnych doświadczeń stwierdzam, że nigdy nie ma się dość odpowiedniej kobiety. Z rozkoszą powitałbym taki przesyt, ale wątpię, aby było to możliwe w życiu doczesnym. – Zamknął księgi zdecydowanym ruchem i wstał. – Jeśli mi wybaczysz, Rohan, życzę ci udanego wieczoru.
– A księgi?
– Pozostawiam je w twoich niezwykle kompetentnych rękach. – Gdy Cam jęknął, St. Vincent tylko niewinnie wzruszył ramionami. – Rohan, jeden z nas jest człowiekiem nieżonatym, o wybitnych matematycznych uzdolnieniach i bez planów na wieczór. Drugi jest nawróconym lubieżnikiem w miłosnym nastroju, a w domu czeka na niego chętna młoda żona. Kto, twoim zdaniem, powinien więc zająć się tymi cholernymi rachunkami? – Żegnając się nonszalancko, St. Vincent opuścił biuro.
„Nowość” – to była jego rekomendacja. Cóż, to słowo zdecydowanie znajdowało odniesienie w stosunku do panny Hathaway. Dotychczas Cam preferował kobiety doświadczone, które traktowały uwodzenie jak grę i doskonale wiedziały, że nie należy mieszać przyjemności z uczuciami. Nigdy nie podejmował się roli nauczyciela niewinnych. W zasadzie perspektywa pozbawienia damy dziewictwa była raczej odstręczająca. Dla niej nic, tylko ból, a potem przerażające konsekwencje w postaci łez i żalów. Wzdrygnął się na samą myśl. Nie, nie będzie pogoni za nowością w przypadku panny Hathaway.
Przyspieszając kroku, Cam wszedł po schodach do pokoju, gdzie czekała kobieta i ciemnolicy chal. Merripen to dosyć powszechne imię wśród Cyganów, ten człowiek jednak był niezwykły. Wyglądało na to, że jest służącym tej kobiety – dziwaczna i wstrętna okoliczność dla kochającego wolność Roma.
Mieli więc ze sobą coś wspólnego. Obaj pracowali dla gadziów, zamiast włóczyć się po ziemi swobodnie, jak Bóg przykazał.
Romowie nie pasowali do wnętrz, w których ograniczały ich ściany. Nie żyli w klatkach z pokojów i domów, odcięci od nieba i wiatru, słońca i gwiazd. Nie oddychali stęchłym powietrzem, przesyconym zapachami z kuchni i pastą do podłóg. Po raz pierwszy od lat Cam poczuł przypływ paniki. Zwalczył go i skupił się na swoim zadaniu – pozbyć się tej osobliwej pary ze swojego salonu.
Pociągnął za kołnierzyk, aby nieco rozluźnić jego ucisk, pchnął uchylone drzwi i wszedł do pokoju.
Panna Hathaway stała niedaleko progu, czekając na niego z kiepsko maskowaną niecierpliwością, a Merripen nadal krył się w kącie. Gdy Cam podszedł do niej i spojrzał w jej uniesioną wysoko twarz, fala paniki zamieniła się w intrygujący przypływ ciepła. Pod jej niebieskimi oczami rysowały się blade, lawendowe cienie. Jej miękkie wargi zacisnęły się w wąską kreskę. Ciemne, lśniące włosy zaczesała do tyłu i upięła ciasno spinkami.
Ściągnięte surowo włosy i skromna, krępująca suknia narzucały obraz kobiety pełnej zahamowań. Typowa stara panna. Nic jednak nie mogło ukryć promieniującej z niej silnej woli. Była… smakowita. Chciał ją rozpakować jak podarek, na który czekał zbyt długo. Pragnął jej bezwolnej i nagiej pod sobą, tych delikatnych warg, spuchniętych od jego twardych, głębokich pocałunków, jej jasnej skóry rozpalonej namiętnością. Zdumiony wrażeniem, jakie na nim wywarła, zmusił się do zachowania obojętnej miny, gdy zaczął się jej przyglądać.
– Cóż? – zażądała sprawozdania Amelia, zupełnie nieświadoma, dokąd powędrowały jego myśli. Gdyby wiedziała, z pewnością z krzykiem wybiegłaby z pokoju. – Dowiedział się pan czegoś na temat miejsca pobytu mojego brata?
– Owszem.
– I?
– Lord Ramsay odwiedził nas wczesnym wieczorem, przegrał trochę pieniędzy przy stolikach...
– Dzięki Bogu, żyje! – zawołała Amelia.
– ...i najwyraźniej postanowił pocieszyć się wizytą w pobliskim burdelu.
– Burdelu? – Amelia rzuciła Merripenowi zrozpaczone spojrzenie. – Przysięgam, Merripen, ten łajdak zginie dzisiaj z mojej ręki. – Spojrzała na Cama. – Ile przegrał?
– Około pięciuset funtów.
Śliczne, niebieskie oczy rozszerzyły się z gniewu.
– Będzie umierał bardzo powoli. Który burdel?
– Bradshaw.
Amelia sięgnęła po kapelusz.
– Chodźmy, Merripen. Musimy go stamtąd zabrać.
– Nie – padło z ust obu mężczyzn jednocześnie.
– Chcę osobiście się przekonać, czy nic mu nie jest – oznajmiła Amelia spokojnie.
– Wątpię.
Amelia rzuciła Merripenowi lodowate spojrzenie.
– Nie wracam do domu bez Leo.
Na poły rozbawiony i zaniepokojony siłą jej woli, Cam zwrócił się do Merripena:
– Czy mam do czynienia z uporem, głupotą, czy jakąś kombinacją obu tych cech?
Amelia udzieliła odpowiedzi, zanim Merripen zdołał otworzyć usta.
– Z mojej strony z uporem. Głupota pozostaje nieodłącznym atrybutem mojego brata. – Poprawiła kapelusz i zawiązała wstążki pod brodą.
Wiśniowe wstążki, stwierdził zdumiony Cam. Ten frywolny, czerwony akcent był jedyną osobliwością jej stonowanego ubioru. Nieznajoma z każdą chwilą fascynowała go coraz bardziej.
– Nie wejdziecie do Bradshawa. Wyjąwszy względy bezpieczeństwa i moralność, nawet nie wiecie, gdzie to, do diabła, jest.
Amelia nawet się nie skrzywiła, słysząc przekleństwo.
– Zakładam, że spora część gości krąży pomiędzy pana klubem a domem Bradshawa. Powiedział pan, że to niedaleko, co oznacza, że muszę tylko podążyć za falą pieszych w tamtym kierunku. Do widzenia, panie Rohan. Naprawdę doceniam pańską pomoc.
Cam stanął jej na drodze.
– Tylko zrobi pani z siebie idiotkę, panno Hathaway. Nie przejdzie pani nawet przez drzwi frontowe. Burdel taki jak Bradshaw nie wpuszcza obcych z ulicy.
– To, jak wydostanę stamtąd brata, to już nie pańskie zmartwienie.
Miała rację. To nie było jego zmartwienie. Ale Cam od dawna nie bawił się tak dobrze. Żadne zmysłowe rozkosze, utalentowane kurtyzany, nawet pokój pełen nagich kobiet nie zaintrygowałby go w połowie tak bardzo, jak panna Amelia Hathaway i jej czerwone wstążki.
– Jadę z wami – powiedział.
Zmarszczyła brwi.
– Nie, dziękuję.
– Nalegam.
– Nie potrzebuję już pańskich usług, panie Rohan.
Camowi przyszła do głowy cała masa usług, których wyraźnie potrzebowała i które z przyjemnością sam by jej zapewnił.
– Najwyraźniej będzie z pożytkiem dla wszystkich, jeśli wydostaniecie stamtąd Ramsaya i opuścicie Londyn najszybciej, jak to możliwe. Od teraz uważam przyspieszenie waszego odjazdu za swój obywatelski obowiązek.