Wyznawcy Czarnoboga - ebook
W noc Kupały w krypcie na Ślęży coś się budzi. Wrocławski podkomisarz Bożydar Rakowski pracuje tylko nocą. Powszechnie uważany za ekscentrycznego dziwaka i samotnika, skrywa sekret — potrafi widzieć w ciemnościach i tropić to, co niewidzialne dla zwykłych śmiertelników. Pod pod Ślężą pękają stare pieczęcie. W ruinach kościołów, szpitalnych korytarzach i na polach skąpanych w upale zaczynają pojawiać się istoty znane dotąd tylko z ludowych szeptów: porońce, południce, wąpierze i demony, których imion lepiej nie wypowiadać po zmroku. Ani za dnia, tak na wszelki wypadek. Dawni bogowie nie umarli. Zostali pogrzebani. A teraz ktoś rozkopuje ich groby. Aby ocalić miliony istnień, Bożydar musi zaakceptować swoje dziedzictwo Łowczego, potomka dzieci Peruna i dotrzeć do korzeni zapomnianej wiary. Wyznawcy Czarnoboga to mieszanina dark fantasy i horroru miejskiego osadzona we współczesnym Wrocławiu. Odważysz się sprawdzić, co czai się w mroku dolnośląskich nocy?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788394726737 |
| Rozmiar pliku: | 623 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Samochody wpełzały na żwirowy parking pod Ślężą, jeden za drugim. Pierwszy zahamował zbyt ostro; drzwi zgrzytnęły, a na rozgrzaną ziemię wysunęła się stopa w wiązanych sandałach. Z aut wysypał się barwny tłum neopogan: kobiety w długich, przewiewnych sukniach; mężczyźni o torsach ozdobionych tatuażami — runami, swargami, bóstwami i wszelkiej maści tribalami. Wszyscy połączeni jednym pragnieniem: zanurzyć się w Nocy Kupały — w ogniu, wodzie i tym, co między nimi.
A przy okazji wypić morze alkoholu i poświętować na golasa w krzakach.
Z ostatniego, sfatygowanego Mondeo wysiadła czwórka, która miała inne plany. Twarze zacięte, spojrzenia chłodne, w oczach iskrzyło coś mrocznego. Trzech facetów i ogolona na łyso dziewczyna z odwróconym krzyżem na potylicy — fani Dialektów Chaosu, kapeli składającej hołd Czarnobogu, antytezie światła. Wychowani w domach, gdzie królowały obrazki świętych i różańce; pogaństwo przyszło do nich jak efekt młodzieńczego buntu i już zostało. Nie byli po prostu niewierzący, raczej przeciw—wierzący. Czarnobóg był dla nich wygodnym manifestem.
Potrafili psikusem oznaczyć świątynię sprayem, pogonić zakonnice w parku, zakłócić mszę — tyle, by w żyłach się zakotłowało, ale w aktach jeszcze nie.
Aż trafili na koncert Dialektów. Poszli z przekory, bo na kościelnej tablicy ogłoszeń ktoś nabazgrał wielkimi literami, żeby „trzymać się z daleka i przyjść na protest”. Gdy zabrzmiał utwór otwarcia, przysięgliby, że w ciężkich riffach ryknął smok; noc nad Polami Marsowymi rozdarła się i odsłoniła czerń tak głęboką, jakby sięgała w samo serce kosmosu, z dwiema gwiazdami jak oczy. Jeśli to były efekty specjalne, ktoś wiedział, co robi.
Po koncercie Drax przejrzał telefon — miał mieć „kilka perfekcyjnych fotek” tych ślepiów. W galerii znalazł tylko ciemne, zachmurzone niebo. Zrzucili to na marihuanę i umówili się, że do tematu się nie wraca. Łatwiej wierzyć w „złą gandzię” niż w otchłań, z której patrzy martwe zło.
Zwłaszcza chłopak o ksywie Ash był zwolennikiem tej wersji.
Pogo wciąż rezonowało im w ciałach, a refren „Wyznawców Czarnoboga” odbijał się echem w głowach, kiedy tramwaj wiózł ich do Liverpoolu, starego metalowego pubu na Podwalu. Pół trasy ryczeli słowa, które znali na pamięć:
_Bestia do podziemia przed wiekami strącona wróci, jej będzie berło, tron i korona!_
W knajpie, między łykami wiśniówki i piwa, podpity typ marudził głośno, że na świętej górze Ślęży stoi chrześcijański kościół i pogańskie święto musi odbywać się w jego cieniu. Wtedy iskra wskoczyła w proch: profanacja Domu Bożego.
Po koncercie i tamtych „oczach” na niebie — gandzia czy nie — ich nowe bóstwo nabrało kształtu. Po raz pierwszy naprawdę w coś uwierzyli.
ᚦ ᚨ ᚱ
Stojąc w pełnym słońcu na parkingu u stóp Ślęży, zadarli głowy, usiłując dostrzec profanujący górę Dom Boży.
— Kiedyś to było miejsce mocy, prawdziwej, niechrześcijańskiej, czujecie to? – zapytał Drax, mocniej ściskając pasek plecaka, w którym między jedzeniem i alkoholem skrywał stary, poniemiecki bagnet. Ręce świerzbiły go, jakby nie mogły się doczekać, gdy chwycą rękojeść. — Dzisiaj zrobimy coś, co odbije się echem. Koniec z malowaniem graffiti na kościołach. Te jebane świętoszki z TV Info będą wałkować temat przez kilka dni!
Pozostała trójka pokiwała głowami z zapałem. Osiłek popatrzył na nich kolejno, aż zatrzymał wzrok na ładnej, łysej dziewczynie. Jej wzrok pałał entuzjazmem graniczącym z fanatyzmem. Z ich ekipy to zawsze ona wymyślała najbardziej krzywe akcje i nienawidziła kościoła katolickiego z całego serca. Drax nie znał szczegółów, ale kiedyś, gdy była mocno pijana, wymsknęło jej się coś na temat młodszego brata, który padł ofiarą księdza pedofila. Duchownego przeniesiono karnie do nieznanej parafii, a Liliana od tego czasu szukała drania na wszelkie możliwe sposoby, w międzyczasie pogrążając się w obsesyjnej nienawiści do całej instytucji Kościoła. Do tego była piekielnie inteligentna. Ukończyła informatykę na Politechnice Wrocławskiej i programowała na belgijskim kontrakcie – zachodnia kasa, polskie wydatki. Podejrzewał, że gdyby nie ta pojebana skaza na dzieciństwie jej brata, nigdy nie trafiłaby do metalowej subkultury.
— Lilka, zawiąż glany, bo się połamiesz na tych kamieniach – rzucił, gdy zauważył poluzowane sznurówki ciężkich buciorów dziewczyny.
— Spadaj, Drax! – zaperzyła się. – Nie nazywaj mnie Lilka. Jestem Lilith, do kurwy nędzy!
— Dobra, Lilith – wycedził mężczyzna, mrużąc oczy ze złością. — Zawiąż te jebane glany, bo nie będę taszczył twojej dupy na plecach, jak złamiesz nogę. Mamy dzisiaj ważniejsze rzeczy do roboty. Lilith.
Liliana wzruszyła ramionami, ale wypełniła polecenie. Czuła taką ekscytację nadchodzącą nocą, że postanowiła tolerować to, iż Drax najwyraźniej uważał się za przywódcę ich grupy.
— W sumie czemu nie? – pomyślała, otrzepując obcisłe czarne spodnie. – Każda drużyna wojów miała dowódcę, a ten mięśniak myśli na tyle szybko, żeby być całkiem niezłym. W razie potrzeby stara, dobra Lilith i tak przejmie stery.
Ruszyli przez las ścieżką prowadzącą ku szczytowi. Pod koronami drzew było cicho, jeśli nie liczyć ptaków i monotonnego szumu liści poruszanych lekkim zefirem. Ten las potrafił przytłoczyć — stary, gęsty, przesiąknięty jakąś ciężką energią, jakby w pniach i korzeniach wciąż tkwiły echa krwawych rytuałów odprawianych w świętych gajach.
Dogonili idących przed nimi neopogan i dołączyli do ogona pochodu. Szli gęsiego, niektórzy w milczeniu, inni nucili stare pieśni, które wydawały się współgrać z muzyką otaczającej ich natury. Drogę oświetlało silne słońce, jego promienie przeświecały przez liście, tworząc migotliwe wzory na ścieżce. Ciepło dnia opływało ich skronie, a pot perlił się na skórze. Las był jak labirynt drzew, pnączy i skał – ścieżka wiodła ich wyżej i wyżej. Podążali w stronę miejsca, gdzie niebo miało spotkać się z ziemią.
Im wyżej szli, tym gęstszy stawał się las. Pachniało żywicą, mchem i igliwiem. Po ponad godzinie marszu zaczął ich dobiegać z oddali zapach dymu z pierwszych ognisk rozpalanych przez tych, którzy już dotarli na szczyt.
Wreszcie baldachim drzew rozstąpił się i wyszli na zieloną polanę na szczycie Ślęży. Razem z nimi była tu ponad setka ludzi, mniej więcej po równo kobiet i mężczyzn. Ci, którzy przybyli wcześniej, siedzieli na matach i grali na gitarach, a mniej uzdolnieni taszczyli z lasu naręcza gałęzi na ogniska, które miały się palić całą noc.
Drax i spółka sapiąc ciężko rzucili się w trawę i przyssali łapczywie do puszek ciepłego piwa, które przezornie zabrali do plecaków.
— Witajcie, bracia i siostro! — Z prawej rozległ się wesoły głos. — Nigdy wcześniej was tu nie widziałem, pierwszy raz na obchodach?
Lilith obrzuciła spojrzeniem mężczyznę, który się do nich odezwał. Wysoki, długowłosy blondyn odziany w luźne białe spodnie i rozpiętą aż do pępka lnianą koszulę, wyciągał w ich kierunku butelkę z przezroczystym płynem. Dziewczyna z aprobatą przesunęła wzrokiem po jego mięśniach, widocznych pod falującym na lekkim wietrze materiałem. Takich muskułów nie widywała w siedzibie swojej firmy w trakcie kwartalnych spotkań w Brukseli, a szkoda.
— Pierwszy, ale dajcie bogowie nie ostatni — Drax z uśmiechem przyjął poczęstunek, gładko wchodząc w rolę. — Jak masz na imię, bracie?
— Jestem Dobromir, ale wszyscy mówią mi Dobek — mężczyzna skłonił się lekko. — A wy?
— Ta, która wlepia spojrzenie w tę twoją rozpiętą koszulę, to Lilith — wyszczerzył zęby osiłek. – Ten wysoki to Krótki, chudzielec to Ash, a ja jestem Drax.
— Tak jak ten ze Strażników Galaktyki? Bardzo mi miło, bardzo mi miło! — zaśmiał się Dobromir, siadając na trawie obok nich. — To co? Wypijemy coś bardziej tradycyjnego, czy będziecie sączyć te swoje cienkusze?
Drax przytknął do ust flaszkę i pociągnął solidnego łyka. Picie wódy z gwinta nie było dla niego żadną nowością.
Ogień, który rozlał się po jego gardle i przełyku, w niczym nie przypominał efektu wódki. Intensywny, gorzki smak wykrzywił mu usta, a ciałem wstrząsnął dreszcz.
— Co to kurwa jest? — Rozkaszlał się, oddając butelkę Dobromirowi. — Płyn hamulcowy?
Blondyn napił się trunku z wyraźną przyjemnością.
— Domowej roboty bimber zaprawiony piołunem — oznajmił radośnie. — Nie martwcie się, stara rodzinna receptura, nie oślepniecie. Za to po kilku głębszych można mieć przyjemne wizje. Ostatnio ktoś po tym wieszczył — na duchy żelazo, na wąpierze kołek, ale prosto w serce. Te sprawy, ha, ha!
Lilith przejęła butelkę i przyjrzała się jej podejrzliwie. Nie miała dobrych wspomnień z takich eksperymentów, ale obawa mieszała się z ciekawością. Ostrożnie przełknęła odrobinę.
— O ja nie mogę! — Oczy zaszły jej łzami, ale pociągnęła drugi łyk, zanim przekazała alkohol pozostałej dwójce. – Płyn hamulcowy to komplement, Drax!
— Pierwszą flaszkę dostajecie w prezencie — Dobromir wstał i otrzepał spodnie. — Jeśli chcecie więcej, moja siostra tymczasowo przejęła sklepik, o tam. Sześć dyszek za pół litra. Witamy na Nocy Kupały! Tańczcie, pijcie, kochajcie się!
Ash obserwował go, gdy odchodził.
— Taki niby brat poganin, a okazuje się, że jednak kapitalista — splunął w trawę. — Cholerny handlarz!
— Ale bimberek pierwsza klasa — zarechotał Krótki, pociągając kolejny łyk. – Więc nie wiem, jak ty, ale ja mu wybaczam!
Ułożyli się w trawie i puścili butelkę w ruch, obserwując toczącą się dookoła nich krzątaninę.
ᚦ ᚨ ᚱ
Słońce chyliło się ku zachodowi, a nadchodząca noc zapowiadała, że wkrótce granica między światem ludzkim a światem duchów zniknie, otwierając drogę do czegoś znacznie starszego i potężniejszego. Szczyt góry rozbrzmiewał wielogłosowymi pieśniami, tak pierwotnymi, jakby płynęły z samej jaźni zgromadzonych ludzi. Na tle ognisk, które strzelały płomieniami w niebo, wirowały liczne postacie odziane w białe szaty, ozdobione polnymi kwiatami i ziołami. Taniec wydawał się Draxowi niechlujny, lecz pełen energii. Przeszło mu przez myśl, że przypomina jakąś próbę dialogu człowieka z naturą, próbą pochwycenia jej odwiecznego rytmu.
Potrząsnął głową, przeganiając dziwne skojarzenia. Cholerna piołunówka.
Obserwował przez chwilę, jak mężczyźni skaczą nad płomieniami w czymś, co Dobromir szumnie nazwał próbą męskości i oczyszczenia.
— Kurwa, gdybym potrzebował oczyszczenia, wziąłbym prysznic – mruknął do Asha, który obserwował obchody z widoczną pogardą.
— Tiaa… — Przeciągnął się chudzielec. — Męskości też tym raczej nie udowodnią, co nie, Lilith?
— Nie ma to jak konkretna pała między nogami — potwierdziła dziewczyna. — No ale skąd miałbyś to wiedzieć?
— Ej! — żachnął się Ash. — To nie było miłe!
Drax i Krótki zarechotali unisono.
— Załatwiła cię, stary — osiłek poklepał po plecach towarzysza, który zrobił obrażoną minę. — Sam się wystawiłeś! Zapomniałeś, że Lilith jest ostra jak brzytwa?
Leżeli jeszcze jakiś czas w trawie, obserwując bawiących się dookoła ludzi. Wkrótce ciemności spowiły szczyt Ślęży, rozpraszane tylko przez blask kilku dużych ognisk.
— Jak to zrobimy? — Krótki wskazał głową na mroczną bryłę kościoła niedaleko nich. – Nie możemy go podpalić, bo zajmie się las i sami się usmażymy.
— Wysmarujmy drzwi gównem — wyszczerzył zęby Ash.
— Dziecinada — mruknął Drax.
— Nie! — warknęła Lilith. — Żadnej więcej amatorki i zabawy. Zrobimy to porządnie. Ash, potrafisz otworzyć te drzwi?
— Jasne — chudzielec wzruszył ramionami. — Zwykły zamek, żadna filozofia. Tylko pewnie mają kamery.
— Nie będą problemem — oznajmiła z mocą. — Oślepimy je laserowym wskaźnikiem, mam taki przy kluczach. To stare CCD, łatwe do ogłupienia. Otwórz te drzwi, a ja zrobię resztę.
Wyjęła brelok; zielona kropka zatańczyła na czole Krótkiego.
— Co ci chodzi po głowie, mała? — Drax zmarszczył brwi. Nie lubił tracić kontroli.
— Zerżnę Dobromirka na ołtarzu — wyszczerzyła zęby. — Profanacja jak się patrzy, a ja będę miała dodatkową zabawę. Możecie zrobić parę fotek, wyślemy anonimowo proboszczowi. Niech wie, że świętość jego świątyni została zbrukana!
Pomruk aprobaty i podniecenia wydarł się z gardeł wszystkich trzech mężczyzn.
Lilith zmarszczyła nagle brwi i wstała wolno, wpatrując się w czarne jak smoła niebo. Coś było nie tak. Coś było bardzo nie tak.
Powietrze na szczycie Ślęży stało się nagle gęstsze, jakby noc spadła na nich fizycznym ciężarem. Ogniska tańczyły złowrogim blaskiem na tle gęstniejącego mroku, ale… gdzie były gwiazdy?
Gdzie, do cholery, był księżyc?
— Ej, nie wydaje się wam, że zrobiło się jakoś… dziwnie? – mruknął Krótki, nerwowo rozglądając się po polanie.
— Nie mam pojęcia, o czym mówisz – burknął Drax, pociągając kolejny łyk piołunówki. – Jest noc, jest ciemno. To nie Wrocław, stary, latarni tu nie ma.
— Zamknijcie się na chwilę i rozejrzyjcie się! – jej głos nie był już pełen kpiny, jak zwykle. Był spięty. Ostry. Zmuszał do posłuszeństwa.
Krótki zamilkł, Ash przestał bawić się scyzorykiem, a nawet Drax uniósł na nią ciężkie spojrzenie.
— To Noc Kupały, tak? — kontynuowała powoli, jakby mówiła do dzieci. — A wiecie, że dzisiaj granica między światami staje się bardzo cienka?
Odpowiedziały jej pełne kpiny spojrzenia.
— Przestańcie się głupio gapić, kretyni! Kiedyś ludzie wierzyli, że dzisiaj duchy, demony, a nawet bogowie mogą się przedostać na naszą stronę. Może mieli rację?
Drax uniósł brew.
— Super. W takim razie chyba powinniśmy zacząć biegać po lesie w poszukiwaniu kwiatów paproci, co?
— Zamknij się, Drax – Lilith nawet na niego nie spojrzała. Nie odrywała wzroku od nieba.
Bo powietrze nad nimi drgało. Była tego pewna. Coś się poruszało w ciemności, choć jeszcze nie mogła tego dostrzec.
— Dzisiaj mamy nie tylko przesilenie. – Jej głos przeszedł w niemal szept. – Tej nocy nakłada się na nie pełnia — granica jest cienka. Może nawet jej nie ma.
Ash prychnął, ale jego śmiech zabrzmiał trochę zbyt nerwowo.
— Czyli co? Zaraz wyskoczy na nas wataha demonów i zrobi nam egzorcyzmy na opak?
Lilith spojrzała na niego powoli.
— A widzisz gwiazdy, Ash?
Ash wzruszył ramionami, ale zaraz potem spojrzał w górę. I nagle przestał wyglądać na rozbawionego.
— No… Nie bardzo.
— Nie bardzo? — powtórzyła Lilith, zbliżając się do niego i wskazując palcem na nocne niebo. — Nie ma chmur, a nie widać gwiazd. Ani jednej. Widzisz chociaż ślad księżyca w pełni? Cokolwiek?
Ash przełknął ślinę, a jego usta otworzyły się, by odpowiedzieć, ale nie znalazł słów.
Lilith uśmiechnęła się kącikiem ust. Było w tym coś niepokojącego.
— Więc pytam jeszcze raz. Jeśli to nie chmury… to co to jest?
Drax spojrzał na niebo ponownie, tym razem z wyraźnym niepokojem.
— To jakiś fenomen atmosferyczny. Nie rób z tego taniej grozy, Lilith.
Dziewczyna pokręciła głową.
— Granica się rozdarła – jej głos był melodyjny i hipnotyczny. – Jesteśmy otoczeni czymś, czego jeszcze nie potrafimy nazwać.
Krótki, który do tej pory tylko słuchał, przeklął cicho i przetarł spocone dłonie o spodnie.
— To bzdura… – mruknął, ale brzmiał, jakby sam nie do końca w to wierzył.
— Tak? — Lilith zatrzymała się i spojrzała mu prosto w oczy. — Więc odpowiedz mi, czemu jest tak cholernie cicho?
Krótki zmarszczył brwi.
— O czym ty…
I wtedy to do nich dotarło.
Żadnego śpiewu ptaków. Żadnego szumu drzew. Żadnych odgłosów nocnego życia. Żadnych śpiewów i pijackich wrzasków neopogan. Właściwie to wydawało się, że są sami na szczycie góry.
Tylko trzask ognisk i ich własne, przyspieszone oddechy.
— Duchy? – wyszeptał Ash, ale nikt mu nie odpowiedział.
Bo oto na dnie ich umysłów coś zaczęło szeptać. Cicho, słabo, jak oddech w ciemnym pokoju. Włoski na ramionach chudzielca uniosły się, gdy adrenalina zabuzowała w jego żyłach. Rozejrzał się niepewnie.
Lilith uśmiechnęła się. Nie był to uśmiech, który powinien gościć na czyjejkolwiek twarzy.
— Nie duchy, Ash – jej głos brzmiał jak echo dawnych modlitw składanych w krwi i dymie. — To coś znacznie starszego. Stąd właśnie wiem, że kamery nie będą problemem. Wy też słyszycie te szepty, prawda?
Ziemia pod ich stopami niemal niedostrzegalnie zadrżała.
— To ta piołunówka… — jęknął Krótki, ale urwał, gdy trafiła go kopniakiem w udo.
Drax zacisnął palce na pasku plecaka tak, że aż zatrzeszczała klamra. Czuł się pewniej, mając przy sobie pamiątkę po dziadku. Słuchając w milczeniu drgnął nagle, gdy dobiegł go basowy pomruk, jakby starożytna bestia warknęła przez sen.
ᚦ ᚨ ᚱ
Ich uszy zalała na powrót nagła kakofonia śmiechów, śpiewu i pijackich okrzyków.
— Miało nie być burzy! — poskarżyła się głośno przebiegająca obok starsza kobieta w wianku na głowie i rozchełstanej koszuli, spod której widać było nagie piersi. — Słyszeliście ten grzmot?
Wtopiła się w tłumek tańczących neopogan, nim zdążyli jej odpowiedzieć.
— Bo to nie był odgłos burzy! — oznajmiła triumfalnie Lilith. — To musiał być Wij! Nie czujecie tego?
— Wij? — zmarszczył brwi Drax, potrząsając głową, jakby zbudził się z głębokiego snu. – A co to takiego?
— Smok Czarnoboga — wyjaśniła dziewczyna. — Tak przynajmniej wierzyli nasi przodkowie. Generał jego demonicznych armii. Serio, nie interesujecie się historią naszych przodków?
— Martwe zło — uśmiechnął się szeroko Ash – tyle że po naszej stronie!
— Raczej nieumarłe, ale rozumiem twój punkt widzenia — zaśmiała się Lilith zadowolona, że jej towarzysze poczuli to, co ona. – Otworzysz te cholerne drzwi czy nie?
— Już lecę — chudzielec zasalutował przesadnie i zniknął w ciemnościach, kierując się ku bryle kościoła.
Drax nie wyglądał na przekonanego.
— Serio, smok? – wydął pogardliwie wargi. – To bardziej pasuje do jakiegoś hobbita, niż Czarnoboga. Jesteś pewna, że to nie Smaug?
Dziewczyna rzuciła w niego kawałkiem patyka.
— Smaug to bajka; Wij — prawdziwy. Wyczuwam go w aurze tej nocy. Jest blisko!
Potężny mężczyzna westchnął ciężko.
— A teraz jeszcze objawiły ci się moce jakiegoś medium? Lilith, nie dostaniesz już ani łyka tej piołunówki.
— To, że nie czytacie książek, nie oznacza, że ja nie mam racji!
— Dobra, dobra – Drax uniósł pojednawczo ręce. — Nie muszę kupować idei smoka, żeby nacieszyć się profanacją tego kościoła. Działamy?
— Działamy – potwierdziła Lilith i rzuciła mu laserowy wskaźnik. — Pilnujcie, żeby nikt nie wszedł do środka oprócz nas.
Przeciągnęła się zmysłowo w trawie, przyciągając spojrzenie Dobromira. Stał nieopodal, rozmawiając z innymi neopoganami. Mężczyzna powiedział coś do jednego ze swoich towarzyszy, który pokiwał głową i dorzucił do pobliskiego ogniska naręcze drewna. Płomienie strzeliły w górę, oświetlając mocniej okolicę. Dobromir odwrócił się ku niej, jego wzrok sunął po jej smukłej sylwetce i długich nogach w obcisłych, skórzanych spodniach, które celowo wyeksponowała. Wiedziała, że złapał się na haczyk.
Podniosła się powoli, wypinając tyłek. Przeciągała tę chwilę, udając, że otrzepuje się z trawy, ale w rzeczywistości dawała mu czas, by mógł się napatrzeć. Ciężkie glany stukały lekko o żwir, gdy podeszła bliżej. Na jej twarzy pojawił się zadziorny, prowokacyjny uśmiech, a w oczach błyszczał ten charakterystyczny ogień, który już wielokrotnie sprowadzał ludzi na manowce.
— Dobromir, prawda? — zapytała, przeciągając sylaby jego imienia jak miękki kocyk po skórze. Jej głos brzmiał nisko, niemal jak pomruk.
— Tak, ale mów mi Dobek — odpowiedział, wyraźnie zaskoczony, że zwróciła na niego uwagę. Odstawił butelkę, którą trzymał i poprawił rękawy rozchełstanej koszuli, jakby chciał wyglądać bardziej reprezentacyjnie.
Lilith uniosła brew, kątem oka widząc, że Drax i reszta przyglądają się z trawy. Musiała zagrać to perfekcyjnie.
— Dobek… – powtórzyła. — Słuchaj, chciałam ci podziękować za tę piołunówkę. Ma kopa, ale... chyba czegoś mi tu brakuje.
Zrobiła krok bliżej, zmniejszając odległość między nimi do zaledwie kilku centymetrów.
— Brakuje? — zapytał, próbując zachować nonszalancję, ale wyraźnie czuł się zbity z tropu. — Czego? To stara receptura, byłoby zbrodnią ją zmieniać…
Lilith oparła dłoń na jego przedramieniu, pozwalając swoim paznokciom musnąć jego skórę.
— Czegoś bardziej… mistycznego — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. — Myślałam, że skoro jesteś taki obeznany w tych wszystkich starosłowiańskich rytuałach, mógłbyś mi pokazać coś... wyjątkowego. Coś, co pomoże mi bardziej poczuć ducha tego miejsca.
Dobek przełknął ślinę, wyraźnie nieprzygotowany na takie słowa.
— Mistycznego? — zapytał niepewnie, jakby sam nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Mhmmm... — Lilith westchnęła teatralnie, przesuwając dłonią z jego ramienia na pierś, gdzie palcami lekko zaczepiła o krawędź koszuli. — Wiesz, słyszałam, że ta kaplica na szczycie to nie tylko kościół. Podobno stoi na starym pogańskim miejscu kultu. Pomyślałam, że może... mógłbyś mi to pokazać? Są tam jakieś, nie wiem… katakumby?
Dobek spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Jej uśmiech, dotyk, spojrzenie — wszystko zdawało się jednocześnie zapraszać i prowokować.
— Wiesz, to chyba nie najlepszy pomysł — odpowiedział, ale w jego głosie zabrzmiała niepewność, której Lilith potrzebowała. — Mamy zakaz wchodzenia tam, w dodatku są kamery…
— Dlaczego? — zapytała, unosząc brew i przechylając głowę. — Jesteśmy tu, żeby czcić naturę, prawda? Starać się zrozumieć przeszłość i naszą więź z nią. Czy coś takiego naprawdę mogłoby być złe? Przecież chcemy tylko wejść do środka, żeby poczuć ducha tego miejsca.
Dobek milczał przez chwilę, a Lilith postanowiła, że czas na finalny ruch. Nachyliła się lekko, tak, że jej usta znalazły się blisko jego ucha.
— To takie podniecające, czyż nie? — wyszeptała, a jej głos był teraz niemal jedwabisty. — Dla odmiany poganie będący górą w świątyni chrześcijan. Chcę to poczuć, Dobek. Obiecuję, że nie pożałujesz.
Mężczyzna odetchnął głęboko, jakby starał się zebrać myśli.
— W porządku — powiedział w końcu, wyraźnie ulegając jej urokowi. — Ale tylko na chwilę. Później pokażę ci coś znacznie ciekawszego gdzieś, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzać.
Lilith uśmiechnęła się zwycięsko, ukrywając triumf pod maską łagodnej wdzięczności.
— Tylko na chwilę — powtórzyła. — Czuję się tak pierwotnie, że tylko coś bardzo, ale to bardzo związanego z naturą może sprawić, że ta noc będzie prawdziwym spełnieniem.
Prowadził ją w stronę kościoła, którego bryłę wyłuskiwały z mroku płomienie wielkich ognisk. Kiedy weszli na szczyt schodów, Lilith odwróciła się i dała Draxowi subtelny znak ręką. Zielony wskaźnik lasera zatańczył w ciemnościach i spoczął na obiektywie kamery.
— Pewnie i tak jest zamknięte na klucz… — wyjąkał Dobromir, gdy dłoń dziewczyny musnęła niby przypadkiem jego pośladek.
Lilith chwyciła klamkę i przez sekundę zawahała się — wspomnienie brata przecięło jej myśli. Zacisnęła zęby i nacisnęła ją, a ciężkie drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem — Ash zdążył zrobić swoje.
Chwyciła go za rękę i pociągnęła w ciemności.
ᚦ ᚨ ᚱ
Drax skinął na swoich towarzyszy i bezszelestnie podążyli za nimi. Poprawiał wciąż szelki plecaka, jakby ten niezmiernie mu ciążył. Sięgnął ręką w tył, by upewnić się, że twardy kształt bagnetu wciąż jest na miejscu.
Wiatr zdawał się nieść przynaglający, zimny szept.
_Zrób to._
Mrugnął: ktoś ściszył świat. Dźwięki za drzwiami dobiegały jak spod wody. Pociemniało mu w oczach. Palce same zacisnęły się na rękojeści.
ᚦ ᚨ ᚱ
Lilith i Dobromir przeszli między trzema rzędami drewnianych ław. Onieśmielony mężczyzna usiłował stąpać bezszelestnie, ale dziewczyna łomotała ciężkimi butami o marmurową posadzkę, aż echo jej kroków niosło się dookoła niczym uderzenia dawnych Ślężan w wojenny bęben.
— Czujesz to, Dobek? — wydyszała podniecona, gdy dotarli do prostego ołtarza podpieranego przez trzy kamienne kolumny. — Czujesz potęgę tego miejsca, stłamszoną przez chrześcijańskiego Boga? Czujesz, jak ta moc pulsuje pod nami, spętana tysiącem lat modłów i wylanymi hektolitrami wody święconej? A i tak nie zdołali jej zniszczyć!
— Tak, chyba tak — wyjąkał blondyn.
Jakby ktoś uchylił zasłonę — przez okna kościoła nagle wlało się jasne światło księżyca, oświetlając opartą o ołtarz Lilith. W ciemnościach ściągnęła bluzkę; zimny blask oświetlił piersi. Szarpnęła Dobromira za koszulę na piersi, przyciągając go siebie. Wepchnęła język w jego usta, tłumiąc jęk zaskoczenia. Jej dłoń ścisnęła go za krocze.
— To czas rewanżu, skarbie — wydyszała mu do ucha i polizała po szyi. – Weź mnie na tym ołtarzu, tu i teraz. Za naszych bogów!
— Ale to przecież świątynia… — Dobromir usiłował zachować trzeźwy umysł, ale jego ciało już reagowało. – Profanacja…
Lilith uśmiechnęła się zwycięsko, gdy poczuła, jak twardnieje w jej uścisku.
— Ale my jesteśmy poganami, mój drogi — jej szept był pełen grzesznej obietnicy. — Dlaczego mamy się obawiać obcego Boga? Chyba, że jesteś tu tylko po to, żeby sprzedawać piołunówkę?
Zawahał się, jakby chciał powiedzieć ‘nie’, ale alkohol i jej bliskość zrobiły swoje.
Odepchnęła go i lubieżnymi ruchami wyswobodziła się ze spodni. Położyła na plecach na marmurowym ołtarzu, nie czując jego zimna. Rozchyliła nogi i popatrzyła mu głęboko w oczy.
— Jesteś wojem czy niewolnikiem, Dobek?
Warknął gniewnie, gdy zdzierał z siebie ubranie. Wszedł w nią głęboko i wytrzeszczył oczy.
_Zabij go. Teraz._
Zadygotał gorączkowo, a gorąca ciecz chlusnęła w rozchylone pożądaniem usta Lilith.
Zwalił się na nią, wydając z siebie bulgoczące dźwięki, które brzmiały jak groteskowy śpiew do łomotu bębnów dobiegającego z polany.
— Co jest, kurwa? — wrzasnęła dziewczyna, spychając go z siebie.
Nad nimi stał Drax z zakrwawionym bagnetem w ręce.
Przerażona Lilith spojrzała na drgającego na posadzce Dobromira. W jego szyi ziało potworne rozcięcie, z którego tryskała krew.
Poczuła w ustach słony smak i ze zgrozą zorientowała się, że gorąca ciecz, którą przełknęła, pochodziła z jego przeciętych tętnic. Jej żołądkiem targnął gwałtowny skurcz. Zwymiotowała na zalany posoką ołtarz. Do zapachu krwi dołączył kwaśny odór na wpół strawionej piołunówki. Metaliczny refluks palił gardło.
— Koniec dziecinady — głos Draxa zdawał się dobiegać z bardzo daleka. – Oto właściwa ofiara dla Czarnoboga!
— Zabiłeś go na mnie, ty zjebie! — uderzyła go w pierś nie bacząc, że jest naga. — Opiłam się jego krwi! Mieliśmy sprofanować kościół, a nie popełniać morderstwo! Pójdziemy za to siedzieć, debilu!
Ash zbielał na twarzy; pierwszy raz widział tyle krwi i nie potrafił nic powiedzieć.
— Nie pójdziemy. Sama mówiłaś, że kamery nie będą problemem. Ja też to teraz wiem. Usłyszałem szept naszego Pana z otchłani. To on kazał mi złożyć tego pajaca w ofierze.
Lilith stanęła nad ciałem Dobromira, wciąż czując na języku metaliczny posmak jego krwi. Jej żołądek nadal podrygiwał w spazmach odruchów wymiotnych, a dłonie drżały. Z trudem powstrzymała szloch.
Nie tego chciała.
Spojrzała na Draxa, który właśnie przecierał bagnet. Ręce drżały mu, lekko, ale twarz miał bez wyrazu.
Czy to wszystko miało pójść tak daleko?
Mieli sprofanować świątynię. Zostawić ślad, pokazać, że chrześcijański Bóg nie rządzi już tym miejscem. Mieli udowodnić swoją siłę, nie stać się czymś gorszym od tych, których nienawidzili.
Gdzie była granica?
Spojrzała na własne ręce. Były czerwone. Cała była czerwona – jej skóra, włosy, ubranie, które wciąż leżało w nieładzie na posadzce. Czuła krew, ale czuła też coś innego. Coś, co czaiło się w ciemności, obserwowało ją, wyciągało palce w jej stronę.
To było coś więcej niż wyrzuty sumienia.
To było coś, co czekało od tak dawna, że nie była w stanie tego sobie wyobrazić.
Zadrżała, ale nie powiedziała już ani słowa. Nie mogła. Bo wiedziała, że jeśli wypowie te myśli na głos, to przyzna się do czegoś, czego jeszcze nie była gotowa zaakceptować:
Że to nie oni przybyli, by sprofanować to miejsce.
To ta noc ich wezwała.
Posadzka zadrżała nagle pod ich stopami.
— Trzęsienie ziemi? — rozdygotana Lilith pospiesznie wciągała na siebie drżącymi rękami zachlapane krwią ubranie.
— Słyszałem, że Ślęża to dawny wulkan — odezwał się cicho Ash, chłonąc obraz rzezi szeroko otwartymi oczami. — Może się budzi?
— Bzdura, Ślęża to nie wulkan! — Drax zachwiał się, gdy ziemia zakołysała się z większą siłą.
Na zewnątrz kościoła wybuchły przerażone okrzyki.
Kolejny grom — a może coś pod ich stopami? Lilith nie była pewna, bo Ślęża zakołysała się jeszcze mocniej.
Posadzka pękła z trzaskiem, wyrzucając w powietrze chmurę pyłu i odłamków. Ciężkie ławy poprzewracały się niczym domino, a marmurowy ołtarz, z którego wciąż kapała krew, przełamał się na pół. Witraże posypały się deszczem szkła. Czworo intruzów upadło, kaszląc i przeklinając. Gdy podnieśli się niepewnie na nogi, w podłodze ziała głęboka szczelina, szeroka na co najmniej metr. Przez moment — jakby znów uchylono zasłonę — jedyny promień księżyca, który wpadał teraz przez wybite okna, padał dokładnie na jej środek.
— Wszyscy cali? — usłyszała Draxa, który świecił latarką przez unoszący się w powietrzu kurz.
Pozostali przytaknęli, otrzepując się z pyłu i szkła.
— Co to było? — zakaszlał Krótki i otarł coś, co ściekało mu po twarzy. — Chyba mam rozciętą głowę!
Ash poświecił telefonem i poklepał go po plecach.
— Zadrapanie. Będziesz wyglądał jak mężczyzna.
— Spierdalaj, Martwe Zło!
— Uspokójcie się! — syknęła Lilith, patrząc na potężne rozdarcie w posadzce. — Drax, poświeć do środka. Tam coś jest!
Osiłek skierował strumień światła do wnętrza dziury i wyłuskał ukryty pod podłogą sarkofag. Powiało stęchlizną.
_Lilith…_
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
— Co? – spojrzała na Krótkiego, który stał obok.
— Nic nie mówiłem.
— To pewnie krypta, w której pochowali jakiegoś księdza — machnął lekceważąco ręką Drax. — Wychodzimy stąd, zanim dach zwali nam się na głowy.
— Czekaj! Chodźcie, wyciągniemy tego truposza – zaproponował Ash.
— Po co? — wzruszył ramionami Drax. — Lepiej spierdalajmy stąd, nim ktoś z zewnątrz przyjdzie sprawdzić, czy nic nam się nie stało i zobaczy tego martwego pajaca.
— Poderżnąłeś gardło niewinnemu człowiekowi na ołtarzu kościoła, a masz opory przed zbezczeszczeniem chrześcijańskiego grobu? — zadrwiła Lilith i zeskoczyła do krypty. — Nikt przy zdrowych zmysłach nie wejdzie tutaj po trzęsieniu ziemi, nie bój się.
— Nie boję się! — warknął osiłek i podążył za nią w pełną unoszącego się kurzu kryptę.
Za nimi zeszli Krótki i Ash. Nikt nie zwrócił uwagi, że jasny promień księżyca, który do tej pory oświetlał szczelinę, zgasł niczym zdmuchnięta świeca.
Drax omiótł promieniem latarki sarkofag i zagwizdał ze zdumieniem.
— To nie jest byle drewniana trumienka — ocenił, obchodząc go dookoła. — Wykuli to bezpośrednio w skale, a samo wieko waży na oko ponad tonę! Lilith, potrzymaj latarkę! Chłopaki, razem!
_Tak._
Lilith rozejrzała się niespokojnie po krypcie. Czyżby się przesłyszała? Pozostali zdawali się nie zwracać uwagi na te dziwne szepty.
Mężczyźni zaparli się butami o kamienne podłoże i zaczęli pchać. W zimnym, LED—owym świetle ich twarze wyglądały upiornie, gdy nabrzmiałe z wysiłku żyły wystąpiły na czołach i skroniach. Stęknęli z wysiłku.
Kamień nie chciał ustąpić. Jakby przez tysiąc lat ktoś od środka kurczowo przyciskał go do piersi. Drax zaparł się nogą o nierówność posadzki.
Płyta zaskrzypiała.
Nie jak kamień. Jak kość trąca o kość.
Ash zamarł.
— Słyszeliście to?
— Co?
— Jakby… coś oddychało.
Lilith nachyliła się nad szczeliną.
Z wnętrza grobowca wypłynęło powietrze.
Stare.
Cuchnące.
I dziwnie ciepłe.
Jak oddech kogoś, kto śni od tysiąca lat.
Drax pchnął po raz ostatni.
Pokrywa spadła na ziemię i pękła, wzniecając kolejne tumany kurzu, a zmęczeni mężczyźni ryknęli triumfalnie. Dziwny, jakby zwietrzały zapach padliny stał się wyraźniejszy. Lilith kichnęła, czując kręcenie w nosie i poświeciła do środka. To, co zobaczyła, spowodowało, że okropny smak krwi w ustach i wytrzeszczone oczy Dobromira odeszły w zapomnienie.
— O ja pierdolę! — jęknęła z zachwytem. — Chłopaki, jesteśmy bogaci!
— O czym ty mówisz? — Drax doskoczył do otwartego sarkofagu i złożył dłonie w bardzo chrześcijańskim geście.
— Co? Co tam jest? — Ash i Krótki przepychali się między sobą, żeby spojrzeć do wewnątrz.
Drżące światło latarki ukazało im wysuszone na wiór zwłoki mężczyzny owinięte od stóp do głów srebrnym łańcuchem o ogniwach ozdobionych rzeźbionymi krzyżami. Przez jego klatkę piersiową przechodził masywny kołek z identycznego metalu, ozdobiony nieznanymi inskrypcjami topornego pisma.
— Czy to jest srebro? — wyjąkał oszołomiony Drax.
— Tak wygląda — wyszczerzył zęby Ash. — To jest warte majątek!
— Wyciągamy go!
Lilith patrzyła rozszerzonymi z chciwości oczami, jak jej przyjaciele odwijają zmumifikowane zwłoki z zabezpieczającego łańcucha. Śmierć Dobromira już jej nie obchodziła, przyćmiona nieoczekiwanym bogactwem. Nagle zmarszczyła brwi.
— Ej, a to nie jest jakiś wampir? — wskazała na wciąż wystający spomiędzy żeber kołek. — Może na wszelki wypadek tego nie wyciągajcie?
— Ocipiałaś? — żachnął się Drax. — Przecież to ze dwa kilo srebra! Wampir, też coś! Nie pamiętasz, że czarownice też palili? Wszystko, żeby ugruntować władzę Kościoła! Pewnie zebrali srebro z całego kraju, a żeby kmiotki nie protestowały, zmontowali tego pseudo wampira. Lepsze zabezpieczenie, niż jakiś sejf.
— Czemu nikt tego nie ruszył?
— A bo ja wiem? — wzruszył ramionami i chwycił kołek wielką dłonią. — Zrobili sobie lokatę terminową? Wszyscy, którzy o tym wiedzieli, zginęli?
Wyszarpnął kołek.
Lilith wciągnęła gwałtownie powietrze pełne kurzu i rozkaszlała się wściekle.
— Widzisz? — Drax odkopnął wysuszone zwłoki w bok i pomachał do niej kołkiem. — Ciężki. Łap.
Rzucił metal Ashowi.
— Dobra, zabieramy srebro i wychodzimy stąd — zaśmiała się z ulgą dziewczyna. — To miejsce jest złe.
Słowa zabrzmiały zbyt lekko nawet dla niej; czuła, jak chciwość przykrywa strach i poczucie winy cienką, kruchą warstwą.
Krew z poderżniętego gardła Dobromira gromadziła się na zapadniętej posadzce. W końcu przelała się i popłynęła uskokiem wprost w zasuszone usta wiekowego trupa.
Potarła przedramiona; skóra zjeżyła się jak od mrozu. Temperatura spadła wyraźnie o kilka ładnych stopni. Zmarszczyła brwi i obejrzała niespokojnie.
Krótki zacharczał nagle, gdy zakrzywione szpony świsnęły w powietrzu i trafiły go w krtań. Runął na ziemię wstrząsany drgawkami, dławiąc się krwią. Jego nogi uderzały konwulsyjnie w kamień.
— Krótki! — ryknął Drax. — Nie!
— Kurwa, martwe zło! — wrzasnął z przerażeniem Ash, gdy światło latarki Lilith wyłuskało z mroku i kurzu przerażającą postać.
Adrenalina eksplodowała w ich żyłach, gdy mózgi przetworzyły wizualną informację.
Dziewczyna krzyknęła przeraźliwie, widząc straszliwą ranę w szyi przyjaciela. Przycisnęła dłonie do ust jakby w obawie, że każdy dźwięk spowoduje zjawę do ataku.
Wszyscy troje cofnęli się na miękkich nogach w kierunku otworu w suficie krypty, przeklinając histerycznie.
Ożywiona, tysiącletnia groza zrobiła krok w ich stronę. W powietrzu rozległo się skrzypienie wysuszonej skóry i kości.
Ash jęknął. Spocona dłoń zadrżała mu na kołku. Rzucił się jednak naprzód w przypływie szalonej odwagi i dźgnął upiora zaostrzonym kawałkiem srebra w pierś.
Chybił serca.
Wysuszony trup chwycił go za szyję z szybkością atakującej kobry i wgryzł się w tętnicę, wydając z siebie obrzydliwe odgłosy siorbania i przełykania.
— Sukinsynu! — ryknął Drax i cisnął w stwora ciężkim łańcuchem, przewracając go w kałużę krwi wypływającą z rozerwanej szyi Krótkiego. Wyschnięte ciało piło ją jak gąbka. — Lilith, uciekaj!
Lilith zamarła. Jej serce waliło w piersi jak oszalałe, ale ciało nie chciało się ruszyć. To nie był paraliż ze strachu. To było coś gorszego.
Nie mogła.
Nie było jej wolno.
Czuła, jak coś wpełza w jej myśli. Jak chłodne, długie macki zaciskają się na jej świadomości, wnikając w każdą szczelinę jej umysłu. To nie był głos, który słyszała uszami – on był w niej, głęboki, lepkim echem odbijał się po jej czaszce, niczym szepty w zamkniętym sarkofagu.
_Spokojnie, moje dziecko._
Zacisnęła powieki, ale to nic nie dało. Nie mogła go odepchnąć, tak samo jak nie da się wypchnąć zimna, które wpełza pod skórę.
_Wypiłaś moją krew. Moją komunię. Należysz do mnie._
— Nie… – wyszeptała bezgłośnie. — Nie… nie ja…
_Będziesz moim zwiastunem. Moim szeptem wśród nocy. Będziesz niosła moje słowo, aż świat znów padnie do moich stóp, a chrześcijańskie plugastwo zostanie wyplenione ze świętych gajów, robiąc miejsce na powrót mego pana. Czarnoboga._
Poczuła, jak coś pulsuje w jej wnętrzu — jakby serce biło w obcym rytmie. Jakby jej własny rytm był wypierany przez cudzy, wolniejszy, przywodzący na myśl słabnącą pięść łomoczącą od środka w pokrywę zamkniętej trumny.
Nie była już pewna, gdzie kończy się Lilith, a zaczyna on.
_Jam jest Mściwój._
Drax rzucił się jeszcze raz z bagnetem, rycząc jak w amoku — cień był szybszy.
Usłyszała agonalne charknięcie. Otworzyła oczy i zobaczyła, jak mężczyzna osuwa się na kolana z gardłem przeciętym jak brzytwą. Jego krew rozlewała się po posadzce, wijąc się cienkimi strumieniami ku szczelinie, z której wypełzał cień.
Lilith wiedziała, że powinna krzyczeć. Ale nie mogła.
Nie wolno jej było.
_Nie podzielisz ich losu._
Czuła, jak potężna siła przygniata ją do ziemi, ale nie było w tym brutalności. Była w tym własność. Jak przyciska się do podłogi niesfornego psa.
Wiedziała, że mogłaby się teraz zerwać do ucieczki. Mogłaby wrzeszczeć. Mogłaby walczyć.
Ale zamiast tego stała i patrzyła, jak jej przyjaciele dogorywają.
_Będziesz moimi oczami w tym świecie. Będziesz moim głosem._
Mściwój uśmiechał się zakrwawionymi kłami.
Przysunął się bliżej, jego wysuszone ciało szybko nabierało jędrności i życia dzięki wypitej krwi. Oczy miał ciemniejsze niż noc, ciemniejsze niż otchłań, w której przebywał przez tysiąc lat.
_Przyjmij mnie._
Coś dotknęło jej czoła.
Nie fizycznie — mentalnie. Jakby druga świadomość rozdarła jej myśli i wepchnęła się do środka, wyparła ją, rozciągnęła i pochłonęła.
_Przyjmij mnie, Lilith._
Otworzyła usta, by krzyknąć, ale wydobył się z nich śmiech.
Nie jej.
Nie jego.
Ich wspólny, gdy jaźń dziewczyny została wchłonięta, zmieszana ze starożytnym złem i na powrót umieszczona w jej ciele.
Świątynia zadrżała raz jeszcze. Pęknięcia rozeszły się po ścianach, a z ziemi wydobył się pomruk.
Smok przewrócił się we śnie.
Lilith wiedziała już, że jest za późno.
W mgnieniu oka poznała historię Mściwoja – pochodnie, zimny sarkofag, srebrne więzy. Oni je rozerwali. Umożliwili mu powrót.
Otworzyła oczy.
Były inne: puste, obce.
Noc się rozstąpiła. Jakby uchylono wieko świata.
_Wróciłem._