Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wystarczy kochać - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 kwietnia 2026
2379 pkt
punktów Virtualo

Wystarczy kochać - ebook

Miłość zawsze znajdzie drogę do serca, które jest na nią otwarte.

Czterdziestoczteroletnia Kinga wiedzie spokojne i uporządkowane życie singielki. Mimo trudnych wspomnień związanych z rozwodem, wciąż wierzy, że ma szansę na nową, szczęśliwą miłość. Jako lektorka języka hiszpańskiego oraz pilotka zagranicznych wycieczek poznaje mnóstwo ciekawych ludzi, ale jeden mężczyzna szczególnie przykuwa jej uwagę… Ich pierwsze spotkanie przyprawia Kingę o szybsze bicie serca, a odkrycie skrywanej przez niego tajemnicy całkowicie odmienia jej los.

W miasteczku przesiąkniętym zapachem pomarańczy oraz ciepłem słońca rozkwita niezwykła historia miłości pełnej uniesień. Bohaterowie próbują odkryć, czy przeznaczenie to tylko złudzenie, czy może jednak przeszłość i teraźniejszość w przedziwny sposób są ze sobą splecione…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8313-943-2
Rozmiar pliku: 726 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Jak zwy­kle obu­dzi­łam się póź­niej, niż chcia­łam. Pra­wie co­dzien­nie to samo: wie­czo­rem nie mogę za­snąć, czy­tam, plą­czę się z więk­szym lub mniej­szym sen­sem po in­ter­ne­cie albo oglą­dam co­kol­wiek w te­le­wi­zji, za­sy­piam póź­no i obie­cu­ję so­bie, że rano wsta­nę wcze­śniej i po­tem wie­czo­rem też wcze­śniej za­snę. Obie­can­ki ca­can­ki, a głu­pie­mu ro­wer, jak to się kie­dyś mó­wi­ło (oczy­wi­ście nie obec­nie – ro­we­rzy­ści wszech­obec­ni mo­gli­by się ob­ra­zić).

Wpraw­dzie je­śli cho­dzi o wczo­raj­szy wie­czór, to był za­ję­ty bar­dzo przy­jem­ną czyn­no­ścią, jaką nie­zmien­nie po­zo­sta­je na­mięt­ny seks z moim mę­żem. Na myśl o tym zro­bi­ło mi się go­rą­co, a cia­ło prze­biegł dreszcz po­żą­da­nia… To mi się ni­g­dy nie znu­dzi, im je­stem star­sza, tym seks jest lep­szy. No ale te­raz pro­za ży­cia, bo na po­ran­ne wy­gła­ska­nie cze­ka­ją dwa fu­trza­ki: kot Lo­lek (do­ro­sły, sta­tecz­ny, trze­ba go mi­ziać de­li­kat­nie) i pies Gu­cio (mło­dy i sza­lo­ny kun­de­lek ze schro­ni­ska wy­ma­ga piesz­czot in­ten­syw­nych, jest z nami od nie­daw­na i wciąż nie może uwie­rzyć w swo­je szczę­ście, że ma wła­snych lu­dzi). Sa­nah śpie­wa wiersz Szym­bor­skiej Nic dwa razy, też to kie­dyś śpie­wa­li­śmy przy ogni­skach, choć na inną me­lo­dię.

No do­brze, czas na kawę i prze­gląd wia­do­mo­ści. Zbli­ża­ją się wy­bo­ry, wszy­scy się en­tu­zja­zmu­ją. Ro­da­cy idą na noże. Ale pro­szę, na stro­nie po­stę­po­wej ga­ze­ty wia­do­mo­ścią naj­waż­niej­szą nie jest wca­le coś o sta­nie świa­ta i kra­ju, tyl­ko o tym, jak z pa­pie­ru to­a­le­to­we­go zro­bić od­świe­żacz po­wie­trza. Tak w ogó­le to nie mam cier­pli­wo­ści do tak zwa­nych new­sów in­ter­ne­to­wych, razi mnie ję­zyk, dmu­cha­nie afer, lan­so­wa­nie pod­rzęd­nych ce­le­bry­tów, wie­lo­mie­sięcz­ne prze­py­chan­ki w mało waż­nych spra­wach. No bo jak od­bie­rać wy­nu­rze­nia pew­nej pani, że ja­kim pra­wem nowa part­ner­ka jej (już od lat) by­łe­go męża śmie spać w ich daw­nym wspól­nym domu, na ich kie­dyś wspól­nym łóż­ku? To co ja mam po­wie­dzieć, gdy nie dane mi było za­koń­czyć na jed­nym part­ne­rze? Za każ­dym ra­zem wy­mie­niać łóż­ko? Lu­dzie, żyj­cie i daj­cie żyć in­nym, dla każ­de­go jest miej­sce na tym pięk­nym świe­cie. A gdy zwią­zek się koń­czy, idź­cie do przo­du, na was też może cze­kać szczę­ście, ale nie na tych za­tru­tych ja­dem (z ta­ki­mi nikt nie chce ob­co­wać, i słusz­nie!). No, to so­bie ulży­łam. Nie mam wy­gó­ro­wa­nych wy­ma­gań, lu­dzie są róż­ni, i tacy po­win­ni być. Chcesz się upięk­szyć albo wy­róż­nić z tłu­mu? Pro­szę bar­dzo, lu­dzie od za­ra­nia dzie­jów mie­li taką po­trze­bę, nic w tym złe­go. Szko­da mi tyl­ko osób, któ­re pod wpły­wem sze­ro­ko po­ję­tych me­diów idą w tym za da­le­ko i prze­sta­ją być in­dy­wi­du­al­ny­mi isto­ta­mi. Szko­da mi też lu­dzi, któ­rzy pod wpły­wem nie­re­al­nych, wy­śru­bo­wa­nych „wzor­ców” z me­diów wpa­da­ją w kom­plek­sy, że ich ży­cie nie jest dość do­sko­na­łe. Nie każ­da ko­bie­ta musi być gwiaz­dą, od­no­sić suk­ce­sy za­wo­do­we, wy­cho­wać trój­kę dzie­ci, ćwi­czyć, prze­strze­gać ja­kiejś cu­dow­nej die­ty, być chu­da jak wie­szak i do tego za­wsze świet­nie wy­glą­dać. Ja je­stem sta­ro­świec­ka, uwa­żam, że wy­star­czy ko­chać, aby być szczę­śli­wym.

Przed­wczo­raj przy­je­cha­li­śmy do Olsz­ty­na z Rzy­mu. Cóż za pięk­ne mia­sto, róż­no­rod­ność lu­dzi – mie­sza­ją­cych się ze sobą miej­sco­wych i przy­by­szów – ogrom­na. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach mi­ło­ści i życz­li­wo­ści. Roma, amo­re mio! Olsz­tyn całe szczę­ście po­wi­tał nas pięk­ną po­go­dą. Do nie­go też je­stem przy­wią­za­na, spę­dzi­łam tu wie­le lat ży­cia, każ­dy za­ką­tek to wspo­mnie­nia, jest co­raz pięk­niej­szy, tyl­ko znów roz­ko­pa­ny. Bu­do­wa­ne są ko­lej­ne li­nie tram­wa­jo­we, a przy oka­zji w pra­wie ca­łym mie­ście – re­mon­ty, prze­bu­do­wy i zmia­ny w ukła­dzie ulic. Pa­trzę przez okno. W od­da­li wi­dać plac bu­do­wy i przy­po­mi­nam so­bie, jak to było, gdy przed kil­ku laty w Olsz­ty­nie po raz pierw­szy „re­wi­ta­li­zo­wa­no” trans­port tram­wa­jo­wy…LIPIEC 2015

I

Znów pa­ko­wa­nie. Się­gnę­łam po ko­lej­ną rzecz i wes­tchnę­łam głę­bo­ko, wkła­da­jąc sta­ran­nie zwi­nię­tą ko­szul­kę do wa­liz­ki (to waż­ne, żeby zwi­jać, nie skła­dać, wię­cej się zmie­ści, a mniej po­gnie­cie). Pa­ko­wa­nie do po­dró­ży mia­łam opa­no­wa­ne do per­fek­cji, więc mo­głam dzia­łać na au­to­pi­lo­cie i jed­no­cze­śnie snuć luź­ne roz­wa­ża­nia.

Li­piec jest chłod­ny, Olsz­tyn cały roz­ko­pa­ny przez „re­wi­ta­li­za­cję trans­por­tu tram­wa­jo­we­go”, za­kor­ko­wa­ny, z cią­gle zmie­nia­ją­cy­mi się tra­sa­mi prze­jaz­du, co po­tra­fi wku­rzyć, bo je­ste­śmy już tym zmę­cze­ni. Cią­gnie się to od ze­szłe­go wrze­śnia, a uśmiech na wi­dok ta­blic z tek­stem „Kie­row­co, uśmiech­nij się, bu­du­je­my to dla Cie­bie”, jest co­raz bar­dziej krzy­wy. Co mą­drzej­si (ze mną włącz­nie) bio­rą tego ro­dza­ju nie­do­god­ność na spo­koj­nie i do­sto­so­wu­ją się do ak­tu­al­ne­go ukła­du. Bo tak w ogó­le Olsz­tyn jest su­per mia­stem do miesz­ka­nia: nie za duży, nie za mały, co­raz ład­niej­szy z każ­dym ro­kiem, nowa pla­ża miej­ska z przy­le­gło­ścia­mi na eu­ro­pej­skim po­zio­mie, pięk­ne sta­re obiek­ty suk­ce­syw­nie re­mon­to­wa­ne, pięk­nie wy­eks­po­no­wa­na Łyna przez oto­cze­nie jej par­kiem, Ga­le­ria War­miń­ska to chy­ba na­wet ja­kąś na­gro­dę ar­chi­tek­to­nicz­ną zdo­by­ła, no i w ogó­le sta­rów­ka, za­mek, ka­te­dra i tak da­lej. Dłu­go by wy­mie­niać. Mnie jako kie­row­cę in­te­re­su­ją nowe roz­wią­za­nia ko­mu­ni­ka­cyj­ne. Na ra­zie wi­dzę, że idzie to w do­brym kie­run­ku. Poza tym wia­do­mo, że for­sa na to wszyst­ko głów­nie z Unii Eu­ro­pej­skiej pły­nie. Tak samo zresz­tą jak na dro­gę do War­sza­wy (co mnie bar­dzo do­ty­czy z po­wo­du do­jaz­dów do pra­cy). Od­po­wia­da mi też, że mam w oto­cze­niu oso­by o róż­nym po­cho­dze­niu i zwy­cza­jach kul­tu­ro­wych. Od dziec­ka mia­łam ko­le­żan­ki i ko­le­gów, któ­rzy po­cho­dzi­li z róż­nych stron Pol­ski przed- i po­wo­jen­nej (wy­gnań­cy z Wi­leńsz­czy­zny i za­chod­niej Ukra­iny, war­sza­wia­cy, żoł­nie­rze AK, we­te­ra­ni po­wsta­nia war­szaw­skie­go), a tak­że któ­rzy byli róż­nej na­ro­do­wo­ści (przede wszyst­kim Niem­cy, Ukra­iń­cy z ak­cji „Wi­sła”). Wy­cho­wy­wa­łam się w ma­łym mie­ście na Ma­zu­rach, w któ­rym i dzie­ci, i ro­dzi­ce żyli zgod­nie – bez zwra­ca­nia więk­szej uwa­gi na to, ja­kie kto ma po­cho­dze­nie. Co praw­da więk­szość Niem­ców (wcze­śniej oca­la­łych przed wy­pę­dze­niem w stycz­niu 1945 roku) wy­je­cha­ła, ale była to emi­gra­cja z przy­czyn eko­no­micz­nych. Przy­jeż­dża­li cza­sa­mi od­wie­dzić sta­re kąty, spo­tkać daw­nych przy­ja­ciół, zna­jo­mych. Oni też mie­li sen­ty­ment do ma­łej oj­czy­zny z mło­do­ści. Wy­da­je mi się, że dzię­ki tym róż­ni­com stwo­rzy­li­śmy je­dy­ne i nie­po­wta­rzal­ne spo­łe­czeń­stwo, od­por­ne na pro­pa­gan­dę róż­nych oszo­ło­mów i na­cjo­na­li­stów.

Wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści – w mie­ście na ra­zie ka­sza­na. Za­miast więc le­cieć do cie­płe­go kra­ju jak na skrzy­dłach, ja tu będę na­rze­kać, ale mam po­wód. Wła­śnie te­raz in­te­re­su­ją­ca, pach­ną­ca go­rą­cym ro­man­sem oka­zja prze­cho­dzi mi obok nosa. Nie da się ukryć, że tro­chę za dużo wczo­raj wy­pi­łam, wino było pysz­ne, a to­wa­rzy­stwo – jesz­cze lep­sze. Ba­wi­łam się bo­wiem szam­pań­sko z Car­lo­sem, jed­nym z trzech wa­ka­cyj­nych lek­to­rów hisz­pań­skie­go, za­trud­nio­nych w mo­jej szko­le ję­zy­ko­wej na okres wa­ka­cji. Sze­fo­wa za­po­zna­wa­ła ich wczo­raj ze szko­łą i per­so­ne­lem, a po­tem wszy­scy ru­szy­li­śmy w mia­sto na oko­licz­ność in­te­gra­cji. Od pierw­sze­go wej­rze­nia wie­dzia­łam, że je­stem za­in­te­re­so­wa­na, i to bar­dzo, in­te­gra­cją z Car­lo­sem, wy­so­kim przy­by­szem z Bar­ce­lo­ny. Ge­ne­ral­nie nie prze­pa­dam za bru­ne­ta­mi. Moim ide­ałem jest ro­sły blon­dyn, a jesz­cze le­piej rudy wi­king, jed­nak bru­ne­ci zy­ski­wa­li u mnie szan­sę, gdy czas w na­tu­ral­ny spo­sób roz­ja­śniał ich wło­sy. Tak więc moc­no szpa­ko­wa­ty Hisz­pan mie­ścił się w moim „tar­ge­cie”. Ru­szy­li­śmy gru­po­wo do po­bli­skiej grec­kiej re­stau­ra­cji, w któ­rej (dzię­ki umie­jęt­no­ściom zdo­by­tym przez lata by­cia sin­giel­ką, nie­usta­ją­co i bez wiel­kich suk­ce­sów pró­bu­ją­cą stwo­rzyć z kimś zwią­zek) zręcz­ny­mi ma­new­ra­mi uda­ło mi się za­jąć miej­sce obok obiek­tu za­in­te­re­so­wa­nia. Oka­zał się rów­nie sym­pa­tycz­ny, co przy­stoj­ny, wspa­nia­le nam się roz­ma­wia­ło, a po dwóch bu­tel­kach wina go­to­wi by­li­śmy (już w mniej­szej gru­pie chęt­nych) na noc­ne sza­leń­stwo w po­bli­skim klu­bie. Na­wia­sem mó­wiąc, w Olsz­ty­nie jest mnó­stwo róż­nych faj­nych lo­ka­li – i na każ­dą kie­szeń, i na każ­dy gust. Tań­czył świet­nie, ja też nie naj­go­rzej, więc świt (wcze­sny, jak to na po­cząt­ku lip­ca) za­stał nas na par­kie­cie. Wie­czór nad­zwy­czaj uda­ny, ale z po­wo­du mo­je­go wy­jaz­du nie bę­dzie dal­sze­go cią­gu. Nie ma oba­wy, już się nim któ­raś z ko­le­ża­nek za­opie­ku­je.

Za­zwy­czaj lu­bię ten dresz­czyk, któ­ry czu­ję, gdy wy­ru­szam w świat. Po­do­ba mi się, że dzię­ki pra­cy w róż­nych dzie­dzi­nach ucie­kam od mo­no­to­nii, któ­ra by mi gro­zi­ła, gdy­bym tyl­ko uczy­ła bez kon­tak­tu z ży­wym ję­zy­kiem. Wy­jaz­dy po­ma­ga­ją mi utrzy­mać wy­so­ki po­ziom zna­jo­mo­ści ak­tu­al­ne­go hisz­pań­skie­go, co zwięk­sza moje kom­pe­ten­cje jako lek­tor­ki i tłu­macz­ki (a pra­cu­ję w jed­nej z naj­lep­szych szkół ję­zy­ko­wych w mie­ście). Za każ­dym ra­zem z ra­do­ścią wra­cam do szko­ły i do tłu­ma­cze­nia, zmę­czo­na ży­ciem w dro­dze, w cią­głej go­to­wo­ści. Za każ­dym ra­zem mó­wię: „Bój to był mój ostat­ni” i że koń­czę de­fi­ni­tyw­nie z pi­lo­to­wa­niem. Jed­nak już po kil­ku ty­go­dniach po­ma­lut­ku za­czy­na kieł­ko­wać w moim mó­zgu po­mysł na ja­kiś wy­jazd. I gdy już tak na­praw­dę uro­śnie, że nie mie­ści mi się w gło­wie, nie ma rady – wy­pro­wa­dzam go z gło­wy i za­mie­niam w kon­kret­ne dzia­ła­nie. Zno­wu spra­wia mi przy­jem­ność per­spek­ty­wa mo­jej dru­giej pra­cy, czy­li pi­lo­to­wa­nie wy­cie­czek, i nie pa­mię­tam już oczy­wi­ście, co mnie tak znie­chę­ci­ło po­przed­nim ra­zem. Je­stem zre­se­to­wa­na, wy­po­czę­ta i go­to­wa na nowe wy­zwa­nia. I tak cykl od lat się po­wta­rza. Mam to szczę­ście, że moja sze­fo­wa ze szko­ły jest wy­ro­zu­mia­ła i tak ukła­da kur­sy, że­bym po po­wro­cie z wo­ja­ży mo­gła już po kil­ku dniach roz­po­cząć ko­lej­ny. Jeż­dżę głów­nie do kra­jów hisz­pań­sko­ję­zycz­nych, by­łam wie­lo­krot­nie we wszyst­kich, ko­cham je, ich ję­zyk i oby­cza­je, a moją am­bi­cją jest, żeby te swo­je cie­płe uczu­cia prze­ka­zać uczniom w szko­le i uczest­ni­kom wy­cie­czek.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij