Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wyrocznia czarnego ptaka. Księga Wszystkich Dusz. Tom 5 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 maja 2026
3489 pkt
punktów Virtualo

Wyrocznia czarnego ptaka. Księga Wszystkich Dusz. Tom 5 - ebook

Cienie padają na piątkowe południe, kiedy umierający kruk dostarcza czarownicy Dianie Bishop zaproszenie i wezwanie do powrotu do Ravenswood, uświęconej ziemi i rodziny, których nigdy nie znała.

Kiedy Diana i jej mąż Matthew Clairmont dowiadują się, że ich siedmioletnie bliźnięta muszą przejść testy magicznych mocy, Diana postanawia stworzyć nową przyszłość dla swojej rodziny i ma nadzieję, że znajdzie odpowiedzi w rodowej siedzibie Proctorów.

Tam Diana zostaje uczennicą swojej praciotki Gwyneth w dziedzinie wyższej magii. Podążając nieznaną ścieżką, musi udać się w podróż do najmroczniejszych zakątków historii swojej rodziny – i samej siebie – jeśli chce dotrzeć do źródła większej mocy.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68591-73-6
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

W każ­dej duszy jest miej­sce zare­zer­wo­wane dla Cie­nia. Moje było bez­piecz­nie ukryte w zaka­mar­kach pamięci, pod starą raną, która, jak sądzi­łam, już dawno się zago­iła. Wtedy do New Haven przy­le­ciały kruki, nio­sąc zapro­sze­nie, któ­rego ani Cień, ani ja nie mogli­śmy odrzu­cić.

***

Kiedy to do mnie dotarło, był pią­tek pod koniec maja.

– Hej, pro­fe­sor Bishop! Wła­śnie wrzu­ci­łam naj­now­szą kore­spon­den­cję do pani skrzynki pocz­to­wej!

Pogrą­żona w myślach wra­ca­łam dobrze znaną mi trasą z gabi­netu na Uni­wer­sy­te­cie Yale do domu i tylko jed­nym uchem słu­cha­łam oży­wio­nej papla­niny Bekki, pod­czas gdy reszta mojego umy­słu błą­dziła gdzieś indziej. Nie zauwa­ży­łam, że dotar­ły­śmy do ozdob­nej żela­znej bramy strze­gą­cej naszego domu przy Orange Street ani że nasza listo­noszka Brenda wła­śnie opusz­cza pose­sję.

– Dzięki, Brendo. – Posła­łam jej słaby uśmiech. Upał przy­tła­czał. W porze zakoń­cze­nia roku zawsze tak było w New Haven, co pro­wa­dziło do wyczer­pa­nia ner­wo­wego, prze­po­co­nych stro­jów aka­de­mic­kich i dłu­gich kole­jek po mro­żoną latte w licz­nych kawiar­niach mia­steczka.

– Musisz być pod­eks­cy­to­wana powro­tem do Anglii, Becco – zauwa­żyła Brenda.

W czapce z dasz­kiem USPS i szor­tach była dobrze przy­go­to­wana na tem­pe­ra­tury i wysoką wil­got­ność powie­trza w New Haven.

– Tak. – Na potwier­dze­nie tych słów Becca aż pod­sko­czyła. – To pierw­sza podróż Tamsy, a ja wszystko jej pokażę.

Jedna z histo­rycz­nych zaba­wek, które były ostat­nim krzy­kiem mody wśród dziew­czy­nek do trzy­na­stu lat włącz­nie, została naj­now­szym człon­kiem rodziny. Mar­cus i Pho­ebe wybrali lalkę z epoki kolo­nial­nej, bo Becca zachwy­ciła się jego domem w Hadley i opo­wie­ściami o dzie­ciń­stwie, które tam spę­dził w latach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych osiem­na­stego wieku. Cho­ciaż pro­du­cent zabawki nadał jej inne imię, Becca ochrzciła ją ponow­nie w chwili, gdy tylko zoba­czyła zie­lone oczy i rude włosy widoczne w okrą­głym okienku z prze­zro­czy­stego pla­stiku.

Od momentu, gdy otrzy­mała pre­zent, bujną wyobraź­nię Bekki cał­ko­wi­cie pochło­nęła Tamsy i jej świat. Lalka miała w zesta­wie różne stroje i akce­so­ria, które pomo­gły ją oży­wić, w tym konia o imie­niu Penny. I bogate wypo­sa­że­nie domu. Mat­thew dodał do niego małą replikę krze­sła Wind­sor, które kie­dyś nale­żało do _grand-père_ Phi­lippe’a, oraz malo­waną skrzy­nię z Hadley, podobną do tej, w któ­rej Pho­ebe prze­cho­wy­wała domową pościel. Była wypo­sa­żona w mały zamek i klucz, a Becca już do niej spa­ko­wała ubra­nia Tamsy, pod­ręcz­niki szkolne, pióro i kała­marz, a także kolek­cję kape­lu­szy na podróż do Anglii.

Brenda poma­chała do Tamsy, którą Becca trzy­mała w ręce, i zwró­ciła się do mnie:

– Ty też musisz być pod­eks­cy­to­wana powro­tem do swo­ich badań.

Na koniec każ­dego roku szkol­nego Mat­thew i ja zabie­ra­li­śmy dzieci do Anglii, żeby spę­dzić let­nie mie­siące w naszym domu w Wood­stock. Dzie­liło go zale­d­wie kilka mil od Oks­fordu, co dawało mi łatwy dostęp do Biblio­teki Bodle­jań­skiej, a Mat­thew umoż­li­wiało pracę w jego cichym labo­ra­to­rium na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim, bez współ­pra­cow­ni­ków i dok­to­ran­tów, któ­rzy mogliby mu prze­szka­dzać. Becca i jej brat Pip mieli hek­tary ziemi do bie­ga­nia, setki drzew do wspi­na­nia się i dom pełen skar­bów i ksią­żek, które zaj­mo­wały ich uwagę pod­czas nie­unik­nio­nych ulew. W dłu­gie, leniwe week­endy jeź­dzi­li­śmy do Fran­cji, by odwie­dzić matkę Mat­thew Ysa­beau, i spo­tkać się z Mar­cu­sem i Pho­ebe, któ­rzy część lata spę­dzali w Lon­dy­nie.

Już nie mogłam się docze­kać, żeby wsiąść do samo­lotu i zosta­wić za sobą Yale, New Haven i semestr wio­senny. Per­spek­tywa nowego pro­jektu badaw­czego doty­czą­cego żon i sióstr pierw­szych człon­ków Kró­lew­skiego Towa­rzy­stwa Nauko­wego była kusząca, a mi śpie­szyło się, żeby wziąć do ręki rzad­kie wolu­miny i ręko­pisy.

– Pew­nie masz dużo do zro­bie­nia przed jutrem – zauwa­żyła Brenda.

Nie miała nawet poję­cia, jak dużo. Jesz­cze się nie spa­ko­wa­li­śmy, rośliny donicz­kowe na­dal stały w domu, a nie na tyl­nym ganku, gdzie sąsie­dzi mogli je pod­le­wać, a mnie cze­kały co naj­mniej trzy pra­nia, zanim wyje­dziemy na całe lato.

– Wszystko jesz­cze raz spraw­dzi­łam i jeśli cho­dzi o pocztę w New Haven, jesteś gotowa do wyjazdu. – Brenda mnie uspo­ko­iła, koń­cząc naszą roz­mowę.

– Dzię­kuję – odpo­wie­dzia­łam, wyj­mu­jąc Tamsy z uści­sku Bekki i wkła­da­jąc ją nogami do przodu do torby zaku­po­wej razem z uczel­nianą kore­spon­den­cją.

– Baw się dobrze z Pipem, Becco, do zoba­cze­nia w sierp­niu – rzu­ciła na poże­gna­nie Brenda, popra­wia­jąc gruby pas torby na listy.

– Pa! – krzyk­nęła za nią Becca, macha­jąc ręką.

Pogła­dzi­łam jej lśniące włosy, czarne i opa­li­zu­jące niczym kru­cze skrzy­dła. Becca była bar­dzo podobna do Mat­thew: cha­rak­te­ry­zo­wały ich dłu­gie linie i liczne kon­tra­sty, blada skóra i gęste brwi. Cecho­wał ich rów­nież taki sam tem­pe­ra­ment: pewna sie­bie powścią­gli­wość, która w jed­nej chwili mogła prze­ro­dzić się w silne emo­cje. Pip z kolei przy­po­mi­nał mnie. Nie miał pro­ble­mów z wyra­ża­niem uczuć i łatwo się wzru­szał, a po mnie odzie­dzi­czył mocną budowę ciała, jasne włosy z mie­dzia­nymi reflek­sami i piegi na nosie.

– Mamy dużo do zro­bie­nia, orzeszku – powie­dzia­łam. – Naj­pierw musimy zająć się Ardwinną i Apol­lem i posor­to­wać całą pocztę.

Potem jesz­cze nale­żało posprzą­tać dom – a to nie lada zada­nie. Moje lokum przy Court Street było zde­cy­do­wa­nie za małe, żeby pomie­ścić wam­pira, cza­row­nicę, dwoje jasno uro­dzo­nych dzieci, gryfa i charta szkoc­kiego. Syn Mat­thew, Mar­cus, zapro­po­no­wał nam w zamian swoją oka­załą rezy­den­cję przy Orange Street. Kupił ją tuż przed wojną sece­syjną, kiedy stu­dio­wał medy­cynę na Uni­wer­sy­te­cie Yale, a w modzie domi­no­wał mahoń i ofi­cjalne przy­ję­cia. Każda powierzch­nia w domu była albo wykoń­czona na wysoki połysk, albo rzeź­biona, albo jedno i dru­gie. Utrzy­ma­nie porządku było naj­gor­szym kosz­ma­rem, a prze­stronne pokoje zbyt szybko zapeł­niały się współ­cze­snymi rupie­ciami.

Mimo ogrom­nych roz­mia­rów i nader for­mal­nego wyglądu, dom oka­zał się zaska­ku­jąco dobrze przy­sto­so­wany do życia rodzin­nego, z roz­le­głymi zada­szo­nymi weran­dami, na któ­rych dzieci mogły się bawić w desz­czowe dni, wła­snym podwór­kiem, gdzie do ich zabaw dołą­czali gryf Phi­lipa, Apollo, i mój chart szkocki Ardwinna, oraz licz­nymi poko­jami na par­te­rze, nie­gdyś przy­dzie­la­nymi miesz­kań­com według płci i peł­nio­nej funk­cji. Na początku rezy­den­cja Mar­cusa wyda­wała się zbyt oka­zała dla naszej małej grupy wam­pi­rów i cza­row­nic, ale rodziny mają to do sie­bie, że się roz­ra­stają i dopa­so­wują do zaj­mo­wa­nej prze­strzeni. To, co miało być tym­cza­so­wym poby­tem, zamie­niło się w stałe zamiesz­ka­nie.

Becca, wyczu­lona na moje zmie­nia­jące się nastroje, jakby czy­tała mi w myślach, bo powie­działa:

– Nie martw się, mamo. Pomogę ci.

Z kie­szeni na bio­drze wyjęła nie­bie­skie kazoo, które zna­la­zła w biu­rze, i zaczęła na nim grać, żeby popra­wić mi humor przez kilka ostat­nich metrów dzie­lą­cych nas od domu. Prze­ni­kliwy, brzę­czący dźwięk zanie­po­koił ptaki sie­dzące na pobli­skich drze­wach. Wszyst­kie wzbiły się w powie­trze, z iry­ta­cją trze­po­cząc skrzy­dłami, i ochry­płymi krzy­kami pro­te­stu­jąc prze­ciwko zakłó­ca­niu ich popo­łu­dnio­wej drzemki.

Osło­ni­łam oczy, zahip­no­ty­zo­wana wiru­jącą czarną chmurą pta­ków, które uno­siły się i opa­dały na prą­dach wil­got­nego powie­trza. Becca rów­nież wpa­try­wała się w ten widok sze­roko otwar­tymi, peł­nymi zachwytu oczami.

Jeden ptak wyrwał się ze zwar­tej for­ma­cji, a jego cień padł na nasze złą­czone dło­nie. Zarys jego głowy i zakrzy­wio­nego dziobu wska­zały nam na chod­niku drogę do fron­to­wych drzwi.

Nagle zro­biło się zimno. Zadrża­łam. Cie­kawa, co spo­wo­do­wało ten rap­towny spa­dek tem­pe­ra­tury, spoj­rza­łam w górę, sądząc, że zoba­czę chmury zasła­nia­jące słońce.

Oka­zało się jed­nak, że ze świata znik­nęły wszyst­kie kolory. Deli­katny kolor tynku na domu, zie­lony bal­da­chim drzew, plamy błę­kitu wyso­kich ostró­żek i kosać­ców na raba­tach z byli­nami – wszystko stało się szare jak wybla­kła foto­gra­fia zamglo­nego Lon­dynu z lat czter­dzie­stych. Moja per­spek­tywa rów­nież ule­gła zmia­nie. Dom nagle stał się zbyt wysoki i sze­roki, a drzewa zbyt niskie. Typowe let­nie aro­maty zie­leni zastą­pił wyraźny petri­chor, a wraz z nim w powie­trzu poja­wiła się led­wie wyczu­walna siar­kowa nuta. Zwy­kłe dźwięki – ruch uliczny, śpiew pta­ków, war­kot kosia­rek – były teraz bar­dzo gło­śne, podob­nie jak bicie mojego serca, kiedy ogar­nęło mnie dziwne uczu­cie.

Moc, kłu­jąca i zło­wiesz­cza, wypeł­niła moje żyły w odpo­wie­dzi na falę magicz­nej ener­gii, która oto­czyła nas tym odbar­wio­nym cału­nem. Przy­cią­gnę­łam Beccę do sie­bie i osło­ni­łam ją wła­snym cia­łem.

Samotny ptak, który wcze­śniej szy­bo­wał nad naszymi gło­wami, spadł na zie­mię tuż przed nami, z roz­po­star­tymi skrzy­dłami i głową prze­krzy­wioną pod kątem, który świad­czył o tym, że przy ude­rze­niu skrę­cił sobie kark. Zakrzy­wiony, heba­nowy dziób i nastro­szone pióra na pod­gar­dlu wska­zy­wały, że był to kruk.

Sze­lest skrzy­deł wypeł­nił moje uszy, gdy jego towa­rzy­sze wylą­do­wali na gałę­ziach pobli­skiego drzewa – ciemne, ostre reliefy w upior­nym świe­cie, rząd syl­we­tek jakby wycię­tych z czar­nego papieru. Były ich dzie­siątki.

Przez umysł prze­le­ciało mi wszystko, co wie­dzia­łam o zna­cze­niu kru­ków w kon­tek­ście magicz­nym, mitycz­nym i alche­micz­nym. Ci posłańcy mię­dzy świa­tem umar­łych a świa­tem żywych czę­sto sym­bo­li­zo­wali pierw­szy krok w alche­micz­nej prze­mia­nie pro­wa­dzą­cej do kamie­nia filo­zo­ficz­nego.

Nie­które tra­dy­cje przy­pi­sy­wały kru­kom moc prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści. Nie mia­łam poję­cia, co ozna­cza śmierć kruka na czy­ichś oczach, ale zapewne nic dobrego.

Po chod­niku roz­lała się kałuża krwi, gęstej i szkar­łat­nej. Z chwilą gdy ptaka cał­kiem opu­ściła siła życiowa, świat odzy­skał kolory. Dżin­sowe szorty Bekki znów były nie­bie­skie. Gałązki kwia­tów na mojej bluzce na powrót przy­brały różowe i jasno­żółte odcie­nie, a irysy swoją zwy­kłą barwę indygo.

– Ten ptak nie żyje, prawda?

Becca zer­k­nęła z moich objęć na nie­ru­cho­mego kruka, któ­rego oczy były na­dal otwarte i w nas wpa­trzone. Jej noz­drza roz­sze­rzyły się na zapach jego krwi, na twa­rzy poja­wił się wyraz głodu, przez co wyglą­dała w każ­dym calu jak wam­pir. Doma­gała się krwi już jako nie­mowlę i cho­ciaż z cza­sem jej żar­łocz­ność osła­bła, mie­dziany zapach na­dal budził w niej pra­gnie­nie.

– Tak. – Czer­wona kałuża mówiła sama za sie­bie, więc nie dało się unik­nąć prawdy.

– Dla­czego kolory też umarły, kiedy umarł ptak? – Oczy Bekki były tak samo sze­roko otwarte jak te mar­twego ptaka. W ich głębi dostrze­głam mroczną iskrę, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam.

– Co masz na myśli? – zapy­ta­łam ostroż­nie. Nie chcia­łam, żeby udzie­liły się jej moje obawy zwią­zane z wyda­rze­niami tego popo­łu­dnia.

– Wszystko zro­biło się szare jak popiół w kominku – wyja­śniła Becca. – Nie widzia­łaś tego?

Ski­nę­łam głową, zasko­czona, że moja córka też to zauwa­żyła. Spo­strze­gaw­czo­ścią ustę­po­wała jedy­nie Mat­thew, ale w prze­ci­wień­stwie do Pipa zazwy­czaj nie była wyczu­lona na wiru­jące wokół niej magiczne siły.

– Czy to była magia? Nie wyglą­dała jak twoja, mamo.

– Tak, kocha­nie, myślę, że tak – odpo­wie­dzia­łam.

Jaka­kol­wiek magia nawie­dziła tę oko­licę New Haven, teraz już się wyco­fała. Mimo to chcia­łam bez­piecz­nie zna­leźć się w domu, z dala od mar­twego ptaka i cie­nia, który rzu­cił na mnie i moją córkę.

Nim zdą­ży­łam pokie­ro­wać Beccę we wła­ści­wym kie­runku, stado kru­ków sie­dzą­cych na drze­wach zain­to­no­wało pieśń żałobną. Ich śpiew skła­dał się z krzy­ków peł­nych bólu, gar­dło­wego kra­ka­nia, bul­go­czą­cych chi­cho­tów i ochry­płych wrza­sków. Jeden szcze­gól­nie duży ptak wzbił się w powie­trze. Powolny, ciężki ruch jego skrzy­deł uci­szył pozo­stałe. Kruk otwo­rzył dziób i wydał z sie­bie głos przy­po­mi­na­jący dzwon. Wysoki i mocny, zastą­pił wcze­śniej­szą kako­fo­nię żalu i roz­pa­czy.

Duże pta­szy­sko wylą­do­wało przed nami na chod­niku, lekko i pew­nie. Jego pióra lśniły głę­boką czer­nią z nutą ciem­nego gra­natu, która przy­po­mi­nała mi włosy Bekki, a jego szyja tak się nastro­szyła, że wyglą­dał, jakby nosił czarną kryzę. Trza­snął potęż­nym dzio­bem i prze­krzy­wił głowę na bok.

Becca odwza­jem­niła gest i ruszyła w jego stronę.

– Ostroż­nie – szep­nę­łam, nie­pewna inten­cji tego stwo­rze­nia.

Kruki sie­dzące na drze­wach zakra­kały obu­rzone, że ktoś mógł je posą­dzić o zamiar skrzyw­dze­nia dziecka.

Becca ukuc­nęła przy mar­twym ptaku. Jego żywy towa­rzysz w kilku pod­sko­kach zmniej­szył dystans mię­dzy nimi, po czym zaczął kro­czyć w tę i z powro­tem, wyrzu­ca­jąc z sie­bie bul­go­tliwy ciąg dźwię­ków. Następ­nie wyjął coś z dzioba nie­ży­wego kruka i upu­ścił to przed moją córką.

Ta rzecz nie zabrzę­czała meta­licz­nie, ale wyglą­dała jak pier­ścień. Choć raczej taki, który paso­wałby tylko na bar­dzo szczu­pły palec.

– Nie doty­kaj tego! – krzyk­nę­łam. Ciotka Sarah Bishop nauczyła mnie, żeby ni­gdy nie ruszać nie­zna­nych magicz­nych przed­mio­tów, a ja zwy­kle prze­strze­ga­łam jej zasad.

Moja córka była jed­nak bar­dziej nie­za­leżna.

– Dzię­kuję – powie­działa do kruka, nasu­wa­jąc obrączkę na palec. Pier­ścień zosta­wił na jej kost­kach ślady pta­siej krwi.

Kruk zaśpie­wał coś w odpo­wie­dzi, a Becca słu­chała go uważ­nie, kiwa­jąc głową, jakby wszystko rozu­miała. Tamsy wpa­try­wała się w ptaka z mojej torby, od czasu do czasu mru­ga­jąc oczami, jakby chciała otrzą­snąć się ze snu.

Pod­czas roz­mowy mojej córki i ptaka poczu­łam mro­wie­nie w lewym kciuku i mię­dzy brwiami, co ozna­czało, że dziwna magia wcale się nie wyco­fała. Po pro­stu zmie­niła się w coś innego, rów­nie nie­zna­nego. Pró­bo­wa­łam zba­dać jej naturę, wysy­ła­jąc w jej stronę wraż­liwe czułki, ale oka­zała się mgli­sta i mętna, bez okre­ślo­nych zamia­rów czy jakiej­kol­wiek roz­po­zna­wal­nej struk­tury. Miała też dziwny zapach: soli mor­skiej, sosny, ber­be­rysu i siarki.

– Przy­kro mi, że twoja przy­ja­ciółka zgi­nęła – powie­działa Becca, gdy kruk w końcu zamilkł. – Musi ci być bar­dzo smutno.

Ptak uniósł i opu­ścił głowę w rytm gar­dło­wych pisków, od któ­rych pióra na jego szyi jesz­cze bar­dziej się nastro­szyły, tak że wyglą­dały jak kolce jeżo­zwie­rza.

– Pocho­wamy ją na podwórku. – Becca skrzy­żo­wała ręce na sercu, tak jak nauczył ją Mat­thew. – Obie­cuję.

Uro­czy­sta przy­sięga była dużym zobo­wią­za­niem dla tak mło­dej osóbki. Zwa­żyw­szy na ota­cza­jący nas czar, kruki nie przy­le­ciały na Orange Street przez przy­pa­dek.

Ktoś je tu wysłał, a one przy­nio­sły pre­zent dla mojej córki. Na wła­snej skó­rze prze­ko­na­łam się, że z magicz­nymi pre­zentami zawsze łączą się jakieś warunki do speł­nie­nia.

– Wejdźmy do środka i dajmy pta­kom chwilę sam na sam z ich przy­ja­ciółką – zapro­po­no­wa­łam deli­kat­nie. Na­dal wola­łam schro­nić się za zamknię­tymi drzwiami niż zostać na zewnątrz i nara­zić się na dzia­ła­nie jakie­goś skom­pli­ko­wa­nego zaklę­cia. Poda­łam Becce rękę, a ona ją ujęła.

– Nie możemy! – zapro­te­sto­wała. – Musimy zostać, aż przy­ja­ciele zaśpie­wają jej pod­czas ostat­niego lotu.

Jak na dany znak, kruki sie­dzące na gałę­ziach zain­to­no­wały kolejną przej­mu­jącą pieśń żałobną, która tym razem brzmiała niczym grze­cho­ta­nie kości o drewno i była pełna smutku i tęsk­noty. Słu­cha­nie tych wspa­nia­łych pta­ków było dla mnie zaszczy­tem. Od emo­cji ści­snęło mi się gar­dło, bo ja rów­nież czu­łam ich stratę.

Becca moc­niej chwy­ciła moją dłoń. Z jej oczu popły­nęły cięż­kie łzy i choć pró­bo­wała je otrzeć, mie­szały się z krwią mar­twego kruka, two­rząc prze­zro­czy­ste, słone kałuże w pla­mie ciem­nie­ją­cej wokół niego na chod­niku.

W końcu kruki wzbiły się w powie­trze, a ich żałobny cho­rał zmie­nił się w pieśń nadziei i dźwięk dzwo­nów znowu wypeł­nił powie­trze. Ptaki zaczęły szy­bo­wać i krą­żyć nad swoją pole­głą sio­strą, a ich pióra mie­niły się nie­ziem­skim bla­skiem.

– Dzię­kuję za dostar­cze­nie wia­do­mo­ści – powie­działa Becca do samot­nego kruka, który został na ziemi. – Nie zapo­mnę.

Ptak wyko­nał kilka potęż­nych ude­rzeń skrzy­dłami i dołą­czył do reszty stada. Potem wszyst­kie wzbiły się wyżej, aż stały się czar­nymi plam­kami na tle nieba.

– Jaką wia­do­mość prze­ka­zał ci kruk? – zapy­ta­łam, z nie­po­ko­jem patrząc na mar­twego ptaka.

– Powie­dział, że czas wra­cać do domu, i dał mi to. – Becca wycią­gnęła w moją stronę lewy palec wska­zu­jący.

Przyj­rza­łam się pier­ście­niowi naj­do­kład­niej, jak zdo­ła­łam, zwa­żyw­szy na to, że pokry­wały go krew i grudki ziemi. Miej­scami poczer­niał ze sta­ro­ści, ale gdzie indziej był biały jak kość i miał na powierzchni otworki, przez które prze­ple­ciono grube, ciemne włókno.

– Ale my już jeste­śmy w domu. To straszne, że jego przy­ja­ciółka zgi­nęła, kiedy dostar­czała wia­do­mość, któ­rej wcale nie potrze­bo­wa­ły­śmy. – Becca znów zaczęła pła­kać. – Czy to moja wina, że ona się zabiła?

– Oczy­wi­ście, że nie. – Przy­gar­nę­łam ją do sie­bie. – Po pro­stu źle oce­niła odle­głość do ziemi.

Becca pocią­gnęła nosem.

– Chodź do środka – powie­dzia­łam sta­now­czo.

– Ale ptak… – zapro­te­sto­wała Becca, sta­wia­jąc mi opór całym cię­ża­rem ciała.

– Twój ojciec zaj­mie się kru­kiem – obie­ca­łam.

Może i kolory powró­ciły, a zapa­chy let­niego New Haven wypeł­niły moje noz­drza, zastę­pu­jąc dziwną, żywiczną mie­szankę, która towa­rzy­szyła kru­kom, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że dzi­siaj na Orange Street wyda­rzyło się coś nie­zwy­kłego. Coś magicz­nego, nie­sa­mo­wi­tego i nie­zna­nego.

Kiedy weszły­śmy do chłod­nego domu o mar­mu­ro­wych posadz­kach i wyso­kich sufi­tach, wes­tchnę­łam cicho i opar­łam się o zamknięte drzwi. Prze­peł­niona torba zsu­nęła mi się z ramie­nia i dołą­czyła do poczty wrzu­co­nej przez mosiężną szcze­linę. Tamsy wypa­dła na pod­łogę, a Becca rzu­ciła się, żeby ją zła­pać.

I prze­wier­ciła mnie wzro­kiem. Była czuj­nym dziec­kiem i nie­wiele umy­kało jej uwa­dze, bez zna­cze­nia, czy to była mysz szu­ka­jąca jedze­nia w ogro­dzie, czy emo­cje ota­cza­ją­cych ją ludzi.

– Chcesz her­baty? – zapy­tała.

Wszy­scy w rodzi­nie wie­dzieli, że naj­lep­szy spo­sób na poprawę mojego humoru to wło­że­nie mi książki do jed­nej ręki, a fili­żanki her­baty do dru­giej.

– Oczy­wi­ście, że tak! – Roze­śmia­łam się. – A ty wyglą­dasz, jak­byś potrze­bo­wała cze­goś na ząb. Masło orze­chowe i jabłko?

To była ulu­biona prze­ką­ska mojej córki. Chru­piące pół­księ­życe owocu ide­al­nie paso­wały do kre­mo­wej, sło­nej pasty.

– Tak, popro­szę – odparła z powagą Becca, na­dal smutna po śmierci kruka.

Pod­nio­słam torbę i kore­spon­den­cję z pod­łogi i razem skie­ro­wa­ły­śmy się pro­sto do kuchni. To sło­neczne pomiesz­cze­nie na tyłach domu było moim ulu­bio­nym miej­scem w rezy­den­cji Mar­cusa, skąd­inąd wyło­żo­nej tape­tami i dobrze wypo­sa­żo­nej.

Ponie­waż dla wam­pi­rów celem kuchni był kom­fort, a nie szy­ko­wa­nie posił­ków i ich spo­ży­wa­nie, czę­sto przy jej urzą­dze­niu brano pod uwagę bar­dziej względy este­tyczne zamiast prak­tycz­nych potrzeb kucha­rza. W rezul­ta­cie tutej­sza kuch­nia spra­wiała wra­że­nie raczej prze­strzeni miesz­kal­nej z dużą liczbą miejsc do sie­dze­nia i cie­płym, zachę­ca­ją­cym oświe­tle­niem. Szafki poma­lo­wano na wesoły zie­lo­no­nie­bie­ski kolor i zacho­wano ory­gi­nalne szklane fronty drzwi, żeby wyeks­po­no­wać kolek­cję naczyń i błysz­czą­cych kie­lisz­ków do wina.

Przed wyj­ściem zamknę­ły­śmy Ardwinnę i Apolla w daw­nej pra­cowni kra­wiec­kiej tuż obok kuchni. Na gryfa rzu­ci­łam moje wła­sne zaklę­cie masku­jące, tak że wyglą­dał jak duży żółty labra­dor retrie­ver. Oboje powi­tali nas teraz chó­rem szcze­ka­nia i gul­go­tów.

– Może wypro­wa­dzisz zwie­rzęta? – zapro­po­no­wa­łam Becce, która na­dal obser­wo­wała mnie czuj­nie niczym jastrząb. Ręce mi drżały, gdy kła­dłam pocztę i torbę na kuchen­nym stole. Teraz, kiedy minęła tamta nie­sa­mo­wita chwila z pta­kami i spadł mi poziom adre­na­liny, uświa­do­mi­łam sobie, w jakim napię­ciu się znaj­do­wa­łam.

– Dobrze, mamo. – Becca otwo­rzyła drzwi i wypu­ściła naszych pupi­lów na podwórko, żeby roz­pro­sto­wały nogi i obwą­chały ślady pozo­sta­wione przez inne zwie­rzęta z sąsiedz­twa.

Zasta­na­wia­jąc się nad pre­zen­tem kruka i jego dziwną wia­do­mo­ścią o powro­cie do domu, pode­szłam z czaj­ni­kiem do zlewu. Byłam tak pochło­nięta pró­bami przy­po­mnie­nia sobie wszyst­kich szcze­gó­łów tajem­ni­czej magii, że zapo­mnia­łam zdjąć pokrywkę i woda ude­rzyła w nią z taką siłą, że opry­skała mnie, blat i okno. Wytar­łam wszystko, napeł­ni­łam czaj­nik i posta­wi­łam go na kuchence. Następ­nie wyję­łam z szafki małą miskę na prze­ką­skę dla Bekki i nóż z szu­flady. Wciąż roz­ko­ja­rzona, omal nie ucię­łam sobie palca zamiast jabłka.

Zanim pies i gryf obwą­chały wszyst­kie rośliny i drzewa w ogro­dzie, udało mi się bez­piecz­nie pokroić owoc, wło­żyć kilka łyżek masła orze­cho­wego do miski i zapa­rzyć sobie fili­żankę ożyw­czej her­baty.

– Naj­pierw umyj ręce – przy­po­mnia­łam Becce, gdy weszła do kuchni. Nie chcia­łam, żeby krew i brud z dzi­siej­szego popo­łu­dnia dostały się do wraż­li­wego krwio­biegu mojej córki.

W piątkę zasie­dli­śmy do pory­so­wa­nego, ale solid­nego stołu, który w cza­sach, gdy zbu­do­wano ten dom, słu­żył jako blok do kro­je­nia. Teraz było to miej­sce, gdzie zbie­ra­li­śmy się na rodzinne posiłki, zamiast spo­ży­wać je w dusz­nej jadalni. Tamsy sie­działa na wyso­kim krze­sełku, prze­chy­lona na bok, ze zdzi­wioną miną i zapi­na­nym na sprzączkę butem dyn­da­ją­cym na jej nodze. Ardwinna przy­cup­nęła jak naj­bli­żej Bekki, na wypa­dek gdyby w jej stronę skie­ro­wał się palec uma­zany masłem orze­cho­wym albo nad­gry­ziony kawa­łek jabłka, pod­czas gdy Apollo usta­wił się tak, żeby jed­nym brą­zo­wym okiem obser­wo­wać kory­tarz i wypa­try­wać powrotu Pipa.

Mojego syna i jego gryfa łączyła tajem­ni­cza więź, która powsta­wała mię­dzy tka­czami – takimi jak Pip i ja, zdol­nymi do two­rze­nia nowych zaklęć – a ich magicz­nymi pomoc­ni­kami. Moją towa­rzyszką była ogni­sta smo­czyca, a ja na­dal na myśl o niej odczu­wa­łam ból straty. Zwol­ni­łam Corrę ze służby po tym, jak pomo­gła mi ura­to­wać życie Mat­thew.

Becca nie miała przy sobie takiej istoty. Nie byli­śmy pewni, kiedy – i czy w ogóle – jakaś się w jej życiu pojawi. Magia naszej córki nie roz­wi­jała się tak szybko jak Pipa, ale Mat­thew i mnie wcale to nie mar­twiło. Jej wam­pi­ryczne instynkty były wyostrzone, a umie­jęt­no­ści łowiec­kie dosko­nałe. Tego lata jed­nak musia­łam poświę­cić wię­cej uwagi roz­wo­jowi Bekki jako cza­row­nicy. Ostat­nio tak pochła­niały mnie obo­wiązki w Yale, że nie zaj­mo­wa­łam się magią.

Tym­cza­sem Becca oce­niła mój nastrój i naj­wy­raź­niej uznała, że się popra­wił, bo zaczęła jeść, nie wspo­mi­na­jąc ani sło­wem o Yale, Bren­dzie ani mar­twym kruku. Przej­rza­łam pocztę dostar­czoną na Orange Street. Były to głów­nie rachunki, które nale­żało opła­cić przed wyjaz­dem.

Sor­tu­jąc listy, zer­ka­łam na pier­ścio­nek Bekki. Teraz, gdy nie było na nim brudu i krwi, dostrze­głam jego misterne rzeź­bie­nia. Zro­biono go z kości, ale nie potra­fi­łam roz­po­znać, jakiego pocho­dze­nia. Czarna nić prze­ple­ciona przez otwory nada­wała mu fak­turę i kolor oraz wzmac­niała deli­katną ażu­rową kon­struk­cję. Wyczu­wa­łam w nim magię i chcia­łem zba­dać go dokład­niej.

– Mogę obej­rzeć twój pier­ścio­nek? – zapy­ta­łam.

– Jasne. – Becca pró­bo­wała go zdjąć, lecz on ani drgnął. Nim zdą­ży­łam ją powstrzy­mać, wło­żyła palec do buzi i zaczęła go ssać, a następ­nie pono­wiła próbę. – Utknął.

– Ja spró­buję – powie­dzia­łam i ski­nę­łam na nią, żeby do mnie pode­szła.

Córka podała mi rękę. Czu­bek jej palca iskrzył się i świe­cił.

– Mamo, patrz! – Becca aż pod­sko­czyła. – Mój palec się pali, tak jak twój, kiedy robisz sztuczki magiczne!

– Widzę – odpo­wie­dzia­łam spo­koj­nie, choć serce zabiło mi jak bęben. Dotknę­łam pier­ścionka, mając nadzieję, że odkryję jego sekret, ale świa­tło zga­sło. Magia utknęła w pier­ścionku, tak samo jak on na palcu Bekki.

– Mogę pocze­kać na tatę i Pipa w biblio­tece? – spy­tała znie­cier­pli­wiona Becca. Tam znaj­do­wał się kolo­rowy papier, pojem­niki z mar­ke­rami, ołówki i wszyst­kie dro­bia­zgi, któ­rych uży­wała do swo­ich pro­jek­tów arty­stycz­nych, a ona zde­cy­do­wa­nie wolała się nimi bawić niż sie­dzieć ze mną w kuchni.

– Oczy­wi­ście, że możesz – zgo­dzi­łam się i puści­łam jej palec. – Nary­su­jesz to, co widzia­łaś w Yale, żeby poka­zać tacie i Pipowi, kiedy wrócą do domu?

Becca wzięła Tamsy z krze­sełka i pokrę­ciła głową.

– Nary­suję kruka, żeby nie zapo­mnieć o nim i jego wia­do­mo­ści. – Becca była wyjąt­kowo odpor­nym na wszel­kie wyda­rze­nia dziec­kiem, ale śmierć ptaka wywarła naj­wy­raź­niej na niej duże wra­że­nie.

– Dobrze, kocha­nie. Zaraz do cie­bie dołą­czę.

Becca pobie­gła do biblio­teki, a ja na­dal sączy­łam her­batę, wpa­tru­jąc się w nią, jakby mogła mi pod­po­wie­dzieć, co mam myśleć o sta­dzie kru­ków, ich dziw­nym zacho­wa­niu, jesz­cze dziw­niej­szej reak­cji Bekki i nie­usu­wal­nym pier­ście­niu.

Czy magia mojej córki w końcu się budziła? Czy za kilka lat będę miała na gło­wie dwoje nasto­let­nich tka­czy, a nie tylko jed­nego? Mat­thew z pew­no­ścią nasuną się podobne pyta­nia, gdy znaj­dzie mar­twego ptaka na chod­niku przed domem. Na razie nie mia­łam żad­nych odpo­wie­dzi ani dla niego, ani dla sie­bie.

Z wes­tchnie­niem wró­ci­łam do prze­glą­da­nia poczty. Rachunki. Ulotki rekla­mowe. Jesz­cze wię­cej rachun­ków. Szybko rzu­ci­łam je na puste krze­sło, żeby tra­fiły do recy­klingu. Nagle znie­ru­cho­mia­łam, gdy w moje ręce tra­fiła gruba, kre­mowa koperta z wło­skimi znacz­kami.

To nie była nie­chciana kore­spon­den­cja, tylko list od Kon­gre­ga­cji, rady nad­zo­ru­ją­cej sprawy istot w czę­sto wro­gim ludz­kim świe­cie.

Trzy­ma­jąc ją w pal­cach, przy­po­mnia­łam sobie biuro w Wene­cji i pracę, jaką tam wyko­ny­wa­łam, by inte­gro­wać demony, cza­row­nice i wam­piry z Kon­gre­ga­cją, naru­sza­jąc przy tym sta­tus quo i łamiąc tra­dy­cję, zgod­nie z którą takimi dzia­ła­niami powi­nien kie­ro­wać czło­nek dużej rodziny Mat­thew. Obec­nie dzie­wię­cio­oso­bo­wej radzie prze­wod­ni­czyła moja przy­ja­ciółka demon Aga­tha Wil­son, która wymy­śliła wiele kre­atyw­nych roz­wią­zań odwiecz­nych pro­ble­mów Kon­gre­ga­cji. Ona rów­nież zerwała z tra­dy­cją. Rodzinę repre­zen­to­wał wam­pir Fer­nando Gonçalves, part­ner czci­god­nego i dawno zmar­łego Hugh de Cler­monta, a nie Mat­thew czy jego star­szy brat Bal­dwin.

Odwró­ci­łam kopertę, spo­dzie­wa­jąc się ujrzeć ofi­cjalną woskową pie­częć w kolo­rach czar­nym, srebr­nym i poma­rań­czo­wym w kształ­cie pło­ną­cego trój­kąta ze słoń­cem, gwiazdą i księ­ży­cem w środku. Ta jed­nak była cała srebrna, a w jej cen­trum znaj­do­wało się nie­ru­chome wszech­wi­dzące oko.

Oso­bi­sty sym­bol Sido­nie Von Borcke, jed­nej z trzech cza­row­nic w Kon­gre­ga­cji. Ta kobieta była zmorą mojego życia, jesz­cze zanim Bal­dwin mia­no­wał mnie przed­sta­wi­cie­lem de Cler­mon­tów w owym zgro­ma­dze­niu. Kiedy zasia­da­łam w radzie nad­zor­czej, Sido­nie posta­wiła sobie za oso­bi­sty cel uda­rem­nia­nie wszyst­kich moich dzia­łań.

Przy­go­to­wana na złe wie­ści, zła­ma­łam pie­częć i otwo­rzy­łam kopertę. Z pęk­nię­tej pie­częci wydo­był się cedrowo_-_różany zapach. Wysu­nę­łam cha­rak­te­ry­styczny papier listowy z mar­mur­ko­wymi brze­gami, wyko­nany przez _maestro mar­mo­riz­za­tore_ w skle­pie, w któ­rym Kon­gre­ga­cja kupo­wała arty­kuły papier­ni­cze od lat sześć­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku. List zaczy­nał się nastę­pu­jąco:

_Sza­nowni Pań­stwo pro­fe­sor Bishop i pro­fe­sor Cla­ir­mont._

_Jak Pań­stwo wie­cie, oce­niamy talenty i umie­jęt­no­ści wszyst­kich dzieci, w rodzi­nach któ­rych ist­nieje dzie­dzic­two wyż­szej magii. Ponie­waż oboje rodzice pro­fe­sor Bishop pocho­dzą z takiej linii, uwa­żamy, że należy jak naj­szyb­ciej przy­stą­pić do oceny Pań­stwa dzieci._

Sido­nie się myliła. Moja matka Rebecca w okre­sie nasto­let­nim i tro­chę póź­niej­szym zaj­mo­wała się mrocz­niej­szą magią. Po raz pierw­szy spo­tkała moje neme­zis, a swo­jego rywala, Petera Knoksa, pod­czas jakie­goś zgro­ma­dze­nia osób aspi­ru­ją­cych do upra­wia­nia wyż­szej magii. Jed­nakże mój ojciec Ste­phen Proc­tor nie wyróż­niał się szcze­gól­nymi zdol­no­ściami magicz­nymi. Był tka­czem, tak jak ja, i nie potra­fił wyko­rzy­sty­wać zaklęć innych sobie podob­nych. Ciotka Sarah mówiła mi, że nie inte­re­so­wał się tą sztuką, nie mówiąc już o jej zaawan­so­wa­nym prak­ty­ko­wa­niu. Jeśli cho­dzi o jego pocho­dze­nie, przy­wód­czyni sabatu Madi­son, Vivian Har­ri­son, twier­dziła, że Proc­torowie od lat nie wydali na świat jakiej­kol­wiek wiedźmy albo cza­row­nika obda­rzo­nych praw­dzi­wym talen­tem.

_Skon­tak­tu­jemy się z Pań­stwem w sierp­niu, by umó­wić się na bada­nie na początku jesieni, zanim Rebecca Bishop-Cla­ir­mont i Phi­lip Bishop-Cla­ir­mont skoń­czą w listo­pa­dzie sie­dem lat._

_Z powa­ża­niem, Sido­nie Von Borcke_

Zadrża­łam mimo upału. Frag­men­ta­ryczne wspo­mnie­nia egza­minu u Petera Knoxa na­dal potra­fiły budzić we mnie nie­po­kój. Ten czło­wiek poja­wił się w Cam­bridge, kiedy mia­łam sie­dem lat, a moi rodzice – któ­rzy bez wąt­pie­nia dostali list podobny do tego, który spo­czy­wał w mojej ręce – zacza­ro­wali mnie przed jego przy­by­ciem, wią­żąc moją moc w supełki i usu­wa­jąc resztki dzie­cię­cej magii, by uchro­nić mnie przed zain­te­re­so­wa­niem Kon­gre­ga­cji. Dopiero gdy zna­la­złam Księgę Życia i pozna­łam Mat­thew, ich zaklę­cie osła­bło, a wspo­mnie­nia tam­tych mrocz­nych dni powoli zaczęły powra­cać wraz ze zdol­no­ściami magicz­nymi.

Lecz mimo despe­rac­kich środ­ków pod­ję­tych przez moich rodzi­ców naj­wy­raź­niej wzbu­dzi­li­śmy cie­ka­wość Knoksa, bo zaalar­mo­wał Kon­gre­ga­cję, że coś dziw­nego dzieje się w naszym domu. W rezul­ta­cie kilka tygo­dni póź­niej mama i tata wyje­chali do Nige­rii, by pro­wa­dzić bada­nia nad magią rytu­alną i tym samym odwró­cić ode mnie uwagę. Oboje zgi­nęli tam w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach, któ­rych na­dal do końca nie rozu­mia­łam, cho­ciaż rola, jaką ode­grał w nich Peter Knox i jego sojusz­nicy, była oczy­wi­sta. Po ich śmierci musia­łam samo­dziel­nie odkryć gra­nice swo­jej mocy, bez ich wspar­cia i wska­zó­wek.

– Nie – powie­dzia­łam sta­now­czo. – Abso­lut­nie nie.

Kon­gre­ga­cja nie zbada magicz­nych zdol­no­ści bliź­nia­ków, by je póź­niej wyko­rzy­stać, tak jak bez powo­dze­nia pró­bo­wał to zro­bić ze mną Peter Knox. Cza­row­nice z Wene­cji nie poznają poten­cjału moich dzieci. Sama poroz­ma­wiam o tym z Sido­nie i innymi cza­row­ni­cami.

Odwró­ci­łam torbę do góry nogami i wysy­pa­łam z niej port­fel oraz wszystko inne, co zgar­nę­łam do niej w biu­rze, na stół kuchenny, przy oka­zji roz­rzu­ca­jąc świeżo posor­to­waną kore­spon­den­cję i niwe­cząc efekty mojej wcze­śniej­szej pracy. Jak zwy­kle tele­fon znaj­do­wał się na samym dnie, więc teraz leżał na małej ster­cie uczel­nia­nej poczty, któ­rej jesz­cze nie przej­rza­łam.

Mat­thew był pierw­szym nume­rem na mojej liście szyb­kiego wybie­ra­nia. Z siłą więk­szą niż było to konieczne, naci­snę­łam przy­cisk na ekra­nie, żeby się z nim połą­czyć.

– Halo! – Cie­pły głos Mat­thew umoc­nił mnie w deter­mi­na­cji, by chro­nić Beccę i Pipa przed Sido­nie i jej poplecz­ni­kami z Kon­gre­ga­cji. – Jesteś w domu?

– Tak. I ty też musisz wró­cić. Oni chcą dzieci.

– Kto? – Ton Mat­thew stał się ostry jak brzy­twa.

– Kon­gre­ga­cja. Dosta­li­śmy list. Chcą spraw­dzić magiczne zdol­no­ści dzieci. Musisz zabrać Beccę i Pipa do Sta­rej Chaty, a ja polecę do Wene­cji i zajmę się tą sprawą.

– Zwol­nij, Diano. – Mat­thew pró­bo­wał mnie uspo­koić, ale jego słowa nie miały dla mnie więk­szego zna­cze­nia wobec powagi sytu­acji.

– Jeśli pozwo­limy Sido­nie prze­te­sto­wać dzieci, cza­row­nice z Kon­gre­ga­cji na pewno odkryją, że Pip jest tka­czem – krzyk­nę­łam. – I mogą wyczuć, czy bliź­nięta też mają skłon­ność do szału krwi.

Była to plaga wam­pi­rów, cho­roba gene­tyczna wystę­pu­jąca u potom­ków demona, czło­wieka i wam­pira. Obja­wiała się nie­kon­tro­lo­wa­nym gnie­wem, prze­mocą i żądzą krwi. Mój mąż cier­piał na tę przy­pa­dłość, podob­nie jak jego pra­wnuk Jack. Mat­thew odmó­wił jed­nak prze­pro­wa­dze­nia na dzie­ciach testów, które mia­łyby spraw­dzić, czy one rów­nież odzie­dzi­czyły po nim tę muta­cję gene­tyczną.

– Nie mogę rzu­cić zaklę­cia na Beccę i Pipa. – Pękało mi serce i łamał się głos. – Nie mogę. Myśla­łam, że w razie potrzeby dam radę, ale teraz…

– Już jadę – powie­dział Mat­thew, brzę­cząc samo­cho­do­wymi klu­czy­kami.

Połą­cze­nie zostało prze­rwane.

W ciszy, która zapa­dła po naszej roz­mo­wie, uświa­do­mi­łam sobie, jak daleko jest teraz ode mnie moja córka. Chcąc zmniej­szyć ten dystans, zgar­nę­łam zawar­tość torby. Uczel­nianą pocztę mogłam rów­nie dobrze przej­rzeć w każ­dym innym miej­scu.

Impo­nu­jąca biblio­teka Mar­cusa, wyło­żona drew­nia­nymi pane­lami, była cichym pomiesz­cze­niem na tyłach domu, z dala od ulicz­nego hałasu, i słu­żyła nam jako pokój rodzinny. Miała okna wycho­dzące na ogród, regały z książ­kami, komi­nek i stół długi jak te w Biblio­tece Ster­linga.

Becca pod­nio­sła wzrok znad rysunku i zakryła go dłońmi.

– Nie patrz, mamo. Jesz­cze nie skoń­czy­łam.

– Nie będę – odpo­wie­dzia­łam i rzu­ci­łam swoje rze­czy na drugi koniec stołu. – Przy­się­gam.

Cho­ciaż kusiło mnie, żeby rzu­cić okiem na jej dzieło, prze­rzu­ci­łam stos papie­rzysk, żeby odszu­kać swój ter­mi­narz i zacząć orga­ni­zo­wać wyjazd do Wene­cji.

Mat­thew kazał mi na sie­bie pocze­kać, ale nie było nic złego w zer­k­nię­ciu na daty, żeby dosto­so­wać nasz letni kalen­darz do nowych oko­licz­no­ści.

W końcu zlo­ka­li­zo­wa­łam cienki notes i wycią­gnę­łam go z góry kore­spon­den­cji. Pod nim zauwa­ży­łam kopertę z listem wysła­nym do mnie na adres wydziału histo­rii Uni­wer­sy­tetu Yale. W lewym gór­nym rogu wid­niało nazwi­sko nadawcy: pro­fe­sor G. E. Proc­tor, Raven­swood, Ipswich, Mas­sa­chu­setts.

Przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wa­łam się w adres zwrotny, nie mogąc uwie­rzyć w to, co widzę. Pro­fe­sor? Proc­tor? Raven­swood? Ipswich? Sarah zapew­niała mnie, że wszy­scy moi naj­bliżsi krewni nie żyją. Stem­pel pocz­towy wska­zy­wał jed­nak, że list został wysłany trzy dni temu.

O ile było mi wia­domo, duchy nie miały dostępu do usług ame­ry­kań­skiej poczty. Się­gnę­łam więc po list i roze­rwa­łam kopertę wzdłuż kra­wę­dzi. Uwol­nił się z niej zapach siarki i petri­chor, które wcze­śniej czu­łam przed domem. Na gru­bej wizy­tówce zoba­czy­łam for­malny napis: „Z biurka G. E. Proc­tor”, a poni­żej trzy linijki skre­ślone pochy­łym pismem, któ­rego już się nie uczy w ame­ry­kań­skich szko­łach.

_Czas wra­cać do domu, Diano._

_Twoja pra­ciotka,_

_Gwy­neth Proc­tor_

To była ta sama wia­do­mość, którą kruk dostar­czył Becce.

To nie mógł być przy­pa­dek, że obie infor­ma­cje dotarły do nas z dwóch róż­nych źró­deł i to tego samego dnia, w któ­rym otrzy­ma­łam zło­wiesz­czy list od Kon­gre­ga­cji. Czy moja tajem­ni­cza ciotka wysłała kruki na wypa­dek, gdyby jej zapro­sze­nie zagi­nęło w poczcie? Czy zapro­sze­nie do Ipswich mogło mieć coś wspól­nego z Kon­gre­ga­cją?

„Pro­fe­sor Gwy­neth Proc­tor”. Prze­su­nę­łam pal­cem po jej imie­niu. Nie wie­dzia­łam pra­wie nic o rodzi­nie mojego ojca, więc byłam zasko­czona, gdy odkry­łam, że są wśród nich wykła­dow­czy­nie aka­de­mic­kie.

Zaj­rza­łam do koperty, by spraw­dzić, czy nie ma w niej cze­goś jesz­cze. Gdy ją prze­chy­li­łam, ze środka wypa­dła karta do gry. Ktoś nary­so­wał na niej sze­ścio­ra­mienną rozetę, naj­po­pu­lar­niej­szy sym­bol apo­tro­pa­iczny uży­wany do ochrony ludzi przed cza­row­ni­cami i magią. Przy­po­mi­nał pro­sty kwiat o sze­ściu płat­kach. Wciąż widać było małą dziurkę w miej­scu, gdzie leżał kom­pas.

Gdy pod­nio­słam kartę, nici na mojej lewej dłoni roz­bły­sły w odpo­wie­dzi. Zazwy­czaj tka­cze nosili przy sobie pęk kolo­ro­wych sznur­ków, które poma­gały im wią­zać nowe zaklę­cia z odpo­wied­nimi mocami wple­cio­nymi we wszech­świat. Swoje wchło­nę­łam podob­nie jak tajem­ni­czą Księgę Życia, tak że stały się czę­ścią mojego ciała i magii. Przez lata były uśpione, ale dzi­siej­sze wyda­rze­nia naj­wy­raź­niej je obu­dziły.

Kiedy odwró­ci­łam kartę, zoba­czy­łam postać męż­czy­zny w ciem­nym ubra­niu i solid­nych butach ze sprzącz­kami, idą­cego ciemną ścieżką z obu stron poro­śniętą niską trawą. Nad jego głową zbie­rały się chmury, a on jedną ręką wska­zy­wał drogę. Obra­zek został wycięty z jakiejś ulotki albo książki i przy­kle­jony do karty.

Dom, szep­nął mój szó­sty zmysł cza­row­nicy, gdy wpa­try­wa­łam się w wycią­gniętą rękę męż­czy­zny.

Z koperty wysu­nął się jesz­cze jeden świ­stek i opadł na moje kolana. Mały i cienki jak chu­s­teczka, sta­ran­nie zło­żony na pół. W miej­scu zagię­cia papier był miękki i wytarty, jakby wie­lo­krot­nie otwie­rano go i z powro­tem skła­dano.

Wid­niały na nim nary­so­wane ołów­kiem dwie sple­cione dło­nie, na które padał cień kruka.

Jedna dłoń nale­żała do dziecka, druga do doro­słego i na jej palcu lśnił mister­nie wyko­nany pier­ścień.

Mój pier­ścień. Pre­zent od Phi­lippe’a de Cler­monta dla matki Mat­thew Ysa­beau. Ja dosta­łam go od teścio­wej i od tam­tej pory zawsze nosi­łam. Spoj­rza­łam na swoją lewą rękę i porów­na­łam ten rzadki klej­not z rysun­kiem. Podo­bień­stwo od razu rzu­cało się w oczy, łącz­nie z małymi dłońmi trzy­ma­ją­cymi serce z dia­men­tem osa­dzo­nym w środku pier­ście­nia. Prze­bie­głam wzro­kiem kartkę, szu­ka­jąc wska­zó­wek, kto go nary­so­wał i kiedy. Na odwro­cie zoba­czy­łam napis: _Rebecca i Diana_, ini­cjały MFP i datę: 1972.

To nie­moż­liwe, żeby rysu­nek wyko­nany dzie­siątki lat temu, jesz­cze przed moimi naro­dzi­nami, mógł tak szcze­gó­łowo przed­sta­wiać coś, co się wyda­rzyło tego popo­łu­dnia.

Na mojej lewej dłoni wyraź­nie uwi­docz­niły się nici tka­cza, cią­gnąc się od opusz­ków pal­ców przez jej wnę­trze aż do nad­garstka pasami bieli, złota, sre­bra i czerni. W miej­scu, gdzie zwy­cza­jowo mie­rzy się tętno, poja­wił się utkany ze sznur­ków uro­bo­ros, wąż poły­ka­jący wła­sny ogon. Był to sym­bol rodu de Cler­mont, a zara­zem dzie­sią­tego węzła two­rze­nia i destruk­cji, który nie­wielu tka­czy potra­fiło zawią­zać. Jego ciem­niej­sze barwy ozna­czały wyż­szą magię. Spoj­rza­łam na prawą rękę, gdzie zwy­kle, gdy budziła się moja moc, uka­zy­wały się inne kolory: brą­zowy, żółty, nie­bie­ski, czer­wony i zie­lony.

Teraz nie było po nich śladu. Wizy­tówka i rysu­nek, które przy­słała Gwy­neth Proc­tor, przy­cią­gnęły uwagę jedy­nie nici wyż­szej magii, któ­rej rzadko uży­wa­łam.

Wyję­łam z kie­szeni pognie­ciony list Sido­nie i przy­ło­ży­łam go do pro­stej wia­do­mo­ści od mojej pra­ciotki. W jed­nej ręce trzy­ma­łam zapo­wiedź nie­bez­pie­czeń­stwa i zagro­że­nia dla mojej rodziny, w dru­giej cienką linę ratun­kową sple­cioną z nadziei i moż­li­wo­ści.

Spoj­rza­łam na rysu­nek z tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tego dru­giego roku, na któ­rym córka trzy­mała mnie za rękę, a cień kru­czych skrzy­deł padał na nasze dło­nie niczym bło­go­sła­wień­stwo. Poczu­łam inten­sywne pra­gnie­nie cze­goś, czego nie potra­fi­łam nazwać, i tęsk­notę za miej­scem, o któ­rym ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam, ale cze­kała tam na mnie moja pra­ciotka Gwy­neth Proc­tor.

Zgię­łam palce i uro­bo­ros na moim nad­garstku poru­szył się lekko tuż pod skórą, a wokół mnie w powie­trzu roz­bły­sły migo­tliwe kolory wyż­szej magii.

Nie zamie­rza­łam jechać do Anglii ani do Wene­cji. Jesz­cze nie teraz. Naj­pierw musia­łam wró­cić do domu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij