Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wyspa duchów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 września 2026
2299 pkt
punktów Virtualo

Wyspa duchów - ebook

Odizolowana skandynawska wyspa. Zamknięta społeczność. I sekrety, które nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego.

Anna, młoda pielęgniarka z Polski, przybywa na niewielką wyspę Hanö u wybrzeży południowej Szwecji. Uciekając przed własną traumą i skrywanym uzależnieniem, przyjmuje posadę opiekunki przy starszej, przekornej Inger.

Na jej drodze stają nieliczni zimowi mieszkańcy wyspy: mrukliwy wdowiec Bengt, Laila – neurotyczna rzeźbiarka, znany pisarz Håkan. Poznając historię wyspy pełną legend i sekretów, Anna mimowolnie wplątuje się w skomplikowane relacje między jej mieszkańcami.

Gdy pewnego mglistego dnia dochodzi do morderstwa, wyspiarze zaczynają podejrzliwie przyglądać się zarówno nielicznym przybyszom, jak i sobie nawzajem. Seria niespodziewanych wydarzeń odsłania ukryte tajemnice i prowadzi do wstrząsających odkryć.

„Wyspa duchów” Agaty Sznejder to gęsty, niezwykle wciągający, mroczny skandynawski thriller o izolacji, skrywanej winie i ucieczce przed własnymi demonami. Na tej wyspie mrok nie przychodzi z zewnątrz – mieszka tuż za ścianą.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68205-72-5
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DZIEŃ PIERWSZY

Wiatr jest tak porywisty, że łzawią mi oczy, a włosy plączą się na twarzy. Stoję na pustym pokładzie. Zaciągam kaptur kurtki na głowę. Przed kilkoma minutami prom odbił od brzegu i przepłynął przez wody niewielkiej zatoki, kierując się na otwarte morze. Kursuje dwa razy dziennie. Domyślam się, że pasażerami porannego rejsu z Nogersund na Hanö są w większości turyści. Prom zawozi ich na wyspę, a jej mieszkańców chcących odwiedzić stały ląd zabiera w drogę przez cieśninę. Mój kurs to ten, którym, według mojej teorii, mieszkańcy Hanö powinni wracać do domu. Jestem jednak jedynym pasażerem.

Kontury wyspy na horyzoncie początkowo zlewają się z morzem. Po chwili na lądzie pojawia się las, połacie żółtej trawy, a bliżej brzegu budynki. Nad wyspą góruje biała latarnia morska. Wraz ze zbliżającym się brzegiem budynki nabierają barw, dominują czerwone, szczególnie na przystani, ale pojawiają się także żółte, błękitne i białe.

Po dwudziestu pięciu minutach prom dobija do brzegu. Na przystani stoi grupka młodzieży. Około dwudziestu osób, może więcej. Chłopcy śmieją się, a jeden wskazuje palcem stojące obok dziewczyny. Te, niczego nieświadome, rozmawiają, nie zwracając na nich uwagi, i pokazują sobie coś w telefonach. Kobieta około czterdziestki, która, jak mniemam, jest ich opiekunką, staje na palcach i widać, że stara się policzyć wszystkie głowy.

Schodzę na ląd, a szkolna wycieczka z krzykiem władowuje się na pokład promu. Kieruję się w stronę małej przystani. Kiedy mijam niewielkie budynki z czerwonej deski, jedne z drzwi otwierają się i wychodzi przez nie młoda kobieta. Pochyla się i zaczyna składać czarny potykacz, na którym kredą wypisane są potrawy i ceny, zapewne specjały dnia. Kobieta przez chwilę szamocze się z tablicą, po czym podnosi głowę i zauważa mnie.

– Hej!

– Hej! – odpowiadam tradycyjnym szwedzkim powitaniem.

– Ostatnia szansa na najlepszego burgera na Hanö.

Przystaję i przez chwilę nie mogę się zdecydować.

– Mamy też wegetariańskie – zachęca kobieta.

Jak na zawołanie mój żołądek odzywa się świdrującym wiertłem, które zdaje się sięgać aż do kręgosłupa.

– Może być z mięsem. – Kiwam głową i wchodzę za nią do środka.

Wewnątrz nie ma nikogo. Panuje tu dziwny spokój i cisza, przerywana jedynie dochodzącym z zewnątrz monotonnym brzęczeniem dzwonków wietrznych. Zajmuję stolik przy oknie z widokiem na morze. Kobieta odstawia tablicę pod ścianę i znika w drzwiach prowadzących na zaplecze. Po chwili wraca, niosąc w ręku kartę dań. Kładzie ją przede mną na stoliku, a z kieszeni fartucha wyciąga mały notes i ołówek.

– Zostaje burger czy chcesz rzucić okiem na kartę? Przyznam szczerze, że część menu i tak jest już niestety niedostępna. – Mówi do mnie z tą szwedzką bezpośredniością, o której prawie zapomniałam, a którą zawsze lubiłam. Bez „pana” i „pani”, nieważne, czy rozmawiają kelnerka i profesor, czy student i emeryt.

– Może być burger.

– Dobry wybór! Bo jeśli to ty jesteś Anna i masz zamiar zostać tu całą zimę… – wskazuje ołówkiem na stojącą obok mojego krzesła dużą walizkę – to przez następne kilka miesięcy będziesz jadła wyłącznie ryby.

Kobieta się uśmiecha, a gdy zauważa moje zaskoczenie, wyjaśnia:

– To mała wyspa. Znam się z Malin. Mówiła mi, że masz dzisiaj przyjechać. Jestem Annika. – Wyciąga do mnie rękę.

– Anna. – Odpowiadam jej tym samym gestem. – To wasz ostatni dzień?

– Ostatni był miesiąc temu. Zamykamy się co roku na początku września, nasi pracownicy to głównie studenci i uczniowie. Teraz tylko sporadycznie otwieram przez pierwszych kilka tygodni po sezonie, bo wycieczki przyjeżdżają tu czasem do rezerwatu. Mój facet mówi, że to strata czasu i pieniędzy, ale co mi szkodzi przywieźć trochę produktów i zrobić burgery dla trzydziestki dzieciaków. To ostatnia grupa, dla której gotuję w tym roku. W weekend opróżnimy lodówki, zamykamy biznes i uciekamy na zimę do Tajlandii. – Annika unosi ramiona i uśmiecha się, jakby tajskie słońce już ją ogrzewało. – Tutaj i tak nikt już nie będzie przyjeżdżał. Robi się coraz zimniej.

Przez chwilę zamyśla się, stukając ołówkiem w notes i patrząc na morze, nad którym zaczynają się zbierać ciemne chmury.

– W zimie nie za wiele się tu dzieje. Wiatr, mewy i daniele. To mogą być długie miesiące – mówi. – Ale może być to też dobre miejsce na przemyślenie różnych rzeczy i odpoczynek, jeśli tego akurat komuś potrzeba.

Annika spogląda na mnie, jakby szukała potwierdzenia, że tego właśnie szukam.

– Na pewno trochę spokoju mi się przyda. – Potakuję głową i się uśmiecham. – Poproszę też wodę.

– Jasne!

Kobieta odchodzi na zaplecze, a ja obserwuję przez okno krajobraz, który z minuty na minutę robi się coraz bardziej ponury. Teraz to stały ląd jest ciemnym konturem na horyzoncie. Ciężkie granatowe chmury zawisły nad cieśniną jak groźna lawina, która za chwilę runie na wyspę. Biała łódź motorowa przecina ciemniejącą taflę, pędząc zapewne do bezpiecznego brzegu.

– Pięknie, prawda? – Annika wraca z zamówieniem.

– Tak…

– Pogoda zmienia się tu bardzo szybko. To wiatr ciągle przywiewa zmiany, a Hanö to najbardziej wietrzne miejsce w całej Szwecji. Przez to pogoda jest tu nieprzewidywalna. W jednej chwili świeci słońce, a za moment zbiera się na burzę, ale to dzięki temu widoki są takie niesamowite.

Gdy po jedzeniu i uregulowaniu rachunku zbieram się do wyjścia, Annika wskazuje mi drogę do domu matki Malin, pomimo że o to nie proszę. Pierwsze krople deszczu zaczynają rozbijać się o szyby restauracji.

– Do zobaczenia wiosną, Anno z Polski! – woła jeszcze, gdy wychodzę na zewnątrz.

Teraz już leje. Zaciągam kaptur i szybkim krokiem wchodzę w uliczkę Äspuddevägen. Jest wyasfaltowana i przy lepszej pogodzie zapewne całkiem urocza. Biegnie wzdłuż kamienistej linii brzegowej, porozdzielanej na małe zatoczki z głazów, w których gdzieniegdzie cumują łodzie mieszkańców. Po drugiej stronie ciągnie się rząd wypielęgnowanych ogródków, a w każdym z nich stoi równie wypielęgnowany drewniany dom. Każdy ma inny kolor, inną bryłę. Każdy ogród ma inne ogrodzenie i inną roślinność. Razem tworzą jednak spójną całość, typową dla szwedzkiej zabudowy wiejskiej. Dochodzę prawie na sam koniec ulicy i dostrzegam biały dom z równo przystrzyżonym trawnikiem i okazałymi hortensjami przy płocie. Ich duże kwiatostany uginają się pod ciężarem kropel deszczu. Są nadal różowe, ale na niektórych płatkach zaczyna już przebijać brąz. Przechodzę przez furtkę i idę żwirową ścieżką w kierunku drzwi wejściowych. Kółka walizki chrobocą na małych kamyczkach i wbijają się w podłoże. Nagle otwierają się białe drzwi werandy.

– Już się bałyśmy, że albo zaginęłaś, albo się rozmyśliłaś. – Blondynka ubrana w puszysty biały sweter i jeansy uśmiecha się i wykonuje ręką gest zachęcający do wejścia do środka.

Wspinam się po schodkach, targając z trudem walizkę.

– Malin. – Kobieta podaje mi rękę, gdy tylko wdrapuję się do drzwi. Drobne zmarszczki na jej twarzy sugerują, że jest już po pięćdziesiątce, ale dołeczki w jej okrągłych policzkach i biały uśmiech dodają jej swego rodzaju młodzieńczej energii, która zawsze mi się podobała u skandynawskich kobiet.

– Anna. – Również podaję jej rękę. – Przepraszam, że tak mi zeszło, ale zatrzymałam się jeszcze na obiad.

– To dobrze. Przyjechałam rano w biegu i nie zdążyłam wpaść do sklepu. Oprócz chleba i margaryny nie ma tu prawie nic do jedzenia. Jutro koniecznie trzeba zrobić zakupy.

Zdejmuję z ramienia torbę medyczną, następnie ściągam buty i kurtkę. Malin zabiera ociekający wodą sztormiak i spogląda na moje mokre jeansy.

– Oj, widzę, że przemokłaś do kości. Chodź, od razu pokażę ci twój pokój i będziesz mogła się przebrać w coś suchego.

Idę za nią po stromych, drewnianych schodach prowadzących na piętro. W wąskim korytarzu znajduje się dwoje drzwi. Malin otwiera jedne z nich.

– Oto twój pokój. Skromny i trochę staroświecki niestety.

– Dziękuję! Jest idealny.

– Będziemy czekać na dole. Napijesz się kawy?

– Tak. Chętnie.

Gdy tylko Malin zamyka drzwi, ściągam mokre spodnie i skarpety. Siadam na łóżku i rozglądam się po pokoju. Naprzeciwko drzwi znajduje się niewielkie okno przystrojone upiętymi zasłonkami. Widok roztacza się na ogród za domem oraz sąsiednie posesje. Łóżko z pomalowanym na biało zagłówkiem oraz stolik nocny stoją po jednej stronie okna. Po drugiej drewniane biurko oraz krzesło, a zaraz obok duża szafa. W nogach łóżka, przy samych drzwiach, wciśnięty został jeszcze tapicerowany fotel w kratę. Wszystko wygląda na dość wiekowe, co jeszcze bardziej podkreślają różane wzory na tapecie. Zapach na szczęście nie trąci starością, a dziergana narzuta na łóżku pachnie świeżym praniem. Nagły podmuch wiatru rozbija krople deszczu o szyby okna. Wichura i ulewa rozpętały się na dobre.

Wygrzebuję z torby suche spodnie. Obrywam wiszące ciągle przy nich metki sklepowe i wciągam jeansy na zimne uda. Skarpetki wyrywam z papierowego blistra, zostawiając pozostałe cztery pary przyczepione do opakowania. Czuję, że rękawy swetra również są wilgotne. Zdejmuję go i z torby wyciągam nową bluzę dresową.

Wychodzę na pogrążony w półmroku korytarz i dopiero teraz, schodząc po schodach, zauważam wiszącą nad nimi galerię zdjęć. Niektóre muszą być naprawdę stare. Sądząc po strojach ludzi uwiecznionych na fotografiach, część z nich może mieć nawet sto lat. Wygląda to na zdjęcia rodzinne dokumentujące zarówno ważne wydarzenia i święta, jak i codzienne życie na wyspie.

Wchodzę do kuchni. Malin siedzi przy stole pod oknem. Obok niej starsza kobieta, która mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu. Szwedzkim zwyczajem okno nie jest zasłonięte ani firankami, ani roletami, a dodatkowo świeci się w nim lampka postawiona na parapecie, przez co wnętrze pomieszczenia staje się doskonale widoczne z zewnątrz.

Pamiętam małe lampki halogenowe, które zwisały na kablach w każdym z okien w naszym starym domu w Szwecji. Leif zapalał je co wieczór. Ich srebrne oprawki mieniły się na różowo i niebiesko. Podobne lampki mieli w oknach również nasi sąsiedzi. Pewnego razu, jako mała dziewczynka, zapytałam go, dlaczego Szwedzi palą światło w oknach. Opowiedział mi, że zwyczaj pochodzi z dawnych czasów, kiedy mężczyźni wyruszali w morze na połów ryb, a kobiety zostawały same w domu. Mąż często wracał wczesnym rankiem, kiedy wciąż było ciemno. Światło w oknie miało podobno doprowadzić zmęczonego rybaka do domu. Dopiero po latach zrozumiałam, że światło miało tak naprawdę oświetlać izbę samotnej kobiety po to, aby cała wioska miała pewność, że pozostaje ona wierna swojemu mężowi podczas jego nieobecności.

– Proszę, siadaj. – Malin wskazuje na jedno z krzeseł po drugiej stronie stołu. – Już podaję kawę.

– Jak ci minęła podróż? Ile to łącznie godzin? – zagaduje mnie starsza kobieta.

– W sumie to nawet nie liczyłam. Najpierw pociąg do Świnoujścia, potem prom do Ystad, pociąg i przesiadka w Malmö, później pociąg do Sölvesborga, autobus do Nogersund, znowu prom… i jestem.

Spoglądam na wiszący na ścianie zegar, na którym każdą z godzin wyznaczają ilustracje małych kotków. Jest już po piętnastej. Wczoraj o tej porze byłam w łazience galerii handlowej w Szczecinie i pakowałam do walizki dopiero co zakupione ubrania.

– Musisz być wykończona – stwierdza Malin, stawiając przede mną filiżankę z kawą oraz koszyk z bułeczkami cynamonowymi.

– Świetnie mówisz po szwedzku. Prawie nie słyszę polskiego akcentu – zauważa starsza z kobiet. – Gdzie się nauczyłaś języka?

– Przecież wychowywała się w Szwecji, mówiłam ci – odpowiada za mnie Malin.

– Ach, może mówiłaś, ale nie pamiętam…

– Tak, moi rodzice rozwiedli się, gdy byłam dzieckiem, i mama ponownie wyszła za mąż za Szweda. Wyprowadziłyśmy się do Szwecji i tutaj chodziłam do szkoły. Potem mama się znowu rozwiodła, a ja chciałam studiować pielęgniarstwo i wróciłam do rodzinnego miasta.

– Twoja mama nadal mieszka w Szwecji? – dopytuje starsza pani.

– Tak – odpowiadam krótko. – A czy mogłabym poznać pacjentkę?

Kobiety patrzą się na siebie zmieszane.

– Przepraszam, że nie przedstawiłam – odzywa się Malin. – To moja mama, Inger.

– A, tak… Przepraszam, myślałam, że… – Nie wiem, jak grzecznie wybrnąć z niezręcznej sytuacji. – W ogłoszeniu było napisane, że pacjentka ma problem z poruszaniem się.

– Tak, ma – rzuca szybko Malin.

– Daj spokój. Mówiłam ci, że nikogo nie potrzebuję – protestuje seniorka.

– Ależ przestań! Jesteś tu zupełnie sama. – Malin zwraca się do matki, a następnie do mnie: – W tym roku przeprowadziłam się do Malmö, nie mam czasu dojeżdżać tutaj za często. Mama ma problem z kręgosłupem, biodrem, kolanami. Nawet nie da rady sama popłynąć promem na ląd, by zrobić zakupy. Ledwie wchodzi po schodach.

– Nie rób już ze mnie kaleki. Dam sobie radę. – Inger zaciska usta i z urażoną miną odwraca się do okna.

Malin wzdycha i przewraca oczami.

– Nie chcę jej zostawiać tutaj samej na zimę. W lipcu umarła nasza jedyna sąsiadka. Kerstin była jej koleżanką od dzieciństwa. Pomagały sobie, gdy obie zostały bez mężów. We dwie jeszcze jakoś dawały radę. Ale teraz zostanie na wyspie sama jak palec. Inni sąsiedzi mieszkają kawałek od nas. W zimie i tak większość siedzi w domu. Gdyby coś się stało, to nikt nawet nie będzie wiedział…

– Mogłaś załatwić pomoc domową z gminy – wtrąca Inger.

– Pomoc domowa przyjeżdża co kilka dni, a w okresie sztormów mogą nie dotrzeć tutaj przez kilka tygodni. Dobrze o tym wiesz. Potrzebujesz, żeby ktoś był z tobą dzień i noc. Proponowałam jej dom opieki, ale nawet nie chce o tym słyszeć. – Wypowiadając ostatnie zdanie, Malin przycisza głos i pochyla się nad stołem w moim kierunku, tak jakby miało to sprawić, że jej matka nie usłyszy tego, co mówi.

– Chcę umrzeć na wyspie, we własnym łóżku.

– OK, świetnie, ale może jeszcze nie tej zimy? – rzuca poirytowana Malin.

– Namieszałaś tylko. Dziewczyna myślała, że będzie pielęgniarką, a ty ją zatrudniłaś jako towarzystwo dla starej baby.

– Nieprawda! Będzie trzeba podać ci leki, zmierzyć ciśnienie, zbadać poziom cukru. Musisz codziennie dostać zastrzyki z insuliną.

– Sama umiem sobie zrobić.

– Poza tym trzeba pilnować, żeby się dobrze odżywiała. – Malin znowu zwraca się w moim kierunku. – Czasami zapomina o tym, że ma jeść. No i niestety potrzebna będzie pomoc przy reszcie rzeczy, których mama nie może sama zrobić. Przepraszam, nie miałam zamiaru zatrudniać cię na stanowisko poniżej twoich kwalifikacji. Ona naprawdę potrzebuje opieki.

– Nie ma problemu – odpowiadam. – Jeśli taka jest potrzeba, to oczywiście zostanę, ale tylko pod warunkiem, że Inger będzie chciała.

Spoglądam na starszą kobietę, która siedzi z rękoma założonymi pod biustem i z głową zwróconą w kierunku okna.

– I? – Malin pytająco zerka na matkę.

Inger obraca się w moją stronę. Jej usta wciąż są zaciśnięte, jednak duża zmarszczka na czole powoli łagodnieje, aż w końcu kobieta kiwa głową z przyzwoleniem.

– Może na próbę. Potem zobaczymy, jak będzie – mamrocze.

– Dobrze, niech będzie na próbę – odpowiadam.

Po omówieniu wszystkich zagadnień związanych z lekami Inger oraz po zapoznaniu się ze skromną dokumentacją medyczną Malin proponuje, że mogę pożyczyć jakąś książkę z tych, które znajdują się w biblioteczce w salonie. Nie mam jednak ochoty na czytanie. Chcę się wreszcie pogrążyć w nieświadomości, zanim znowu otoczy mnie czarna mgła myśli.

Na piętrze, po drugiej stronie małego korytarzyka, odnajduję łazienkę. Czekają tam na mnie przygotowane ręczniki. Biorę szybki prysznic i myję zęby. Napełniam kubek do mycia zębów wodą i zabieram go ze sobą.

Po powrocie do pokoju siadam na łóżku i przy zgaszonym świetle spoglądam przez okno spływające kroplami deszczu. W jednym z domów w oddali widać palące się światło. Na wzgórzu za drzewami czarne niebo co chwilę jest przecinane zimnym blaskiem latarni. Z kieszonki torby medycznej wyciągam opakowanie z tabletkami. Wyjmuję dwie pastylki i popijam kilkoma łykami wody. Leżę w ciemności. Z dołu dochodzą przytłumione głosy Malin i Inger. Po jakimś czasie słyszę chrobotanie klamki w pokoju na dole. Drzwi zamykają się z cichym stuknięciem. Powoli zapadam się w nicości.DZIEŃ DRUGI

Kończę kanapkę z chrupkiego pieczywa Wasa posmarowaną słoną Lättą i marmoladą z żurawiny. Smak tego prostego śniadania przenosi mnie do czasów mojego dzieciństwa.

– Na pewno nie chcesz nic więcej? – pyta Inger siedząca naprzeciwko mnie przy stole.

– Nie, dziękuję – odpowiadam i popijam łykiem kawy.

Kiedy zeszłam rano do kuchni, moja nowa pracodawczyni siedziała już przy stole z kubkiem w dłoniach, a w powietrzu unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy. Spytałam, czy podać jej leki albo zrobić zastrzyk, ale oświadczyła, że wszystko zrobiła już sama. Widzę, że nie zamierza ułatwiać mi zadania.

Za oknem fale łagodnie uderzają o kamieniste wybrzeże. Mgła jest tak gęsta, że morze niknie w mlecznej toni zaraz za cyplem wygraniczającym małą zatoczkę. Do drewnianej furtki podchodzi ubrana na ciemno, zgarbiona postać. Spod kaptura sztormiaka widać jedynie siwą brodę. Przy nodze przybysza plącze się owczarek niemiecki. Mężczyzna przechodzi przez furtkę i niosąc w ręku wiadro, idzie żwirową drogą w kierunku drzwi. Pies podąża za nim, spoglądając co chwilę w kierunku twarzy swojego pana.

– Ktoś idzie – mówię.

– To pewnie Bengt. – Inger odchyla się do okna i potakuje głową. – Tak, to on.

Kobieta wstaje powoli i rusza w kierunku małej werandy. Z przedpokoju dobiega skrzypienie otwieranych drzwi.

– Hej, Bengt!

– Hej! – odzywa się mężczyzna. – Zostań, King! – wydaje psu zdecydowane polecenie. – Twoja gosposia przyjechała?

– Pielęgniarka – poprawia go moja podopieczna.

– Do diabła, Inger, nie wiedziałem, że z tobą tak kiepsko, że potrzebujesz pielęgniarki.

– Zamknij się, stary durniu, i pokaż, co tam masz – rzuca szorstko Inger, po czym dodaje: – No dobrze, chodź.

Kobieta wchodzi do kuchni, ciężko szurając kapciami po podłodze. Za nią pojawia się wysoki starszy mężczyzna.

– Hej! – odzywam się pierwsza.

– Hej! – Mężczyzna opiera się o futrynę. Nie zdejmuje wysokich kaloszy i nie przekracza progu kuchni, a wiadro stawia przy drzwiach. Spod siwej brody wyłania się naznaczona zmarszczkami twarz o nieco surowym wyrazie.

– Dzisiaj na obiad mamy śledzie – oświadcza Inger. – Następnym razem przynieś mi okonia.

– Tak, o ile cokolwiek jeszcze przyniosę.

– Cześć, Bengt! Co słychać? – Malin wchodzi do kuchni, przeciskając się obok stojącego w drzwiach mężczyzny.

– Cholerne zwierzęta znowu poplątały mi sieci.

– Ciągle łowisz w sieci? To jeszcze legalne?

– Oczywiście. Mam licencję. Jako prawniczka powinnaś to chyba wiedzieć.

– Jako prawniczka wiem, że na pewno nie jest legalne łowienie z harpunem. – Malin wymownie zerka na Bengta.

– Harpunem? – obrusza się mężczyzna. – Chyba coś ci się pomieszało. To włócznia. Ręczna robota. Mam ją od lat i jakoś nikt mi jeszcze nie zarzucił, abym robił coś nielegalnie. Nielegalnie to mi te zwierzaki wchodzą na moją posesję. Zero szacunku dla mojej pracy.

– To w końcu tylko jelenie. Oczekujesz od nich szacunku? – zauważa Inger, wyciągając z szuflady małą portmonetkę.

– Właściwie to daniele – wtrąca Malin.

– Jelenie, daniele… jeden czort. Mogą być nawet hipopotamami, byleby nie właziły ciągle na moje sieci. Ojciec nie musiał się o to martwić. Łowił ryby całe życie i miał spokój. Ale jakiś idiota wpadł na pomysł wpuszczenia tutaj tych rogaczy. I po co? Nawet nie można na nie polować! Natura 2000, do cholery! Czego to nie wymyślą. A te zwierzaki mnożą się szybciej niż króliki i jest ich teraz więcej niż turystów w sezonie.

– Nie narzekaj, tylko zgłoś to Elin. – Inger wyjmuje zwinięty banknot i podaje go Bengtowi.

– Myślisz, że tę latawicę to obchodzi? Gdyby lepiej pilnowała tych diabłów, zamiast puszczać się z każdym na wyspie, to może by siedziały w lesie.

– No chyba nie z każdym. Tobie raczej nie dała? – Inger odwraca się od Bengta z uśmieszkiem na ustach.

– A idź w diabły! – rzuca oburzony, chowając pieniądze do kieszeni. – Do widzenia!

Gdy po domu rozchodzi się trzask drzwi zamykanych na werandzie, matka i córka wybuchają śmiechem.

– Stary zrzęda. Już mam dosyć jego i tych jego ryb – mówi z uśmiechem Inger.

– No, ale ciągle bierzesz je od niego. Stara miłość nie rdzewieje? – zauważa Malin, nalewając sobie kawę z ekspresu.

– Daj spokój! Dzięki temu stary głupiec ma przynajmniej zajęcie i powód, by rano wstać z łóżka.

– Ale jesteś litościwa. – Malin spogląda z ironią na matkę, po czym zwraca się do mnie, siadając przy stole: – Mama i Bengt byli parą w młodości.

– Stare dzieje – wtrąca Inger. – Poza tym wybrał długonogą Evę. I całe szczęście dla mnie, bo ta kobieta nie miała z nim lekkiego życia.

– Bengt prowadził kiedyś taki trochę rockandrollowy styl życia – wyjaśnia Malin, mrugając do mnie okiem. – Nie wylewał za kołnierz, potem często się awanturował. Miał raczej porywczy charakter. Lubił też towarzystwo innych kobiet.

– Ale zapłacił za swoje grzechy młodości cenę, której nikt nie chciałby zapłacić – dodaje Inger.

– Co się stało? – pytam zaciekawiona ich opowieścią.

– Pewnego razu zabrał ze sobą na nocny połów ich jedynego syna, Magnusa. – Inger siada przy stole. – Chłopak miał wtedy… nie pamiętam, dwanaście, może trzynaście lat. Nikt nie wie do końca, jak to się stało, ale chłopiec wpadł do wody. Może usnął? Może się poślizgnął? Nie wiem. Bengt mówił, że próbował go ratować. Ale jak to Bengt, nie był zbyt trzeźwy. Sam chyba do końca nie wiedział, jak do tego doszło. Z nocnego połowu wrócił sam. Rybacy zorganizowali poszukiwania, nic jednak nie znaleźli. Nawet ciała. Pamiętam, jaka to była tragedia. Całe Blekinge¹ o tym gadało. Aż mnie ciarki przechodzą… Eva rozpaczała po synu. Nigdy nie doszła do siebie. Aż w końcu, gdy Bengt znowu wybrał się na nocny połów, powiesiła się w pokoju Magnusa.

– Bengt od tej pory nie przepada za spaniem w domu – dodaje Malin. – Gdy tylko może, spędza czas w swojej szopie nad brzegiem, gdzie trzyma łódź i sieci.

– Za dużo tam duchów. Za dużo wspomnień. Nie ma nic gorszego jak utrata dziecka – wzdycha Inger, spoglądając na mglisty krajobraz za oknem.

Przechodzą mnie dreszcze i zaczyna mnie mdlić.

– Dobrze się czujesz? – pyta Malin zaniepokojona. Pewnie zbladłam.

– Tak, w porządku. To po prostu straszna historia. Biedny człowiek.

– Oj tak. Ale sam sobie też na nią zapracował.

– Musicie się chyba zbierać, jeśli chcecie zdążyć na prom – zauważa nagle Inger, wyrywając się z zadumy.

– Tak, faktycznie. – Malin spogląda na zegar z kotkami. – Jesteś gotowa?

– Tak. Możemy wychodzić.

Dopijam ostatni łyk kawy i wstaję od stołu.

***

Mewy latające nad przystanią skrzeczą przeraźliwą fanfarę powitalną dla promu, którego zarys powoli wyłania się zza mglistej kurtyny. Unoszące się w powietrzu małe kropelki zdają się wbijać przenikliwe szpilki zimna aż po same kości.

– Mam nadzieję, że masz ze sobą cieplejszą kurtkę – mówi Malin, patrząc, jak staram się wtulić w sztormiak.

– Właśnie nie bardzo.

– Mogę cię zawieźć dzisiaj do Sölvesborga. Jest tam kilka sklepów odzieżowych. Powinni mieć już coś na zimę.

– Byłoby super – zgadzam się i pociągam nosem.

– Jeśli będziesz jechała w przyszłości po zakupy spożywcze, to wystarczy, że wysiądziesz w Mjällby. To kwadrans drogi autobusem z Nogersund. A większe zakupy lub ubrania kupisz w Sölvesborgu. Jest jeszcze Kristianstad, ale to prawie dwie godziny drogi w jedną stronę, więc nie ma szans, aby zdążyć do Nogersund na powrotny prom o trzynastej – tłumaczy Malin.

Od strony budki bosmana podchodzi do nas mężczyzna w pomarańczowym sztormiaku. Ma okrągłą twarz i krępą budowę.

– Hej, Malin! – zagaduje.

– Hej! To Åke, a to Anna – przedstawia nas sobie.

– Ale pogoda, co? – konstatuje Åke, podając mi rękę. – Już ponad dwadzieścia lat mija, jak zlikwidowali nautofony, a ja ciągle przy mgle słyszę w głowie ich sygnał.

– Nawet mi nie przypominaj – odpowiada z poirytowaniem Malin.

– Tuuu, tuuu, tuuu. – Bosman naśladuje sygnał mgłowy. – Trzy takie same sygnały na Bönsäcken. I jeszcze tuuu, tu, tuuu. Jeden długi, jeden krótki i jeden długi na południowym krańcu wyspy. I tak co minutę. Ech, trochę mi ich brakuje.

– Daj spokój. – Malin patrzy na Åke bez entuzjazmu. – W dzieciństwie nie mogłam przez nie spać. Zawsze wzbudzały we mnie jakiś niepokój.

– A na mnie działały jak kołysanka – odpowiada z uśmiechem mężczyzna i podchodzi do metalowego trapu, który przesuwa bliżej nabrzeża.

Prom dobija do brzegu. Po metalowej platformie schodzi tylko jeden pasażer.

– Hej, Anders! – wita go Malin.

– Hej! – odpowiada łysawy mężczyzna.

– Pracujesz dzisiaj? – pyta Åke.

– Tak, muszę zamknąć muzeum na zimę i zrobić kilka drobnych napraw.

– To może sprawdzisz też płoty rezerwatu? – wtrąca Malin. – Bengt dzisiaj się żalił, że daniele poplątały mu sieci.

– To robota Elin, powinna wezwać kogoś do naprawy. – Mężczyzna drapie się po krótko zarośniętym policzku.

– Wiesz, jak jest…

– Dobrze. Zerknę, jak będę miał czas.

– Dzięki! – Malin klepie go po ramieniu, po czym spogląda na mnie. – To jest Anna. Pielęgniarka mojej mamy.

– Hej! Zostajesz na zimę? – pyta mężczyzna i ściska moją dłoń.

– Taki jest plan – odpowiadam.

– To dobrze, że Inger będzie miała towarzystwo – mówi Anders, a Åke przytakuje głową i mruczy pod nosem potwierdzająco. – Zajrzę do niej dzisiaj.

– Anders dba o naszą wyspę i jej mieszkańców jak nikt inny – wtrąca Malin.

– Jestem po prostu dozorcą zatrudnionym przez stowarzyszenie właścicieli.

– Powiedziałabym, że bardziej gospodarzem.

– Gospodarzem przystani jest Åke, ja tu tylko sprzątam – chichocze Anders i spogląda na Åke, któremu najwidoczniej spodobała się ta uwaga, bo z dumą wypiął brzuch. – Idę do roboty, bo się nie wyrobię ze wszystkim. A jeszcze ten płot. Miłego dnia!

– Na razie, Anders! – Malin macha do niego na pożegnanie.

Wchodzimy na prom i kupujemy bilety. Malin proponuje, żebyśmy zostały pod pokładem, gdzie jest cieplej. Siadamy pod zaparowanym oknem, przez które prawie nic nie widać. Prom powoli odbija od brzegu.

– Anders nie mieszka na wyspie? – pytam po chwili.

– Nie, ale w sezonie przyjeżdża codziennie. Jak są turyści, to jest dużo pracy. Zwykle bierze swoją łódź. Dzisiaj chyba oszczędza na paliwie. – Puszcza do mnie oko.

– A poza tym? Ile osób zostaje na wyspie na zimę?

– Hmm… kilka… No policzmy. Jest mama, Bengt, Marcus z żoną, to już cztery – wylicza na palcach Malin. – Poza tym Elin, pięć. Åke w porcie, to sześć. No i Håkan. Była jeszcze Kerstin, no ale…

– Czyli razem siedem?

– Na to wychodzi. A teraz razem z tobą to osiem. Mam nadzieję, że nie jesteś bardzo towarzyska, bo na wyspie towarzystwa niestety nie znajdziesz. W zimie można poczuć się trochę samotnie. Hanö nie jest duża, ale większość ludzi siedzi w domu.

– To co oni robią przez całą zimę?

– Nie wiem. Może zapadają w zimowy sen jak Muminki? – Śmieje się Malin. – A tak na serio to trudno powiedzieć. Bengt łowi ryby, a potem pewnie zajmuje się ich czyszczeniem, naprawia sieci i tak dalej. Kupują je ludzie z wyspy. W sezonie jest sporo letników, więc udaje mu się sprzedać wszystko, a na jesień i wiosnę sprzedaje ryby komuś w Nogersund.

– A reszta?

– No więc jest jeszcze Elin. To ta, na którą rano wyklinał Bengt. Elin dba o rezerwat. Choć zdaje się, nie ma przy tym za dużo pracy, więc z nudów zapewne dostarcza Bengtowi tematów do plotek. Marcus i Laila mieszkają przy drodze prowadzącej do latarni. Marcus pracuje zdalnie, jest informatykiem. A Laila jest artystką, chyba głównie rzeźbi. Ich ogród jest pełen dziwnych figur. Musisz się kiedyś tam wybrać. Istny dom Addamsów.

Malin zamyśla się, a po chwili unosi brwi i potrząsa głową, jakby na wspomnienie czegoś nieprzyjemnego.

– Åke widziałaś w porcie. Jest bosmanem i mieszka w domu blisko przystani. To rdzenny mieszkaniec wyspy – mówi Malin. – Tu się urodził i tutaj żyje. Wie wszystko o tych okolicach. Ma fioła na punkcie lokalnych historii i filmów.

– Lokalnych filmów? – pytam zdziwiona.

– Nie, filmów w ogóle. Uwielbia je oglądać. Ale historie interesują go głównie lokalne. W sezonie zawsze może dać upust swoim instynktom gawędziarskim i robi za takiego niby przewodnika dla turystów, opowiadając im różne ciekawostki. – Malin robi krótką pauzę i uśmiecha się do swoich myśli, jakby właśnie przypomniała sobie coś śmiesznego. – No i jest jeszcze Håkan. Siedzi zazwyczaj zamknięty w domu i tworzy swoje historie.

– Historie?

– Jest pisarzem. – Malin znacząco podnosi brwi i wypowiada słowo „pisarzem” z udawanym namaszczeniem.

– Jest znany?

– Tak, jest dość popularny. Jego książki dobrze się sprzedają i ma dużo fanów. Ale jego fortuna bynajmniej nie pochodzi ze sprzedaży książek. Urodził się w zamożnej rodzinie, więc może się realizować, jak mu się podoba. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. – Mówiąc to, robi minę, jakby kariera pisarza niezbyt jej imponowała.

– Jego książki nie są zbyt dobre? – dopytuję.

– Czytałam kilka, a raczej próbowałam czytać. Szczerze, to nie bardzo przypadły mi do gustu.

– Jak on się nazywa?

– Håkan Lindström.

– Chyba o nim nie słyszałam. – Staram się sobie przypomnieć, czy znam pisarza o takim nazwisku, ale nie brzmi ono znajomo. – A co z pozostałymi domami? Na wyspie jest ich dużo. Nikt w nich nie mieszka?

– Domów jest ponad sześćdziesiąt. Są zamieszkane, ale tylko w lecie i może przy okazji jakichś świąt albo długich weekendów. Kiedyś na Hanö było całkiem sporo stałych mieszkańców. Ludzie zajmowali się głównie łowieniem ryb. Była nawet szkoła dla dzieci. Ale wszyscy młodzi się wyprowadzili, ułożyli sobie życie na lądzie i nie mieli po co wracać. Starzy mieszkańcy umarli i zostały puste domy. Rodziny używają ich jako swoje domy letniskowe albo je wynajmują.

– Też się wychowałaś na Hanö?

– Nie. Moja mama się tutaj urodziła, ale wyprowadziła się jako młoda dziewczyna. Ojciec był z Sölvesborga i tam mieszkaliśmy. Gdy dziadkowie umarli i zostawili dom, rodzice przeprowadzili się z powrotem na Hanö. Wiesz, na spokojną starość. Kupili w okazyjnej cenie kolejny dom i wynajmowali go w lecie. Mama ciągle się tym zajmuje… To znaczy zajmowała się. W tym sezonie już było gorzej z jej zdrowiem, więc musiałam zatrudnić osobę do sprzątania. A ty? W której części Szwecji mieszkałaś?

– W Ystad. Stamtąd był mąż mojej mamy.

– Twoja mama nadal tam mieszka? – dopytuje Malin.

– Tak. Ale nie w tym samym domu. Rozwiodła się. Teraz wynajmuje małe mieszkanie w centrum.

– To chyba odwiedziłaś ją po drodze, jak jechałaś do nas?

– Nie było za bardzo czasu. Musiałam się śpieszyć, żeby zdążyć na prom na wyspę.

– Nie chciałaś znaleźć pracy gdzieś w szpitalu? Może właśnie w Ystad? Na pewno mają wakaty. W Polsce w końcu pracowałaś jako pielęgniarka, prawda?

– Tak, pracowałam. Na oddziale dziecięcym.

– Długo?

– Pięć lat. I chyba o pięć lat za długo – odpowiadam szczerze.

– Ciężka praca?

– Tak, głównie emocjonalnie. Za bardzo się przywiązywałam do pacjentów. A tego nie można robić, jeśli nie chcesz zwariować.

– Przy dzieciach zapewne nie jest to łatwe.

– Tak. Każda strata pacjenta była koszmarem. Wykańczało mnie to psychicznie.

– Mogę sobie tylko wyobrazić. – Malin współczująco kiwa głową.

– Dlatego chciałam trochę odpocząć od szpitala… – Urywam i staram się zmienić temat, komentując wysokie fale. Przez jakiś czas płyniemy w milczeniu. Prom unosi się i opada rytmicznie, a spieniona woda spod kadłuba co chwilę oblewa okna. Łapię się kurczowo tapicerowanego siedzenia, przełykam ślinę i staram się zwalczyć narastające nudności.

– Chyba zbliżamy się do brzegu? – mówię z ulgą, gdy zauważam budynki rysujące się na przystani.

Malin odwraca się do okna.

– Faktycznie. Już jesteśmy blisko. Samochód zostawiłam na parkingu w porcie, więc zawiozę cię do Sölvesborga i pokażę ci jeszcze sklepy, ale tak na szybko, bo muszę pędzić do Malmö. Pamiętaj tylko, żeby nie spóźnić się na prom o trzynastej. Potem już ciężko dostać się na wyspę.

Statek powoli skręca i wpływamy do niewielkiej zatoczki Nogersund.

***

Niebo robi się coraz ciemniejsze. Płaski, ledwie widoczny czarny pasek na horyzoncie to wyspa, od której dzielą mnie wzburzone wody cieśniny. Siedzę na drewnianej ławce nad brzegiem przystani. Telepię się z zimna, pomimo że nałożyłam na siebie puchową kurtkę, którą kupiłam w Sölvesborgu.

Pokazawszy mi sklepy z ciuchami, Malin pojechała do Malmö. Znalazłam ciepłą kurtkę i czapkę. Po zakupach przeszłam małym ryneczkiem w kierunku nabrzeża, gdzie znajduje się dworzec kolejowy i autobusowy. Sprawdziłam, że autobus do Nogersund odjeżdża o jedenastej pięćdziesiąt. Była jedenasta piętnaście, miałam więc niewiele czasu na zrobienie zakupów w ICA² obok dworca.

Wyciągnęłam z kieszeni kartkę z listą zakupów. Były na niej produkty, które znałam i sama kiedyś często kupowałam. Czułam się trochę, jakbym cofnęła się w czasie i znowu była nastolatką robiącą zakupy dla matki. Koszyk zapełniał się wraz z każdą mijaną przeze mnie alejką sklepową, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy zmieszczę to wszystko do plecaka i do torby od Inger. Spojrzałam na zegarek. Jedenasta dwadzieścia. Niemożliwe… Nie mogło minąć zaledwie pięć minut. Byłam w sklepie już od dobrego kwadransa.

– Przepraszam, która godzina? – zagadnęłam kobietę, która stała obok i wybierała ze skrzynki pomarańcze.

– Chwileczkę. – Nieśpiesznie odłożyła pomarańczę, wyciągnęła z kieszeni telefon komórkowy i spojrzała na niego. – Jedenasta pięćdziesiąt pięć – powiedziała z uśmiechem.

Poczułam, jak gorąca krew uderza mi do głowy.

– Dziękuję – ledwie wydusiłam.

Autobus odjechał więc przed pięcioma minutami, a mój cholerny zegarek się po prostu spóźniał. Wściekłość szybko ustąpiła zrezygnowaniu. Dokończyłam zakupy bez pośpiechu, wiedząc, że nie mam szans, aby zdążyć na prom.

Kolejny autobus do Nogersund wyjeżdżał o trzynastej, a na przystań dojechałam pół godziny po tym, jak prom ruszył w kierunku Hanö. Jak poinformował mnie bosman, był całkiem pusty.

– Może ktoś z Hanö przypłynął dzisiaj swoją łodzią, to mógłby cię zabrać z powrotem – zastanawiał się bosman. – Poczekaj, zaraz sprawdzę.

Mężczyzna wszedł do czerwonego drewnianego budynku. Po chwili wrócił z wiadomością dającą cień nadziei.

– Marcus Karlsson zostawił dzisiaj swoją łódź na przystani. Zazwyczaj wraca tego samego dnia na wyspę. Możesz próbować się z nim skontaktować – zaproponował bosman.

– Nie znam go.

– Nikt więcej dzisiaj nie będzie raczej płynął w tym kierunku. – Mężczyzna rozejrzał się wokół. – Może poczekasz przy jego łodzi? Powinien się pojawić za jakiś czas.

– Chyba nie mam innego wyjścia…

Usiadłam na ławce w nadziei, że Marcus Karlsson zjawi się już za chwilę. Jego łódź kołysała się na wodzie tuż przede mną. Na jej dziobie z lewej strony widniał napis „Laila”. Przypomniałam sobie, że to imię jego żony.

Przypłynął prom wracający z Hanö. Przybił do brzegu po drugiej stronie przystani, a po chwili zza jego kadłuba wyłonił się Anders. Poszedł w kierunku parkingu, nie zauważył mnie. Odetchnęłam z ulgą, bo czułam się jak totalna idiotka, która przegapiła jedyny prom w pierwszym dniu pracy. Ciekawe, co Inger sobie pomyślała, gdy nie pojawiłam się po przypłynięciu promu? Że zdezerterowałam? Może nawet ją to ucieszyło?

Po pewnym czasie zrobiło mi się tak zimno, że zdjęłam sztormiak i wyścieliłam nim ławkę, a nową zimową kurtkę i czapkę włożyłam na siebie. Czekałam na właściciela „Laili”, powoli obmyślając ewentualne plany awaryjne.

– Marcus jeszcze nie przyjechał? – odzywa się głos obok mnie.

Odwracam się i widzę bosmana stojącego przy ławce. W ręku trzyma plastikowy kubek z napojem.

– Nie. Ciągle nic.

– Proszę, napij się. Trochę się rozgrzejesz. – Mężczyzna podaje mi kubek z kawą.

– Dziękuję bardzo. Dobrze mi zrobi.

– Jeżeli Marcus nie zjawi się do końca mojej zmiany, to zawiozę cię do pensjonatu w Hälleviku. Na pewno mają jakiś wolny pokój. A rano wrócisz na wyspę. Zatrzymałaś się tam na urlop?

– Nie, pracuję u Inger Olander.

– Aaa… Teraz jasne. Znam wszystkich na Hanö i po prostu zastanawiałem się, dlaczego chcesz wrócić na wyspę – mówi ze śmiechem mężczyzna. – No nic, idę do siebie. A jeśli Marcus się nie zjawi, to przyjdę, jak skończę pracę.

– Dziękuję!

Mężczyzna odchodzi powoli w kierunku czerwonego budynku. Upijam spory łyk kawy i czuję, jak jej ciepło rozlewa się powoli po moim ciele. Jestem spokojniejsza, że mam już plan awaryjny. Niestety z każdą minutą staje się on coraz bardziej prawdopodobny. Szare niebo nad zatoczką jest coraz ciemniejsze. Odruchowo zerkam na zegarek na ręku. Cholera. To pewnie bateria. Szkoda, że nie zapytałam bosmana o godzinę. Zupełnie straciłam rachubę czasu. Odstawiam kubek z kawą na ławkę i odpinam małą kieszonkę plecaka. Wrzucam do niej zegarek, a ze środka wygrzebuję telefon komórkowy. Ekran jest ciemny. Ciekawe, czy bateria jeszcze trzyma. Przez chwilę wciskam przycisk na górze obudowy. Po chwili z czarnego ekranu wyłania się białe jabłko, a kilka sekund później tapeta ze zdjęciem gór i godzina. Jest za piętnaście szósta. Siedzę tu już cztery godziny.

Zamiast wyłączyć telefon, przesuwam kciukiem w dole ekranu. Pojawiają się ikony. Zdejmuję blokadę lotniczą i czekam przez chwilę. Na ekranie wyskakują powiadomienia. Nieodebrane połączenia od Gośki, od matki, od Leifa i jakieś numery, których nie znam. Kilka wiadomości od przyjaciółki.

„Anka, gdzie jesteś? Daj znać!”

„Anka, oddzwoń! Proszę!”

„Martwię się. Odezwij się, jeśli możesz!”

„Anka, jeśli nie odezwiesz się w ciągu dwóch dni, to składam zawiadomienie na policję”.

Odpisuję na SMS-a:

„Wszystko u mnie OK. Potrzebuję czasu. Nikogo nie zawiadamiaj”.

Wciskam przycisk na górze obudowy telefonu i ekran robi się znowu czarny.

– Hej! Nils twierdzi, że mam dzisiaj pasażera – odzywa się wesoły męski głos za moimi plecami.

W moim kierunku zmierza wysoki szatyn. Wygląda na energicznego i wysportowanego czterdziestolatka.

– Hej! Jestem Anna. Pracuję dla Inger. Spóźniłam się na prom.

– Marcus. – Mężczyzna wyciąga do mnie rękę. – Wiem, wiem. Masz szczęście, że akurat dzisiaj miałem do załatwienia sprawy w Sölvesborgu.

– Ratujesz mi życie.

– Nie ma sprawy. Wskakuj i płyniemy.

Zbieram z ławki swoje rzeczy. Marcus pomaga mi wejść na pokład łodzi. Potem podaje mi mój plecak i torbę. Telepiąc się z zimna, siadam przy burcie.

– Następnym razem, jak będziesz płynęła na ląd, to powiedz Lassemu lub Jonasowi, którzy pływają promem na zmianę, że wracasz w ten sam dzień. W razie czego poczekają na ciebie kilka minut – mówi Marcus i odwiązuje z brzegu liny.

– Dobrze. Zapamiętam.

Obserwuję, jak robi przy łodzi mnóstwo czynności, o których nie mam pojęcia. Wrzuca liny na pokład, a następnie sam wskakuje do środka.

– Trzęsiesz się – mówi, spoglądając na mnie. – Lepiej może zejdź pod pokład, tam się ogrzejesz. Za chwilę będzie tu strasznie wiało.

Marcus gestem głowy wskazuje wąskie schodki po swojej lewej stronie. Zabieram torby i schodzę na dół. Pod pokładem znajduje się małe pomieszczenie z kanapą, stolikiem oraz aneksem kuchennym. Silnik uruchamia się z hałasem. Przez małe okienko obserwuję, jak odbijamy od brzegu i powoli opuszczamy przystań. Gdy wypływamy na pełne morze, silnik zaczyna wyć coraz głośniej, a łódź nabiera prędkości. Fale rozbijają się o burty, chlapiąc małe okienko. Łódź kołysze się w górę i w dół, raz po raz uderzając dnem o taflę wody. Wtulam się w puchowe fałdy kurtki i mam ochotę zasnąć. Przymykam oczy i na rękawie zauważam blond włos. Ja mam ciemne włosy, musiał więc przyczepić się od kanapy lub stolika. Pewnie żona Marcusa jest blondynką.

Po jakimś czasie łódź spowalnia i widzę, że wyspa jest coraz bliżej. Czuję, że muszę wstać, bo zaraz usnę. Wychodzę na pokład.

– W porządku? – pyta Marcus, widząc, jak gramolę się z tobołami po schodkach.

– Tak. Już mi lepiej. Ogrzałam się trochę.

– To dobrze.

– Chciałam ci jeszcze raz podziękować za ratunek. – Staram się przekrzyczeć wiatr i warkot silnika łodzi. – Gdyby nie ty, musiałabym spędzić tam noc.

– Nie ma sprawy. – Marcus odchyla się w moim kierunku i również musi mówić podniesionym głosem. – Jak będziesz jeszcze kiedyś w podobnej sytuacji, to daj znać. Mogę podać ci mój numer.

Nie chcę włączać komórki, bo boję się, że tym razem dopadnie mnie telefon od Gośki albo matki. Muszę sobie kupić nową kartę SIM.

– Nie mam jak zapisać. Jak na złość rozładował mi się akurat telefon.

– Dam ci wizytówkę, jak dopłyniemy do brzegu. Dzwoń, jak znowu będziesz w tarapatach.

– Dzięki!

– Nie ma sprawy. Odwiedź nas kiedyś. Laila ucieszy się z towarzystwa. Czuje się trochę samotna, gdy wyjeżdżam na cały dzień.

Gdy łódź Marcusa dobija do brzegu, jest już prawie całkowicie ciemno. Światło latarni znowu skanuje granatowe, pochmurne niebo nad wyspą, podczas gdy osada u jej stóp pogrążona jest w mroku.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij