Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wykute z czasu. Tom 1. Nieskończoność - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 lutego 2026
24,90
2490 pkt
punktów Virtualo

Wykute z czasu. Tom 1. Nieskończoność - ebook

Opis do empiku: Czas nie zawsze płynie naprzód. Może się rozgałęziać. Królestwo Wapauty trwa od tysięcy lat, lecz jego potęga zaczyna pękać od środka. Wojna staje się nieunikniona, a wybory jednostek — nawet te pozornie najmniejsze — niosą konsekwencje, których nie da się cofnąć. W świecie, gdzie los jednostki splata się z losem narodów, przeszłość coraz wyraźniej domaga się zapłaty. Frijen staje przed decyzjami, które zmieniają nie tylko jej własne życie, lecz także porządek całego Wszechświata. Każdy wybór otwiera nową ścieżkę, a granica między przeznaczeniem a wolną wolą zaczyna się zacierać. Czy istnieją równoległe światy? Czy los jest niezmienny, czy można go przekuć — jak metal — w coś nowego? Wykute z czasu. Tom I: Nieskończoność to nastrojowa opowieść fantasy o czasie, odpowiedzialności i cenie, jaką trzeba zapłacić za poznanie prawdy o sobie samym. To historia dojrzewania do decyzji, których skutki wykraczają daleko poza jedno życie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788396837028
Rozmiar pliku: 7,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Spojrzenie na obraz wystarczyło, by przypłynęło coś na kształt wspomnień. Jakby znała to miejsce. Czuła jego zapach, powiew i woń wiatru na twarzy. To niemożliwe. Nigdy tam nie była. W jaki sposób to się dzieje? Nawet gdy zamknęła oczy, miejsca te tkwiły w jej głowie, obrazy przesuwały się w umyśle. Słyszała szum morza, czuła mroźny powiew świeżego lodu, zapach skał. Wiosenne słońce grzało chłodnym ciepłem włosy. Szczyty gór zdawały się ryczeć ponad głową odwieczną pieśń bogów, zaklętych w chmurach i ponad nimi.

Kontinuum bezczasu spowijało codzienne myśli. Natrętne pytania: _„Po co?”_ i _„Czy jestem?”_. Każdego dnia w najmniejszych chwilach spokoju. I ten pęd, który kazał coś robić, by ich nie zadawać na nowo. By wydawało się, że ich nie ma – że wszystko jest wiecznością.

Szaleńcza walka, wyczerpująca umysł i ciało, poprzeplatana z maleńkimi drobinami radości. I tylko spojrzenie na przeszłość wydawało się mówić, że kiedyś czas płynął wolniej; że mieściły się w głowie godziny wyobrażeń, marzeń, samotności i poszukiwań.

Jakby ten obraz tkwił zaklęty pod powierzchnią rzeczywistości i zmaterializował się znacznie później. Tęsknota za tamtym miejscem towarzyszyła w każdej chwili, ale istniała też świadomość, że tak już pozostanie. Tylko obrazem.

Najbardziej nie dawało spokoju poczucie odrębności, które według wszelkich odczuć, powinno być zespolone. A jednak zamknięcie w świecie nieograniczonym żadną przestrzenią było faktem. Wolność w niewoli. Oto jest równanie. Kiedy czuje się wolność, a wszystko wokół temu przeczy. I ta świetlna cząstka, która pcha, daje dowody i powody do istnienia – buduje abstrakcję na ziarnku piasku Kosmosu w niewyobrażalnych wprost rozmiarach myśli.

***

Istnieje takie miejsce w centrum Wszechświata, w którym można ujrzeć jego nieskończony, życiodajny rdzeń. Z niego pochodzi wszelkie istnienie, moc i siła. Czas nie jest tam postrzegany jako linia. Nie określa też żadnej przestrzeni.

Rdzeń jest uformowany w kształcie słupa światła, bardzo jasnego, w żaden sposób nierażącego, ale niejednorodnego. Jeśli się w niego zagłębić, można ujrzeć w nim nieskończoność, która trwa teraz. Znaleźć odpowiedź.

Centrum Wszechświata przez całe życie znajduje się tuż obok. Zawsze i wszędzie istnieje możliwość łączności z nim i życia dalej na planecie. Można odkryć swój własny sposób na kontakt z tym, co wszystko stworzyło. Odgadnąć, jakie zadanie jest przewidziane dla każdego człowieka. Kiedy już wejdziecie na odpowiednią drogę, będziecie wiedzieć…

Podróżnicy przez życie. Możecie sięgnąć do krainy, stworzonej w tej opowieści. Jest to tylko jedna z licznych możliwości poznania. Choć wielu mówi, że odpowiedzi nie ma, każdy dzień, spędzony tutaj, pozwala je odkrywać na nowo. Przejawiają się w milionach wariacji, obecne są w każdej wielkości przestrzeni. W każdym dźwięku i okruchu światła.

Można je odnaleźć samodzielnie. Trzeba tylko wznieść się ponad to, co więzi umysły. Wydobyć się z niewoli, istniejącej od początku czasu, w którym kto inny określa, co jest prawdą, a co nią nie jest.

Prawda mieści się w każdym sercu. Przynosi zrozumienie i brak lęku.ROZDZIAŁ I Odległość czasu

Do Zamku nie można było dotrzeć stąd w krótkim czasie. Utkwili u podnóża góry, jednej z wielu, położonych w tym paśmie. Zima rozprzestrzeniała się szybko. Skuła mrozem wszystkie drogi. Zasypała śniegiem drzewa i nieliczne w tej okolicy chaty. Schodzili w dół doliny otoczonej przez ostre granie, których wierzchołki tonęły w gęstych chmurach. Jak okiem sięgnąć, pomiędzy skałami rozciągały się białe dywany. Choć dzień trwał krótko, nieprzebrana biel rozświetlała nocne niebo, tworząc szarawą poświatę.

Musieli gdzieś znaleźć miejsce na nocleg. Z każdą chwilą robiło się zimniej. Od gór wiał coraz to mocniejszy wiatr, wzbijając w powietrze chmury śniegu. Zimne cząstki wnikały we wszystko. Gdy osiadały na odkrytych częściach twarzy, szczypały skórę, niczym zamarznięte szpilki.

Patrząc w dół, w stronę morza, szukała wzrokiem jakiegoś miejsca, w którym mogliby się schronić. Z tej wysokości wszystko wydawało się jednolicie białe.

– Poczekajcie tutaj pod drzewami – powiedziała. – Pójdę zobaczyć, jak wygląda to miejsce nad brzegiem.

Spiesznie oddaliła się od reszty. Nogi grzęzły jej w coraz to głębszym śniegu. Przydałyby się deski przywiązywane do stóp, aby łatwiej móc się poruszać, ale nie przygotowali się na taką okoliczność. Zima przyszła szybko i przeszkodziła im w wędrówce.

Zauważyła, że teren zaczął się dość mocno obniżać. Po lewej ręce biały puch zdawał się coś przykrywać. Zbliżyła pochodnię, by lepiej zobaczyć, co kryje się pod śniegiem. Skośna powierzchnia zaczynała się tuż ponad jej głową i pięła się w górę, by z tej perspektywy sięgać prawie nieba.

Rozejrzała się dokładniej – na lewo i na prawo. Schylona płaszczyzna przypominała dużą połać dachu. Tak. Teraz dostrzegła także pionową ścianę, oblepioną śniegiem, którego wciąż przybywało – wiatr wiał właśnie od gór. Prawą ręką dotknęła sypkiego puchu przed sobą. Zatopiła rękę w białej masie i dotarła do czegoś twardego. Zaczęła odgarniać śnieg szybkimi ruchami. Pod nim ukazały się poziomo ułożone drewniane bale. Czyżby to była jakaś chata?

Wykonując coraz szersze ruchy, udało się jej odgarnąć sporą połać białej szaty. Aż wreszcie poczuła pod palcami coś bardzo zimnego i namarzniętego. Miała nadzieję, że był to metal, że znalazła okucia drzwi. Przysunęła bliżej pochodnię. Z mroku wyłoniły się metalowe sztaby, jakimi spaja się deski wrót. Jeszcze jeden ruch. Jest też klamka. Złapała za nią z dużą mocą, ale klamka ani drgnęła. Kopnęła z całych sił w drzwi. Śnieg oderwał się z góry i obsypał jej ubranie nową warstwą bieli. Klamka znowu ani drgnęła. Kopnęła jeszcze raz. Drzwi jęknęły głucho pod uderzeniem i odskoczyły.

Trzymając pochodnię przed sobą, ostrożnie weszła do środka.

„Cóż to za dziwne miejsce?” – przemknęło jej przez myśl.

Wewnątrz panował równomierny, świetlisty półmrok. Na wszystkich ścianach wisiały obrazy i puste blejtramy. Na jednym z nich ujrzała ludzi brodzących po kolana w śniegu. Na drugim – ciemna postać odgarniała skrzący się puch z dachu. Na trzecim – jakaś dziewczyna spała przed płonącym kominkiem na drewnianej ławie. Kolejne płótna były puste, białe, niezamalowane. Choć wystrój chaty przesiąknięty był tajemnicą, a obrazy bardzo dziwne, nie czas był teraz, by je oglądać.

Przez krótką sień weszła do ogromnego pomieszczenia. Wyglądało tak, jakby ktoś opuścił je dopiero przed chwilą. Na środku prawej ściany znajdował się wielki kominek. Wokół niego piętrzyły się małe stosy drewna, jakby czekały, aż ktoś je rozpali.

Czas naglił. Należało dać znać pozostałym kompanom, że znalazła miejsce, w którym, być może, będą mogli schronić się na noc. Choć byli daleko w tyle, powinni dostrzec umówiony znak z tej odległości. Wybiegła żwawo ze środka i cofnęła się do miejsca, z którego widziała stos śniegu przysypujący chatę. Wyciągnęła w górę rękę z pochodnią tak wysoko, jak mogła. Szybkie ruchy, rysujące koło w powietrzu, powtarzała przez wiele minut. Oby ktoś je zauważył w zamieci, jaka rozpętała się na dobre.

Świetlne znaki stanowiły tylko jeden ze sposobów porozumiewania się. Zimą używali także głosu ptaka suvi, który w rzeczywistości przylatywał jedynie w porze ciepłej. Chociaż krzyczała, udając dźwięki skrzydlatego podróżnika, nie wiedziała, czy jej głos jest słyszalny w gwizdach lodowatego wiatru.

Zobaczyła wreszcie w oddali jakiś ruch i zbliżające się sylwetki.

– Frijen! – usłyszała swe imię. Tak to muszą być towarzysze jej podróży.

– Chodźcie! Chodźcie, znalazłam miejsce na nocleg! – krzyknęła głośno.

Po chwili wszyscy byli znowu razem.

Dom Snów

Miejsce na nocleg znalazło się akurat wtedy, gdy tego potrzebowała. Dojrzało w jej sercu przekonanie, iż musiała zaistnieć jedna z tych okoliczności, które potwierdzały, że w życiu nie ma przypadków, że wszystko zdarza się wtedy, gdy ma się wydarzyć.

Znalazła na górze sypialnię, w której mogła przenocować. Pokój był niski, mały i przytulny. Miał swój własny, niewielki kominek, przed którym leżała rozścielona skóra brunatnego niedźwiedzia.

Reszta wędrowców rozlokowała się w pozostałych częściach domu. Było im równie wygodnie i miło.

Gdy w kominkach zaczął płonąć ogień, dom wypełnił się ciepłem i rozmowami. Wszyscy, choć na chwilę, mogli odetchnąć i się ogrzać. Mogli też upiec na ogniu dwa zające, które wcześniej upolowali. Na szczęście w chlebakach mieli jeszcze trochę chleba. Zdobyli go przedwczoraj, przechodząc przez jedną z wsi. Zatrzymała ich żwawa, rumiana gospodyni, prosząc o pomoc przy rąbaniu drzewa. Za pracę otrzymali kilka bochenków i dzbanek mleka.

Czymże była ta dziwna wyprawa? Szli do Zamku, by opowiedzieć Królowej, jakie nieszczęście przytrafiło się mieszkańcom Wschodniego Księstwa w Królestwie Wapauty.

Frijen była bardzo zmęczona. Nie miało to jednak większego znaczenia. I tak nie mogła zasnąć, dopóki nie odbyła cowieczornej rozmowy ze swym aniołem – w jego niewidzialną obecność nauczyła ją wierzyć niania w dzieciństwie. Rozmowa nie była klasycznym dialogiem. Był to raczej monolog Frijen. Anioł nigdy nie odpowiadał. Zdarzało się, że wątpiła nawet w jego istnienie. Pojawiały się wówczas smutne dni, gdy zamiast blasku, widziała wewnątrz siebie tylko ciemność i przerażenie. Zwykle nie było wówczas nawet chwili wytchnienia, a ciągła walka i strach wypełniały czas po brzegi. Lęk skutecznie potrafił przesłonić dostęp do światła w sercu.

Położyła się na twardej ławie stojącej obok kominka. Ciepło bijące od ognia czuć było na twarzy. Przykryła się leżącym obok niedźwiedzim futrem. Zmówiła modlitwę za zmarłych i zasnęła głębokim snem.

Noc, spędzona w tym dziwnym miejscu, była niezwykła. Realistyczne sny ogarnęły umysły wszystkich śpiących wojowników. Co działo się w głowach innych, Frijen nie mogła wiedzieć, ale jej sen był jednym z tych, które pamięta się przez całe życie.

Oto znalazła się na skraju światów. Tak chyba można nazwać to miejsce. Ponad głową rozciągał się ciemny nieboskłon, wypełniony miliardami gwiazd. Za sobą i pod nogami miała Planetę, na której żyła. Przed Frijen znajdował się nieskończenie długi słup światła. Nie miał początku ani końca. Wydawało się, jakby płynął do góry. Wokół było cicho, bezpiecznie i ciepło. Nie było śniegu, nie było wiatru.

Siedziała na skałach w towarzystwie mężczyzny. Był tak znajomy, jakby istnieli razem przez wieczność obok siebie. Siedzieli w milczeniu.

– Nauczę cię walczyć – powiedział nagle, a głos jego odbijał się od światła, jak muzyka.

– Brzydzę się walką. Nie umiem i nie chcę – odpowiedziała. Ciężar i strach utkwiły w jej sercu jak kamienie.

– Każdy człowiek musi walczyć. Ty też – dźwięki słów przepłynęły odległość pomiędzy nimi, a później rozlały się falą w przestrzeni.

Słup światła zaczął powiększać swoją objętość. W krótkiej chwili znalazła się wewnątrz niego. Poczuła siłę, nieśmiertelność. Natychmiast poznała prawdę. Zrozumiała, że ten, z którym przed chwilą rozmawiała, jest drogą i towarzyszem podróży. Oto poznała odpowiedź, że nie ma już wątpliwości, innej możliwości. To była pierwsza chwila w jej życiu, gdy wiedziała dokładnie, co musi się wydarzyć.

Jednocześnie światło było bytem i radością, brakiem strachu, wiedzą. Już nie musiała plątać dróg, rozwikływać zagadek, błądzić i budzić się w mroku. Nie było potrzeby szukania odpowiedzi, zadawania pytań, odczuwania bólu istnienia. To chwila dla poety, jakże realna i prawdziwa, choć dziejąca się tylko w umyśle.

Sen oddzielił jej życie wyraźną granicą od tego, co już było – i tego, co miało nastąpić.

Obudziła się rozpromieniona. Po raz pierwszy nie miała żadnych wątpliwości. Wiedziała, że przyjmie życie bez buntu, zaakceptuje to, co nadejdzie i będzie znała odpowiedź na pytanie, jak postąpić.ROZDZIAŁ II Prawda i blichtr

Byli na łodzi. Płynęli wzdłuż wąskiego fiordu w kierunku otwartego morza. Po kilku dniach wreszcie ukazał się ich oczom cel podróży. Z oddali majaczyły szare mury miasta, wzniesione wysoko na skale, opadającej stromo w spienioną wodę. Cieszyli się, że dotarli do Stolicy w tak krótkim czasie.

Jak się znaleźli na morzu? Kilka dni temu obudzili się w domu, w którym mieli przedziwne sny – ich ciała były wypoczęte, a głowy pełne wigoru. W wiosce opodal szczęśliwym trafem wypatrzyli łodzie. Jedną z nich udało się wynająć za dwie sztuki złota – schowane razem z innymi monetami w sakwie.

***

Stolica była twierdzą, której jeszcze nikomu nie udało się zdobyć. Wznosiła się na najwyższych górach, wyrzuconych jak gdyby z długiego pasma i osadzonych daleko w morzu. Wejście do fortecy było strzeżone nie tylko przez żołnierzy, lecz również przez siły przyrody. W szaroczarnym masywie natura wydrążyła tunel, który mógł pomieścić w sobie nawet największe statki. Po zidentyfikowaniu jednostki pływającej żelazne wrota podnosiły się z wolna, by wpuścić w swą gardziel przybyszów. U końca skalnego korytarza znajdowały się kolejne podnoszone bramy. Po ich przebyciu wypływało się na rozległe jezioro, położone w środku miasta. Przy jego brzegach usytuowany był port. Dopiero po przycumowaniu statku i zejściu na ląd przybywało się do Stolicy.

Anatomia zdrady

Władca Królestwa Wapauty był wybierany przez lud. Urząd swój pełnił dożywotnio. Współrządził wraz z przedstawicielami społeczeństwa – posłami zasiadającymi w Parlamencie Wapauty. Ostatnie lata parlamentarzyści poświęcili na uchwalenie Nowego Prawa, które miało dawać członkom narodu różne przywileje oraz nakładać na niektóre grupy pewne ograniczenia. Jedno prawo dla wszystkich zrównywało społeczne stany – nie pod względem majętności, ale pod względem równości wszystkich obywateli Królestwa wobec tegoż prawa.

Jak można się domyślić, wśród ludu znaleźli się tacy, którym zupełnie się to nie podobało. W większości byli to lancharci – najbogatsi ludzie w Królestwie Wapauty, a także ich akolici, którzy bezkrytycznie podążali za lanchartami i ich pieniędzmi.

Lancharci za nic w świecie nie chcieli oddać swoich przywilejów albo dzielić się nimi. Za garstkę uciech i skrzynie złota sprzedaliby wszystko bez skrupułów – nie tylko obcym władcom, ale nawet bogatym rodzinom, pochodzącym z obcych królestw. Woleli zostać ich namiestnikami na wapautańskiej ziemi niż poddanymi swej ojczyzny – postrzegali ją jako przeszkodę na drodze do nieograniczonej władzy. Spowalniali czynności parlamentarzystów i przeszkadzali, jak mogli, w uchwaleniu Nowego Prawa. Nie udało im się jednak przerwać prac parlamentu, ponieważ większość wapautańskiego narodu była trzeźwo myśląca i, w gruncie rzeczy, szlachetna. Chciała ratować Królestwo, popadające z wolna w ruinę przez dotychczasowe rządy lanchartów.

Królowa Angahostra, wybrana przez lud, podobnie jak inni władcy przed nią, zdawała się przychylna tej części narodu, która chciała ratować Królestwo. Zgodziła się na Nowe Prawo i uroczyście je podpisała.

Niedługo po tych wydarzeniach Vinhollingowie, mieszkający na wschód od Wapauty, oraz Lenkerowie – mieszkający poza zachodnimi granicami – wysłali swe wojska na teren Królestwa Wapauty. Wykorzystali czas, by w swym mniemaniu, raz na zawsze skończyć z państwowością Wapautan, a przy okazji – przejąć ich ziemię. Bardzo im w tym pomogli zbuntowani lancharci Królowej Angahostry.

***

– Proszę przybyłych o powstanie. Nadchodzi Jaśnie Nam Panująca Królowa Angahostra, Władczyni Królestwa Wapauty – zapowiedział Mistrz Ceremonii i Audiencji, Reatnan Jastrzębiooki.

Frijen i towarzysze jej podróży wraz z innymi uczestnikami audiencji powstali w ukłonie. Piękne, białe, złocone i wysokie wrota Sali Tronowej otworzyły się cicho i ukazały majestat Jej Królewskiej Mości – Królowej Angahostry. Była niezwykłą, jasnowłosą i niebieskooką kobietą o delikatnych rysach twarzy i drobnej budowie ciała. Wzbudzała powszechny podziw i szacunek.

Królowa przeszła przez Salę Tronową w kierunku tronu. Nikt nie odważył się podnieść głowy, gdy władczyni przechodziła obok. Gdy już usiadła na tronie, a Mistrz Ceremonii i Audiencji przemówił, pozwalając uczestnikom zgromadzenia spocząć, jej poddani zajęli miejsca na krzesłach, ustawionych rzędami, jak w teatrze. Frijen nie mogła się napatrzeć na piękno Angahostry i otaczającego ją przepychu. Suknia królowej była beżowa i połyskiwała w blasku dnia, jakby przysypano ją złoconym pyłem. Szeroka, wielowarstwowa spódnica usiana była gęsto różami, wykonanymi ze złotej tkaniny.

– Kolejność dzisiejszej audiencji została ustalona tuż przed nią – powiedział Reatnan Jastrzębiooki. – Mamy dzisiaj wielu gości, Wasza Wysokość.

Królowa Angahostra skinęła głową na znak akceptacji.

– Poprowadź ceremonię, Mistrzu Reatnan – powiedziała wyniośle.

– Jako pierwsi przemówią posłowie Króla Vinhollingów, Petrałta II. Prosimy. Królowa Angahostra was oczekuje – zapowiedział posłów Reatnan.

Z końca sali nadeszło dwóch posłów vinhollińskich, ubranych w bogate stroje, złocone na ramionach, plecach i na piersiach. Ich kapelusze miały złote opaski, za które zatknięto pozłacane pióra. Stroje olśniewały wyszukanymi koronkami, ozdabiającymi koszule. Na całość nałożone były aksamitne peleryny, połyskujące blaskiem za każdym ruchem posłów. Nieśli oni przed sobą wielkie, złote dzbany.

Za posłami kroczył mały, szary, wystraszony osiołek przybrany w złocony czaprak haftowany połyskującą nicią. Założono mu pozłacaną uprząż, którą przywiązano do sporych rozmiarów wozu. Ten turlający się po marmurowej podłodze kolos wykonany był ze złota i drewna. Jego wnętrze aż kipiało bogactwem wypełniającym go po brzegi. Złote przedmioty piętrzyły się obok obrazów w złotych ramach, pomiędzy nimi lśniły klejnoty i przesypywały się błyszczące monety.

Zebrani w sali Tronowej goście patrzyli na ten przedziwny orszak z niedowierzaniem. Największe zdziwienie malowało się na twarzach Frijen i jej towarzyszy, którzy przed kilkoma dniami widzieli odmienne, przerażające obrazy, w niczym nieprzypominające dzisiejszej asysty.

Gdy posłowie królestwa Vinhollingów dotarli do tronu, pokłonili się Królowej Angahostrze. Pióra na ich kapeluszach zamiotły podłogę przed ich stopami.

– Najzacniejsza, najpiękniejsza i najmądrzejsza Królowo Wapauty, władczyni naszych ukochanych sąsiadów Wapautan, bądź pozdrowiona, o Pani! – przemówił poseł stojący po prawej stronie, patrząc z perspektywy zgromadzonych w sali.

Królowa skinęła głową.

– Przybywamy z poselstwem od naszego najzacniejszego i najpotężniejszego Króla Petrałta II. Wasza Królewska Mość wie z pewnością, jakim szacunkiem i zaufaniem darzy Cię, o Pani, nasz Król – powiedział tym razem poseł znajdujący się z lewej strony. – Przesyła Ci on, Królowo, te oto dary na znak wiecznej przyjaźni pomiędzy naszymi narodami.

Posłowie zgodnie przechylili dzbany w dół i obsypali podest tronu złotymi monetami. Następnie rozstąpili się. Wzięli za uzdę osiołka. Powoli i z majestatem przeprowadzili wóz z darami przed obliczem Królowej. Oczy wszystkich spoczęły na skarbach połyskujących w świetle dnia, wysypujących się z wozu deszczem złota przy powolnym, hipnotyzującym obrocie kół.

– Racz, o Pani, przyjąć te skromne dary, wraz ze zwierzęciem najszlachetniejszej rasy, które może żyć tak długo, jak żyje człowiek. Kiedy przywiąże się do swego właściciela, żyje tak długo, jak on, a później umiera wraz z nim.

– Jak nazywa się to zwierzę? – spytała zaciekawiona Królowa.

– Nie ma jeszcze imienia – odparł poseł po prawej stronie. – Nasz Król, najhojniejszy z władców, nie chciał decydować za Waszą Królewską Mość. Przybywamy, Wasza Wysokość, Najjaśniejsza Gwiazdo na niebie Wapauty, jeszcze z jedną sprawą – dodał poseł. – Otóż Miłościwie Nam Panujący, Petrałt II, przygotowuje w swojej przeogromnej szczodrości wielkie przyjęcie, które będzie trwało dokładnie dwa tygodnie i dwa dni. Aż dziewięć dni w przepychu, wypełnionym tańcami, muzyką i rycerskimi śpiewanymi eposami oraz najsmaczniejszymi biesiadnymi potrawami, trunkami czy też innymi rozkoszami królewskiego stołu – a wszystko po to, by ugościć Królową Najmilszej i Niepodległej Wapauty, jaśniejącej jako brylant na mapie Świata. Władca Vinhollingów byłby zatem zaszczycony, gdybyś, o Najzacniejsza Pani, zgodziła się przyjąć zaproszenie na ten wielki bal, który chce zadedykować Waszej Wysokości. Ku chwale wielkiej przyjaźni wapautańsko – vinhollińskiej i naszego świętego przymierza, które trwać będzie, jak gwiazdy na niebie, póki światy istnieją.

Frijen zauważyła przez mgnienie oka, że Królowa była poruszona tym wszystkim, co przed chwilą się wydarzyło. Cień grymasu, który mógł oznaczać zadowolenie, zarysował się na jej pięknej, nieskazitelnie gładkiej twarzy. Natychmiast jednak przybrała na powrót nieprzeniknioną minę. Odezwała się krótko:

– Podziękujcie swemu Królowi za te dary. Odpowiedź dostaniecie jutro.

Posłowie Vinhollingów skłonili się nisko, jak poprzednio zamiatając podłogę złoconymi piórami z kapelusza, a następnie, nie odwracając głów od oblicza władczyni, udali się ku wyjściu z Sali Tronowej.

– Czy coś jeszcze? – Królowa zwróciła się do Mistrza Reatnana.

– Tak, Pani. Mamy dzisiaj jeszcze jedno poselstwo – z kraju Lenkerów – odparł Reatnan Jastrzębiooki i pokłonił się Królowej Angahostrze.

– Dobrze. Przyjmę i tych posłów – odpowiedziała Królowa.

– Oto, Królowo, posłowie Królowej Lenkerów, Marderungi IV. Prosimy. Królowa was oczekuje.

Przez złocone wrota Sali Tronowej weszło dwóch wysokich mężczyzn, przedziwnie ubranych. Ich stroje były całe czarne. Czarne kaftany i spodnie, a na wierzchu ciężkie peleryny z czarnej skóry, podszytej futrem z czarnych niedźwiedzi. Kiedy przechodzili przez Salę Tronową, zdawało się, że wiał od nich polarny chłód, który przyprawiał Frijen o dreszcze. Za ubranymi na czarno posłami toczył się wóz cały ze srebra. Wypełniony był po brzegi drogocennymi kamieniami i złotymi dukatami. Wóz poruszał się sam, napędzany jakimś niespotykanym mechanizmem, który budził ciekawość wszystkich zgromadzonych.

Gdy posłowie zatrzymali się przed Królową Angahostrą, zdjęli z głów swe czarne kapelusze, skłonili się do samej ziemi w zsynchronizowanym ruchu. W sali zapanowała cisza. Poseł z prawej strony odezwał się pierwszy.

– Królowo Wapauty, najmądrzejsza z mądrych, która swym oświeceniem przewyższasz gwiazdy na niebie. Nasza Pani, Królowa Marderunga IV, przysyła Ci w darze wóz, który może sam jechać, jeśli nakręci się jego mechanizm.

Posłowie rozstąpili się, klasnęli w dłonie i samojezdna kolasa przejechała w pobliże tronu. Po powtórnym klaśnięciu zatrzymała się cicho, powoli wytracając prędkość.

– O Pani! – odezwał się poseł po lewej stronie. – Wewnątrz znajdziesz dary od Naszej Królowej i jej narodu dla Waszej Królewskiej Mości, aby wzmocnić przyjaźń pomiędzy Wapautanami i Lenkerami.

– Królowo Wapautan – dodał poseł, który stał po prawej stronie. – Zachowaj ten mechaniczny pojazd, w którym przywieźliśmy dary. Dzięki wynalazkom naszych znamienitych naukowców może się on poruszać bez potrzeby zaprzęgania doń zwierząt. Królowa Marderunga IV także zaprasza Cię, Pani, na wielki bal do stolicy Lenkerii. Królowa wyda go na cześć Waszej Królewskiej Mości – Królowej Wapauty, w czasie zimowych długich nocy. Bal będzie trwał dwa tygodnie i pięć dni.

I po tych słowach zdawało się Frijen, że na twarzy Królowej Angahostry pojawiła się ekscytacja, po czym władczyni przybrała na powrót nieprzeniknioną minę.

– Podziękujcie swej Królowej za te dary. Jutro dostaniecie odpowiedź – rzekła Królowa Angahostra. Najwyraźniej chciała już zakończyć audiencję. Mistrz Reatnan jednak powstrzymał Królową słowami:

– Pani. Na rozmowę z Tobą czekają jeszcze Twoi poddani, wysłannicy Księstwa Wschodniego i Księstwa Dytlibertii.

– Oczywiście, przyjmę także Wapautan. Z czym przybywają? – zdobyła się na pytanie Królowa bez emocji, skrywając znudzenie.

Nareszcie nadeszła ta chwila, czas, na który Frijen czekała od początku podróży. Wstała z widowni, podeszła do tronu i skłoniła się nisko Królowej Angahostrze.

– Pani, Królowo naszego potężnego ludu. Przybywam z Księstwa Wschodniego, aby zawiadomić Waszą Królewską Mość, że na granicy Królestwa Wapauty mają miejsce groźne i zatrważające wydarzenia, które wywołują popłoch pośród społeczności.

– Cóż takiego może się tam dziać? – z niedowierzaniem zapytała Królowa.

– Wojska Vinhollingów plądrują okoliczne wsie i porywają mieszkańców – odparła Frijen. – Vinhollingowie przejęli kopalnię soli w Górach Sodowych i wywożą stamtąd urobek dniami i nocami. Niejedne zabudowania gospodarskie spłonęły w wyniku napaści.

Na Sali Tronowej zapanowało poruszenie, gdy wybrzmiały słowa Frijen.

– Nie wydaje mi się, aby to była prawda – odparła Królowa Angahostra najwyraźniej zniecierpliwiona. – Vinhollingowie i Król Petrałt II są naszymi sąsiadami, z którymi żyjemy w wielkiej przyjaźni – dodała, z naciskiem na dwa ostatnie słowa.

– Królowo, przybyli ze mną świadkowie, którzy mogą opowiedzieć Waszej Królewskiej Mości szczegóły – pośpieszyła z wyjaśnieniami Frijen.

– Wysłucham ich jutro – odparła chłodno Królowa Angahostra. – Dzisiaj jeszcze przyjmę mieszkańców Księstwa Dytlibertii.

Frijen poczuła się nieswojo. Zupełnie zdezorientowana tym, co wydarzyło się w Sali Tronowej przez ostatnie godziny, skłoniła się Królowej, po czym wycofała na swoje miejsce pośród innych uczestników audiencji. Nie był to jednak koniec zaskakujących sytuacji. Gdy Mistrz Reatnan zapowiedział wysłanników z Księstwa Dytlibertii, przed tronem pojawił się mężczyzna, który przyśnił się jej podczas podróży – w tamtym dziwnym, skrytym pod śniegiem domu, jaki posłużył za nocleg w drodze do Stolicy.

– Królowo Angahostro, ja także nie mam dobrych wieści – zaczął mężczyzna. Frijen poczuła w sercu, jakby znała go od tysiącleci, choć widziała go po raz pierwszy w życiu. – Na zachodniej granicy Wapauty również dochodzi do rabunków i podpaleń. Lenkerowie wywożą zapasy siana, zgromadzone w Wielkich Stodołach Księstwa Dytlibertii. Zniknęły też zapasy zboża, jakie zebrane były w silosach pod Młynem Górskim. Lenkerowie sieją pośród ludu grozę i przerażenie.

– Zapewne rzeczy, o których mówicie, to prywatne wojenki miejscowych lanchartów. Nie wydaje mi się, by była to prawda – z uporem powtórzyła Królowa Angahostra. – Lenkerowie są naszymi przyjaciółmi. Ich bogactwo jest znane w całym Północnym Świecie. Nie mają potrzeby kraść naszych plonów, ponieważ swoich mają pod dostatkiem – o czym, zresztą, wszyscy wiedzą.

Rycerz, bardzo dumny i odważny pułkownik królewskiego wojska, wysłannik Księstwa Dytlibertii, poczuł się znieważony słowami Królowej. Nie mógł zrozumieć, dlaczego władczyni jego kraju zarzuca mu kłamstwo czy niedopatrzenie.

– Pani! I ja mam świadków na potwierdzenie mych słów – dodał jeszcze, mając nikłą nadzieję, że Królowa zechce ich wysłuchać.

– Nie. Dzisiaj już koniec audiencji. Niech przyjdą jutro – odparła sucho Królowa.

– Pani, może jednak wysłuchasz świadków – nieśmiało wtrącił Mistrz Reatnan. – Przebyli długą drogę, by zawiadomić Jej Królewską Mość o wydarzeniach w Królestwie.

– Niech wypoczną zatem do jutra, na pewno są zmęczeni. Jutro ich wysłuchamy. A dzisiaj także musimy udać się na odpoczynek. Wieczorem wyprawiamy ucztę na cześć posłów naszych sąsiadów Lenkerów i Vinhollingów, czyżbyś zapomniał Reatnanie? – Królowa wstała z tronu z miną niepozwalającą na żaden sprzeciw; szelest sukni zagłuszył ostatnie słowa Reatnana. – Audiencja skończona – dodała i opuściła majestatycznym krokiem Salę Tronową.

Gdy poddani powstali już z ukłonu, w ich głowach jak echo odbijało się oszołomienie, pomieszane z niezrozumieniem. Każdy bał się powiedzieć choćby słowo. Oto na ich oczach zdarzyło się coś, czego nikt nie spodziewał się zobaczyć ani usłyszeć. Był to jednak dopiero początek wydarzeń, które miały doprowadzić do całkowitego upadku dotychczasowego porządku.

Frijen była tak poruszona słowami rycerza oraz jego opowieścią o zdarzeniach w Księstwie Dytlibertii, że zapomniała nawet o swoim śnie. Kiedy Królowa Angahostra zakończyła audiencję i wyszła, przyszedł czas na przeanalizowanie sytuacji. Poza wiedzą i świadomością większości Wapautan toczyła się najwyraźniej jakaś gra, która miała wyrządzić krzywdę nie tylko im samym, ale również ojczyźnie.

Jaką rolę odgrywała w tym wszystkim Królowa Angahostra? Wydawała się popierać postęp, podpisała Nowe Prawo, chciała uzdrowić anormalne relacje między lanchartami i resztą społeczeństwa. Jak mogła jednak myśleć o przyjęciach i błyskotkach, kiedy płonęły granice jej własnego Królestwa, któremu przysięgała obronę i służbę?ROZDZIAŁ III Ucieczka

Nazajutrz, zgodnie z życzeniem Władczyni, wszyscy wysłannicy z Księstwa Wschodniego i Księstwa Dytlibertii udali się na kolejną audiencję u Królowej. Jakież było zdziwienie Frijen i Rycerza z Dytlibertii, gdy usłyszeli, co mają do powiedzenia ich świadkowie. Ani jedni, ani drudzy nie potwierdzili słów dowódców swych wypraw. W ich relacjach pojawiły się rozbieżności i nowe tropy prowadzące do sprawców brutalnych wydarzeń na granicach Królestwa. Zaskakująco jednomyślni, wydukali, iż mogli pomylić żołnierzy obcych państw z łobuzerią miejscowych lanchartów. Nie potwierdzili też faktu zaginięć Wapautan, zamieszkałych w Księstwie Wschodnim. W oczach poddanych, zgromadzonych w Sali Tronowej, Frijen i Rycerz wyszli na kłamców, którzy sieją wśród narodu niepokój.

– Radzę wam powstrzymać się z waszymi opowieściami, które wydają się wysnute z palca – rzekła Królowa Angahostra do Frijen i do Rycerza z Dytlibertii. – Możecie narazić nasze państwo na wojnę z sąsiadami.

– Pani, dlaczego nie chcesz nas wysłuchać? – nieśmiało zapytała Frijen.

– Tak, Wasza Wysokość ma rację. Skoro wszystko się wyjaśniło, nie powinniśmy nad tym dłużej rozprawiać – dodał pospiesznie Rycerz. – Przepraszamy za zajęcie Jej Królewskiej Mości cennego czasu.

Rycerz ujął Frijen za łokieć, zmuszając ją do ukłonu.

– Czy możemy odejść? – zapytał Rycerz, pozostając w ukłonie.

– Tak, możecie się oddalić. Pamiętajcie, by nie rozgłaszać więcej waszych wątpliwych relacji wśród ludu – odparła Królowa.

– Tak jest, Pani. Bądź pozdrowiona – Rycerz ukłonił się jeszcze raz i wciąż trzymając Frijen za łokieć, wycofał się z nią do wyjścia z Sali Tronowej.

Kiedy znaleźli się sami, Frijen nie mogła ukryć swego oburzenia.

– Cóż robisz, Panie strachliwy rycerzu? – zapytała z wyrzutem, wyrywając swój łokieć z mocnego uścisku.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij