Wyścig z czasem. Tom 33. Komisarz Oczko - ebook
W pogodną kwietniową sobotę grupa podopiecznych z domu dziecka przyjeżdża na wycieczkę do Trójmiasta. Jednym z jej punktów jest przejazd kołem widokowym. Gdy nastolatkowie wraz z opiekunką opuszczają gondolę, dochodzi do eksplozji. Komisarz Oczko musi sprawdzić kto stoi za zamachem i czy młodzież oraz towarzysząca im zakonnica byli przypadkowymi ofiarami, czy też ktoś celowo chciał zrobić im krzywdę. Gdy w końcu udaje się złapać sprawcę, okazuje się, że wybuch w gondoli to dopiero początek czegoś, co może w przenośni i dosłownie wstrząsnąć Trójmiastem, a policja zaczyna prawdziwy wyścig z czasem.
To cykl opowiadań kryminalno-sensacyjnych, których akcja rozgrywa się na Pomorzu. Polecamy kolejne części o śledztwach komisarza Oczko, i również cykl o komisarzu Andrzeju Papaju i cykl o detektywce Róży Wielopolskiej.
Tomasz Wandzel – Autor, który ma na swoim koncie powieści sensacyjne, kryminalne, obyczajowe oraz historyczne. Jest wielokrotnym stypendystą różnych instytucji, wspierających rozwój kultury m.in. Marszałka Województwa Pomorskiego oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka w Prabutach, które często pojawiają się w jego twórczości.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68524-42-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Dzieciaki, możecie się uciszyć? – lekko podniesionym głosem poprosiła siostra Honorata, próbując przekrzyczeć panującą w autokarze wrzawę, ale jej głos nie zdołał przebić się przez falę rozmów, śmiechów i nawoływań. Teoretycznie wiedziała, jak okiełznać grupę niesfornych nastolatków. W domu dziecka pracowała ponad dwadzieścia lat i przeżyła modę na yo-yo, tamagotchi, skejty, a nawet krótkie zauroczenie szachami po pewnym serialu. Jednak teoria coraz częściej rozmijała się z praktyką i zwyczajnym życiem. Szczególnie od czasu, gdy technologia wdzierała się wszędzie: do rozmów, do relacji, do ciszy, a nawet do modlitwy. Dla niej, osoby wierzącej, stało się jasne, że modlitwy, różaniec i nabożeństwa przegrywają ze smartfonem. Próbowała rozniecać w wychowankach choćby iskry wiary, ale częściej widywała płomienie zaangażowania w Minecraftcie niż w kaplicy.
– Siostrzyczka użyje tego – poradził kierowca, podając mikrofon. – Wystarczy nacisnąć i można mówić – dodał, wskazując okrągły zielony przycisk, za pomocą którego miała zaprowadzić porządek.
No nie wiem, czy to na nich zadziała – pomyślała zakonnica, patrząc na trzydziestkę podopiecznych, z których najmłodsze miało czternaście, a najstarsze siedemnaście lat. Paradoksalnie, zamiast siedzieć z nosami w ekranach, przekrzykiwali się niczym przekupki na bazarze sprzed ery internetu.
Pan Heniu, jowialny sześćdziesięciolatek, który dziś wyglądał jak pogodny wujek, musiał odgadnąć jej wątpliwości. Wstał z fotela kierowcy, odebrał mikrofon, ustawił się frontem do pasażerów, nacisnął przycisk i jego basowy głos rozszedł się po wnętrzu autobusu jak dzwon.
– Teraz, kochana młodzieży, kilka ogłoszeń parafialnych – zapowiedział, a nastolatkowie ryknęli śmiechem. Kilku z nich teatralnie przeżegnało się, paru innych odruchowo sięgnęło po telefony, jakby ogłoszenia parafialne miały swoją apkę. – Po pierwsze, każdy, kto w ciągu trzydziestu sekund nie przestanie rechotać, zrobi wypad z autobusu i to nie są żarty – ostrzegł, zerkając na tarczę staromodnego zegarka, który dostał pół wieku temu na pierwszą komunię. Wskazówki lśniły jak wyjęte z pudełka, bo pan Heniu potrafił dbać o pamiątki.
Nim minęła połowa wyznaczonego czasu, w autokarze zapanowała nabożna cisza. Ktoś kaszlnął. Ktoś inny, z przyzwyczajenia, stuknął w ekran, z którego właśnie przestała dudnić muzyka.
– Bardzo dobrze – pochwalił i przeszedł do kolejnych obwieszczeń. – Po drugie, w autobusie obowiązuje całkowity zakaz spożywania alkoholu, palenia papierosów, również elektronicznych, a przede wszystkim jedzenia chipsów, paluszków, popcornu i innych świństw, które zaśmiecają fotele i kabinę. Pierwsze dwa punkty was, rzecz jasna, nie dotyczą, bo jesteście nieletni i święci jak obrazki, ale przekąski proszę schować. Kto się nie dostosuje, wysiada na pierwszym przystanku. I nawet błagania siostry Honoraty nie pomogą.
Przez autokar przetoczył się pomruk zawodu. Gdzieś w środku ktoś z rezygnacją wcisnął paczkę chipsów do plecaka.
– Po trzecie, jeśli macie do mnie jakieś pytania, zadajcie je teraz. Gdy ruszymy, skupię się wyłącznie na drodze oraz na pilnowaniu, czy przestrzegacie zasad, o których wspomniałem. Chciałbym, żebyśmy szczęśliwie dojechali do Gdańska i z niego wrócili. A że mam dwa lata do emerytury i jestem po pierwszym zawale, lepiej mnie nie denerwować.
Siostra Honorata uniosła brwi. Znała pana Henia od lat, a o żadnym zawale nie słyszała. Kierowca spojrzał na nią porozumiewawczo i parsknął.
– No dobra, z tym zawałem żartowałem – poddał się, rozbrajająco szczery. – Cała reszta w mocy. Pytania?
– Czy w autobusie jest wi-fi? – padło z tylnych rzędów.
– Nie ma i nie będzie – uciął bezlitośnie kierowca, powodując, że przez autokar przeszedł jęk rozczarowania. – Skoro nie ma więcej pytań, oddaję głos siostrze Honoracie i jedziemy – zakończył, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
Zakonnica odebrała mikrofon, usiadła obok kierowcy i zaczęła przedstawiać plan wycieczki. Mówiła już o tym kilkukrotnie podczas spotkań w domu dziecka, ale wiarę w to, że ktoś słuchał, zaliczyć można było do wiary heroicznej. Teraz też zainteresowanie było umiarkowane. Widziane kątem oka miny nastolatków wyrażały obojętność.
– Dojedziemy do Gdańska około dziesiątej. Najpierw wjedziemy na taras widokowy Olivia Star, potem przejazd kołem nad Motławą, obiad w… – tu musiała zniżyć głos, bo grupowy szept „Maaac!” rozgrzał powietrze – a na koniec przejazd do Gdyni, do oceanarium. Proszę, trzymajmy się razem, to usprawni zwiedzanie i nie wpadniemy w nerwowe sytuacje. I pamiętajcie, jesteśmy grupą. Grupa to odpowiedzialność. Za siebie i za innych.
Odłożywszy mikrofon, wyjęła z torebki różaniec. Paciorki, zimne i gładkie, miały w sobie obietnicę spokoju. „Zdrowaś Maryjo…” – zamruczała, a w myślach podziękowała tajemniczemu sponsorowi, który przed kilkoma tygodniami zjawił się w domu dziecka z propozycją zorganizowania wycieczki. Słyszała rozmowy dzieci, ale nie martwiło jej to – w świecie, w którym dzieci częściej do siebie piszą, niż mówią, hałas jest dowodem życia.
Za oknem zmieniał się krajobraz. Najpierw pola, potem pojedyncze budynki, wreszcie pierwsze zarysy dużego miasta. W autokarze wrócił gwar – dziewczyny sprzeczały się, czy lepszy jest zachód słońca nad morzem w czerwcu, czy w sierpniu, chłopcy porównywali rekordy w grach, a jeden z najmłodszych, szczupły chłopak o wiecznie rozchylonych ustach, szeptem opowiadał koledze o tym, że w Gdyni są najlepsze lody pistacjowe na świecie. „Nie na świecie, w powiecie” – poprawił go ktoś z przekąsem i wszyscy zaczęli się śmiać.
Gdy autokar wjechał do Wrzeszcza, powietrze jakby zgęstniało – wszędzie jakieś odgłosy, znaki, ludzie. Na chwilę wszyscy przykleili nosy do szyb.
Punktualnie o dziesiątej stanęli przed wystrzeliwującą w niebo bryłą Olivii Star. Nawet ci, którzy widywali ten wieżowiec na zdjęciach, spojrzeli w górę. Rozległ się czyjś szept: „No, robi wrażenie!”. Szklana ściana, ignorująca granice i podwajająca obrazy, zmuszała do instynktownego cofnięcia się o pół kroku.
– Tylko zachowujcie się normalnie – poprosiła siostra Honorata, skanując wzrokiem podopiecznych.
Weszli do holu, w którym echo było równie eleganckie, jak pan w recepcji. Winda połknęła ich niczym wieloryb i wypluła na trzydziestym drugim piętrze, tam gdzie powietrze ma już inny zapach.
Na tarasie było jasno, światło wdzierało się wszędzie, rysowało kontury, a widoczna w oddali Zatoka Gdańska przywodziła na myśl podpis architekta. Dzieci stały przy szybie, jedne naburmuszone, bo „w necie i tak lepiej widać”, inne zachwycone, a niektóre niespodziewanie milczące, jakby to milczenie było jedyną właściwą reakcją.
– Patrzcie, statki! – wskazał ktoś, a reszta bezwiednie powtórzyła gest. – A tam… to Sopot?
– Tak, a dalej Gdynia – odpowiedziała siostra Honorata, choć słowa wydawały się zbędne.
Wjazd i zjazd przebiegły zaskakująco spokojnie. W windzie dziewczęta szeptały, że czuły „w brzuchu motylki”, a chłopcy udawali, że nic ich nie wzrusza. Ktoś odważył się zrobić wspólne selfie – wyszło krzywo, ale wszyscy byli na zdjęciu, więc było OK.
Potem przyszedł czas na przejazd kołem widokowym przy Motławie. Sam widok konstrukcji, bielejącej na tle nieba, wzbudzał ekscytację. Czekając na swoją kolej, czuli łagodny wiatr rozwiewający włosy i zapach wody zmieszany z czymś słodkim, co zawsze unosi się nad promenadami – wonią gofrów, lodów, karmelu.
– To nie jest zwykła karuzela, wagoniki poruszają się powoli, żeby można było się napatrzeć – tłumaczył pan Heniu chłopcu, który bał się wysokości, ale wstydził się o tym mówić. – Będzie dobrze, zobaczysz.
Młodzież zajęła miejsca w dwunastoosobowych, ogrzewanych gondolach. Plastik był ciepły od słońca, a poręcze chłodne. Koło ruszyło. Nie gwałtownie – delikatnie i powoli. Gondole wspinały się spokojnie, dając czas na przyzwyczajenie wzroku, serca i żołądka.
Z góry rzeka wyglądała jak ciemna, niechlujnie rozwinięta wstążka, którą ktoś rzucił na ziemię, a dachy kamienic tworzyły coś na kształt mozaiki.
– Pamiętajcie, trzymamy się razem – przypomniała siostra Honorata, kiedy ich gondola z gracją wróciła na dół.
Sama wysiadła bardzo ostrożnie i ucieszyła się, gdy poczuła pod stopami betonową solidność. Jeszcze wizyta w McDonaldzie, potem oceanarium i wracamy – pomyślała, przeglądając w myślach listę zadań. Odwróciła głowę, żeby przeliczyć dzieci.
Nie zdążyła.
Huk przyszedł znikąd. Najpierw drgnęło powietrze, jakby ktoś energicznie potrząsnął przezroczystą zasłoną, potem gwałtowne uderzenie przecięło świat na pół. Zaskrzeczał metal, szkło rozprysło się w dźwięcznej kaskadzie odłamków. Coś ciężkiego trafiło ją w plecy – nie pięść, nie kamień, nie metal – i popchnęło do przodu.
Upadając, zobaczyła rzeczy, których widzieć nigdy nie chciała – plamę czerwieni na policzku jednego z dzieciaków, dziewczynę, która kurczowo trzymała się poręczy, choć żadna poręcz nie była już bezpieczna, chłopaka z rozdziawionymi ustami, który przestał właśnie rozumieć świat. Kątem oka dostrzegła fragment białej konstrukcji, której nie powinno tam być – była za blisko ludzi, za blisko ziemi, za blisko wszystkiego.
Chciała wstać. To była pierwsza jej myśl. „Wstań! Idź! Licz! Wołaj po imieniu. Przytrzymaj czyjąś dłoń” – powtarzał dobrze jej znany wewnętrzny głos. Ręce nie zareagowały. Nogi nie posłuchały. Zadziałało tylko serce – kilka mocnych uderzeń, jak w starym zegarze, który wciąż chodzi.
Nagle hałas zaczął ustępować miejsca gęstej ciszy. Krzyki oddaliły się, jakby ktoś przymknął okno. Został chłód na karku, twarde podłoże pod łokciem i cienka nitka myśli.
Boże, policz ich wszystkich, bo ja nie mogę – przemknęło jej przez głowę.
Potem przyszła ciemność. Niegroźna, taka, która odcina ból, taka, w której nic już nie trzeba.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ