Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wyjdź za mnie. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 września 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Wyjdź za mnie. Tom 1 - ebook

Londyn. Jesień 1848 roku. Niespodziewany spadek wynosi rodzinę Hathawayów do rangi arystokracji i wywraca ich życie do góry nogami. Amelia, przywykła do opieki nad trzema młodszymi siostrami i niesfornym bratem, szybko odkrywa, że nawet jej zaradność nie wystarczy, by odnaleźć się w świecie pełnym konwenansów i niezrozumiałych zasad.

Cam Rohan, oszałamiająco bogaty zarządca najlepszego londyńskiego domu gry, coraz dotkliwiej odczuwa ciężar życia wśród wyższych sfer. Rozdarty między luksusem a tęsknotą za wolnością i romskimi korzeniami, nie zamierza wiązać swojej przyszłości z żadną kobietą.

Kiedy Amelia zmuszona jest poprosić go o pomoc, Cam zgadza się bez wahania, przekonany, że niczym nie ryzykuje. Do czasu, aż każde kolejne spotkanie zaczyna rozpalać pożądanie, któremu coraz trudniej się oprzeć.

Ona nie potrzebuje męża. On ponad wszystko ceni wolność. A jednak czasem największym ryzykiem okazuje się właśnie miłość.

„Wyjdź za mnie” to pierwszy tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze zamierza podporządkować się zasadom.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789181536997
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roz­dział 1

Lon­dyn
Je­sień 1848 roku

Zna­le­zie­nie jed­nego czło­wieka w mie­ście za­miesz­ki­wa­nym przez dwa mi­liony osób było przed­się­wzię­ciem nie­wąt­pli­wie am­bit­nym. Po­ma­gał nieco fakt, że za­cho­wa­nie tego czło­wieka było do­syć prze­wi­dy­walne – za­zwy­czaj prze­by­wał w ta­wer­nie przy szkla­neczce dżinu.

„Leo, gdzie je­steś?”, za­sta­na­wiała się z de­spe­ra­cją panna Ame­lia Ha­tha­way, gdy koła po­wozu za­tur­ko­tały na wy­bru­ko­wa­nej ulicy. Biedny, sza­lony, nie­szczę­śliwy Leo. Nie­któ­rzy lu­dzie, sta­jąc twa­rzą w twarz z nie­wdzięcz­nymi sy­tu­acjami, po pro­stu się... za­ła­my­wali. Tak się miała rzecz w przy­padku jej nie­gdyś cza­ru­ją­cego i god­nego za­ufa­nia brata. Jego obecny stan du­cha nie po­zo­sta­wiał żad­nej na­dziei.

– Znaj­dziemy go – oznaj­miła Ame­lia ze sta­now­czo­ścią, któ­rej w ogóle nie od­czu­wała. Spoj­rzała na Cy­gana, który sie­dział na­prze­ciwko niej. Jak zwy­kle, twarz Mer­ri­pena nie wy­ra­żała żad­nych emo­cji.

Pa­trząc na niego, z ła­two­ścią można było za­ło­żyć, że w ogóle ich nie od­czuwa. Był tak za­mknięty w so­bie, że choć od pięt­na­stu lat miesz­kał z ro­dziną Ha­tha­wayów, na­dal nie zdra­dził im swo­jego imie­nia. Zwra­cali się do niego „Mer­ri­pen”, od­kąd zna­leźli go ska­to­wa­nego do nie­przy­tom­no­ści na brzegu stru­mie­nia, który prze­pły­wał przez ich po­sia­dłość.

Gdy Mer­ri­pen się ock­nął, oto­czony ze wszyst­kich stron przez Ha­tha­wayów, za­re­ago­wał bru­tal­nie. Mu­sieli ze­brać wszyst­kie siły, aby za­trzy­mać go w łóżku i wy­tłu­ma­czyć mu, że je­śli nie chce, aby jego rany się otwo­rzyły, musi le­żeć nie­ru­chomo. Oj­ciec Ame­lii był prze­ko­nany, że chło­piec oca­lał z ob­ławy na Cy­ga­nów, bru­tal­nej roz­rywki miej­sco­wych wła­ści­cieli ziem­skich, któ­rzy, uzbro­jeni w broń palną i pałki, konno na­jeż­dżali rom­skie obo­zo­wi­ska.

– Zo­sta­wili go tu na pewną śmierć – stwier­dził po­nuro pan Ha­tha­way. Jako na­uko­wiec i dżen­tel­men o po­stę­po­wych po­glą­dach po­tę­piał prze­moc w każ­dym jej prze­ja­wie. – Oba­wiam się, że nie uda nam się skon­tak­to­wać z jego ple­mie­niem. Za­pewne już dawno stąd ode­szli.

– Mo­żemy go za­trzy­mać, ta­tu­siu? – za­wo­łała nie­cier­pli­wie Poppy, młod­sza sio­stra Ame­lii, bio­rąc dzi­kiego chłopca (który ob­na­żył zęby, jak uwię­ziony ro­so­mak) za naj­now­szą, do­star­cza­jącą roz­rywki ma­skotkę.

Pan Ha­tha­way uśmiech­nął się tylko w od­po­wie­dzi.

– Może zo­stać tak długo, jak bę­dzie chciał. Ale nie za­bawi u nas dłu­żej niż ty­dzień. Cy­ga­nie, czy Ro­mo­wie, jak sami sie­bie na­zy­wają, to lud ko­czow­ni­czy. Nie po­zo­stają długo pod jed­nym da­chem. Czują się wtedy uwię­zieni.

Mer­ri­pen jed­nak zo­stał. Drobny, szczu­pły chło­pak dzięki wła­ści­wej opiece i re­gu­lar­nym po­sił­kom wy­rósł w nie­po­ko­jąco krót­kim cza­sie na krzep­kiego i po­tęż­nie zbu­do­wa­nego męż­czy­znę. Trudno było okre­ślić, kim wła­ści­wie był Mer­ri­pen dla Ha­tha­wayów: człon­kiem ro­dziny czy słu­żą­cym. Wy­peł­niał dla nich różne za­da­nia – był i woź­nicą, i złotą rączką – ale za­sia­dał do ro­dzin­nych po­sił­ków, gdy tylko wy­ra­ził taką chęć i zaj­mo­wał sy­pial­nię w głów­nej czę­ści domu.

Gdy Leo za­gi­nął, na­ra­ża­jąc się praw­do­po­dob­nie na nie­bez­pie­czeń­stwo, nie było wąt­pli­wo­ści, że Mer­ri­pen po­może go od­na­leźć.

Nie wy­pa­dało, aby Ame­lia udała się w po­dróż bez przy­zwo­itki z męż­czy­zną po­kroju Mer­ri­pena, lecz w wieku dwu­dzie­stu sze­ściu lat młoda dama była zda­nia, że jest już na tyle doj­rzała, aby się bez niej oby­wać.

– Za­czniemy od wy­eli­mi­no­wa­nia miejsc, do któ­rych Leo na pewno by się nie udał – po­wie­działa. – Ko­ścioły, mu­zea, ośrodki edu­ka­cyjne i przy­zwo­ite domy są na­tu­ral­nie wy­klu­czone.

– To na­dal zo­sta­wia nam więk­szość mia­sta – mruk­nął Mer­ri­pen.

Męż­czy­zna nie da­rzył Lon­dynu wielką sym­pa­tią. Jego zda­niem, tak zwane cy­wi­li­zo­wane spo­łe­czeń­stwo było zde­cy­do­wa­nie bar­dziej bar­ba­rzyń­skie niż co­kol­wiek, na co można by się na­tknąć w na­tu­rze. Gdyby dano mu wy­bór po­mię­dzy spę­dze­niem go­dziny w za­gro­dzie z dzi­kami a go­dziny w sa­lo­nie z lon­dyń­skim to­wa­rzy­stwem, bez wa­ha­nia wy­brałby dziki.

– Po­win­ni­śmy chyba za­cząć od ta­wern – kon­ty­nu­owała Ame­lia.

Mer­ri­pen spoj­rzał na nią po­nuro.

– Wiesz, ile jest ta­wern w Lon­dy­nie?

– Nie, ale je­stem prze­ko­nana, że się do­wiem, za­nim ta noc do­bie­gnie końca.

– Nie za­czniemy od ta­wern. Po­je­dziemy tam, gdzie Leo może się wpa­ko­wać w naj­więk­sze kło­poty.

– Czyli?

– Do Jen­nera.

Jen­ner był to nie­sławny dom gry, do któ­rego cho­dzili dżen­tel­meni, aby za­cho­wy­wać się w moż­li­wie naj­bar­dziej nie­dżen­tel­meń­ski spo­sób. Klub zo­stał za­ło­żony przez by­łego bok­sera, Ivo Jen­nera, a po jego śmierci prze­szedł w ręce jego zię­cia, lorda St. Vin­centa. Nie­warta zła­ma­nego pensa re­pu­ta­cja St. Vin­centa tylko do­da­wała temu przy­byt­kowi uroku.

Człon­ko­stwo u Jen­nera kosz­to­wało for­tunę. Oczy­wi­ście Leo uparł się, aby je wy­ku­pić, gdy tylko trzy mie­siące temu odzie­dzi­czył ty­tuł.

– Je­śli za­mie­rzasz za­pić się na śmierć – oznaj­miła spo­koj­nie Ame­lia – mo­żesz to uczy­nić w miej­scu bar­dziej dla nas przy­stęp­nym.

– Je­stem te­raz wi­ceh­ra­bią – od­parł Leo non­sza­lancko. – Mu­szę to zro­bić w od­po­wied­nim stylu, bo ina­czej, co lu­dzie po­wie­dzą?

– Po­wie­dzą, że by­łeś głup­cem i nic­po­niem, i że le­piej by się stało, gdyby ty­tuł przy­padł mał­pie.

Ri­po­sta wy­wo­łała uśmiech na twa­rzy jej przy­stoj­nego brata.

– Je­stem prze­ko­nany, że to po­rów­na­nie nie po­chle­bia mał­piemu ga­tun­kowi.

Czu­jąc dresz­cze, wy­wo­łane przez ro­snącą obawę, Ame­lia przy­ci­snęła osło­nięte rę­ka­wiczką palce do obo­la­łego czoła. Nie pierw­szy raz Leo zni­kał, ale jesz­cze ni­gdy nie znik­nął na tak długo.

– Ni­gdy nie by­łam w klu­bie dla dżen­tel­me­nów. Bę­dzie to dla mnie nowe do­świad­cze­nie.

– Nie wpusz­czą cię do środka. Je­steś damą. A na­wet gdyby cię wpu­ścili, ja nie po­zwolę ci wejść.

Ame­lia opu­ściła dłoń i spoj­rzała na Mer­ri­pena ze zdu­mie­niem. Rzadko jej cze­go­kol­wiek za­bra­niał. W za­sa­dzie był to chyba pierw­szy raz. Po­czuła iry­ta­cję. Ży­cie jej brata było za­gro­żone, nie miała więc za­miaru wy­kłó­cać się o to­wa­rzy­skie niu­anse. Poza tym, była na­prawdę cie­kawa, jak wy­gląda azyl uprzy­wi­le­jo­wa­nych męż­czyzn. Była ska­zana na po­zo­sta­nie starą panną, może więc chyba za­kosz­to­wać odro­biny wol­no­ści, która się z tym fak­tem wią­zała.

– Cie­bie też nie wpusz­czą – wy­tknęła swemu to­wa­rzy­szowi. – Je­steś Ro­mem.

– Tak się aku­rat składa, że za­rządca klubu rów­nież.

To było nie­zwy­kłe. Nad­zwy­czajne na­wet. Cy­ga­nie cie­szyli się po­wszechną opi­nią zło­dziei i oszu­stów. Fakt, że jed­nemu z nich po­wie­rzono nie tylko ra­chunki i go­tówkę, ale także roz­pa­try­wa­nie spo­rów przy sto­li­kach do gry, był zdu­mie­wa­jący.

– Musi to być nie­zwy­kły czło­wiek, skoro zdo­był taką po­zy­cję – po­wie­działa Ame­lia. – Do­brze więc, po­zwolę ci to­wa­rzy­szyć mi do Jen­nera. Moż­liwe, że twoja obec­ność na­kłoni go do więk­szej otwar­to­ści.

– Dzię­kuję. – Głos Mer­ri­pena był tak szorstki, że można by za­pa­lić od niego za­pałkę.

Ame­lia mil­czała prze­zor­nie, gdy po­ko­ny­wali za­kry­tym po­wo­zem naj­więk­sze sku­pi­sko atrak­cji, skle­pów i te­atrów w mie­ście. Kiep­sko re­so­ro­wany po­jazd pod­ska­ki­wał bez opa­mię­ta­nia na za­tło­czo­nych uli­cach, mi­ja­jąc uro­cze kwar­tały, wy­zna­czane przez ko­lum­nady do­mów, schlud­nie przy­cięte ży­wo­płoty i geo­r­giań­skie fa­sady. W miarę, jak oko­lica sta­wała się co­raz za­moż­niej­sza, ce­gła ustę­po­wała stiu­kom, za­stę­po­wa­nym z ko­lei przez ka­mień.

Kra­jo­braz West Endu sta­no­wił dla Ame­lii cał­ko­wite no­vum. Ich mała wio­ska znaj­do­wała się dość bli­sko Lon­dynu, ale Ha­tha­way­owie rzadko go­ścili w mie­ście, a już na pewno nie w tej oko­licy. Na­wet te­raz, bio­rąc pod uwagę nie­ocze­ki­wany spa­dek, nie na wiele było ich stać.

Spo­glą­da­jąc na Mer­ri­pena, Ame­lia za­sta­na­wiała się, jak to moż­liwe, że wy­daje się do­sko­nale wie­dzieć, do­kąd zmie­rza, skoro mia­sto było dla niego rów­nie obce, jak dla niej. Mer­ri­pen po­tra­fił jed­nak in­stynk­tow­nie od­na­leźć drogę w każ­dej sy­tu­acji.

Skrę­cili w King Street, roz­świe­tloną pło­mie­niami ga­zo­wych la­tarni. Ulica była ha­ła­śliwa i za­tło­czona po­jaz­dami i gru­pami pie­szych, szu­ka­ją­cych wie­czor­nej roz­rywki. Niebo ja­śniało mroczną czer­wie­nią, która z tru­dem prze­bi­jała się przez opary wę­glo­wego dymu. Szczyty wy­so­kich bu­dyn­ków ła­mały li­nię ho­ry­zontu, wy­sta­jąc po­nad nią ni­czym zęby cza­row­nicy.

Mer­ri­pen skie­ro­wał ko­nie w wą­ską alejkę za ma­sywną bu­do­wlą z ka­mienną fa­sadą. Jen­ner. Ame­lia po­czuła ści­ska­nie w żo­łądku. Nie na­le­żało prze­cież ocze­ki­wać, że znajdą Leo bez­piecz­nego w pierw­szym miej­scu, do któ­rego się udali.

– Mer­ri­pen? – Jej głos był na­pięty.

– Tak.

– Po­win­nam cię uprze­dzić, że je­śli mój brat nie zdo­łał jesz­cze po­peł­nić sa­mo­bój­stwa, pla­nuję za­strze­lić go oso­bi­ście, gdy tylko go znaj­dziemy.

– Po­dam ci pi­sto­let.

Ame­lia uśmiech­nęła się i po­pra­wiła ka­pe­lusz.

– Chodźmy więc. I pa­mię­taj, ja będę mó­wić.

Ulicę wy­peł­niał nie­zno­śny odór wiel­kiego mia­sta, woń zwie­rząt, nie­czy­sto­ści i wę­glo­wego dymu. Od dawna już nie pa­dało, brud ku­mu­lo­wał się więc na uli­cach i w od­pły­wach. Ame­lia ze­sko­czyła ze stop­nia po­wozu pro­sto na pisz­czące szczury, prze­bie­ga­jące wzdłuż ściany bu­dynku.

Gdy Mer­ri­pen od­da­wał lejce sta­jen­nemu, Ame­lia spoj­rzała na ko­niec ulicy.

Para ulicz­ni­ków ku­liła się przy nie­wiel­kim ogni­sku, pie­kąc coś na pa­ty­kach. Ame­lia nie chciała na­wet do­my­ślać się po­cho­dze­nia pod­grze­wa­nego je­dze­nia. Jej uwagę przy­kuła grupa osób, trzech męż­czyzn i ko­bieta, którą oświe­tlał mi­go­czący pło­mień. Dwóch męż­czyzn naj­wy­raź­niej wdało się w bi­ja­tykę. Byli jed­nak tak pi­jani, że ich po­tyczka wy­glą­dała jak ta­niec niedź­wie­dzi. Suk­nia ko­biety miała krzy­kliwy ko­lor, a jej sta­nik roz­chy­lał się, uka­zu­jąc wzgórki pulch­nych piersi. Naj­wy­raź­niej ba­wił ją fakt, że dwaj dżen­tel­meni wal­czą o jej względy, a trzeci pró­buje ich roz­dzie­lić.

– Wy­star­czy, ko­gu­ciki – krzyk­nęła na­gle z cock­ney­ow­skim ak­cen­tem. – Z chę­cią przyjmę was obu, nie ma sensu się bić!

– Nie pod­chodź – mruk­nął Mer­ri­pen.

Uda­jąc, że nie sły­szy, Ame­lia przy­su­nęła się, aby le­piej wi­dzieć. To nie bójka ją in­try­go­wała. Na­wet w ich wio­sce, ma­łym, spo­koj­nym Prim­rose Place roz­wią­zy­wano kon­flikty pię­ściami. Wszy­scy męż­czyźni, nie­za­leż­nie od stanu, od czasu do czasu ule­gali ni­skim in­stynk­tom. Jej uwagę przy­cią­gnął trzeci czło­wiek, po­ten­cjalny ar­bi­ter, który sko­czył po­mię­dzy pi­ja­nych głup­ców, aby prze­mó­wić im do roz­sądku.

Był ubrany jak dżen­tel­men, ale było ja­sne, że dżen­tel­me­nem nie jest. Miał czarne włosy i sma­głą twarz o eg­zo­tycz­nych ry­sach. Po­ru­szał się z gra­cją zwin­nego kota, z ła­two­ścią uni­ka­jąc cio­sów swo­ich opo­nen­tów.

– Pa­no­wie – po­wie­dział po­ko­jo­wym to­nem, zu­peł­nie nie­wzru­szony tym, że przed­ra­mie­niem mu­siał za­blo­ko­wać ude­rze­nie ciężką pię­ścią. – Oba­wiam się, że mu­si­cie na­tych­miast z tym skoń­czyć, w prze­ciw­nym ra­zie będę zo­bli­go­wany do... – prze­rwał i uchy­lił się, gdy sto­jący za nim męż­czy­zna ru­szył do bójki.

Pro­sty­tutka za­re­cho­tała na ten wi­dok.

– Uwzięli się dziś na cie­bie, Ro­han – za­wo­łała.

Rzu­ca­jąc się znów w wir walki, Ro­han pod­jął ko­lejną próbę prze­rwa­nia jej.

– Pa­no­wie, na pewno wie­cie... – uchy­lił się przed szyb­kim cio­sem pię­ścią – ...że prze­moc... – za­blo­ko­wał prawy sier­powy – ni­gdy ni­czego nie roz­wią­zała.

– Chrzań się! – krzyk­nął je­den z wal­czą­cych, rzu­ca­jąc się z głową do przodu jak obłą­kany ko­zioł.

Ro­han zro­bił krok w bok i po­zwo­lił mu sta­ra­no­wać ścianę. Ata­ku­jący ru­nął z ję­kiem na zie­mię, na któ­rej już po­zo­stał, z tru­dem ła­piąc po­wie­trze.

Re­ak­cja jego prze­ciw­nika była co naj­mniej nie­wdzięczna. Za­miast po­dzię­ko­wać ciem­no­wło­semu za prze­rwa­nie walki, męż­czy­zna wark­nął:

– Prze­klęty Ro­han. Po co się wtrą­casz?! Stłukł­bym go na kwa­śne jabłko! – Po czym rzu­cił się do przodu, młó­cąc po­wie­trze pię­ściami jak młyn.

Ro­han umknął przed cio­sem z le­wej i zgrab­nie po­wa­lił agre­sora na zie­mię. Sta­nął nad le­żącą na brzu­chu po­sta­cią i otarł czoło rę­ka­wem.

– Ma­cie do­syć? – za­py­tał uprzej­mym to­nem. – Tak? To do­brze. Pro­szę po­zwo­lić mi so­bie po­móc wstać, mi­lor­dzie. – Ro­han po­sta­wił męż­czy­znę na nogi i od­wró­cił się do drzwi, w któ­rych cze­kał już je­den z pra­cow­ni­ków klubu. – Daw­son, ode­skor­tuj lorda La­ti­mera do jego po­wozu, który czeka od frontu. Ja zajmę się lor­dem Sel­wayem.

– Nie ma ta­kiej po­trzeby – oznaj­mił ary­sto­krata, z tru­dem utrzy­mu­jąc się na no­gach. – Sam mogę wró­cić do mo­jego cho­ler­nego po­wozu. – Po­pra­wił ubra­nie na swo­jej nie­zgrab­nej syl­we­tce i rzu­cił ciem­no­wło­semu męż­czyź­nie za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nie. – Ro­han, mu­szę cię o coś pro­sić.

– Tak, mi­lor­dzie?

– Je­śli ta plotka się ro­zej­dzie, je­śli lady Sel­way do­wie się, że wal­czy­łem na pię­ści o względy ko­biety upa­dłej... moje ży­cie nie bę­dzie warte funta kła­ków.

– Ni­gdy się nie do­wie, mi­lor­dzie – za­pew­nił Ro­han.

– Ona wie wszystko – od­parł Sel­way. – Sprzy­mie­rzyła się z sa­mym dia­błem. Gdyby kie­dy­kol­wiek ktoś za­py­tał cię o to drobne nie­po­ro­zu­mie­nie…

– Po­wo­dem była wy­jąt­kowo za­żarta par­tia wi­sta.

– Tak. Tak. Do­brze. – Sel­way po­kle­pał młod­szego męż­czy­znę po ra­mie­niu. – A żeby przy­pie­czę­to­wać na­szą umowę... – Się­gnął gru­biutką ręką do kie­szeni ka­mi­ze­lki i wy­jął z niej sa­kiewkę.

– Nie, mi­lor­dzie. – Ro­han od­su­nął się, po­trzą­sa­jąc sta­now­czo głową. Jego czarne, lśniące włosy po­ru­szyły się gwał­tow­nie, po czym wró­ciły na swoje miej­sce. – Moje mil­cze­nie nie ma ceny.

– Weź to.

– Nie mogę, mi­lor­dzie.

– Są twoje. – Sa­kiewka wy­peł­niona mo­ne­tami upa­dła na chod­nik u stóp Ro­hana z me­ta­licz­nym ło­mo­tem. – Pro­szę. Je­śli wo­lisz je tak po pro­stu zo­sta­wić na ulicy, twój wy­bór.

Gdy dżen­tel­men od­szedł, Ro­han spoj­rzał na sa­kiewkę jak na zde­chłego gry­zo­nia.

– Nie chcę tego – mruk­nął do sie­bie.

– Ja je we­zmę – oznaj­miła pro­sty­tutka, pod­cho­dząc do niego. Pod­nio­sła sa­kiewkę i zwa­żyła ją w dłoni. Na jej twarz wy­pły­nął drwiący śmiech. – Bo­ziu, nig­dym nie wi­działa Cy­gana, co się boi ma­mony.

– Nie boję się jej – od­parł Ro­han kwa­śno. – Po pro­stu jej nie po­trze­buję. – Wzdy­cha­jąc, po­tarł ręką kark.

Ko­bieta ro­ze­śmiała się i prze­su­nęła po jego szczu­płej syl­we­tce peł­nym uzna­nia spoj­rze­niem.

– Nie lu­bię tak brać za nic. Może mały nu­me­rek w alejce, za­nim wrócę do Brad­shawa?

– Do­ce­niam pro­po­zy­cję, ale z niej nie sko­rzy­stam – od­mó­wił grzecz­nie.

Pro­sty­tutka wzru­szyła za­baw­nie ra­mio­nami.

– Tym le­piej dla mnie. Do­brej nocy.

Ro­han od­po­wie­dział ski­nię­ciem głowy, sku­piony na kon­tem­plo­wa­niu miej­sca, w któ­rym jesz­cze przed chwilą le­żała sa­kiewka. Trwał tak w bez­ru­chu, zda­jąc się przy­słu­chi­wać ja­kimś dźwię­kom. Znów pod­niósł dłoń do karku i po­tarł go, jakby pró­bo­wał ukoić nie­przy­jemne mro­wie­nie. Po­woli od­wró­cił się i spoj­rzał pro­sto na Ame­lię.

Prze­szył ją dreszcz, gdy ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Stali w od­le­gło­ści kilku jar­dów od sie­bie, ale na­tych­miast po­czuła na so­bie siłę jego wzroku. Na jego twa­rzy nie było na­wet cie­nia uprzej­mo­ści i do­broci. Wy­glą­dał bez­li­to­śnie, jakby już dawno temu prze­ko­nał się, że świat to bru­talne miej­sce i zde­cy­do­wał się za­ak­cep­to­wać go na swo­ich wła­snych wa­run­kach.

Ame­lia do­sko­nale wie­działa, co wi­dzi, gdy jego oczy su­nęły po jej syl­we­tce: ko­bietę w prak­tycz­nej sukni i bu­tach. Miała ja­sną skórę, ciemne włosy i za­ró­żo­wione, pełne po­liczki Ha­tha­wayów. Była śred­niego wzro­stu, a jej zmy­słowo za­okrą­glona syl­we­tka rzu­cała wy­zwa­nie mo­dzie, która na­ka­zy­wała da­mom być wiot­kimi jak trzciny, bla­dymi i wą­tłymi.

Ame­lia nie była próżna, ale wie­działa, że choć nie jest wielką pięk­no­ścią, jest na tyle atrak­cyjna, aby zła­pać męża. Jed­nak już raz za­ry­zy­ko­wała ser­cem, a kon­se­kwen­cje oka­zały się dru­zgo­cące. Nie pra­gnęła pró­bo­wać po raz wtóry. Bóg je­den wie­dział, jak bar­dzo była za­jęta ra­dze­niem so­bie z gro­madą Ha­tha­wayów.

Ro­han od­wró­cił wzrok. Bez słowa cof­nął się, aby tyl­nym wej­ściem wró­cić do klubu. Szedł wolno, jakby da­wał so­bie czas na prze­my­śle­nia. Jego ru­chy pełne były nie­wy­mu­szo­nej swo­body.

Ame­lia zrów­nała się z nim na progu.

– Sir... Pa­nie Ro­han... Za­kła­dam, że jest pan za­rządcą tego klubu.

Ro­han za­trzy­mał się i od­wró­cił do niej. Stali tak bli­sko sie­bie, że Ame­lia po­czuła za­pach mę­skiego potu i cie­płej skóry. Roz­pięta ma­ry­narka, uszyta z sza­rego bro­katu naj­lep­szej ja­ko­ści, roz­chy­lała się na pier­siach, uka­zu­jąc białą ko­szulę z cien­kiego lnu. Gdy Ro­han pod­niósł palce do gu­zi­ków, Ame­lia za­uwa­żyła na nich mnó­stwo zło­tych pier­ścion­ków. Prze­szył ją ner­wowy dreszcz, który po­zo­sta­wił po so­bie falę ob­cego jej cie­pła. Na­gle gor­set za­czął ją uwie­rać, tak jak wy­soki koł­nie­rzyk.

Ru­mie­niąc się, spoj­rzała mu pro­sto w oczy. Był to młody męż­czy­zna, na pewno jesz­cze nie skoń­czył trzy­dzie­stu lat, o wy­glą­dzie eg­zo­tycz­nego anioła. Miał twarz stwo­rzoną do grze­chu... szczo­dre usta, kan­cia­stą szczękę, orze­cho­wo­złote oczy ocie­nione dłu­gimi, pro­stymi rzę­sami. Jego włosy do­ma­gały się strzy­że­nia, opa­da­jąc cięż­kimi, czar­nymi lo­kami na tył koł­nie­rzyka. Ame­lia po­czuła ucisk w gar­dle, gdy za­uwa­żyła błysk dia­men­tów w jego uchu.

Ukło­nił się przed nią kur­tu­azyj­nie.

– Do usług, panno...

– Ha­tha­way – od­parła zwięźle. Od­wró­ciła się, aby wska­zać swego kom­pana, który sta­nął u jej le­wego boku. – A to mój to­wa­rzysz, Mer­ri­pen.

Ro­han spoj­rzał na niego czuj­nie.

– W ro­mani ozna­cza to za­równo „ży­cie” jak i „śmierć”.

Ta­kie było zna­cze­nie na­zwi­ska Mer­ri­pen? Ame­lia ze zdu­mie­niem po­pa­trzyła na męż­czy­znę. Mer­ri­pen wzru­szył lekko ra­mio­nami, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że to nie­istotne. Od­wró­ciła się z po­wro­tem do Ro­hana.

– Chcie­li­by­śmy za­dać panu kilka py­tań od­no­śnie...

– Nie lu­bię py­tań.

– Szu­kam brata, lorda Ram­saya – kon­ty­nu­owała Ame­lia upar­cie – i de­spe­racko po­trze­buję in­for­ma­cji, które może pan po­sia­dać na te­mat miej­sca jego po­bytu.

– Nie po­wie­dział­bym pani, na­wet gdy­bym wie­dział. – Jego ak­cent był sub­telną mie­sza­niną ob­co­ści i cock­neya, z nutką klasy wyż­szej. Był to głos czło­wieka, który ob­ra­cał się w to­wa­rzy­stwie nie­ty­po­wego sortu lu­dzi.

– Za­pew­niam pana, że nie na­ra­zi­ła­bym sie­bie, ani ni­kogo in­nego na żadne nie­przy­jem­no­ści, gdyby nie była to ab­so­lutna ko­niecz­ność. Mój brat nie wraca do domu już od trzech dni...

– To nie moje zmar­twie­nie. – Ro­han od­wró­cił się do drzwi.

– Ma cią­goty do złego to­wa­rzy­stwa...

– Co za pech.

– Może już być mar­twy.

– Nie mogę pani po­móc. Ży­czę po­wo­dze­nia w dal­szych po­szu­ki­wa­niach. – Pchnął drzwi i wszedł do klubu.

Za­trzy­mał się, gdy Mer­ri­pen prze­mó­wił do niego w ro­mani. Od­kąd zja­wił się u Ha­tha­wayów, Ame­lia tylko kilka razy mo­gła usły­szeć, jak po­słu­guje się tym se­kret­nym ję­zy­kiem zna­nym tylko Ro­mom. Brzmiał po­gań­sko, na­je­żony spół­gło­skami i prze­cią­ga­nymi sa­mo­gło­skami, ale była w nim też ja­kaś pry­mi­tywna mu­zy­kal­ność.

Ro­han spoj­rzał na Mer­ri­pena z uwagą, opie­ra­jąc się ra­mie­niem o fu­trynę.

– Stary ję­zyk – po­wie­dział. – Całe lata mi­nęły, od­kąd go sły­sza­łem. Kto jest star­szym two­jego ple­mie­nia?

– Ja nie mam ple­mie­nia.

Mi­nęła długa chwila. Ro­han wpa­try­wał się upar­cie w nie­prze­nik­nioną twarz Mer­ri­pena, aż w końcu zmru­żył swe orze­chowe oczy.

– Chodź­cie. Może się cze­goś do­wiem.

Bez zbęd­nych for­mal­no­ści zo­stali wpro­wa­dzeni do klubu. Ro­han na­ka­zał jed­nemu z pra­cow­ni­ków, aby za­pro­wa­dził ich do pry­wat­nego sa­lo­niku na pię­trze. Ame­lia usły­szała szum roz­mów i mu­zyki, do­bie­ga­jący z od­dali, oraz od­głosy kro­ków. Był to gwarny, mę­ski ul, nie­do­stępny dla ko­goś ta­kiego jak ona.

Pra­cow­nik, młody czło­wiek z ak­cen­tem ze wschod­niego Lon­dynu i do­sko­na­łymi ma­nie­rami, za­pro­wa­dził ich do ele­ganc­kiego po­miesz­cze­nia i po­pro­sił, aby za­cze­kali w nim do po­wrotu Ro­hana. Mer­ri­pen pod­szedł do okna, wy­cho­dzą­cego na King Street.

Ame­lia zdu­miała się na wi­dok ota­cza­ją­cego ją dys­kret­nego luk­susu: ręcz­nie tka­nego dy­wanu w od­cie­niach błę­kitu i kremu, wy­ło­żo­nych drew­nia­nymi pa­ne­lami ścian i obi­tych ak­sa­mi­tem me­bli.

– Cał­kiem gu­stowne – stwier­dziła, zdej­mu­jąc ka­pe­lusz i od­kła­da­jąc go na ni­ski, ma­ho­niowy sto­lik. – Spo­dzie­wa­łam się cze­goś bar­dziej... cóż, tan­det­nego.

– Jen­ner stoi o klasę wy­żej od in­nych przy­byt­ków tego typu. Ucho­dzi za klub dla dżen­tel­me­nów, ale w rze­czy­wi­sto­ści to naj­więk­sza ja­ski­nia ha­za­rdu w Lon­dy­nie.

Ame­lia po­de­szła do bi­blio­teczki i z uwagą za­częła stu­dio­wać grzbiety ksią­żek.

– Dla­czego, twoim zda­niem, pan Ro­han od­mó­wił przy­ję­cia pie­nię­dzy od lorda Sel­waya?

Mer­ri­pen rzu­cił jej sar­do­niczne spoj­rze­nie.

– Wiesz prze­cież, co Ro­mo­wie my­ślą o do­brach ma­te­rial­nych.

– Tak, wiem, że twój lud nie lubi być nimi obar­czony. Ale z tego, co wiem, Ro­mo­wie rzadko od­ma­wiają kilku szy­lin­gów w za­mian za swoje usługi.

– To coś wię­cej niż nie­chęć do ob­cią­żeń. Dla chala taka sy­tu­acja...

– Co to jest chal?

– Okre­śle­nie rom­skiego syna. Dla chala te ele­ganc­kie ubra­nia, po­zo­sta­wa­nie pod jed­nym da­chem przez tak długi czas, czer­pa­nie ta­kich ko­rzy­ści fi­nan­so­wych to... wstyd. Hańba. To gwałt na jego na­tu­rze.

Był tak su­rowy i pewny sie­bie, że Ame­lia mu­siała nieco mu do­ku­czyć.

– A jaka jest twoja wy­mówka, Mer­ri­pen? Po­zo­sta­jesz pod da­chem Ha­tha­wayów już bar­dzo, bar­dzo długo...

– To co in­nego. Przede wszyst­kim, nie ma z tego żad­nych pro­fi­tów.

Ame­lia wy­buch­nęła śmie­chem.

– A poza tym... – głos Mer­ri­pena zła­god­niał – za­wdzię­czam wam ży­cie.

Ame­lia po­czuła przy­pływ emo­cji, gdy spoj­rzała na jego nie­ugięty pro­fil.

– Psu­jesz za­bawę – od­parła miękko. – Ja pró­buję z cie­bie kpić, a ty ruj­nu­jesz chwilę szcze­ro­ścią. Wiesz, że nie masz obo­wiązku z nami zo­stać, drogi przy­ja­cielu. Spła­ci­łeś swój dług już po ty­siąc­kroć.

Mer­ri­pen na­tych­miast po­trzą­snął głową.

– Rów­nie do­brze mógł­bym zo­sta­wić gniazdo pi­skląt na pa­stwę lisa.

– Nie je­ste­śmy aż tak bez­bronni – za­pro­te­sto­wała. – Do­sko­nale po­tra­fię za­trosz­czyć się o ro­dzinę... Tak jak Leo. Kiedy jest trzeźwy.

– Czyli ni­gdy? – Jego obo­jętny ton przy­dał py­ta­niu jesz­cze więk­szy ła­du­nek sar­ka­zmu.

Ame­lia otwo­rzyła usta, aby pod­jąć dys­ku­sję, ale za­raz je za­mknęła. Mer­ri­pen miał ra­cję. Przez ostat­nie sześć mie­sięcy Leo trwał w per­ma­nent­nym upo­je­niu al­ko­ho­lo­wym. Przy­ło­żyła rękę do ta­lii, gdzie sku­mu­lo­wane tro­ski cią­żyły jej jak wo­rek oło­wiu. Biedny, nie­szczę­sny Leo. Była prze­ra­żona tym, że nic nie może dla niego zro­bić. Nie można oca­lić czło­wieka, który nie chce być oca­lony. Co jed­nak nie ozna­cza, że ona prze­sta­nie pró­bo­wać.

Za­częła spa­ce­ro­wać po po­koju, zbyt po­ru­szona, aby sie­dzieć i spo­koj­nie cze­kać. Leo gdzieś tam był i po­trze­bo­wał po­mocy. Nie wia­domo, jak długo Ro­han bę­dzie ich tu jesz­cze trzy­mać.

– Ro­zej­rzę się nieco – oznaj­miła, pod­cho­dząc do drzwi. – Nie odejdę da­leko. Zo­stań tu, Mer­ri­pen, na wy­pa­dek, gdyby wró­cił pan Ro­han.

Usły­szała, jak Mer­ri­pen mru­czy coś pod no­sem. Igno­ru­jąc jej prośbę, po­szedł za nią.

– Tak nie wy­pada – za­wo­łał jesz­cze.

Ame­lia nie za­trzy­mała się. Nie in­te­re­so­wała jej już sto­sow­ność jej za­cho­wa­nia.

– To moja je­dyna szansa, aby zo­ba­czyć od środka ta­kie miej­sce. Nie za­mie­rzam jej prze­ga­pić.

Po­dą­ża­jąc za dźwię­kiem gło­sów, od­wa­żyła się po­dejść do ga­le­rii, która obie­gała ogromną, wspa­niałą salę.

Tłumy ele­gancko odzia­nych męż­czyzn tło­czyły się przy trzech wiel­kich sto­łach do ha­za­rdu, ob­ser­wu­jąc grę, pod­czas gdy kru­pie­rzy grab­kami zbie­rali ko­ści i pie­nią­dze. To­wa­rzy­szyły im gło­śne roz­mowy, krzyki, po­wie­trze do­słow­nie drgało od emo­cji. Pra­cow­nicy nie­spiesz­nie prze­cha­dzali się po sali, roz­no­sząc na ta­cach wino i je­dze­nie, albo świeże karty i że­tony.

Ukryta czę­ściowo za ko­lumną ga­le­rii, Ame­lia chci­wie lu­stro­wała tłum wzro­kiem. Jej oczy za­trzy­mały się na­gle na panu Ro­ha­nie, który przy­wdział w mię­dzy­cza­sie czarną ma­ry­narkę i fu­lar. Był ubrany po­dob­nie do in­nych człon­ków klubu, ale wy­róż­niał się wśród nich ni­czym lis po­mię­dzy go­łę­biami.

Sie­dział, po­chy­la­jąc się nad ma­syw­nym, ma­ho­nio­wym biur­kiem w rogu sali, z któ­rego naj­wy­raź­niej za­rzą­dzano ban­kiem roz­gry­wek. Chyba wy­da­wał po­le­ce­nia jed­nemu z pra­cow­ni­ków. Ge­sty­ku­lo­wał oszczęd­nie, ale w jego ru­chach wi­dać było szcze­gólny ta­lent, swo­bodną fi­zycz­ność, która przy­cią­gała spoj­rze­nia.

Na­gle... nie wia­domo jak... do­się­gła go świa­do­mość in­ten­syw­nego za­in­te­re­so­wa­nia Ame­lii. Wy­cią­gnął dłoń i po­tarł kark, a po­tem spoj­rzał pro­sto na nią. Tak jak w tam­tej uliczce. Ko­bieta po­czuła na­gle w ca­łym ciele obez­wład­nia­jącą sła­bość, w no­gach i rę­kach, sto­pach, a na­wet ko­la­nach. Na jej twarz wy­pły­nął ogni­sty ru­mie­niec. Za­marła w po­czu­ciu winy i za­sko­cze­nia, czer­wona na buzi jak dziecko, aż w końcu do­szła do sie­bie na tyle, aby skryć się z po­wro­tem za ko­lumną.

– Co się stało? – do­biegł ją głos Mer­ri­pena.

– Pan Ro­han chyba mnie za­uwa­żył. – Wy­rwał się jej drżący śmiech. – O, Boże. Mam na­dzieję, że go nie roz­gnie­wa­łam. Le­piej wróćmy do sa­lonu.

Po raz ostatni ośmie­liła się wy­chy­lić z ukry­cia, aby ob­jąć salę wzro­kiem, ale Ro­hana już nie było.Roz­dział 2

Cam ode­pchnął się od ma­ho­nio­wego biurka i opu­ścił salę gier. Jak zwy­kle nie mógł odejść nie­za­trzy­my­wany raz czy dwa... Je­den z agen­tów szep­nął mu do ucha, że lord taki-to-a-taki ży­czy so­bie pod­nie­sie­nia li­mitu kre­dy­to­wego. Lo­kaj py­tał, czy na­leży już uzu­peł­nić stół z prze­ką­skami w jed­nym z po­ko­jów kar­cia­nych. Cam od­po­wia­dał na ich py­ta­nia nie­obec­nie, bo jego my­śli oku­po­wała ko­bieta, cze­ka­jąca na niego na gó­rze.

Ru­ty­nowy wie­czór przy­bie­rał dość nie­ocze­ki­wany ob­rót. Od dawna już żadna ko­bieta nie wzbu­dziła w nim za­in­te­re­so­wa­nia w ta­kim stop­niu jak Ame­lia Ha­tha­way. Gdy tylko zo­ba­czył ją w alejce – jej za­ru­mie­nione, pełne po­liczki, zmy­słową fi­gurę, ukrytą pod skromną suk­nią – na­tych­miast jej za­pra­gnął. Nie miał po­ję­cia, dla­czego, skoro była ucie­le­śnie­niem wszyst­kiego, co go tak iry­to­wało w An­giel­kach.

Na pierw­szy rzut oka było wi­dać, że panna Ha­tha­way nosi w so­bie nie­za­chwianą pew­ność, że jest zdolna or­ga­ni­zo­wać i za­rzą­dzać wszyst­kim wo­kół niej. Na wi­dok ta­kich ko­biet Cam umy­kał za­zwy­czaj w prze­ciw­nym kie­runku. Gdy jed­nak spoj­rzał w jej śliczne, błę­kitne oczy i zo­ba­czył tę małą, pełną de­ter­mi­na­cję zmarszczkę po­mię­dzy brwiami, po­czuł grzeszną po­trzebę po­chwy­ce­nia jej, po­rwa­nia do­kądś i zro­bie­nia cze­goś nie­cy­wi­li­zo­wa­nego. Bar­ba­rzyń­skiego na­wet.

Rzecz ja­sna, nie­cy­wi­li­zo­wane po­trzeby w jego przy­padku cza­iły się tuż pod ma­ską do­brego wy­cho­wa­nia, cze­ka­jąc tylko na wła­ściwy mo­ment, aby się uwol­nić. A w ciągu ostat­niego roku Cam miał co­raz wię­cej trud­no­ści z utem­pe­ro­wa­niem ich. Stał się wy­jąt­kowo za­pal­czywy, nie­cier­pliwy, ła­twy do spro­wo­ko­wa­nia. Rze­czy, które kie­dyś da­wały mu przy­jem­ność prze­stały go sa­tys­fak­cjo­no­wać. A naj­gor­sze było to, że swoje sek­su­alne po­trzeby za­spo­ka­jał z ta­kim sa­mym bra­kiem en­tu­zja­zmu, z ja­kim ostat­nio żył.

Zna­le­zie­nie od­po­wied­niego dam­skiego to­wa­rzy­stwa ni­gdy nie było pro­ble­mem – Cam od­naj­dy­wał speł­nie­nie w ra­mio­nach wielu chęt­nych ko­biet i od­pła­cał im za ich usługi tak długo, aż mru­czały z roz­ko­szy. Nie było w tym jed­nak praw­dzi­wych emo­cji. Żad­nego pod­nie­ce­nia, ognia, nic poza po­czu­ciem, że za­dbał o pod­sta­wowe funk­cje swo­jego or­ga­ni­zmu, ta­kie jak sen czy je­dze­nie. Cam był tak za­nie­po­ko­jony, że w końcu zde­cy­do­wał się po­roz­ma­wiać na ten te­mat ze swoim prze­ło­żo­nym, lor­dem St. Vin­cen­tem.

Nie­gdyś za­go­rzały ko­bie­ciarz, dziś wy­jąt­kowo od­dany mąż, St. Vin­cent wie­dział o tych spra­wach wię­cej, niż ja­ki­kol­wiek inny ży­jący czło­wiek. Gdy Cam za­py­tał go po­nuro, czy fakt, że po­trzeby fi­zyczne mniej go ostat­nio tra­pią, na­leży wią­zać ze zbli­ża­ją­cymi się trzy­dzie­stymi uro­dzi­nami, St. Vin­cent za­krztu­sił się swoim drin­kiem.

– Do­bry Boże, nie – od­parł wi­ceh­ra­bia, ka­sła­jąc lekko, gdy haust brandy roz­pa­lił mu prze­łyk. Był wcze­sny ra­nek, a oni prze­glą­dali księgi ra­chun­kowe w biu­rze za­rządcy klubu.

St. Vin­cent był przy­stoj­nym dżen­tel­me­nem z wło­sami ko­loru psze­nicy i bla­do­nie­bie­skimi oczami. Nie­któ­rzy gło­śno twier­dzili, że miał rysy i syl­we­tkę naj­do­sko­nal­szego męż­czy­zny, jaki kie­dy­kol­wiek cho­dził po świe­cie. Wy­gląd anioła, du­sza łaj­daka.

– Je­śli mogę spy­tać, ja­kie ko­biety gosz­czą w twoim łóżku?

– Co masz na my­śli? – za­py­tał Cam z re­ze­rwą.

– Piękne, czy nie­ładne?

– Chyba piękne.

– I na tym po­lega pro­blem – po­wie­dział St. Vin­cent to­nem, który re­zer­wo­wał do ko­mu­ni­ko­wa­nia oczy­wi­sto­ści. – Nie­ładne do­star­czają znacz­nie wię­cej przy­jem­no­ści. Wdzięcz­ność to naj­sil­niej­szy afro­dy­zjak.

– Ty jed­nak po­ślu­bi­łeś ko­bietę piękną.

Na usta St. Vin­centa wy­pły­nął le­niwy uśmiech.

– Żony to zu­peł­nie od­mienna ka­te­go­ria. Wy­ma­gają ogrom­nych na­kła­dów, ale wy­siłki za­wsze zo­stają wy­na­gro­dzone. Zde­cy­do­wa­nie po­le­cam żony. Zwłasz­cza wła­sne.

Cam spoj­rzał na swo­jego pra­co­dawcę z iry­ta­cją, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że po­ważne roz­mowy z St. Vin­cen­tem czę­sto utrud­niało szcze­gólne upodo­ba­nie wi­ceh­ra­biego do prze­kształ­ca­nia ich w słowne ka­lam­bury.

– Je­śli do­brze ro­zu­miem, mi­lor­dzie – stwier­dził szorstko – pana re­ceptą na brak po­żą­da­nia jest uwo­dze­nie nie­atrak­cyj­nych ko­biet?

St. Vin­cent pod­niósł srebrną ob­sadkę, a na­stęp­nie zręcz­nie do­pa­so­wał sta­lówkę i ca­łość pre­cy­zyj­nie za­nu­rzył w bu­te­leczce z atra­men­tem.

– Ro­han, ro­bię, co w mo­jej mocy, aby zro­zu­mieć twój pro­blem. Jed­nak ni­gdy nie do­świad­czy­łem braku po­żą­da­nia. Mu­siał­bym le­żeć na łożu śmierci, żeby prze­stać pra­gnąć... Nie, nie­ważne, by­łem na łożu śmierci w nie­od­le­głej prze­szło­ści i na­wet wtedy mia­łem grzeszne my­śli o swo­jej żo­nie.

– Moje gra­tu­la­cje – mruk­nął Cam, po­rzu­ca­jąc na­dzieję, że zdoła uzy­skać od tego czło­wieka ja­ką­kol­wiek szczerą od­po­wiedź. – Wróćmy do ksiąg. Są waż­niej­sze kwe­stie do roz­trzą­sa­nia niż sek­su­alne moż­li­wo­ści.

St. Vin­cent wy­kre­ślił liczbę i odło­żył pióro.

– Nie, na­le­gam jed­nak na roz­mowę o sek­su­al­nych moż­li­wo­ściach. To znacz­nie za­baw­niej­sze niż praca. – Opadł na fo­tel w zwod­ni­czej au­rze roz­le­ni­wie­nia. – Ro­han, je­steś czło­wie­kiem dys­kret­nym, ale trudno nie za­uwa­żyć, jak gor­liwe bu­dzisz za­in­te­re­so­wa­nie. Naj­wy­raź­niej sta­no­wisz po­kusę nie do od­par­cia dla lon­dyń­skich dam. I wy­gląda na to, że ko­rzy­stasz w pełni z tego, co ci ofe­rują.

Cam spoj­rzał na niego bez wy­razu.

– Wy­bacz, mi­lor­dzie, ale czy ten wy­wód do cze­goś pro­wa­dzi?

St. Vin­cent oparł się wy­god­nie, złą­czył palce i po­pa­trzył na Cama.

– Nie mia­łeś po­dob­nych pro­ble­mów w prze­szło­ści, mogę więc tylko za­ło­żyć, że, jak to czę­sto bywa z ape­ty­tem, twój zo­stał już za­spo­ko­jony z na­wiązką, po­zo­sta­wia­jąc prze­syt jed­na­ko­wo­ścią. Po­móc może tylko ja­kaś no­wość.

Roz­wa­ża­jąc to stwier­dze­nie, któ­remu nie można było od­mó­wić sensu, Cam za­sta­na­wiał się, czy no­to­ryczny nie­gdyś hu­laka od­czu­wał kie­dy­kol­wiek po­kusę, aby zbłą­dzić. Cam znał jego żonę, Evie, od dzie­ciń­stwa, kiedy to przy­cho­dziła od czasu do czasu od­wie­dzić w klu­bie owdo­wia­łego ojca, i czuł wo­bec niej opie­kuń­czość po­do­bną do tej, którą mógłby od­czu­wać wo­bec młod­szej sio­stry. Nikt ni­gdy nie po­łą­czyłby w my­ślach ła­god­nej Evie z tym li­ber­ty­nem. I nikt nie był chyba bar­dziej za­sko­czony niż sam St. Vin­cent, kiedy ich mał­żeń­stwo z roz­sądku ewo­lu­owało w zwią­zek oparty na na­mięt­no­ści i praw­dzi­wej mi­ło­ści.

– A ży­cie mał­żeń­skie? – za­py­tał Cam ła­god­nie. – Czy ono także pro­wa­dzi do prze­sytu jed­na­ko­wo­ścią?

Wy­raz twa­rzy St. Vin­centa zmie­nił się na­gle. Na myśl o żo­nie w jego przej­rzy­ście nie­bie­skich oczach bły­snęło cie­pło.

– Na pod­sta­wie wła­snych do­świad­czeń stwier­dzam, że ni­gdy nie ma się dość od­po­wied­niej ko­biety. Z roz­ko­szą po­wi­tał­bym taki prze­syt, ale wąt­pię, aby było to moż­liwe w ży­ciu do­cze­snym. – Za­mknął księgi zde­cy­do­wa­nym ru­chem i wstał. – Je­śli mi wy­ba­czysz, Ro­han, ży­czę ci uda­nego wie­czoru.

– A księgi?

– Po­zo­sta­wiam je w two­ich nie­zwy­kle kom­pe­tent­nych rę­kach. – Gdy Cam jęk­nął, St. Vin­cent tylko nie­win­nie wzru­szył ra­mio­nami. – Ro­han, je­den z nas jest czło­wie­kiem nie­żo­na­tym, o wy­bit­nych ma­te­ma­tycz­nych uzdol­nie­niach i bez pla­nów na wie­czór. Drugi jest na­wró­co­nym lu­bież­ni­kiem w mi­ło­snym na­stroju, a w domu czeka na niego chętna młoda żona. Kto, twoim zda­niem, po­wi­nien więc za­jąć się tymi cho­ler­nymi ra­chun­kami? – Że­gna­jąc się non­sza­lancko, St. Vin­cent opu­ścił biuro.

„No­wość” – to była jego re­ko­men­da­cja. Cóż, to słowo zde­cy­do­wa­nie znaj­do­wało od­nie­sie­nie w sto­sunku do panny Ha­tha­way. Do­tych­czas Cam pre­fe­ro­wał ko­biety do­świad­czone, które trak­to­wały uwo­dze­nie jak grę i do­sko­nale wie­działy, że nie na­leży mie­szać przy­jem­no­ści z uczu­ciami. Ni­gdy nie po­dej­mo­wał się roli na­uczy­ciela nie­win­nych. W za­sa­dzie per­spek­tywa po­zba­wie­nia damy dzie­wic­twa była ra­czej od­strę­cza­jąca. Dla niej nic, tylko ból, a po­tem prze­ra­ża­jące kon­se­kwen­cje w po­staci łez i ża­lów. Wzdry­gnął się na samą myśl. Nie, nie bę­dzie po­goni za no­wo­ścią w przy­padku panny Ha­tha­way.

Przy­spie­sza­jąc kroku, Cam wszedł po scho­dach do po­koju, gdzie cze­kała ko­bieta i ciem­no­licy chal. Mer­ri­pen to do­syć po­wszechne imię wśród Cy­ga­nów, ten czło­wiek jed­nak był nie­zwy­kły. Wy­glą­dało na to, że jest słu­żą­cym tej ko­biety – dzi­waczna i wstrętna oko­licz­ność dla ko­cha­ją­cego wol­ność Roma.

Mieli więc ze sobą coś wspól­nego. Obaj pra­co­wali dla ga­dziów, za­miast włó­czyć się po ziemi swo­bod­nie, jak Bóg przy­ka­zał.

Ro­mo­wie nie pa­so­wali do wnętrz, w któ­rych ogra­ni­czały ich ściany. Nie żyli w klat­kach z po­ko­jów i do­mów, od­cięci od nieba i wia­tru, słońca i gwiazd. Nie od­dy­chali stę­chłym po­wie­trzem, prze­sy­co­nym za­pa­chami z kuchni i pa­stą do pod­łóg. Po raz pierw­szy od lat Cam po­czuł przy­pływ pa­niki. Zwal­czył go i sku­pił się na swoim za­da­niu – po­zbyć się tej oso­bli­wej pary ze swo­jego sa­lonu.

Po­cią­gnął za koł­nie­rzyk, aby nieco roz­luź­nić jego ucisk, pchnął uchy­lone drzwi i wszedł do po­koju.

Panna Ha­tha­way stała nie­da­leko progu, cze­ka­jąc na niego z kiep­sko ma­sko­waną nie­cier­pli­wo­ścią, a Mer­ri­pen na­dal krył się w ką­cie. Gdy Cam pod­szedł do niej i spoj­rzał w jej unie­sioną wy­soko twarz, fala pa­niki za­mie­niła się w in­try­gu­jący przy­pływ cie­pła. Pod jej nie­bie­skimi oczami ry­so­wały się blade, la­wen­dowe cie­nie. Jej mięk­kie wargi za­ci­snęły się w wą­ską kre­skę. Ciemne, lśniące włosy za­cze­sała do tyłu i upięła cia­sno spin­kami.

Ścią­gnięte su­rowo włosy i skromna, krę­pu­jąca suk­nia na­rzu­cały ob­raz ko­biety peł­nej za­ha­mo­wań. Ty­powa stara panna. Nic jed­nak nie mo­gło ukryć pro­mie­niu­ją­cej z niej sil­nej woli. Była… sma­ko­wita. Chciał ją roz­pa­ko­wać jak po­da­rek, na który cze­kał zbyt długo. Pra­gnął jej bez­wol­nej i na­giej pod sobą, tych de­li­kat­nych warg, spuch­nię­tych od jego twar­dych, głę­bo­kich po­ca­łun­ków, jej ja­snej skóry roz­pa­lo­nej na­mięt­no­ścią. Zdu­miony wra­że­niem, ja­kie na nim wy­warła, zmu­sił się do za­cho­wa­nia obo­jęt­nej miny, gdy za­czął się jej przy­glą­dać.

– Cóż? – za­żą­dała spra­woz­da­nia Ame­lia, zu­peł­nie nie­świa­doma, do­kąd po­wę­dro­wały jego my­śli. Gdyby wie­działa, z pew­no­ścią z krzy­kiem wy­bie­głaby z po­koju. – Do­wie­dział się pan cze­goś na te­mat miej­sca po­bytu mo­jego brata?

– Ow­szem.

– I?

– Lord Ram­say od­wie­dził nas wcze­snym wie­czo­rem, prze­grał tro­chę pie­nię­dzy przy sto­li­kach...

– Dzięki Bogu, żyje! – za­wo­łała Ame­lia.

– ...i naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił po­cie­szyć się wi­zytą w po­bli­skim bur­delu.

– Bur­delu? – Ame­lia rzu­ciła Mer­ri­pe­nowi zroz­pa­czone spoj­rze­nie. – Przy­się­gam, Mer­ri­pen, ten łaj­dak zgi­nie dzi­siaj z mo­jej ręki. – Spoj­rzała na Cama. – Ile prze­grał?

– Około pię­ciu­set fun­tów.

Śliczne, nie­bie­skie oczy roz­sze­rzyły się z gniewu.

– Bę­dzie umie­rał bar­dzo po­woli. Który bur­del?

– Brad­shaw.

Ame­lia się­gnęła po ka­pe­lusz.

– Chodźmy, Mer­ri­pen. Mu­simy go stam­tąd za­brać.

– Nie – pa­dło z ust obu męż­czyzn jed­no­cze­śnie.

– Chcę oso­bi­ście się prze­ko­nać, czy nic mu nie jest – oznaj­miła Ame­lia spo­koj­nie.

– Wąt­pię.

Ame­lia rzu­ciła Mer­ri­pe­nowi lo­do­wate spoj­rze­nie.

– Nie wra­cam do domu bez Leo.

Na poły roz­ba­wiony i za­nie­po­ko­jony siłą jej woli, Cam zwró­cił się do Mer­ri­pena:

– Czy mam do czy­nie­nia z upo­rem, głu­potą, czy ja­kąś kom­bi­na­cją obu tych cech?

Ame­lia udzie­liła od­po­wie­dzi, za­nim Mer­ri­pen zdo­łał otwo­rzyć usta.

– Z mo­jej strony z upo­rem. Głu­pota po­zo­staje nie­od­łącz­nym atry­bu­tem mo­jego brata. – Po­pra­wiła ka­pe­lusz i za­wią­zała wstążki pod brodą.

Wi­śniowe wstążki, stwier­dził zdu­miony Cam. Ten fry­wolny, czer­wony ak­cent był je­dyną oso­bli­wo­ścią jej sto­no­wa­nego ubioru. Nie­zna­joma z każdą chwilą fa­scy­no­wała go co­raz bar­dziej.

– Nie wej­dzie­cie do Brad­shawa. Wy­jąw­szy względy bez­pie­czeń­stwa i mo­ral­ność, na­wet nie wie­cie, gdzie to, do dia­bła, jest.

Ame­lia na­wet się nie skrzy­wiła, sły­sząc prze­kleń­stwo.

– Za­kła­dam, że spora część go­ści krąży po­mię­dzy pana klu­bem a do­mem Brad­shawa. Po­wie­dział pan, że to nie­da­leko, co ozna­cza, że mu­szę tylko po­dą­żyć za falą pie­szych w tam­tym kie­runku. Do wi­dze­nia, pa­nie Ro­han. Na­prawdę do­ce­niam pań­ską po­moc.

Cam sta­nął jej na dro­dze.

– Tylko zrobi pani z sie­bie idiotkę, panno Ha­tha­way. Nie przej­dzie pani na­wet przez drzwi fron­towe. Bur­del taki jak Brad­shaw nie wpusz­cza ob­cych z ulicy.

– To, jak wy­do­stanę stam­tąd brata, to już nie pań­skie zmar­twie­nie.

Miała ra­cję. To nie było jego zmar­twie­nie. Ale Cam od dawna nie ba­wił się tak do­brze. Żadne zmy­słowe roz­ko­sze, uta­len­to­wane kur­ty­zany, na­wet po­kój pe­łen na­gich ko­biet nie za­in­try­go­wałby go w po­ło­wie tak bar­dzo, jak panna Ame­lia Ha­tha­way i jej czer­wone wstążki.

– Jadę z wami – po­wie­dział.

Zmarsz­czyła brwi.

– Nie, dzię­kuję.

– Na­le­gam.

– Nie po­trze­buję już pań­skich usług, pa­nie Ro­han.

Ca­mowi przy­szła do głowy cała masa usług, któ­rych wy­raź­nie po­trze­bo­wała i które z przy­jem­no­ścią sam by jej za­pew­nił.

– Naj­wy­raź­niej bę­dzie z po­żyt­kiem dla wszyst­kich, je­śli wy­do­sta­nie­cie stam­tąd Ram­saya i opu­ści­cie Lon­dyn naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Od te­raz uwa­żam przy­spie­sze­nie wa­szego od­jazdu za swój oby­wa­tel­ski obo­wią­zek.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij