Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wyobraź sobie, że… - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
40,38
4038 pkt
punktów Virtualo

Wyobraź sobie, że… - ebook

„Wyobraź sobie, że…” pokazuje, iż prawdziwa miłość nie polega na tym, by zawsze być po zwycięskiej stronie. Prawdziwa miłość, w swojej najgłębszej istocie, to gotowość do porażki, do poddania się, do oddania siebie w ręce drugiej osoby — nawet jeśli ta osoba właśnie każe ci balansować na granicy życia i śmierci. Jest zgoda na to, że los, nawet ten najokrutniejszy, jest do przyjęcia, jeśli można go przeżyć w ramionach kochającej osoby. Książka została utworzona z pomocą AI.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-776-1
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Szanowny Czytelniku,

Oddaję w Twoje ręce książkę, która wymyka się wszelkim konwencjom, gatunkowym szufladkom i literackim schematom. „Wyobraź sobie, że…” to dzieło, które, na pierwszy rzut oka, wydaje się być zbiorem pozornie zwykłych, codziennych historii — opowieści o małżeństwie, o wspólnym życiu, o drobnych, domowych czynnościach, które wypełniają nasze dni. Jednak już po kilku stronach odkryjesz, że ta książka to coś znacznie więcej. To niezwykły, przewrotny i niezwykle inteligentny portret związku dwojga ludzi, którzy w swojej codzienności odnaleźli klucz do prawdziwej, głębokiej bliskości — klucz, który otwiera drzwi do świata wyobraźni, który potrafi zamienić nawet najprostszą czynność w ekscytującą, niebezpieczną i pełną zwrotów akcji przygodę.

Już na samym wstępie pozwól, że zdradzę Ci pewien sekret. Ta książka nie jest kryminałem w klasycznym tego słowa znaczeniu — nie znajdziesz w niej śledztwa prowadzonego przez doświadczonego detektywa, nie będzie tutaj morderstwa w zamkniętym pokoju ani zagadki, którą trzeba rozwiązać, nim wybije północ. Nie jest to również romans w konwencji, do której przywykliśmy — nie ma tu scen, w których dwoje bohaterów spotyka się w niezwykłych okolicznościach, by po burzliwych perypetiach odnaleźć miłość swojego życia. Jest tu coś znacznie bardziej wartościowego, znacznie bardziej subtelnego i, jeśli wolno mi tak powiedzieć, znacznie bardziej prawdziwego. Jest tu bowiem miłość, która już trwa od dwudziestu pięciu lat — miłość dojrzała, ugruntowana, ale wciąż pełna ognia i iskry, która nie gaśnie nawet wtedy, gdy jedna z postaci rzuca się do paszczy wyimaginowanego lwa morskiego czy pozwala, by asfalt zalał jej ciało.

Główną bohaterką jest Jolanta — kobieta, która z pozoru mogłaby być każdą z nas. Wykonuje codzienne, przyziemne czynności: pierze pościel w Kanale Noteckim, czyści komin, rąbie drewno, przygotowuje mięso, brukuje podwórko. Robi to z siłą, determinacją i godnością, które każą nam podziwiać ją już od pierwszych stron. Jednak to, co czyni ją postacią niezapomnianą, to jej gotowość, by za każdym razem, gdy jej mąż Marek wypowiada magiczne słowa „Wyobraź sobie, że…", wyruszać w podróż do krainy, w której szaleją zombie, wściekłe słonie, chorobotwórcze kleszcze czy wpadająca w szał banda leśników. Jolanta nie ucieka od tych wyzwań — przeciwnie, angażuje się w nie całym sercem, z całym swoim intelektem i wyobraźnią, starając się znaleźć sposób na przetrwanie, na ucieczkę, na pokonanie kolejnego, wyimaginowanego wroga.

A jednak, w tej niezwykłej grze — bo trzeba to nazwać po imieniu, jest to gra, wspaniała i skomplikowana gra — Jolanta za każdym razem przegrywa. Nie dlatego, że brakuje jej sprytu czy siły. Przeciwnie, jej pomysły są często błyskotliwe, zaskakujące i pełne kreatywności. Przegrywa, ponieważ Marek, który z niezwykłą wprawą wciela się w rolę reżysera tej intelektualnej gry, zawsze znajduje kontrargument na to, co wymyśli. Jest w tym coś z tańca, z rytuału, który powtarza się od miesięcy, a może i lat, a który dla obojga bohaterów stał się istotą ich relacji. Bo przecież nie chodzi o to, by wygrać — chodzi o to, by być razem, by wspólnie przeżywać coś, co choć wytworzone przez wyobraźnię, jest autentyczne, pełne napięcia i emocji.

I tu tkwi największa siła tej książki. „Wyobraź sobie, że…” pokazuje, że prawdziwa miłość nie polega na tym, by zawsze być po zwycięskiej stronie. Prawdziwa miłość, w swojej najgłębszej istocie, to gotowość do porażki, do poddania się, do oddania siebie w ręce drugiej osoby — nawet jeśli ta osoba właśnie każe ci skoczyć do komina pełnego sadzy, zanurzyć się w gnojówce czy pozwolić, by horda górników zamurowała cię żywcem. W każdym z tych wyimaginowanych zakończeń, które za każdym razem wybiera Jolanta, nie ma kapitulacji — jest akt czystej, bezwarunkowej ufności. Jest zgoda na to, że los, nawet ten najokrutniejszy, jest do przyjęcia, jeśli można go przeżyć w ramionach kochającej osoby.

Kryminał i romans, jak już wspomniałem, nie są tu w swojej klasycznej postaci. A jednak, gdy czytamy o tym, jak Jolanta próbuje uciec przed krzyżakiem, jak szuka sposobu, by przetrwać spotkanie z wściekłym dobermanem czy jak stawia czoła stadzie waranów, mamy w sobie napięcie godne najlepszych powieści sensacyjnych. Gdy z kolei czytamy o tym, jak po każdej z tych potyczek małżonkowie razem piją wino, jedzą szarlotkę czy dzielą się kawałkiem sera na długim kiju, czujemy, że obcujemy z romansem najczystszej próby — romansem, który opowiada o miłości wytrwałej, cierpliwej, która nie potrzebuje sztucznych wzniosłości, by być prawdziwą.

Co więcej, „Wyobraź sobie, że…” to książka niezwykle zmysłowa. Autor z niezwykłą precyzją oddaje detale każdej z czynności, które wykonuje Jolanta — zapach świeżo skrojonych warzyw, ciężar mokrego prześcieradła, chropowatość starych, żelaznych kątowników, ciepło i słodycz pieczonych jabłek. Te zmysłowe opisy sprawiają, że czytelnik nie tylko obserwuje, ale wręcz uczestniczy w każdej z tych scen, oddycha tym samym powietrzem, czuje ten sam ciężar ziemi na łopacie. To literatura, która angażuje wszystkie zmysły, i która na długo pozostaje w pamięci, nie tylko jako opowieść, ale jako doświadczenie.

Nie sposób też nie docenić humoru, który przenika tę książkę od pierwszej do ostatniej strony. Jest to humor wyrafinowany, inteligentny, oparty na zderzeniu prozy codziennego życia z absolutnie absurdalnymi wizjami, które rodzi wyobraźnia Marka. Kiedy górnicy zamurowują Jolantę w kopalni, kiedy ksiądz egzorcysta oskarżony o kradzież dzwonu z wieży kościelnej pojawia się w celi aresztu, a kiedy z nieprawości na Jolantę napada stado wściekłych niedźwiedzi grizli — czytelnik nie może powstrzymać uśmiechu, a zarazem zachwyca się pomysłowością autora, który potrafi łączyć realizm z groteską w sposób tak płynny i naturalny.

W tej książce jest także głęboka mądrość. Jest to mądrość o tym, że życie składa się z wyborów, że każdy dzień to seria decyzji — czasem małych, niepozornych, a czasem, jak w tych wyimaginowanych historiach, decyzji o życiu i śmierci. Bohaterowie tej książki wybierają za każdym razem to samo — miłość, bliskość, wspólne przeżywanie. Nawet jeśli wyobraźnia podsuwa im najczarniejsze scenariusze, nawet jeśli w grę wchodzą zombie, wściekłe hipopotamy czy płonący las, ostatecznym celem jest być razem, dzielić to samo wino, ten sam śmiech, tę samą chwilę.

Przygotuj się, Czytelniku, na podróż, która wykroczy poza ramy zwykłej powieści. „Wyobraź sobie, że…” to książka, która bawi, wzrusza, intryguje i zmusza do myślenia. To hołd dla wyobraźni, która jest w stanie przemieniać nasze życie, nadawać mu głębię, która wykracza poza codzienność. To także, a może przede wszystkim, hołd dla miłości — tej prawdziwej, dojrzałej, która potrafi przetrwać nawet najbardziej absurdalne historie i która każdego dnia odnajduje nowy powód, by rozkwitać.

Zanurz się w tym świecie. Pozwól, że Jolanta i Marek staną się Twoimi towarzyszami na długie, jesienne wieczory, a może i na letnie, leniwe popołudnia. Przeżyj z nimi każdą z tych niezwykłych przygód, które, choć wymyślone, niosą w sobie więcej prawdy o naszym życiu niż niejedna powieść realistyczna. I pamiętaj — wyobraźnia nie zna granic, a miłość, która jest w stanie w nią wejść, poddać się jej, a potem wrócić do rzeczywistości z uśmiechem na twarzy, jest najpiękniejszym darem, jaki dwoje ludzi może sobie ofiarować.

Gorąco polecam tę książkę każdemu, kto wierzy, że literatura może być jednocześnie rozrywką i głębokim, wzruszającym doświadczeniem. Dla tych, którzy kochają kryminały, znajdzie się tu wystarczająco dużo napięcia i zwrotów akcji. Dla tych, którzy szukają romansu, znajdzie się tu wystarczająco dużo ciepła, czułości i prawdy o ludzkich sercach. A dla tych, którzy po prostu chcą się dobrze bawić przy dobrej książce — ta lektura dostarczy im mnóstwo radości i satysfakcji.

Życzę Ci, Czytelniku, równie pięknych wyobrażeń i równie wspaniałych podróży — tych, które odbywa się wspólnie z ukochaną osobą, tych, które kończą się uśmiechem i wspólnym toastem. Bo w końcu o to właśnie chodzi — by wyobrazić sobie siebie w najdziwniejszych sytuacjach, a potem, trzymając się za ręce, wychodzić z nich silniejszymi, mądrzejszymi i jeszcze bardziej zakochanymi.

Z wyrazami najgłębszego szacunku i podziwu dla bohaterów tej niezwykłej opowieści,

Kraków, 2026Rozdział I

Deszcz uderzał w okna kuchennego okna równomiernym, monotonnym rytmem, który od wielu godzin wypełniał cały dom. Krople spływały po szybach jak łzy, zniekształcając widok na ogród, który dawno już stracił swoje letnie barwy, ustępując miejsca jesiennej szarości i wilgoci. W kuchni było ciepło, wręcz duszno od pary unoszącej się z garnków stojących na kuchence, a zapach duszonego mięsa, suszonych grzybów i przypraw mieszał się z ostrym, lekko cierpkim aromatem kiszonej kapusty, która w dużych, równych plastrach spadała z deski do wielkiego emaliowanego garnka.

Jolanta stała przy blacie kuchennym, z wprawą lat przesuwając ostrym nożem po główce kapusty. Jej ruchy były precyzyjne, wręcz mechaniczne — setki, może tysiące razy wykonywała tę samą czynność, przygotowując bigos na rodzinne spotkania, święta, czy zwykłe, niedzielne obiady. Kapusta szeleściła pod ostrzem, układając się w cienkie, niemal przezroczyste pasma, które z cichym pluskiem lądowały w garnku, mieszając się z już przygotowanym mięsem i suszonymi grzybami, które wcześniej namoczyła w letniej wodzie. Para osiadała na jej okularach, co chwilę zmuszając ją do przecierania szkieł rękawem swetra. Miała na sobie luźny, szary sweter, który kiedyś należał do jej matki, i które to jedzenie dawało jej dziwne poczucie bezpieczeństwa, jakby wciąż mogła liczyć na jej obecność i pomocną dłoń.

Za jej plecami, przy stole wciśniętym w wąski kąt kuchenny, siedział Marek, jej mąż od dwudziestu pięciu lat. Miał przed sobą otwartą butelkę czerwonego wina, z którego nalał sobie już trzeci kieliszek, i gazetę, którą czytał z pozornym zainteresowaniem, choć jego wzrok co jakiś czas wędrował od drukowanych liter w stronę żony, obserwując jej zgrabną sylwetkę, pochylona nad deską do krojenia. Marek był mężczyzną o szerokich ramionach, siwiejących skroniach i twarzy, na której wiek wyrył już kilka głębokich zmarszczek, szczególnie wokół oczu, które wciąż błyszczały życiem i niegasnącym rozbawieniem. Jego dłonie, duże i ciepłe, spoczywały na stole, a palec lewej ręki bezwiednie bębnił o drewnianą powierzchnię, wybijając rytm, który tylko on sam słyszał w swojej głowie.

— Jolu — odezwał się nagle, odkładając gazetę na bok i sięgając po kieliszek. Jego głos był niski, spokojny, lecz w jego tonie kryło się coś intrygującego, coś, co sprawiało, że Jolanta mimowolnie zwolniła ruchy noża. — Wyobraź sobie, że…

Jolanta westchnęła cicho, nie przerywając krojenia. Znała to zaczepienie. Marek uwielbiał gry umysłowe, teoretyczne rozważania nad niemożliwymi i często absurdalnymi sytuacjami. Przez lata ich małżeństwa, słowa „Wyobraź sobie, że…” stały się swoistym sygnałem do rozpoczęcia intelektualnej przeprawy, która zawsze kończyła się albo śmiechem, albo kłótnią, albo — w najlepszym przypadku — fascynującą rozmową, która mogła ciągnąć się całymi godzinami.

— Co tym razem, Marku? — zapytała, nie odwracając się. Ostrze noża znowu przecięło kapustę, wydając z siebie satysfakcjonujące chrup. — Czy znowu zamierzasz kazać mi wyobrażać sobie, że jesteśmy w średniowieczu i musimy bronić zamku przed armią wikingów? Czy może tym razem jesteśmy na bezludnej wyspie, a ty chcesz, żebym wymyśliła, jak rozpalić ogień za pomocą dwóch patyków i soczewek?

Marek uśmiechnął się pod nosem, rozkoszując się jej lekkim zniecierpliwieniem. To było muzyka dla jego uszu. Wypił łyk wina, rozkoszując się cierpką nutą taniny, która rozgrzała mu gardło.

— Tym razem nic prostszego, kochanie. Wyobraź sobie, że… jesteś tutaj, w tej właśnie kuchni. Kroisz kapustę na bigos, tak jak teraz. Jest deszczowo, ciepło, pachnie przyprawami. Nagle, z szafki pod zlewem, w której trzymamy środki czystości i stare, nigdy nieużywane ścierki… wypada wściekły pies.

Jolanta uniosła brew i na moment przerwała krojenie. Odwróciła głowę przez ramię i spojrzała na męża z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania.

— Pies? Z szafki pod zlewem? Marek, ty chyba wypiłeś o jedno wino za dużo — odparła, wracając do kapusty. — Pod zlewem jest pusta butelka płynu do naczyń, dwie gąbki i szczotka, której nie używamy od pięciu lat. Żaden pies, nawet najmniejszy, nie zmieściłby się tam, a co dopiero wściekły doberman.

— Ale właśnie o to chodzi, skarbie — ciągnął Marek, jego głos nabrał ekscytującego tonu. — Wyobraź sobie, że to się dzieje. Fizyka, logika, rzeczywistość — to wszystko jest zawieszone. Nagle, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, z szafki pod zlewem wyskakuje na ciebie ogromny, wściekły doberman. Ma obnażone zęby, ślinę cieknącą z pyska, oczy przekrwione wściekłością. On nie chce się bawić, Jolu. On cię zaatakuje.

Jolanta westchnęła, odkładając nóż na deskę i odwracając się w stronę męża. Oparła dłonie na biodrach, przyjmując typową dla siebie postawę, która oznaczała, że zaraz podejmie intelektualne wyzwanie, choć z pozorną niechęcią.

— Dobrze, Marku. Niech będzie. Wyobrażam sobie — powiedziała, wzdychając ciężko. — Wyobrażam sobie, że pod zlewem jest wściekły doberman. Co dalej? Zakładam, że nie stoję bezczynnie i nie czekam, aż wbije mi kły w nogę.

— Oczywiście, że nie — przytaknął Marek, wygodnie rozsiadając się na krześle. — Co robisz? Pytam cię, Jolu, co jest twoją pierwszą myślą, twoim pierwszym odruchem w tej sytuacji?

Jolanta spojrzała w sufit, marszcząc czoło. Jej wzrok prześlizgnął się po kuchni, jakby w poszukiwaniu rozwiązań. Po chwili jej twarz rozjaśniła się.

— Biorę nóż — powiedziała stanowczo, chwytając za długi, ostry nóż, który przed chwilą służył jej do krojenia kapusty. Uniosła go, prezentując małżonkowi. — Jestem w kuchni. Mam w ręku ostre narzędzie. Pies jest duży, ale jeśli wymierzę dobrze, mogę go odstraszyć, zranić, a w ostateczności — obronić się. Nóż to dobra broń w walce wręcz z dzikim zwierzęciem.

Marek zaśmiał się cicho, ale nie było w tym śmiechu kpiny. Był to śmiech intelektualnej satysfakcji, który zawsze pojawiał się, gdy miał zamiar rozłożyć jej argumenty na czynniki pierwsze.

— Doskonała myśl, Jolu. Godna podziwu. Ale… — podniósł palec, jak nauczyciel wyjaśniający trudne zagadnienie — …wyobraź sobie, że nóż wypada ci z ręki. Zaskoczenie, strach, wilgotne dłonie od krojenia kapusty — puszczasz nóż. Spada na podłogę i odsuwa się poślizgiem pod lodówkę. W ułamku sekundy twój jedyny oręż staje się bezużyteczny, ukryty gdzieś, gdzie nie sięgniesz, bo doberman już skoczył. Co wtedy?

Jolanta zmrużyła oczy. Przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę, analizując tę nową, wprowadzoną przez męża okoliczność.

— W takim razie — powiedziała, po chwili namysłu, — rzucam się w stronę kuchenki. Jest tam garnek z wrzątkiem, ten, do którego miałam wrzucić ziemniaki. Woda jest prawie gotowa, są na niej bąbelki. Chwytam garnek za uchwyt, obracam się i wylewam wrzątek na psa. Wrzątek boli, parzy, pies rzuci się do ucieczki. To proste.

Tym razem Marek pokiwał głową, jakby faktycznie rozważając jej plan. Wyciągnął rękę po butelkę wina i dolał sobie do kieliszka, powoli, z namysłem, jakby to miało nadać wagi jego odpowiedzi.

— Bardzo pomysłowe, przyznaję. Wykorzystujesz otoczenie, improwizujesz. Wrzątek to świetny sposób na odstraszenie zwierzęcia. Ale… — przerwał, sącząc wino, po czym odstawił kieliszek z głośnym puknięciem o stół. — Wyobraź sobie, Jolu, że w tym samym momencie, gdy sięgasz po garnek, potykasz się o róg szafki. To przez ten pośpiech, przez adrenalinę. Tracisz równowagę, garnek wyślizguje ci się z rąk, wrzątek rozlewa się na podłogę — pomiędzy tobą a psem. Teraz masz nie tylko wściekłego dobermana, ale wrzącą, śliską kałużę, która stanowi dla ciebie zagrożenie. Musisz cofać się, a pies, widząc twoje zamieszanie, dostaje jeszcze większego bodźca do ataku. Co robisz, stojąc na mokrej, gorącej podłodze, ze śliskimi podeszwami?

Jolanta westchnęła ciężko i z impetem położyła dłonie na blacie, jakby chciała zebrać myśli. Jej wzrok błądził po kuchennych sprzętach — mikserze, tosterze, ekspresie do kawy — każdy z nich potencjalna broń, każde potencjalne rozwiązanie.

— Dobrze — rzekła, a w jej głosie dało się wyczuć narastającą determinację. — Idę w stronę spiżarni. Tam są półki z konserwami, słoikami, ciężkimi rzeczami. Otwieram drzwi, chwytam pierwszy z brzegu ciężki słój z ogórkami i rzucam w psa. To go zaskoczy, a może i ogłuszy, jeśli trafię w głowę. Gdyby nawet nie uciekł, zyskam czas, żeby zatrzasnąć drzwi spiżarni i zamknąć się w środku. Schowam się. To jest mój plan.

Marek wydał z siebie dźwięk, który był mieszanką uznania i rozbawienia. Wstał z krzesła, podszedł do kuchennego okna i oparł się o parapet. Deszcz wciąż bębnił o szyby, a krople tworzyły na nich wzory, które Marek śledził wzrokiem, udając, że rozważa jej słowa.

— Spiżarnia, mówisz? — powtórzył, odwracając się w jej stronę. — Świetny wybór, gdyby nie to, że… w tym właśnie momencie, gdy wyciągasz rękę po słój z ogórkami, okazuje się, że jest on przykręcony zbyt mocno. Próbujesz go otworzyć, ale ręce ci się trzęsą ze strachu, a wilgoć sprawia, że palce ślizgają się po wieczku. Pies tymczasem nie czeka. On widzi, że masz problem, i w tym momencie nie ma już dystansu między wami. On jest tuż przy tobie, w spiżarni. Nie masz czasu na rzucanie. Co wtedy, Jolu? Pies jest w spiżarni z tobą.

Jolanta opuściła wzrok, wpatrując się w deski, które oddzielały jej stopy od podłogi. Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie bulgotaniem bigosu na kuchence i szumem deszczu. Jej umysł pracował szybko, przeskakiwał z jednej myśli do drugiej, próbując znaleźć wyjście z pułapki, którą zastawił jej mąż.

— W takim razie — powiedziała powoli, jakby każdy wyraz ważył na wagę złota. — Opuszczam kuchnię. Zostawiam psa w spiżarni, zatrzaskuję drzwi. Zamknę go w środku. Jestem w przedpokoju. Mam klucze, wychodzę z domu, zamykam drzwi wejściowe. Pies zostaje w środku, ja dzwonię po odpowiednie służby. Nie muszę walczyć. Mogę uciec. To najrozsądniejsze, co mogę zrobić w takiej sytuacji.

Marek uśmiechnął się szeroko. W jego oczach błysnęło coś, co można by nazwać triumfem. Przeczesał dłonią swoje siwiejące włosy i wrócił do stołu, gdzie napił się wina, robiąc to z teatralnym namaszczeniem.

— Ucieczka. Klasyczne rozwiązanie dla rozsądnego człowieka. I bardzo słuszne, gdyby nie… — Marek postawił kieliszek z hukiem, który odbił się echem w małej kuchni. — Gdyby nie fakt, że w twojej wyobraźni, w tym właśnie momencie, gdy sięgasz po klamkę drzwi frontowych, okazuje się, że zamek zacina się. Wymaga specjalnego manewru, pociągnięcia do góry, przekręcenia w prawo, a potem jeszcze szarpnięcia. Nie masz na to czasu. Pies już wydostał się ze spiżarni, bo ta stara klamka od wewnątrz nigdy nie domykała się prawidłowo. Słyszysz jego pazury na podłodze przedpokoju. On już wiedzie trop, on już zmierza w twoją stronę. Jesteś w przedpokoju, uwięziona między zacinającym się zamkiem a wściekłym psem. Co robisz, Jolu? Nie masz dokąd uciec.

Jolanta opuściła głowę, a jej dłonie zacisnęły się na blacie, aż zrobiły się białe na kostkach. Czuła, że Marek wygrywa, że sytuacja, którą kreował, staje się coraz bardziej beznadziejna. Ale wciąż wierciła w głowie, szukając rozwiązania.

— Podnoszę dywanik w przedpokoju — rzekła, jej głos był już mniej pewny, ale wciąż uparty. — Owijam go sobie wokół przedramienia, jak tarczę. Jeśli pies skoczy, włoże mu w paszczę ten dywanik. Może uda mi się w ten sposób zablokować jego szczęki, przycisnąć go do ściany. Jest ciężki, ale to duży dywanik z przedpokoju, wystarczy, żeby stworzyć barierę między mną a nim.

Marek zaśmiał się cicho, kręcąc głową. W jego śmiechu było coś dobrotliwego, ale jednocześnie nieubłaganego.

— Dywanik z przedpokoju… interesujące. Ale, moja droga, wyobraź sobie, że w twoim pośpiechu, gdy biegniesz do wyjścia, nadepniesz na róg tego dywanika, wywracasz go, przewracasz się i upadasz. Teraz leżysz na podłodze, doberman jest nad tobą, a jedyna bariera, jaką miałaś, jest pod tobą, bezużyteczna. Leżysz na plecach, pies jest gotów do skoku. Co robisz w ułamku sekundy, gdy masz nad sobą dwadzieścia kilo mięśni, zębów i wściekłości?

Jolanta milczała. Jej wzrok, wcześniej pełen determinacji, powoli przygasał. Zaczynała rozumieć, że każda jej odpowiedź, każde rozwiązanie, znajdzie u Marka lukę, słaby punkt, który obróci jej plan w niwecz. Czuła narastającą frustrację, ale też dziwną ciekawość — jak daleko zaprowadzi ją ten absurdalny taniec myśli.

— W takim razie… — zawahała się. — Krzyczę. Krzyczę tak głośno, jak tylko mogę. Może wystraszę psa, może ktoś usłyszy. Może Zosia z góry, która zawsze narzeka na hałasy, wezwie policję. Może sąsiedzi z dołu usłyszą przez wentylację. Krzyk to broń.

Marek uniósł brwi, wciąż z tym rozbrajającym, delikatnym uśmiechem na twarzy.

— Krzyk? A co, jeśli w twojej wyobraźni, w tym momencie, bigos zaczyna bulgotać tak głośno, że twoje krzyki giną w szumie pary? Garnek wybucha. Nie, nie dosłownie — powstrzymał się, widząc jej zaniepokojony wzrok. — Ale para i syk zagłuszają wszystko. Nikt cię nie słyszy. Poza tym wściekły pies nie boi się krzyku. Jeśli jest wściekły, atakuje, bo ma zaburzone instynkty. Wręcz przeciwnie — krzyk go pobudza.

Jolanta poczuła, jak coś w niej pęka. Zrezygnowana, opuściła ręce wzdłuż ciała. Kapusta, którą kroiła, zaczęła już lekko brązowieć na desce, ale nie zwracała na to uwagi. Oddychała głęboko, zamykając oczy.

— Chcesz powiedzieć — zaczęła cicho, a w jej głosie słychać było echem nutę całkowitej kapitulacji — że nie ma wyjścia. Że cokolwiek wymyślę, ty znajdziesz sposób, żeby to podważyć. Że ten pies jest nieunikniony.

Marek zatarł dłonie z widoczną satysfakcją. Podszedł do niej bliżej, stanął tuż za jej plecami, kładąc dłonie na jej ramionach. Czuła jego ciepło i znajomy zapach wody po goleniu, który od lat mieszał się z aromatem kuchennych przypraw.

— Właśnie o to chodzi, Jolu. Czasem, bez względu na to, jak bardzo jesteśmy zaradni, pomysłowi, jak bardzo chcemy walczyć, przychodzi taki moment, że jedyne, co możemy zrobić, to zaakceptować sytuację. Że czasem trzeba się poddać. Nie z powodu słabości, ale dlatego, że to jedyne rozsądne wyjście.

Jolanta otworzyła oczy. Wpatrywała się w garnek z bigosem, w bulgoczącą, ciemną ciecz, która zdawała się kpić z jej intelektualnych zapasów. Westchnęła ciężko, a w tym westchnieniu zawarta była cała rezygnacja, wszystkie niezliczone godziny spędzone na rozważaniu możliwych scenariuszy, które teraz legły w gruzach.

— Dobrze — rzekła, a jej głos był płaski, pozbawiony wcześniejszej walki. — Poddaję się. Niech ten pies mnie zje. Zjada mnie. Jestem w kuchni, pod zlewem wyskakuje doberman, a ja nie mam wyjścia. Daję się zjeść. Kończymy tę dyskusję.

Marek zaśmiał się głośno, tym swoim głębokim, czystym śmiechem, który zawsze rozbrzmiewał, gdy czuł, że wygrał. Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie, całując w czubek głowy, tuż przy rozstaniu włosów.

— I właśnie o to mi chodziło! — powiedział z entuzjazmem, który kontrastował z absurdalnością całej sytuacji. — Zrozumiałaś. Czasem największym aktem odwagi jest pozwolić, żeby cię zjedzono. To totalne wyzwolenie. Nic już nie musi mieć sensu, żadne rozwiązanie nie musi istnieć.

Jolanta odwróciła się w jego ramionach i popatrzyła mu w oczy. Choć w jej oczach wciąż tliło się nikłe światło irytacji, to jednak na jej ustach pojawił się blady uśmiech. To był jeden z tych momentów, kiedy pokonanie w intelektualnej potyczce z Markiem przynosiło jej dziwną ulgę. Przestała myśleć, przestała analizować, przestała szukać wyjść. Była wolna od odpowiedzialności za wymyślanie ratunku.

— Jesteś niemożliwy — wyszeptała, chwytając go za klapy swetra. — Wiesz o tym, prawda? Sprawiłeś, że w ciągu dziesięciu minut dałam się zjeść wściekłemu psu, który wyskoczył z szafki pod zlewem. To jest jakiś rekord małżeńskiego absurdu.

— Kocham cię — odparł, całując ją w czoło. — Kocham cię za to, że wciąż w to wchodzisz, że dajesz mi tę frajdę. Nie ma drugiej takiej kobiety na świecie, która by tak pięknie dawała się zjadać wściekłym dobermanom.

Jolanta zaśmiała się cicho, kręcąc głową. Jej dłoń powędrowała w stronę kuchennego blatu, gdzie stała butelka wina, którą Marek otworzył godzinę wcześniej.

— Skoro już mnie zjadł ten wymyślony pies — powiedziała, sięgając po butelkę — to chyba mamy powód, żeby to uczcić. Nalej mi kieliszek, zanim kapusta całkiem zwiędnie na desce, a bigos wykipi.

Marek z ochotą podał jej kieliszek, który nalał do pełna, nie oszczędzając wina. Stuknęli się szkłami w ciszy kuchni, w której jedynymi dźwiękami były szum deszczu, bulgotanie bigosu i ich własne, ciche śmiechy, które wirowały w powietrzu, łącząc się z aromatem przypraw i wilgoci.

— Za wściekłe dobermany — podniósł toast Marek, a w jego oczach błysnęły psotne iskierki.

— Za to, żeby nigdy nie wyskakiwały z szafek — dodała Jolanta, przechylając kieliszek i pociągając długi, powolny łyk.

Wino było ciepłe, cierpkie i trochę za słodkie, ale w tym momencie smakowało jej jak najwyborniejszy nektar. Ciepło rozlało się po jej ciele, rozgrzewając ją od środka i przynosząc ukojenie po niełatwej, choć absurdalnej, mentalnej batalii. Oparła się ciężko o blat, pozwalając sobie na chwilę bezwładu. Marek stał obok, jego dłoń spoczywała na jej biodrze, a drugą ręką sięgnął po butelkę, by dolać jej jeszcze, zanim kieliszek zdążył opaść do połowy.

— Musisz przyznać — powiedział po chwili, sącząc swoje wino, — że to było całkiem przekonujące. Wyobraźnia potrafi być bardziej przerażająca niż rzeczywistość. Gdybyś naprawdę zobaczyła dobermana w kuchni, pewnie nie zdążyłabyś wymyślić nawet połowy tych planów.

— Na szczęście nigdy nie będę musiała — odparła, opierając głowę na jego ramieniu. — W naszej kuchni pod zlewem jest tylko płyn do naczyń i szczotka. I, mam nadzieję, żaden wściekły pies.

— Może w przyszłym tygodniu wyobrazimy sobie, że w piekarniku pojawia się lew — zaproponował z błyskiem w oku. — Albo że z okapu spada na ciebie ośmiornica.

— Marek, błagam — jęknęła, uderzając go lekko w pierś. — Daj mi przynajmniej dokończyć kroić kapustę, zanim następnym razem każesz mi uciekać przed dzikimi zwierzętami.

— Kapusta może poczekać — stwierdził, odbierając jej pusty kieliszek i stawiając go obok swojego na blacie. — Wino jeszcze nie skończone, a ja mam przeczucie, że ta butelka nie wytrzyma do jutra.

Jolanta spojrzała na garnki, na deski, na porozrzucane po kuchni składniki, z których miała zrobić obiad, i westchnęła z rezygnacją, która była teraz znacznie przyjemniejsza niż ta sprzed kilku minut. Nagle cały wysiłek przygotowywania bigosu wydał jej się zbędny. Wszystkie te mięsa, grzyby, przyprawy, godziny duszenia — wydawały się teraz nieistotne w porównaniu z ciepłem wina, które rozlewało się w jej żyłach, i obecnością męża, który wciąż miał w oczach ten sam psotny błysk.

— Masz rację — przyznała, przechylając głowę w bok i patrząc na niego z półuśmiechem. — Butelka nie przetrwa nocy. Ale nie zamierzam pozwolić ci pić samemu.

Marek sięgnął po butelkę i nalał im obojgu. Tym razem dolał tak obficie, że wino niemal sięgało brzegów kieliszków. Podniósł swój kieliszek w geście triumfu, który był jednocześnie pełen czułości i komicznej powagi.

— Za nas — rzekł, patrząc jej prosto w oczy. — Za dwadzieścia pięć lat małżeństwa, za kapustę, która nie została pokrojona, za dobermany, które nie istnieją, i za wino, które zaraz zniknie.

— Za nas — powtórzyła cicho, stykając swój kieliszek z jego.

Wypili do dna w jednym, długim łyku, jakby chcieli zatrzeć w ten sposób całą absurdalną rozmowę, która przed chwilą się odbyła. Ciepło wina, połączone z ciepłem ciała Marka, które czuła przez cienką tkaninę jego koszuli, sprawiało, że wszystkie napięcia opuszczały jej mięśnie jedno po drugim.

Marek odstawił pusty kieliszek na blat i spojrzał na żonę z wyczuwalnym oczekiwaniem. Jego ręka zsunęła się z jej biodra, chwyciła jej dłoń i splotła ich palce.

— Chodźmy stąd — powiedział cicho, jego głos był teraz głębszy, bardziej intymny. — Zostaw kapustę, grzyby, mięso. Bigos wykipi, ale nic się nie stanie. Jutro zrobisz nowy, lepszy. Teraz chcę cię mieć tylko dla siebie.

Jolanta nie potrzebowała dłuższego namysłu. W jednej chwili wszystkie te obowiązki, które przed chwilą wydawały się tak ważne — pokrojenie kapusty, sprawdzenie bigosu, posprzątanie blatu — straciły na znaczeniu. Byli sami w ciepłej, pachnącej kuchni, z butelką wina, która nieuchronnie zmierzała ku końcowi, i z nocą przed sobą, która obiecywała coś więcej niż tylko sen.

Kiwnęła głową, nie odrywając wzroku od jego oczu. Pozwoliła, żeby poprowadził ją w stronę wyjścia z kuchni. Zatrzymali się na moment w drzwiach, a Jolanta rzuciła ostatnie, tęskne spojrzenie na niedokończoną kapustę, która powoli brązowiała na desce, i na garnek z bigosem, który wciąż bulgotał na kuchence. Jednak ciepło dłoni Marka, które ścisnęło jej palce, było silniejsze niż woń przypraw i dźwięk gotującego się jedzenia.

Skierowali się w stronę schodów, które prowadziły na piętro, do sypialni. Światła w korytarzu były przyćmione, a w domu panowała cisza przerywana jedynie odgłosami ich kroków na drewnianych schodach. Marek szedł pierwszy, wciąż trzymając ją za rękę, prowadząc jak w tańcu, którego kroki znali od lat. Na pierwszym piętrze, w sypialni, panował półmrok. Zapadła cisza, w której nie było już miejsca na słowa, na filozoficzne rozważania o wściekłych psach i ucieczkach. Była tylko obecność drugiego człowieka, oddech, ciepło, i wzajemne zrozumienie, które wykraczało poza słowa.

Marek zamknął drzwi za nimi, a Jolanta stanęła przy oknie, przez które widać było deszczowe krople spływające po szybie. Zatrzymała wzrok na ciemnych, rozmazanych światłach ogrodu, a jej myśli, wcześniej tak zapracowane szukaniem rozwiązań, teraz ucichły zupełnie. Była pusta, spokojna, całkowicie wyciszona. W tej pustce nie było miejsca na kapustę, na bigos, ani na dobermany. Był tylko on.

Marek podszedł do niej od tyłu, objął ją w talii i oparł brodę o jej ramię. Razem patrzyli w ciemność za oknem. Deszcz nadal padał, ale już nie wydawał się taki ponury jak wcześniej.

— Wyobraź sobie — szepnął jej do ucha, a jego głos był tak cichy, że prawie rozpływał się w szumie kropel. — Że jesteśmy tutaj, w tym momencie, i nic więcej się nie liczy. Żadne psy, żadne pytania, żadne odpowiedzi. Jesteśmy tylko my.

Jolanta uśmiechnęła się w ciemności, zamykając oczy i opierając się całym ciężarem ciała o jego klatkę piersiową.

— Nie muszę sobie wyobrażać — odpowiedziała cicho. — To właśnie jest.

I w tej właśnie chwili, w tym deszczowym wieczorze, w sypialni pachnącej starym drewnem i winem, oboje wiedzieli, że to jest najważniejsze ze wszystkich możliwych wyobrażeń. Że rzeczywistość, ta prawdziwa, namacalna, z drugim człowiekiem u boku, z ciepłem jego dłoni na swojej skórze, z tym wspólnym oddechem w półmroku, jest warta więcej niż wszystkie intelektualne gierki, które mogli sobie wymyślić.

A w kuchni, na dole, wśród porozrzucanych składników i bulgoczącego bigosu, stała butelka wina — pusta, jak ich umysły po tej dziwnej, filozoficznej przeprawie. Kapusta na desce zwiędła, mięso w garnku zaczęło przywierać do dna, a para z kuchenki osiadała na szybach, tworząc na nich wilgotne, mleczne wzory, które zdawały się opowiadać historię o tym wieczorze — o miłości, która przetrwała wściekłe psy, o małżeństwie, które znalazło ukojenie w winie i o dwóch ludziach, którzy wciąż, po tylu latach, potrafili sobie wyobrażać, że nic innego się nie liczy, tylko to, co jest tu i teraz.

W sypialni zapadła cisza, ale nie była to cisza pusta. Była to cisza wypełniona po brzegi wszystkim, co było między nimi — wspomnieniami, obietnicami, śmiechem z przed chwili i tą cichą, niezniszczalną pewnością, że bez względu na to, ile wściekłych psów wyskoczy z szafek w ich wyobraźni, zawsze znajdą sposób, żeby się w tym zagubić i odnaleźć na nowo. I właśnie to, w całym swoim absurdzie, było ich największym zwycięstwem.

Noc powoli wchłaniała dom, wchłaniała deszcz i zapach bigosu, pozostawiając jedynie ciche, miarowe oddechy dwojga ludzi, którzy, wyczerpani własną wyobraźnią, zasypiali w swoich objęciach, z uśmiechami na twarzach, które jeszcze długo miały się pojawiać w ich snach, przekształcając dobermany w urocze szczenięta, a kuchenne potyczki w ciepłe, poranne wspomnienia, które jak dobre wino, z wiekiem nabierały tylko głębi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij