Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wyspa klucz - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 czerwca 2026
3116 pkt
punktów Virtualo

Wyspa klucz - ebook

Małgorzata Szejnert, autorka książki Czarny ogród, zabiera nas tym razem w daleką podróż na Ellis Island, małą wyspę u wybrzeży Nowego Jorku, która przez lata była nazywana „bramą do Ameryki”. Od końca XIX wieku do lat 50. wieku XX mieściło się na niej centrum przyjmowania imigrantów przybywających do Stanów Zjednoczonych. W tym czasie przez wyspę przewinęło się blisko 12 milionów osób. Większość przebywała na niej zaledwie kilka godzin. Ci, którzy mieli mniej szczęścia, spędzali tam nawet do kilkunastu miesięcy, przechodząc długotrwałą kwarantannę i najróżniejsze badania. Inni zaś byli po prostu odsyłani z powrotem, ponieważ zgodnie z ustawami imigracyjnymi zakaz wstępu obejmował: „idiotów, chorych umysłowo, nędzarzy, poligamistów, osoby, które mogą się stać ciężarem publicznym, cierpią na odrażające lub niebezpieczne choroby zakaźne, były skazane za zbrodnie lub inne haniebne przestępstwa, dopuściły się wykroczeń przeciw moralności” oraz tych, którzy nie mieli pieniędzy na podróż w głąb kraju. Autorka nie tylko śledzi dramatyczne losy emigrantów polskich, żydowskich, niemieckich czy włoskich, ale dzięki ogromnej reporterskiej pasji i dociekliwości ożywia postaci pracowników stacji na Ellis Island - lekarzy, pielęgniarek, komisarzy, tłumaczy oraz opiekunek społecznych, a nawet przyzwoitek. To fascynujący reportaż, bogato ilustrowany unikatowymi zdjęciami archiwalnymi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-308-1
Rozmiar pliku: 10 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

A więc dom stał się faktem

Lenni Lenape

Wysepka Indian Lenni Lenape nazywa się Kioshk. Leży płasko na wodach zatoki, jest mała jak liść. Porasta ją słona trzcina bagienna, szary bluszcz, twarde płożące się trawy. Odkryto już Amerykę, ale wokół panuje cisza i pustka, słychać tylko wodę, wiatr i krzyk ptaków.

W języku Lenni Lenape Kioshk to Wyspa Mew, kobieta to _xkwe_, wąż – _xkuk_, koń – _nehënaonkčs_, kaczka – _kakw_, słońce i księżyc – _kišux_ (tak jakby dzień i noc były jednakowe), a Lenni Lenape to Prawdziwi Ludzie. Z czasem jednak coraz częściej mówi się o nich Delaware. Nowa nazwa pochodzi od rzeki, a w istocie od Thomasa lorda Delaware, potomka starej rodziny angielskiej, gubernatora Wirginii. Prawdziwi Ludzie tracą więc nie tylko odwieczne łowiska, ale i swoje odwieczne imię. Przyjmują nazwisko obcego człowieka, ale ciągle jeszcze upinają na głowie ciasny kok i wbijają w niego ostre długie pióro.

Lenape prowadzą na Wyspie Mew skromną gospodarkę – parę czółen, szałasów i ognisk. Łowią ryby i zbierają mięczaki, których jest tak dużo, że z czasem Wyspa Mew zmienia nazwę na Wyspa Ostryg. Ostrygi są tutaj wielkie i tłuste, można się nimi udławić. Indianie ćwiartują ostrygę jej własną muszlą; jest ostra jak nóż. Chowając zmarłych – ludzi i psy – Lenape okrywają ich szczelnie tymi łuskami; są niezniszczalne.

Jednak Prawdziwi Ludzie nie czują się już tutaj bezpieczni i w 1630 roku sprzedają wysepkę Holendrom z Kompanii Zachodnioindyjskiej. Biorą za nią _kilka paczek różnych towarów_ (parę lat wcześniej w podobny sposób inni Indianie sprzedali sąsiedni Manhattan) i przenoszą się w głąb stałego lądu, pozostawiając na wyspie swoich przodków w pancerzach ze skorup.

Wrócą po prawie trzystu sześćdziesięciu latach. Będą się znowu nazywać Lenni Lenape.

Opuszczona Wyspa Ostryg przechodzi z rąk do rąk. I chociaż otaczające ją ławice są coraz sławniejsze, a nawet ona sama obłym kształtem przypomina ostrygę (z jednego boku nadgryzioną), zmienia nazwę na Wyspa Szubienicy.

Wiesza się tutaj piratów, a jeden z tych wisielców jest tak sławny, że wyspa przez jakiś czas nosi po nim dodatkowy adres: Anderson.

W 1774 nabywa ją Samuel Ellis. Jest zamożnym obywatelem ogromnego kraju, a kupił tyle co nic. Rzymskie Koloseum zajmuje prawie trzy hektary. Rynek w Krakowie, o jakieś sześć i pół tysiąca kilometrów stąd – cztery hektary. Morskie Oko w polskich Tatrach – około trzydziestu pięciu hektarów. Wysepka Mew, Ostryg, Szubienicy liczy niewiele ponad trzy akry – jeden i trzy dziesiąte hektara.

Transakcje Samuela Ellisa

Kupiec rybny Samuel Ellis mieszka na Manhattanie, który ma dwadzieścia pięć tysięcy mieszkańców, w domu numer jeden przy błotnistej ulicy Greenwich, raz po raz zalewanej przez Hudson.

Możliwe, że kiedy zatoka jest gładka, patrzy z okna na swój nowy nabytek. Nawet i teraz, kiedy to piszę (jest jesień i z drzew w parku Battery opadły liście), widać stąd wysepkę. Stąd, to znaczy z miejsca, gdzie mógł stać dom Samuela. Ulica Greenwich nazywa się ciągle tak samo, ale u jej początku zamiast domu numer jeden wznosi się gigantyczny betonowy sześcian z dziurą u spodu, w której nieustannie giną samochody. To wlot podwodnego tunelu Manhattan – Brooklyn; drążenie tej drogi pochłonęło ponad milion funtów dynamitu.

Może zresztą dom numer jeden stał bliżej brzegu, na przykład tu, gdzie Holendrzy w 1926 roku wznieśli dla nowojorczyków pompatyczny dar – wielki maszt flagowy. Płaskorzeźba na cokole przypomina zasługi ofiarodawców dla Nowego Świata: kupiec z kryzą, w kapeluszu, w trzewikach z klamrą wręcza Indianinowi sznurek paciorków; obaj są bardzo zadowoleni.

Albo stał jeszcze parę metrów dalej – tu, gdzie parę lat temu przeniesiono złoto-srebrną kulę, wydobytą spod gruzów World Trade Center. Ta lśniąca sfera stała przed bliźniaczymi wieżami jako pomnik cywilizacji i nadziei na jedność globu, była arcydziełem sztuki i techniki, a teraz wygląda jak zgniecione jabłko, częściowo odarte ze skóry.

Gdziekolwiek by mieszkał Samuel Ellis i skądkolwiek by patrzył na swój nowy nabytek, nie ma pojęcia, co kupił.

Klucz – tak chce nazwać wysepkę wielki architekt Frank Lloyd Wright, a właściwie jego spadkobiercy ideowi z konfraterni Taliesin. Zamierzają zbudować na niej _Metropolis_, plątaninę szklanych kopuł i cylindrów, metalowych lin, wiszących tarasów, tak intensywną, że nie potrzebuje dużej przestrzeni. Na razie jednak Samuel Ellis mieszka w swym domu przy ulicy Greenwich, mamy trzecią ćwiartkę wieku osiemnastego, a ludzie Wrighta ogłaszają swój pomysł w drugiej połowie wieku dwudziestego. Nie zyskują zresztą poparcia ani dla rysunków, ani dla nazwy, chociaż wszyscy już wiedzą, jak bardzo jest trafna. Klucz może otworzyć świat i może go zamknąć. Tak właśnie jak wyspa Ellisa.

Samuel Ellis tak dalece nie wie, co kupił, że już w cztery lata po tej transakcji ogłasza w miejskiej gazecie zamiar pozbycia się wyspy _przyjemnie położonej_, a przy okazji reklamuje inne towary, które ma na zbyciu – drewno zdatne do budowy doków, parę baryłek wybornych śledzi i innych, gorszej jakości, lecz dobrych do transportu morskiego, parę tysięcy czerwonych śledzi własnego wędzenia, które pod gwarancją zniosą podróż do każdej części świata, pewną ilość sznurka – taniego, lecz pierwszorzędnego – na sieci. _Także duże sanie do miłej przejażdżki, prawie nowe_¹.

Nie wiadomo, czego się pozbył. Wiadomo, że wyspy nikt nie chciał, ale Samuel Ellis nie jest tym strapiony. Na drugim brzegu Hudsonu ma setki akrów, sady, bydło, konie, stajnie i spichrze; coraz bardziej porzuca wodę dla ziemi. W sadach i przy bydlętach czuje się bardziej u siebie niż na Manhattanie, gdzie pełno jankesów, a on sprzyja torysom i królowi Anglii.

Jeżeli interesuje się jeszcze wysepką, to dlatego, że przyswoiła sobie jego nazwisko. Taka obecność w zatoce chyba mu pochlebia, chce utrwalić rodzinną nazwę i zapisuje wyspę przyszłemu dziecku jednej z czterech córek, pod warunkiem że będzie ono chłopcem i otrzyma imiona Samuel Ellis. Wnuczek umiera jednak w niemowlęctwie, co daje początek zażartej walce o spadek, nad którą nie warto się rozwodzić.

Przez następne lata wysepka służy celom wojennym, korpus inżynierów instaluje na niej baterie dział. Buduje się baraki dla jeńców brytyjskich. A potem znowu dyndają na niej piraci. Egzekucje służą teraz nie tylko porządkowi moralnemu, lecz także nauce. Ciała jadą, a raczej płyną na Manhattan, do wyższej szkoły chirurgii. W 1839 roku studenci kroją na stole obitym blachą ciało awanturnika Corneliusa Wilhelmsa ze statku Braganza.

Szubieniczna nazwa nie powraca jednak. Wyspa nosi i będzie już nosić nazwisko dawnego właściciela – Ellisa.

Liberty

Pod koniec dziewiętnastego wieku w zatoce zachodzą zjawiska przerastające wyobraźnię zwykłego człowieka.

Obok Ellis Island, która jest teraz magazynem materiałów wybuchowych należących do floty Stanów Zjednoczonych, wyrasta nad wodą coś w rodzaju wieży. Sterczy na niej gigantyczny kokon. Można by przypuszczać, że okrywa słonia wspinającego się na dwóch nogach i wyciągającego trąbę w stronę nieba. Tak wielkich słoni nie ma jednak na świecie. Przy wysepce Bedloe (dzisiaj _Liberty_), pod wieżą z kokonem, cumuje statek wyładowany potężnymi lśniącymi formami. Są pofałdowane lub gładkie, można się w nich domyślać fragmentów dłoni, ramion, draperii. Jest także stopa, dziwnie spłaszczona, na pewno nie mniejsza niż sanie Samuela Ellisa. Pewnego dnia nad poziomem wody pojawia się tajemnicza głowa, wielka jak dom. Kieruje źrenice lekko ku górze, w nieokreśloną przestrzeń. Ma prosty rzymski nos, górną wargę dość cienką, dolną mięsistą, policzki pełne i młode, ale wyraz tej twarzy trudno określić. Nie ma w niej bólu ani niepokoju, jak w maskach antycznego teatru, nie ma też radości i nadziei. Raczej obojętny spokój, a nawet chłód. Głowa jest ciemna, ale to już sprawa ­techniki ­oksydacyjnej; na razie znajduje się w fazie brązu, potem sczernieje, z czasem osiągnie barwę grynszpanu.

Trąba oczyszczona z kokonu okaże się ramieniem unoszącym znicz.

W 1886 roku rzemieślnicy podnoszą głowę dźwigami, osadzają ją na brązowej szyi i otaczają koroną z ostrych promieni. A w cztery lata później sąsiednia wyspa Ellisa, teraz własność dwóch stanów – Nowy Jork i New Jersey, zaczyna rosnąć. Rośnie w sposób nieokiełznany. Dokerzy zatapiają przy jej brzegach tysiące kubików mułu zespolonego z gliniastym piachem i żwirem.

Wkrótce powierzchnia wysepki przekracza jedenaście akrów, prawie cztery i pół hektara, jest ponad trzy razy większa niż Wyspa Mew, Ostryg, Szubienicy. Już nie zmieści się na Rynku w Krakowie.

Józef Jagielski do żony Franciszki

Zbudowanie Statuy Wolności i potrojenie wyspy Ellisa są w ścisłym związku ze sobą.

Odbijają się także na pracy cenzorów, którzy czuwają nad korespondencją z Ameryki do polskich miast, miasteczek i wiosek w zaborze rosyjskim. Radykalnie zwiększają ich trud.

W 1891 roku, kiedy wysepka rośnie jak grzyb po deszczu, z Ameryki płyną w lukach parowców, a czasem i statków żaglowych, wory pełne listów pisanych przez ludzi, którzy słabo znają litery, lub dyktowanych pisarzom niewiele bardziej uczonym.

We wszystkich prawie listach powtarza się słowo _szyfkarta_.

Kochana żono, Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, donosze ci kochana żono, że jestem zdrowy czego i tobie wras z dziećmi życze, dobrego zdrowia i powodzenia od Pana Boga i donosze ci, że pisałem list do Ciebie, jusz ­minęło 11 tygodni i nie mam od ciebie żadnego odpisu i nie wiem co sie znaczy, czy list nie doszedł, czy mi nie odpisałaś, i donieś mi, czyś odebrała pieniądze, które ci pszysłałem 15 rubli, to mi zara odpisz czyś odebrała czy nie. I donieś mi jezeliś odebrała, a nie chcesz mi odpisać, czyś sie rozgniewała, czy o mnie nie stoisz, bo ja tysz mogę się pogniewać i co ci powiedzić dobrego, bo w Ameryce dużo żonów można nabyć za małe pieniedze. Ja miałem ci szyfkarte wysłać, alie nie wyślie jasz mi list odpiszesz to ci szyfkarte wyslie i pszyjadziesz do mie razem z dziećmi i pozdrawiam kochana żono i kochane dzieci (…).

Tak pisze Józef Jagielski z Pittsburgha w stanie Pensylwania do Franciszki Jagielskiej z Dulska, powiat Golub-Dobrzyń. Na tym liście męża do żony i na tysiącach innych kopert z Ameryki cenzor obok pieczątki poczty rosyjskiej napisał ręcznie _zadierżat’_ (zatrzymać). Rząd carski nie chce, by rodziny poddanych, którzy zdążyli wyemigrować z polskich terenów imperium, dostawały _szyfkarty_. Emigracja siły roboczej przybiera niepokojące rozmiary i każdy sposób jest dobry, żeby jej przeszkodzić².

Józef Jagielski popłynął do Ameryki rozejrzeć się i przygotować grunt dla rodziny (było to pewnie na rok lub dwa przed wysłaniem listu, zachowanego dzięki cenzorowi, który wcielił go w akta) i wyszedł na ląd na południowym cyplu Manhattanu zwanym Battery, w stacji imigracyjnej Castle Garden, dobrze widocznej z wysepki Ellisa.

Castle Garden, okrągły jak obwarzanek, był kolejno fortecą strzegącą Nowego Jorku, wielką areną rozrywek miejskich (ogni sztucznych, lotów balonowych, wystaw marmurowych biustów i obrazów), salą koncertową, miejscem zebrań publicznych, kąpieliskiem, przyczółkiem regat, halą targową. W 1855 roku został stacją imigracyjną dla stanu Nowy Jork, a to oznacza, że przyjmował większość emigrantów do USA.

Kiedy przypływa Józef Jagielski, stacja Castle Garden dożywa swych dni. Zdołała odprawić osiem milionów imigrantów i nie wytrzymuje już naporu nowych. Do Ameryki napływają tłumy, którym zabrakło u siebie chleba, bezpieczeństwa, wolności. Płyną Niemcy, Skandynawowie, Irlandczycy, Francuzi, Holendrzy, Alzatczycy, a do nich dołączają Polacy, Włosi z południa, Grecy, Czesi, Rosjanie i Żydzi różnej przynależności, głównie rosyjscy i austro-węgierscy, bo Polski nie ma na mapie. Płyną już nie żaglowcami, lecz parowcami, stłoczeni jak śledzie na dolnych pokładach; armatorzy robią fortuny na tych biedakach.

Józef Jagielski na pewno miał na parowcu sąsiadów z Polski. Jego list do żony Franciszki znalazł się w tej samej skrzyni co kilkadziesiąt innych listów z Ameryki zatrzymanych przez cenzora w 1891 roku, a przeznaczonych do żon, braci lub szwagrów z okolic Golubia-Dobrzynia w guberni płockiej. Takim sąsiadem z Polski mógł być na przykład Wojciech/Albert Melerski, teraz z Nowego Jorku, Woodlawn Cemetery, który posyła _szyfkartę_ szwagrowi Graboskiemu i radzi – _niech się zaras zabiera i niech pszyjeżcza jak najprendzy, bo jak by się długo obawiał to później to by musiał za roboto długo czekać (…)_. Albo Władysław Borkowski z Pittsburgha, który obiecuje _szyfkartę_ żonie Mariannie i prosi _donieś mi o mojeh kochanych sierotach i czy ta najmłotsza dziwczyna jusz doprze chodzi i muwi_. Albo Piotr Borowski z nowojorskiego Brooklynu, który obiecuje bratu Antoniemu: _co się tyczy fraikarty to na 15 marca dostaniesz_. Albo Jan Cybulski (nie podał adresu), który zapowiada żonie Józefinie, że za cztery dni przyśle jej _szyfkartę_, i upomina: _nie potrzebujesz zadnich jukuw, to jest żadnich tłamoków brac ze sobu prucz ubrania na drogę, pościel jeżeli jaku masz to sprzedaj_. Albo Jan Jesionowski ze stanu New Jersey, który szwagrowi Karolowi Fenzce nie przyśle _szyfkarty_, tylko niech szwagier sprzedaje gospodarkę i przyjeżdża, _bo co ty tutaj sjesz se żoną i sciećmi to tam tegu nie wicisz na Boże Narocenie i na Wielkanoc_. Albo Walenty Lewandowski z Collinsville w stanie Connecticut, który pisze do kochanej żony Filci, żeby nie lękała się jechać do swego małżonka, bo _tu Ci bęńdzie lepiej jak bym organistą był i nie obawiaj się bez morze, bo ten, co się tak boi to najlepiej mu droga słóży_. Albo Stanisław Wasilewski, też z Collinsville, który upomina delikatnie Teofilę Lewandowską, że jej mąż (na pewno ów Walenty) czeka na listy i _tęschnotą się syci_. Albo Anna i Jan Tifs z Adams w stanie Massachusetts, którzy posyłają _siwkartę_ siostrze Marii Edelman i napominają: _pieżyny nie biesz ze sobą bo byś miała dużo kłopotu na granicy, chustkę weź zimową (…)_.

W skrzyni cenzorskiej jest jeszcze wiele innych listów skierowanych przez nadawców nad rzekę Drwęcę.

Miejmy nadzieję, że wkraczając do Ameryki, sąsiedzi trzymali się razem, bo odprawa w Castle Garden jest piekłem dla przybyszy. To także ciężka harówka dla służby imigracyjnej, podlegającej coraz ostrzejszej krytyce prasy, administracji i polityków. Joseph Pulitzer, emigrant z Węgier, który sam w 1864 roku dotarł do Ameryki przez Castle Garden, w dwadzieścia trzy lata później, już jako czterdziestoletni wydawca nowojorskiej gazety „World”, atakuje stację za bałagan, poniżanie imigrantów, rozmijanie się z prawem. To ten sam Pulitzer, który w 1904 roku ustanowi najsłynniejszą nagrodę dziennikarską na świecie.

Ameryka potrzebuje nowoczesnej i wygodnej stacji, w której panować będzie nowy duch. Powinna być odcięta od ulic miasta, gdzie natychmiast rzucają się na imigrantów oszuści, złodzieje i handlarze żywym towarem, i powinien ją kontrolować rząd federalny.

Wyznanie komisarza Webera

Wybór pada najpierw na wyspę Bedloe, tę, na której stoi _Liberty_. Wywołuje jednak awanturę nie tylko w Nowym Jorku, gdzie protestuje Pulitzer (zamienią Statuę na wieżę Babel!), ale i w Paryżu, gdzie wstrząśnięty rzeźbiarz Frédéric Auguste Bartholdi, twórca Statuy, określa pomysł jako potworny i bluźnierczy.

Gazeta Pulitzera już wcześniej kieruje uwagę na Ellis Island. Pomysł ten spotyka się jednak z rezerwą, wyspa jest maleńka i leży na płytkich wodach. Wysoki urzędnik skierowany na wizję lokalną jest z niej bardzo niezadowolony:

Znajdowaliśmy się na małym kutrze dostawczym i poprosiliśmy oficera, by zawiózł nas na Ellis Island. Odpowiedział, że nie może dobić tam łodzią, bo woda nie jest wystarczająco głęboka. Powiedziałem mu, by zabrał nas tak blisko, jak może, i podszedł – jak sądzę – 30 prętów do brzegu, a może mniej. Trudność z dotarciem do wyspy i obserwowanie jej z tej odległości, a wydaje się leżeć niemal na poziomie wody, przedstawiały tak mało zalet dla stacji imigracyjnej, że odpłynęliśmy z wrażeniem, iż nawet jeśli usuniemy magazyn prochu, który tam się teraz znajduje, i sprawimy, że wyspa będzie bezpieczna, nie stanie się miejscem, jakiego pragniemy (…)³.

A jednak w 1890 roku stacja Castle Garden zostaje zamknięta. Ruch imigracyjny kieruje się do sąsiedniego kamiennego gmachu zwanego Barge Office (Urząd Barkowy), bo dawniej przybijały tam barki kursujące między pobliskimi wyspami. Budynek jest ciasny, odprawa pasażerów jeszcze bardziej kłopotliwa niż w Castle Garden, lecz wiadomo, że niewygody potrwają krótko, bo zaczynają się prace na Ellis Island i z dnia na dzień nabierają impetu.

Usuwa się materiały wybuchowe, wznosi budynki i drąży kanały wodne dla ruchu promów. To, co wyssano z dna, oblepia i powiększa wyspę. I już w tym samym roku republikański prezydent Benjamin Harrison zaprasza do Waszyngtonu biznesmana z Buffalo, pułkownika Johna Baptiste’a Webera, wiernego republikanina, aby mu zaproponować niezwykle ważną dla państwa nowo utworzoną posadę komisarza imigracyjnego portu Nowy Jork z kwaterą główną na Ellis Island⁴.

Kandydat na to stanowisko, objęte czteroletnią kadencją, mianowany zawsze bezpośrednio przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, musi mieć doskonały życiorys i mocny charakter i John B. Weber, weteran wojny secesyjnej, spełnia te warunki. Jedno tylko mogłoby zaskakiwać. Pułkownik, który pochodzi z zacnej rodziny rolników alzackich, lojalnych Francuzów (jego matka w 1830 roku przypłynęła do Ameryki żaglowcem, co zajęło jej sześć tygodni), jest na pewno katolikiem, a zapytany o wyznanie, oświadcza: _amerykańskie_. Trzeba jednak dodać, że odpowiada w ten sposób w szczególnych okolicznościach.

Stacja na Ellis Island dopiero powstaje, komisarz Weber nie jest tam jeszcze potrzebny, rząd Stanów Zjednoczonych wysyła go więc do Rosji, żeby spróbował wybadać, dlaczego wszyscy Żydzi rosyjscy chcą znaleźć się w Ameryce.

Misja Webera jest dla polityki imigracyjnej Stanów Zjednoczonych niezwykle ważna. Ameryka oswojona z pierwszą falą imigracji – głównie angielską, irlandzką i niemiecką – boi się drugiej, z krajów Europy Południowej i Wschodniej, którą uważa za gorszą. Największe obawy budzi wzbierająca fala biedoty żydowskiej z Rosji i polskich terenów pod zaborem rosyjskim. Jej przeciwnicy sugerują, że żydowscy przybysze są na ogół zdegradowani, zacofani, słabi fizycznie i moralnie, niezdolni do włączenia się w życie amerykańskie i że mogą się stać ciężarem publicznym – _a public charge_. Będzie to przez mniej więcej dwadzieścia pięć lat najczęściej używany idiom na Ellis Island, potem ustąpi zbitce _red scare_ – czerwona panika.

Wschodnia wyprawa Johna Webera przypomina pod pewnymi względami wcześniejszą podróż markiza de Custine’a. Podobne jest ich poczucie obcości i zdumienie.

Custine: zaczynałem rozumieć, iż przybyłem do imperium strachu, a strach udziela się tak samo jak smutek, ogarnięty więc byłem obawą i smutkiem (…)⁵. Weber: Rządy w Rosji i w Stanach Zjednoczonych przedstawiają sobą antypody, dwa krańce ludzkiej wolności. My tutaj mamy wolność wypowiedzi, tam nie można zebrać się publicznie bez zezwolenia władz; tutaj wolność prasy, tam cenzura rządowa (…) Użycie hektografu jest zakazane, jeśli wcześniej nie uzyska się zezwolenia. Entuzjazm jest na rozkaz; flagi i chorągiewki rozmieszcza się z okazji państwowych według instrukcji policji (…)⁶. Custine: Naród automatów, przywodzących na myśl jednostronną rozgrywkę szachową – gdyż jeden tylko człowiek porusza wszystkimi pionkami, a niewidocznym przeciwnikiem jest ludzkość. Każdy ruch, każdy wręcz oddech możliwy jest za przyzwoleniem bądź na rozkaz cara, świat staje się mroczny i skrępowany, wielka cisza przytłacza i paraliżuje całe życie.

Pułkownik Weber ma czterdzieści dziewięć lat, w tamtych czasach człowiek w tym wieku chyli się ku starości, ale misja rosyjska musi go podniecać, bo działa z niezwykłą energią, dociera do ofiar i świadków pogromów, do skutych kajdankami więźniów prowincjonalnego aresztu, do robotnic w fabryczce pończoch, które zarabiają czterdzieści kopiejek (dwadzieścia centów) dziennie i stać je tylko na _czarny chleb polany łzami_, do bankierów, którzy mają od czterech do siedmiu tysięcy rubli rocznego dochodu, ale są pariasami, do studentów, którzy przebili się z trudem przez system kwot, do ochronki, do żołnierzy i okaleczonych weteranów (_dziękuję Bogu, że byłem żołnierzem Stanów, nie Rosji_), do szpitala, gdzie sprawdza i potwierdza niewiarygodną dla siebie wiadomość, że dobrodziejstwa metody Pasteura, ratującej życie chorym na wściekliznę, nie są dostępne dla Żydów, bo są Żydami. Wstęp toruje sobie łapówkami i nie waha się podawać za kogo innego. Jest w Moskwie, Mińsku, Warszawie, Grodnie, Wilnie. W Kownie pyta ludzi, dlaczego chcą jechać do Ameryki. – _Bo to kierunek, gdzie jest nadzieja_ – odpowiadają.

Wszyscy cierpią, głównie poniżenie. Nawet bankierzy. Zaostrzono nakazy dotyczące osiedlenia. Żydzi mają prawo mieszkać jedynie na obszarze tak zwanego Pale, między innymi w guberniach dzisiejszej Litwy, Białorusi, Polski. Przez wiele lat nakaz ten nie obejmował Żydów samodzielnych gospodarczo i wykształconych, chociaż dostęp do wyższych szkół był dla nich drastycznie ograniczony kwotami. Ostatnio jednak nawet tym wyemancypowanym Żydom, od dawna zasiedziałym w _interiorze_, nakazano wynieść się do Pale.

Wśród wydalonych podczas mego pobytu byli kasjerzy, urzędnicy, księgowi banków, szefowie działów gospodarczych, wytwórcy – pionierzy ważnych gałęzi przemysłu, budowanych przez Żydów, którzy byli w Rosji liderami tego, co nazywamy postępem i przedsiębiorczością.

Pułkownik Weber jest tak wstrząśnięty gwałtami wobec praw człowieka, których jest świadkiem, że daje temu emocjonalny wyraz w sprawozdaniu:

Czas i odległość sprawiają, że horror blednie, i zastanawiam się czasem, czy podczas tych paru tygodni życia spędzonych w Rosji nie byłem ofiarą halucynacji. Chciałbym o tym zapomnieć, ale i dzisiaj wisi to nade mną jak mara nocna. Wychudzone sylwetki, mizerne twarze, zapadnięte głęboko policzki, żałosny wyraz tych wielkich oczu, jak u ściganego zwierzęcia, są zawsze obecne i nigdy mnie nie opuszczą. Czy śpię, czy chodzę, widzę dokładnie tych ludzi z wyciągniętymi rękami, wzywających, ach, tak żałośnie, pomocy, a my jesteśmy bezradni.

Bezradni? To retoryka; Stany Zjednoczone mają tu coś do zrobienia. John B. Weber dodaje:

To nieludzkie z naszej strony wpychać tych ludzi z powrotem do nory, z której wypełzli. Kiedy tak czynimy, wytrącamy znicz z wyciągniętej ręki naszej Bogini Wolności w pięknej nowojorskiej zatoce.

W Grodnie, już pod koniec podróży, pułkownik Weber zostaje wezwany z hotelu na posterunek. Jest tak bardzo urażony, że wynajmuje najlepszy ekwipaż w mieście – pomysł niezgodny z jego skromną żołnierską naturą i doświadczeniem. Pułkownik wie, co warte są pozory. Wśród jego towarzyszy walki z Południem byli dwaj bracia, Dave i Billy. Pierwszy niezmiernie szykowny i zręczny, drugi przeciwnie: miał nalaną twarz, włosy w nieładzie, matowe guziki, plątał się w nogawkach, a buty czyścił tylko od przodu. Ale podczas słynnej bitwy o Hanover Court House w Wirginii to Billy okazał się bohaterem. Pragmatyzm podpowiada jednak Weberowi, że w Rosji, kraju pozorów, trzeba się ich trzymać. Zajeżdża więc na policję w imperialnym stylu. (Custine: _przepych biorą za elegancję, zbytek za uprzejmość…_)

Naczelnik policji (Weber posługuje się w swojej relacji rosyjskim słowem _pristaw_) jest nowy i gorliwy, istnieje obawa, że ma jakieś podejrzenia lub informacje o misji Amerykanina, która nie może się podobać rządowi carskiemu. Pomocnik _pristawa_ ogląda dokładnie paszport komisarza, sprawdza imię, nazwisko, miejsce urodzenia i niespodziewanie pyta o religię.

Pułkownik bez chwili wahania odpowiada: _amerykańska_.

Urzędnik dziwi się temu oświadczeniu, ale _pristaw_ szepcze mu po rosyjsku – _dajmy spokój z religią, ci Amerykanie żadnej nie mają_. Jest pojednawczy, bo tłumacz Webera wcisnął mu w porę dziesięć rubli łapówki. Komisarz Weber wpisuje ją do rozliczenia kosztów delegacji, które przedstawia Departamentowi Skarbu w Waszyngtonie.

Raport z podróży został rozesłany do ważnych osób w Europie, między innymi do gabinetu ministrów Rosji. Wrócił do nadawcy opieczętowany przez rosyjskiego cenzora jako zakazany.

Komisarz Weber otrzymał więc przynajmniej cenzorską wiadomość zwrotną, inaczej niż Józef Jagielski i jego sąsiedzi, których listy wpadły jak kamień w wodę. Weber, sam już doświadczony przez carską cenzurę, nie wie, czego się dopuściła wobec korespondencji emigrantów z Polski. Gdyby wiedział, na pewno by to zanotował w swoich papierach, a być może – podjął interwencję.

Dziesięć dolarów Annie Moore

Jest pierwszy stycznia 1892 roku. John Baptiste Weber wstał wczesnym rankiem, po ciemku, co dla dawnego żołnierza nie było na pewno dotkliwe. Ellis Island rozpoczyna dziś służbę. Dzień historyczny dla wyspy. Po latach wiadomo, że historyczny dla Ameryki i ważny dla świata.

W tym dniu pułkownik nie przyznałby się do tego (co napisał później we wspomnieniach), że kiedy przyjmował od prezydenta Harrisona nominację na komisarza, nie miał pojęcia o służbie imigracyjnej.

Tak samo, kiedy go wybierano na szeryfa w powiecie Erie, zupełnie nie znał prawa, ale wiedział, że da sobie radę (już jako czternastolatek wstąpił do Sześćdziesiątego Piątego Regimentu Milicji, a potem, w wojnie secesyjnej, dowodził czarnymi Amerykanami Osiemdziesiątego Dziewiątego Regimentu Piechoty Kolorowych Oddziałów Stanów Zjednoczonych). Bał się tylko, że będzie musiał być świadkiem przy egzekucjach. Szybko nauczył się prawa i znalazł przepis, że szeryf może do oglądania egzekucji wysłać substytuta.

A kiedy zostawał zastępcą poczmistrza w Buffalo, wiedział tylko tyle, że na kopercie należy przykleić znaczek.

Wszystkiego się można nauczyć, trzeba mieć tylko cierpliwość i pewność siebie. Najwięcej cierpliwości wymagają skrzyżowania. Niezależnie od wszystkich innych obowiązków pułkownik Weber przez dwanaście ostatnich lat zajmuje się skrzyżowaniami i uważa to zajęcie za niezwykle ważne. Ameryka staje się krajem dróg jezdnych i torów, które coraz bardziej gęstnieją i coraz częściej się przecinają, tworząc sieć niebezpieczną dla człowieka i kłopotliwą dla gospodarki. Mieszkając w Buffalo, pułkownik sam nieustannie wpadał w te sidła. Obliczył, że aby ze swego domu na obrzeżach miasta dostać się do firmy w śródmieściu, musi przekroczyć pięćdziesiąt pięć różnych traktów. Pracuje więc uparcie nad tym, by Ameryka zrozumiała konieczność rozdzielenia ruchu, budowy bezpiecznych przejść, tuneli i wiaduktów.

Nie wiemy, jak dalece wpłynął na tę pasję osobisty dramat pułkownika. O swym życiu prywatnym nie mówi. W trzecim roku wojny domowej podczas żołnierskiej przepustki ożenił się z panną Elizabeth J. Farthing z Buffalo. Miał wtedy dwadzieścia jeden lat. Elizabeth zginęła, wypadając z powozu, gdy poniósł go koń, zapewne spłoszony na drodze⁷_._

Dzisiaj pułkownik Weber odbywa bezkolizyjny spacer po Ellis Island. Dokonuje inspekcji.

Cała załoga wyspy zajęła miejsca na stanowiskach. A przy południowym cyplu Manhattanu czekają niecierpliwie trzy statki – Victoria, Nevada i City of Paris, pełne imigrantów, którzy nie mają pojęcia, że uczestniczą w wyjątkowej chwili. Wiedzą o tym jednak szefowie linii okrętowych i kapitanowie i każdy z nich chciałby pierwszeństwa dla pasażera ze swojej listy, bo to przyniesie reklamę, więc i pieniądze.

To pewne, że komisarz Weber wie od rana, a może nawet od wczoraj wieczorem, kto będzie pierwszy.

Annie Moore jest jeszcze dziewczynką, ma dziś urodziny. Piętnaście lat temu, pierwszego stycznia, urodziła się w Cork, w Irlandii. Przypłynęła wczoraj wieczorem parowcem Nevada razem z braćmi, jedenastoletnim Anthonym i siedmioletnim Philipem, którymi opiekowała się przez całą drogę. Są biedni, mają wszyscy troje tylko jedną sztukę bagażu. Nie było ich stać na kajutę, tłoczyli się na _steerage_ (nazwa od sąsiedztwa drąga sterowego), najniższym poziomie dla pasażerów, zwanym także _Zwischendeckiem_, czyli międzypokładem. _Steerage_, jak wynika z bogatej już wtedy literatury przedmiotu, zasługuje raczej na miano czyśćca. Annie jest jednak dzielną panienką, nie straciła pogody ducha, a nawet szyku. Nosi wcięty żakiecik, a na blond głowie okrągły kapelusz, który przytrzymuje ręką, by nie porwał go zimowy wiatr znad zatoki. Wiemy to z pomników, bo Annie Moore ma dziś dwa pomniki – jeden na Ellis Island, dokąd przybyła, a drugi w Irlandii, którą opuściła.

Na Annie i braci czekają już rodzice, którzy przypłynęli wcześniej do Nowego Jorku i mieszkają na Manhattanie przy ulicy Monroe.

Najpierw zostaje rozładowany parowiec Nevada. Służba imigracyjna wyprowadza ze statku pasażerów _steerage_ (według jednych źródeł stu siedmiu, według innych – stu czterdziestu ośmiu) i lokuje ich na łodzi transferowej udekorowanej chorągiewkami, która wesoło, z muzyką, wśród bicia dzwonów okrętowych i radosnych gwizdów odpływa z Manhattanu na Ellis Island. Taki rejs trwa dzisiaj niewiele ponad dziesięć minut i wtedy na pewno trwał tyle samo.

Annie Moore schodzi z braciszkami po trapie i pierwsza stawia stopę na stacji.

Nie ma w tym żadnego ryzyka, bo już wcześniej ważny urzędnik Departamentu Skarbu w Waszyngtonie Charles M. Hendley przeprowadził wstępną inspekcję i wiadomo, że Stany Zjednoczone przyjmą całą trójkę.

Fakt, że wybrano Annie, na pewno za wiedzą i aprobatą pułkownika Webera, jest zrozumiały. Wystarczy obejrzeć spis pasażerów z rejsu, którym przypłynęło rodzeństwo Moore; jest dziś dostępny w Internecie. Otóż wśród stu siedmiu pasażerów _steerage_ jest między innymi ośmiu Irlandczyków, dziesięciu Anglików, dwóch Niemców, czternastu Szwedów, dwóch Francuzów, dwóch Włochów. Najwięcej, siedemdziesiąt siedem, osób przypłynęło z Rosji. Jednak prawie wszystkie noszą imiona żydowskie – Isak, David, Sclome (Szlome), Faige, Juda, Sara, Elias, Hersch i tak dalej.

To spośród najliczniejszej grupy narodowej powinno się wybrać inauguranta. Imigranci żydowscy nie nadają się jednak do roli rodziców chrzestnych nowej stacji imigracyjnej. Jej otwarcie nie może drażnić Ameryki. Uhonorowanie imigranta Żyda przysłużyłoby się najgorzej właśnie imigracji żydowskiej. Pierwszy gość Ellis Island powinien budzić ciepłe, przyjazne uczucia wobec nowych przybyszy. Annie Moore ma być bohaterką z bajki – schludnym Kopciuszkiem, który w Ameryce zostanie królewną.

Komisarz Weber wita się z panienką i wręcza jej dar na dobry początek życia w Ameryce – złotą dziesięciodolarówkę _Liberty_, bardzo stosowną, bo _Liberty_ widać stąd w całej okazałości, tyle że zwróconą bokiem albo plecami, bo musi pozdrawiać statki z oceanu.

Annie dyga i zapewnia, że nigdy się nie rozstanie z tą drogą pamiątką.

_Dalsza część w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij