-
nowość
-
promocja
Wyrocznia czarnego ptaka. Księga Wszystkich Dusz. Tom 5 - ebook
Wyrocznia czarnego ptaka. Księga Wszystkich Dusz. Tom 5 - ebook
Cienie padają na piątkowe południe, kiedy umierający kruk dostarcza czarownicy Dianie Bishop zaproszenie i wezwanie do powrotu do Ravenswood, uświęconej ziemi i rodziny, których nigdy nie znała.
Kiedy Diana i jej mąż Matthew Clairmont dowiadują się, że ich siedmioletnie bliźnięta muszą przejść testy magicznych mocy, Diana postanawia stworzyć nową przyszłość dla swojej rodziny i ma nadzieję, że znajdzie odpowiedzi w rodowej siedzibie Proctorów.
Tam Diana zostaje uczennicą swojej praciotki Gwyneth w dziedzinie wyższej magii. Podążając nieznaną ścieżką, musi udać się w podróż do najmroczniejszych zakątków historii swojej rodziny – i samej siebie – jeśli chce dotrzeć do źródła większej mocy.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68591-73-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W każdej duszy jest miejsce zarezerwowane dla Cienia. Moje było bezpiecznie ukryte w zakamarkach pamięci, pod starą raną, która, jak sądziłam, już dawno się zagoiła. Wtedy do New Haven przyleciały kruki, niosąc zaproszenie, którego ani Cień, ani ja nie mogliśmy odrzucić.
***
Kiedy to do mnie dotarło, był piątek pod koniec maja.
– Hej, profesor Bishop! Właśnie wrzuciłam najnowszą korespondencję do pani skrzynki pocztowej!
Pogrążona w myślach wracałam dobrze znaną mi trasą z gabinetu na Uniwersytecie Yale do domu i tylko jednym uchem słuchałam ożywionej paplaniny Bekki, podczas gdy reszta mojego umysłu błądziła gdzieś indziej. Nie zauważyłam, że dotarłyśmy do ozdobnej żelaznej bramy strzegącej naszego domu przy Orange Street ani że nasza listonoszka Brenda właśnie opuszcza posesję.
– Dzięki, Brendo. – Posłałam jej słaby uśmiech. Upał przytłaczał. W porze zakończenia roku zawsze tak było w New Haven, co prowadziło do wyczerpania nerwowego, przepoconych strojów akademickich i długich kolejek po mrożoną latte w licznych kawiarniach miasteczka.
– Musisz być podekscytowana powrotem do Anglii, Becco – zauważyła Brenda.
W czapce z daszkiem USPS i szortach była dobrze przygotowana na temperatury i wysoką wilgotność powietrza w New Haven.
– Tak. – Na potwierdzenie tych słów Becca aż podskoczyła. – To pierwsza podróż Tamsy, a ja wszystko jej pokażę.
Jedna z historycznych zabawek, które były ostatnim krzykiem mody wśród dziewczynek do trzynastu lat włącznie, została najnowszym członkiem rodziny. Marcus i Phoebe wybrali lalkę z epoki kolonialnej, bo Becca zachwyciła się jego domem w Hadley i opowieściami o dzieciństwie, które tam spędził w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych osiemnastego wieku. Chociaż producent zabawki nadał jej inne imię, Becca ochrzciła ją ponownie w chwili, gdy tylko zobaczyła zielone oczy i rude włosy widoczne w okrągłym okienku z przezroczystego plastiku.
Od momentu, gdy otrzymała prezent, bujną wyobraźnię Bekki całkowicie pochłonęła Tamsy i jej świat. Lalka miała w zestawie różne stroje i akcesoria, które pomogły ją ożywić, w tym konia o imieniu Penny. I bogate wyposażenie domu. Matthew dodał do niego małą replikę krzesła Windsor, które kiedyś należało do _grand-père_ Philippe’a, oraz malowaną skrzynię z Hadley, podobną do tej, w której Phoebe przechowywała domową pościel. Była wyposażona w mały zamek i klucz, a Becca już do niej spakowała ubrania Tamsy, podręczniki szkolne, pióro i kałamarz, a także kolekcję kapeluszy na podróż do Anglii.
Brenda pomachała do Tamsy, którą Becca trzymała w ręce, i zwróciła się do mnie:
– Ty też musisz być podekscytowana powrotem do swoich badań.
Na koniec każdego roku szkolnego Matthew i ja zabieraliśmy dzieci do Anglii, żeby spędzić letnie miesiące w naszym domu w Woodstock. Dzieliło go zaledwie kilka mil od Oksfordu, co dawało mi łatwy dostęp do Biblioteki Bodlejańskiej, a Matthew umożliwiało pracę w jego cichym laboratorium na Uniwersytecie Oksfordzkim, bez współpracowników i doktorantów, którzy mogliby mu przeszkadzać. Becca i jej brat Pip mieli hektary ziemi do biegania, setki drzew do wspinania się i dom pełen skarbów i książek, które zajmowały ich uwagę podczas nieuniknionych ulew. W długie, leniwe weekendy jeździliśmy do Francji, by odwiedzić matkę Matthew Ysabeau, i spotkać się z Marcusem i Phoebe, którzy część lata spędzali w Londynie.
Już nie mogłam się doczekać, żeby wsiąść do samolotu i zostawić za sobą Yale, New Haven i semestr wiosenny. Perspektywa nowego projektu badawczego dotyczącego żon i sióstr pierwszych członków Królewskiego Towarzystwa Naukowego była kusząca, a mi śpieszyło się, żeby wziąć do ręki rzadkie woluminy i rękopisy.
– Pewnie masz dużo do zrobienia przed jutrem – zauważyła Brenda.
Nie miała nawet pojęcia, jak dużo. Jeszcze się nie spakowaliśmy, rośliny doniczkowe nadal stały w domu, a nie na tylnym ganku, gdzie sąsiedzi mogli je podlewać, a mnie czekały co najmniej trzy prania, zanim wyjedziemy na całe lato.
– Wszystko jeszcze raz sprawdziłam i jeśli chodzi o pocztę w New Haven, jesteś gotowa do wyjazdu. – Brenda mnie uspokoiła, kończąc naszą rozmowę.
– Dziękuję – odpowiedziałam, wyjmując Tamsy z uścisku Bekki i wkładając ją nogami do przodu do torby zakupowej razem z uczelnianą korespondencją.
– Baw się dobrze z Pipem, Becco, do zobaczenia w sierpniu – rzuciła na pożegnanie Brenda, poprawiając gruby pas torby na listy.
– Pa! – krzyknęła za nią Becca, machając ręką.
Pogładziłam jej lśniące włosy, czarne i opalizujące niczym krucze skrzydła. Becca była bardzo podobna do Matthew: charakteryzowały ich długie linie i liczne kontrasty, blada skóra i gęste brwi. Cechował ich również taki sam temperament: pewna siebie powściągliwość, która w jednej chwili mogła przerodzić się w silne emocje. Pip z kolei przypominał mnie. Nie miał problemów z wyrażaniem uczuć i łatwo się wzruszał, a po mnie odziedziczył mocną budowę ciała, jasne włosy z miedzianymi refleksami i piegi na nosie.
– Mamy dużo do zrobienia, orzeszku – powiedziałam. – Najpierw musimy zająć się Ardwinną i Apollem i posortować całą pocztę.
Potem jeszcze należało posprzątać dom – a to nie lada zadanie. Moje lokum przy Court Street było zdecydowanie za małe, żeby pomieścić wampira, czarownicę, dwoje jasno urodzonych dzieci, gryfa i charta szkockiego. Syn Matthew, Marcus, zaproponował nam w zamian swoją okazałą rezydencję przy Orange Street. Kupił ją tuż przed wojną secesyjną, kiedy studiował medycynę na Uniwersytecie Yale, a w modzie dominował mahoń i oficjalne przyjęcia. Każda powierzchnia w domu była albo wykończona na wysoki połysk, albo rzeźbiona, albo jedno i drugie. Utrzymanie porządku było najgorszym koszmarem, a przestronne pokoje zbyt szybko zapełniały się współczesnymi rupieciami.
Mimo ogromnych rozmiarów i nader formalnego wyglądu, dom okazał się zaskakująco dobrze przystosowany do życia rodzinnego, z rozległymi zadaszonymi werandami, na których dzieci mogły się bawić w deszczowe dni, własnym podwórkiem, gdzie do ich zabaw dołączali gryf Philipa, Apollo, i mój chart szkocki Ardwinna, oraz licznymi pokojami na parterze, niegdyś przydzielanymi mieszkańcom według płci i pełnionej funkcji. Na początku rezydencja Marcusa wydawała się zbyt okazała dla naszej małej grupy wampirów i czarownic, ale rodziny mają to do siebie, że się rozrastają i dopasowują do zajmowanej przestrzeni. To, co miało być tymczasowym pobytem, zamieniło się w stałe zamieszkanie.
Becca, wyczulona na moje zmieniające się nastroje, jakby czytała mi w myślach, bo powiedziała:
– Nie martw się, mamo. Pomogę ci.
Z kieszeni na biodrze wyjęła niebieskie kazoo, które znalazła w biurze, i zaczęła na nim grać, żeby poprawić mi humor przez kilka ostatnich metrów dzielących nas od domu. Przenikliwy, brzęczący dźwięk zaniepokoił ptaki siedzące na pobliskich drzewach. Wszystkie wzbiły się w powietrze, z irytacją trzepocząc skrzydłami, i ochrypłymi krzykami protestując przeciwko zakłócaniu ich popołudniowej drzemki.
Osłoniłam oczy, zahipnotyzowana wirującą czarną chmurą ptaków, które unosiły się i opadały na prądach wilgotnego powietrza. Becca również wpatrywała się w ten widok szeroko otwartymi, pełnymi zachwytu oczami.
Jeden ptak wyrwał się ze zwartej formacji, a jego cień padł na nasze złączone dłonie. Zarys jego głowy i zakrzywionego dziobu wskazały nam na chodniku drogę do frontowych drzwi.
Nagle zrobiło się zimno. Zadrżałam. Ciekawa, co spowodowało ten raptowny spadek temperatury, spojrzałam w górę, sądząc, że zobaczę chmury zasłaniające słońce.
Okazało się jednak, że ze świata zniknęły wszystkie kolory. Delikatny kolor tynku na domu, zielony baldachim drzew, plamy błękitu wysokich ostróżek i kosaćców na rabatach z bylinami – wszystko stało się szare jak wyblakła fotografia zamglonego Londynu z lat czterdziestych. Moja perspektywa również uległa zmianie. Dom nagle stał się zbyt wysoki i szeroki, a drzewa zbyt niskie. Typowe letnie aromaty zieleni zastąpił wyraźny petrichor, a wraz z nim w powietrzu pojawiła się ledwie wyczuwalna siarkowa nuta. Zwykłe dźwięki – ruch uliczny, śpiew ptaków, warkot kosiarek – były teraz bardzo głośne, podobnie jak bicie mojego serca, kiedy ogarnęło mnie dziwne uczucie.
Moc, kłująca i złowieszcza, wypełniła moje żyły w odpowiedzi na falę magicznej energii, która otoczyła nas tym odbarwionym całunem. Przyciągnęłam Beccę do siebie i osłoniłam ją własnym ciałem.
Samotny ptak, który wcześniej szybował nad naszymi głowami, spadł na ziemię tuż przed nami, z rozpostartymi skrzydłami i głową przekrzywioną pod kątem, który świadczył o tym, że przy uderzeniu skręcił sobie kark. Zakrzywiony, hebanowy dziób i nastroszone pióra na podgardlu wskazywały, że był to kruk.
Szelest skrzydeł wypełnił moje uszy, gdy jego towarzysze wylądowali na gałęziach pobliskiego drzewa – ciemne, ostre reliefy w upiornym świecie, rząd sylwetek jakby wyciętych z czarnego papieru. Były ich dziesiątki.
Przez umysł przeleciało mi wszystko, co wiedziałam o znaczeniu kruków w kontekście magicznym, mitycznym i alchemicznym. Ci posłańcy między światem umarłych a światem żywych często symbolizowali pierwszy krok w alchemicznej przemianie prowadzącej do kamienia filozoficznego.
Niektóre tradycje przypisywały krukom moc przepowiadania przyszłości. Nie miałam pojęcia, co oznacza śmierć kruka na czyichś oczach, ale zapewne nic dobrego.
Po chodniku rozlała się kałuża krwi, gęstej i szkarłatnej. Z chwilą gdy ptaka całkiem opuściła siła życiowa, świat odzyskał kolory. Dżinsowe szorty Bekki znów były niebieskie. Gałązki kwiatów na mojej bluzce na powrót przybrały różowe i jasnożółte odcienie, a irysy swoją zwykłą barwę indygo.
– Ten ptak nie żyje, prawda?
Becca zerknęła z moich objęć na nieruchomego kruka, którego oczy były nadal otwarte i w nas wpatrzone. Jej nozdrza rozszerzyły się na zapach jego krwi, na twarzy pojawił się wyraz głodu, przez co wyglądała w każdym calu jak wampir. Domagała się krwi już jako niemowlę i chociaż z czasem jej żarłoczność osłabła, miedziany zapach nadal budził w niej pragnienie.
– Tak. – Czerwona kałuża mówiła sama za siebie, więc nie dało się uniknąć prawdy.
– Dlaczego kolory też umarły, kiedy umarł ptak? – Oczy Bekki były tak samo szeroko otwarte jak te martwego ptaka. W ich głębi dostrzegłam mroczną iskrę, której nigdy wcześniej nie widziałam.
– Co masz na myśli? – zapytałam ostrożnie. Nie chciałam, żeby udzieliły się jej moje obawy związane z wydarzeniami tego popołudnia.
– Wszystko zrobiło się szare jak popiół w kominku – wyjaśniła Becca. – Nie widziałaś tego?
Skinęłam głową, zaskoczona, że moja córka też to zauważyła. Spostrzegawczością ustępowała jedynie Matthew, ale w przeciwieństwie do Pipa zazwyczaj nie była wyczulona na wirujące wokół niej magiczne siły.
– Czy to była magia? Nie wyglądała jak twoja, mamo.
– Tak, kochanie, myślę, że tak – odpowiedziałam.
Jakakolwiek magia nawiedziła tę okolicę New Haven, teraz już się wycofała. Mimo to chciałam bezpiecznie znaleźć się w domu, z dala od martwego ptaka i cienia, który rzucił na mnie i moją córkę.
Nim zdążyłam pokierować Beccę we właściwym kierunku, stado kruków siedzących na drzewach zaintonowało pieśń żałobną. Ich śpiew składał się z krzyków pełnych bólu, gardłowego krakania, bulgoczących chichotów i ochrypłych wrzasków. Jeden szczególnie duży ptak wzbił się w powietrze. Powolny, ciężki ruch jego skrzydeł uciszył pozostałe. Kruk otworzył dziób i wydał z siebie głos przypominający dzwon. Wysoki i mocny, zastąpił wcześniejszą kakofonię żalu i rozpaczy.
Duże ptaszysko wylądowało przed nami na chodniku, lekko i pewnie. Jego pióra lśniły głęboką czernią z nutą ciemnego granatu, która przypominała mi włosy Bekki, a jego szyja tak się nastroszyła, że wyglądał, jakby nosił czarną kryzę. Trzasnął potężnym dziobem i przekrzywił głowę na bok.
Becca odwzajemniła gest i ruszyła w jego stronę.
– Ostrożnie – szepnęłam, niepewna intencji tego stworzenia.
Kruki siedzące na drzewach zakrakały oburzone, że ktoś mógł je posądzić o zamiar skrzywdzenia dziecka.
Becca ukucnęła przy martwym ptaku. Jego żywy towarzysz w kilku podskokach zmniejszył dystans między nimi, po czym zaczął kroczyć w tę i z powrotem, wyrzucając z siebie bulgotliwy ciąg dźwięków. Następnie wyjął coś z dzioba nieżywego kruka i upuścił to przed moją córką.
Ta rzecz nie zabrzęczała metalicznie, ale wyglądała jak pierścień. Choć raczej taki, który pasowałby tylko na bardzo szczupły palec.
– Nie dotykaj tego! – krzyknęłam. Ciotka Sarah Bishop nauczyła mnie, żeby nigdy nie ruszać nieznanych magicznych przedmiotów, a ja zwykle przestrzegałam jej zasad.
Moja córka była jednak bardziej niezależna.
– Dziękuję – powiedziała do kruka, nasuwając obrączkę na palec. Pierścień zostawił na jej kostkach ślady ptasiej krwi.
Kruk zaśpiewał coś w odpowiedzi, a Becca słuchała go uważnie, kiwając głową, jakby wszystko rozumiała. Tamsy wpatrywała się w ptaka z mojej torby, od czasu do czasu mrugając oczami, jakby chciała otrząsnąć się ze snu.
Podczas rozmowy mojej córki i ptaka poczułam mrowienie w lewym kciuku i między brwiami, co oznaczało, że dziwna magia wcale się nie wycofała. Po prostu zmieniła się w coś innego, równie nieznanego. Próbowałam zbadać jej naturę, wysyłając w jej stronę wrażliwe czułki, ale okazała się mglista i mętna, bez określonych zamiarów czy jakiejkolwiek rozpoznawalnej struktury. Miała też dziwny zapach: soli morskiej, sosny, berberysu i siarki.
– Przykro mi, że twoja przyjaciółka zginęła – powiedziała Becca, gdy kruk w końcu zamilkł. – Musi ci być bardzo smutno.
Ptak uniósł i opuścił głowę w rytm gardłowych pisków, od których pióra na jego szyi jeszcze bardziej się nastroszyły, tak że wyglądały jak kolce jeżozwierza.
– Pochowamy ją na podwórku. – Becca skrzyżowała ręce na sercu, tak jak nauczył ją Matthew. – Obiecuję.
Uroczysta przysięga była dużym zobowiązaniem dla tak młodej osóbki. Zważywszy na otaczający nas czar, kruki nie przyleciały na Orange Street przez przypadek.
Ktoś je tu wysłał, a one przyniosły prezent dla mojej córki. Na własnej skórze przekonałam się, że z magicznymi prezentami zawsze łączą się jakieś warunki do spełnienia.
– Wejdźmy do środka i dajmy ptakom chwilę sam na sam z ich przyjaciółką – zaproponowałam delikatnie. Nadal wolałam schronić się za zamkniętymi drzwiami niż zostać na zewnątrz i narazić się na działanie jakiegoś skomplikowanego zaklęcia. Podałam Becce rękę, a ona ją ujęła.
– Nie możemy! – zaprotestowała. – Musimy zostać, aż przyjaciele zaśpiewają jej podczas ostatniego lotu.
Jak na dany znak, kruki siedzące na gałęziach zaintonowały kolejną przejmującą pieśń żałobną, która tym razem brzmiała niczym grzechotanie kości o drewno i była pełna smutku i tęsknoty. Słuchanie tych wspaniałych ptaków było dla mnie zaszczytem. Od emocji ścisnęło mi się gardło, bo ja również czułam ich stratę.
Becca mocniej chwyciła moją dłoń. Z jej oczu popłynęły ciężkie łzy i choć próbowała je otrzeć, mieszały się z krwią martwego kruka, tworząc przezroczyste, słone kałuże w plamie ciemniejącej wokół niego na chodniku.
W końcu kruki wzbiły się w powietrze, a ich żałobny chorał zmienił się w pieśń nadziei i dźwięk dzwonów znowu wypełnił powietrze. Ptaki zaczęły szybować i krążyć nad swoją poległą siostrą, a ich pióra mieniły się nieziemskim blaskiem.
– Dziękuję za dostarczenie wiadomości – powiedziała Becca do samotnego kruka, który został na ziemi. – Nie zapomnę.
Ptak wykonał kilka potężnych uderzeń skrzydłami i dołączył do reszty stada. Potem wszystkie wzbiły się wyżej, aż stały się czarnymi plamkami na tle nieba.
– Jaką wiadomość przekazał ci kruk? – zapytałam, z niepokojem patrząc na martwego ptaka.
– Powiedział, że czas wracać do domu, i dał mi to. – Becca wyciągnęła w moją stronę lewy palec wskazujący.
Przyjrzałam się pierścieniowi najdokładniej, jak zdołałam, zważywszy na to, że pokrywały go krew i grudki ziemi. Miejscami poczerniał ze starości, ale gdzie indziej był biały jak kość i miał na powierzchni otworki, przez które przepleciono grube, ciemne włókno.
– Ale my już jesteśmy w domu. To straszne, że jego przyjaciółka zginęła, kiedy dostarczała wiadomość, której wcale nie potrzebowałyśmy. – Becca znów zaczęła płakać. – Czy to moja wina, że ona się zabiła?
– Oczywiście, że nie. – Przygarnęłam ją do siebie. – Po prostu źle oceniła odległość do ziemi.
Becca pociągnęła nosem.
– Chodź do środka – powiedziałam stanowczo.
– Ale ptak… – zaprotestowała Becca, stawiając mi opór całym ciężarem ciała.
– Twój ojciec zajmie się krukiem – obiecałam.
Może i kolory powróciły, a zapachy letniego New Haven wypełniły moje nozdrza, zastępując dziwną, żywiczną mieszankę, która towarzyszyła krukom, ale nie było wątpliwości, że dzisiaj na Orange Street wydarzyło się coś niezwykłego. Coś magicznego, niesamowitego i nieznanego.
Kiedy weszłyśmy do chłodnego domu o marmurowych posadzkach i wysokich sufitach, westchnęłam cicho i oparłam się o zamknięte drzwi. Przepełniona torba zsunęła mi się z ramienia i dołączyła do poczty wrzuconej przez mosiężną szczelinę. Tamsy wypadła na podłogę, a Becca rzuciła się, żeby ją złapać.
I przewierciła mnie wzrokiem. Była czujnym dzieckiem i niewiele umykało jej uwadze, bez znaczenia, czy to była mysz szukająca jedzenia w ogrodzie, czy emocje otaczających ją ludzi.
– Chcesz herbaty? – zapytała.
Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że najlepszy sposób na poprawę mojego humoru to włożenie mi książki do jednej ręki, a filiżanki herbaty do drugiej.
– Oczywiście, że tak! – Roześmiałam się. – A ty wyglądasz, jakbyś potrzebowała czegoś na ząb. Masło orzechowe i jabłko?
To była ulubiona przekąska mojej córki. Chrupiące półksiężyce owocu idealnie pasowały do kremowej, słonej pasty.
– Tak, poproszę – odparła z powagą Becca, nadal smutna po śmierci kruka.
Podniosłam torbę i korespondencję z podłogi i razem skierowałyśmy się prosto do kuchni. To słoneczne pomieszczenie na tyłach domu było moim ulubionym miejscem w rezydencji Marcusa, skądinąd wyłożonej tapetami i dobrze wyposażonej.
Ponieważ dla wampirów celem kuchni był komfort, a nie szykowanie posiłków i ich spożywanie, często przy jej urządzeniu brano pod uwagę bardziej względy estetyczne zamiast praktycznych potrzeb kucharza. W rezultacie tutejsza kuchnia sprawiała wrażenie raczej przestrzeni mieszkalnej z dużą liczbą miejsc do siedzenia i ciepłym, zachęcającym oświetleniem. Szafki pomalowano na wesoły zielononiebieski kolor i zachowano oryginalne szklane fronty drzwi, żeby wyeksponować kolekcję naczyń i błyszczących kieliszków do wina.
Przed wyjściem zamknęłyśmy Ardwinnę i Apolla w dawnej pracowni krawieckiej tuż obok kuchni. Na gryfa rzuciłam moje własne zaklęcie maskujące, tak że wyglądał jak duży żółty labrador retriever. Oboje powitali nas teraz chórem szczekania i gulgotów.
– Może wyprowadzisz zwierzęta? – zaproponowałam Becce, która nadal obserwowała mnie czujnie niczym jastrząb. Ręce mi drżały, gdy kładłam pocztę i torbę na kuchennym stole. Teraz, kiedy minęła tamta niesamowita chwila z ptakami i spadł mi poziom adrenaliny, uświadomiłam sobie, w jakim napięciu się znajdowałam.
– Dobrze, mamo. – Becca otworzyła drzwi i wypuściła naszych pupilów na podwórko, żeby rozprostowały nogi i obwąchały ślady pozostawione przez inne zwierzęta z sąsiedztwa.
Zastanawiając się nad prezentem kruka i jego dziwną wiadomością o powrocie do domu, podeszłam z czajnikiem do zlewu. Byłam tak pochłonięta próbami przypomnienia sobie wszystkich szczegółów tajemniczej magii, że zapomniałam zdjąć pokrywkę i woda uderzyła w nią z taką siłą, że opryskała mnie, blat i okno. Wytarłam wszystko, napełniłam czajnik i postawiłam go na kuchence. Następnie wyjęłam z szafki małą miskę na przekąskę dla Bekki i nóż z szuflady. Wciąż rozkojarzona, omal nie ucięłam sobie palca zamiast jabłka.
Zanim pies i gryf obwąchały wszystkie rośliny i drzewa w ogrodzie, udało mi się bezpiecznie pokroić owoc, włożyć kilka łyżek masła orzechowego do miski i zaparzyć sobie filiżankę ożywczej herbaty.
– Najpierw umyj ręce – przypomniałam Becce, gdy weszła do kuchni. Nie chciałam, żeby krew i brud z dzisiejszego popołudnia dostały się do wrażliwego krwiobiegu mojej córki.
W piątkę zasiedliśmy do porysowanego, ale solidnego stołu, który w czasach, gdy zbudowano ten dom, służył jako blok do krojenia. Teraz było to miejsce, gdzie zbieraliśmy się na rodzinne posiłki, zamiast spożywać je w dusznej jadalni. Tamsy siedziała na wysokim krzesełku, przechylona na bok, ze zdziwioną miną i zapinanym na sprzączkę butem dyndającym na jej nodze. Ardwinna przycupnęła jak najbliżej Bekki, na wypadek gdyby w jej stronę skierował się palec umazany masłem orzechowym albo nadgryziony kawałek jabłka, podczas gdy Apollo ustawił się tak, żeby jednym brązowym okiem obserwować korytarz i wypatrywać powrotu Pipa.
Mojego syna i jego gryfa łączyła tajemnicza więź, która powstawała między tkaczami – takimi jak Pip i ja, zdolnymi do tworzenia nowych zaklęć – a ich magicznymi pomocnikami. Moją towarzyszką była ognista smoczyca, a ja nadal na myśl o niej odczuwałam ból straty. Zwolniłam Corrę ze służby po tym, jak pomogła mi uratować życie Matthew.
Becca nie miała przy sobie takiej istoty. Nie byliśmy pewni, kiedy – i czy w ogóle – jakaś się w jej życiu pojawi. Magia naszej córki nie rozwijała się tak szybko jak Pipa, ale Matthew i mnie wcale to nie martwiło. Jej wampiryczne instynkty były wyostrzone, a umiejętności łowieckie doskonałe. Tego lata jednak musiałam poświęcić więcej uwagi rozwojowi Bekki jako czarownicy. Ostatnio tak pochłaniały mnie obowiązki w Yale, że nie zajmowałam się magią.
Tymczasem Becca oceniła mój nastrój i najwyraźniej uznała, że się poprawił, bo zaczęła jeść, nie wspominając ani słowem o Yale, Brendzie ani martwym kruku. Przejrzałam pocztę dostarczoną na Orange Street. Były to głównie rachunki, które należało opłacić przed wyjazdem.
Sortując listy, zerkałam na pierścionek Bekki. Teraz, gdy nie było na nim brudu i krwi, dostrzegłam jego misterne rzeźbienia. Zrobiono go z kości, ale nie potrafiłam rozpoznać, jakiego pochodzenia. Czarna nić przepleciona przez otwory nadawała mu fakturę i kolor oraz wzmacniała delikatną ażurową konstrukcję. Wyczuwałam w nim magię i chciałem zbadać go dokładniej.
– Mogę obejrzeć twój pierścionek? – zapytałam.
– Jasne. – Becca próbowała go zdjąć, lecz on ani drgnął. Nim zdążyłam ją powstrzymać, włożyła palec do buzi i zaczęła go ssać, a następnie ponowiła próbę. – Utknął.
– Ja spróbuję – powiedziałam i skinęłam na nią, żeby do mnie podeszła.
Córka podała mi rękę. Czubek jej palca iskrzył się i świecił.
– Mamo, patrz! – Becca aż podskoczyła. – Mój palec się pali, tak jak twój, kiedy robisz sztuczki magiczne!
– Widzę – odpowiedziałam spokojnie, choć serce zabiło mi jak bęben. Dotknęłam pierścionka, mając nadzieję, że odkryję jego sekret, ale światło zgasło. Magia utknęła w pierścionku, tak samo jak on na palcu Bekki.
– Mogę poczekać na tatę i Pipa w bibliotece? – spytała zniecierpliwiona Becca. Tam znajdował się kolorowy papier, pojemniki z markerami, ołówki i wszystkie drobiazgi, których używała do swoich projektów artystycznych, a ona zdecydowanie wolała się nimi bawić niż siedzieć ze mną w kuchni.
– Oczywiście, że możesz – zgodziłam się i puściłam jej palec. – Narysujesz to, co widziałaś w Yale, żeby pokazać tacie i Pipowi, kiedy wrócą do domu?
Becca wzięła Tamsy z krzesełka i pokręciła głową.
– Narysuję kruka, żeby nie zapomnieć o nim i jego wiadomości. – Becca była wyjątkowo odpornym na wszelkie wydarzenia dzieckiem, ale śmierć ptaka wywarła najwyraźniej na niej duże wrażenie.
– Dobrze, kochanie. Zaraz do ciebie dołączę.
Becca pobiegła do biblioteki, a ja nadal sączyłam herbatę, wpatrując się w nią, jakby mogła mi podpowiedzieć, co mam myśleć o stadzie kruków, ich dziwnym zachowaniu, jeszcze dziwniejszej reakcji Bekki i nieusuwalnym pierścieniu.
Czy magia mojej córki w końcu się budziła? Czy za kilka lat będę miała na głowie dwoje nastoletnich tkaczy, a nie tylko jednego? Matthew z pewnością nasuną się podobne pytania, gdy znajdzie martwego ptaka na chodniku przed domem. Na razie nie miałam żadnych odpowiedzi ani dla niego, ani dla siebie.
Z westchnieniem wróciłam do przeglądania poczty. Rachunki. Ulotki reklamowe. Jeszcze więcej rachunków. Szybko rzuciłam je na puste krzesło, żeby trafiły do recyklingu. Nagle znieruchomiałam, gdy w moje ręce trafiła gruba, kremowa koperta z włoskimi znaczkami.
To nie była niechciana korespondencja, tylko list od Kongregacji, rady nadzorującej sprawy istot w często wrogim ludzkim świecie.
Trzymając ją w palcach, przypomniałam sobie biuro w Wenecji i pracę, jaką tam wykonywałam, by integrować demony, czarownice i wampiry z Kongregacją, naruszając przy tym status quo i łamiąc tradycję, zgodnie z którą takimi działaniami powinien kierować członek dużej rodziny Matthew. Obecnie dziewięcioosobowej radzie przewodniczyła moja przyjaciółka demon Agatha Wilson, która wymyśliła wiele kreatywnych rozwiązań odwiecznych problemów Kongregacji. Ona również zerwała z tradycją. Rodzinę reprezentował wampir Fernando Gonçalves, partner czcigodnego i dawno zmarłego Hugh de Clermonta, a nie Matthew czy jego starszy brat Baldwin.
Odwróciłam kopertę, spodziewając się ujrzeć oficjalną woskową pieczęć w kolorach czarnym, srebrnym i pomarańczowym w kształcie płonącego trójkąta ze słońcem, gwiazdą i księżycem w środku. Ta jednak była cała srebrna, a w jej centrum znajdowało się nieruchome wszechwidzące oko.
Osobisty symbol Sidonie Von Borcke, jednej z trzech czarownic w Kongregacji. Ta kobieta była zmorą mojego życia, jeszcze zanim Baldwin mianował mnie przedstawicielem de Clermontów w owym zgromadzeniu. Kiedy zasiadałam w radzie nadzorczej, Sidonie postawiła sobie za osobisty cel udaremnianie wszystkich moich działań.
Przygotowana na złe wieści, złamałam pieczęć i otworzyłam kopertę. Z pękniętej pieczęci wydobył się cedrowo_-_różany zapach. Wysunęłam charakterystyczny papier listowy z marmurkowymi brzegami, wykonany przez _maestro marmorizzatore_ w sklepie, w którym Kongregacja kupowała artykuły papiernicze od lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. List zaczynał się następująco:
_Szanowni Państwo profesor Bishop i profesor Clairmont._
_Jak Państwo wiecie, oceniamy talenty i umiejętności wszystkich dzieci, w rodzinach których istnieje dziedzictwo wyższej magii. Ponieważ oboje rodzice profesor Bishop pochodzą z takiej linii, uważamy, że należy jak najszybciej przystąpić do oceny Państwa dzieci._
Sidonie się myliła. Moja matka Rebecca w okresie nastoletnim i trochę późniejszym zajmowała się mroczniejszą magią. Po raz pierwszy spotkała moje nemezis, a swojego rywala, Petera Knoksa, podczas jakiegoś zgromadzenia osób aspirujących do uprawiania wyższej magii. Jednakże mój ojciec Stephen Proctor nie wyróżniał się szczególnymi zdolnościami magicznymi. Był tkaczem, tak jak ja, i nie potrafił wykorzystywać zaklęć innych sobie podobnych. Ciotka Sarah mówiła mi, że nie interesował się tą sztuką, nie mówiąc już o jej zaawansowanym praktykowaniu. Jeśli chodzi o jego pochodzenie, przywódczyni sabatu Madison, Vivian Harrison, twierdziła, że Proctorowie od lat nie wydali na świat jakiejkolwiek wiedźmy albo czarownika obdarzonych prawdziwym talentem.
_Skontaktujemy się z Państwem w sierpniu, by umówić się na badanie na początku jesieni, zanim Rebecca Bishop-Clairmont i Philip Bishop-Clairmont skończą w listopadzie siedem lat._
_Z poważaniem, Sidonie Von Borcke_
Zadrżałam mimo upału. Fragmentaryczne wspomnienia egzaminu u Petera Knoxa nadal potrafiły budzić we mnie niepokój. Ten człowiek pojawił się w Cambridge, kiedy miałam siedem lat, a moi rodzice – którzy bez wątpienia dostali list podobny do tego, który spoczywał w mojej ręce – zaczarowali mnie przed jego przybyciem, wiążąc moją moc w supełki i usuwając resztki dziecięcej magii, by uchronić mnie przed zainteresowaniem Kongregacji. Dopiero gdy znalazłam Księgę Życia i poznałam Matthew, ich zaklęcie osłabło, a wspomnienia tamtych mrocznych dni powoli zaczęły powracać wraz ze zdolnościami magicznymi.
Lecz mimo desperackich środków podjętych przez moich rodziców najwyraźniej wzbudziliśmy ciekawość Knoksa, bo zaalarmował Kongregację, że coś dziwnego dzieje się w naszym domu. W rezultacie kilka tygodni później mama i tata wyjechali do Nigerii, by prowadzić badania nad magią rytualną i tym samym odwrócić ode mnie uwagę. Oboje zginęli tam w tajemniczych okolicznościach, których nadal do końca nie rozumiałam, chociaż rola, jaką odegrał w nich Peter Knox i jego sojusznicy, była oczywista. Po ich śmierci musiałam samodzielnie odkryć granice swojej mocy, bez ich wsparcia i wskazówek.
– Nie – powiedziałam stanowczo. – Absolutnie nie.
Kongregacja nie zbada magicznych zdolności bliźniaków, by je później wykorzystać, tak jak bez powodzenia próbował to zrobić ze mną Peter Knox. Czarownice z Wenecji nie poznają potencjału moich dzieci. Sama porozmawiam o tym z Sidonie i innymi czarownicami.
Odwróciłam torbę do góry nogami i wysypałam z niej portfel oraz wszystko inne, co zgarnęłam do niej w biurze, na stół kuchenny, przy okazji rozrzucając świeżo posortowaną korespondencję i niwecząc efekty mojej wcześniejszej pracy. Jak zwykle telefon znajdował się na samym dnie, więc teraz leżał na małej stercie uczelnianej poczty, której jeszcze nie przejrzałam.
Matthew był pierwszym numerem na mojej liście szybkiego wybierania. Z siłą większą niż było to konieczne, nacisnęłam przycisk na ekranie, żeby się z nim połączyć.
– Halo! – Ciepły głos Matthew umocnił mnie w determinacji, by chronić Beccę i Pipa przed Sidonie i jej poplecznikami z Kongregacji. – Jesteś w domu?
– Tak. I ty też musisz wrócić. Oni chcą dzieci.
– Kto? – Ton Matthew stał się ostry jak brzytwa.
– Kongregacja. Dostaliśmy list. Chcą sprawdzić magiczne zdolności dzieci. Musisz zabrać Beccę i Pipa do Starej Chaty, a ja polecę do Wenecji i zajmę się tą sprawą.
– Zwolnij, Diano. – Matthew próbował mnie uspokoić, ale jego słowa nie miały dla mnie większego znaczenia wobec powagi sytuacji.
– Jeśli pozwolimy Sidonie przetestować dzieci, czarownice z Kongregacji na pewno odkryją, że Pip jest tkaczem – krzyknęłam. – I mogą wyczuć, czy bliźnięta też mają skłonność do szału krwi.
Była to plaga wampirów, choroba genetyczna występująca u potomków demona, człowieka i wampira. Objawiała się niekontrolowanym gniewem, przemocą i żądzą krwi. Mój mąż cierpiał na tę przypadłość, podobnie jak jego prawnuk Jack. Matthew odmówił jednak przeprowadzenia na dzieciach testów, które miałyby sprawdzić, czy one również odziedziczyły po nim tę mutację genetyczną.
– Nie mogę rzucić zaklęcia na Beccę i Pipa. – Pękało mi serce i łamał się głos. – Nie mogę. Myślałam, że w razie potrzeby dam radę, ale teraz…
– Już jadę – powiedział Matthew, brzęcząc samochodowymi kluczykami.
Połączenie zostało przerwane.
W ciszy, która zapadła po naszej rozmowie, uświadomiłam sobie, jak daleko jest teraz ode mnie moja córka. Chcąc zmniejszyć ten dystans, zgarnęłam zawartość torby. Uczelnianą pocztę mogłam równie dobrze przejrzeć w każdym innym miejscu.
Imponująca biblioteka Marcusa, wyłożona drewnianymi panelami, była cichym pomieszczeniem na tyłach domu, z dala od ulicznego hałasu, i służyła nam jako pokój rodzinny. Miała okna wychodzące na ogród, regały z książkami, kominek i stół długi jak te w Bibliotece Sterlinga.
Becca podniosła wzrok znad rysunku i zakryła go dłońmi.
– Nie patrz, mamo. Jeszcze nie skończyłam.
– Nie będę – odpowiedziałam i rzuciłam swoje rzeczy na drugi koniec stołu. – Przysięgam.
Chociaż kusiło mnie, żeby rzucić okiem na jej dzieło, przerzuciłam stos papierzysk, żeby odszukać swój terminarz i zacząć organizować wyjazd do Wenecji.
Matthew kazał mi na siebie poczekać, ale nie było nic złego w zerknięciu na daty, żeby dostosować nasz letni kalendarz do nowych okoliczności.
W końcu zlokalizowałam cienki notes i wyciągnęłam go z góry korespondencji. Pod nim zauważyłam kopertę z listem wysłanym do mnie na adres wydziału historii Uniwersytetu Yale. W lewym górnym rogu widniało nazwisko nadawcy: profesor G. E. Proctor, Ravenswood, Ipswich, Massachusetts.
Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w adres zwrotny, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Profesor? Proctor? Ravenswood? Ipswich? Sarah zapewniała mnie, że wszyscy moi najbliżsi krewni nie żyją. Stempel pocztowy wskazywał jednak, że list został wysłany trzy dni temu.
O ile było mi wiadomo, duchy nie miały dostępu do usług amerykańskiej poczty. Sięgnęłam więc po list i rozerwałam kopertę wzdłuż krawędzi. Uwolnił się z niej zapach siarki i petrichor, które wcześniej czułam przed domem. Na grubej wizytówce zobaczyłam formalny napis: „Z biurka G. E. Proctor”, a poniżej trzy linijki skreślone pochyłym pismem, którego już się nie uczy w amerykańskich szkołach.
_Czas wracać do domu, Diano._
_Twoja praciotka,_
_Gwyneth Proctor_
To była ta sama wiadomość, którą kruk dostarczył Becce.
To nie mógł być przypadek, że obie informacje dotarły do nas z dwóch różnych źródeł i to tego samego dnia, w którym otrzymałam złowieszczy list od Kongregacji. Czy moja tajemnicza ciotka wysłała kruki na wypadek, gdyby jej zaproszenie zaginęło w poczcie? Czy zaproszenie do Ipswich mogło mieć coś wspólnego z Kongregacją?
„Profesor Gwyneth Proctor”. Przesunęłam palcem po jej imieniu. Nie wiedziałam prawie nic o rodzinie mojego ojca, więc byłam zaskoczona, gdy odkryłam, że są wśród nich wykładowczynie akademickie.
Zajrzałam do koperty, by sprawdzić, czy nie ma w niej czegoś jeszcze. Gdy ją przechyliłam, ze środka wypadła karta do gry. Ktoś narysował na niej sześcioramienną rozetę, najpopularniejszy symbol apotropaiczny używany do ochrony ludzi przed czarownicami i magią. Przypominał prosty kwiat o sześciu płatkach. Wciąż widać było małą dziurkę w miejscu, gdzie leżał kompas.
Gdy podniosłam kartę, nici na mojej lewej dłoni rozbłysły w odpowiedzi. Zazwyczaj tkacze nosili przy sobie pęk kolorowych sznurków, które pomagały im wiązać nowe zaklęcia z odpowiednimi mocami wplecionymi we wszechświat. Swoje wchłonęłam podobnie jak tajemniczą Księgę Życia, tak że stały się częścią mojego ciała i magii. Przez lata były uśpione, ale dzisiejsze wydarzenia najwyraźniej je obudziły.
Kiedy odwróciłam kartę, zobaczyłam postać mężczyzny w ciemnym ubraniu i solidnych butach ze sprzączkami, idącego ciemną ścieżką z obu stron porośniętą niską trawą. Nad jego głową zbierały się chmury, a on jedną ręką wskazywał drogę. Obrazek został wycięty z jakiejś ulotki albo książki i przyklejony do karty.
Dom, szepnął mój szósty zmysł czarownicy, gdy wpatrywałam się w wyciągniętą rękę mężczyzny.
Z koperty wysunął się jeszcze jeden świstek i opadł na moje kolana. Mały i cienki jak chusteczka, starannie złożony na pół. W miejscu zagięcia papier był miękki i wytarty, jakby wielokrotnie otwierano go i z powrotem składano.
Widniały na nim narysowane ołówkiem dwie splecione dłonie, na które padał cień kruka.
Jedna dłoń należała do dziecka, druga do dorosłego i na jej palcu lśnił misternie wykonany pierścień.
Mój pierścień. Prezent od Philippe’a de Clermonta dla matki Matthew Ysabeau. Ja dostałam go od teściowej i od tamtej pory zawsze nosiłam. Spojrzałam na swoją lewą rękę i porównałam ten rzadki klejnot z rysunkiem. Podobieństwo od razu rzucało się w oczy, łącznie z małymi dłońmi trzymającymi serce z diamentem osadzonym w środku pierścienia. Przebiegłam wzrokiem kartkę, szukając wskazówek, kto go narysował i kiedy. Na odwrocie zobaczyłam napis: _Rebecca i Diana_, inicjały MFP i datę: 1972.
To niemożliwe, żeby rysunek wykonany dziesiątki lat temu, jeszcze przed moimi narodzinami, mógł tak szczegółowo przedstawiać coś, co się wydarzyło tego popołudnia.
Na mojej lewej dłoni wyraźnie uwidoczniły się nici tkacza, ciągnąc się od opuszków palców przez jej wnętrze aż do nadgarstka pasami bieli, złota, srebra i czerni. W miejscu, gdzie zwyczajowo mierzy się tętno, pojawił się utkany ze sznurków uroboros, wąż połykający własny ogon. Był to symbol rodu de Clermont, a zarazem dziesiątego węzła tworzenia i destrukcji, który niewielu tkaczy potrafiło zawiązać. Jego ciemniejsze barwy oznaczały wyższą magię. Spojrzałam na prawą rękę, gdzie zwykle, gdy budziła się moja moc, ukazywały się inne kolory: brązowy, żółty, niebieski, czerwony i zielony.
Teraz nie było po nich śladu. Wizytówka i rysunek, które przysłała Gwyneth Proctor, przyciągnęły uwagę jedynie nici wyższej magii, której rzadko używałam.
Wyjęłam z kieszeni pognieciony list Sidonie i przyłożyłam go do prostej wiadomości od mojej praciotki. W jednej ręce trzymałam zapowiedź niebezpieczeństwa i zagrożenia dla mojej rodziny, w drugiej cienką linę ratunkową splecioną z nadziei i możliwości.
Spojrzałam na rysunek z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku, na którym córka trzymała mnie za rękę, a cień kruczych skrzydeł padał na nasze dłonie niczym błogosławieństwo. Poczułam intensywne pragnienie czegoś, czego nie potrafiłam nazwać, i tęsknotę za miejscem, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ale czekała tam na mnie moja praciotka Gwyneth Proctor.
Zgięłam palce i uroboros na moim nadgarstku poruszył się lekko tuż pod skórą, a wokół mnie w powietrzu rozbłysły migotliwe kolory wyższej magii.
Nie zamierzałam jechać do Anglii ani do Wenecji. Jeszcze nie teraz. Najpierw musiałam wrócić do domu.