-
nowość
-
promocja
Wyloguj się - ebook
Wyloguj się - ebook
Oliwia jest małą influencerką związaną ze światem gier. Jej streamy przyciągają niewielką, ale wierną widownię. Nie zraża się brakiem wielkich zasięgów, bo robi to przede wszystkim z pasji i dla czystej przyjemności.
Wszystko się zmienia, gdy pewnego dnia poznaje chłopaka o ksywce Neon – gwiazdę internetu i członka popularnego trio youtuberów. Ich relacja rozwija się szybko, a wraz z nią zaczyna rosnąć obecność Oliwii w sieci. Dzięki nowemu partnerowi zdobywa coraz większą rozpoznawalność, wyższe dochody i szanse, o których wcześniej mogła tylko śnić.
Jednak rzeczywistość nie zawsze wygląda tak jak na ekranie. To, co miało być spełnieniem marzeń, zaczyna odsłaniać swoją drugą twarz. Gdy Oliwia klika „Wyloguj się”, uruchamia lawinę wydarzeń, której nie da się zatrzymać.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68837-01-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Drogi czytelniku, w trosce o Ciebie informuję, że w książce pojawiają się wątki takie jak: zaburzenia odżywiania, przemoc seksualna, przemoc psychiczna, przemoc fizyczna, manipulacje, próba samobójcza, sceny intymne, niecenzuralne słownictwo, używki, toksyczne zachowania, agorafobia, ataki paniki. Wymienione motywy mogą być nieodpowiednie dla osób wrażliwych bądź tych, które przeżyły traumę. Zalecam ostrożność przy lekturze.
Na końcu książki znajduje się słownik, w którym wyjaśniłam pojęcia związane z internetem i gamingiem.Rozdział 1
Luty 2023
Sprawdziłam kamerkę. Upewniłam się, że widać w niej twarz oraz czarną ścianę za mną, pokrytą tanią pianką wyciszającą, którą kupiłam jakiś czas temu. Szczerze mówiąc, przy obecnym zasięgu niepotrzebne były takie udogodnienia, ale skusiłam się promocją podczas Black Friday. Uznałam też, że zachowam się w porządku, jeśli otrzymane ostatnio wpłaty od widzów wykorzystam na coś związanego ze streamowaniem. Podobne podejście miałam do mikrofonu i kamerki – wymieniłam je już drugi raz w tym roku.
Właściwie wszystko, co udało mi się zarobić, wydawałam na nowy sprzęt. Chciałam w ten sposób choć odrobinę zbliżyć się do poziomu, jaki prezentowali znacznie więksi twórcy na Twitchu. Miałam nadzieję, że dzięki temu zachęcę kilka dodatkowych osób do tego, by mnie zaobserwowały, bowiem moim małym marzeniem było utrzymywanie się z działalności w internecie.
Zalogowałam się na konto o nazwie „LivGames”, czyli bezpośrednim nawiązaniu do imienia – Oliwia, oraz rodzaju kontentu, jakim się zajmowałam – gry. Mało to odkrywcze, ale w wieku szesnastu lat, gdy próbowałam po raz pierwszy rozpocząć internetową karierę, nie miałam lepszego pomysłu. I tak już zostało.
Wtedy wielki plan zostania streamerką skończył się tak szybko, jak się zaczął. Mama zachorowała, a że od zawsze byłyśmy tylko we dwie, to wszystkie swoje siły musiałam przeznaczyć na opiekę nad nią.
Nie. „Musiałam” to złe słowo. Chciałam dać z siebie jak najwięcej, zadbać o rodzinę. Ledwo udało mi się skończyć szkołę z powodu bardzo niskiej frekwencji, ale zarówno nauczyciele, jak i dyrekcja wykazali się ogromną wyrozumiałością – szczególnie wtedy, gdy białaczka zabrała mamę na drugą stronę.
Od tamtego czasu minęło dziewięć lat, więc wspomnienie matki nie bolało już tak bardzo, ale do dziś nie lubiłam o tym rozmawiać i mało kto wiedział coś więcej o mojej przeszłości. Zaraz po jej śmierci sprzedałam nasze wspólne mieszkanie, porzuciłam ówczesne życie i przeprowadziłam się z Rybnika do Warszawy, miasta wielkich możliwości, gdzie miałam zacząć od nowa i spełnić nastoletnie marzenia.
Cóż, moje możliwości okazały się kończyć na szesnastu osobach, które pojawiły się na streamie po to, by obserwować, jak gram.
– Dziękuję za sto Bitsów, Lolusia234! – zwróciłam się do jednej z widzek, która postanowiła wpłacić trochę pieniędzy w postaci specyficznej na platformie waluty, a jednocześnie zadać mi pytanie. – Pracuję w Auchanie. Rano, przed otwarciem sklepu, przyjeżdżam wyłożyć produkty na półki, czasem pozmieniać ceny. Całkiem przyjemna robota, polecam – odpowiedziałam, ponieważ oglądającą mnie osobę ciekawiło, co robię poza karierą internetową.
Nie podeszłam do egzaminów końcowych, więc nie miałam wielkich możliwości znalezienia pracy. Niby mówi się, że szkoła nie uczy rzeczy przydatnych i nie każdy musi mieć maturę, ale jakoś trudność sprawiło mi zatrudnienie się w zawodzie, który nie był ściśle powiązany z pracą fizyczną. Na szczęście wożenie jogurtów na palecie nie wymagało wiele siły, więc nie mogłam narzekać. Dodatkowo nie wracałam do domu wykończona, dlatego codziennie od południa do wieczora streamowałam i poświęcałam się swojemu hobby, jakie stanowiły gry komputerowe.
– O, o! Mamy go! Mamy go! Chodź tu, gnoju! – zareagowałam ekspresyjnie, gdy udało mi się dopaść do przeciwnika i pożreć go z pomocą specjalnej umiejętności.
Grę „League of Legends” oglądano najchętniej, dlatego spędzałam w niej najwięcej czasu. Grałam jako Cho'Gath na pozycji supportu. Nie był to popularny wybór, dzięki czemu zwykle udawało mi się utrzymać uwagę trzydziestu osób, które albo zaciekawiły się moją rozgrywką, albo przyszły napisać „co za gówno” bądź „jak baba, to do garów”.
Witamy w internecie. Nie przejmowałam się tym zbytnio, szczególnie że wyświetlenie się takiego komentarza na głównym ekranie wymagało wpłacenia pieniędzy – zarabiałam zarówno na tych miłych, jak i wrednych donejtach.
– Mamy to, moi drodzy! Platyna! – zawołałam z zachwytem, widząc, jak po informacji o wygranym meczu pojawia się ta o przejściu do wyższej rangi. Cały tydzień walczyłam, by awansować, toteż odczuwałam ogromną satysfakcję. – Jestem wykończona – dodałam i otarłam z czoła niewidzialne kropelki potu. Sięgnęłam po butelkę wody, z której upiłam kilka łyków.
Odczytałam najnowsze wiadomości na czacie.
– Tak, jutro będziemy ogrywać nowy dodatek do Simsów. Muszę chwilę odpocząć od LoL-a. Może ewentualnie na koniec zagramy jedną nierankingową, ale zobaczymy – odpowiedziałam, uśmiechając się do kamery. Zignorowałam komentarz: „pokaż cycki” i wykonałam kilka kliknięć myszką, by zablokować osobę, która przyszła tylko po to, by zaćmić wszystkich swoją wysoką inteligencją i elokwencją.
Wiedziałam, że jest wiele dziewczyn, które używają swoich atutów do tego, by mieć więcej widzów, ale ja zdecydowanie nie zachowywałam się jak jedna z nich, chociaż mogłam nieskromnie przyznać, że byłam ładna – a przynajmniej tak zwykle twierdziły osoby w moim otoczeniu.
Zerknęłam krótko na obraz z kamerki, jaki widzieli moi obserwatorzy. Przedstawiał on kobietę o twarzy w kształcie serca, naturalnie pełnych wargach i drobnym nosie. Na ramionach opierały się brązowe, kręcone włosy, które współgrały z bardzo jasnymi, błękitnymi oczami. Nic we mnie specjalnego, lecz pewność siebie połączona z byciem zadbaną i ubraną adekwatnie do figury gruszki sprawiała, że na brak zainteresowania ze strony mężczyzn nigdy nie mogłam narzekać. Rzadko płaciłam za swoje drinki.
Drinki! Spojrzałam na zegar w komputerze, orientując się, że pół godziny temu powinnam już przerwać stream, ale byłam tak zawzięta, by zdobyć wyższą rangę, że zupełnie o tym zapomniałam. Sięgnęłam po telefon i zauważyłam powiadomienia o pięciu nieodebranych połączeniach. Wiedziałam już, że mam przesrane.
– Dobrze, moi drodzy. Kończymy na dzisiaj. Liczę, że spotkamy się jutro! Do zobaczenia, buziaki! – pożegnałam się.
Zatrzymałam udostępnianie ekranu i kamerki. Ustawiłam wszystko tak, by moje konto odsyłało do streamu jednego z chłopaków, którzy czasem grali wraz ze mną – dzięki temu nawzajem podbijaliśmy sobie zasięgi, których żadne z nas prawie nie miało.
Nie to jednak najważniejsze – po prostu lubiliśmy razem pograć, odkąd poznaliśmy się w grze i odkryliśmy, że wszyscy zajmujemy się streamowaniem. Poza tym nic o sobie nie wiedzieliśmy, bo nie mieliśmy żadnego prywatnego kontaktu. Nieszczególnie starałam się docierać do innych twórców, choć wielu z nich mieszkało w tym samym mieście co ja.
Zamiast tego wolny czas, a szczególnie piątkowe wieczory, spędzałam z Gosią – przyjaciółką, którą poznałam w pracy. Byłyśmy w tym samym wieku, a ona również pochodziła z małego miasta i przeniosła się do Warszawy kilka lat temu. W przeciwieństwie do mnie przyjechała na studia dziennikarskie. Skończyła je rok temu i obecnie pracowała jako fotograf w dużej gazecie, w związku z czym rzadko miała dla mnie czas. Dlatego obie bardzo ceniłyśmy sobie wspólne wypady… choć o tym jednym zupełnie zapomniałam!
Gdy przyjaciółka zadzwoniła po raz kolejny, odebrałam natychmiast:
– Ja wiem! Przepraszam! – zawołałam od razu do słuchawki, nie dając jej możliwości zacząć rozmowy.
– Po pierwsze, gratuluję nowej rangi – odparła, sugerując, że oglądała transmisję. Zapewne sprawdzała w ten sposób, kiedy skończę i zerknę na komórkę. – Po drugie, czekam na dole od kwadransa i zaraz mi odmarznie dupa, więc czy możesz się pośpieszyć? – dodała, ale nie musiała tego mówić, ponieważ w tamtym momencie już biegałam po pokoju, przebierając się w coś bardziej imprezowego.
Na szczęście pomalowałam się wcześniej, więc po zaledwie dziesięciu minutach zjechałam windą na dół, ubrana w klasyczną małą czarną, na którą narzuciłam szary płaszcz. Na nogach miałam czerwone botki na szpilce, a na głowie czapkę z pomponem w dokładnie tym samem kolorze.
– Przepraszam – rzuciłam od razu, ale Gośka uśmiechała się jedynie. Zupełnie się nie gniewała.
Zawsze tak podchodziła do życia, niezwykle wyrozumiale. Przymykała oko na każde moje spóźnienie na umówione spotkanie, a gdy jeszcze pracowałyśmy razem, to bardzo często kryła mnie przed szefem. Miałam okropną tendencję do mylenia godzin i zapominania o tym, że powinnam się gdzieś pojawić. Walczyłam z tym od lat, ale chyba jedyną rzeczą, której rozpoczęcia potrafiłam dopilnować, były streamy. Nic dziwnego, skoro to moja wielka pasja.
Jedna z dwóch. Druga to karaoke i to właśnie tam planowałyśmy się wybrać, dlatego towarzysząca mi rudowłosa dziewczyna również się wystroiła, choć ona postawiła na srebrny, błyszczący kombinezon, który od razu rozpoznałam, mimo że większość zakryła zimową kurtką.
Gdy przyjaciółka gratulowała mi raz jeszcze osiągnięcia sukcesu, którego tak naprawdę zupełnie nie rozumiała, lecz mój entuzjazm wystarczył jej, by pojąć, że platyna w LoL-u miała dla mnie ogromną wagę, kierowałyśmy się w stronę metra. Z jego pomocą dostanie się na drugi koniec miasta było najszybsze, a zimowy wiatr zdecydowanie nie zachęcał do dłuższych przechadzek. Nienawidziłam tej pory roku, a już szczególnie gdy minął czas świąteczny, sylwestrowy i pozostał tylko chłód, a na dworze wyjątkowo szybko robiło się ciemno i zamknięto już jarmark, gdzie mogłybyśmy się zatrzymać po grzańca za szalone pieniądze, które i tak człowiek z chęcią wydawał, by kubkiem ogrzać skostniałe palce.
W centrum miasta miałyśmy swój ulubiony klub – nazywał się „Irlandia”. To właśnie tutaj raz na dwa tygodnie organizowano imprezy karaoke. Prowadził ją wyjątkowy i nasz ulubiony DJ – przesympatyczny mężczyzna, dla którego muzyka stanowiła największą pasję. Nie tylko włączał innym utwory, ale też sam śpiewał, a nawet tworzył podkłady niemożliwe do znalezienia w internecie. Dzięki temu mogłyśmy wykonać dosłownie każdą piosenkę. Miałyśmy z Małgosią przećwiczone kilka duetów, nie tylko ze sobą, lecz także z DJ-em.
Wystrój tego miejsca był bardzo silnie związany z nazwą. Na szybach naklejono wielkie, czterolistne koniczyny. W środku znajdowało się trochę zieleni, ale przede wszystkim brąz pochodzący od ciemnego drewna, z którego wykonano stoły, bar, a nawet podłogę. Światło dawały wiszące lampy w kształcie kloszy z mlecznego szkła. W tym lokalu bawili się ludzie w różnym wieku. Większość z nich znałyśmy, toteż idąc do zarezerwowanego wcześniej stolika, zaraz przy stanowisku do karaoke, przywitałyśmy się zarówno z pijącymi piwo mężczyznami przy barze, jak i barmankami.
Przy jednej z nich Gosia przystanęła, by wziąć dla nas napoje. Ja tymczasem pokierowałam się do stolika, mając nadzieję, że rezerwacja nie przepadła przez nasze spóźnienie. Zbliżając się, dostrzegłam, że na blacie nadal znajduje się kartka: „Rezerwacja 18:30”, ale i tak ktoś postanowił przy nim usiąść. Początkowo uznałam, że nie będę się odzywać, tylko po prostu dam tej osobie do zrozumienia, że powinna sobie pójść. Stanęłam ostentacyjnie obok i ściągnęłam płaszcz, po czym powiesiłam go na wieszaku zaraz przy stoliku przytwierdzonym do jednego z drewnianych filarów. Do rękawa wcisnęłam szalik, odsłaniając swój seksowny strój, zupełnie inny od bluzy dresowej, w której jeszcze godzinę temu prowadziłam stream.
Moje działanie w żaden sposób nie wpłynęło na mężczyznę – nadal jak gdyby nigdy nic wpatrywał się w ekran, na którym pojawiał się tekst właśnie lecącej piosenki, śpiewanej przez DJ-a. Przyjrzałam mu się uważniej. Zastanawiałam się, czy może nie poznałam go już wcześniej, tylko po prostu zapomniałam. Miał włosy w kolorze ciemnego blondu i krótką, zadbaną brodę. Koszulka na grubych ramiączkach odkrywała ręce pokryte tatuażami od nadgarstka aż po samo ramię. Przedstawiały przeróżne wzory – dostrzegłam wśród nich kilka motywów z filmów i gier, ale też wkomponowane w całą tę otoczkę daty. Musiałam przyznać jedno, bardzo kręciły mnie tatuaże i sama ich obecność sprawiła, że odbierałam nieznajomego jako kogoś bardzo atrakcyjnego. Byłam w stanie nawet zignorować zarost, za którym nie przepadałam.
Gdy organizator imprezy skończył śpiewać piosenkę, podeszłam do niego, by uścisnąć na powitanie. Uśmiechał się szeroko.
– Cześć. Zapisać ci to, co zwykle? – zapytał, choć to tylko formalność, bo zawsze wykonywałam na początku ten sam numer.
„Lalka” od Ewy Farnej stanowiła świetny sposób na rozśpiewanie, by kilka piosenek później móc przejść do czegoś trudniejszego, jak „Rolling in the Deep” od Adele. Mój repertuar trudno nazwać szerokim, ale za to był bardzo dopracowany, ponieważ namiętnie ćwiczyłam każdy z tych utworów pod prysznicem i podczas gotowania.
– Pewnie. Gośce też możesz – zasugerowałam, odwracając się przez ramię i zerkając za przyjaciółką, która utknęła w kolejce, lecz stała przed nią już tylko jedna osoba, więc lada moment powinna pojawić się obok.
– Przedstawię ci kogoś – zaczął nagle Olo, ponieważ tak nazywał się DJ.
Szybko zawołał jedną z zapisanych dziewczyn i przekazał jej mikrofon, pozwalając, by ta wykonała wraz ze swoim partnerem utwór „Dumka na dwa serca”, a w międzyczasie razem ze mną podszedł do zarezerwowanego stolika. Od razu domyśliłam się, że wspomnianym „kimś” był siedzący tam chłopak, który w końcu zwrócił uwagę na coś więcej niż ekran.
– To jest Janek, mój dobry znajomy.
Przy tych słowach rzeczony Jan wstał z miejsca i podszedł bliżej. Wystawił do mnie rękę w ramach powitania. Uśmiechnął się przy tym, pokazując rząd górnych zębów. Jedynki nakładały się jedna na drugą, co nie odbierało mu uroku.
– Oliwia – przedstawiłam się, ściskając jego dłoń.
– Nie macie nic przeciwko, że będzie tu siedział? – spytał Olo, trochę po fakcie, ale pokręciłam przecząco głową.
Może i mój wymarzony zawód polegał na siedzeniu wiele godzin przed komputerem, jednak to nie znaczyło, że nie lubiłam ludzi. Wręcz przeciwnie, uwielbiałam poznawać nowe osoby. Rzadko rodziła się między nami jakaś głębsza relacja, tak jak w przypadku Gosi, lecz w takich miejscach jak to zawsze miałam z kim porozmawiać, niezależnie od tego, kto akurat postanowił wpaść na karaoke.
– Im nas więcej, tym weselej – odpowiedziałam i wsunęłam się na drewnianą ławę, która otaczała stół z trzech stron.
To samo zrobił Janek, siadając zaraz obok mnie. DJ niestety nie miał już dla nas dodatkowej chwili, ponieważ piosenka powoli dobiegała końca i musiał wrócić do pracy.
– Pierwszy raz? – Byłam już w stu procentach pewna, że nie widziałam go tu nigdy wcześniej.
– Tak. I nie mam pojęcia, co ja tu robię. Mam drewniane ucho – stwierdził rozbawiony.
– A kto powiedział, że na karaoke trzeba umieć śpiewać? – zapytałam, szczerząc się do niego.
Chwilę później pojawiła się przy nas moja przyjaciółka, która również zaaprobowała obecność Jana przy stole. Nie mieliśmy okazji porozmawiać we troje, bo DJ wyciągnął go do jednej z piosenek. Faktycznie okazało się, że talentu muzycznego nie miał za grosz, ale nie przeszkadzało mu to w zabawie.
– Przystojny jest, nie? – zagadnęłam Gosię, a ona wzruszyła ramionami.
– Nie w moim typie, jednak to chyba dobrze, skoro ty jesteś zainteresowana – stwierdziła przed tym, jak upiła łyk ze swojego kufla, w którym znajdował się Guinness z sokiem malinowym. Ja w dłoni dzierżyłam ten sam trunek.
– Jeszcze nie wiem, czy jestem – odparłam zagadkowo. Wyciągnęłam telefon z błyszczącej torebki leżącej na miejscu obok mnie i położyłam go na stole. Kilkukrotnie przeskoczyłam palcami po dotykowym ekranie, po czym przesunęłam go w stronę rozmówczyni. – Ale tym jestem – dodałam.
Na ekranie pojawiła się główna strona Pinteresta, a na nim wyniki wyszukiwania słów „K/DA Ahri i Evelynn”. Małgosia wzięła do ręki urządzenie i zaczęła sprawdzać zdjęcia, po czym spojrzała na mnie pytająco.
– Co powiesz na to, żeby przebrać się na Pyrkon za te dwie postacie? – zagaiłam, nie mogąc ukryć entuzjazmu, który natychmiast się we mnie narodził, jak tylko wspomniałam o tym evencie.
– Ty wiesz, że do Pyrkonu jest jeszcze prawie pół roku? – Uniosła brew, ale nie przestała przeglądać obrazków.
– A myślisz, że ile czasu potrzeba, żeby od podstaw zrobić kostium? Sześć miesięcy to nawet za mało! – oświadczyłam, odkładając szklane naczynie i opierając się łokciami o stół.
Przyjaciółka spojrzała na mnie z miną, która wskazywała na to, że nie do końca jest przekonana do tego pomysłu, lecz miałam ogromną nadzieję, że nie odmówi. Liczyłam na jej pomoc, ponieważ jako jedyna ze znanych mi osób potrafiła szyć, a więc dzięki jej umiejętnościom mogłyśmy przygotować stroje z prawdziwego zdarzenia. Ja wystąpiłabym jako Ahri, jasnowłosa lisica z ogonem i uszkami, a ona jako Evelynn, z ostrymi, długimi szponami. Na pewno nie byłybyśmy jedynymi osobami, które wybrały akurat te dwie postacie z gier, jednak nie miało to znaczenia. Tak jak to, że Gosia nigdy nie grała w „League of Legends” i nawet nie miała pojęcia, co jej pokazuję.
– Zastanowię się – stwierdziła, a zaraz potem wykorzystała szansę na ucieczkę, gdy DJ wywołał ją do mikrofonu po raz pierwszy i zdecydowanie nie ostatni.
Jedno piwo i trzy drinki później bawiliśmy się świetnie, nie tylko z Olo i Jankiem, ale tak naprawdę z całym pubem. Gdy wraz z Gosią i przypadkowo poznaną dziewczyną wykonywałyśmy „Bo jak nie my, to kto?”, śpiewali z nami wszyscy, a niektórzy wykorzystywali niewielkie przestrzenie pozbawione stołów do tego, by nawet zatańczyć.
Kochałam to miejsce. Ci ludzie, ta atmosfera i muzyka były dla mnie sposobem na naładowanie energii po nawet najcięższym tygodniu. Nic więc dziwnego, że zwykle zostawałam do samego końca, nawet wtedy, gdy moja przyjaciółka zbierała się wcześniej ze względu na to, że jutro miała ważne zlecenie.
– Daj znać, jak wrócisz do domu – poprosiłam ją, gdy przytuliłyśmy się na pożegnanie.
– Dam – zapewniła, po czym pomachała do towarzyszącego nam Jana, który okazał się naprawdę sympatycznym gościem, a do tego świetnym tancerzem, przez co zarówno mnie, jak i moją przyjaciółkę nogi aż bolały od zabawy.
Teraz też, gdy tylko moja towarzyszka zniknęła z radaru, złapał mnie za dłoń i pociągnął w swoją stronę, a ja ze śmiechem wpadłam mu w ramiona.
– Mam nadzieję, że ty mi nie uciekniesz? – Położył dłoń na mojej talii i przyciągnął delikatnie do siebie. Nie opierałam się.
– W tej bajce to Gosia jest kopciuszkiem. Ja nie muszę wychodzić przed północą. – Zaśmiałam się.
Pozwoliłam na to, by mnie obrócił. Gdy wróciłam w jego ramiona, zaśpiewałam cicho kawałek lecącego właśnie refrenu piosenki, co on również zrobił. Zwrotki żadne z nas nie znało.
– Czyli co, jesteś złą siostrą? – spytał, spoglądając na mnie zadziornie.
– Raczej dynią – odpowiedziałam, co wywołało jego śmiech. Widać docenił, że mam do siebie dystans, co było dla mnie wysoce satysfakcjonujące. To jedna z wielu cech, które bardzo w sobie lubiłam.
Po kolejnym drinku, piosence oraz tańcu czułam się już tak zmachana, że zdecydowałam się wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie zdziwiło mnie, że Jan postanowił mi towarzyszyć. Nie zamierzałam się opierać. Pozwoliłam, by pomógł mi wsunąć na ramiona płaszcz i ruszyliśmy w stronę tylnego wyjścia prowadzącego na mały, ogrodzony drewnianym płotkiem taras, na którym stały stoliki obecnie przykryte grubą, czarną plandeką. Latem moglibyśmy tu usiąść, napić się i zjeść odgrzewanego burgera, zapiekankę lub frytki. Obecnie miejsce to stanowiło raczej przestrzeń do palenia, nie byliśmy więc jedynymi osobami stojącymi na dworze.
– Palisz? – spytał, a ja przecząco pokręciłam głową. – Doceniam. Nienawidzę, gdy kobieta pali – dodał z wyczuwalnym w głosie zadowoleniem.
– Ja też. Znaczy, gdy facet pali – poprawiłam się, choć niepotrzebnie, bo na pewno rozumiał, co mam na myśli. – Najbardziej nie lubię zielska. Strasznie śmierdzi – dopowiedziałam jeszcze, a on pokiwał głową z aprobatą.
Podeszliśmy do jednego ze stolików. Dotknęłam go, sprawdzając, czy jest mokry. Nie wyczułam wilgoci, toteż podskoczyłam, by usiąść. Towarzyszący mi mężczyzna stanął przede mną, chowając ręce do kieszeni kurtki. Obserwowałam go. Miałam wrażenie, że świat wokół utracił trochę na ostrości, co było silnie związane z ilością alkoholu w mojej krwi. Pozostawałam w pełni świadoma tego, co się wokół dzieje, natomiast czułam, że należało już przystopować z dalszym piciem, bo różnie mogło się to skończyć.
– Zimno ci? – zmartwił się.
Pokręciłam przecząco głową. Wysokoprocentowe trunki rozgrzewały mnie, choć było to uczucie złudne i podstępne, ale na tamten moment nie odczuwałam wcale chłodu. Jan jednak nie uwierzył. Jego propozycja musiała być związana z tym, że moje ciało drżało delikatnie, lecz ja nawet tego nie zauważałam. Widziałam za to, jak ściąga z siebie kurtkę i pochyla się, by narzucić mi ją na ramiona, tym samym zostając jedynie w podkoszulku.
– Kto normalny wkłada kurtkę na koszulkę? – skwitowałam, spoglądając na stojącego przede mną wariata, który postanowił przeziębić się dla mojego komfortu. Urocze i bardzo miłe. Nie mogłam przestać się do niego uśmiechać.
– Kto powiedział, że jestem normalny? – odparł z przekorą.
Oparł się dłońmi o stół, po obu stronach moich ud, a tym samym znalazł się znacznie bliżej. Nie było to w pełni świadome, ale mając jego twarz tak blisko swojej, oblizałam dolną wargę, po czym na krótko zacisnęłam na niej zęby. Sygnał nie został przez Jana przeoczony. Nie zastanawiając się długo, wpił się w moje wargi, łącząc je w silnym pocałunku, który okazał się niezwykle pomocny w rozgrzaniu się na tym chłodzie.
Całowaliśmy się na tarasie. Całowaliśmy się w Uberze wiozącym nas do mojego mieszkania, a w nim? Tam robiliśmy już znacznie więcej niż tylko to. Upojna noc, którą spędziłam z nowo poznanym mężczyzną, to coś, czego bardzo potrzebowałam, a nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Usta błądzące po szyi, dekolcie, talii. Moje dłonie na jego klatce piersiowej i paznokcie, które na pewno zostawiły czerwone ślady na plecach chłopaka. Uczucie zmniejszającej się między nami odległości, gdy znajdował się tak blisko, że nie dało się już bardziej wejść w czyjąś przestrzeń osobistą. Każda kolejna minuta była wypełniona namiętnością, a powietrze nasyciło pożądanie.
Trudno powiedzieć, kiedy oboje opadliśmy z sił, a ja zasnęłam na jego ramieniu. Wiem natomiast, która była godzina, gdy się obudziłam. Sama. Po Janie nie został żaden ślad, nie licząc prezerwatywy w koszu na śmieci. Nie zostawił kartki. Nie wpisał mi się po kryjomu w bazę kontaktów w telefonie ani nie postanowił znaleźć mnie w mediach społecznościowych.
Po tygodniu zrozumiałam, że liczył tylko na przygodny seks i dokładnie tak się stało. Pojawił się w moim życiu na jeden wieczór i zniknął, ale jak to Gosia stwierdziła: „co zaruchałaś, to twoje”.
I tak właśnie wyglądało moje życie…