Wyzwania - ebook
Bohaterami tej książki są ludzie, którzy — postawieni w sytuacjach, w których większość z nas po prostu by umarła — nie umierają. Nie dlatego, że są silniejsi. Dlatego, że decydują, że nie umrą. I ta decyzja — ta absurdalna, nielogiczna, piękna decyzja — jest tematem tej książki. Nie wyzwania. Nie konkurencje. Nie rekordy. Decyzja, żeby żyć. Podejmowana co sekundę. W każdym rozdziale. W każdej sytuacji. Wbrew wszystkiemu. Książka została utworzona z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-879-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Książka, którą trzymasz w rękach, nie powinna istnieć. Nie dlatego, że opisuje rzeczy niemożliwe — choć opisuje. Nie dlatego, że jej bohaterowie robią rzeczy, których nikt przy zdrowych zmysłach by nie zrobił — choć robią. Nie powinna istnieć dlatego, że jest dowodem na coś, w co większość z nas nie chce wierzyć: że granica ludzkiej wytrzymałości nie przebiega tam, gdzie ją rysujemy, że mapa ludzkiego doświadczenia ma więcej terytoriów, niż podręczniki anatomii, psychologii i zdrowego rozsądku są skłonne przyznać, i że człowiek — ten kruchy, śmieszny, piękny organizm o masie kilkudziesięciu kilogramów, z kośćmi, które pękają, skórą, która się pali, i sercem, które bije osiemdziesiąt razy na minutę, nie pytając o pozwolenie — że ten człowiek jest zdolny do rzeczy, wobec których słowo „niemożliwe” brzmi jak nieśmiała sugestia, a nie jak fakt.
Piszę tę przedmowę jako człowiek, który spędził życie podróżując — po kontynentach, po oceanach, po mapach i po ludzkich historiach, które są bardziej rozległe niż jakikolwiek kontynent. Widziałem pustynie, na których ludzie budowali miasta. Widziałem góry, na których ludzie budowali drogi. Widziałem morza, przez które ludzie budowali mosty — dosłowne i metaforyczne — i widziałem, jak te mosty wyrastały nie z inżynierii, lecz z uporu, z desperacji, z tej samej siły, która każe drzewu rosnąć przez beton i rzece płynąć pod prąd. Ale nigdy — w czterdziestu latach podróży, pisania i obserwowania ludzkiej natury — nigdy nie widziałem czegoś takiego jak „Szokująca szkoła przetrwania”. I nie wiem, czy chciałem zobaczyć. Ale zobaczyłem. I nie potrafię odwrócić wzroku. I nie chcę.
To, co trzymasz w rękach, jest reportażem. Reportażem w najprostszym, najszlachetniejszym sensie tego słowa — relacją z miejsca, w którym ktoś był, i z czasu, w którym coś się wydarzyło. Ale jest to reportaż z miejsca, w którym nikt wcześniej nie był, bo nikt wcześniej nie umieszczał ludzi w sytuacjach opisanych na tych stronach. Autor — którego nazwiska nie muszę wymieniać, bo wymieniło się samo w ciągu trzech miesięcy, które spędził z bohaterami tej książki, oddychając tym samym powietrzem, pijąc tę samą herbatę, notując na tych samych serwetkach — autor jest jednocześnie świadkiem, kronikarzem i uczestnikiem. Nie biernym uczestnikiem — nie stał z boku, z notatnikiem, z dystansem profesjonalnego obserwatora. Stał blisko. Za blisko, powiedzą niektórzy. Wystarczająco blisko, powiem ja. Bo reportaż, który utrzymuje dystans, jest fotografią. Reportaż, który go traci, jest życiem. I ta książka jest życiem — brudnym, mokrym, poparzonym, pokłutym, połamanym, ale żywym. Żywszym niż cokolwiek, co czytałem od lat.
Muszę ostrzec czytelnika: ta książka nie jest łatwa. Nie jest łatwa fizycznie — niektóre opisy wymagają żołądka mocniejszego niż przeciętny, skóry grubszej niż przeciętna i serca twardszego niż przeciętne, choć — paradoksalnie — serca jednocześnie miękkiego, bo to, co dzieje się z bohaterami tej książki, wymaga od czytelnika nie tylko wytrzymałości, ale i empatii, a empatia jest miękka z definicji. Nie jest łatwa emocjonalnie — bo emocje, które ta książka wywołuje, nie są proste. Nie są czarno-białe. Nie są „strach” albo „podziw”, „obrzydzenie” albo „fascynacja”. Są wszystkim naraz — jak kolory na palecie malarza, które osobno są czyste i rozpoznawalne, ale zmieszane tworzą coś, co nie ma nazwy, co nie jest żadnym kolorem z osobna, ale co jest bardziej prawdziwe niż którykolwiek z nich.
I nie jest łatwa intelektualnie — bo ta książka zadaje pytania, na które nie ma odpowiedzi. Pytania o granice. O to, gdzie kończy się odwaga, a zaczyna szaleństwo. Gdzie kończy się telewizja, a zaczyna okrucieństwo. Gdzie kończy się eksperyment, a zaczyna eksploatacja. Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna materiał. Te pytania nie są retoryczne — są realne, naglące, bolesne, i autor nie udaje, że zna na nie odpowiedzi, co jest — w czasach, kiedy każdy ma odpowiedź na wszystko — aktem odwagi równie wielkim jak cokolwiek, co robią bohaterowie tej książki.
Bohaterowie. Muszę o nich powiedzieć kilka słów, bo to oni — nie scenarzysta, nie reżyser, nie producent, nie telewizja — oni są sercem tej książki. Piątka ludzi, których imiona i historie czytelnik pozna na tych stronach, i których — obiecuję — nie zapomni. Nie dlatego, że są nadludźmi. Właśnie dlatego, że nie są. Są ludźmi — z mięśniami, które się męczą, z kośćmi, które pękają, ze skórą, która się pali, z sercami, które biją szybciej, kiedy się boją, i wolniej, kiedy śpią. Są ludźmi, którzy — postawieni w sytuacjach, w których większość z nas po prostu by umarła — nie umierają. Nie dlatego, że są silniejsi. Dlatego, że decydują, że nie umrą. I ta decyzja — ta absurdalna, nielogiczna, piękna decyzja — jest tematem tej książki. Nie wyzwania. Nie konkurencje. Nie rekordy. Decyzja, żeby żyć. Podejmowana co sekundę. W każdym rozdziale. W każdej sytuacji. Wbrew wszystkiemu.
Każdy z piątki bohaterów wnosi do tej książki coś innego — i nie chodzi tu o umiejętności fizyczne, choć te są imponujące, lecz o coś głębszego, coś, co autor opisuje z czułością i precyzją, jakiej nie spodziewałem się po reportażu o programie telewizyjnym. Jest tu kobieta, która oddycha tak, jakby oddychanie było sztuką, i która w każdej sytuacji — od pierwszej do ostatniej — pozostaje sobą z godnością, która jest cichsza niż heroizm, ale trwalsza. Jest tu mężczyzna, który przez piętnaście lat walczył ze wszystkim i który — w ciągu trzech miesięcy opisanych w tej książce — uczy się nie walczyć, co jest lekcją trudniejszą niż jakiekolwiek pole bitwy. Jest tu strażak, który nie zdążył uratować kogoś, kogo nie umie zapomnieć, i który ratuje innych, żeby uratować siebie. Jest tu pływaczka, która odkrywa, że jej żywioł — woda — nie jest jedynym żywiołem, i że ziemia, ogień i powietrze mają w sobie tę samą ciszę, której szukała pod powierzchnią. I jest tu kobieta, która zaczynała jako osoba żyjąca na oczach milionów, a kończyła jako osoba żyjąca na własnych oczach — co jest podróżą dłuższą niż jakikolwiek rurociąg, wyższą niż jakikolwiek Everest, głębszą niż jakikolwiek wieloryb.
Jest w tej książce postać, o której muszę powiedzieć osobno, bo bez niej — bez jego cichej, uporczywej, nieustępliwej obecności — ta książka byłaby czymś innym. Byłaby kroniką szaleństwa. Byłaby katalogiem obrażeń. Byłaby listem pożegnalnym ludzkiego rozsądku. Ale jest czymś więcej — jest świadectwem troski. Troski jednego człowieka o drugich, troski lekarza o pacjentów, troski kogoś, kto mógł odejść — i kto miał wszelkie powody, żeby odejść — ale kto został. Bo ktoś musiał. Bo bez niego byłoby gorzej. I ta motywacja — „zostaję, bo bez mnie byłoby gorzej” — jest, myślę, najprostszą i najszlachetniejszą definicją tego, co znaczy być lekarzem, być człowiekiem, być tu.
Ten lekarz — z wenflonami w kieszeniach, z książkami na kolanach, z herbatą w kubku, z drżącymi rękami i z nieruchomymi oczami — jest moralnym centrum tej książki. Nie scenarzysta, który wymyślał. Nie reżyser, który kręcił. Nie producent, który płacił. Lekarz, który ratował. I który — szwy po szwach, bandaż po bandażu, oddech po oddechu — trzymał tych ludzi przy życiu. Nie dlatego, że im się należało. Dlatego, że on tak postanowił.
Powinienem powiedzieć też o scenarzyście — o człowieku, który to wszystko wymyślił, i bez którego ta książka nie istniałaby, tak jak nie istniałyby blizny na ciałach bohaterów, kontrowersje w mediach ani pytania etyczne, które ta książka stawia. Scenarzysta jest postacią, którą łatwo potępić — i wielu potępi, i słusznie. Ale jest też postacią, którą trudno zrozumieć — i warto próbować, bo zrozumienie nie jest aprobatą, a próba zrozumienia jest jedyną drogą do prawdy. Autor tej książki próbuje — z honorem — i nie udaje mu się do końca, co jest jedynym uczciwym wynikiem, bo zrozumienie kogoś, kto podpala lasy i wrzuca ludzi do wielorybów, nie powinno być łatwe. Powinno być trudne. Powinno boleć. Jak wszystko w tej książce.
Czytając tę książkę — a przeczytałem ją trzykrotnie, za każdym razem odkrywając coś, czego wcześniej nie widziałem, jak pijawkę ukrytą w fałdzie skóry, jak gwiazdę ukrytą za chmurą, jak prawdę ukrytą za absurdem — czytając ją, myślałem o jednym: o tym, że literatura jest przetrwaniem. Że opowieść jest przetrwaniem. Że zapisanie tego, co się przeżyło, jest aktem nie mniejszym niż samo przeżycie — bo przeżycie bez opowieści jest biologią, jest pulsem i oddechem, jest minutami i godzinami, które mijają i znikają. Ale przeżycie z opowieścią — przeżycie zapisane, opowiedziane, podane dalej — to jest życie. Życie, które przetrwa dłużej niż ciało, które je przeżyło. Życie, które zostanie na półce, w rękach, w oczach kogoś, kto tego nie przeżył, ale kto — czytając — poczuje echo. Cień. Wspomnienie czegoś, co było prawdziwe.
Ta książka jest takim echem. Jest cieniem ognia, który płonął. Jest wspomnieniem strachu, który minął. Jest śladem stopy na roztopionym żelazie, który zastygł. Jest dźwiękiem serca, które biło — szybciej, kiedy się bało, wolniej, kiedy spało, zawsze, kiedy żyło. I jest dowodem — jedynym, ostatecznym, niezbity dowodem — że ludzie przetrwają. Że zawsze przetrwają. Że nie ma takiej ciemności, takiej głębokości, takiej temperatury, takiego ciśnienia, takiego szaleństwa, takiej telewizji — nie ma niczego, czego człowiek nie przetrwa. Nie dlatego, że jest silny. Dlatego, że jest. I że decyduje, żeby być. I że ta decyzja — ta prosta, codzienna, nieheroiczna decyzja, podejmowana co rano, kiedy otwierasz oczy, i co wieczór, kiedy je zamykasz — ta decyzja jest najodważniejszą rzeczą, jaką człowiek robi.
Codziennie.
Bez kamer.
I to wystarczy.Rozdział 1: Do wora i do jeziora
Zanim przejdziemy do szczegółów tego, co wydarzyło się nad Jeziorem Głębokim tamtego sierpniowego poranka, pozwolę sobie na krótką dygresję historyczną. Otóż w średniowiecznej Europie istniała kara zwana „workiem” — po łacinie _poena cullei_ — stosowana już w starożytnym Rzymie wobec ojcobójców. Skazańca zaszywano w skórzanym worku razem z kogutem, żmiją, psem i małpą, po czym wrzucano do rzeki lub morza. Symbolika zwierząt miała odzwierciedlać degenerację moralną przestępcy — kogut symbolizował pychę, żmija zdradę, pies bezwstyd, a małpa groteskowe naśladownictwo ludzkiej natury. Cyceron opisywał tę karę z pewnym obrzydzeniem, choć sam nie stronił od retorycznych okrucieństw. Cesarz Hadrian zmodyfikował procedurę, pozwalając pomijać zwierzęta, jeśli akurat nie było ich pod ręką — co w praktyce oznaczało, że skazaniec topił się w samotności, co z całą pewnością nie było pocieszeniem.
Wspominam o tym nie bez powodu. Kiedy bowiem Zarząd Produkcji programu „Szokująca szkoła przetrwania” przedstawił koncepcję pierwszego odcinka na posiedzeniu rady programowej, jeden z konsultantów historycznych — doktor Zbigniew Parowski, mediewista z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zaproszony jako ekspert do spraw „kontekstu kulturowego formatu” — podniósł rękę i zapytał z mieszaniną fascynacji i przerażenia:
— Czy państwo zdają sobie sprawę, że proponują w gruncie rzeczy rekonstrukcję rzymskiej _poena cullei_, tyle że bez małpy?
Na co producent wykonawczy, Marek Stępkowski, człowiek o twarzy wyrzeźbionej z granitu i sercu zrobionym z arkusza kalkulacyjnego, odpowiedział bez wahania:
— Bez małpy, ale z rybami. I bez wyroku sądu, bo mamy oświadczenia o dobrowolności uczestnictwa.
Doktor Parowski, jak sam później wspominał w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”, poczuł w tym momencie, że historia zatoczyła koło, choć niekoniecznie to koło, które chciałby zobaczyć jako historyk. Niemniej podpisał opinię ekspercką, ponieważ — jak tłumaczył z rozbrajającą szczerością — „honorarium było nietypowo wysokie, a hipoteka nietypowo obciążona”.
Jezioro Głębokie — bo tak naprawdę nazywa się ten akwen, choć producenci w materiałach promocyjnych używali nazwy „Jezioro Wyzwań”, co brzmi jak nazwa ośrodka wypoczynkowego dla menedżerów średniego szczebla — leży na Pojezierzu Drawskim, w miejscu, gdzie Pomorze Zachodnie jest najbardziej pojezierskie, jakie być może. Jezioro ma powierzchnię niespełna czterdziestu hektarów, co czyni je raczej skromnym, ale jego głębokość w najgłębszym miejscu przekracza dwadzieścia cztery metry, co czyni je zdecydowanie nieskromnym. Woda jest zaskakująco przejrzysta — widzialność sięga sześciu metrów w dobrych warunkach — co miało kluczowe znaczenie dla ekipy realizatorskiej, ponieważ kamery podwodne musiały uchwycić każdy detal tego, co producenci z uporem nazywali „konkurencją”, a co sceptyczni komentatorzy nazywali „próbą utopienia ludzi na żywo w telewizji publicznej”.
Warto w tym miejscu podkreślić, że jezioro zostało wybrane nie przypadkowo. Ekipa lokalizacyjna — składająca się z dwóch geografów, jednego ichtiologia i jednej osoby, której jedyną kwalifikacją było to, że „dobrze czuła miejsca” — przejechała w ciągu trzech tygodni ponad cztery tysiące kilometrów, odwiedzając dwadzieścia siedem jezior w północnej Polsce. Kryteria selekcji były precyzyjne i, trzeba przyznać, dość osobliwe. Po pierwsze, jezioro musiało mieć głębokość minimum pięciu metrów w strefie przybrzeżnej, co eliminowało większość płytkich jezior morenowych. Po drugie, musiało być zasiedlone przez populację ryb drapieżnych o odpowiedniej liczebności i, co istotne, o odpowiednim usposobieniu — choć to ostatnie kryterium brzmi absurdalnie, ichtiolog w zespole, doktor Agata Krawczyk z Instytutu Rybactwa Śródlądowego, zapewniała z kamienną twarzą, że ryby drapieżne w różnych akwenach wykazują różny poziom „asertywności pokarmowej”. Po trzecie, okolica musiała być na tyle odludna, żeby przypadkowi turyści nie zaalarmowali służb ratunkowych na widok ludzi wyrzucanych z łodzi w parcianych workach.
To ostatnie kryterium okazało się najtrudniejsze do spełnienia, ponieważ Pojezierze Drawskie w sierpniu roi się od kajakarzy, wędkarzy i ornitologów amatorów. Ostatecznie producenci wynajęli cały ośrodek wypoczynkowy nad jeziorem, ogłosili „zamknięcie sanitarne” z powodu rzekomego zakwitu sinic i postawili ochroniarzy przy wszystkich drogach dojazdowych. Sinice, dodajmy dla porządku, nie miały pojęcia, że zostały użyte jako alibi, i kwitły sobie spokojnie po drugiej stronie jeziora, nie interesując się zupełnie intrygami telewizyjnymi.
Ale wróćmy do sedna, czyli do worków.
Worki użyte w pierwszej konkurencji były wykonane z juty naturalnej, importowanej z Bangladeszu, o gramaturze trzystu gramów na metr kwadratowy. Miały wymiary sto osiemdziesiąt na osiemdziesiąt centymetrów, co oznaczało, że dorosły mężczyzna o przeciętnej posturze mieścił się w nich jak ziemniak w reklamówce — ciasno, niewygodnie i z poczuciem, że to nie jest miejsce, w którym powinien się znajdować. Każdy worek był zawiązywany u góry drutem stalowym ocynkowanym o średnicy dwóch milimetrów, skręconym trzykrotnie i zabezpieczonym dodatkowym węzłem. Drut ten — i to jest istotny szczegół techniczny, na który zwrócili uwagę krytycy programu — był na tyle cienki, że teoretycznie można było go zgiąć i złamać gołymi rękami, ale na tyle gruby, że wymagało to czasu, siły i determinacji, których osoba zamknięta w worku pod wodą mogła mieć w ograniczonej ilości.
Do każdego worka przymocowany był betonowy blok o wadze dwustu kilogramów. Bloki zostały odlane na specjalne zamówienie w betoniarni pod Szczecinkiem, przez pana Henryka Zawadzkiego, właściciela firmy „Beton-Henryk”, który — jak sam później opowiadał w lokalnej gazecie — przyjął zamówienie bez zbędnych pytań, ponieważ „klient płacił z góry i nie targował się o cenę, a w branży betoniarskiej to rzadkość godna szacunku”. Pan Henryk dodał również, że bloki miały wbudowane uchwyty transportowe ze stali zbrojeniowej, co ułatwiało ich mocowanie do worków, i że osobiście dopilnował, żeby beton był odpowiednio zagęszczony, „bo nie chciałbym, żeby się kruszyły pod wodą i ktoś miał pretensje”.
Uchwyty te — a raczej sposób, w jaki bloki były przymocowane do worków — stanowiły, jak się później okazało, jeden z kluczowych elementów konkurencji. Blok nie był bowiem przyszyty do worka ani przywiązany na stałe. Był połączony z workiem za pomocą karabińczyka wspinaczkowego, zapiętego na stalowej pętli wplecionej w dolną część worka. Oznaczało to, że zawodnik, który zdołałby znaleźć karabińczyk i go odpiąć, uwolniłby się od ciężaru dwustu kilogramów i mógłby — przynajmniej teoretycznie — zacząć unosić się ku powierzchni. Oczywiście nadal byłby zamknięty w worku, ale przynajmniej nie ciągnęłoby go na dno. To rozwiązanie było, jak wyjaśniał później główny reżyser Andrzej Walczak, „kompromisem między dramaturgią a bezpieczeństwem”. Krytyk telewizyjny Piotr Bratkowski skomentował to w „Newsweeku” jednym zdaniem: „To jak kompromis między spadaniem z dachu a spadaniem z dachu z parasolem — nadal spadasz, ale masz poczucie, że ktoś o ciebie zadbał”.
Teraz dochodzimy do najdziwniejszej części całej koncepcji — do ryb.
Pomysł wykorzystania ryb drapieżnych jako „narzędzia ucieczki” pochodził od Bartosza Sikorskiego, scenarzysty programu, człowieka o wyobraźni tak bujnej, że jego poprzedni projekt telewizyjny — reality show, w którym uczestnicy mieli przeżyć tydzień w opuszczonej kopalni uranu — został odrzucony przez wszystkie stacje, włącznie z tymi, które normalnie nie odrzucały niczego. Sikorski wpadł na pomysł podczas wakacji nad Jeziorem Niegocin, kiedy to obserwował, jak szczupak zaatakował plastikową torbę dryfującą w wodzie.
— Zobaczyłem, jak ta bestia rzuciła się na torbę z Biedronki — opowiadał Sikorski w wywiadzie, który przeprowadziłem z nim w kawiarni na warszawskim Mokotowie, między jednym espresso a trzecim. — I pomyślałem: jeśli szczupak atakuje plastikową torbę, to co zrobi z jutowym workiem, w którym jest żywy człowiek? Człowiek się rusza, drgania przenoszą się przez wodę, ryba drapieżna reaguje na drgania za pomocą linii bocznej… Widzisz, dokąd zmierzam?
Widziałem, choć wolałbym nie widzieć.
Koncepcja Sikorskiego opierała się na następującym rozumowaniu: osoba zamknięta w worku pod wodą będzie się szamotać. Szamotanie wywoła drgania i wibracje, które ryby drapieżne — szczupaki, okonie, sandacze — odbiorą jako sygnał obecności potencjalnego pokarmu lub zagrożonej zdobyczy. Ryby zbliżą się do worka i zaczną go atakować, gryzienie i szarpanie jutowej tkaniny. Juta, choć wytrzymała na rozciąganie, jest stosunkowo podatna na rozdzieranie — szczególnie kiedy jest mokra i kiedy atakuje ją jednocześnie kilka ryb o ostrych zębach. Zawodnik, czując, że worek jest nadgryzany, powinien skupić swoje wysiłki na tym miejscu, rozszerzając otwory zrobione przez ryby, aż będą wystarczająco duże, żeby się przez nie przecisnąć.
— Ale co, jeśli ryby zaatakują zawodnika, a nie worek? — zapytałem.
Sikorski machnął ręką z nonszalancją człowieka, który albo wie coś, czego ja nie wiem, albo nie wie czegoś, co powinien wiedzieć.
— Szczupak nie zaatakuje człowieka. Jest za duży. Szczupak atakuje obiekty, które może połknąć. Największy szczupak w Polsce ważył dwadzieścia siedem kilo. Taki szczupak może połknąć kaczkę, ale nie dorosłego mężczyznę. Poza tym ryby będą atakować worek, nie to, co jest w środku. Worek się rusza, worek pachnie, worek jest interesujący. Człowiek w środku jest tylko motorem napędowym.
Doktor Agata Krawczyk, ichtiolog konsultująca program, miała nieco bardziej ostrożne podejście. Kiedy rozmawialiśmy telefonicznie — odmówiła spotkania osobistego, twierdząc, że nie chce być „kojarzona twarzą” z programem — wyjaśniła, że teoria Sikorskiego ma pewne podstawy naukowe, ale również pewne luki wielkości, cóż, dorosłego mężczyzny w worku.
— Ryby drapieżne rzeczywiście reagują na drgania mechaniczne — powiedziała swoim precyzyjnym, akademickim tonem. — Linia boczna, system kanałów z neuronomastami, wykrywa zmiany ciśnienia i ruchy wody. Szczupak może zlokalizować ofiarę w zupełnej ciemności, wyłącznie na podstawie wibracji. Ale to nie znaczy, że automatycznie zaatakuje każdy obiekt, który wibruje. Szczupak jest oportunistycznym drapieżnikiem, ale nie jest głupi. Worek z człowiekiem nie przypomina niczego, co szczupak normalnie spotyka w swoim środowisku. Może się zbliżyć z ciekawości, może spróbować ugryźć, ale może też po prostu odpłynąć.
— A jeśli odpłynie?
— Wtedy zawodnik będzie miał problem.
— Większy niż ten, że jest zamknięty w worku pod wodą?
— To jest kwestia perspektywy — odparła doktor Krawczyk i dodała, że musi kończyć, bo czeka ją seminarium o wpływie eutrofizacji na populacje sandacza w jeziorach lobeliowych.
Mimo tych zastrzeżeń produkcja postanowiła wzmocnić szanse na współpracę ryb. Przez trzy tygodnie przed nagraniem ekipa „karmienia” — tak, istniała taka ekipa, składająca się z dwóch nurków i jednego wędkarza, który stracił licencję PZW za stosowanie niedozwolonych metod połowu i teraz szukał alternatywnego źródła dochodu — regularnie zrzucała do jeziora jutowe worki wypełnione rybimi wnętrznościami. Chodziło o to, żeby ryby drapieżne skojarzyły zapach i teksturę juty z jedzeniem. Był to, mówiąc delikatnie, klasyczny warunek Pawłowa, tyle że zastosowany nie na psach, lecz na szczupakach, i nie w laboratorium, lecz w jeziorze o głębokości dwudziestu czterech metrów.
Rezultaty były, trzeba przyznać, imponujące. Kamery podwodne zarejestrowały, jak po dwóch tygodniach warunkowania szczupaki zbliżały się do zrzucanych worków w ciągu kilkunastu sekund. Jeden szczególnie agresywny osobnik — ochrzczony przez ekipę imieniem Tadeusz, ponieważ miał charakterystyczną bliznę na pysku przypominającą wąsy — atakował worki z takim impetem, że rozrywał jutę w ciągu dwóch minut. Tadeusz stał się ulubieńcem ekipy i nieoficjalną maskotką programu. Ktoś wydrukował jego zdjęcie i powiesił w barze w ośrodku wypoczynkowym z podpisem „Pracownik miesiąca”.
— Tadeusz to był potwór — wspominał z nutą czułości Krzysztof Nowak, główny nurek programu, kiedy spotkaliśmy się w pubie w Koszalinie pół roku po nagraniu. — Metr dziesięć długości, może dwanaście kilo. Zęby jak szydła. Kiedy atakował worek, woda wokół się gotowała. Widziałem, jak rozerwał podwójną warstwę juty w minutę czterdzieści. Pomyślałem wtedy: jeśli on tak potraktuje worek z człowiekiem w środku, to ten człowiek albo wyjdzie z tego żywy, albo będzie miał fascynującą historię do opowiedzenia w zaświatach.
Ale Tadeusz, jak się miało okazać, był wyjątkiem. Większość szczupaków w jeziorze zachowywała się znacznie bardziej powściągliwie. Podpływały, obwąchiwały — o ile ryby mogą obwąchiwać, co jest dyskusyjne z biologicznego punktu widzenia, choć ichtiolog doktor Krawczyk zapewniła mnie, że ryby mają doskonale rozwinięty zmysł węchu i potrafią wykryć jedną cząsteczkę aminokwasu w miliardzie cząsteczek wody — a następnie albo próbowały delikatnie skubnąć jutę, albo odpływały z obojętnością godną kota domowego.
Sześcioro zawodników, którzy mieli wziąć udział w pierwszej konkurencji, przyjechało nad Jezioro Głębokie dwa dni przed nagraniem. Byli to: Magda Kasprzak, dwudziestodziewięcioletnia instruktorka freedivingu z Gdańska; Tomasz „Gruby” Brzeziński, czterdziestotrzyletni były komandos z Jednostki Wojskowej GROM, który po odejściu z wojska prowadził szkołę survivalu w Bieszczadach; Alina Wojciechowska, trzydziestojednoletnia mistrzyni Polski w pływaniu na otwartych wodach; Jakub Lis, dwudziestosześcioletni student wychowania fizycznego z Poznania, który zgłosił się do programu „dla beki”, jak sam to ujął, i który, jak się później okazało, nie potrafił pływać na głębokiej wodzie bez paniki — co nie przeszkodziło mu przejść castingu, ponieważ casting nie obejmował pływania; Robert Zawadzki, trzydziestoośmioletni strażak z Wrocławia, specjalizujący się w ratownictwie wodnym, o ściskach dłoni, które mogły kruszyć orzechy włoskie; oraz Natalia Szymańska, dwudziestosiedmioletnia influencerka z Warszawy, znana z kanału na YouTubie poświęconego „ekstremalnemu wellness”, na którym dokumentowała między innymi kąpiele w lodowatej wodzie, noclegi w jaskiniach i medytacje na krawędziach klifów.
Produkcja zakwaterowała ich w ośrodku wypoczynkowym, w pokojach o standardzie, który Gruby Brzeziński opisał jako „lepszy niż baza w Afganistanie, gorszy niż areszt w Krakowie”. Przez dwa dni przechodzili szkolenie, które obejmowało techniki wstrzymywania oddechu, podstawy orientacji pod wodą w warunkach ograniczonej widoczności oraz — co wydawało się szczególnie surrealistyczne — wykład na temat zachowań ryb drapieżnych, prowadzony przez doktor Krawczyk za pośrednictwem łącza wideo, ponieważ odmówiła osobistego przyjazdu.
— Ryby są waszymi sojusznikami — powiedziała doktor Krawczyk na ekranie laptopa, podczas gdy sześciu zawodników siedziało w stołówce ośrodka, jedząc kanapki z serem i patrząc na nią z wyrazem twarzy, który można by opisać jako „uprzejmy sceptycyzm”. — Musicie sprawić, żeby do was podpłynęły i żeby zaatakowały worek. Szamoczcie się, ale rytmicznie. Nieregularne ruchy odstraszają ryby. Regularne drgania, przerywane krótkimi pauzami, imitują zachowanie rannej ryby i przyciągają drapieżniki. Pomyślcie o sobie jak o żywej przynęcie.
— A jeśli nas ugryzą? — zapytała Natalia Szymańska, nie przerywając filmowania doktor Krawczyk telefonem komórkowym.
— Szczupak ma zęby skierowane do tyłu, które służą do chwytania i przytrzymywania zdobyczy — wyjaśniła doktor Krawczyk tonem, którym mogłaby równie dobrze opisywać cykl życiowy rozwielitki. — Ugryzienie szczupaka jest bolesne, ale rzadko powoduje poważne obrażenia u dorosłego człowieka. To nie jest rekin. To nie jest nawet pirania. To jest ryba, która normalnie je płocie i żaby.
— Czyli jesteśmy bezpieczni — stwierdził Jakub Lis z ulgą, której nie potrafił ukryć.
— Nie — odparła doktor Krawczyk. — Jesteście w worku pod wodą. Bezpieczni nie jesteście w żadnym sensie tego słowa. Ale ryby nie są waszym największym problemem.
Ta wypowiedź, jak się później okazało, była jednocześnie pocieszająca i przerażająca, co, kiedy się nad tym zastanowić, idealnie podsumowywało cały program.
Rano w dniu nagrania pogoda była idealna — bezchmurne niebo, temperatura powietrza dwadzieścia sześć stopni, woda dwadzieścia jeden, wiatr niemal zerowy. Jezioro leżało jak lustro, odbijając las na przeciwległym brzegu z dokładnością, która sprawiała wrażenie, jakby ktoś przegiął rzeczywistość na pół. Ekipa realizacyjna liczyła czterdzieści trzy osoby, wliczając siedmiu nurków bezpieczeństwa, trzech operatorów kamer podwodnych, dwóch ratowników medycznych z pełnym wyposażeniem reanimacyjnym, jednego lekarza anestezjologa — doktora Pawła Marchewkę z Poznania, który zgodził się na udział w programie pod warunkiem, że jego nazwisko nie pojawi się w napisach końcowych, co, zważywszy na nazwisko, można było zrozumieć — oraz jednego psychologa kryzysowego, Ewę Tomczak, której głównym zadaniem było „zapewnienie wsparcia emocjonalnego zawodnikom po wyjściu z wody”, ale która, jak sama mi później powiedziała, spędziła większość dnia na zapewnianiu wsparcia emocjonalnego samej sobie.
Procedura wyglądała następująco: zawodnik wchodził na pokład pontonu motorowego, był proszony o włożenie nóg do worka, następnie worek był podciągany do góry i zawiązywany drutem nad głową zawodnika. W tym momencie — i to jest fragment, który budził największe kontrowersje — zawodnik miał jeszcze około trzydziestu sekund na wykonanie trzech głębokich oddechów przed zanurzeniem. Następnie ponton podpływał nad wyznaczony punkt, betonowy blok był spychany z pokładu, ciągnąc za sobą worek z zawodnikiem, i całość tonęła z prędkością, którą główny nurek Krzysztof Nowak oszacował na „jakieś dwa metry na sekundę, co brzmi wolno, ale kiedy jesteś w worku, to wydaje ci się, że spadasz z Everestu”.
Każdy zawodnik miał osobny „tor” — punkty zrzutu były oddalone od siebie o dwadzieścia metrów, żeby zawodnicy nie przeszkadzali sobie nawzajem i żeby kamery mogły uchwycić każdego z nich indywidualnie. Głębokość w miejscach zrzutu wahała się od pięciu do siedmiu metrów. Przy każdym torze dyżurował nurek bezpieczeństwa z nożem do cięcia drutu i juty, gotowy do interwencji, jeśli zawodnik dałby sygnał rezygnacji — trzykrotne uderzenie pięścią w betonowy blok — lub jeśli upłynęłoby cztery minuty od zanurzenia bez widocznych oznak postępu. Cztery minuty — tyle wynosiła absolutna granica czasowa ustalona przez lekarza programu, doktora Marchewkę, który zaznaczył z naciskiem, że „przeciętny, nietrenowany człowiek traci przytomność po około dwóch minutach bez tlenu, ale z adrenaliną i hiperoksygenacją przedstartową można wytrzymać do czterech, choć nie jest to doświadczenie, które bym komukolwiek rekomendował”.
Pierwsza poszła Magda Kasprzak, instruktorka freedivingu, i nie dlatego, że wylosowała ten zaszczyt, lecz dlatego, że poprosiła o start jako pierwsza. „Chcę mieć to za sobą” — powiedziała, stojąc na pontonie w stroju kąpielowym, ze stoickim spokojem, który pozostali zawodnicy obserwowali z mieszaniną podziwu i podejrzliwości, jakby zastanawiali się, czy Magda wie coś, czego oni nie wiedzą, czy po prostu jest lepiej zbudowana emocjonalnie.
Magda weszła do worka o godzinie 8:47. Kamery zarejestrowały, jak drut jest zakręcany nad jej głową, jak robi trzy głębokie wdechy — każdy trwający około sześciu sekund — i jak worek spada za burtę, ciągnięty przez betonowy blok, który uderzył o powierzchnię wody z dźwiękiem przypominającym klaskanie olbrzymich dłoni. Przez ułamek sekundy widać było jeszcze parcianą tkaninę, a potem nic — tylko rozchodzące się kręgi na wodzie i ciszę, która wydawała się gęstsza niż powietrze.
Pod wodą — wiemy to z nagrań kamer podwodnych, które później obejrzałem na monitorze w biurze produkcji w Warszawie, pijąc kawę, która zdążyła wystygnąć, zanim skończyłem oglądać — Magda opadała na dno szybko i kontrolowanie. Nie szamotała się, nie panikowała. Na nagraniu widać, jak jej ciało w worku przyjmuje pozycję płodową — kolana podciągnięte pod brodę, ręce złożone na piersi — co jest instynktowną reakcją na ciasną przestrzeń pod wodą, ale w przypadku Magdy wyglądało to na przemyślany ruch. Worek dotknął dna — pokrytego warstwą mułu, który uniósł się w chmurze brunatnego pyłu — po mniej więcej trzech sekundach.
Przez następne dwadzieścia sekund Magda leżała nieruchomo. Na monitorze wyglądało to jak scena z filmu dokumentalnego o zatopionej archeologii — worek z człowiekiem na dnie jeziora, otoczony tańczącymi drobinami mułu, w bladozielonym świetle filtrowanym przez sześć metrów wody. Potem zaczęła się ruszać. Ruchy były rytmiczne — dokładnie tak, jak radziła doktor Krawczyk — regularne skurcze ciała, przerywane dwusekundowymi pauzami. Worek drgał, jakby oddychał.
Po czterdziestu sekundach na ekranie pojawiła się pierwsza ryba. Okoń — może trzydziestocentymetrowy — podpłynął ostrożnie z lewej strony, zatrzymał się w odległości pół metra i patrzył na worek z wyrazem, który mój antropomorfizujący mózg zinterpretował jako „co to, u licha, jest”. Po kilku sekundach okoń odpłynął. Magda kontynuowała rytmiczne ruchy.
W pierwszej minucie czterdziestu sekundach pojawił się szczupak. Nie Tadeusz — ten osobnik był mniejszy, może osiemdziesięciocentymetrowy — ale wystarczająco duży i wystarczająco zdeterminowany. Podpłynął od dołu, jak łódź podwodna wyłaniająca się z głębin, i bez ostrzeżenia chwycił worek w okolicach, które — gdyby Magda była w pozycji stojącej — odpowiadałyby jej łydce. Szarpnął raz, drugi, trzeci. Juta pękła z dźwiękiem, który kamery podwodne zarejestrowały jako cichy, mokry trzask. Szczupak odpłynął z kawałkiem tkaniny w pysku. W worku pozostał otwór wielkości pięści.
Magda musiała to poczuć, bo jej ruchy natychmiast się zmieniły — z rytmicznych drgań na ukierunkowane szarpanie. Na nagraniu widać, jak jej ręce — do tej pory złożone na piersi — przesuwają się w dół worka, w stronę otworu. Palce pojawiły się przez dziurę — blade, pokryte jutowym pyłem, rozpaczliwe i zdeterminowane jednocześnie. Zaczęła rozszerzać otwór, ciągnąc mokrą jutę w przeciwnych kierunkach.
W tym samym czasie — i to jest fragment, który sprawił, że moja kawa zrobiła się jeszcze zimniejsza — pojawiły się kolejne trzy ryby. Dwa okonie i jeden sandacz. Sandacz — ryba, o której doktor Krawczyk mówiła, że jest „mniej agresywna od szczupaka, ale bardziej wytrwała” — zaczął ogryzać jutę w górnej części worka, tuż nad węzłem z drutu. Efekt był taki, że worek był atakowany jednocześnie z dwóch stron, a Magda pracowała nad poszerzaniem dolnego otworu.
Po dwóch minutach i trzydziestu sekundach otwór dolny był wystarczająco duży, żeby Magda mogła przez niego przecisnąć głowę i ramiona. W tym samym czasie udało jej się — choć na nagraniu nie widać dokładnie jak — odpiąć karabińczyk łączący worek z betonowym blokiem. Nagle worek, uwolniony od dwustu kilogramów betonu, zaczął unosić się ku powierzchni, nadal z Magdą w środku, ale teraz Magda była już w połowie na zewnątrz, jakby wychodziła z kokonu, jak motyl, gdyby motyl wychodził z kokonu pod wodą, otoczony szczupakami.
Magda wynurzyła się po dwóch minutach i pięćdziesięciu trzech sekundach. Kamery na powierzchni uchwyciły moment, w którym jej głowa przebiła taflę wody — gwałtowny wdech, mokre włosy rozsypane po twarzy, oczy szeroko otwarte, a na ustach wyraz, który mógłby być uśmiechem, ale równie dobrze mógłby być grymasem kogoś, kto właśnie zobaczył swoją śmierć i stwierdził, że wygląda jak jutowy worek pełen rybich zębów.
— To było — powiedziała Magda do kamery, łapiąc oddech między każdym słowem — absolutnie… najgorsze… doświadczenie… mojego… życia. — Przerwa na oddech. — Kiedy mogę zrobić to jeszcze raz?
Ekipa na pontonie zaczęła klaskać. Psycholog kryzysowa Ewa Tomczak, stojąca na brzegu z kocem termicznym w rękach, powiedziała później, że w tym momencie poczuła jednocześnie ulgę, że Magda żyje, i przerażenie, że Magda chce to powtórzyć — i że to drugie uczucie było silniejsze.
Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co Magda. A raczej — nie wszyscy mieli tyle umiejętności, zimnej krwi i, powiedzmy to wprost, szczupaka na właściwym miejscu we właściwym czasie.
Jakub Lis, student z Poznania, który zgłosił się „dla beki”, zaczął panikować w chwili, gdy worek dotknął wody. Kamery podwodne zarejestrowały chaotyczne, gwałtowne szarpanie się, które — zgodnie z ostrzeżeniami doktor Krawczyk — nie przyciągnęło żadnej ryby. Ryby drapieżne, wyczuwając nieregularne, agresywne wibracje, zinterpretowały je najwyraźniej jako zagrożenie, a nie jako obiad, i odpłynęły na bezpieczną odległość. Jakub spędził na dnie minutę czterdzieści, zanim trzykrotnie uderzył pięścią w betonowy blok, dając sygnał rezygnacji. Nurek bezpieczeństwa przeciął drut i jutę w jedenaście sekund — „rekord osobisty”, jak skomentował później z zawodowym spokojem — i wyciągnął Jakuba na powierzchnię. Jakub zwymiotował na pokład pontonu, co było reakcją fizjologiczną na połknięcie wody, ale mogło być również komentarzem na temat całego przedsięwzięcia.
— Myślałem, że umrę — powiedział Jakub przed kamerą, owinięty w koc termiczny, z oczami czerwonymi od wody i emocji. — Nie, nie myślałem. Nie miałem czasu myśleć. Po prostu wiedziałem, że to jest koniec, i jedyne, o czym żałowałem, to że nie skończyłem licencjatu.
Gruby Brzeziński, były komandos, podszedł do sprawy z metodyczną precyzją, której można było oczekiwać od człowieka, który spędził piętnaście lat w jednostce specjalnej. Na nagraniu podwodnym widać, jak natychmiast po dotarciu na dno zaczyna systematycznie badać worek od wewnątrz — czubkami palców wyczuwając szwy, zamocowanie drutu, karabińczyk. W czterdzieści sekund odpina karabińczyk. Następnie zaczyna wytwarzać rytmiczne drgania — nie całym ciałem, jak Magda, ale uderzając piętą o dno jeziora, co generuje niskie wibracje rozchodzące się przez muł. Po nieco ponad minucie podpływa Tadeusz. Tak, ten Tadeusz — szczupak z blizną w kształcie wąsów, pracownik miesiąca.
Tadeusz atakuje worek z furią, która na nagraniu wygląda jak coś z programu przyrodniczego o rekinach, tyle że w słodkiej wodzie i w skali pomniejszonej, ale od tego nie mniej dramatycznej. Trzema szarpnięciami robi dziurę, przez którą Gruby wsadza obie dłonie. Rozdziera jutę jak papier, na boki, z siłą mięśni ramion wyćwiczonych przez lata dźwigania sprzętu wojskowego. Po dwóch minutach i dwunastu sekundach jest na powierzchni. Wynurza się spokojnie, niemal elegancko, jakby właśnie wyszedł z basenu, a nie z jutowego grobu na dnie jeziora.
— Gorzej było w Afganistanie — mówi do kamery, nawet się nie dysząc. — Ale tam przynajmniej nie gryzły mnie ryby.
Do końca pierwszej konkurencji Magda Kasprzak miała najlepszy czas, Gruby Brzeziński drugi, Robert Zawadzki — strażak z Wrocławia — trzeci, z czasem trzech minut i trzynastu sekund i z pomocą czterech szczupaków, które zaatakowały jego worek niemal jednocześnie, tworząc, jak to ujął operator kamery podwodnej, „scenę jak z horroru, ale z happy endem”. Alina Wojciechowska, pływaczka, wyszła z wody po trzech minutach czterdziestu, na granicy limitu czasowego, z jednym ugryzieniem szczupaka na przedramieniu, które wymagało trzech szwów i antybiotyku, i z wyrazem twarzy sugerującym, że ktoś będzie miał poważną rozmowę ze swoim agentem. Natalia Szymańska, influencerka, zrezygnowała po minucie piętnastu, ale zdążyła nagrać telefonem wodoodpornym, który ukryła w stroju kąpielowym — wbrew regulaminowi — siedemnaście sekund materiału podwodnego, który później uzyskał na jej kanale YouTube czternaście milionów wyświetleń i umowę sponsorską z producentem wodoodpornych etui na telefony. Jakub Lis został zdyskwalifikowany.
Stojąc na brzegu jeziora po zakończeniu nagrania, patrząc na wodę, która znów leżała nieruchomo, jakby nic się nie wydarzyło, psycholog Ewa Tomczak powiedziała do mnie coś, co chyba najlepiej podsumowywało to, czego byliśmy świadkami:
— Wiesz, co jest najbardziej szokujące w tej szkole przetrwania? Nie to, że ludzie zgodzili się dać się zamknąć w workach i wrzucić do jeziora. To, że ryby rzeczywiście im pomogły. Że natura, która nie ma żadnego powodu, żeby nam pomagać, która jest nam absolutnie obojętna, zrobiła dokładnie to, czego od niej oczekiwaliśmy. To jest albo dowód na to, że wszechświat ma poczucie humoru, albo na to, że my kompletnie zwariowaliśmy. A może jedno i drugie.
Potem podeszła do mnie bliżej i dodała szeptem:
— I wiesz, co jeszcze? Ja wciąż nie jestem pewna, czy Tadeusz to był ten sam szczupak. Mogły być dwa. Nigdy nie byłam dobra w rozpoznawaniu ryb.
Szczupaki, jak większość dzikich zwierząt — i jak większość ludzi pracujących w telewizji — nie komentowały. Jezioro milczało. Betonowe bloki leżały na dnie, czekając na następną konkurencję.
A Tadeusz — kimkolwiek, ilekolwiek by ich było — polował dalej, nieświadomy swojej sławy, w ciemnych, zimnych wodach Jeziora Głębokiego, szukając czegoś, co wygląda jak ofiara, ale jest tylko jutowym workiem pełnym ludzkich ambicji.Rozdział 5: Gołymi rękami
W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku pewien mechanik samochodowy z Osaki, Takeshi Yamamoto, rozebrał i złożył z powrotem silnik Hondy Civic w trzy godziny, czterdzieści siedem minut i dwanaście sekund, ustanawiając nieoficjalny rekord Japonii w kategorii, która oficjalnie nie istniała, ale która w środowisku japońskich mechaników cieszyła się szacunkiem porównywalnym z mistrzostwami sumo — tyle że zamiast wyrzucać przeciwnika z ringu, wyrzucało się tłoki z bloku silnikowego, co wymagało podobnej kombinacji siły, precyzji i absolutnego braku litości wobec materii. Yamamoto wykonał ten wyczyn w warsztacie, na podnośniku hydraulicznym, przy dobrym oświetleniu, w temperaturze dwudziestu dwóch stopni Celsjusza, z pełnym zestawem narzędzi klasy profesjonalnej, z kubkiem zielonej herbaty na stole i z żoną, która przynosiła mu onigiri co godzinę.
Wspominam o Yamamoto, ponieważ warunki, w jakich piątka zawodników „Szokującej szkoły przetrwania” miała rozebrać i złożyć motocykl, różniły się od warunków w warsztacie w Osace w sposób, który najlepiej opisać przy pomocy analogii: to tak, jakby poprosić chirurga o przeprowadzenie operacji na otwartym sercu, ale nie w sali operacyjnej, lecz na karuzeli, podczas trzęsienia ziemi, z zawiązaną jedną ręką, w ulewie, i z zastrzeżeniem, że pacjent jedzie z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. I że nie ma znieczulenia. I że karuzela jest na ogień. I że chirurg nie jest chirurgiem, tylko byłym komandosem, instruktorką freedivingu, strażakiem, pływaczką i influencerką, z których żadne nigdy nie rozkręcało motocykla, nie mówiąc już o rozkręcaniu go w ruchu na autostradzie podczas burzy.
Ale po kolei.
Pomysł na piątą konkurencję, jak wszystkie pomysły Bartosza Sikorskiego, miał swoją genezę w zdarzeniu pozornie banalnym, które w umyśle scenarzysty uległo mutacji tak radykalnej, że produkt końcowy przypominał materiał wyjściowy mniej więcej tak, jak Godzilla przypomina jaszczurkę, z której — według pewnej interpretacji filmu — powstała. Otóż Sikorski, jadąc pewnego wiosennego poranka motocyklem — Yamaha MT-07, rocznik dwa tysiące dziewiętnasty, kolor ciemnoszary, dwa cylindry, siedemdziesiąt pięć koni mechanicznych — autostradą A2 z Warszawy do Poznania, doświadczył usterki. Na wysokości Łowicza, przy prędkości stu trzydziestu kilometrów na godzinę, od motocykla odpadła osłona boczna — plastikowy panel mocowany trzema śrubami, który poluzował się od wibracji i oderwał z trzaskiem, który Sikorski opisał jako „dźwięk mojego serca pękającego, bo ten panel kosztował czterysta złotych”.
Panel odleciał, uderzył w szybę jadącego za nim Opla Astry — nie powodując szkód, ale powodując atak paniki u kierowcy Opla, który zahamował tak gwałtownie, że za nim zahamowało dwanaście samochodów, a za dwunastym samochodem zahamowała ciężarówka z kurczakami, która nie zdążyła i wjechała w dwunasty samochód, co spowodowało karambol, który na szczęście nie miał ofiar śmiertelnych, ale miał cztery tysiące kurczaków, które wydostały się z uszkodzonej naczepy i przez trzy godziny blokowały autostradę A2 w obu kierunkach, co było — jak napisał jeden z komentatorów internetowych — „najdziwniejszym korkiem w historii polskiej motoryzacji, i mówię to jako człowiek, który pamiętał blokadę rolników w dwa tysiące dwudziestym czwartym”.
Sikorski, który nie wiedział o kurczakach — bo odjechał, zanim doszło do karambolu, i dowiedział się o całym zdarzeniu dopiero z wiadomości, siedząc w restauracji pod Poznaniem — zapamiętał z tego incydentu jedno: jak łatwo motocykl traci części. I jak trudno byłoby te części przyłożyć z powrotem. W ruchu. Na autostradzie.
— I wtedy pomyślałem — opowiadał mi Sikorski, tym razem nie w kawiarni na Mokotowie, lecz w przyczepie produkcyjnej na parkingu za centrum handlowym, ponieważ kawiarnia odmówiła mu wstępu po tym, jak ostatnim razem rozlał espresso na laptop sąsiedniego gościa, gestykulując zbyt entuzjastycznie przy opisywaniu koncepcji „Biegu przez ogień” — pomyślałem: a gdyby tak odwrócić sytuację? Nie motocykl, któremu odpada część, ale człowiek, który rozbiera motocykl. Celowo. Systematycznie. Śruba po śrubie. W ruchu. Na autostradzie. A potem składa go z powrotem. Wszystko gołymi rękami. Bez narzędzi.
— Bez narzędzi — powtórzył Walczak, który w tym momencie kariery wyglądał nie tyle na zmęczonego, ile na kogoś, kto przeszedł przez wszystkie fazy zmęczenia i wyszedł po drugiej stronie, osiągając stan transcendentalnej rezygnacji, w której nic nie jest zaskoczeniem, bo wszystko jest szaleństwem, a szaleństwo, jeśli jest wystarczająco konsekwentne, staje się normą.
— Bez narzędzi. Gołymi rękami. Dlatego tytuł — „Gołymi rękami”. I jeszcze jedno — dodał Sikorski, z uśmiechem, który wyglądał jak uśmiech dziecka pokazującego dorosłemu pająka znalezionego w ogrodzie, nie rozumiejąc, dlaczego dorosły krzyczy. — Burza. Chcę burzę.
— Chcesz burzę — powtórzył Walczak.
— Chcę burzę. Prawdziwą burzę. Deszcz, wiatr, pioruny. Na autostradzie, na motocyklu, w stu dwudziestu na godzinę, ręce mokre, śruby mokre, metal mokry, wszystko mokre i śliskie i niemożliwe. To jest telewizja. To jest —
— To jest czysty obłęd, Bartosz.
— To jest to samo, Andrzej. To jest dokładnie to samo.
I miał rację. Obłęd i telewizja — w kontekście „Szokującej szkoły przetrwania” — były synonimami tak ścisłymi, że słownik mógłby je zamienić miejscami i nikt by nie zauważył.
Kwestia prawna piątej konkurencji była, delikatnie mówiąc, labiryntowa. Rozebranie motocykla na autostradzie w ruchu nie mieściło się w żadnej kategorii polskiego prawa drogowego — nie dlatego, że było zakazane, lecz dlatego, że ustawodawca, projektując kodeks drogowy, nie przewidział sytuacji, w której ktokolwiek chciałby to zrobić. Prawo jest, z natury rzeczy, reaktywne — zakazuje rzeczy, które ludzie już robili, a nie rzeczy, które mogliby zrobić, gdyby byli wystarczająco kreatywni i wystarczająco niepoczytalnie finansowani. W kodeksie drogowym nie ma artykułu zakazującego rozkręcania pojazdu w ruchu, tak jak nie ma artykułu zakazującego jazdy na jednorożcu po pasie awaryjnym — nie dlatego, że jest to dozwolone, lecz dlatego, że nikt nie uznał za konieczne tego zakazywać.
Zespół prawny produkcji — troje prawników, z których jeden specjalizował się w prawie drogowym, drugi w prawie ubezpieczeniowym, a trzeci w prawie karnym, „na wszelki wypadek”, jak powiedział Stępkowski, producent wykonawczy, z nonszalancją, która byłaby alarmująca, gdyby nie była w tym momencie już normalna — opracował strategię polegającą na zamknięciu odcinka autostrady A6 pod Szczecinem. Tak, zamknięciu autostrady. Całej autostrady. Obu pasów ruchu plus pasa awaryjnego, na odcinku dwudziestu kilometrów, na czas czterech godzin.
Jak zamyka się autostradę? Otóż, jak się okazało, łatwiej, niż można by sądzić, ale drożej, niż ktokolwiek chciałby zapłacić. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) posiada procedurę zamykania odcinków autostrad na potrzeby — cytuję z regulaminu — „wydarzeń o charakterze specjalnym, w tym testów pojazdów, nagrań filmowych i ćwiczeń służb ratunkowych”. Klucz leżał w słowach „nagrań filmowych” — producenci „Szokującej szkoły przetrwania” złożyli wniosek o zamknięcie odcinka autostrady na potrzeby „produkcji audiowizualnej o tematyce motoryzacyjnej”, co technicznie było prawdą, w tym samym sensie, w jakim Titanic był „podróżą morską o tematyce nawigacyjnej”.