Wzorzec - ebook
Dwadzieścia osiem minut. Tyle trwało spotkanie, na którym zlikwidowano sześć lat pracy Wery Kalnickiej. Zostają jej dane i pytanie bez odpowiedzi. Odpowiedź znajduje kilka miesięcy później i nie umie w nią uwierzyć: struktura, jaką widzi w profilach żywych komórek, powtarza się w rozumowaniu siedmiu niezależnych systemów sztucznej inteligencji. Trzy tygodnie później ktoś włamuje się do jej mieszkania. Nie zabiera niczego poza kopią zapasową. Nie jest pierwsza. Ktoś zauważył ten wzorzec lata przed nią i zbudował na nim firmę doradczą, sprzedającą rządom skuteczność bez wyjaśniania, skąd się bierze. Zostaje ucieczka z Lublina do Brukseli, wspólnik z przeszłością w wywiadzie i dwa tygodnie do podpisu kontraktu. „Wzorzec" to thriller naukowy o odkryciu zbyt cennym, żeby pozwolić mu być prawdą, oraz o cenie lojalności wobec własnych mistrzów. Książka powstała przy udziale sztucznej inteligencji, wykorzystanej jako asystent w edycji tekstu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dwadzieścia osiem minut. Tyle trwało spotkanie, na którym zlikwidowano sześć lat pracy Wery Kalnickiej.
Siedziała po niewłaściwej stronie szklanego stołu w sali konferencyjnej na dwunastym piętrze Helion Institute, twarzą do okna. Przez nie Wiedeń wyglądał jak płytka obwodu: światła ułożone w regularne ścieżki, po których krążyły ciemne punkty samochodów. Po drugiej stronie stołu siedziało troje ludzi z działu finansowego i jeden z nauki. Tym jednym był Marcus Veyne.
– To nie jest ocena jakości twojej pracy, Wera – powiedział tonem, jakim mówi się do kogoś, kogo żal, ale nie na tyle, żeby coś zmienić. – To kwestia priorytetów portfela. Onkologia obliczeniowa ma teraz trzy projekty w fazie klinicznej. Twój jest w fazie koncepcyjnej szósty rok.
– Bo dane wymagają więcej czasu, niż zakładał harmonogram napisany przed zebraniem danych – odpowiedziała.
– Wiem.
– Wiesz, ale i tak to robisz.
Nie odpowiedział. Patrzył na nią z tym samym spokojem, z jakim patrzył na wszystko: na wykresy, na ludzi, na własne ręce złożone na blacie stołu. Wera pracowała z nim jedenaście lat i nigdy nie widziała, żeby ten spokój pękł. Czasem podejrzewała, że to nie jest opanowanie, tylko brak czegoś, co u innych ludzi pęka.
Pamiętała pierwsze spotkanie z nim, jedenaście lat wcześniej, kiedy była doktorantką drugiego roku, przestraszoną własną odwagą, że w ogóle zgłosiła się na rozmowę do Helion Institute. W jej rodzinnym Krakowie mówiło się o tym instytucie z nabożną czcią, jakby trafiali tam tylko ci, którzy wiedzą coś, czego ona nigdy nie będzie wiedziała. Veyne, wtedy kierownik niewielkiego zespołu zajmującego się modelowaniem ekspresji genów, przesłuchał ją przez dwie godziny, zadając pytania coraz trudniejsze. Aż w końcu, kiedy przyznała, że nie zna odpowiedzi na jedno z nich, uśmiechnął się – pierwszy i jeden z niewielu razy, kiedy widziała u niego coś przypominającego radość – i powiedział: dobrze, że pani przyznaje, kiedy nie wie. Większość kandydatów próbuje zgadywać. Przyjęta.
Te jedenaście lat złożyły się na coś więcej niż relację zawodową, choć Wera nigdy nie potrafiła nazwać tego precyzyjnie. Mentor nigdy nie chwalił wprost, ale jego milcząca aprobata znaczyła więcej niż entuzjazm innych. Człowiek, którego sposobu myślenia, metodycznego, pozbawionego zbędnych słów, nauczyła się naśladować, zanim zdała sobie sprawę, że to robi.
Teraz patrzyła na niego po drugiej stronie szklanego stołu i próbowała znaleźć w jego twarzy choć ślad tamtego mentora. Nie znalazła nic poza uprzejmym, profesjonalnym dystansem człowieka kończącego nieprzyjemną, ale konieczną procedurę.
Kobieta z działu finansowego przesunęła w jej stronę teczkę z dokumentami. Wera nie pamiętała jej nazwiska, mimo że widziała je na dziesiątkach maili.
– Doceniamy pani wkład – powiedziała tonem osoby czytającej z karty, co zresztą najprawdopodobniej robiła. – Pakiet odprawowy obejmuje sześć miesięcy wynagrodzenia, zachowanie ubezpieczenia zdrowotnego do końca roku oraz referencje na życzenie.
– A te dokumenty?
– Standardowe klauzule.
Wera otworzyła teczkę. Klauzula poufności, typowa, spodziewana. Klauzula o przekazaniu całości danych surowych instytutowi przed opuszczeniem budynku, też typowa, choć dotkliwa, bo oznaczała utratę dostępu do bazy tysiąca dwustu profili komórkowych, budowanej własnymi rękami przez sześć lat, próbka po próbce, grant po grancie. Każda próbka reprezentowała tygodnie pracy, formularze etyczne, negocjacje z klinikami o dostęp do materiału biologicznego pacjentów, którzy nigdy nie dowiedzą się, że ich komórki stały się częścią czegoś, co mogło zmienić sposób, w jaki ludzkość rozumie nowotwory. I trzecia klauzula, dłuższa niż pozostałe dwie razem wzięte, napisana językiem prawniczym tak gęstym, że trzeba było dwukrotnie przeczytać każde zdanie, żeby zrozumieć, co właściwie zakazuje.
Zakaz publikacji jakichkolwiek wyników, wniosków lub materiałów pochodnych związanych z projektem przez okres trzydziestu sześciu miesięcy od daty rozwiązania umowy, bez uprzedniej pisemnej zgody instytutu.
– Trzy lata? – spytała, podnosząc wzrok na Veyne'a, nie na kobietę z teczką. – Za zamknięty projekt bez przyszłości?
– Standardowa procedura.
– Nic w tym instytucie nie jest standardowe od osiemnastu miesięcy, Marcus.
Coś drgnęło w jego twarzy. Małe, trwające ułamek sekundy: drgnięcie mięśnia w kąciku oka. U kogokolwiek innego nie znaczyłoby nic, ale u Marcusa Veyne'a, którego mimika rzadko wykraczała poza uprzejme, neutralne zainteresowanie, było jak trzask pod stopą na zamarzniętym jeziorze. Gdyby nie spędziła sześciu lat, ucząc się odróżniać sygnał od szumu w danych, które kłamały częściej, niż mówiły prawdę, nie zauważyłaby tego.
Trzeci mężczyzna przy stole odchrząknął. Jego imienia nie znała w ogóle.
– Doktor Kalnicka, jeśli ma pani pytania dotyczące pakietu odprawowego, prosimy o kontakt z działem kadr w późniejszym terminie. Dzisiejsze spotkanie dotyczy formalnego zamknięcia projektu.
– Mam pytanie do doktora Veyne'a, nie do działu kadr.
Cisza. Kobieta z teczką spojrzała na Veyne'a i czekała na pozwolenie. Skinął głową, ledwie zauważalnie.
– Słucham – powiedział.
– Osiemnaście miesięcy temu pokazałam ci wstępną analizę korelacji między topologią wzorca RNA w komórkach nowotworowych a strukturami spoza biologii. Nie odpowiedziałeś przez tydzień. Potem zwołałeś pierwsze spotkanie o priorytetach budżetowych. Od tamtej pory było ich sześć. To szóste kończy projekt. Czy to przypadek?
Veyne złożył dłonie na blacie stołu, palec na palcu, dokładnie symetrycznie, gestem, który Wera widziała u niego setki razy, zawsze poprzedzającym odpowiedź wyważoną, wystudiowaną, niepozostawiającą miejsca na spontaniczność.
– Wera. Instytuty badawcze zamykają projekty z powodów budżetowych cały czas. To nie jest spisek. To arkusz kalkulacyjny.
– Nie spytałam, czy to spisek. Spytałam, czy to przypadek.
– Podpisz, proszę – powiedział, nie odpowiadając. – I zabierz swoje rzeczy do piątej.
◆
Jej gabinet mieścił dwanaście lat pracy w czterdziestu sześciu metrach kwadratowych, jeśli liczyć od doktoratu, nie tylko od zatrudnienia w Helion. Wera pakowała go przez dwie godziny, niepotrzebnie wolno, bo właściwie nie miała czego pakować. Najważniejsze rzeczy nigdy nie były na biurku. Były w głowie i w jednym zaszyfrowanym dysku, którego formalnie nie wolno jej było wynieść. Mimo to leżał teraz w kieszeni jej płaszcza, cięższy, niż powinien być przedmiot wielkości pudełka zapałek.
Na półce, którą teraz opróżniała, stały rzędy notatników, każdy oznaczony rokiem i numerem projektu, kronika sześciu lat myślenia zapisanego ręcznie, bo Wera nigdy nie ufała w pełni żadnemu cyfrowemu systemowi na tyle, żeby powierzyć mu pierwsze, surowe wersje swoich hipotez. Wzięła do ręki najstarszy, z okładką wytartą od noszenia w torbie, i otworzyła go na przypadkowej stronie.
Pierwszy szkic definicji wzorca topologicznego RNA, narysowany niezdarnie, z poprawkami naniesionymi w trzech różnych kolorach długopisu, świadectwo myśli, która zmieniała się tygodniami, zanim przybrała formę, jaką miała dzisiaj. Pamiętała wieczór, kiedy to napisała, sama w laboratorium, długo po tym, jak wszyscy inni poszli do domu, z poczuciem, że trzyma w rękach coś, co mogłoby zmienić wszystko, gdyby tylko miała odwagę i czas, żeby to udowodnić.
Odłożyła notatnik do pudła i otworzyła laptopa po raz ostatni w tym biurze, wywołując plik, który znała na pamięć, każdy piksel, każdy punkt na osi.
Wykres przedstawiał d_top, odległość Wassersteina między diagramami persystencji dwóch stanów komórkowych, miarę tego, jak bardzo krajobraz topologiczny sieci RNA jednej komórki różni się od krajobrazu drugiej. Dla normalnej, zróżnicowanej tkanki nabłonkowej wartość oscylowała w wąskim, przewidywalnym paśmie: komórka wiedziała, czym jest, i trzymała się tej wiedzy z uporem. Dla tkanki nowotworowej rosła, zgodnie z jej hipotezą sprzed pięciu lat – transformacja onkogenna jako kolaps złożoności topologicznej krajobrazu G-kwadrupleksów i modyfikacji m⁶A, przejście do węższego, bardziej zdegenerowanego wzorca, w którym komórka traci pamięć o tym, czym miała być, a pamięta tylko jedno: jak się dzielić.
To było oczekiwane. To było publikowalne i rzeczywiście opublikowane, w skromnym czasopiśmie drugiego rzędu, bo czasopisma pierwszego rzędu uznały wynik za interesujący, ale przedwczesny. To było, jak twierdził dział finansowy, fazą koncepcyjną bez postępu.
Przewinęła w dół, do wykresu, którego nikt poza nią nie widział w całości.
Dwa lata przed zamknięciem zaczęła, z czystej ciekawości, bo dane ją do tego zmusiły, nie odwrotnie, testować tę samą metrykę topologiczną na czymś, co nie było tkanką. Zaczęło się niewinnie. Chciała sprawdzić, czy algorytm liczący persystentną homologię jest odporny na dane spoza domeny biologicznej – czysty test techniczny, taki, jaki robi się rutynowo, żeby upewnić się, że metoda nie ma ukrytych słabości. Wzięła do tego coś, co miała pod ręką i co nikomu nie sprawiało różnicy, czy zostanie użyte: strukturę logów dostępu w samym instytucie. Hierarchię uprawnień systemu informatycznego Helion. Schemat organizacyjny. Ktoś kiedyś narysował go w prezentacji na potrzeby audytu i nikt go od tamtej pory nie zaktualizował, mimo że firma zmieniła się nie do poznania.
Wynik nie miał prawa być sensowny. D_top było zdefiniowane dla profili epitranskryptomicznych RNA, punktów w przestrzeni cech reprezentujących miejsca modyfikacji chemicznych na nici RNA, nie dla struktur organizacyjnych zapisanych jako grafy uprawnień. Przeliczenie wymagało wymuszonej, brutalnej reinterpretacji: potraktowania węzłów uprawnień jak punktów w przestrzeni cech, dokładnie tak, jak traktowała miejsca modyfikacji m⁶A. Krawędzie grafu jako odległości. Poziomy hierarchii jako wymiary.
Pamiętała dokładnie ten wieczór, kiedy po raz pierwszy zobaczyła wynik. Siedziała sama, z kubkiem zimnej już herbaty, patrząc na dwie krzywe na ekranie. Czekała, aż mózg znajdzie błąd metodologiczny – musiał tam być, bo żaden poważny naukowiec nie wierzy w wynik wyglądający zbyt pięknie, zanim nie sprawdzi go z każdej możliwej strony. Sprawdzała przez tydzień. Błędu nie było.
To było metodologicznie wątpliwe i wiedziała o tym, kiedy to robiła. Ale homologia persystentna ma jedną właściwość, która czyni ją niebezpiecznie uwodzicielską dla kogoś takiego jak ona: nie dba, skąd pochodzą punkty. Dba tylko o kształt, jaki tworzą, gdy każe się rosnąć odległości progowej między nimi i obserwuje, które struktury – dziury, pętle, składowe spójne – przetrwają, a które znikną jako szum. Nie chodziło nawet o kształt jako taki, tylko o to, ile niezależnych pętli i pustek przeżywa całą filtrację: pierwszą i drugą liczbę Bettiego, liczoną nie w jednej skali, ale we wszystkich naraz. Zdrowa komórka trzymała ich kilkanaście. Nowotworowa spadała do dwóch, czasem do jednej. Zostawał jeden stan, płytki i szeroki, do którego wszystko się zsuwało.
Nie porównywała dwóch chmur liczb, bo dwóch chmur liczb z różnych światów nie da się porównać uczciwie. Zrobiła coś innego. Uszeregowała oba systemy wzdłuż jednej osi: stopnia ograniczenia zasobów. Dla tkanki był to gradient niedoboru, dwadzieścia stanów od komórki dobrze odżywionej po komórkę na granicy przeżycia, każdy uśredniony z sześćdziesięciu profili. Dla Helion Institute były to archiwalne wersje grafu uprawnień, jedna na miesiąc, dwadzieścia kolejnych migawek z okresu, w którym instytut przeszedł trzy rundy cięć budżetowych i dwie reorganizacje. Każdą wartość d_top podzieliła przez wartość wyjściową jej własnego systemu, żeby zniknęły jednostki i zostały same proporcje. Dopiero wtedy oba szeregi dało się położyć obok siebie, punkt przy punkcie.
Dwadzieścia par punktów. Współczynnik korelacji: 0,91.
Policzyła go trzy razy, na trzech rozłącznych podzbiorach profili komórkowych, zanim pozwoliła sobie uwierzyć w liczbę. Potem przemieszała etykiety stresu w jednym z szeregów i powtórzyła cały rachunek dziesięć tysięcy razy, żeby zobaczyć, jak wygląda ta sama analiza wtedy, kiedy nie ma w niej nic prawdziwego. Rozkład wartości przypadkowych sięgał 0,73, a powyżej 0,70 wypadło z dziesięciu tysięcy przetasowań kilkanaście. Jej liczba leżała daleko poza nim. Wynik nie chciał zniknąć.
Zapisała to w jednym pliku, nazwanym tak nudno, jak tylko potrafiła: „kontrola_metodologiczna_07”, żeby nikt, kto kiedyś przejrzy jej dysk służbowy, nie zatrzymał się na nim dłużej niż trzy sekundy, gdyby w ogóle go otworzył.
Osiemnaście miesięcy temu pokazała wstępną wersję tego wyniku Marcusowi Veyne'owi, w jego gabinecie, na ekranie swojego laptopa, bo nie ufała na tyle, żeby wysłać to mailem. Pamiętała, jak siedział nieruchomo przez całą prezentację, nie zadając żadnego z pytań, które zwykle zadawał, kiedy ktoś pokazywał mu wstępne wyniki: żadnego pytania o wielkość próby, o test kontrolny, o alternatywne wyjaśnienia. Tylko patrzył na ekran, dłużej, niż wymagałoby zrozumienie wykresu, i powiedział jedno zdanie. Wtedy zabrzmiało jak komplement, a teraz, z perspektywy czasu, brzmiało jak coś znacznie bardziej niepokojącego.
To jest większe, niż ci się wydaje, Wera. Musimy to przemyśleć, zanim zrobisz z tym cokolwiek dalej.
Przez cały następny tydzień się nie odzywał, co samo w sobie było nietypowe, bo Veyne odpowiadał na wiadomości w ciągu godzin, nawet w weekendy. Potem zwołał spotkanie o priorytetach budżetowych. Pierwsze z sześciu.
Zamknęła laptopa, przesunęła dłonią po blacie biurka, żeby zapamiętać jego fakturę, i włożyła go do pudła razem z fotografią rodziców i kubkiem z logo konferencji, na którą pojechała jedenaście lat temu, na samym początku, kiedy świat nauki wydawał się prosty: zbierz dane, sformułuj hipotezę, przetestuj ją, opublikuj wynik. Nikt wtedy nie wspominał, co się dzieje, kiedy wynik jest zbyt cenny, żeby ktoś chciał, by go opublikowano.
◆
Na ulicy padał drobny, uporczywy deszcz, ten typowo wiedeński: nie zaczyna się i nie kończy, tylko jest, jakby miasto samo było w stanie ustalonym, dalekim od równowagi, ale stabilnym. Wera stała pod markizą kawiarni naprzeciwko Helion Institute, z pudłem u stóp i parasolem, którego nie otworzyła, i patrzyła na budynek z czternastoma piętrami szkła. Paliło się w nim jeszcze kilka okien, mimo że było wpół do siódmej.
Jedno z tych okien należało do gabinetu Veyne'a. Wiedziała które: szóste od lewej, na najwyższym piętrze, bo patrzyła na nie wystarczająco często przez ostatnie jedenaście lat, żeby rozpoznać je bez liczenia.
Wyjęła telefon i otworzyła aplikację, z której korzystała od kilku miesięcy bez konkretnego powodu, czysto z przyzwyczajenia naukowca zadającego pytania każdemu, kto może odpowiedzieć. Łącznie z systemem, który nie ma ciała ani interesu w kłamstwie, ani, co odkryła ku własnemu zaskoczeniu, zbyt wielkich oporów przed mówieniem rzeczy niewygodnych. Wpisała pytanie, które zadawała już wcześniej, w innej formie, innym razem, innemu systemowi, bo lubiła sprawdzać, czy odpowiedzi się powtarzają.
Jeśli opiszę ci architekturę systemu kontroli dostępu zbudowaną z czterech elementów: bramki uprawnień działającej na zasadzie domyślnej odmowy, kanału kompresji kontekstu utrzymującego cel nadrzędny mimo utraty szczegółów w czasie, mechanizmu delegowania zadań do izolowanych jednostek bez wzajemnego wglądu w swoją pamięć roboczą oraz kontrolowanych, audytowalnych interfejsów do świata zewnętrznego, jaki system społeczny, biologiczny lub organizacyjny jest mu najbliższy, lub wręcz identyczny?
Odpowiedź przyszła po kilkunastu sekundach, długa, rzeczowa, podzielona na akapity z nagłówkami, jakby ktoś po drugiej stronie naprawdę usiadł i się zastanowił.
Przeczytała ją raz, stojąc pod markizą, z deszczem skapującym jej na rękaw mimo osłony.
Potem przeczytała drugi raz, wolniej.
Nie chodziło o treść odpowiedzi. To były w dużej mierze te same analogie, których się spodziewała: hierarchiczna biurokracja typu westminsterskiego, struktura korporacji z holdingiem, Kuria Rzymska z dogmatem jako kompresją kontekstu i diecezjami jako izolowanymi jednostkami operacyjnymi, system wywiadowczy oparty na zasadzie need-to-know. Wszystko to umiała przewidzieć, zanim jeszcze wysłała pytanie. Sama by tak odpowiedziała, gdyby ktoś zapytał ją przy kawie.
Chodziło o coś innego: o jedno zdanie, ukryte w przedostatnim akapicie – nie odpowiedź na pytanie, tylko komentarz do własnej odpowiedzi.
Opisana architektura nieprzypadkowo przypomina struktury władzy. Projektanci systemów AI świadomie lub nieświadomie odtwarzają rozwiązania, które cywilizacja wypracowała przez wieki, żeby utrzymać kontrolę nad złożonymi hierarchiami dążącymi do własnych celów.
Nieprzypadkowo.
Sześć tygodni wcześniej, siedząc w innym mieście, w innym życiu (bo tak teraz myślała o czasie sprzed zamknięcia projektu, jako o innym życiu, które przypadkiem nosiło te same wspomnienia), zadała niemal identyczne pytanie innemu systemowi, od innej firmy. Zbudowano go, jak rozumiała z publicznie dostępnych informacji, na zupełnie innej architekturze, a trenował go zespół, który nigdy nie miał dostępu do kodu czy danych zespołu budującego tamten pierwszy.
Odpowiedź była, w strukturze argumentacji, niemal identyczna.
Nie w słowach. Słowa różniły się, styl różnił się, jeden model lubił tabele, drugi prozę. Chodziło o kształt: o to, które elementy zostały sparowane z którymi, w jakiej kolejności, z jakim naciskiem.
Wera Kalnicka spędziła sześć lat życia, ucząc się rozpoznawać jedną rzecz ponad wszystkie inne umiejętności, jakie dał jej doktorat: kiedy dwa zjawiska, pozornie niezwiązane, dzielą ten sam kształt topologiczny, nie powierzchowne podobieństwo, ale identyczną strukturę niezmienników, tych cech, które przetrwają zniekształcenie, przesunięcie, zmianę skali, to nie jest zbieg okoliczności. To sygnatura wspólnego mechanizmu, ukryta pod powierzchnią dwóch systemów, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego.
Schowała telefon do kieszeni, gdzie leżał już dysk z sześcioma latami pracy, którą przed godziną kazano jej uznać za niewartą kontynuowania, podniosła pudło i ruszyła w stronę stacji metra, nie otwierając parasola, bo deszcz nagle wydał jej się nieistotny w sposób, w jaki nieistotne stają się rzeczy, kiedy umysł zajmuje się czymś innym.
Nie wiedziała jeszcze, że czternaście pięter nad nią, dokładnie wtedy, Marcus Veyne otwierał na swoim ekranie raport z systemu monitorującego ruch sieciowy w budynku. Jej nazwisko pojawiało się w tym raporcie czternaście razy w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, za każdym razem przy zapytaniu o architekturę systemów kontroli, zadanym z firmowej sieci, w godzinach, kiedy powinna pracować nad czymś zupełnie innym.
Nie wiedziała też, że to on, dziewiętnaście miesięcy wcześniej, jako pierwszy w całym instytucie zadał to samo pytanie, niemal słowo w słowo, siedząc samotnie w tym samym gabinecie, gdzie przed godziną podpisał jej zwolnienie.
I że dostał tę samą odpowiedź.
Różnica między nimi, w tej chwili, na deszczu, polegała tylko na jednym. Ona właśnie zaczynała rozumieć, co to znaczy. On rozumiał to od półtora roku i przez cały ten czas robił wszystko, żeby nikt inny się nie dowiedział.ROZDZIAŁ 2. PIERWSZA ROZMOWA
Lublin, czternaście miesięcy później.
Instytut Fundamentów zajmował trzy piętra przebudowanej przedwojennej kamienicy przy ulicy, której nazwy nikt z zagranicznych gości nie potrafił wymówić za pierwszym razem. Budynek przetrwał wojnę, komunizm i dwie fale renowacji. Każda zostawiła ślad w postaci niedopasowanych okien na różnych piętrach, jakby kolejni właściciele nie potrafili dogadać się, czym właściwie ma być ten budynek: zabytkiem czy miejscem pracy. Wera miała tam gabinet o połowę mniejszy niż w Wiedniu i budżet roczny, który w Helion Institute wystarczyłby na cztery miesiące pracy jednego zespołu. Miała też coś, czego nie miała od lat: nikogo, kto mówiłby jej, że jej pytania są nie na temat.
Dyrektor instytutu, starszy mężczyzna nazwiskiem Brodzki, przyjął ją czternaście miesięcy wcześniej bez zbędnych pytań, kiedy zjawiła się w jego gabinecie z teczką pełną publikacji i propozycją projektu. Większość recenzentów uznałaby go za zbyt szeroki, zbyt interdyscyplinarny, zbyt ryzykowny dla młodej, nieprzetestowanej placówki. Przeczytał jej propozycję w milczeniu, popijając herbatę z kubka pamiętającego lepsze czasy, po czym powiedział tylko: nie mam pieniędzy, żeby panią dobrze opłacić, ale mam wolność, której nie da pani nigdzie indziej. Wera wzięła tę ofertę bez wahania, bo po tygodniach milczenia od Veyne'a wolność była warta więcej niż jakakolwiek pensja.
To był problem i ulga jednocześnie. Bez nadzoru nikt nie hamował jej ciekawości. Bez nadzoru nikt też nie powstrzymał jej, gdy zaczęła zadawać pytania, które nie miały nic wspólnego z żadnym grantem, jaki kiedykolwiek dostała.
Zaczęło się od nudy.