-
nowość
Wyprawa do Qin'a - ebook
Wyprawa do Qin'a - ebook
Potężny mag ze Stahlbergu po latach intryg, podróży i ratowania świata powinien wreszcie cieszyć się spokojem. Problem w tym, że ten spokój bardzo szybko okazuje się nieznośnie nudny.
W zakurzonym tomie legend odnajduje wzmiankę o Qin’a, Porzuconym Cesarstwie, którego stolica miała przed wiekami zostać ukryta pod magiczną kopułą, chroniącą ją przed Skazą. Dla jednych to tylko baśń. Dla maga – szansa na odkrycie ksiąg, map i tajemnic, jakich nie widziało ludzkie oko.
Do wyprawy daje się wciągnąć osobliwa kompania: znużony wojaczką Gottlieb von Silberbach, ponury Einar Gunnarsson, który zbyt długo żyje wspomnieniami, oraz Hei’yun’shan, elficki skrytobójca i szpieg, wiedzący o zaginionym mieście więcej, niż zamierza powiedzieć. Wkrótce okazuje się jednak, że nie chodzi już tylko o przygodę. Podróż na wschód staje się nie tyle kaprysem maga, ile koniecznością.
Droga do Qin’a wiedzie przez Skażone Ziemie, gdzie magia bywa zawodna, a dawne potwory nie są jedynym zagrożeniem. Za kryształową kopułą czeka zaś miasto, które przez stulecia trwało poza światem – piękne, milczące i pełne sekretów.
Bo niektóre legendy są prawdziwe.
I właśnie dlatego lepiej byłoby zostawić je w spokoju.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68593-57-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Stahlberg tonął pod zwałami śniegu. Gruba biała pierzyna pokrywała dachy świątyń i pałaców, wielkich kamienic i małych chat. Stolica Hegemonii, jak zwykle zimą, wyglądała niczym miasto z legend.
Jedna z bajkowych wież skrywała niewielki okrągły pokój, którego ściany niemal w całości zastąpione były sięgającymi podłogi oknami z najczystszego kryształu, dzięki magicznej sztuce wyglądającymi z zewnątrz niby fragmenty kamiennego muru. Właściciel wieży mógł więc swobodnie obserwować miasto, samemu pozostając niewidzialnym. Tak było i tym razem. Wygodnie rozciągnięty na otomanie mag, owinięty w puchaty, bogato haftowany szlafrok, spoglądał w dół na ławice kry, którym rzeka Biała zawdzięczała swoją nazwę. Obracając w palcach kielich pełen grzanego wina, Górski kontemplował uczucie, o którego istnieniu niemal zapomniał.
Początkowo nawet nie potrafił go nazwać. Miał niejasne wrażenie, że coś jest nie w porządku, że o czymś zapomniał, czegoś nie dopilnował. Zrywał się o różnych porach dnia i nocy, sprawdzał magiczne alarmy, przeglądał hałdy dokumentów na biurku – tylko po to, by uświadomić sobie, że wszystko jest już dawno załatwione. Nie było żadnych nowych wieści, sensacyjnych doniesień czy podejrzanych spraw. Siatka szpiegowska Hegemonii nie potrzebowała usług maga, a Górski, bardzo ukontentowany takim stanem rzeczy, nie zamierzał przypominać Tajnej Radzie o swoim istnieniu. Każdego dnia zaraz po śniadaniu szedł niespiesznie do siedziby Kolegium Magów, wysłuchiwał żałośnie krótkich raportów asystentów i uczniów, rozdzielał nieliczne zadania, a potem wracał do swojej wieży i krążył pomiędzy gabinetem a laboratorium, dla zabicia czasu eksperymentując z coraz bardziej złożonymi splotami czy eliksirami.
W zasadzie powinien być zadowolony. Na świecie nie działo się nic, co wymagałoby jego uwagi. Nareszcie miał czas na uporządkowanie notatek i dokończenie dawno zaczętych badań, przede wszystkim zaś na długi, spokojny, zdrowy sen – luksus, za którym tak wiele razy tęsknił.
Sięgnął po wędzonego węgorzyka i westchnął.
Te ostatnie lata były naprawdę wyczerpujące! Aż nadto obfitowały w wydarzenia. Nieustanne podróże, skomplikowane intrygi, żmudne badania, odkrywanie cudzych tajemnic i ukrywanie własnych, popychanie do działania lub powstrzymywanie od niego, ratowanie tyłków jednym i podstawianie nogi drugim… To wszystko pochłaniało mnóstwo czasu oraz energii.
Teraz, kiedy świat kolejny raz uniknął zagłady, a Hegemonia otrząsnęła się z szoku i powróciła do swego zwykłego, nieco ociężałego rytmu, mag mógł nareszcie odpocząć.
Odpoczywał tak od dwóch tygodni. Dwa tygodnie spokoju i niemal całkowitej bezczynności. Z początku był nawet zadowolony, ale błogość dość szybko zamieniła się w coś, z czym mag kompletnie nie potrafił sobie poradzić.
Górski się nudził.
Kiedy to sobie uświadomił, poczuł zdumienie, może nawet cień ekscytacji. Nuda! Na bogów, cóż to za egzotyczne doznanie! – pomyślał i sięgnął po kolejną rybkę. Przez dłuższą chwilę rozkoszował się tym nowym, nietypowym dla siebie stanem, jednak dobry nastrój nie utrzymał się zbyt długo. Pod wieczór entuzjazm wyparował bez śladu, a mag do późna przewracał się z boku na bok, bezskutecznie próbując usnąć. Miał wrażenie, że wszystko go swędzi, łącznie z pozbawionym wyzwań mózgiem. Nie był w stanie tego dłużej wytrzymać. Musiał, po prostu musiał znaleźć sobie jakieś nowe zajęcie, i to czym prędzej, zanim kompletnie postrada zmysły!
Wzuł haftowane pantofle o długich, zakręconych noskach, następnie poczłapał do biblioteki. Z rosnącą irytacją przeglądał zawartość uginających się pod księgami półek, aż natrafił na jakieś wyjątkowo zakurzone, mocno podniszczone tomiszcze, którego zupełnie nie kojarzył. Wydobył je z niemałym wysiłkiem, bo nie dość, że było wciśnięte w kąt, to jeszcze na dodatek zostało oblane czymś lepkim i przykleiło się do ścianki regału. Mag sapał i klął na przemian, aż wreszcie część okładki poddała się z trzaskiem rozdzieranego safianu.
Wymyślne złocone litery wytłoczone na ciemnozielonej okładce – teraz dziurawej i poszarpanej – układały się w tytuł, na widok którego Górski uniósł brwi ze zdumienia. „Legendy elfów”? Skąd, na wszystkich bogów, coś takiego wzięło się w jego bibliotece?
Czytał do samego rana.
W zasadzie znał te wszystkie historie, ale nigdy dotąd nie poświęcał im zbyt wiele uwagi. Wiedział, że większość z nich wcale nie była legendami – tak naprawdę spisane przez autora opowieści dotyczyły często przeszłości tak odległej, że niewyobrażalnej dla ludzi. Chociażby historia o Qin’a, zwanym też Porzuconym Cesarstwem, dotycząca kraju, który rzeczywiście istniał. Elfy uciekły stamtąd przed wieloma wiekami, kiedy pojawiła się Skaza. Do tej pory opłakiwały swoją utraconą ojczyznę w pieśniach pełnych smutku i tęsknoty. Przede wszystkim zaś opiewały stolicę, ocaloną przed zagładą przez Tkaczy Żywiołów, którzy ukryli całe miasto pod magiczną kopułą z odpornego na Skazę kryształu.
Górski przypomniał sobie pewną nieudaną wyprawę, podjętą przez młodych naukowców z uniwersytetu przed niemal stu laty, kiedy on sam był jeszcze nieopierzonym uczniem maga, ledwie potrafiącym zapalić świecę, a i to pod warunkiem, że nie pomylił splotów. Bardzo się wtedy ekscytował wszelkimi plotkami na ten temat, aż jego mistrz, człowiek nadzwyczaj rozsądny i praktyczny, kategorycznie zakazał mu kontaktów z otoczeniem i przez kilka miesięcy dosłownie zasypywał go listami zaklęć oraz składników, których musiał się wyuczyć na pamięć. Wyszło mu to zresztą na dobre, bo wyrobił sobie kilka przydatnych nawyków, które ogromnie pomogły mu w dalszych studiach. Tymczasem wyprawa – co było łatwe do przewidzenia – pochłonęła tylko mnóstwo energii, czasu i pieniędzy, a zakończyła się całkowitą klęską. Nic dziwnego, bo droga do Qin’a wiodła przez Skażone Ziemie. Tylko szaleniec mógł się zapuścić na pustkowia rojące się od przemieńców i innych, jeszcze gorszych stworów.
Całą sprawę starannie zatuszowano, bo szacowne Kolegium Magów w Stahlbergu bardzo nie lubiło wystawiać na szwank swego starannie budowanego wizerunku. Cóż by sobie pomyśleli możni sponsorzy uniwersytetu, gdyby się dowiedzieli, że badacze nigdy nie dotarli do celu? Jakież złośliwe komentarze wygłaszaliby członkowie innych kolegiów, gdyby usłyszeli, że z dwudziestu młodych, obiecujących adeptów wrócił tylko jeden, przedwcześnie posiwiały i trzęsący się ze strachu?
Banda durnych smarkaczy – pomyślał Górski, wspominając raporty, które przeglądał wiele lat później, przy okazji jakiegoś śledztwa. – Poszli jak owce na rzeź.
Z dokumentów wynikało jasno, że wyprawa była zorganizowana w sposób absolutnie idiotyczny. Istna karawana kupiecka, która aż się prosiła o kłopoty, prowadzona przez dwudziestu młodzików, których umiejętności, nawet połączone, były wręcz śmieszne w porównaniu z tym, co potrafił jeden stary, doświadczony mag.
Taki jak on.
Zaświtała mu naraz myśl, którą odegnał czym prędzej, jako że wydawała mu się niezbyt rozsądna i podejrzanie podśmierdywała pychą. Myśl była jednak uparta i krążyła mu po głowie przez cały następny dzień. Nie dała mu spokoju nawet nocą, przeradzając się w fascynujący sen, pełen przygód i odkryć, a kolejnego poranka wróciła, uparta i natrętna, kiedy sączył kakao, więc przyjrzał się jej krytycznie, biorąc pod uwagę własne możliwości i aktualną sytuację.
A może jednak? – pomyślał, pochłaniając pachnącą jajecznicę z boczkiem. – Teraz, kiedy większość dzieci Skazy zginęła, Skażone Ziemie świecą pustkami. Może dałoby się tam dostać? Dyskretnie, po cichutku… może da się przejść?
Im dłużej się zastanawiał, tym bardziej podobał mu się ten pomysł. Zamknięta od wieków stolica mogła kryć niesamowite skarby – magiczne przedmioty, inskrypcje, freski ilustrujące zapomniane legendy, a przede wszystkim – księgi! Górski wyobraził sobie porzucone biblioteki, po czym nagle zrozumiał, że już podjął decyzję i że zrobi wszystko, by wyprawa – oczywiście sekretna, całkowicie prywatna, zupełnie inna od tamtej – doszła do skutku jak najprędzej, zanim Skaza zdoła splugawić kolejnych nieszczęśników i pustkowia znowu zapełnią się potworami.
Skoro rzecz była już postanowiona, wypadało zastanowić się nad jej bardziej przyziemnymi aspektami. Niebiańska Stolica leżała daleko, daleko na wschodzie, a dotarcie do niej wymagało długiej i niewątpliwie męczącej podróży. Oczywiście Górski, mając aż nadto wiedzy oraz umiejętności, bez najmniejszego problemu mógł użyć teleportu. Marnowanie czasu na przemierzanie dobrze znanych ziem Hegemonii i nudnych stepów Suchomorza nie miało sensu, lepiej było od razu przeskoczyć na Wąską Przełęcz albo nawet dalej, aż na sam kraniec Płaskowyżu Kości. Potem jednak trzeba będzie się przedrzeć przez Skażone Ziemie, na których osnowa mocy była wyjątkowo mocno zanieczyszczona, zaś włókna żywiołów, słabe i chore, pękały jak zetlałe nici. Mag dobrze wiedział, że tam, gdzie sploty są niepewne i kapryśne, lepiej nie używać magii – a już na pewno nie magii teleportacyjnej. Ten etap podróży wymagał więc wykorzystania tradycyjnych środków transportu – wozu, konia, ostatecznie nawet własnych nóg. To z kolei oznaczało możliwość napotkania rozmaitych przeszkód i niebezpieczeństw, którym trzeba będzie stawić czoła, i to bez odwoływania się do zaklęć, chyba że w ostateczności. Było więc jasne, że na taką wyprawę nie mógł wyruszyć sam. Górski zdawał sobie sprawę z własnych ograniczeń i – w przeciwieństwie do wielu dostojnych członków Kolegium – nie pozwalał sobie na samobójczą pychę. Wiedział, że będzie potrzebował przynajmniej kilku zaufanych towarzyszy, dobrze władających orężem, rozsądnych i doświadczonych.
Znał takich ludzi. Wiedział, gdzie ich znaleźć.
Gottlieb Peter von Silberbach, niegdyś apologeta, a obecnie kapitan Stalowej Gwardii, z pewnością przebywał teraz w koszarach na drugim końcu miasta. Prawdopodobnie musztrował kolejnych rekrutów i marzył, by się stamtąd wyrwać pod byle pretekstem.
Einar Gunnarsson, były dowódca suchomorskiej Wichrowej Sotni, zaszył się w przytulnym domu, który przypadł mu w spadku po przyjaciółce. Siedział tam całymi dniami, porządkując pozostawione przez nią notatki oraz pijąc na umór. Z pewnością dobrze by mu zrobiło, gdyby wyjechał na jakiś czas i trochę się rozruszał.
Górski pogładził długą, jedwabistą brodę i pokiwał głową. Tak, ci dwaj doskonale się nadawali, w dodatku nie mieli teraz nic poważnego do roboty i zapewne nudzili się podobnie jak on. Przydałby się jeszcze jakiś elf – a tak się wygodnie składało, że mag znał pewnego elfa, który byłby idealnym uzupełnieniem ich niewielkiej grupy. Hei’yun’shan, skrytobójca i szpieg, nie mógł się przed nim ukryć, choć wiecznie kręcił się to tu, to tam, zajmując się własnymi sprawami, albo cudzymi, jeśli ktoś mu za to zapłacił. A traf chciał, że elf znowu był mu winien przysługę.
Mag uśmiechnął się do własnych myśli, ale po chwili zmarszczył krzaczaste brwi, przypominając sobie okoliczności, w jakich ostatnio współpracowali. Jeden z efektów tej współpracy wciąż tkwił w jego własnej piwnicy, starannie zamurowany, obłożony pajęczyną zaklęć maskujących, magicznych czujników i alarmów. Wiedział, że wszyscy, którzy w jakiś sposób byli zamieszani w sprawę niedoszłej inwazji – w tym on sam, co do tego nie miał żadnych złudzeń – znaleźli się minionej wiosny pod czujną obserwacją zarówno świeckiego wywiadu, jak i niezliczonych szpiegów świątynnych, w tym również inkwizycji kierowanej przez Stalowe Templum. Co najmniej przez kilka miesięcy byli śledzeni, a każde ich posunięcie poddawano szczegółowej analizie. Teoretycznie wszelkie działania służb zostały zakończone, kiedy Konklawe ustaliło wreszcie oficjalną wersję wydarzeń, ale… Czy na pewno? I czy spotkanie z tymi konkretnymi osobami nie wzbudzi przypadkiem czyichś podejrzeń?
Skrzywił się z niesmakiem i pomyślał, że na starość robi się chyba za bardzo podejrzliwy. Utrzymywał kontakty z różnymi ludźmi, przyjmował gości z najdalszych krain, dlaczego nie miałby się spotkać z kimś, z kim współpracował w chwili, gdy zagrożony był los nie tylko Hegemonii, ale i całego świata? Oczywiście, nie będzie mógł zdradzić prawdziwego celu spotkania, dopóki wszyscy nie znajdą się w bezpiecznym miejscu. Najlepiej byłoby więc zaprosić ich na kameralną kolację z okazji zimowego przesilenia. Pretekst był dobry jak każdy inny, a żaden z tych trzech nie miał w Stahlbergu rodziny, z którą mógłby spędzić nadchodzące święto.
Chwilowy zapał wyraźnie ostygł po obiedzie.
Tłusty gulasz nieprzyjemnie zalegał magowi na żołądku, czerwone wino było zaś stanowczo zbyt wytrawne. Spacer, na który wybrał się dla lepszego trawienia, zepsuły mu przemoczone na wylot buty. Zapomniał, że są zupełnie nowe, nie obłożył ich odpowiednim zaklęciem, a kiedy się zorientował, że coś jest nie tak, było już za późno – używanie magii na ulicach miast było dozwolone tylko w wyjątkowych okolicznościach, do których przemoczone buty z pewnością nie należały. Górski, przemarznięty i zniechęcony, wrócił więc czym prędzej do domu, przeklinając w duchu swoje roztargnienie. Siedział teraz przy kominku, grzejąc bose stopy, i zastanawiał się, czy nie jest już aby zbyt wiekowy na kolejną wyprawę, zwłaszcza taką, której jedynym rezultatem mogło być odkrycie nędznych resztek ruin, porośniętych zmutowaną roślinnością.
Najpierw wypadało się zorientować, czy cały ten wspaniały pomysł nie jest przypadkiem kompletną mrzonką. Tego, że opowieści o Qin’a są prawdziwe, był absolutnie pewien – na własne oczy widział dokumenty, które je potwierdzały. Nie miał jednak pewności co do historii o Tien’shoudu. Okrycie całego miasta kopułą splecioną z mocy wydawało mu się czystą fantazją, a w każdym razie bez wątpienia przekraczało możliwości współcześnie żyjących magów.
Ogarnięty nagłym rozdrażnieniem, zerwał się z wygodnego fotela, przywlókł z biblioteki ciężki foliał, zawierający stosowne tabele, rzucił go na blat biurka i sięgnął po pióro i pergamin. Bez trudu obliczył, że nawet gdyby połączyć siły wszystkich członków Kolegium, sploty zdołałyby pokryć ledwie jedną dzielnicę Stahlbergu, a i to nie całą. Elficcy Tkacze Żywiołów mogliby prawdopodobnie objąć dwie. Może trzy. Albo więc stolica Qin’a była niezbyt wielka, albo całą tę historyjkę należało włożyć między bajki.
Zniechęcony, odłożył pióro. Po chwili namysłu sięgnął do jednej z szuflad i wyciągnął stamtąd szkatułkę zawierającą kolekcję magicznych pierścieni. Wyciągnął jeden z nich i pchnął za jego pośrednictwem niewielki ładunek mocy.
Musiał zasięgnąć języka. Miał tylko nadzieję, że osoba, z którą chciał się skonsultować, wciąż nosi na palcu bliźniaczy pierścień, odbierze wezwanie i zechce na nie odpowiedzieć.
Tymczasem postanowił się zabrać za przygotowywanie zwojów z zaklęciami bojowymi, eliksirów leczniczych i granatów gazowych. Nawet jeśli ostatecznie nigdzie się nie wybierze, będzie mógł je sprzedać za niezłą sumkę. Na te rzeczy zawsze był popyt.
***
Hei’yun’shan wysłuchał go cierpliwie i bez przerywania, popijając leniwie najbardziej wytrawne wino, jakie udało się znaleźć w dobrze zaopatrzonej piwniczce pod wieżą.
– Oczywiście, że istnieje – powiedział wreszcie. – Moja praprababka nie tylko się tam urodziła, ale nawet na własne oczy widziała stworzenie kopuły. Była wtedy małym dzieckiem, więc jej opowieści nie są może zbyt dokładne, jednak z tego, co mówiła, musiało to być niezłe widowisko. Powietrze trzeszczało od magii, ziemia się trzęsła, z nieba sypał się kolorowy śnieg, a pobliska rzeka wyparowała w jednej chwili, pozostawiając na dnie zdumione ryby i raki. Potem zrobiło się ciemno i zerwał się potężny wicher, a na koniec zagrzmiało i lunęło. Burza skończyła się tak samo nagle, jak się zaczęła, chmury zniknęły, zaświeciło słońce i wszystko wróciło do normy, łącznie z rzeką, tylko w miejscu stolicy pojawiło się coś, co praprababka opisywała jako gigantyczną kwarcową szczotkę.
Mag pogładził brodę.
– Więc myślisz, że warto spróbować?
– Skoro nie masz nic lepszego do roboty…
– Nie mam i się nudzę. Zastanawiam się tylko, czy w ogóle da się wejść do środka.
Elf przekrzywił głowę, a jego skośne oczy rozszerzyły się i błysnęły zielenią.
– I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Tak się składa, że całkiem niedawno podsłuchiwałem naradę starszyzny, ogólnie niezbyt ciekawą, ale pojawił się temat Tien’shoudu, więc potem poszperałem tu i ówdzie i dowiedziałem się bardzo ciekawych rzeczy. Skoro cię to interesuje, poszperam jeszcze trochę, żeby ustalić, czy i jak można się tam dostać.
Górski nie skomentował. Wiedział, że w ustach tego konkretnego elfa – skrytobójcy, szpiega i tylko bogowie wiedzieli kogo jeszcze – takie słowa nie były czczymi przechwałkami.
– Twój lud nie zamierza tam wrócić? – zapytał z czystej ostrożności.
– Nie zdradzę jakiejś wielkiej tajemnicy, jeśli ci powiem, że takie pomysły już się pojawiły. Rada stanowczo się im sprzeciwiła. Czcigodni uważają to za zbyt niebezpieczne, a jednocześnie nie widzą w tym dla nas żadnego pożytku.
– Naprawdę? Wydawało mi się, że wasze przywiązanie do tradycji nakazywałoby raczej odzyskanie dziedzictwa.
– Ziemie przodków i takie tam inne? To dobre dla krasnoludów – zaśmiał się Hei – albo ludzi, którzy uwielbiają udowadniać, że ich korzenie sięgają głębiej i dalej. My wiemy, że wszędzie jesteśmy przybyszami.
Górski pokiwał głową. Miał świadomość, że prawdziwą ojczyzną elfów były wyspy na Oceanie Wschodnim, zniszczone przez kataklizm tak dawno temu, że pamięć o nich przetrwała tylko w umysłach Czcigodnych – najstarszych spośród Starszego Ludu.
– Nawet jeśli twojej uczennicy udało się zdziesiątkować dzieci Skazy, to przejście przez Skażone Ziemie nadal jest zbyt niebezpieczne, by myśleć o masowym eksodusie – ciągnął Hei. – Zresztą, po co? Większość pamiętających Qin’a przeniosła się na zachodnie wyspy, a młodzi, urodzeni w lasach, nie będą chcieli ich porzucić. Starsi uważają, że stolicę należy zostawić w spokoju. Gdybyśmy tam wrócili, w ślad za nami zaraz pojawiliby się ludzie, niziołki i, nie dajcie bogowie, może nawet krasnoludy. Zresztą Skażone Ziemie są teraz puste, ale chyba nie wierzysz, że długo tak pozostanie? Przemieńcy się znowu pojawią, to tylko kwestia czasu, a wtedy bylibyśmy uwięzieni. Nie, powrót tam nie ma sensu.
– Więc myślisz, że Rada Czcigodnych udzieliłaby mi zgody, gdybym…
– Daj spokój – przerwał mu elf – po co w ogóle chcesz ich o to pytać? To oczywiste, że się nie zgodzą, dla samej zasady!
Mag zmarkotniał.
– Ale jeśli wyruszysz bez pytania o zgodę – kontynuował Hei’yun’shan z szelmowskim uśmiechem – nikt nie będzie cię ścigał.
– Co ty mi sugerujesz?
– Chcesz jechać, to jedź. Tylko o tym nie rozpowiadaj. To kiedy ruszamy?
– My?!?
– Ja też się nudzę.
***
Spotkanie z okazji zimowego przesilenia rozpoczęło się niezbyt szczęśliwie, bo przy spełnianiu toastów za tych, którzy odeszli w ciągu minionego roku, Hei’yun’shan wymienił imię swojego przeklętego brata, a Gottlieb, zamiast wychylić naparstek spirytusu, jak tradycja nakazywała, ostentacyjnie wychlusnął zawartość do kominka, co skończyło się małym pożarem i sporym zamieszaniem. Padło wówczas kilka ostrych słów, zgoła niepotrzebnych, a gdyby nie interwencja Einara, spotkanie mogłoby się zakończyć, zanim się dobrze zaczęło. Atmosfera była jednak dość ciężka i zelżała dopiero po przystawkach, kiedy aromatyczne ciepłe śliwki z chrupkim boczkiem oraz schłodzone białe wino ugłaskały najeżonego rycerza.
Górski pogratulował sobie w duchu decyzji, by przyjąć gości w rzadko używanej jadalni, mieszczącej się w bezpiecznej odległości od gabinetu, biblioteki i laboratorium. Nigdy nie lubił tej części domu i zastanawiał się nawet nad jej wyburzeniem, jednak ostatecznie uznał, że osoba o jego pozycji powinna dysponować pomieszczeniami nieco bardziej reprezentacyjnymi, nawet jeśli przez większość czasu miałyby zarastać kurzem. Wprawdzie jadalnia, z wielką dziurą wypaloną w dywanie i solidną plamą kopcia na ścianie, przestała już być tak bardzo reprezentacyjna, ale stanowiło to doprawdy niewielką cenę za uniknięcie podobnego incydentu w wypełnionym cennymi zwojami gabinecie.
Na przyszłość należało jednak pamiętać, by w tym towarzystwie nie serwować wysokoprocentowych spirytualiów.
W końcu z kuchni przysłano główne dania. Wjechały na piętro wśród szczęku zastawy i skrzypienia mechanizmu krasnoludzkiej windy, sprytnie ukrytej w ściętym narożniku pomieszczenia. Górski, który nie znosił plączącej się pod nogami służby, wyszeptał kilka słów i pstryknął palcami. Przez jadalnię majestatycznie przepłynęły parujące wazy i półmiski, salaterki, sosjerki, karafki i dzbany, po czym zatoczyły w powietrzu zgrabny krąg, w końcu z gracją osiadły na rozległej połaci śnieżnobiałego obrusu. Goście przyjęli ten pokaz westchnieniami oraz okrzykami zachwytu, po czym przypuścili zmasowany atak na aromatyczne zupy, soczyste mięsiwa i gęste sosy.
Przy deserze mag uznał, że nadszedł wreszcie czas, by przejść do rzeczy. Starannie dobierając słowa i od czasu do czasu prosząc Hei’yun’shana o krótki komentarz, opowiedział dwóm wojownikom o tajemniczej, ukrytej przez wieki stolicy elfów, której ludzkie oko nie widziało, po czym przedstawił im pomysł wyprawy.
– Teraz, kiedy dzięki poświęceniu Renhild mamy pokój, a na Skażonych Ziemiach ukrywają się co najwyżej nędzne niedobitki przemieńców, możemy odkryć Tien’shoudu na nowo! – zakończył z emfazą.
Oczekiwał, że jego wspaniała oferta wywoła entuzjazm, ekscytację i lawinę niecierpliwych pytań, tymczasem jedyną reakcją ze strony Einara było lekkie uniesienie brwi. Gottlieb natomiast wyraźnie spochmurniał. Jednym haustem opróżnił kielich i spojrzał twardo na gospodarza.
– Nie ma mowy. Skończyłem z wojaczką i z przygodami też. Mój szanowny ojciec w końcu odwalił kitę, więc nie muszę już robić kariery, jaką sobie dla mnie wymarzył. Odszedłem z armii. Jak tylko pozamykam swoje sprawy tutaj, wracam do domu. Będę rysował mapy.
Górski wiedział co prawda, że von Silberbach faktycznie opuścił szeregi Gwardii, ale nie podejrzewał, że rycerz miał zamiar przedzierzgnąć się w kartografa! Wybałuszył na Gottlieba oczy z takim zdumieniem, że siedzący naprzeciw niego jarl parsknął śmiechem.
– Mapy? – powtórzył mag. – Dobrze usłyszałem?
Einar, który doskonale wiedział o starannie skrywanej pasji rycerza, nie powiedział nic. Podniósł kielich i wypił kilka łyków znakomitego półwytrawnego. Już od jakiegoś czasu spodziewał się usłyszeć od przyjaciela taką lub podobną deklarację. Wcale mu się nie dziwił. Sam też już czuł w kościach wszystkie te lata spędzone na szlaku. Starzeli się, taka była prawda, a skoro czasy nastały spokojniejsze, to z czystym sumieniem mogli obaj ustąpić pola młodszym.
– Mapy – potwierdził Gottlieb, ze zmarszczonym czołem patrząc na maga. – Cóż w tym takiego dziwnego? – zapytał spokojnie.
Górski wzruszył ramionami i dolał rycerzowi wina.
– Zazwyczaj przy takiej okazji jest mowa o znajdowaniu sobie żony i płodzeniu gromadki dzieci – wyjaśnił.
– Nie jestem zainteresowany – stwierdził rycerz. – Mój stryjek, dajcie mu bogowie zdrowie, ma tylu synów i wnuków, że mógłby zapewnić przedłużenie nie jednego rodu, a pięciu.
Mag milczał przez chwilę, w zamyśleniu kręcąc powoli kielichem i kontemplując krwistą czerwień trunku.
– A jeśli w tej elfiej stolicy zachowały się wyjątkowo stare i cenne mapy – rzucił naraz chytrze – takie, jakich oko ludzkie nie widziało? Księgi? Kroniki? Ogrom wiedzy, o której istnieniu nawet nie mamy pojęcia?
Einar znów uniósł brwi. Z początku miał zamiar odmówić, ale Górski, ten stary lis, wiedział aż nazbyt dobrze, jak człowieka przekonać. Froslander poczuł, że jego granitowe postanowienie zaczyna się kruszyć. A może jednak? Wyruszyć w drogę i przeżyć kolejną przygodę jeszcze jeden, ostatni raz?
Tymczasem rycerz spochmurniał jeszcze bardziej.
– Miałem nadzieję, że tego nie powiesz – westchnął. – Nie da się zaprzeczyć, że teoretycznie istnieje taka możliwość.
Hei’yun’shan z zaciekawieniem obserwował tę wymianę zdań. Zwrócił uwagę, że mag ani słowem nie wspomniał o skarbach, co wydawałoby się najlepszym wabikiem na awanturników. Wprawdzie wątpił, by w Tien’shoudu pozostawiono jakiekolwiek kosztowności nadające się do zrabowania – opuszczenie stolicy było wszak zaplanowane i nie odbywało się w panicznym pośpiechu, a złoto oraz klejnoty z pewnością zostały starannie zapakowane i wywiezione – jednak mogło tam nadal być sporo dzieł sztuki czy elementów wyposażenia wnętrz, za które ewentualny rabuś mógłby dostać niezły grosz. Być może mag trzymał ten argument na później?
Barbarzyńca, po którym elf najbardziej spodziewał się zainteresowania bogactwami ukrytego miasta, w ogóle nie poruszył tematu ewentualnych łupów. Pogryzając suszone figi i zapijając je winem, bez większego zapału wypytywał maga o lokalizację Tien’shoudu i spodziewane po drodze trudności, by wreszcie wyrazić wątpliwość, czy w ogóle uda się dostać pod kopułę. Tu Hei uznał za stosowne się wtrącić.
– Już to sprawdziłem – powiedział. – Wiem, którędy i jak można się dostać do środka. Bardziej mnie martwi sama podróż, bo będziemy musieli przejść przez połowę obszaru Hegemonii, przeciąć na skos Suchomorze i przedostać się przez Skażone Ziemie. To bardzo długa droga.
Gottlieb sięgnął po kandyzowaną gruszkę.
– Skoro twoi przodkowie byli tacy potężni, to czemu siedzieli tak daleko na wschodzie? – zapytał, przypominając sobie mapy terenów położonych na wschód i północ od Płaskowyżu Kości. – Przecież tam nie ma nic prócz gór, pustkowi i morza! Ani z kim pohandlować, ani z kim powalczyć…
– Przed nadejściem Skazy tamte tereny wyglądały nieco inaczej – wyjaśnił elf, obskubując cukrową spódnicę z marcepanowej tancerki. – Zresztą i tak mało z kim handlujemy, a już na pewno nie szukamy zwady.
– Elfy dysponują bardzo zaawansowaną magią – dodał Górski, pospiesznie przełykając kawałek czekoladowego ciasta – i są potężne, może nie tak, jak kiedyś, ale pod pewnymi względami wciąż nie dorastamy im do pięt. Wszyscy wiedzą, że od niepamiętnych czasów izolują się od otoczenia i jeśli tylko mogą, unikają kontaktów z ludźmi czy krasnoludami.
– Zwłaszcza krasnoludami – wtrącił Hei, przegryzając marcepan marynowaną dynią. – Handel nas niezbyt interesuje, walka tym bardziej. Trzymamy się swoich terenów, nie pozwalamy się podbić, ale i sami nikogo nie podbijamy, bo skupiamy się na własnych sprawach.
– Do podbijania to was jest za mało – zauważył Gottlieb. – Ludzie by was czapkami nakryli, jakby przyszło co do czego.
Elf wzruszył ramionami.
– Bo rozmnażacie się jak króliki.
Tu przerwał im Einar, wyczuwając, że rozmowa zmierza w niepożądanym kierunku. Znów dolewając wina do kielichów, zaczął głośno się zastanawiać, kogo jeszcze przydałoby się zabrać na taką wyprawę. Rycerzowi od razu przyszedł na myśl ich dawny towarzysz, Dirk van der Neer. Dzielny niziołek, utalentowany zwłaszcza w sztuce otwierania zamków oraz wbijania sztyletów w plecy, nieraz udowadniał swą wartość, toteż miło byłoby go mieć znów przy sobie – niestety, był stracony dla świata, bo ożenił się i wyprowadził gdzieś daleko na południe, a niedawno został dumnym ojcem wiecznie głodnych bliźniaków.
– To co – ucieszył się Górski, słysząc, jak zastanawiają się nad kolejnymi kandydatami – jednak na wiosnę jedziemy?
– Nie! – odpowiedzieli unisono dwaj wojownicy.
– My tak tylko teoretycznie! – zastrzegł Einar, oczyma duszy widząc starożytną bibliotekę pełną wysokich regałów uginających się od książek.
– Skończyłem z tym! – zapewniał Gottlieb, rozmyślając o mapach.
Mag jednak czuł, że ziarno zostało zasiane. A że wypił o wiele więcej, niż powinien, zaczął się robić namolny.
– Zgnuśnieliście – jątrzył. – Brakuje wam woli działania. Nie to, co kiedyś. Przypomnijcie sobie dawne czasy! Ech… – westchnął ze smutkiem. – Renhild poszłaby na pierwszy zew przygody!
– To idź ją sobie wskrześ… – mruknął zjadliwie Gottlieb, zirytowany aż nazbyt oczywistą manipulacją.
Może to nie byłoby takie złe rozwiązanie? – zastanowił się w duchu mag, i aż się wzdrygnął, kiedy dotarło do niego, co właśnie pomyślał.
Hei’yun’shan już miał wygłosić jakiś bardzo niestosowny komentarz, ale zmilczał. Nie miał ochoty na bliskie kontakty z twardymi pięściami Gottlieba.
Einar czknął.
I chociaż nikt nie powiedział tego na głos, wszyscy czterej pomyśleli o tym samym.
Pili dalej, coraz bardziej rozrzewnieni, aż wreszcie zaczęli wspominać dawne dzieje. Wieczór dobiegł końca wśród wspomnień o przygodach i podróżach, o stoczonych walkach i skarbach odkrytych wśród prastarych ruin, a kiedy w końcu rozeszli się do domów – choć wprawdzie żadna decyzja przecież nie zapadła – każdy z nich czuł w głębi serca, że jednak wyruszą.
Jeszcze ten jeden, ostatni raz.