-
nowość
Wyzwolona. MirageElite. W Sieci Kłamstw - ebook
Wyzwolona. MirageElite. W Sieci Kłamstw - ebook
WSZYSTKO, CO SIĘ ZACZĘŁO, MUSI SIĘ SKOŃCZYĆ. MirageElite nigdy nie było tylko miejscem. Było grą. Grą o pieniądze. O władzę. O pożądanie. O ludzi, którzy byli przekonani, że potrafią kontrolować innych, dopóki sami nie znaleźli się po drugiej stronie planszy. Luna zna już zasady. Wie, komu ufać. Wie, czego pragnąć. Wie też, ile kosztuje wolność. Ale tym razem ktoś przygotował dla niej ostatnią partię. Przeszłość wraca. Tajemnice, które miały zostać pogrzebane, zaczynają wychodzić na światło. Ludzie, których uznano za straconych, mogą wciąż żyć, a odpowiedzi prowadzą do miejsc, od których wszystko się zaczęło. Luna musi wrócić do początku. Do gry, której nigdy do końca nie rozumiała. Do człowieka, który nauczył ją, że pragnienie może być najpotężniejszą bronią. I do prawdy, która może zmienić wszystko. To ostatnia odsłona historii Luny. Ostatnia partia MirageElite. Ostatni ruch należy do niej.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384675632 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Niektóre historie się kończą.
Inne zostają z nami na długo po tym, kiedy zamkniemy książkę.
„Wyzwolona. MirageElite: W sieci kłamstw” jest ostatnim spotkaniem z Luną. Ostatnim wejściem do świata Mirage Elite. Ostatnią odsłoną historii, która zaczęła się od pragnienia, a skończyła w miejscu, którego sam, kiedy stawiałem pierwsze słowa, nie potrafiłem przewidzieć.
Mirage Elite miało być światem luksusu, tajemnic i pokus.
Z czasem stało się czymś więcej.
Stało się miejscem, w którym pragnienia miały swoją cenę, sekrety miały swoją wartość, a ludzie nie zawsze byli tymi, za których chcieli uchodzić.
Ale ponad wszystkim była Luna.
To przede wszystkim jej historia.
Kobiety, która weszła do świata, w którym łatwo było stracić kontrolę, a jeszcze łatwiej pomylić pożądanie z wolnością. Kobiety, która odkrywała siebie nie wtedy, kiedy wszystko było bezpieczne, lecz wtedy, kiedy bezpieczeństwo przestawało istnieć.
Luna zmieniała się wraz z każdą kolejną stroną.
Jej pragnienia stawały się odważniejsze. Jej decyzje trudniejsze. Jej tajemnice głębsze.
A ja coraz częściej miałem wrażenie, że nie prowadzę już tej historii.
Że to ona prowadzi mnie.
Być może właśnie dlatego tak trudno powiedzieć jej teraz „żegnaj”.
Bo kiedy przez setki stron patrzy się na jedną kobietę, zaczyna się znać nie tylko jej czyny, ale również jej milczenie. Jej spojrzenia. Jej lęki. To, czego pragnie, i to, czego nigdy nie odważyłaby się wypowiedzieć na głos.
Mam nadzieję, że Wy również to poczuliście.
Że pomiędzy kolejnymi zdaniami znaleźliście coś więcej niż historię.
Może odrobinę własnych pragnień.
Może pytanie o własne granice.
Może tę szczególną chwilę, kiedy fikcja przestaje być tylko fikcją, bo bohater zaczyna wydawać się zbyt prawdziwy.
Jeżeli tak było, to znaczy, że Mirage Elite naprawdę żyło.
A teraz nadszedł czas, aby je zamknąć.
Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali ze mną do końca.
Tym, którzy zaczęli tę podróż od pierwszej książki. Tym, którzy dali szansę kolejnym. Tym, którzy czekali na następny rozdział, wracali do Luny, rozmawiali o niej, oceniali jej wybory i pozwalali jej istnieć jeszcze długo po odłożeniu książki.
Dziękuję za każde słowo, każdą wiadomość i każdą opinię.
Ale przede wszystkim…
dziękuję za Lunę.
Za to, że pozwoliliście jej wejść do Waszego świata.
Mam nadzieję, że jej historia Wam się podobała.
Mam nadzieję, że czasami Was uwodziła, czasami niepokoiła, czasami zaskakiwała, a czasami zostawiała z pytaniem, na które sami nie chcieliście znaleźć odpowiedzi.
Bo Luna nigdy nie miała być tylko kobietą z książki.
Miała być pragnieniem.
Tajemnicą.
Spojrzeniem, którego nie da się zapomnieć.
I może właśnie dlatego jej ostatnie słowa powinny pozostać między nami.
Nie wszystko przecież trzeba wypowiedzieć.
Niektóre rzeczy lepiej pozostawić w półmroku.
Tak jak pocałunek, którego się spodziewamy, ale którego jeszcze nie czujemy.
Tak jak drzwi, które zamykają się powoli.
Tak jak zapach perfum pozostający w pustym pokoju długo po tym, kiedy kobieta już z niego wyszła.
Mirage Elite właśnie zamyka swoje drzwi.
Luna odchodzi.
Ale jeśli choć raz podczas tej historii poczuliście przyspieszone bicie serca, jeśli choć jedna scena została z Wami dłużej, niż powinna, jeśli choć raz zastanowiliście się, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna pragnienie…
to znaczy, że ta historia nie kończy się tutaj.
Bo książka może mieć ostatnią stronę.
Pragnienie nie zawsze ją ma.
Dziękuję, że byliście ze mną.
Bartłomiej GierutLuna
Luna siedziała nieruchomo przy ogromnym panoramicznym oknie, wpatrując się w nocne światła Wrocławia, które rozmywały się za szybą niczym niewyraźne wspomnienia. Miasto żyło swoim rytmem. Gdzieś tam w oddali samochody sunęły ulicami, pulsowały czerwone neony miasta. Ludzie wracali do domów, śmiali się, rozmawiali, pili wino w restauracjach. Dla niech świat nie zatrzymał się nawet na chwilę.
A jej świat właśnie się zatrzymał.
Nie potrafiła tego pojąć.
Nie potrafiła dopuścić do siebie tej myśli.
Nie potrafiła wypowiedzieć jej na głos.
Mateusz nie żyje… Tony nie żyje.
To jedno zdanie nie mieściło się jej w głowie. Brzmiało obco. Fałszywie. Jak źle wypowiedziana fraza, które nie pasuje do pełnego zdania.
Przecież jeszcze kilka dni temu stał obok niej. Patrzył na nią tym swoim spojrzeniem, od którego miękły jej kolana. Tym samym spojrzeniem, które kiedyś należało do spokojnego, ciepłego Mateusza, a później stało się spojrzeniem Tonego… mężczyzny pewnego siebie, niebezpiecznego, władczego, a jednocześnie tak cholernie fascynującego, że chwilami sama nie wiedziała, którego z nich kocha bardziej.
Mateusza… czy Tonego.
A może już dawno przestali istnieć osobno.
Może byli jednym.
Jednym mężczyzną, którego kochała całym sercem, nawet wtedy, gdy go nienawidziła.
Zamknęła oczy i oparła głowę o zimną szybę.
Wspomnienia wracały same.
Nieproszone i uporczywe.
Widziała ich stare mieszkanie. Małe, ciasne i tak cholernie skromne. Kuchnię, w której codziennie rano pili kawę, stojąc przy blacie i przeglądając wiadomości w telefonie. Kanapę, na której zasypiali, choć wcześniej potrafili godzinami milczeć do siebie po kolejnej kłótni o rachunki, o pieniądze, o jego marzenia, które wtedy wydawały jej się tak odległe od rzeczywistości.
Pamiętała jego frustrację i zmęczenie.
To ciche gaszenie w sobie mężczyzny, którego nie umiała wtedy zrozumieć do końca. I chyba właściwie nie chciała go zrozumieć.
Pamiętała własny żal.
Własną samotność i rozczarowanie.
I ten rok.
Ten pieprzony rok, kiedy wyjechał.
Rok, który miał ich uratować.
Finansowo.
Życiowo.
Małżeńsko.
A zamiast tego niemal ich zniszczył.
Przez ten rok nauczyła się żyć bez niego.
Przynajmniej tak jej się wydawało.
Nauczyła się spać sama.
Pić samotnie wino i rozmawiać z ciszą.
Udawać przed Nelą, że wszystko jest dobrze.
A potem wrócił.
Ale jako inny człowiek.
Wrócił jako Tony.
Mężczyzna, którego nie znała.
Mężczyzna, który pachniał luksusem, pewnością siebie i tajemnicą.
Mężczyzna, który zbudował imperium. Który spojrzał na nią tak, jak gdyby wiedział od początku, kim naprawdę jest.
To on przypomniał jej, że wciąż jest kobietą.
Nie tylko matką i żoną.
Nie tylko kobietą przygniecioną codziennością.
Pokazał jej świat, którego istnienia nawet się nie domyślała.
Świat pożądania, władzy i luksusu.
Świat kontroli.
Ale przede wszystkim pokazał jej ją samą.
Tę Lunę, która potrafi patrzeć mężczyznom prosto w oczy i która nie boi się własnych fantazji.
Tę Lunę, która potrafi być uległa… i dominująca zarazem.
I ona przestała przepraszać za to, że żyje innymi normami i zasadami.
Mirage Elite.
Jeszcze niedawno ta nazwa budziła w niej lęk, który szybko zmienił się w fascyznację.
Później uzależnienie.
A w końcu stała się częścią tego świata. A MirageElite częścią niej samej.
Tony nie tylko ją tam wprowadził… on ją tam stworzył na nowo.
Uczynił z niej kobietę silniejszą.
Pewniejszą.
Piękniejszą.
Nie dlatego, że zmienił jej ciało.
Zmienił jej umysł i sposób patrzenia na świat.
Ale przede wszystkim zmienił sposób w jaki patrzyła na siebie.
I właśnie wtedy, gdy zaczynała wierzyć, że ich życie wreszcie się układa…
Gdy wrócili z Karaibów.
Gdy Nela była szczęśliwa.
Gdy ona zaczynała wierzyć, że mogą mieć wszystko.
Miłość.
Pieniądze.
Rodzinę.
Pasję.
Przyszłość.
Wtedy to wszystko runęło.
Jedna eksplozja.
Brak ciał.
Brak odpowiedzi.
Brak jego.
Jej dłonie zacisnęły się mocniej na kieliszku. Nie czuła ani zimna, ani ciepła. Jedyne co czuła to wszechogarniająca ją pustka i strach.
Nie tylko o siebie.
O Nelę.
Bo jak miała jej powiedzieć, że tata nie wróci?
Jak miała spojrzeć córce w oczy i sama w to uwierzyć?
Nie potrafiła.
Nela też nie wierzyła.
Siedziała skulona na swoim łóżku, obejmując kolana tak mocno, że wydawało się, że próbowała utrzymać w całości świat, który właśnie rozpadał się jej w rękach. Wpatrywała się w szachownicę stojącą na biurku naprzeciwko. Figury były ustawione dokładnie tak, jak zostawił je kilka dni temu tata. Nie pozwoliła nikomu ich ruszyć. Nie pozwoliła mamie schować ich do szuflady. Nie pozwoliła nawet dotknąć pionków. Bo gdyby zniknęły… to tak, jak przyznanie, że jego już nie ma. A ona nie zamierzała tego zrobić. Nie wierzyła w to. Nie potrafiła. Dla wszystkich dookoła był może tylko człowiekiem pełnym tajemnic. Dla jednych dziwakiem. Dla innych marzycielem, który zbyt długo żył wizją czegoś wielkiego. Dla niektórych egoistą, który wyjechał i zostawił rodzinę. Dla ludzi z boku pewnie był człowiekiem, którego trudno było zrozumieć. Ale dla niej… dla niej był po prostu tatą. Najlepszym, choć nie idealnym.
Nie takim, który codziennie odbiera dziecko ze szkoły i piecze z nim ciastka. Ale takim, który nauczył ją patrzeć inaczej. Pokazał jej, że świat nie kończy się tam, gdzie inni stawiają granicę. Że nie trzeba żyć tak jak wszyscy. Że można wierzyć w coś tak mocno, aż stanie się prawdą. Pamiętała, jak siedzieli godzinami przy szachownicy. Jak marszczył brwi i udawał, że naprawdę nie widzi jej ruchów. Jak pozwalał jej wygrywać. Przez chwilę… tylko przez chwilę. Bo później przesuwał jedną figurę. Jedną. Niby nic. A nagle cała gra się zmieniała.
— Widzisz, Nelu… — mówił wtedy spokojnie, stukając palcem w króla. — W życiu wszyscy patrzą na to, co oczywiste. Ale wygrywa ten, kto widzi trzy ruchy dalej.
Wtedy przewracała oczami. Śmiała się i denerwowała. A potem wracała następnego dnia. I kolejnego. Bo chciała go pokonać naprawdę. A on za każdym razem podnosił poprzeczkę. Nigdy nie mówił, że jest za mała. Nigdy nie mówił „nie dasz rady”. Mówił.
— Spróbuj jeszcze raz.
I to „jeszcze raz” zostało z nią. W szkole. W życiu. W chwilach, gdy chciała się poddać. To on nauczył ją, że porażka nie jest końcem. Jest ruchem. Po prostu kolejnym ruchem na szachownicy życia. Pamiętała jego oczy, gdy opowiadał jej o swoim projekcie. O szachach. O biznesie. O świecie online. Mama czasem patrzyła na niego z niedowierzaniem. Inni pewnie też. Może przestali wierzyć. Może śmiali się po cichu. Ale on nigdy się nie poddał. Siedział nocami, tworzył, liczył i planował. I nagle… po prostu wygrał. Po cichu, bez fanfar i wielkich słów. Po prostu udowodnił, że miał rację.
A jej… jej pokazał, że pasja może zmienić wszystko.
Dlatego nie wierzyła, że ktoś taki mógł po prostu zniknąć.
Że mógł umrzeć.
Nie on.
Nie tata.
Nie człowiek, który zawsze miał plan.
Nie człowiek, który potrafił przewidzieć każdy jej ruch w szachach.
Nie człowiek, który wrócił do nich silniejszy.
Bogatszy.
Pewniejszy.
Inny.
Ale wciąż ich.
Łzy spłynęły jej po policzkach.
Otarła je szybko.
Zła.
Na siebie, na świat., na wszystkich.
Na tę cholerną ciszę.
Spojrzała znów na szachownicę.
Sięgnęła po białą królową.
Jego ulubioną figurę.
— Nie wierzę wam… — wyszeptała drżącym głosem.
Ścisnęła figurę mocniej.
— Nie wierzę, że odszedłeś…
Jej oddech przyspieszył.
Serce bolało tak mocno, że aż trudno było oddychać.
Świat stracił kolory, dźwięki i znaczenie. Nie obchodziła jej szkoła.
Nie obchodziły ją wiadomości.
Nie obchodziło jej nic.
Bo jeśli jego naprawdę nie ma… to wszystko inne przestało mieć sens.
Położyła się powoli na łóżku, przyciskając królową do piersi jak talizman. I po raz pierwszy od dawna… nie chciała być silna. Chciała tylko usłyszeć jego głos. Jeszcze ten jeden jedyny raz. „Twój ruch, Nelu.”
Luna widziała to wszystko w jej oczach. Ten sam bunt. Ten sam lęk. Tą sama desperacka nadzieja.
I może właśnie dlatego sama kurczowo trzymała się tej myśli.
Bo gdzieś głęboko…
Pod żałobą.
Pod strachem.
Pod rozpaczą.
Czuła coś, czego nie umiała logicznie wyjaśnić.
Intuicję.
Cichy, uparty głos w środku nie dający spokoju.
Mateusz nie przegrywał.
Tony nie umierał.
Nie taki człowiek.
Nie człowiek, który przewidywał ruchy wszystkich dookoła, i zawsze miał plan.
A jeśli miał plan… to może i teraz go miał.
Może to wszystko było częścią gry.
Może zniknął, bo musiał.
Może chciał ją ochronić.
Ta myśl była irracjonalna i tak cholernie szaleńczo niebezpieczna.
Ale była jedyną, która nie pozwalała jej się rozsypać.
Luna spojrzała na czarny ekran telefonu, który leżał nieruchomo na komodzie. Tak kurewsko milczący i martwy.
A ona tak bardzo chciała, żeby zawibrował.
Żeby pojawiła się wiadomość.
Jedno słowo… jedno jego słowo.
„Kochanie.”
Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech.
Musiała być silna.
Dla Neli.
Dla siebie.
Dla Mirage.
Dla wszystkiego, co zostawił.
Ale tej nocy… tej nocy nie była silna.
Była tylko kobietą, która siedziała przy oknie i rozpaczliwie próbowała uwierzyć, że mężczyzna, którego kochała bardziej niż własny spokój… wciąż gdzieś oddycha.Królowa bez króla
Luna przez dłuższą chwilę siedziała nieruchomo za kierownicą samochodu, patrząc na monumentalny budynek Sky Tower gdzie mieściła się siedziba Mirage Elite. Szklana fasada odbijała szare, ciężkie niebo. Jeszcze kilka dni temu to miejsce tętniło dla niej ekscytacją. Było symbolem nowego życia, nowej wersji jej samej. Dziś wydawało się obce, chłodne i surowe.
Chyba samo było pogrążone w żałobie.
Zacisnęła dłonie mocniej na kierownicy i przez chwilę pozwoliła sobie na słabość. Na jeden jedyny moment, w którym chciała zawrócić samochód, wrócić do domu, zamknąć się pod kołdrą i udawać, że świat nie istnieje.
Ale niestety świat istniał nadal.
A Mirage Elite nie mogło się zatrzymać.
Nie teraz.
Nie po tym wszystkim, co zbudował.
Nie po tym wszystkim, co razem stworzyli.
Wzięła głęboki oddech i wysiadła.
Była ubrana na czarno.
Nie w sposób ostentacyjny.
Nie jak wdowa z taniego dramatu.
Elegancko.
Dopasowane czarne spodnie z wysokim stanem podkreślały jej sylwetkę. Jedwabna koszula, również czarna, miała rozpięty jeden guzik więcej, sprawiając wrażenie, że być może rano zabrakło jej siły, by dopiąć ją do końca. Na ramiona narzuciła długi, perfekcyjnie skrojony płaszcz w kolorze grafitu. Włosy miała gładko spięte w niski kok, ale kilka kosmyków wymknęło się, opadając miękko przy policzkach.
Makijaż był niemal niewidoczny.
Tylko tusz.
I chłodna szminka.
To wszystko jednak nie ukrywało jej oczu.
Czerwonych.
Podkrążonych i pustych.
Szła pewnym krokiem. Wyprostowana. Wysoka. Niedostępna.
Jak królowa.
Jak kobieta, której nikt nie miał prawa zobaczyć słabej.
Recepcja zamarła, gdy weszła. Rozmowy ucichły a spojrzenia odwracały się dyskretnie. Niektórzy spuszczali wzrok. Inni patrzyli z mieszaniną współczucia i lęku. Wieść o tragedii obiegła firmę szybciej niż poranne maile. Każdy wiedział. Każdy szeptał. Każdy czekał.
Ale ona nie zamierzała dać im widowiska.
— Dzień dobry — powiedziała spokojnie, zdejmując okulary przeciwsłoneczne.
Jej głos był cichy, ale stanowczy i profesjonalny.
Recepcjonistka niemal podskoczyła.
— Dzień dobry, pani Luno…
Ona tylko skinęła lekko głową i ruszyła dalej.
Każdy krok odbijał się echem od marmurowej posadzki. Każdy jej krok brzmiał jak komunikat.
Jeszcze stoję.
W windzie spojrzała na swoje odbicie.
Przez sekundę nie poznała samej siebie.
Była piękna, chłodna, silna ale jednocześnie martwa w środku.
Drzwi gabinetu otworzyły się, zanim zdążyła położyć dłoń na klamce.
Alicja.
Stanęła w progu i przez moment po prostu na nią patrzyła. Bez słów. Bez fałszywego współczucia. Bez tej nieznośnej litości, której Luna nie znosiła.
Alicja wyglądała inaczej niż zwykle.
Mniej oficjalnie.
Bardziej miękko.
Jej oczy zaszły łzami.
— Luna…
To jedno słowo wystarczyło.
Luna zacisnęła szczękę.
Alicja podeszła ostrożnie i objęła ją lekko. Nie za mocno. Nie nachalnie. Tak, jak obejmuje się kogoś, kto może rozpaść się od zbyt silnego dotyku. Luna zesztywniała, ale nie odepchnęła jej.
— Tak mi przykro — wyszeptała Alicja.
Luna zamknęła oczy.
Wzięła oddech i odsunęła się pierwsza.
— Firma musi działać — powiedziała chłodno.
Alicja spojrzała na nią ze smutkiem.
— Luna…
— Alicja. — jej głos był spokojny, ale twardy. — Nie możemy się zatrzymać.
Alicja skinęła głową.
Rozumiała.
Może jako jedyna naprawdę rozumiała.
Bo znała Tonego.
Widziała ich. Szacunek, jakim się darzyli. Miłość. Chaos. Namiętność. Wojnę.
— Wszystko jest przygotowane — powiedziała cicho. — Odwołałam dzisiejsze spotkania poza zarządem.
Luna zdjęła płaszcz i rzuciła go na fotel.
Usiadła za ogromnym biurkiem.
Na miejscu Tonego.
Jej miejsce.
A jednak… nie jej.
Dotknęła dłonią gładkiego blatu.
I przez sekundę prawie zobaczyła go po drugiej stronie.
Rozpartego. Pewnego siebie. Uśmiechniętego.
— Dobra decyzja — odpowiedziała.
Alicja jeszcze przez chwilę stała.
Chyba chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie wyszła.
Luna została sama.
W ciszy. W tej zewsząd ogarniającej jej ciszy.
W zapachu jego perfum, który wciąż wydawał się wisieć w powietrzu.
Kilka minut później rozległo się pukanie.
Nie odpowiedziała, jednak drzwi i tak się otworzyły.
Robert.
Stanął w progu.
W granatowym garniturze.
Nienaganny.
Ale pierwszy raz odkąd go znała wyglądał… niepewnie.
— Mogę?
Luna spojrzała na niego chłodno.
Skinęła lekko głową.
Wszedł powoli. Wyglądał jak człowiek, który bał się przekroczyć niewidzialną granicę.
— Jak się trzymasz?
Pytanie zawisło w powietrzu.
Bez sensu w takich okolicznościach a jednak ludzie cały czas je zadają.
Bez odpowiedzi.
Uniosła na niego wzrok.
Pusty.
Nieprzenikniony.
— Pracuję.
Robert westchnął cicho.
— Nie musisz udawać przy mnie.
Jej usta drgnęły.
Ale nie był to uśmiech.
— Nie udaję.
I właśnie to było najgorsze.
Nie płakała. Nie krzyczała. Nie roztrzaskiwała rzeczy. Była zimna. Cicha. Ktoś najwyraźniej wyciął z niej wszystkie emocje.
Robert zrobił krok bliżej ale w ostatniej chwili… zatrzymał się.
Nie odważył się podejść bardziej.
— Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebować…
— Nie będę.
Zamilkł.
Patrzył na nią długo.
Z troską.
Z czymś jeszcze.
Czymś, czego nie chciała teraz widzieć.
— Luna…
Jej głos był lodowaty.
— Wyjdź.
Przez chwilę myślała, że zaprotestuje.
Nie zrobił tego.
Skinął tylko głową.
I wyszedł.
Luna opadła ciężko na fotel.
Wbiła wzrok w telefon leżący na biurku. Czarny ekran rozświetlił się nagle. Nieznany numer. Zmarszczyła brwi ale odebrała.
— Tak?
Po drugiej stronie odezwał się spokojny, oficjalny męski głos.
— Czy rozmawiam z panią Luną Kowalewską?
Serce zabiło jej mocniej.
— Tak.
Krótka cisza.
A potem słowa, które sprawiły, że wyprostowała się gwałtownie.
— Tu komisarz Piotr Wróbel z Komendy Wojewódzkiej Policji… i agentka specjalna Mary Ellen z sekcji przestępstw finansowych FBI z Nowego Jorku
Zamarła.
— Musimy z panią porozmawiać o śmierci pani męża.
Luna zamarła, mocniej zaciskając palce na telefonie. Wiedziała, że ten moment w końcu nadejdzie. Wiedziała, że prędzej czy później ktoś zacznie zadawać pytania. Że policja zapuka do jej drzwi. Że będzie musiała wrócić do tamtej nocy. Do eksplozji. Do słów, których wciąż nie potrafiła przyjąć.
Ale… dlaczego ktoś ze Stanów?
Dlaczego amerykańska agentka?
Co, do cholery, się dzieje?
I dlaczego… mimo strachu, który ścisnął jej gardło… jej serce nagle zabiło mocniej?
Bo wraz z tym telefonem wróciło coś, czego przez ostatnie godziny bała się nazwać. _Nadzieja?_
W końcu… nie znaleziono ciała.
A jeśli nie było ciała… to może nie było też śmierci.
Luna to poczuła. Jak odruch. Kiedy wszystko wydaje się przytłaczające i człowiek ma wrażenie, że nic się już nie zmieni, pojawia się nawet najmniejszy sygnał, coś ledwo widocznego. Nie musi to być nic wielkiego. Czasem to jedno zdanie, gest, wspomnienie albo myśl, że „może jednak”.
I wtedy dzieje się coś ciekawego. Umysł, który jeszcze chwilę wcześniej był zmęczony i zamknięty na cokolwiek, zaczyna się tego sygnału trzymać. Nie dlatego, że nagle wszystko staje się dobre, tylko dlatego, że ten mały fragment „może” wybija się ponad resztę chaosu.
Nadzieja nie jest głośna ani pewna. Jest raczej krucha i trochę nierówna, ale właśnie dlatego tak silnie przyciąga uwagę. Człowiek zaczyna ją obracać w głowie, analizować, dopowiadać sobie scenariusze, bojąc się, że jeśli puści tę myśl, to wróci wcześniejsza pustka.
I często jest tak, że ta drobna iskra robi coś ważnego. Nie rozwiązuje problemów, nie zmienia od razu rzeczywistości, ale przywraca minimalny ruch. Taki, który pozwala wstać, zrobić coś małego, złapać oddech inaczej niż wcześniej. Chęć do życia nie wraca wtedy jako wielka pewność, tylko jako chwilowe rozluźnienie w środku. Ktoś na moment uchylił okno w dusznym pokoju.
I wtedy człowiek właśnie tego się trzyma. Nie dlatego, że wszystko jest dobrze, tylko dlatego, że choć przez chwilę nie jest tak ciężko jak przed chwilą.
I Luna właśnie teraz poczuła tą iskrę.Cienie przeszłości
Kiedy następnego dnia rano Luna weszła do budynku Mirage Elite, miała wrażenie, że od chwili, gdy opuściła go poprzedniego wieczoru, minęły całe tygodnie, a nie zaledwie kilka godzin. Nie spała prawie wcale. Każde zamknięcie oczu przywoływało obrazy eksplozji, której nie widziała, ale którą jej wyobraźnia odtwarzała z brutalną dokładnością. Ogień. Huk. Krzyk. A potem cisza. Ta sama cisza, która od śmierci Tonego nie opuszczała jej ani na chwilę.
Szła szybkim krokiem przez hol, nie zwracając uwagi na pracowników, którzy milkli na jej widok. Była ubrana niemal identycznie jak dzień wcześniej. Czarna, idealnie skrojona marynarka, jedwabna koszula w kolorze grafitu i wąskie spodnie podkreślające jej sylwetkę. Włosy miała spięte wysoko, tak że każdy niesforny kosmyk był oznaką słabości, na którą nie mogła sobie teraz pozwolić. Tylko oczy zdradzały wszystko. Zaczerwienione. Podkrążone. Ciężkie od ciągłej bezsenności.
A jednak szła wyprostowana.
Dumna.
Niedostępna.
Jak królowa, która nie może pozwolić sobie na rozpacz publicznie. Gdy drzwi windy otworzyły się na najwyższym piętrze, od razu ich zobaczyła. Stali przy recepcji, rozmawiając z Alicją, która na jej widok wyraźnie odetchnęła z ulgą.
Mężczyzna odwrócił się pierwszy.
I Luna od razu wiedziała, że to Piotr Wróbel.
Było w nim coś niepokojącego. Coś, czego nie dało się nazwać jednym słowem. Nie chodziło wyłącznie o wzrost czy szerokie barki, choć z pewnością budziły respekt. Nie chodziło nawet o jego twarz. Surową, zmęczoną, z lekko zarysowaną blizną nad łukiem brwiowym i spojrzeniem człowieka, który widział zbyt wiele, żeby jeszcze wierzyć w przypadki.
Chodziło o jego obecność. O ten rodzaj energii, który sprawiał, że człowiek mimowolnie prostował plecy i zaczynał ważyć każde wypowiadane słowo.
Miał na sobie ciemny płaszcz, rozpięty pod szyją, pod którym widać było granatową koszulę i kaburę przy pasku. Nie wyglądał jak policjant z telewizji. Wyglądał jak ktoś, kto nie musi wyciągać odznaki, żeby wszyscy wiedzieli, kim jest.
Jego spojrzenie przesunęło się po niej powoli, zbyt uważnie. Już ją oceniał. Już szukał pęknięcia.
Obok niego stała kobieta.
I choć Luna była przygotowana na wszystko, przez ułamek sekundy naprawdę straciła oddech.
Agentka Mary Ellen wyglądała tak, że miało się wrażenie, że wyszła z innego świata. Wysoka. Smukła. Idealnie wyprostowana. Miała na sobie kremowy garnitur skrojony z niemal chirurgiczną precyzją, podkreślający każdą linię jej ciała bez cienia przesady. Jedwabna koszula pod spodem była zapięta wysoko, elegancko, profesjonalnie… a mimo to było w niej coś niepokojąco zmysłowego.
Jej włosy były ciemno rude, gładko upięte w niski kok, który odsłaniał smukłą szyję i wyraźnie zarysowaną linię szczęki.
Ale to oczy przykuwały uwagę.
Jasne.
Chłodne i nieprzeniknione.
A jednocześnie… dziwnie miękkie. Patrzyły na nią spokojnie ale z wyraźnym zainteresowaniem. Bez litości. Bez agresji. Chcące ją zrozumieć.
I to właśnie było najbardziej niebezpieczne.
Luna poczuła dziwny ucisk w żołądku.
Nie strach.
Nie fascynację.
Coś pomiędzy.
Coś, czego nie chciała analizować.
— Pani Luna Kowalewska? — odezwał się Wróbel niskim, szorstkim głosem.
Skinęła głową.
— Zapraszam.
W gabinecie atmosfera zrobiła się jeszcze cięższa. Luna usiadła za biurkiem Tonego, czując ten znajomy zapach drewna, skóry i jego perfum, który wciąż unosił się w powietrzu. Przez moment miała absurdalne wrażenie, że zaraz otworzą się drzwi, a on wejdzie, zirytowany tym, że ktoś śmie siadać naprzeciwko niej i zadawać pytania.
Ale drzwi pozostały zamknięte.
Piotr Wróbel usiadł naprzeciwko niej ciężko, rozkładając przed sobą notes. Mary Ellen usiadła obok niego z taką elegancją, że nawet ten zwykły ruch wyglądał jak część przemyślanej gry.
— Chcę wiedzieć wszystko — powiedziała Luna, zanim któreś z nich zdążyło się odezwać.
Wróbel wymienił krótkie spojrzenie z agentką.
To ona zaczęła.
Jej głos był spokojny.
Niski.
Miękki.
Zbyt miękki jak na to, co mówiła.
— Pani Luno śledztwo jest w toku. W tej chwili badane są przyczyny eksplozji jachtu u wybrzeży Nowego Jorku. Nie mamy jeszcze oficjalnych wyników ekspertyz. Nie wiemy, czy doszło do awarii, czy do celowego działania.
Luna zamarła.
_Celowego działania?_
To słowo utkwiło jej w głowie.
Mary Ellen kontynuowała spokojnie.
— Nie odnaleziono ciał pani męża ani Adriany Vesper.
Serce Luny zabiło mocniej, tak mocno, że niemal to usłyszała.
Mary Ellen zrobiła krótką pauzę.
— Ale nie chcę dawać pani złudnej nadziei. Przy takiej skali eksplozji szanse na przeżycie są minimalne.
_Minimalne._
_Nie zerowe._
_Minimalne._
Luna zacisnęła dłonie pod blatem.
— Co pani mąż robił w Stanach? — zapytał Wróbel.
Spojrzała na niego chłodno.
— Standardowe spotkania związane z firmą.
— Z Adrianną Vesper?
— Tak.
— Miała pani wiedzę, czego dotyczyło?
Luna zawahała się.
Na sekundę.
Wróbel to zauważył.
Oczywiście, że zauważył.
— Spraw firmowych.
— Czy pani mąż miał wrogów?
To pytanie wywołało w niej gorzki uśmiech.
Tony był człowiekiem sukcesu.
Mężczyzną, który wygrywał.
A ludzie nienawidzą tych, którzy wygrywają.
— Każdy, kto osiąga sukces nieco większy niż pozostali ludzie ma wrogów.
Wróbel oparł się wygodniej.
— Konkretni ludzie?
Luna milczała.
Mary Ellen spojrzała na nią uważnie.
Zbyt uważnie.
— Będziemy potrzebowali dostępu do dokumentacji firmy. Przepływów finansowych, kontaktów i wszystkich dokumentów związanych z wyjazdem pani męża.
Luna zesztywniała.
I właśnie wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie.
Robert wszedł pewnym krokiem.
A potem zamarł.
Luna zobaczyła to natychmiast.
To krótkie spięcie.
Ten błysk rozpoznania.
I coś jeszcze.
Nienawiść. Czystą, nieukrywaną…
Piotr Wróbel podniósł się powoli. Jak drapieżnik, który właśnie wypatrzył długo oczekiwaną ofiarę.
— Nie wierzę… — rzucił cicho Robert.
Wróbel uśmiechnął się chłodno.
— Ja też nie wierzę, że jesteś na wolności.
W gabinecie zrobiło się lodowato.
Robert zacisnął szczękę.
— Nadal bawisz się w bohatera?
— Nadal uciekasz przed odpowiedzialnością?
Luna patrzyła na nich w milczeniu.
Mary Ellen nie odzywała się ani słowem. Ale obserwowała i analizowała. Notowała każdy oddech, każdy ruch.
— To nie miejsce na tę rozmowę — powiedział Robert lodowato.
— Masz rację — odpowiedział Wróbel. — Ale uwierz mi… jeszcze ją odbędziemy.
Od razu skierował się do wyjścia a przechodząc koło Roberta niemal celowo doprowadził do zderzenia ramionami. Robert zdawał się nie zwracać na to uwagi ale w jego oczach pojawił się błysk. Błysk drapieżnika gotowego do ataku.
Napięcie wisiało w powietrzu jeszcze długo po ich wyjściu. Kiedy drzwi się zamknęły, Luna natychmiast spojrzała na Roberta.
— Skąd się znacie?
Robert odwrócił się gwałtownie.
Był blady.
Wściekły.
I pierwszy raz od dawna wyglądał na przestraszonego i zdezorientowanego.
— To nic takiego.
— Nie kłam.
— Luna…
— Powiedziałam… nie kłam!
Przeczesał włosy dłonią.
Nerwowo.
— Stara sprawa.
— Jaka sprawa?
Milczał.
Za długo.
Potem spojrzał na telefon, jak człowiek który szuka ratunku od konieczności przeprowadzenia rozmowy.
— Muszę wyjść.
— Robert…
Ale już go nie było.
Drzwi zamknęły się za nim z hukiem.
Luna została sama.
W ciszy.
Wśród pytań.
I z dziwnym, niepokojącym uczuciem, które zostawiła po sobie Mary Ellen.
Bo po raz pierwszy od chwili, gdy usłyszała o śmierci Tonego… poczuła, że coś się nie zgadza.
A jeśli coś się nie zgadzało… to może jest jeszcze nadzieja.Ruchy bez króla
Kolejne dni w Mirage Elite mijały w dziwnym zawieszeniu, sprawiając wrażenie, że cały świat wstrzymał oddech, czekając na coś, co miało dopiero nadejść.
Z zewnątrz wszystko funkcjonowało perfekcyjnie.
Dokładnie tak, jak zawsze chciał Tony.
Klub nadal był niedostępny tylko dla tych, którzy nie mieli wystarczających wpływów, by zdobyć wejściówkę. Rezerwacje na tygodnie do przodu nie malały. Ekskluzywne eventy odbywały się zgodnie z harmonogramem. Bielizna i buty rozchodziły się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet dział inwestycji i finansów pracował tak sprawnie, jak gdyby śmierć właściciela była tylko nieistotnym nagłówkiem w wiadomościach.
Mirage żyło.
Oddychało.
Funkcjonowało.
Miała swojego następcę. Sukcesja nastąpiła bez słowa sprzeciwu.
A Luna miała wrażenie, że to wszystko dzieje się bez niej.
Siedziała za ogromnym biurkiem Tonego, podpisując kolejne dokumenty, odbierając telefony i podejmując decyzje, których jeszcze kilka miesięcy temu nie potrafiłaby nawet zrozumieć.
Teraz robiła to automatycznie.
Mechanicznie.
Bez emocji.
Jej ciało nauczyło się działać, gdy dusza była w rozsypce.
Większość obowiązków związanych z klubem oddała Alicji.
I Alicja radziła sobie znakomicie. Jak zawsze. Lojalna. Dyskretna. Skuteczna. Była właściwie jedyną osobą, przy której Luna nie musiała udawać aż tak bardzo.
Robert natomiast wyraźnie się wycofał.
Coraz rzadziej pojawiał się na piętrze zarządu.
Coraz mniej mówił.
Coraz częściej zamykał się w swoim gabinecie albo znikał bez słowa. A kiedy już się pojawiał, wyglądał jak człowiek, który żyje na krawędzi swoich emocji. Spięty. Nerwowy. Nieobecny, psychicznie i fizycznie.
Wyraźnie czegoś się bał.
Albo przed czymś uciekał.
Luna zauważyła to od razu.
Tak samo jak zauważyła coś jeszcze.
Lista dokumentów, którą przesłali jej Piotr Wróbel i Mary Ellen, była… dziwna. Siedziała właśnie nad nią po raz trzeci, przesuwając wzrokiem po kolejnych pozycjach. Przepływy finansowe platformy szachowej. Umowy partnerskie dotyczące rozwoju aplikacji. Zagraniczne przelewy związane z serwerami. Kontakty inwestorów technologicznych. Historia logowań administratorów.
Wszystko.
Absolutnie wszystko.
Dotyczyło szachów.
Ani jednego pytania o klub.
Ani jednego o Mirage Elite.
Ani jednego o część finansową związaną z luksusową działalnością. W ogóle ich to nie interesowało. Oni szukali czegoś konkretnego.
I to ją niepokoiło.
Jeszcze bardziej niepokojąca była prośba o dostęp do komputera Tonego. Na szczęście prawnik Mirage zareagował natychmiast.
Odmówił.
Stanowczo.
Powiedział jasno, że na urządzeniu znajdują się informacje objęte tajemnicą handlową, dane klientów i materiały poufne. Bez oficjalnego nakazu nie dostaną nic.
Wróbel oczywiście nie był zadowolony.
Luna widziała to w jego oczach.
Bo Wróbel praktycznie zamieszkał w Mirage.
Pojawiał się niemal codziennie.
Zawsze bez zapowiedzi.
Zawsze z nowymi pytaniami.
I coraz rzadziej dotyczyły Tonego.
Coraz częściej…
Roberta.
— Jak długo pracuje tu Robert? — zapytał któregoś dnia, stojąc przy panoramicznym oknie jej gabinetu.
Luna uniosła wzrok znad dokumentów.
— Od początku.
— Ufa mu pani?
Zawahała się.
Minimalnie.
Wróbel to zauważył.
Oczywiście.
— Tak.
Uśmiechnął się pod nosem.
Bez cienia humoru.
— Ciekawe.
Luna odłożyła długopis.
— Dlaczego tak pana interesuje Robert?
Wróbel odwrócił się powoli.
Patrzył na nią długo.
Za długo.
— Jeśli pani mąż zatrudnił takiego człowieka… to podejrzewam, że sama pani nie ma pojęcia, czym naprawdę się zajmował.
Luna zesztywniała.
— Słucham?
Wróbel zrobił krok bliżej.
— Pani mąż Tony a właściwie Mateusz Kowalewski nie był tylko biznesmenem.
Jego głos zrobił się niższy.
Cięższy.
— A Robert nie jest tylko jego pracownikiem.
Luna poczuła, jak serce zaczyna bić szybciej.
— O czym pan mówi?
Wróbel uśmiechnął się chłodno.
— Jeszcze nie wiem. Ale dowiem się… Prędzej czy później.
I wyszedł.
Zostawiając po sobie zapach papierosów i niepokój.
Mary Ellen była jego przeciwieństwem.
Cicha.
Spokojna.
Elegancka.
Pojawiała się rzadziej.
Ale kiedy już się pojawiała, Luna miała wrażenie, że widzi wszystko. Oceniała spojrzeniem. Notowała w głowie. Analizowała. A jednocześnie… była dziwnie uprzejma.
Któregoś dnia stanęła w drzwiach gabinetu i uśmiechnęła się lekko.
Pierwszy raz.
— Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.
Luna uniosła brew.
— Czego?
Mary Ellen rozejrzała się po wnętrzu.
— Tego wszystkiego.
Tego, co pani zbudowała.
Luna zaśmiała się cicho. Gorzko.
— To Tony zbudował.
Mary Ellen pokręciła głową.
— Nie. Pani mąż stworzył fundament. Ale to pani sprawia, że to wciąż stoi.
Ich spojrzenia spotkały się na chwilę.
Za długo.
Zbyt intensywnie.
Luna pierwsza odwróciła wzrok.
— Była pani już w klubie? — zapytała chłodno.
Mary Ellen uśmiechnęła się subtelnie.
— Nie. Słyszałam, że zdobycie wejściówki graniczy z cudem.
Luna nacisnęła przycisk interkomu.
— Alicja, przygotuj wejściówkę VIP dla agentki Ellen.
Mary Ellen uniosła brew.
— To bardzo miłe.
Luna wzruszyła ramionami.
— Lubię wiedzieć, kto mnie obserwuje.
Mary Ellen zaśmiała się cicho.
I ten śmiech… dziwnie zabrzmiał w jej głowie.
Kilka minut później agentka odbierała wejściówkę na recepcji.
Luna właśnie przechodziła obok kiedy Mary Ellen odwróciła głowę. Ich spojrzenia się spotkały na jeden krótki moment.
I wtedy…
ten wzrok.
Długi. Spokojny. Przenikliwy. I cholernie niepokojący.
Luna poczuła dreszcz biegnący po plecach.
Zmarszczyła brwi.
Nie rozumiała tego.
Nie był to strach.
Nie do końca.
Było w tym coś jeszcze.
Coś, czego nie potrafiła nazwać.
Odwróciła się gwałtownie i ruszyła do swojego gabinetu. Ledwo zamknęła za sobą drzwi, gdy rozległo się pukanie.
Prawnik Mirage.
Wszedł bez zbędnych formalności.
Poważny i nienaturalnie spięty.
— Musimy się spotkać.
Luna uniosła wzrok.
— Teraz?
— Może jutro?
— O co chodzi?
Mężczyzna zawahał się.
Pierwszy raz odkąd go znała.
— Ale nie tutaj.
Luna poczuła chłód.
— Dlaczego?
Spojrzał jej prosto w oczy.
— Luno. Tony zostawił mi instrukcję… na wypadek, gdyby coś mu się stało. I mam ci te instrukcje przekazać.
Zamarła. Dosłownie. Świat wokół niej na chwilę się zatrzymał.
W tej samej chwili telefon zawibrował.
Nieznany numer.
Drżącymi palcami odczytała wiadomość.
_„Pozory potrafią być mylne.”_
Druga wiadomość przyszła sekundę później.
_„Nie jestem twoim wrogiem.”_
Luna wstrzymała oddech.
Trzecia.
_„Gra Tonego jeszcze się nie skończyła.”_
Serce uderzyło jej tak mocno, że aż zabolało. Luna jeszcze przez dłuższą chwilę siedziała nieruchomo, wpatrując się w ekran telefonu tak intensywnie, jak gdyby samym spojrzeniem mogła zmusić te kilka krótkich wiadomości do ujawnienia prawdy. Czuła, jak jej serce bije szybciej z każdą sekundą, a palce coraz mocniej zaciskają się na urządzeniu. Nieznany numer. Lakoniczne zdania. Tajemniczy ton. To wszystko budziło w niej niepokój, który zaczynał rozlewać się po całym ciele.
Nie mogła uwierzyć, że dzieje się to po raz kolejny. To nie mógł być przypadek.
Jeżeli znowu zaczynała dostawać wiadomości z ukrytego numeru, to znaczyło, że coś się działo. Że ktoś ją obserwował. Że ktoś wiedział więcej, niż powinien. Albo, co gorsza, ktoś bardzo świadomie prowadził ją tam, gdzie chciał, żeby się znalazła.
Rozsądek podpowiadał jej, że powinna to zignorować. Powinna oddać telefon informatykowi, prawnikowi albo policji. Powinna potraktować to jak czyjąś chorą grę albo okrutny żart. Powinna zachować zimną krew i nie pozwolić, by kilka anonimowych wiadomości zachwiało tymi resztkami kontroli, które próbowała utrzymać.
A jednak nie potrafiła.
Wbrew rozsądkowi, wbrew logice i wbrew wszystkiemu, co sama sobie powtarzała od chwili, gdy usłyszała o śmierci Tonego, czuła… nadzieję.
Tę cichą, niebezpieczną nadzieję, której tak bardzo się bała. Doskonale wiedziała, że nadzieja bardzo często prowadzi do rozczarowania. Że jest jak obietnica składana przez życie tylko po to, by później boleśniej ją odebrać. Już nie raz przekonała się, że los bywa brutalny, a człowiek najbardziej cierpi wtedy, gdy wierzy zbyt mocno.
A mimo to właśnie tej nadziei trzymała się teraz z całych sił. Bo to ona nie pozwalała jej się załamać. To ona sprawiała, że rano wstawała z łóżka, mimo że każda komórka jej ciała chciała zostać pod kołdrą i zniknąć. To ona zmuszała ją do ubierania eleganckich ubrań, prostowania pleców i nakładania maski kobiety, która nad wszystkim panuje. To ona kazała jej podpisywać dokumenty, podejmować decyzje i patrzeć ludziom prosto w oczy, kiedy w środku rozsypywała się na tysiące kawałków.
Musiała być silna.
Tony ją tego nauczył. To właśnie on nauczył ją, że słabość bywa luksusem, na który nie zawsze można sobie pozwolić. To on pokazał jej, że kiedy świat wali się człowiekowi na głowę, nie można pozwolić sobie na bezruch. Trzeba wykonać ruch. Jakikolwiek. Trzeba działać, nawet jeśli nie zna się wszystkich zasad gry.
Przymknęła oczy i przycisnęła telefon mocniej do piersi.
Tęskniła za nim.
Bardziej, niż była gotowa przed sobą przyznać.
Przez ostatnie dni próbowała wmówić sobie, że radzi sobie dobrze. Że to tylko szok. Że to kwestia czasu. Że musi skupić się na firmie, na Neli, na tym, co zostało.
Ale prawda była zupełnie inna.
Brakowało jej go tak bardzo, że chwilami nie mogła oddychać. Brakowało jej jego głosu. Tego spokojnego, pewnego tonu, którym potrafił jednym zdaniem uciszyć wszystkie jej lęki. Brakowało jej sposobu, w jaki mówił do niej „kochanie”. To słowo było stworzone wyłącznie dla niej. Brakowało jej jego spojrzenia, w którym zawsze odnajdywała spokój i bezpieczeństwo. Brakowało jej jego dotyku, zapachu, obecności.
Dopiero teraz zaczynała rozumieć, jak bardzo stał się centrum jej świata. Jak bardzo wypełnił każdy fragment jej codzienności. Jak bardzo nauczyła się żyć wokół niego. I może właśnie dlatego teraz tak desperacko próbowała wierzyć, że to nie koniec.
Bo gdzieś głęboko, pod warstwą bólu, strachu i tęsknoty, czuła coś jeszcze.
Przeczucie. Cichy, uparty głos, który szeptał jej, że gra wciąż trwa.
Tony zawsze wygrywał.
Zawsze myślał kilka ruchów naprzód. Zawsze planował. Zawsze miał strategię. Nigdy nie zostawiał niczego przypadkowi.
Tylko tym razem Luna nie miała pojęcia, o co toczy się gra.
Nie znała planszy.
Nie znała zasad.
Nie wiedziała, kto jest przeciwnikiem.
A kto tylko udaje sprzymierzeńca.
I właśnie ta niewiedza przerażała ją najbardziej.
Bo po raz pierwszy od bardzo dawna Luna poczuła, że stoi na środku gry, której nie rozumie… a mimo to będzie musiała wykonać kolejny ruch.
Tylko nie wiedziała jaki.List zza grobu
Kancelaria adwokacka należąca do Krzysztofa Borowskiego prawnika Mirage Elite była jednym z tych miejsc, które już samym wyglądem sugerowały, że nie przychodzi się tu po zwykłe porady prawne, lecz po decyzje, które zmieniają kierunek całego życia, i Luna czuła to w sposób niemal fizyczny, gdy siedziała naprzeciwko prawnika, trzymając w dłoniach kopertę, która wydawała się cięższa, niż powinno ważyć kilka kartek papieru.
Widok z okna kancelarii adwokackiej rozciągał się w taki sposób, że miasto nie wydawało się już zwykłą tkanką urbanistyczną, lecz precyzyjnie ułożonym układem napięć, w którym każdy budynek miał swoją funkcję, a każdy ruch na ulicy był częścią większej, niewidzialnej gry.
Na pierwszym planie, niemal dokładnie na wprost wejścia do kancelarii, można było zobaczyć rzeźbę Temidy umiejscowioną przed wejściem do gmachu sądu we Wrocławiu. Symbolu sprawiedliwości. Wysoka, chłodna, wykonana z materiału, który w zależności od światła wydawał się raz surowy, raz niemal miękki, tak że wydawać się mogło, że sprawiedliwość zmieniała swoją fakturę w zależności od tego, kto na nią patrzył.
Tyle że ta Temida nie była ślepa.
Rzeźbiarz z powodu pomyłki, niedopatrzenia albo być może świadomej decyzji, której nikt później nie chciał już korygować, nie zasłonił jej oczu, przez co figura wyglądała tak, że obserwowała wszystko z niepokojącą, ludzką uważnością. I właśnie to czyniło ją ewenementem, bo w kraju, w którym symbole prawa zazwyczaj miały podkreślać bezstronność, tutaj bezstronność została dosłownie pozbawiona swojej metafory.
Luna patrzyła na nią długo, i w tej jednej scenie, w tym nieruchomym obrazie wejścia do sądu, wróciło do niej wspomnienie rozmów, które kiedyś traktowała jak pół żarty, pół filozoficzne prowokacje.
Jej mąż, Mateusz, śmiał się wtedy, że to nie była żadna pomyłka. Według niego Temida w tym miejscu nie była ślepa, bo nie mogła być ślepa tam, gdzie rzeczywistość nie pozwalała sobie na luksus idealizmu. Mówił, że we Wrocławiu sprawiedliwość widzi, i to aż za dobrze. Widzi nie tylko fakty, ale też układy, spojrzenia, gesty, milczenia, które ważą więcej niż przepisy, i że nie wydaje wyroków tak, jak powinna, lecz tak, jak jest jej wygodniej w danym momencie systemu.
„Ona patrzy” — mówił kiedyś z lekką ironią — „i widzi, kto więcej położy na tacy, żeby przechylić szalę na swoją korzyść.”
Dla niego nie była to metafora, tylko obserwacja świata, w którym funkcjonował od lat.
Krążyła tu nawet opowieść. Półgłosem powtarzana w kuluarach, nigdy oficjalnie niepotwierdzona, ale też nigdy do końca niewygaszona. W okolicach sądu istniał kiedyś swoisty „targ świadków”, miejsce, gdzie prawda mogła mieć cenę, a zeznania były traktowane jak zasób podlegający negocjacji. Nikt nie mówił o tym głośno, ale wszyscy, którzy mieli z tym systemem do czynienia, wiedzieli, że niektóre historie zmieniały właściciela szybciej niż dokumenty w aktach sprawy.
Mateusz traktował takie opowieści nie jak sensację, lecz jak element krajobrazu.
Mówił, że Wrocław to miejsce, gdzie prawa się nie tylko interpretuje, ale też testuje w praktyce, gdzie uczciwość bywa luksusem kosztownym, a bogactwo… formą ochrony przed konsekwencją, i że sprawiedliwość bardzo często nie jest ślepa, tylko dobrze opłacona.
„Najgorzej mają uczciwi” — powiedział kiedyś bez cienia dramatyzmu, jak komentator pogody w TVN — „a najlepiej bogaci. Bo sprawiedliwość można kupić, tylko cena nie zawsze jest oczywista.”
Luna pamiętała, jak wtedy patrzył na ludzi inaczej niż większość. Jak na dwie podstawowe kategorie, które porządkowały jego doświadczenie świata biznesu.
Hieny i oszuści.
Dla niego nie było w tym romantyzmu ani moralnego oburzenia, była tylko analiza, sucha i niemal kliniczna. Życie zawodowe nauczyło go, że emocje są jedynie zakłóceniem sygnału, który i tak jest już zniekształcony.
I tylko jedna rzecz pozostawała dla niego niezmienna. Przekonanie, że tych drugich, jest zawsze znacznie więcej, niż człowiek chciałby przyjąć do wiadomości.
Luna stała przy oknie jeszcze długo, obserwując Temidę bez opaski na oczach, i miała wrażenie, że ta jedna drobna niezgodność z symbolem prawa zmienia całe znaczenie budynku naprzeciwko, tak jakby ktoś przypadkiem zdradził prawdę o systemie, który miał być neutralny, a był jedynie dobrze zaprojektowaną iluzją równowagi.
I wtedy po raz pierwszy pomyślała, że być może Mateusz nie opowiadał jej świata w sposób cyniczny.
Być może on go po prostu widział.
Z przemyśleń wyrwał ją głos Krzysztofa. Mężczyzna mówił spokojnie, z precyzją kogoś, kto nie ma prawa do emocji w tej rozmowie, i wyjaśniał jej, że jej mąż przed wyjazdem zostawił mu tę kopertę na wypadek, gdyby wydarzyło się coś nieprzewidzianego, coś, czego nie dało się już skorygować żadnym planem awaryjnym, a Luna miała wrażenie, że każde jego słowo jest jak kolejne odsłanianie warstw czegoś, co było zaplanowane z wyprzedzeniem, którego nie potrafiła nawet objąć swoją wyobraźnią.
— Nie wiem, co powinnaś zrobić — powiedział w końcu prawnik, a ta szczerość zabrzmiała w jego ustach bardziej niepokojąco niż jakakolwiek rada — ale ja też dostałem instrukcje od Tonego… i na chwilę obecną on jest zaginiony, nie martwy.