Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wzrost - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 kwietnia 2026
75,00
7500 pkt
punktów Virtualo

Wzrost - ebook

Książka „Growth” znalazła się na krótkiej liście Biznesowej Książki Roku „Financial Times” i Schroders w 2024 roku!

Jaki rodzaj wzrostu gospodarczego powinniśmy realizować, ile i dla czyjej korzyści to będą kluczowe pytania w nadchodzących latach, zwłaszcza jeśli obecne trendy – coraz większe nierówności i rosnąca koncentracja władzy wśród kilku wybranych firm kształtujących przyszłość technologii – będą kontynuowane. Ta dobrze napisana, prowokująca do myślenia książka jest niezbędną lekturą dla każdego zainteresowanego tymi epokowymi debatami – Daron Acemoğlu, autor książki „Dlaczego narody upadają?”. Daniel Susskind z werwą, stylem i przekonaniem pisze o jednej z najważniejszych kwestii naszych czasów – Rory Stewart, były Sekretarz stanu do spraw rozwoju międzynarodowego Wielkiej Brytanii W ciągu ostatnich dwóch stuleci wzrost gospodarczy wyciągnął miliardy ludzi z ubóstwa i sprawił, że żyjemy dłużej i zdrowiej. W rezultacie nieskrępowana pogoń za wzrostem definiuje życie gospodarcze na całym świecie. Jednak ten dobrobyt ma ogromną cenę: pogłębiające się nierówności, destabilizujące technologie, zniszczenie środowiska i zmiany klimatu. Panuje dezorientacja. Dla wielu, w naszej erze anemicznego postępu gospodarczego, zmartwieniem jest spowolnienie wzrostu – w Wielkiej Brytanii, Europie, Chinach i innych krajach. Inni twierdzą, biorąc pod uwagę koszty, że jedyną drogą naprzód jest „degrowth”, czyli rozważanie kurczenia się naszych gospodarek. W tym czasie niepewności co do wzrostu i jego wartości, wielokrotnie nagradzany ekonomista Daniel Susskind napisał niezbędną lekturę. W szeroko zakrojonej analizie pełnej historycznych spostrzeżeń argumentuje, że nie możemy porzucić wzrostu, ale zamiast tego pokazuje, w jaki sposób musimy go przekierować, aby lepiej odzwierciedlał to, co naprawdę cenimy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Popularnonaukowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788367272322
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis treści

Przedmowa

Wstęp

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Pułapka

Rozdział 2

Ucieczka

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział 3

Priorytet

Rozdział 4

Obietnica

Rozdział 5

Cena

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział 6

Minimalizm PKB

Rozdział 7

Idea dewzrostu

CZĘŚĆ CZWARTA

Rozdział 8

Uwolnić wzrost

Rozdział 9

Nowy kierunek

CZĘŚĆ PIĄTA

Rozdział 10

Wielkie kompromisy

Rozdział 11

Pytania o moralność

Podsumowanie

Podziękowania

BibliografiaPRZEDMOWA

Czas skończyć z ideą dewzrostu

Zacząłem pisać ten tekst w Berlinie i przed nakreśleniem pierwszych zdań udałem się do największej księgarni w mieście – Kukturkaufhaus na Friedrichstrasse. Książka Daniela Susskinda Wzrost zajmowała w niej wystawne miejsce, ale wokół niej więcej było książek o idei dokładnie przeciwnej: degrowth, czyli dewzrostu. Z jednej strony leżała książka japońskiego filozofa Kohei Saito Slow Down: How Degrowth Communism Can Save the Earth, z drugiej brytyjskiego antropologa Jasona Hickela Less is More. How Degrowth Will Save the World. Nasz bohater nie ma łatwego zadania, jest osaczony przez idee znacznie łatwiej trafiające do współczesnego odbiorcy. Łatwiej jest przecież coś krytykować, czy używając popularnej nowomowy miażdżyć niż czegoś bronić.

Susskind podjął się obrony idei i celowości wzrostu gospodarczego w erze, gdy bardzo popularne jest obwinianie wzrostu za wszelkie wady współczesności, takie, jak zmiany klimatyczne, nierówności czy nawet kryzysy psychiczne. Stara się przekonać, że bez wzrostu świat popadłby w chaos, biedę, mizerię, a ostatecznie i tak nie rozwiązałby największych wyzwań przed nim stojących. Autor wzrost traktuje bowiem nie jako intensywność wykorzystania źródeł materialnych, ale jako ciągłe powstawanie nowych idei i koncepcji dotyczących produkcji. Nie znaczy to, że mierzenie wzrostu i stawianie sobie go za cel jest zupełnie pozbawione kosztów, wręcz przeciwnie – Susskind uważa, że to brak rozmowy o kosztach pogrąża wiarygodność ekonomistów. Ale netto wzrost niesie więcej korzyści niż kosztów.

Książka Wzrost została w zeszłym roku nominowana do nagrody książki roku dziennika „The Financial Times”. Prawdę mówiąc, była to lepsza -- niż ta, która zwyciężyła w tym konkursie, czyli Supremacy Parmy Olson, ale najwyraźniej hype wokół AI udzielił się jury. Susskind napisał przyjemny, łatwy w odbiorze, a jednocześnie wnikliwy przewodnik po najważniejszej religii współczesnego świata: kulcie wzrostu gospodarczego. Przeprowadza czytelnika przez historię rozwoju, dylematy intelektualne wokół PKB, teorie wzrostu oraz kreśli scenariusz na przyszłość.

My w Polsce jeszcze z ciarkami na plecach śledzimy informację czy jesteśmy na pierwszym, czy trzecim miejscu w Europie pod względem wzrostu PKB. Ale Susskind pochodzi z kraju, gdzie tego typu ekscytacje trochę minęły. Zamożne społeczeństwa Europy w ostatnich dekadach zaczęły cenić sobie ochronę środowiska, równość społeczną, tak zwany work-life balance. Na PKB w pocie czoła niech pracują Chińczycy i Polacy. Wzrost gospodarczy ma swoje koszty. Brytyjski ekonomista przyznaje, że ekonomiści i politycy promujący ideę wiecznego wzrostu za mało mówili o kosztach, źle komunikowali się ze społeczeństwem. Ale ostrzega, że rezygnacja z promowania wzrostu gospodarczego prowadziłaby do recesji, zubożenia, obniżenia standardu życia i na koniec też mniejszej satysfakcji i szczęścia. Swoją drogą, ta fascynacja dewzrostem trochę ostatnio jakby mija, bo brak wzrostu od wielu lat w krajach Europy Zachodniej zaczyna być traktowany jako plama na honorze. Brytyjczycy przestraszyli się, że Polacy wyprzedzą ich za kilka lat pod względem PKB per capita. Niemcy boją się konkurencji przemysłowej z Chin. W Brukseli wszyscy debatują na temat tego, jak ożywić sklerotyczną gospodarkę. Idea wzrostu jeszcze nie umarła całkowicie, a Susskind stara się jej dodać życia. Twierdzi, że znalezienie sposobu na wzrost, przy jednoczesnym dbaniu o wartości takie jak czyste środowisko i spójność społeczna, jest jednym z najważniejszych wyzwań współczesności.

Skąd w ogóle w przeszłości wziął się kult PKB? Z kryzysu i wojny. Nad koncepcją tego wskaźnika ekonomiści zaczęli pracować w latach 30. XX wieku, kiedy świat kapitalistyczny popadł w swój największy kryzys od rewolucji przemysłowej. Chwilę później pogrążył się w największej w historii wojnie. W obu przypadkach powstała potrzeba mierzenia tego, jaka jest ogólna wielkość wartości ekonomicznej wytwarzanej przez społeczeństwo. Wielu ekonomistów przedstawiało swoje pomysły, ale dwóch miało największy wpływ na ostateczny kształt wskaźnika: Amerykanin rosyjskiego pochodzenia Simon Kuznets i Brytyjczyk John Maynard Keynes. Pierwszy z nich stworzył system rachunków narodowych pozwalający mierzyć ogólny dochód społeczeństwa, drugi miał większy wpływ na ostateczny kształt wskaźnika i jego wykorzystanie w polityce gospodarczej. Co ciekawe, Kuznets od początku ostrzegał przed przywiązywaniem nadmiernej wagi do PKB, miał poważne wątpliwości co do używania tego wskaźnika jako miernika dobrobytu i ostrzegał przed jego nadinterpretacją.

Od końca lat 40. XX wieku wzrost PKB zaczął być traktowany jako jeden z najważniejszych celów rządów w krajach rozwiniętych i w wielu krajach rozwijających się. Świat zyskał nowy sposób na ściganie się: kto będzie lepszy we wzroście. Jednocześnie druga połowa XX wieku przyniosła spektakularny postęp w jakości życia: nowe środki komunikacji i telekomunikacji, masową elektryfikację, szczepionki, leki, loty w kosmos itd. Nawet wojen było w końcu mniej. To wszystko, czyli spektakularny postęp oraz dostępność nowych metod pomiaru rozwoju, sprzęgło się w taki sposób, że PKB stało się celem samym w sobie. Świat został zdominowany przez wiarę w to, że im więcej PKB tym lepiej.

Autor książki Wzrost trochę nie docenia faktu, że nad samym postępem ludzie zastanawiali się dawno przed wymyśleniem wskaźnika PKB. Książce ewidentnie brakuje refleksji nad tym, jak zmieniała się koncepcja samego postępu i unowocześnienia w historii. Na historię patrzy przez pryzmat naszej dzisiejszej wiedzy, a nie tego, jak ludzie postrzegali zmianę społeczną w swoich czasach. To jest wada książki, ale nie odbiera jej wartości.

Wraz z upowszechnieniem PKB jako miary postępu ludzie zaczęli zastanawiać się nad tym, co powoduje wzrost i jak można go stymulować i podtrzymać w nieskończoność? Susskind wyróżnia cztery plemiona specjalistów w tym zakresie. Pierwszym byli wielcy teoretycy postępu społecznego, którzy budowali historyczno-socjologiczne wizje rozwoju. Do nich zalicza m.in. Walta Rostowa i jego schemat pięciu etapów modernizacji. Ich krytykuje jednak za to, że wyjaśniają wszystko i nic jednocześnie.

Drugim plemieniem stali się ekonometrycy, którzy źródeł rozwoju szukali w wielkich bazach danych, wierząc, że to tam znajdą Złotego Graala. Z nimi problem jest taki, że z szumu danych wyłuskują zbyt przypadkowe sygnały. Trzecim są ekonomiści-matematycy, tacy jak Robert Solow, Robert Lucas czy Paul Romer, którzy budowali uproszczone schematy rozwoju, starając się wyróżnić parę krytycznych elementów ekonomicznych niezbędnych do uruchomienia i podtrzymania postępu. Wreszcie ostatnie, czwarte plemię to fundamentaliści, tacy jak Daron Acemoğlu, którzy źródeł rozwoju doszukują się w bardzo głęboko ukrytych cechach społeczeństwa – na przykład takich jak nieformalne reguły gry.

Susskind odrzuca dwa pierwsze podejścia i przekonuje, że chcąc zrozumieć wzrost, musimy czerpać z trzeciego i czwartego. A konkretnie na swoich najważniejszych przewodników wybiera Paula Romera i Darona Acemoğlu. Od Romera bierze przekonanie, że wzrost gospodarczy bierze się z idei, czyli ciągłego wymyślania nowych sposobów na wykorzystanie ograniczonych zasobów materialnych. Idee są nieskończone, więc wzrost też może być nieskończony. Od Acemoğlu bierze zaś koncepcję planowanej zmiany technologicznej, która polega na tym, że społeczeństwo ma kontrolę nad tym, w jakim kierunku te idee się rozwijają. Przez nakłady na naukę i innowacje, zamówienia publiczne, programy rozwojowe, rządy mogą stymulować rozwój określonych technologii. Jako społeczeństwo mamy kontrolę nad tym, dokąd zmierzamy.

Autor książki Wzrost wpisuje się w szeroki ruch ekonomistów i komentatorów, którzy uważają, że musimy więcej wydawać na generowanie nowych idei – nie tylko przez nakłady na badania, ale też przez tworzenie popytu, odpowiednich regulacji, bodźców prawnych. Jest przekonany, że dzięki nowym ideom można osiągnąć większe PKB przy jednoczesnym dbaniu o ochronę środowiska, równość społeczną, zdrowie publiczne. Do tego potrzebne są nie tylko zmiany ekonomiczne i technologiczne, ale też polityczne. Obywatele muszą mieć poczucie większej partycypacji i wpływu na kierunek zmian.

Koncentracja uwagi na wzroście gospodarczym ma oczywiście wady i Susskind szeroko o nich pisze. Przede wszystkim wzrost niesie ze sobą koszty. Prowadzi do zaburzania stabilnych struktur społecznych, wspólnot, odbiera niektórym obywatelom poczucie bezpieczeństwa, dodatkowo może prowadzić do zanieczyszczenia środowiska i klimatu, narastania nierówności społecznych. Innym problemem jest to, że wzrost PKB ma wady jako miara dochodów. Nie uwzględnia działalności nierynkowej, czyli m.in. takich aktywności jak dbanie o bliskich, opieka nad domem, działalność charytatywna itp. Co gorsza, PKB jest coraz trudniej mierzyć w czasie, gdy w gospodarce rośnie udział usług. O ile bowiem bez problemu da się zmierzyć ilość i cenę wytwarzanej stali czy cementu, o tyle trudniej zmierzyć ilość, jakość i cenę takich usług, jak kultura, rozrywka, doradztwo prawne itp.

Ale zarówno koszty wzrostu, jak i problemy z jego mierzeniem, nie powinny przesłaniać generalnych korzyści z postępu. Wzrost bowiem oznacza ciągłe poprawianie sposobu, w jaki materiały wsadowe przekształca się w produkt finalny (towar lub usługę).

W jednym z ciekawszych fragmentów książki Susskind rozprawia się z argumentami tych, którzy twierdzą, że wzrost PKB jest niemożliwy do połączenia z redukcją emisji gazów cieplarnianych. Pokazuje, jak to przekonanie było regularnie falsyfikowane w ostatnich dekadach. Najpierw krytycy wzrostu gospodarczego uważali, że nie da się w ogóle oddzielić emisji od PKB – okazało się to nieprawdą. Potem przeszli na pozycję, że nie da się obniżyć emisji przy wzroście PKB – to też okazało się nieprawdą. Dziś przekonują, że nie da się obniżyć emisji do zera, jeżeli nie zrezygnuje się ze wzrostu gospodarczego. Ten argument czeka na weryfikację, ale zdaniem Susskinda trend technologiczny pokazuje, że on też musi upaść. Postęp wiedzy i nieograniczona podaż nowych idei sprawiają, że coś, co wydaje się ludziom niemożliwe, po pewnym czasie staje się rzeczywistością. Kiedyś elitom w krajach zachodnich wydawało się, że czarnoskóry człowiek nie może być prawnikiem lub lekarzem. Takim samym więzieniem intelektualnym jest idea, że nie da się żyć bez emisji dwutlenku węgla.

Bardzo zmieniał się też w ostatnich dekadach pogląd na to, jaki jest związek PKB ze szczęściem. W latach 70. i 80. XX wieku pojawiło się wiele badań, które sugerowały, że takiego związku nie ma. Społeczeństwo biedne może być szczęśliwe. Jednak wraz z rozwojem metod pomiaru ten pogląd stopniowo ewoluował. W pewnym momencie zaczęło dominować przekonanie, że szczęście i dochód są skorelowane tylko do pewnego poziomu zamożności – powyżej niego dodatkowe dolary nie dają już dodatkowego szczęścia. Dziś jednak jesteśmy jeszcze krok dalej i badania coraz częściej wskazują, że im więcej PKB, tym więcej szczęścia, bez żadnych punktów przegięcia.

Ekonomia nie daje nigdy jednoznacznych recept, więc książkę Susskinda też można w wielu miejscach podważać. Ale w zakresie obrony wzrostu PKB jako ważnego celu społecznego jej argumenty są bardzo silne. Rezygnacja ze wzrostu to przepis na nieszczęście.

Ignacy Morawski,

główny ekonomista „Pulsu Biznesu”WSTĘP

„Zdolność dostosowania się do otoczenia jest cechą charakterystyczną ludzkości”.

– John Maynard Keynes1

Trzy proste, lecz niezwykłe fakty zdefiniowały historię gospodarczą ludzkości aż po dziś dzień.

Pierwszy to taki, że przez większość czasu istnienia ludzkości, czyli 300 tys. lat, życie gospodarcze było stagnacyjne. Niezależnie od tego, czy ktoś był myśliwym-zbieraczem w epoce kamienia łupanego, czy robotnikiem pracującym w XVIII wieku, los ekonomiczny obu tych osób był bardzo podobny: obie prawdopodobnie żyły w ubóstwie, skupione na bezustannej walce o przetrwanie2.

Drugi fakt jest taki, że dopiero całkiem niedawno owa stagnacja dobiegła końca. Rozumiany współcześnie wzrost gospodarczy rozpoczął się zaledwie dwieście lat temu, kiedy standardy życia w niektórych częściach świata zaczęły rosnąć w zawrotnym tempie. Gdyby suma setek lat historii ludzkości trwała godzinę, to ten zwrot akcji mieściłby się w ostatnich kilku sekundach3.

Co więcej, na przestrzeni lat ludzie zdołali utrzymać tendencję wzrostu gospodarczego. Momenty wzrostu znane z wcześniejszych wieków, jeśli w ogóle miały miejsce, były w pewnym stopniu ograniczone i szybko wygasały. Ale tym razem rozwój stał się jednocześnie wyraźny i stabilny, jakby jakaś długo tłumiona siła produkcyjna, która przez tysiące lat pozostawała ukryta, wreszcie znalazła ujście4. To właśnie sprawia, że współczesny rozwój gospodarczy jest czymś zupełnie bezprecedensowym w porównaniu ze wszystkim, co miało miejsce wcześniej.

Pierwsza część tej książki opowiada niezwykłą historię wzrostu gospodarczego: dlaczego przez tak długi czas go nie było, co sprawiło, że nagle się rozpoczął i jak udało się go utrzymać. W XX wieku dążenie do wzrostu gospodarczego stało się jedną z wiodących aktywności naszego społeczeństwa. I przynajmniej do niedawna, pomimo tajemnic, które spowijają prawdziwe przyczyny tego zjawiska, byliśmy stosunkowo skuteczni w naszych działaniach.

Z biegiem czasu wykorzystaliśmy zwiększający się dobrobyt materialny i zaczęliśmy dzięki niemu osiągać niezwykłe rezultaty: miliardy ludzi uwolniły się od walki o przetrwanie, będącej zmorą naszych przodków; zaczęliśmy żyć dłużej i w lepszym zdrowiu niż kiedykolwiek wcześniej; pojawiły się środki na finansowanie odkryć, które zmieniły nasze rozumienie świata – rozszczepienie atomu, złamanie kodu genetycznego, eksploracja gwiazd.

Coraz wyraźniej widać jednak, że dążenie do tego dobrobytu było okupione ogromną ceną: spustoszenie środowiska naturalnego, wyniszczenie lokalnych kultur i wspólnot, pojawienie się gigantycznych nierówności między tymi, którzy osiągnęli wielkie bogactwo, a tymi, którzy nie zdołali tego zrobić. Powstanie technologii, których potencjalnie negatywne skutki mogą wstrząsnąć rynkiem pracy i wpłynąć na politykę oraz wymknąć się spod naszej kontroli.

I dlatego rozwój to jednocześnie dylematy, przed którymi stajemy. Z jednej strony jest związany z największymi triumfami i osiągnięciami ludzkości, z drugiej zaś wiąże się z jednymi z najpoważniejszych problemów, z jakimi się dzisiaj mierzymy. Obietnica rozwoju sprawia, że czasami desperacko i gwałtownie, dążymy do tego, aby rozwijać się jeszcze bardziej. Jednak cena, którą przyjdzie nam za to zapłacić, równie mocno zniechęca nas do tego pościgu. To tak, jakbyśmy nie mogli iść naprzód, a jednocześnie musieli to robić.

Druga część książki skupia się właśnie na tym dualizmie: jak powstał, dlaczego nie udało nam się skutecznie z nim zmierzyć, dlaczego brakuje nam konkretnych pomysłów, jak mu zaradzić i co powinniśmy zrobić. W ostatnich latach doszedłem do wniosku, że stawienie czoła dylematowi wzrostu jest jednym z najważniejszych zadań, przed którymi stoi ludzkość. Nasza dotychczasowa nieudolność w tym zakresie sprawiła, że znaleźliśmy się na niebezpiecznej drodze. Potraktowanie tego wyzwania poważnie, to nie tylko szansa na zmianę kierunku naszej podróży na lepszy, ale również okazja do moralnej odnowy i do stworzenia nowego poczucia wspólnego społecznego celu w dążeniu do tego, co naprawdę ważne. A jest to nie tylko lepiej prosperująca gospodarka, ale także realizacja innych priorytetów, które są kluczowe dla ludzi, jak np. sprawiedliwsze społeczeństwo czy zdrowsza planeta.

Podsumowując, książka opowiada pełną historię wzrostu – mówi o jego tajemniczej przeszłości, niepokojącej teraźniejszości i niepewnej przyszłości, którą teraz to my musimy kształtować. Częściowo jest to książka o ideach, o tym, jak ludzie o największych umysłach próbowali zrozumieć to ważne zjawisko (i często ponosili porażkę), jak nasi przywódcy przypadkowo umieścili pogoń za wzrostem w centrum życia politycznego zaledwie kilka dekad temu, i jak wzrost gospodarczy szybko stał się jedną z najcenniejszych i najniebezpieczniejszych idei. To, co nastąpi dalej w tej książce, zaprowadzi nas daleko poza granice jakiejkolwiek dziedziny nauki, stawiając ekscytujące i budzące niepokój pytania: dlaczego ludzka egzystencja była przez długi czas tak nędzna? Czy standardy życia mogą poprawiać się w nieskończoność? Co dokładnie powinniśmy cenić w społeczeństwie? I czy powinniśmy przejmować się bilionami ludzi, którzy jeszcze się nie urodzili?

Ale ta książka ma także wymiar praktyczny: jest przewodnikiem, uczy tego, jak powinniśmy podejść do dylematu wzrostu w prawdziwym świecie. Mimo że historia, którą opowiadam, to wędrówka od odległej przeszłości po daleką przyszłość, to lekcja, którą z niej wyniesiemy, ma największe znaczenie w kontekście działań tu i teraz.

Obecny pośpiech

Trudno wyobrazić sobie czas, kiedy pogoń za „jeszcze większym wzrostem gospodarczym” wydawała się bardziej kluczowa niż obecnie. Pod koniec XX wieku przywódcy byli pewni, że wiedzą, co robią, że stopniowo zwiększający się poziom dobrobytu jest sensownym i osiągalnym, wspólnym celem. W Stanach Zjednoczonych ekonomiści mówili o „wielkiej moderacji”; w Wielkiej Brytanii politycy świętowali „koniec cyklu obfitości i niedostatku” (ang. boom-bust cycle). Uważano, że trwały wzrost można osiągnąć dzięki drobnym działaniom. Nasz pozorny sukces stworzył wrażenie, że rozwijająca się gospodarka jest normą, a każdy spadek tempa wzrostu należy traktować jako niefortunny, ale przejściowy wyjątek od reguły.

Dziś ta pewność wydaje się być nie na miejscu. Niemal każdy kraj wkroczył w XXI wiek, będąc w kryzysie, choć trudno mówić o synchronizacji czasowej. Japonia i Niemcy zaczęły borykać się z problemami w połowie lat 90., USA i Wielka Brytania w połowie pierwszej dekady XXI wieku, a Chiny w roku 2010. Większość gospodarek po dwudziestu latach kryzysów – włączając w to bańkę internetową (ang. dot-com bust), krach finansowy z lat 2007–2008 i pandemię COVID-19 – stało się niemrawymi cieniami samych siebie. Coraz bardziej zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że nie możemy brać wzrostu za pewnik. W rezultacie przywódcy polityczni, niemal w każdym kraju, umieścili „zwiększenie wzrostu” na szczycie listy swoich priorytetów. Jednak wciąż nie wiadomo, czy oni sami i ich doradcy rozumieją, jakie działania należy podjąć, aby to osiągnąć. Zadaniem tej książki, po części, jest rozwiązanie tego problemu.

Gdyby tylko było to takie proste. Z jednej strony trudno wyobrazić sobie moment, kiedy dążenie do „jeszcze większego wzrostu” wydawało się bardziej niebezpieczne. Oczywiście, zagrożenia, które ta pogoń za sobą niesie – wpływ na stabilność klimatu, porządek społeczny, siła naszych wspólnot, dostępność godnej pracy, jakość naszej polityki – nie są nowe. Ale po tym, jak zostały zignorowane w drugiej połowie XX wieku, wyzwania te wróciły z podwójną siłą na początku XXI wieku. Nie jest to przypadek, że ruchy radykalne, od skrajnie lewicowych „dewzrostowców” po skrajnie prawicowych populistów nacjonalistycznych, zyskują na sile. Reprezentanci bardziej umiarkowanej części sceny politycznej nie podołali temu wyzwaniu.

Historycy, próbując zrozumieć teraźniejszość, lubią szukać wskazówek w przeszłości. „Jakie są precedensy dla tego momentu?” – pytają, starając się jednocześnie wyciągnąć jak najwięcej wniosków z odpowiedzi. Niestety, jeśli chodzi o dylemat wzrostu, tego rodzaju patrzenie wstecz raczej nie przyniesie pożądanych efektów. Świat, w którym obecnie żyjemy, jest zupełnie inny niż wszystko, co miało miejsce wcześniej. Przez niemal całą historię życie było stagnacyjne, a wzrost zdarzał się rzadko i był ulotny. Dylemat, z którym się borykamy, to terra incognita – nigdy wcześniej ludzkość nie musiała wybierać w tak dramatyczny sposób między nieustannie rosnącym dobrobytem, a innymi aspektami świata, które są dla nas ważne. Psychologowie mówią o tym, jak człowiek może doświadczyć dysonansu poznawczego, czyli mentalnego dyskomfortu wynikającego z jednoczesnego posiadania sprzecznych poglądów. W pewnym sensie to samo zjawisko dotyczy teraz całego społeczeństwa: wzrost daje obietnicę, której niełatwo się oprzeć, jednocześnie wiąże się z ceną, której nie da się zaakceptować. Czyni cuda i sieje zniszczenie, potrzebujemy go znacznie więcej, a zarazem o wiele mniej. Wyzwanie, przed którym stoimy, jest nie tylko nowe, ale i dezorientujące.

Historia wzrostu

Aby zmierzyć się z przyszłością wzrostu, musimy najpierw zrozumieć, jak się on rozpoczął. Dlatego pierwsza część tej książki bada jego genezę i próbuje znaleźć odpowiedź na kilka istotnych pytań. Dlaczego po setkach tysięcy lat stagnacji poziom życia nagle poszybował w górę i jak ekonomiści zmagali się z próbą zrozumienia tego procesu i jego postępu w stosunkowo krótkim czasie. Biorąc pod uwagę, jak istotnym tematem jest wzrost (zobaczymy, jak trudno znaleźć coś ważniejszego), wciąż zaskakująco mało wiemy o jego źródłach. Paradoksalnie, wiemy jednak wystarczająco dużo, by choć częściowo zrozumieć, co wydarzyło się w przeszłości, a może, co jeszcze istotniejsze – jakie są prognozy na przyszłość.

Dziś żyjemy w społeczeństwach, które stawiają wzrost na pierwszym miejscu. Nasz zbiorowy sukces określa, ile dóbr jesteśmy w stanie wyprodukować w określonym czasie. Życie gospodarcze często sprowadza się do jednego pytania: czy produkt krajowy brutto (PKB) naszego kraju wzrósł czy spadł? To priorytetowe traktowanie wzrostu daje jednoznacznie do zrozumienia, że pogoń za nim ma długą i znaczącą historię. Ale tak nie jest. Większość klasycznych ekonomistów nie byłaby w stanie nawet wyobrazić sobie dążenia do wzrostu – nie mówiąc już o jego pomiarze – ponieważ użyteczne wskaźniki służące do pomiaru gospodarki pojawiły się dopiero w latach 30. XX wieku. W rzeczywistości wzrost stał się priorytetem niemal przez przypadek. Był to jednak szczęśliwy przypadek. Wraz z rozwojem XX wieku okazało się, że PKB koreluje niemal z każdą miarą ludzkiego dobrostanu. Ten niezwykły zbieg okoliczności jest tematem drugiej części książki.

Wzrost jednak jest nie tylko ważny – jest także niebezpieczny, jak już wcześniej wspomniałem. Trzecia część książki poświęcona jest ciemnej stronie wzrostu i ujawnia wszystkie aspekty, w których to zjawisko pogarsza jakość naszego życia. Jak zobaczymy, istnieją dwa coraz bardziej popularne podejścia w kwestii dylematu wzrostu. Pierwsze to kontynuowanie dążenia do wzrostu, ale z modyfikacją samego wskaźnika PKB – to podejście często proponowane przez technokratycznie myślących decydentów i ekonomistów. Druga propozycja jest bardziej radykalna: całkowita rezygnacja z dążenia do wzrostu i celowe spowolnienie gospodarki poprzez dewzrost (ang. degrowth) – kierunek, który propagują wpływowe postaci, takie jak: David Attenborough i Greta Thunberg. Żadne z tych rozwiązań nie jest wystarczające – w najlepszym razie są one niedoskonałe, a w najgorszym – niepotrzebnie autodestrukcyjne. Jednak nie należy ich lekceważyć, ponieważ obie koncepcje ujawniają istotne prawdy, które mogą pomóc nam znaleźć odpowiedź na stojące przed nami wyzwania.

Pierwsze trzy części książki dostarczają narzędzi intelektualnych do zrozumienia pojęcia wzrostu. Część czwarta i piąta poświęcone są zastosowaniu tych idei w praktyce i analizie tego, co powinniśmy zrobić z dylematem wzrostu w prawdziwym świecie. Punktem wyjścia jest stwierdzenie, że porzucenie wzrostu byłoby katastrofą – nie tylko oznaczałoby rezygnację z fundamentalnych ambicji społeczeństwa, takich jak eliminacja ubóstwa czy zapewnienie powszechnej opieki zdrowotnej, ale także wskazywałoby na brak wyobraźni co do tego, w jaki sposób moglibyśmy się rozwijać w przyszłości. Dlatego w tej części książki wyjaśnię, jak możemy osiągnąć wyższy wzrost gospodarczy, a także pokażę, dlaczego wiele popularnych obecnie rozwiązań wydaje się chybionych.

Chciałbym jednocześnie uświadomić, że nie możemy po prostu przeć naprzód i ignorować ogromnych kosztów generowanych przez naszą pogoń za dobrobytem. To na nas spoczywa odpowiedzialność za świadome zmierzenie się z kompromisami wynikającymi z obietnicy wzrostu i jego ceny. Przede wszystkim powinniśmy unikać tych kompromisów tam, gdzie jest to możliwe, poszukując form wzrostu, które nie mają negatywnego wpływu na społeczeństwo. A w obszarach, w których się to nie uda – co nieuchronnie się zdarzy – powinniśmy starać się minimalizować konieczność pójścia na kompromisy, wykorzystując wszelkie dostępne narzędzia, aby zmienić wzrost jako taki i uczynić go mniej destrukcyjnym. Jednak musimy wziąć również pod uwagę, że zmniejszenie tych kompromisów może okazać się niemożliwe. Dlatego naszym ostatnim zadaniem może okazać się akceptacja faktu, że kompromisów nie da się złagodzić ani całkiem uniknąć, a nas czeka podjęcie decyzji o częściowej rezygnacji ze wzrostu gospodarczego na rzecz ochrony kluczowych wartości, takich jak: ochrona środowiska, wyrównanie nierówności klasowych itd.

Podjęcie tego wyzwania rodzi dwa trudne pytania moralne, które niemal na pewno będą źródłem ogromnych sporów: co jeszcze, oprócz wzrostu, powinniśmy traktować priorytetowo oraz jak bardzo powinniśmy troszczyć się o przyszłość? To właśnie badam w końcowych rozdziałach tej książki.

Nie da się uniknąć pewnych uproszczeń w książce tego rodzaju. Wysiłki umysłowe badaczy mogą sprowadzać się jedynie do pobieżnego komentarza, tomy badań naukowych muszą zostać zredukowane do kilku akapitów. Ci, którzy spodziewają się szczegółowego opracowania każdego z problemów – zmian klimatu, nierówności, globalizacji, sztucznej inteligencji i wszelkich innych – poczują się rozczarowani. Nie taki jest cel tej książki. Nie przedstawię również szczegółowej listy możliwych rozwiązań legislacyjnych, skrupulatnie dopasowanych do każdego wyzwania. Na rynku istnieją już książki, które podejmują się tego zadania.

Mój cel jest inny: chcę zebrać wszystkie te wyzwania razem i spojrzeć na nie z nowej perspektywy. Bo choć różnią się one w szczegółach, łączy je jeden wspólny wątek: idea wzrostu i to, jak bardzo daliśmy się jej pochłonąć. O tym właśnie jest ta książka.

Mam nadzieję, że ta alternatywna perspektywa nie tylko rzuci nowe światło na dobrze znane problemy – jakbyśmy widzieli je po raz pierwszy – ale także pogłębi zrozumienie wyzwań, przed którymi stoimy, oraz powodów, dlaczego dotąd nie udało się nam ich rozwiązać. Zachęcam wszystkich do otwartego myślenia, zwłaszcza tych, którzy skłonni są trzymać się utartego dotychczas podejścia. To, co robiliśmy do tej pory, nie działa. A czas się kończy.

Argument za optymizmem

W XX wieku zgubiliśmy drogę. Po szaleństwie pierwszej połowy stulecia, w drugiej części wieku większość krajów postanowiła odreagować trudne lata w budowaniu dobrobytu. Nie wydarzyło się żadne wielkie tąpnięcie, po którym wzrost gospodarczy stał się nagle absolutnym priorytetem, nie było momentu oficjalnego mianowania PKB na „statystykę kończącą wszystkie statystyki”5. Jednak stopniowo właśnie to się działo. Polityka na całym świecie skupiła się, przede wszystkim, na powiększaniu gospodarczego tortu. Przywódcy odnosili sukcesy lub popadali w niełaskę w zależności od tego, czy osiągali ten partykularny cel. A decydujący spór polityczny XX wieku sprowadzał się do technicznej różnicy zdań dotyczącej tego, jak najlepiej osiągnąć sukces w tej dziedzinie: czy więcej wzrostu wygeneruje wolny rynek, czy może planowanie centralne?

Oczywiście w tamtym czasie istniały także inne priorytety. Jednak zbyt często intensywne dążenie do wzrostu zagłuszało te kwestie. Odkładano je na bok albo wierząc, że większy dobrobyt materialny w końcu sam je rozwiąże, albo uznając je po prostu za mniej istotne. To jednak doprowadziło do osłabienia naszego życia jako wspólnoty. Przez dekady poświęcaliśmy zbyt mało uwagi zagrożeniom, takim jak: zmiany klimatu, widmo nierówności, koszty globalizacji, niebezpieczeństwa związane z rozwojem przełomowych technologii. W efekcie, nie potrafiliśmy zmierzyć się z koniecznością pójścia na kompromisy, które okazałyby się nieuniknioną odpowiedzią na te wyzwania. Uważam, że historyczna porażka w zaakceptowaniu tych kompromisów oraz życzeniowe myślenie przywódców, którzy postępowali tak, jakbyśmy mogli zawsze mieć wszystko, czego pragniemy (ponosząc przy tym minimalny koszt), sprawiły, że dziś odczuwamy napięcie między obietnicą a ceną wzrostu gospodarczego.

Jest też coś osobliwego w tym bezustannym dążeniu do dobrobytu. Pracownik ślepo goniący za coraz wyższą pensją, uwięziony w wyścigu szczurów nawet nie wie, że prawdziwe życie ucieka mu gdzieś obok. I nasze społeczeństwa znalazły się w podobnej sytuacji. Wykazały podobny brak refleksji nad tym, dokąd prowadzi cały ten wysiłek. „Cel uświęca środki” – pisała Ursula K. Le Guin – „ale co, jeśli celu nigdy nie ma? Wtedy wszystko, co mamy, to środki”. Te słowa doskonale oddają charakter naszego życia politycznego. W ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat wzrost gospodarczy, który powinien być jedynie środkiem do osiągnięcia innych wartościowych celów, stopniowo stał się celem samym w sobie. Nasza obsesja na punkcie wzrostu – mimo ogromnych korzyści, które przyniósł – wiąże się dziś ze zbyt wysoką ceną.

Myśląc o przyszłości, jestem jednak pełen nadziei. Żyjemy w epoce niepokoju, w której niemal każdego dnia docierają do nas doniesienia o nowych zagrożeniach egzystencjalnych i w przygnębiający sposób przypomina się nam, jak rzekomo bezsilni jesteśmy wobec nich. Ale moja teza jest optymistyczna: mamy przed sobą również egzystencjalną szansę. Ta książka opisuje możliwość moralnej odnowy, szansę na zwrócenie większej uwagi na wartościowe cele, które do tej pory zaniedbywaliśmy. I możemy to zrobić z pozycji siły, patrząc w przyszłość znacznie bardziej dostatnią i zaawansowaną technologicznie niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu 300 tys. lat naszej historii. Mamy moc, aby nie tylko uczynić życie lepszym w nadchodzących dekadach – jak ujął to filozof Derek Parfit – ale także, by uczynić je lepszym w sposób, którego teraz nawet nie potrafimy sobie wyobrazić. W moim mniemaniu nie ma nic ważniejszego. A jak to zrobić – o tym właśnie opowiada ta książka.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij