Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wyspa kobiet morza - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
4504 pkt
punktów Virtualo

Wyspa kobiet morza - ebook

Kobiety, które władają morzem, odkrywają, że najtrudniejsza walka to ta o swoje miejsce w świecie.

Na koreańskiej wyspie Jeju dorastają Mi-ja i Youngsook – dwie dziewczęta z zupełnie różnych światów, których los splata się w społeczności haenyeo, słynnych nurkujących kobiet. W surowych warunkach morza rodzi się między nimi silna więź, wzmacniana codzienną pracą i odpowiedzialnością za rodziny. Ich młodość przypada na czas burzliwej historii, która nieustannie zmienia życie wyspy.
Mi-ja, obciążona piętnem córki kolaboranta, i Young-sook, wychowana w szanowanej linii haenyeo, niosą odmienne dziedzictwa, stopniowo podważające fundament ich przyjaźni. W miarę jak wielkie wydarzenia coraz mocniej wkraczają w codzienność wyspy, bohaterki stają przed dramatycznymi wyborami, które na zawsze kształtują ich życie i los całej społeczności.
W świecie nieustraszonych nurkujących kobiet, gdzie to one przejmują odpowiedzialność za rodzinę, historia wystawia je na najtrudniejszą próbę. Czy uda im się przetrwać, gdy siły losu i dziejów wkraczają w każdy aspekt ich życia?

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-181-0
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Staruszka siedzi na plaży, na przytroczonej do pośladków poduszce. Przebiera glony, które fale wyrzuciły na brzeg. Nawykła do życia w wodzie, ale na lądzie także nie traci czujności. Jej domem jest Jeju, wyspa słynąca z Trzech Obfitości: wiatru, kamieni i kobiet. Dziś wiatr, największy z nich kapryśnik, jest tylko lekką bryzą. Na niebie nie widać nawet jednego obłoczka. Promienie słońca przenikają czepek i odzież kobiety, grzeją jej głowę, kark i plecy. To takie kojące uczucie. Jej dom przycupnął na skalistym podłożu, tuż nad morzem. Nie jest imponujący: to tylko dwie niewielkie konstrukcje wzniesione z miejscowego kamienia, ale to położenie… Dzieci i wnuki zaproponowały przekształcenie budyneczków w restaurację i bar. „Babciu, będziesz bogata! Już nigdy nie będziesz musiała pracować”. Jedna z sąsiadek uległa namowom młodszego pokolenia. Teraz dom tamtej kobiety to pensjonat i włoska restauracja. I to wszystko na plaży Young-sook. W jej wiosce. Nigdy nie pozwoli, żeby zrobili coś takiego z jej domem. „We wszystkich kieszeniach całej Korei nie ma dość pieniędzy, żeby przekonały mnie do odejścia”, powtarzała tyle razy. Jak ona mogła? Dom to gniazdo, w którym ukrywa swoje radości i smutki, śmiech i troski całego życia.

Nie pracuje na plaży sama. Inne kobiety w podobnym wieku – po osiemdziesiątce i dziewięćdziesiątce – także przekopują algi skłębione na piasku. Te, które można dobrze sprzedać, wkładają do torebeczek, resztę odrzucają. Deptakiem oddzielającym zatoczkę od drogi spacerują pary młodych ludzi, zapewne nowożeńcy. Trzymają się za ręce, przytulają się, czasami wymieniają nawet pocałunki – na oczach wszystkich, w biały dzień. Young-sook widzi rodzinę turystów, najwyraźniej z kontynentu. Wystarczy spojrzeć na męża i dzieci w identycznych koszulkach w kropki i limonkowych szortach. Żona ma taką samą koszulkę, ale poza tym jej skórę szczelnie osłaniają od słońca długie spodnie, ochraniacze na przedramionach, rękawiczki, kapelusz i maseczka. Dzieci z wioski wspinają się na skały rozsiane wśród piasku i schodzące do morza. Już po chwili bawią się w najlepsze w płytkich zagłębieniach, chichoczą, nurkują na wyścigi do najgłębiej położonych skał, konkurują w poszukiwaniu wyrzuconych przez fale szkiełek, a niektórym udaje się nawet znaleźć jeżowca. Kobieta uśmiecha się pod nosem. Jakże odmienne życie czeka te maluchy…

Young-sook przypatruje się też innym ludziom. Tym, którzy gapią się na nią przez chwilę, czasami zupełnie otwarcie, nie kryjąc swojej wścibskości, po czym przenoszą spojrzenie na inne staruszki pracujące dziś na brzegu. Która babunia wygląda najsympatyczniej? Najprzystępniej? Ci ludzie nie rozumieją, że Young-sook i jej przyjaciółki także ich oceniają. To naukowcy, dziennikarze czy dokumentaliści? Czy zapłacą? Czy wiedzą cokolwiek o _haenyeo_ – morskich kobietach? Będą chcieli robić jej zdjęcia. Będą jej wymachiwać mikrofonem przed twarzą i zadawać te same, łatwe do przewidzenia pytania.

– Czy uważa się pani za morską babcię? Czy raczej za syrenę?

– Rząd przykleił _haenyeo_ etykietkę bezcennej spuścizny kulturowej, wymierającego gatunku, który trzeba ocalić, choćby od zapomnienia. Jak to jest być tą ostatnią z ostatnich?

Jeżeli to uczeni, to będą chcieli porozmawiać o matrycentrycznej kulturze Jeju. Będą wyjaśniać: „To nie matriarchat, raczej społeczeństwo skupione na kobietach”. Potem zaczną sondować: „Czy naprawdę kierowała pani gospodarstwem domowym? Czy wydzielała pani pieniądze mężowi?”. Często trafiają się jej młode kobiety, które zadają stale to samo pytanie: „Lepiej urodzić się mężczyzną czy kobietą?”. Young-sook wysłuchiwała tych dyskusji przez całe życie. O co by nie pytali, zawsze odpowiada tak samo: „Byłam najlepszą _haenyeo_!”. Woli na tym poprzestać. Jeżeli przybysz naciska, Young-sook dodaje szorstko: „Jeśli chcecie się czegoś o mnie dowiedzieć, idźcie do Muzeum Haenyeo. Są tam moje zdjęcia. Możecie obejrzeć film o mnie!”. Jeżeli nadal nie odpuszczają… Cóż, wtedy staje się naprawdę bezpośrednia: „Zostawcie mnie w spokoju! Mam robotę!”.

Jej odpowiedzi zależą zazwyczaj od samopoczucia. Dzisiaj słońce świeci jasno, a woda lśni. Chociaż Young-sook siedzi na brzegu, aż do szpiku kości przenika ją lekkość morza. Czuje fale kojące obolałe mięśnie, przejmujący chłód niosący ulgę rozpalonym stawom. Dlatego pozwala się sfotografować, a nawet przesuwa w tył czepek, żeby jakiś młodzian mógł „lepiej widzieć jej twarz”. Przypatruje mu się, jak nieuchronnie zmierza ku najtrudniejszej kwestii. W końcu zadaje to pytanie:

– Czy pani rodzina cierpiała podczas Incydentu Trzeciego Kwietnia?

_Aigo_, oczywiście, że cierpiała. Oczywiście. Oczywiście. Oczywiście.

– Cierpieli wszyscy mieszkańcy wyspy Jeju – odpowiada.

I to wszystko, co ma na ten temat do powiedzenia. Na zawsze. Lepiej mu powiedzieć, że teraz jest najszczęśliwszy okres w jej życiu. Bo to prawda. Nadal pracuje, ale ma czas na odwiedziny u przyjaciółek i podróże. Może patrzeć na prawnuczki i rozmyślać: _Ta jest ładna. A za to tamta jest najbystrzejsza._ Albo: _A ta niech lepiej znajdzie dobrego męża_. Wnuczęta i prawnuczęta są jej największą radością. Dlaczego nie mogła tak myśleć, gdy była młodsza? Ale wtedy nie potrafiła sobie wyobrazić, jak potoczy się jej życie. Nie umiałaby nawet wyśnić tego dnia.

Młodzieniec odchodzi. Próbuje nawiązać rozmowę z inną kobietą, Kang Gu-ją, która pracuje około dziesięciu metrów na lewo od Young-sook. Gu-ja, wiecznie zrzędliwa, nawet nie podnosi na niego wzroku. Młody mężczyzna próbuje szczęścia z młodszą siostrą Gu-ji, Gu-sun, lecz ta wykrzykuje: „Odejdź!”. Young-sook prycha z aprobatą.

Napełniwszy woreczek, wstaje chwiejnie i wlecze się do stosu większych toreb. Przekłada zawartość torebeczki do jej dużego odpowiednika i kuśtykając, przenosi się na nietkniętą ludzką stopą część plaży. Mości się ponownie, układa poduszkę pod pośladkami. Jej spracowane dłonie, choć sękate i zniszczone po wielu latach na słońcu, zachowały zręczność. Szum morza… pieszczota ciepłej bryzy… świadomość, że chronią ją tysiące bogiń zamieszkujących tę wyspę… Nawet barwne wyzwiska Gu-sun nie mogą zepsuć jej humoru.

Wtedy Young-sook dostrzega kątem oka inną rodzinę. Ci ludzie nie są ubrani jednakowo i nie wyglądają tak samo. Mąż jest biały, żona to Koreanka, a dzieci – mały chłopczyk i nastolatka – są Metysami. Mimo najlepszych chęci Young-sook musi przyznać, że widok takiej mieszanki rasowej ją deprymuje. Czuje się nieswojo, patrząc na chłopca w szortach, koszulce z wizerunkiem superbohatera i znoszonych tenisówkach oraz dziewczynę w spodenkach, które ledwie zakrywają to, co powinno pozostać ukryte, ze słuchawkami w uszach i kabelkami zwieszającymi się z jej rozkwitających piersi. Young-sook zgaduje, że to Amerykanie. Przygląda się im nieufnie, gdy podchodzą.

– Czy pani Kim Young-sook? – pyta blada, ładna kobieta. Gdy Young-sook kiwa lekko głową, kobieta mówi dalej: – Mam na imię Ji-young, ale wszyscy mówią mi Janet.

– Janet. – Young-sook wymawia to słowo na próbę.

– A to jest mój mąż, Jim, i nasze dzieci, Clara i Scott. Zastanawialiśmy się, czy pamięta pani moją babkę. – Janet mówi… po jakiemu ona właściwie mówi? Nie po koreańsku, ale też nie w dialekcie Jeju. – Miała na imię Mi-ja, a na nazwisko Han…

– Nie znam nikogo takiego.

Pomiędzy brwiami kobiety pojawia się ledwie dostrzegalna zmarszczka.

– Ale czy nie mieszkałyście obie w tej wiosce?

– Ja tu mieszkam, ale nie wiem, kogo ma pani na myśli. – Young-sook mówi głośniej i ostrzej od Gu-sun, co sprawia, że obie siostry Kang spoglądają w jej stronę. _Wszystko w porządku?_

Mimo to Amerykanka pozostaje nieugięta.

– Pokażę pani jej zdjęcie.

Przetrząsa torebkę, wydobywa szarą kopertę i przegląda jej zawartość, aż znajduje to, czego szukała. Wyciąga rękę i pokazuje Young-sook czarnobiałą fotografię dziewczyny w staromodnym białym kostiumie kąpielowym. Jej sutki przypominają oczy ośmiornicy spoglądające z bezpiecznej groty. Włosy zakryła białą chustką. Ma okrągłą twarz, szczupłe ramiona z wyraźnie zaznaczoną rzeźbą mięśniową i mocne nogi. Uśmiecha się szeroko i odważnie.

– Przepraszam – mówi Young-sook. – Nie znam jej.

– Mam więcej zdjęć – ciągnie kobieta.

Kiedy Janet znowu zerka do koperty i grzebie w fotografiach, Young-sook uśmiecha się do białego mężczyzny.

– Ty mieć telefon? – pyta po angielsku, chociaż wie, że mówi w tym języku o wiele gorzej niż żona Jima po koreańsku. Następnie wykonuje gest, jakby przykładała wyimaginowane urządzenie do ucha.

Stosowała tę taktykę już wielokrotnie, by uwolnić się od uciążliwych intruzów. Jeżeli ma do czynienia z młodą kobietą, mówi na przykład: „Zanim odpowiem na pani pytania, muszę porozmawiać z wnukiem”. Mężczyzn, bez względu na wiek, pyta: „Jest pan żonaty? Wnuczka mojej siostry to urocza dziewczyna. No i studiuje. Sprowadzę ją tu, żebyście mogli się poznać”. Zadziwiające, jak wielu ludzi nabiera się na te sztuczki. I rzeczywiście, obcokrajowiec już klepie się po kieszeniach w poszukiwaniu telefonu. Uśmiecha się. Ma olśniewająco białe, niezwykle proste zęby, jak rekin. Ale nastolatka wyjmuje swój telefon szybciej. To jeden z tych nowych iPhone’ów; w tym roku Young-sook kupowała takie same prawnukom na urodziny.

– Proszę podyktować numer – mówi Clara, nawet nie wyjmując słuchawek z uszu.

Jej głos jeszcze bardziej zbija Young-sook z tropu. Dziewczyna posługuje się dialektem Jeju. Nie idealnym, ale znośnym. Ten dźwięk wywołuje gęsią skórkę na ramionach Young-sook.

Podaje numer, a Clara stuka w ekran telefonu. Skończywszy, odpina kabelek i wyciąga telefon w stronę Young-sook, która nagle czuje się jak sparaliżowana. Pod wpływem impulsu – bo jakżeby inaczej? – dziewczyna pochyla się i przykłada telefon do ucha staruszki. Jej dotyk jest… niczym lawa. Krzyżyk na złotym łańcuszku wysuwa się spod koszulki dziewczyny i kołysze się tuż przed oczami Young-sook. Teraz zauważa, że matka, Janet, również ma na szyi krzyżyk.

Czworo cudzoziemców wpatruje się w nią wyczekująco. Myślą, że chce im pomóc. Mówi szybko do telefonu. Janet znowu marszczy brwi, próbując zrozumieć jej słowa. Young-sook jednak używa czystego dialektu Jeju, a ten ma ze standardowym koreańskim tyle wspólnego, co francuski z japońskim. Tak przynajmniej słyszała. Gdy kończy rozmowę, Clara wkłada telefon do tylnej kieszeni i zmieszana patrzy, jak matka wyciąga kolejne fotografie.

– To mój ojciec w młodości – mówi Janet, podsuwając Young-sook pod oczy niewyraźne zdjęcie. – Pamięta go pani? A to inna fotografia babki. Zrobiona w dniu jej ślubu. Ktoś mi powiedział, że ta dziewczyna obok niej to pani. Czy mogłaby pani poświęcić parę minut na rozmowę z nami?

Young-sook jednak powróciła już do przebierania wodorostów. Z grzeczności zerka od czasu do czasu na zdjęcia, ale jej twarz nie wyraża żadnych uczuć.

Kilka minut później plażą nadjeżdża, podskakując na kamieniach, motocykl z doczepionym wózkiem. Gdy zatrzymuje się przy Young-sook, ta próbuje wstać. Obcokrajowiec ujmuje staruszkę pod ramię, żeby ją podtrzymać. Już od dawna nie dotykał jej żaden biały; Young-sook wyrywa się instynktownie.

– On chciał tylko pomóc – mówi Clara w tej dziecięcej odmianie dialektu Jeju.

Young-sook przygląda się obcym, którzy usiłują pomóc jej wnukowi przy ładowaniu toreb z algami na platformę. Kiedy ładunek jest zabezpieczony, gramoli się na miejsce za wnukiem i obejmuje go w pasie.

– Jedź! – Trąca mężczyznę wierzchem dłoni. Gdy opuszczają plażę i wtaczają się na drogę, Young-sook dodaje łagodniej: – Pokręć się przez chwilę. Nie chcę, żeby zobaczyli, gdzie mieszkam.Jak się zakochujemy?

(przedtem)

Gdy spotkałyśmy się z Mi-ją po raz pierwszy, byłyśmy całkowitymi przeciwieństwami. Ja byłam niczym skały na naszej wyspie: poszarpane, chropowate, kanciaste, ale użyteczne i stateczne. Ona była jak chmury: płynące, zmieniające kształty, ulotne, niepojęte. Chociaż obie zostałyśmy _haenyeo_, moim żywiołem miała na zawsze pozostać ziemia, w tym znaczeniu, że jako osoba praktyczna, stale niepokoiłam się o rodzinę. Mi-ja była raczej jak morze: zmienna, czasami gwałtowna. Ja byłam mocno związana z Matką i pragnęłam jak najszybciej dzielić z nią morskie życie. Mi-ja nie pamiętała swojej matki, za to bardzo tęskniła za ojcem. Ja doświadczałam miłości i szacunku ze strony rodzeństwa, a Mi-ja miała tylko wujostwo, których wcale nie obchodziła. Ja pracowałam ciężko: czerpałam wodę, nosiłam na plecach braciszka, oporządzałam gospodarstwo i zbierałam suchy nawóz na opał. Mi-ja jednak harowała jeszcze ciężej: wyręczała Wuja i Ciotkę, uprawiała nasze pola i wypełniała obowiązki wobec grupy. Ja nie umiałam odczytać ani zapisać mojego imienia. Mi-ja potrafiła zapisać swoje, a w dodatku nadal pamiętała kilka japońskich znaków. I na koniec, ja robiłam wrażenie spokojnej, ale w głębi duszy często się bałam. Mi-ja wydawała się eteryczna, lecz jej duch był niezłomny jak pęd bambusa zdolny wytrzymać niemal każdy nacisk i ciężar. Na Jeju mieliśmy takie powiedzenie: „Jeśli jesteś szczęśliwym trzylatkiem, będziesz szczęśliwy do osiemdziesiątki”. Wierzyłam w to. Mi-ja z kolei mawiała często:

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij