Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wzgórze Nadziei - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Wzgórze Nadziei - ebook

Bohaterowie poprzednich tomów — Ivar, Irdun i Naur’laron — odkrywają, że byli jedynie pionkami w grze potęg przekraczających ich zrozumienie. Teraz stają w obliczu ostatecznego wroga. Siły, które od wieków kształtowały losy świata, wychodzą z cienia, a prawda okazuje się mroczniejsza niż wszystko, co znali. Nadchodzące starcie rozstrzygnie o losach Cesarstwa i całego świata. Nadzieja i zagłada idą ramię w ramię. Tom trzeci epickiej trylogii fantasy „Oblicza Starożytnych”.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-672-6
Rozmiar pliku: 975 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

_Pięć tysięcy lat przed bitwą o Groeteburg_

Sharilean wyszła przed dom. Uniosła twarz i spojrzała w niebo. Było czyste, błękitne, prawie pozbawione chmur. Słońce wzeszło, oświetlając malowniczą dolinę, w której położona była jej osada intensywnym blaskiem. Zamknęła niebieskie oczy i stała tak przez chwilę, z lubością pozwalając ciepłym, słonecznym promieniom muskać jej bladą, piękną twarz. Była wiosna. Zima odeszła, a wraz z nią krótkie, mroźne i ciemne dni, pełne niewygody, mroku, głodu, strachu i niepewności, zastąpione przez radość i nadzieję lepszego jutra. Drzewa zazieleniły się, pojawiła się świeża, zielona trawa, zmieniając dość ponury, szarobury krajobraz wokół osady w miły dla oka i serca. Śpiew ptaków, który budził ją każdego ranka, był miłą odmianą od przeraźliwego skrzeku głodnych kruków, przesiadujących na okolicznych drzewach i dachach ściśniętych obok siebie domów. Dziewczyna stała w drzwiach długiego, drewnianego domu, z rękami wspartymi w pasie, napawając się każdym promieniem słońca i pozwalając, aby lekki, orzeźwiający wiatr rozwiewał jej włosy.

— Piękny dzień — głos zza pleców wyrwał ją z miłego odrętwienia. Poczuła silne, męskie ręce, oplatające ją w talii. Uśmiechnęła się.

— Hmmm… — mruknęła. — Jest cudownie. Kocham…

— Słońce — dokończył za nią mężczyzna. — Tak, wiem.

Pocałował ją. Pachniał sianem, potem, miłością i nadzieją.

— Dzień dobry, kochana — wyszeptał, odrywając w końcu usta od jej warg.

— Dzień dobry, mężu — odpowiedziała. Oczy, koloru morskiej toni jarzyły się blaskiem radości i szczęścia.

— Zaraz wyruszam — powiedział mężczyzna, nie wypuszczając jej z uścisku.

— Ze mną? — zaśmiała się. — Musisz mnie chyba najpierw wypuścić.

— Kiedy nie chcę — odpowiedział i ponownie ją pocałował. Tym razem dłużej, zachłanniej.

Poczuła żar, rozlewający się w podbrzuszu, niczym gorące mleko.

— Amar… — wyszeptała skręcając głowę i wskazując w głąb domu, na pobliskie łóżeczko zbite z sosnowych deszczułek, w którym spał, leżąc na brzuszku, mały, może trzymiesięczny chłopczyk. — Zaraz się zbudzi…

— Eh… — westchnął mężczyzna, wypuszczając jednak Sharilean z ramion. — Będę musiał zatem poczekać do wieczora… — uśmiechnął się łobuzersko. Jego oczy koloru bursztynu rzucały wesołe ogniki.

Skinęła głową i uśmiechnęła się. Jej wielkie, okrągłe oczy koloru błękitnego nieba, wyrażały miłość i bezgraniczne oddanie. Kosmyki długich, czarnych niczym skrzydła kruków włosów, kontrastowały z bladą, drobną twarzyczką młodej kobiety, opadając jej luźno na ramiona i plecy.

— Ucałuj ode mnie naszego synka, gdy się zbudzi — powiedział Amar, biorąc tobołek i zarzucając sobie na plecy.

Czarne włosy opadały mu luźno na barki. Silne, sękate dłonie chwyciły długą, ciężką włócznię z brązowym grotem, opartą o ścianę obok drzwi. Spojrzał jeszcze na żonę, obdarzając ją uśmiechem na pożegnanie i wyszedł na zewnątrz.

— Aiya, Core! — Amar pozdrowił mężczyznę stojącego nieopodal unosząc włócznię w salucie.

— Aiya, Amar — wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna zwany Core odwzajemnił pozdrowienie, unosząc lewą dłoń. Stał wsparty na drzewcu swej włóczni wyraźnie oczekując na towarzysza.

— Wciąż nie możesz się nacieszyć żoneczką, co? — uśmiechnął się od ucha do ucha, puszczając porozumiewawczo oko do nadchodzącego przyjaciela.

— Haha! — roześmiał się szczerze jasnowłosy w odpowiedzi. — Ano nie mogę.

— Serce się raduje, widząc, że oboje jesteście szczęśliwi — Core klepnął przyjaciela w ramię. Łapy miał ogromne niczym niedźwiedź i podobnie owłosione.

— Gdzie Hyal? — zapytał Amar, rozglądając się wokół.

— Przyjdzie — odparł Core, dłubiąc paznokciem w zębach z zapałem godnym lepszej sprawy. — Zapewne zaspał, jak zwykle, cholerny leń…

Amar zaśmiał się, opuszczając tobołek na ziemię. Było oczywiste, że będą musieli chwilę zaczekać. Odwrócił się ku Sharilean wciąż stojącej w progu chaty. Ich spojrzenia spotkały się ponownie.

I wtedy to usłyszeli.

— Buuuuuuuuu! — przeciągły, donośny, basowy dźwięk rogu, przeciął ciszę nad doliną, niczym ostrze miecza, podrywając okoliczne ptaki z koron drzew i dachów długich domów. Pełne radości spojrzenie Sharilean stężało w jednej chwili. Dźwięk złowieszczo unosił się nad doliną, wprawiając zdumionych mieszkańców osady w osłupienie. Obaj mężczyźni zacisnęli kurczowo dłonie na drzewcach włóczni i spojrzeli w stronę, skąd dochodził złowróżbny dźwięk.

Kilkanaście osób wyszło z wnętrza chałup, rozglądając się ciekawie i spoglądając pytająco po sobie. Niektórzy mężczyźni, spodziewając się najgorszego, dzierżyli w rękach broń, głównie włócznie o długich grotach w kształcie liścia, wykutych z brązu. Niektórzy trzymali szerokie sierpy, inni topory o ciężkim żeleźcu lub proste siekiery. Zaledwie kilku najbogatszych dzierżyło w rękach miecze. Mężczyźni rozglądali się po sobie zaniepokojonym wzrokiem spodziewając się kłopotów, biegli w stronę palisady otaczającej osadę. Osada była już wcześniej kilkukrotnie atakowana przez hordy dzikich, spragnionych łatwych łupów, żywności czy broni, ale jak dotąd, dzięki niech będą Bogom, nie została splądrowana. Dźwięk rogu rozbrzmiewał złowieszczo, a ci, którzy wspięli się na palisadę pokazywali sobie rękami kierunek skąd dochodził, spodziewając się niezapowiedzianych gości. Kilkanaście kobiet wybiegło z drewnianych chałup na wyłożony deskami chodnik, wijący się między domami, łapiąc bawiące się tam dzieci za rękę i zaciągając je do domów. W osadzie zapanowało niecierpliwe ożywienie w oczekiwaniu na nieznane.

— Co się dzieje? — zapytał Amar. Wraz z ogromnym kompanem i kilkoma innymi mężczyznami, którzy wybiegli z pobliskich domów, szybko wdrapali się najbliższymi schodami na odcinek drewniano-ziemnych wałów otoczonych palisadą, dokładnie naprzeciwko miejsca skąd dochodził złowróżbny dźwięk rogu.

— Nie mam pojęcia — odparł Core. — Ale mam złe przeczucia…

Amar już miał uszczypliwie rzucić, że to żadna nowość, jako że Core zawsze miał złe przeczucia, gdy zupełnie jak na potwierdzenie złowieszczych słów przyjaciela, z pobliskiego lasu, po popołudniowej stronie osady, wyłoniły się sylwetki mężczyzn.

Większość z nich miała na sobie zwierzęce skóry lub skórzane napierśniki, a także okrągłe, drewniane tarcze. Co niektórzy na głowach mieli hełmy wykonane z czaszek zwierząt, lub skórzane czepce, a w dłoniach dzierżyli różnoraką broń, od włóczni, poprzez topory, po brązowe miecze. Wyłonili się z lasu niczym duchy, wychodząc na nagie, łagodne stocze wzgórza, na przedpolach osady, równie niespodziewanie, co milcząco. Na zaciętych twarzach obcych malowała się determinacja i fanatyczne oddanie. Spojrzenia pełne wrogości skierowane były w kierunku osady poniżej.

— Popatrz — rzekł Amar do towarzysza. — Widzisz? Mają jakieś znaki.

Core podążył wzrokiem za ręką przyjaciela. Faktycznie, pośród dzikiej hordy wojów, znajdowali się dziwnie ubrani, w długie, powłóczyste szaty koloru krwi, z zarzuconymi na głowę kapturami, mężczyźni trzymający zatknięte na długich drzewcach symbole rombu wpisanego w koło. Z racji swego ubioru oraz krzykliwego, szkarłatnego koloru swych szat, wyraźnie odróżniali się od reszty hordy. Bystre oczy Amara bez trudu wychwyciły, że ubrani w powłóczyste szaty, dzierżący dziwny, nieznany symbol mężczyźni najwyraźniej śpiewali, kiwając się boki.

— Co to jest, do cholery? — zapytał Amar.

— Kłopoty… — odparł Core spluwając przez drewnianą palisadę.

Nagle spośród wojów wyłaniających się z lasu i szybko otaczających osadę, niczym woda obmywająca kamień, wyłonił się wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna. W odróżnieniu od pozostałych, wyposażonych dość prowizorycznie w to, co najwyraźniej udało im się zdobyć lub zrabować, ten miał na sobie kompletną zbroję wykonaną z brązu — brązowy napierśnik, chroniący tors, brązowe nagolenice chroniące nogi oraz brązowy hełm chroniący głowę. Pancerz mienił się złotem w promieniach słońca, a długa, końska kita w kolorze purpury, zatknięta na szczycie hełmu wojownika, szybko skupiła na nim liczne spojrzenia obrońców osady zgromadzonych na wale obronnym.

Mężczyzna, najprawdopodobniej będący wodzem watahy, wyforsował się przed linię swoich wojsk otaczających osadę, schodząc samotnie kilkadziesiąt stóp w dół łagodnego, wytrzebionego z drzew zbocza. Dziesiątki par oczu obserwowały go z zapartym tchem. Śpiew kapłanów umilkł i przez chwilę panowała kompletna cisza, gdy zakuty w brąz wojownik i obrońcy osady mierzyli się wzrokiem w oczekiwaniu na rozwój wypadków. Dźwięk rogu umilkł, a nieznajomy mężczyzna wydawał się oczekiwać, aż jego wojska otoczą osadę szczelnym kordonem.

Chwilę to trwało.

Nagle wojownik uniósł wysoko prawicę, w której dzierżył długą, ciężką włócznię i krzyknął. Głośno. Drapieżnie. Z całych sił w płucach. Po chwili dołączyli do niego pozostali wojownicy, idąc za przykładem swego wodza. Dziki ryk pełen żądzy krwi, nienawiści i wściekłości rozszedł się nad całą okolicą, niczym potężna fala, uderzając w palisadę, wdzierając się w przerażone serca obrońców niczym ostrze miecza.

— Co to jedni?! — zapytał Amar, starając się przekrzyczeć zgiełk i zaciskając dłonie na drzewcu włóczni tak, że aż zbielały mu kłykcie.

— Nie mam pojęcia — odparł Core. — Pierwszy raz widzę takie znaki.

— Kuzyn ze strony matki — wtrącił niemłody już mężczyzna stojący obok Core dzierżący w swych sękatych dłoniach włócznię — mówił, że na północy kwitnie jakaś nowa wiara, że krzewią ją ogniem i mieczem. Może to oni…

— Szykuj się! — rozległo się niespodziewanie po ich lewej.

Wszyscy spojrzeli w tym kierunku. To był Grabo, starszy osady, doświadczony wojownik i weteran wielu bitew, którego dziad, jak głosiła miejscowa legenda, był jednym z założycieli osady.

— Łucznicy, przygotować się! — Grabo wydawał kolejne komendy, wymachując energicznie mieczem.

— Wy tam, łapać oszczepy! Już, już!

Amar i Core odłożyli ciężkie włócznie, które wzięli, aby zapolować na niedźwiedzia i wraz z innymi mężczyznami, obsadzającymi ten odcinek wału, wyciągnęli po dwa smukłe oszczepy z beczki, ustawionej nieopodal, a których na palisadzie było kilkadziesiąt, przygotowanych właśnie na taką okazję.

Wroga armia wydawała się jednak nie spieszyć. Wściekły ryk wojów oblegających osadę, wzbijał się pod niebiosa, zwiastując zagładę.

Obcy wojownicy poczęli rytmicznie uderzać swą bronią w tarcze, pohukiwać i tupać. Chrzęst broni mieszał się z ich głosami, mrożąc krew w żyłach obrońców. Dało się słyszeć przerażony pisk kobiet i płacz dzieci. Amar kątem oka zauważył, jak dłonie pobliskiego młodzika, stojącego obok niego, liczącego sobie zaledwie piętnaście zim syna garbarza o imieniu Kito, trzęsą się jak w febrze. Amar wyciągnął rękę i poklepał chłopaka po ramieniu, starając się dodać mu nieco otuchy. Chłopak aż podskoczył, niczym wyrwany z transu. Jego duże, zielone oczy, zdradzały paniczny strach, a usta drgały. Kito wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać. Z trudem panował nad sobą.

— Spokojnie Kito — próbował pocieszyć go Amar. — Będzie dobrze. To nie pierwszy raz nas atakują…

Wyszło mu średnio. Chłopak skinął głową i próbował się uśmiechnąć, ale nie wyglądał na przekonanego. W głębi duszy, Amar musiał przyznać, że sam w to nie wierzy. Osada, co prawda obroniła się w przeszłości wielokrotnie, ale napastnicy nigdy nie byli zorganizowani — ot, hordy dzikich, głodnych koczowników, liczących na łatwy łup i niemających nic do stracenia.

Szybki rzut okiem na obcych wystarczał, aby dojść do ponurego wniosku, że w tym przypadku jest inaczej. Instynkt łowcy podpowiadał, że tej walki nie wygrają. Zimne krople potu ściekały mu po plecach, a w żołądku czuł kamień. Pełen obaw, spojrzał w stronę rodzinnej chaty spodziewając się ujrzeć żonę, ale Sharilean już tam nie było.

— Ruszyli! — zawołał Core.

Faktycznie, fala wojowników z dzikim rykiem rzuciła się w dół zbocza, szturmując osadę. Amar zdziwiony obserwował, jak fala odzianych w skóry wojowników zbiegała z łagodnego stoku otaczającego osadę od południa, szybko zbliżając się do palisady. Spojrzał na kompana. Był, co prawda myśliwym, nie weteranem wielu bitew jak Grabo, ale nawet on rozumiał, że bezpośredni szturm na wał obronny i solidną, wysoką na półtora chłopa, obsadzoną bitną i zdeterminowaną załogą palisadę to zwykła głupota.

— Co oni wyra… — nie tyle usłyszał, co odczytał z ruchu warg przyjaciela, jako że wrzask nacierających wojowników zagłuszał wszystko. Najwyraźniej Core doszedł do podobnych wniosków, nie było mu jednak dane dokończyć zdania. Urwał w pół słowa, gdy zza pleców szturmującej hordy wyleciały nagle dwa pociski, najprawdopodobniej wystrzelone z katapult ustawionych gdzieś na polanie w głębi lasu, poza zasięgiem wzroku obrońców. Amar z szeroko otwartymi ustami obserwował tor ich lotu. Ciągnąc za sobą długi, płonący ogon, pociski uniosły się wysoko w niebo, a potem błyskawicznie zaczęły opadać w dół. Jeden z nich poleciał za daleko i eksplodował w środku osady trafiając w jeden z mieszkalnych domów. Budynek w jednej chwili rozleciał się w drzazgi. Połamane, drewniane belki, strzecha, a także wyposażenie domu oraz ciała ludzi, będących w chwili uderzenia pocisku w środku, poleciały we wszystkie strony, uderzając w sąsiadujące budynki i krzątających się tam mieszkańców, dokonując kolejnych zniszczeń. Chmura ognia uniosła się nad osadą, błyskawicznie przeskakując na dachy sąsiednich domów. Drugi z pocisków uderzył w wał i palisadę, robiąc w niej wielką, szeroką na kilku chłopów wyrwę. Zwęglone, zmasakrowane ciała obrońców wyleciały w powietrze, opadając wraz z odłamkami i kawałkami ziemi. Krzyk rannych i umierających mieszał się z dzikim wyciem szturmujących wał obcych wojowników. Amar czuł się jak w transie. Czas jakby zwolnił. Obserwował niczym zahipnotyzowany, ogromny płomień rozwijający swe ogniste skrzydła nad osadą. Do jego uszu, jak przez mgłę, docierał rozpaczliwy krzyk ludzi palonych żywcem. Widział jak Kito, stojący obok, na ten widok zgina się w pół w spazmach i wymiotuje, a broń wypada mu z ręki.

— Wypuść! Wypuść! — głos Grabo przebijał się przez zgiełk bitwy wzywając do boju.

Amar widział jak kilkudziesięciu łuczników napina cięciwy swoich łuków, wykonanych z drewna, zwierzęcych rogów i ścięgien, po czym je zwalnia. Kilkadziesiąt strzał ze świstem przecięło powietrze, wzbijając się wysoko w niebo, aby opaść na szturmujących palisadę z zabójczą skutecznością, powalając kilkunastu mężczyzn.

— Rzucać! Rzucać! — niezmordowany Grabo wydawał kolejne komendy ochrypniętym głosem.

Amar wychylił się nieco przez belki palisady. Wojownicy wroga byli już tak blisko, że widział ich ogorzałe, wykrzywione nienawiścią twarze oraz dziwne, niebieskie tatuaże pokrywające policzki i czoła.

Uniósł swój oszczep i z całej siły miotnął, celując w jednego z nacierających, ubranego w zwierzęce skóry z naszyjnikiem z kości i wielką, skórzaną czapą na głowie. Oszczep przemknął niemal po linii prostej trafiając biegnącego mężczyznę w pierś, przebijając go na wylot i obalając na trawiastą ziemię. Niewiele się namyślając, Amar złapał kolejny oszczep i ponownie rzucił, trafiając następnego wroga, tym razem, w szyję, niemal odrywając głowę od tułowia. Krew trysnęła na boki, zalewając twarz i pierś śmiertelnie rannego. Trafiony mężczyzna upadł na ziemię, umierając bez słowa. Z rozerwanego pociskiem gardła tryskał szkarłatny gejzer krwi. Core również nie próżnował, trafiając oszczepem dwóch innych podbiegających już do palisady wrogów. Nie na wiele się to jednak zdało. Kolejny pocisk wystrzelony z katapulty uderzył w umocnioną bramę, rozbijając ją doszczętnie. Dach, zbudowany z solidnych, drewnianych bali, pokryty skórami zwierząt, oblanymi zimną wodą, aby uniemożliwić podpalenie kluczowej dla życia osady konstrukcji, trafiony masywnym pociskiem, załamał się niczym domek z kart, zgniatając kilkunastoosobową załogę. Duże, dębowe wrota pękły, niczym skorupa jajka. Tłum szturmujących obcych zawył niczym głodna, wilcza wataha i runął w tę stronę, wlewając się do osady niczym wezbrany potok przez kolejną wyrwę.

— Sharilean! Nordi! — przemknęło Amarowi przez głowę.

Złapał swą włócznię, podbiegł do krańca obronnego wału i zeskoczył na dziedziniec, rzucając się biegiem w stronę rodzinnego domu. Biegł wymijając owładniętych paniką mieszkańców, serce biło mu jak szalone, a strach ściskał gardło niczym imadło. Wiedział, że bitwa jest już przegrana, a osada zgubiona. Teraz, liczyło się jedynie ocalenie najbliższych.

Wpadł do domu, niczym błyskawica otwierając drzwi z impetem. Sharilean stała na środku izby, z ich synem na rękach. Cofnęła się przerażona, gdy drzwi rozwarły się na pełną szerokość uderzając z hukiem w drewnianą ścianę.

— Musimy uciekać! — wyrzucił z siebie Amar.

Podszedł do kobiety szybkim krokiem, złapał za rękę i pociągnął ku drzwiom. Wybiegli na zewnątrz.

Osada umierała. Resztki obrońców uwięzione na wale obronnym, atakowane z dwóch stron, boleśnie odgryzały się atakującym hordom, lecz ich los był przesądzony.

Raz za razem, kolejny z obrońców padał pod ciosami miecza, topora lub przebity grotem włóczni, a na jego miejsce wdzierał się z dzikim wyciem odziany w skóry wojownik wroga. Rzeka obcych wlewała się do wnętrza osady poprzez rozbitą bramę oraz zniszczony wał, mordując wszystkich bez wyjątku na swej drodze, kobiety, dzieci, starców czy mężczyzn. Amar gorączkowo rozejrzał się wokół.

Nie było dokąd uciekać. Wszędzie panował chaos. Odgłosy mordowanych, dzikie wycie ogarniętych szałem najeźdźców, szczęk broni, odgłosy walki, płacz kobiet i dzieci oraz rozpaczliwe błagania o pomoc lub litość, mieszały się w jedną całość — piekła na ziemi. Amar czuł, jak dłoń Sharilean rozpaczliwie zaciska się na jego dłoni. Ona także zrozumiała…

— Wracamy do domu! — krzyknął Amar do żony. — Szybko! Spróbujemy się scho… — nie dokończył.

Zza domu wypadł obcy wojownik. Odziany w skórę niedźwiedzia, poplamioną od krwi, z brązowym toporem w okrwawionej dłoni uniesionym wysoko do ciosu i twarzą wykrzywioną szałem, rzucił się na nich bez chwili wahania, wydając dzikie wycie, niczym wściekłe zwierzę. Amar nie zwlekał. Błyskawicznie uniósł włócznię kierując jej liściasty grot prosto w tors atakującego. Ostrze gładko przebiło ciało i wyszło plecami. Dziki zadrgał niczym ryba nabita na harpun. Głos załamał się, zachrapał. Krew chlusnęła z ust. Amar wyszarpnął włócznię z impetem, a ciało zabitego osunęło się na drewniany chodnik przed domem, barwiąc go szkarłatem.

— Szybko, do środka! — krzyknął Amar.

Nie zdążyli. W ślad za pokonanym wojownikiem wypadła pulchna kobieta w podartej, osmalonej koszuli, z krzykiem omijając Amara oraz Sharilean. Musiała już wcześniej uciekać jedną z bocznych uliczek osady, a w ślad za nią wybiegło trzech kolejnych, obcych wojowników. Jeden z napastników dzierżył brązową siekierę, drugi potężną, okutą brązem maczugę, a trzeci włócznię oraz małą, okrągłą tarczę z wymalowanym na niej symbolem rombu i koła. Z dzikim wyciem rzucili się na napotkaną parę, nie dając czasu do namysłu. Amar zbił drzewcem włóczni cios siekierą, ale nie zdążył zasłonić się przed grotem włóczni, który z paskudnym mlaśnięciem przebił mu udo. Mężczyzna zawył i opadł na kolano.

— Nie! — wrzasnęła Sharilean, gdy obcy wyszarpnął okrwawiony grot.

Chlusnęła krew.

Amar upadł, ale wspierając się na drzewcu włóczni próbował się podnieść. Nie zdołał. Cios maczugą w głowę rozciągnął go na ziemi i pozbawił przytomności.

— Brać ich! — rozkazał wojownik z włócznią. — Dzieciaka też. Kapłani się ucieszą.

— Nieeee! — krzyczała Sharilean, gdy jeden z mężczyzn podszedł do niej i złapał za rękę, próbując wyrwać jej z objęć niemowlę.

Szarpali się przez chwilę. W końcu, olbrzymi wojownik w okrwawionym, skórzanym kaftanie stracił cierpliwość i uderzył ją pięścią w głowę, wyrywając jej dziecko.

Ogarnęła ją ciemność.

Sharilean otworzyła oczy i krzyknęła. Przeraźliwie. Ból, jaki poczuła, a który przywrócił ją do przytomności, był jak nic, co czuła kiedykolwiek wcześniej. Jej ręce, oraz nogi eksplodowały cierpieniem. Zatrzepotała powiekami, próbując odzyskać jasność widzenia i spojrzała. Leżała rozciągnięta na drewnianej, nieheblowanej belce, z rękoma szeroko rozłożonymi na drugiej — krótszej i poprzecznej. Wielki brązowy gwóźdź sterczał jej z lewej ręki, wbity w ciało i drewno na wysokości nadgarstka. Kałuża krwi wokół przebitej ręki szybko rosła.

— Nieee! — wrzasnęła, gdy jej umysł zrozumiał. — Nie!!!

Łup! Łup! Łup! Tępy dźwięk wbijania kolejnych gwoździ dobiegł do jej uszu, mieszając się z jej rozpaczliwym, pełnym cierpienia krzykiem, gdy dwóch okutanych w zwierzęce skóry mężczyzn dokończyło pracę, po czym przy pomocy haków, unieśli krzyż i opuścili do wykopanej w ziemi dziury.

Sharilean krzyczała. Głośno. Rozpaczliwie. Jej szeroko otwarte, niebieskie oczy zaszły krwią. Z trudem łapała powietrze, niczym ryba wyciągnięta na brzeg. Krew z ran na rękach i nogach, płynęła strumieniem, a ogromne łzy, ściekały na pierś.

— Nordi… Nordi! Moje… dziecko! Gdzie jest…

Straszna myśl pojawiła się w głowie, ściskając gardło. Poczuła lodowate mrowienie na plecach.

Spojrzała na boki, z trudem przekręcając głowę. Każdy, nawet minimalny ruch potęgował cierpienie. Obok niej, wzdłuż ścieżki, prowadzącej do osady, ustawiono dziesiątki krzyży, do których przybito tych z mieszkańców osady, którzy nie zginęli od razu, gdy dzika horda wdarła się do środka. Owi szczęśliwcy, teraz zapewne przeklinali swój los, gdy ich rozpaczliwe krzyki, oraz płacz mieszał się z metalicznym dźwiękiem wbijanych gwoździ i wzbijał się pod niebiosa. Wokół krzyżowanych uwijali się żołdacy zwycięskiej armii, a wszystkiemu przyglądała się spokojnie grupka mężczyzn w szkarłatnych szatach ze znakami rombów wpisanych w koło, oraz potężny, obleczony w noszącą ślady krwi zbroję z brązu wojownik.

— Gdzie! Gdzie… moje… moje dziecko?! — resztą sił krzyknęła Sharilean, próbując zwrócić na siebie uwagę dziwnych mężczyzn.

W głębi duszy wiedziała, czuła, że Amar nie żyje, ale nie mogła zaakceptować tego samego dla ich syna. Serce waliło w piersi niczym młot.

Jeden z dziwnych zakapturzonych mężczyzn, niski, wyraźnie starszy od reszty, w szkarłatnym habicie i szerokim kapturze zarzuconym na jajowatą głowę, uniósł wzrok i przez chwilę ich spojrzenia skrzyżowały się. Wspierając się na kosturze, z dużą, okrągłą głowicą odlaną z brązu, podszedł wolnym krokiem do cierpiącej kobiety. Uniósł starczą, przyprószoną siwizną głowę i zwrócił się do kobiety.

— Twoje cierpienie oczyści twą duszę, dziecko — powiedział.

Głos miał mocny, stanowczy, a jego szare, starcze oczy wpatrywały się w ukrzyżowaną bez cienia współczucia, czy żalu.

— To jedyny sposób, aby twa dusza dostąpiła zbawienia — dokończył kiwając głową, jakby oznajmiał oczywistą dla wszystkich prawdę.

— Moje dziecko! — wyrzuciła z siebie ostatkiem siły Sharilean. — Gdzie jest mój syn?!

— Jesteście czcicielami Matr’loch! — zagotował się staruszek, a jego szare oczy zalśniły gniewem. — Dzikusami! Czcicielami przeklętego Yg’Sotha! Wszyscy musicie zginąć! Przepaść! Zniknąć! Świat musi zostać oczyszczony z plugastwa, którym jesteście!

Ciało staruszka trzęsło się jak w febrze, a dłoń, kurczowo zaciśniętą na drewnianym kosturze, potrząsała nim z taką energią, iż mało brakowało, a dziadyga by upadł. Podtrzymał go wielki wojownik zakuty w brąz, który widząc napad furii starego kapłana podbiegł na tyle szybko, by go złapać swym mocarnym ramieniem i podtrzymać.

— Oddajcie moje dziecko! — wyrzuciła z siebie resztkami sił Sharilean, wypluwając krew.

Rozpacz rozrywała jej serce, przyprawiając niemal o szaleństwo. Strach ściskał gardło niczym imadło. Krew z przebitych kończyn ciekła po belkach. Zaczynało brakować jej tchu. Kaszlnęła wypluwając krwawą pianę.

— Twoje dziecko, ten pomiot demona, przeklęta suko, jest tam! — krzyknął starzec, obwisły z wysiłku na ramieniu wojownika, wskazując ręką pobliską chatę. Oczy starca miotały błyskawice. Nienawiść, która go wypełniała, była porażająca.

Sharilean podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku. Serce jej zamarło. Czas, jakby się zatrzymał.

Mała, drewniana chata, stojąca nieopodal, była na co dzień czymś w rodzaju przydrożnej kapliczki, w której wyruszający na szlak mieszkańcy osady mogli złożyć Starym Bogom skromną daninę, prosząc o ich ochronę i bezpieczny powrót. W środku, oprócz małych, wydłubanych przez snycerza w drewnie i ustawionych na drewnianej półce posążków Matr’loch, tak, jak wyobrażał sobie swych boskich opiekunów jej lud, nie było nic więcej. Fala lodowatej grozy zalała Sharilean, gdy jej umysł pojął, że ze środka niewielkiej chaty, dobiega coraz głośniejszy płacz dzieci i kwilenie niemowląt.

— Nie!!! — krzyknęła z całych sił. — Nieeee!!!

— Oto nadchodzi nowe! Oto nadchodzi nowa Wiara! Nowy, doskonały świat! — wydzierał się staruszek, ledwo stojąc na nogach.

— Wypalimy ogniem całe plugastwo tego padołu! Czterech nad światem i nic ponad to! — wrzeszczał dziadek wznosząc ręce ku niebiosom, a jego szeroko rozwarte oczy tryskały fanatycznym szaleństwem.

— Nieee!!! — krzyczała Sharilean obserwując bezradnie, jak kilku obcych wojów rzuca na chatę ciemne, gliniane garnce pełne jakiejś czarnej, gęstej substancji, jak pękają one z brzdękiem rozbijając się o belki ścian i kryty strzechą dach, jak oleista ciecz nieśpiesznie rozpływa się, by wreszcie zapłonąć potężnym, mocnym płomieniem, gdy jeden z obcych rzucił zapaloną pochodnię. Dom stanął w ogniu w jednej chwili, a płacz uwięzionych w środku dzieci szybko przeszedł w rozpaczliwy pisk, pełen cierpienia i bólu.

— Nieeeeee!!! — krzyczała Sharilean każdą komórką swojego ciała.

Dołączyli do niej inni, ukrzyżowani widząc tragedię swych dzieci. Rozpaczliwy krzyk i płacz wzbijał się pod niebiosa. Krew z przebitych nadgarstków ściekała kobiecie po rękach, zbiegając się pod pachami, a z przebitych nóg, kapała na pionową belkę krzyża, ściekając na ziemię, tworząc szkarłatną kałużę posoki.

— Moje dziecko! Mój syn! Nie! Nie! — krzyk w jej głowie niemal rozsadzał jej umysł.

— Nieeeeeeee!!!

— Sharilean… — nieznany szept w jej umyśle, był niczym muśnięcie wiatru, delikatny, krótki, niespodziewany.

Zamrugała zaskoczona, potrząsając głową. Ból był nie do zniesienia. Zignorowała głos sądząc, że traci rozum.

— Aaaaa! — zapłakała, a łzy mieszając się z krwią kapały jej na lnianą koszulę — mój… mały… Nordi … Nie!!!

— Sharilean… — ponowny szept.

— C… co? — zapytała w myślach. — Tracę rozum…

— Nie, Sharilean… — odparł szept w jej głowie — nie tracisz, córko. Wysłuchaj mnie…

Sharilean nie miała już siły krzyczeć. Nie miała już siły płakać. Nie miała siły myśleć. Rozpacz i ból były nie do zniesienia. Straciła wszystko, co kochała. Wszystko, po co żyła. Kątem oka widziała płonącą, rozlatującą się chatę, w której płonęły żywcem uwięzione dzieci. Ich krzyk po chwili zaczął słabnąć, aż w końcu ucichł zupełnie. Płomienie wzbijały się pod niebiosa, a swąd palonego, ludzkiego ciała, wdzierający się w nozdrza, był obezwładniający. Kilku wojowników, obserwujących makabryczne wydarzenie z bezpiecznego dystansu, zwymiotowało.

— Dołącz do mnie, Sharilean, córo Atanara. Oddaj się mnie, zostań narzędziem mojej zemsty…

— C… co? — głowa kobiety opadła na ramię. Nie była pewna, czy wciąż żyje, zawieszona między jawą, a śmiercią.

— Razem pomścimy twych bliskich… — szept w jej głowie był coraz silniejszy, słowa coraz bardziej kuszące. Oplatały ją niczym ramiona kochanka, dając wytchnienie, kojąc ból.

— Razem, pomścimy Nordiego…

— Kim… jesteś? Czym… jesteś? — Wysiliła się na pytanie. Coraz trudniej zbierała myśli.

— Wiesz, kim jestem… — odparł głos.

Poczuła strach. Lodowaty. Obezwładniający. Pierwotny. Otworzyła szeroko oczy. Unoszący się przed nią cień, niczym utkany z mroku, zdawał się pochłaniać całe światło, zasysać je do środka. Długie ciemne, fioletowe macki wychodzące z wnętrza cienia zdawały się sięgać ku niej, tańczyć wokół umierającej kobiety, muskać jej twarz, jakby chciały otrzeć jej łzy.

— Dołącz do mnie, Sharilean, dziecko Ilunari. Stań się moim ramieniem! Moją pięścią! — Szept przerodził się w donośny, zdecydowany głos, a słowa wręcz drgały od nagromadzonej mocy. Powietrze wokół cienia falowało, choć nie była pewna, czy to jawa, czy sen. Sądząc po obojętności ludzi w pobliżu krzyża, najwyraźniej była jedyną, która to widziała.

— Poddaj się mojej woli, dziecko, a gdy przyjdzie czas, nagrodzę cię… — głos zrobił pauzę, ucichł.

Sharilean westchnęła w oczekiwaniu. Ból był nie do zniesienia. Jej dusza krwawiła.

— Ukojeniem… — nieznany głos dokończył.

Sharilean zamknęła oczy. Wielka łza pociekła jej po bladym, zakrwawionym policzku. Oczami duszy widziała małą, okrągłą, bladą twarzyczkę Nordi, uśmiechające się do niej, duże, okrągłe oczy, niebieskie niczym tafla jeziora, czuła ciepło jego małego ciałka, wtulającego się w jej ramiona… Zrozumiała, że nigdy więcej tego nie doświadczy. Że zabrano jej wszystko, co kochała, wyrwano przemocą z jej życia, spalono żywcem.

Płomień nienawiści zapłonął w jej duszy. Żar żądzy zemsty rozszedł się po całym jej ciele, wypełniając ją całą.

— Tak… — odpowiedziała cicho, ledwo poruszając ustami.

Potężny ryk, pełen radości, a także wściekłości, gniewu oraz żądzy zemsty rozbrzmiał w jej umyśle, gdy fioletowe macki mrocznej mocy wbiły się w jej ciało, które zadrgało spazmatycznie, niczym ryba nabita na harpun, a ziemia wokół krzyża zadrżała.

Otworzyła oczy. Jeszcze niedawno błękitne niczym morska toń, teraz były ciemne i całkowicie fioletowe, niczym kwitnące wrzosy.

I zwiastowały koniec świata.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij