Facebook - konwersja

Z minionych dni - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.
Pobierz fragment

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 326 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Äîçâîëåíî Öåíçó­ðîþ. Âàðøàâà, 24 ÀïðÜëÿ 1901 ã.

l.

W gnieź­dzie.

– Wik­tor­ku, da­le­ko jesz­cze? – Fedź twier­dzi, że od po­wrót­ki mila, ale jest z pół­to­rej, a i trak­tem ka­wa­łek; ra­dzę więc za przy­kła­dem pier­wo­rod­ne­go wtu­lić się w ką­cik i za­snąć, przed gan­kiem obu­dzę…, zmę­czył się ko­ciak, co? A mó­wi­łem miesz­cza­necz­ce, że to tro­chę da­lej niż z Mo­ko­to­wa na Mu­ra­nów – za­koń­czył żar­to­bli­wie Wik­tor. – Tak ład­nie, jak tu spać! – od­par­ła sen­nym gło­sem Ma­ry­nia. – Wiesz, że cie­ka­wa je­stem i boję się… – Cze­go zno­wu?

– Ot tak, czy ja wiem cze­go? jak to tam się uło­ży…, może nie będą ra­dzi – wy­szep­ta­ła Ma­ry­nia i unio­sła w górę bla­dą swą twa­rzycz­kę, któ­ra w pro­mie­niach księ­ży­ca wy­da­ła się jesz­cze bar­dziej fi­li­gra­no­wą, niż zwy­kle.

Wik­tor z wez­bra­ną pier­sią przy­glą­dał się dro­go­cen­nym ry­som i doj­rzał w nich cza­ją­cy się cień smut­ku, któ­ry go ukłuł w samo ser­ce. Za­raz też wszyst­kie ta­jem­ne tro­ski, chwi­lo­wo za­po­mnia­ne zu­peł­nie, jak po­ru­sza­ne gniaz­do os, opa­dły go z do­kucz­li­wym brzę­kiem, mierz; każ­da za­tru­tem żą­dłem w miej­sce roz­ra­nio­ne Ale jak sta­ry pa­siecz­nik, na­wy­kły do ro­jów zgryź­li­wych, nie opę­dzał się i rzekł stro­fu­ją­cym to­nem:

– Phy; też sens! nie będą ra­dzi! za­łóż się do­bro­dzi­ko, że nie śpią i wy­cze­ku­ją; Igna­cy sie­dzi w swo­jem mu­zeum, jak na szpil­kach, a Bel cia robi bre­we­rye z po­wo­du ko­la­cyi; z punk­tu nas za­cznie od­pa­sać: ona jest pew­ną, że w mie­ście się nie jada, więc je­śli chcesz ją ująć, od razu pa­ła­szuj co się zo­wie, bo się go­to­wa ob­ra­zić, a jak się ob­ra­zi, to się też nie martw, bo cię pierw­sza prze­pro­si. Pa­rad­na! – mó­wił da­lej, ja­ko­by roz­pa­mię­tu­jąc – ma dużą nogę, ale jesz­cze więk­szy pan­to­fel: Ignac – mor­tus!…. Mu­sia­ły im jed­nak po­wy­ra­stać urwi­sy. Praw­da, zda­je się nic, a Zyg­muś ma ze sie­dem lat, ba­ga­te­la! Mie­czyś znów pięć, Au­rel­ka trzy, a ten ostat­ni pę­drak – rok… Bo to wi­dzisz śmie­je­my się z Bel­la­don­ki, że jak bu­ra­cza­ny wy­sa­dek, co dru­gi rok wy­da­je na­sie­nie… Bę­dzie się miał Ignaś z kim czu­bić… Śpij Ma­ryn­ka, śpij i nie bój się nic!

A po chwi­li do­dał:

– Da­dzą nam po­ko­je na gór­ce: Lipy w oknach, park, Śni­wo­da… Masz słusz­ność! pięk­ny kraj… Ma­ryn­ka, śpisz?

Ma­ry­nia, cof­nię­ta w głąb po­wo­zu, mia­ła oczy przy­mknię­te, ale nie spa­ła jesz­cze.

Nie była nig­dy w Klo­no­wie, mąż jed­nak czę­sto opo­wia­dał o swem ro­dzin­nem gnieź­dzie i jego miesz­kań­cach, więc sło­wa jego od­py­la­ły w niej całe sze­re­gi mgli­stych ob­ra­zów, któ­re się łą­czy­ły z mi­łem wra­że­niem wiel­kie­go za­ci­sza i do­brych lu­dzi. Noc była przy­tem cie­pła, wid­na i nie­zmier­nie spo­koj­na.

Po obu stro­nach trak­tu za wy­so­ki­mi na­sy­pa­mi ro­wów roz­cią­ga­ły się gar­ba­te ob­sza­ry zżę­tych pól, usia­nych gdzie­nieg­dzie prze­sa­dzi­sty­mi kształ­ta­mi pół­kop­ków.

Na gra­na­to­wym wy­so­kim stro­pie nie­ba, spię­tym w ze­ni­cie skraw­kiem księ­ży­ca, drża­ły duże kro­ple gwiazd i spły­wa­ły czę­ste drob­ne me­te­ory, niby, błę­kit­ne łzy; tu i owdzie błą­ka­ły się bia­łe roz­wiew­ne ob­łocz­ki, sła­by wiatr bez sze­le­stu piesz­czo­tli­wem skrzy­dłem strą­cał lek­ko tale po­wie­trza ugrza­ne­go na wzgó­rzach, chłod­ne­go w wil­got­nych jar­kach, gdzie z ko­my­szów si­to­wia od­zy­wa­ły się raz wraz chra­pli­we der­ka­nia chru­ście­li.

Po­wóz po­su­wał się szyb­ko, chwie­jąc się mia­ro­wo, cza­sem kort par­sk­nął i Fedź od­po­wie­dział mu: Zdrów! To znów chyb­nął się ro­ze­łka­ny dzwo­nek i chwy­tał po­śpiesz­nie stra­con; takt. Ma­ry­nia czu­ła tuż pod ser­cem roz­kosz­na cie­pło zwi­nię­te­go w kłę­bu­szek syna i obec­ność Wik­to­ra, któ­ry lu­bił so­bie mam­ro­tać róż­ne swo­je i cu­dze ka­wał­ki, i wła­śnie wią­zał pół­gło­sem jak kiś cu­dow­ny dla niej rytm. A nad wszyst­kiem gó­ro­wa­ło w niej uczu­cie nie­zwy­kłej ulgi, jak gdy­by zo­sta­wi­ła za sobą nie­bez­piecz­ny za­ułek gdzie cza­to­wał noc­ny ra­buś, by ją z ca­łe­go szczę­ścia obe­drzeć, spo­nie­wie­rać i samą jed­ną na bez­lud­nem pust­ko­wiu zo­sta­wić. Pło­chli­wy ptak nie­po­ko­ju, co się od nie­ja­kie­go cza­su tłukł w niej do utra­ty tchu, i za lada po­wo­dem na­je­żał szorst­kie pió­ra, krzy­we szpo­ny i ostry dziób, te­raz omdle­wał bez­wład­ny w mięk­kim pu­chu czar­nych skrzy­deł. Wspo­mnie­nia świ­te­żych dni sta­łe­go prze­ra­że­nia i nocy peł­nych upio­rów tu­ła­ły się chwi­la­mi jesz­cze, ale jak spło­wia­łe ma­ja­ki rze­czy daw­no mi­nio­nych, któ­re się po­zna­je już tyl­ko pa­mię­cią, nie bó­lem.

To też w głę­biach jej du­szy skła­da­ły się dzięk­czyn­ne pa­cie­rze – nie słów, lecz wdzięcz­nych uczuć – dla tej wid­nej nocy, wol­nych prze­strze­ni i ja­sne­go nie­ba. Wy­da­wa­ło się jej że buja w si­nych mgłach tak przy­tul­nych, jak ra­mio­na mat­czy­ne, co­raz wol­niej, wol­niej i ci­szej, aż za­trzy­ma­ła się ko­ły­ska i ode­szło wszyst­ko.

I już w uśpie­niu przy­wa­lił ją na­raz dła­wią­cy cię­żar wstręt­ne­go ciel­ska zmo­ry, strasz­ny, bez­kształt­ny; – usi­ło­wa­ła krzyk­nąć: Nie śpię!… Wik­to­rze… i wiem… ale głos uwią­zgł w ści­śnię­tej krta­ni, więc się tyl­ko po­ru­szy­ła gwał­tow­nie.

Tym­cza­sem po­wóz skrę­cił w bocz­ną dro­gę, pod­sko­czy­ły kil­ka­krot­nie koła na ru­cho­mych, niby kla­wi­sze dy­lach most­ku; ugię­ły się moc­niej re­so­ry. Fedź roz­pu­ścił ko­nie, któ­re, czu­jąc dom, pry­cha­ły co­raz czę­ściej i wy­cią­ga­ły tę­gie­go kłu­sa.

Mia­ło się już ku pół­no­cy, a w klo­now­skim dwo­rze pa­no­wał ruch oży­wio­ny. W kre­den­sie pisz­czał sa­mo­war wśród szczę­ku prze­cie­ra­nych ta­le­rzy; w du­żej sie­ni, wy­kła­da­nej ka­mien­ną po­sadz­ką fi­lo­wał za­pa­mię­ta­le wiel­ki bron­zo­wy kin­kiet, a w roz­ma­itych punk­tach domu roz­le­gał się nad mia­rę pod­nie­sio­ny głos Bel­ci, spra­wu­ją­cej ob­rzą­dek my­cia gło­wy ro­ze­spa­nej służ­bie.

Pan Igna­cy wa­łę­sał się z kąta w kąt po swo­im po­ko­ju, któ­ry istot­nie wy­glą­dał wię­cej na mu­zeum sta­ro­żyt­no­ści lub pra­cow­nię uczo­ne­go, niż na ga­bi­net wiej­skie­go go­spo­da­rza. Bo też obec­ny d, edzic Klo­no­wa, o ile z za­mi­ło­wa­niem grze­bał się w oko­licz­nych kur­ha­nach, ho­ro­dysz­czach i skrzęt­nie gro­ma­dził wszel­ką sta­rzy­znę, o tyle je­dy­nie z obo­wiąz­ku ob­jeż­dżał parę razy na ty­dzień uszczu­plo­ne gra­ni­ce swo jej po­sia­dło­ści, by wpo­ić w ofi­cy­ali­stów prze­ko­na­nie, że jed­nak czu­wa. Wła­ści­wie zaś czu­wa­ła ener­gicz­nie Bel­cia i star­szy rząd­ca, pan Bo­row­ski, któ­ry miał dużo, w czę­ści uro­jo­nych dłu­gów wdzięcz­no­ści dla ojca obu Gin­tow­tów, i opła­cał je fa­na­tycz­nem przy­wią­za­niem do wszyst­kie­go, co się łą­czy­ło z Klo­no­wem, i su­mien­nem hu­ka­niem na po­lach od rana do nocy.

Igna­cy był znacz­nie star­szy od bra­ta, i gdy się że­nił, Wik­tor w świe­żut­kim stu­denc­kim mu­dur­ku za­tań­co­wy­wał mu na śmierć żonę któ­rą z punk­tu prze­zwał Bel­la­don­ką, i w koń­cu upił się po raz pierw­szy w ży­ciu rów­nież na śmierć. Po­mi­mo róż­ni­cy wie­ku, uspo­so­bie­nia i tem­pe­ra­men­tu, bra­cia ko­cha­li się wy­jąt­ko­wo ser­decz­nie, przy­czem re­flek­syj­ny fleg­ma­tyk Igna­cy da­wał się wo­dzić za nos młod­sze­mu bra­tu, któ­ry był wcie­le­niem en­tu­zy­azmu i ki­pią­ce­go ży­cia

Wo­gó­le nikt w Klo­no­wie nie umiał się oprzeć tej na­wał­ni­cy wi­chru, jaką się sta­wał Wik­tor, gdy ko­goś chciał skło­nić do cze­goś, prze­ko­nać lub do sza­lo­ne­go nie­raz po­my­słu za­pa­lić. Ule­ga­ła mu na­wet Bel­cia, przy­zna­ją­ca się gło­śno, że ma po pro­stu sła­bość do tego wa­ry­ata, a ci­cha­czem – w ta­jem­ni­cy przed nią samą – na dnie tej sła­bo­ści tkwi­ło zia­ren­ko żyw­sze­go uczu­cia.,

Był jed­nak okres, w któ­rym sto­sun­ki bra­ci nad­we­rę­ży­ły się moc­no. Już w dru­gim roku swe­go po­by­tu w uni­wer­sy­te­cie Wik­tor pod­czas wa­ka­cyi za­czął pro­wa­dzić z Igna­cym za­cie­kłe dys­pu­ty, któ­re koń­czy­ły się roz­go­ry­cze­niem stron obu i wa­rzy­ły wszyst­kim hu­mo­ry nie­raz na ty­go­dnie. Co gor­sza, bra­cia, sko­ro ich tyl­ko zbli­ża­ły za­bie­gi Bel­ci, za­czy­na­li zgo­dę od prób wy­ja­śnie­nia swych ra­cyi, i znów grzmiał sa­lo­nik od pod­nie­sio­nych gło­sów i ude­rzeń pię­ścią w stół, przy­czem wza­jem­ne za­cie­trze­wie­nie się się­ga­ło tak wiel­kich roz­mia­rów, że cza­sem Bel­cia mu­sia­ła ucie­kać się do na­głe­go zga­sze­nia lam­py, by prze­rwać gor­szą­cą sce­nę.

Nie były to spo­ry zu­peł­nie ja­ło­we, wal­ka słów tyl­ko, spo­wo­do­wa­na chę­cią po­sta­wie­nia na swo­jem, bo po­śród wy­bu­chów, za­pa­mię­ta­nia, brzmia­ły czę­sto­kroć nuty ser­decz­ne­go żalu, że się po­ro­zu­mieć nie mogą, a w naj­gwał­tow­niej­szych star­ciach ujaw­ni­ło się wła­śnie nie­uświa­do­mio­ne do­sta­tecz­nie pra­gnie­nie zna­le­zie­nia ja­kiejś kład­ki, po któ­rej moż­na­by rzu­cić się so­bie w ra­mio­na. In­tu­icyj­nie czu­li obaj, a zwłasz­cza Wik­tor, że mimo ca­łej róż­ni­cy prze­ko­nań, prze­ci­wień­stwa, zda się, naj­istot­niej­szych za­sad, w głę­biach ich du­szy są ja­kieś punk­ty stycz­ne, jesz­cze bar­dziej istot­ne ogni­wa, któ­re ży­wio­ło­wo po­cią­ga­ją ku so­bie lu­dzi z naj­bar­dziej krań­co­wych ob­ra­zów.

Samo jed­nak po­czu­cie nie wy­star­cza­ło, bo się ko­cha­li bar­dzo. Sta­ra­li się tedy wy­rwać je den dru­gie­mu uzna­nie dla swo­ich po­glą­dów roz­wi­kłać wszyst­kie sprzecz­no­ści, ale, jak to zwy­kle bywa, w go­rącz­ce dys­pu­ty za­ostrzy­ły się je­dy­nie ich sta­no­wi­ska, a na­wet dość bliz­kie za­ło­że­nia w kon­se­kwent­nem roz­wi­nię­ciu da­wa­ły cza­sem wprost mon­stru­al­ne wy­ni­ki, przed któ­ry­mi mógł się nie cof­nąć prze­krwio­ny mózg ale mu­siał się wzdry­gnąć rdzeń isto­ty – su… mie­nie.

Bel­cia, jak­kol­wiek nie bar­dzo ro­zu­mia­ła, o co bra­ciom cho­dzi, umia­ła w lot po­chwy­cić owe mo­men­ty za­ga­lo­po­wa­nia się i w wła­ści­wy so­bie do­sad­ny spo­sób bry­zga­ła im tem w oczy w od­po­wied­niej chwi­li. Póty przy­tem przy­pie­ra­ła do muru każ­de­go z osob­na, aż się przy­zna­li, że, Et, głup­stwo się rze­kło.

– A, kie­dy się rze­kło, to daj­cie so­bie spo­kój, bo się znów et, co rzek­nie – stro­fo­wa­ła ich su­ro­wo Bel­cia i w for­mie ar­gu­men­tu opo­wia­da­ła, że już na­wet służ­ba wzię­ła ich na­ję­zy­ki, że nad­to dają lu­dziom zły przy­kład i niech pęk­nę, je­że­li nie przez wa­sze awan­tu­ry Fedź znów się po­bił z kar­bo­wym o ob­rok!

Moc­no zaś zgor­szo­ny pan Bo­row­ski i sto­sun­kiem bra­ci i zu­chwal­stwem służ­by, o ile był, do­da­wał:

Świę­te sło­wa pani do­bro­dziej­ki, bo co tu dłu­go ga­dać: aby czło­wiek miał Boga w ser­cu, to i do­brze, a resz­ta to wszyst­ko far­ma­zoń­skie wy­my­sły.

Jak­kol­wiek pan Bo­row­ski, mó­wiąc tak, pił głów­nie do za­pal­czy­we­go Wik­to­ra, przy­szła jed­nak chwi­la, kie­dy on wła­śnie pierw­szy przy­gnał, że sta­ry rząd­ca wy­ra­ził po – swo­je­mu nie­po­spo­li­tą praw­dę.

Na­stą­pi­ło to wów­czas, kie­dy świe­że for­mu­ły po­ję­cio­we, któ­re pier­wot­nie nie­ja­ko uno­si­ły się aa po­wierzch­ni jego isto­ty, przy­cze­pio­ne je­dy­nie do mó­zgu, pu­ściw­szy głę­biej ko­rze­nie, wro­sły w grunt ser­ca Wik­to­ra, i tra­cąc ostry ry­su­nek pła­skich sze­ma­tów, wy­peł­ni­ły się żywą krwią uczu­cia.

Po dłu­giej tar­ga­ni­nie się we­wnętrz­nej, obie stro­ny jego du­cha – wie­dzą­ca i in­tu­icyj­na to­pi­ły się na­resz­cie w ogniu ide­owo­ści w prze­dziw­nie zhar­mo­ni­zo­wa­ną jed­no­li­tą ca­łość, ob­da­rzo­ną sub­tel­ną wła­dzą prze­raź­li­wie ja­sne­go wi­dze­nia i cier­pią­ce­go od­czu­wa­nia isto­ty rze­czy i sto­sun­ków.

Da­lej, Wik­tor w ob­co­wa­niu z in­te­se­su­ją­ce­mi sfe­ra­mi prze­ko­nał się bar­dzo szyb­ko, że jedy-lez wy­żyn abs­trak­cyi mogą one ucho­dzić za ja­kąś hi­sto­rycz­ną ka­te­go­rye, po­wo­ła­ną do za­szczyt­nej ide­al­nej mi­syi, a kon­kret­nie jest to zbio­ro­wi­sko lu­dzi do­brych i złych, z któ­rych jed­ni są zdol­ni upo­mnieć się o swo­je dzie­dzic­two z Bo­giem, dru­dzy mimo Boga.

Był to dlań sil­ny za­wód, któ­ry skom­pen­so­wa­ła ta oko­licz­ność, że z ko­lei od­naj­dy­wał ob­li­cze swe­go bó­stwa nie­raz w ser­cach tych, któ­rych usta świa­do­mie prze­czy­ły jemu, bez­wied­nie – so­bie. Więc uczył się po­zna­wać i oca­lać te świę­te rysy w gma­twa­ni­nie naj­fał­szyw­szych ro­zu­mo­wań, wy­czu­wać je pod na­mu­łem prze­sąd­nych wie­rzeń, spa­czo­nych po­jęć; wy­ła­wiać z siat­ki lo­gicz­nych wy­bie­gów, od­kry­wać pod po­sta­cia­mi za­rów­no cnot jak i wy­stęp­ków, i do­szedł pod tym wzglę­dem do za­dzi­wia­ją­cej wpra­wy,

Dla tych po­wo­dów i nie­któ­rych in­nych Wik­tor we wła­snym ko­ście­le ucho­dził za tro­chę nie­pra­wo­wier­ne­go. Dok­try­ner­stwo za­rzu­ca­ło mu pe­wien mi­sty­cyzm, wy­ra­ża­jąc oba­wy, że jego nad­to sze­ro­kie uj­mo­wa­nie kwe­styi może spro­wa­dzić na ma­now­ce; ale wszyst­ko to ro­bi­ło się po ci­chu, jaw­nie bo­wiem nikt nie śmiał wy­stą­pić; za­nad­to szcze­rze i do­no­śnie łka­ło w nim pod­nio­słym gło­sem ser­ce, wy­la­ne na świat, a w pier­siach hu­czał Boży gniew. Po­sia­dał on przy­tem ma­gicz­ny wpływ na lu­dzi, któ­rych so­bie jed­nał od pierw­sze­go wej­rze­nia, wra­ża­jąc na­wet nie­prze­jed­na­nym wro­gom po­dziw, gra­ni­czą­cym nie­mal z sza­cun­kiem.

To też kie­dy Wik­tor po ukoń­cze­niu stu­dy­ów spę­dził znów dłuż­szy czas w Klo­no­wie, sto­sun­ki bra­ter­skie na­pra­wi­ły się same przez się. Spo – ów uni­ka­li obaj, a szcze­gól­niej Wik­tor, któ­ry opo­wia­dał się nie­chęt­nie ze swo­ich pla­nów na przy­szłość i zby­wał son­do­wa­nia bra­ta ogól­ni­ka­mi lub żar­tem.

– Skoń­czy­łem pra­wo – ma­wiał – więc zo­sta­nę obroń­cą…

A pan Igna­cy nie­po­ko­ił się i mar­twił: opo­no­wać jed­nak nie miał od­wa­gi. Daw­ny Wik­to­rek wy­rósł mu i zmęż­niał, sta­jąc się pod każ­dym wzglę­dem Wik­to­rem. Mło­dzień­czy war i wy­bu­cho­wy en­tu­zy­azm prze­obra­ził się w ja­kiś żar­li­wy ogień, usta­wicz­nie pło­ną­cy rów­nym i nie­zmier­nie wy­so­kim pło­mie­niem

Pan Igna­cy od­czu­wał ten pło­mień, nie­świa­do­mie ko­rzył się przed nim i już nie śmiał nań dmu­chać.

Wik­tor wró­cił do mia­sta, gdzie się osie­dlił na sta­łe. W Klo­no­wie by­wał rzad­ko, prze­lo­tem i na krót­ko, przy­wo­ził z sobą zwy­kle coś cie­ka­we­go i za­wsze wy­bor­ny hu­mor, któ­ry udzie­la! się po­wo­li oto­cze­niu, tak, iż wszyst­kim przy­po­mi­na­ły się daw­ne do­bre cza­sy i do­pie­ro, gdy wy­jeż­dżał, w po­że­gnal­nym uści­sku ro­dzi­ły się zmo­ry trwo­gi i, do przyj­ścia wie­ści od bra­ta lub no­wych od­wie­dzin za­tru­wa­ły czę­sto­kroć panu Igna­ce­mu spo­kój wiej­skich nocy.

Li­sty Wik­to­ra były zwy­kle la­ko­nicz­ne, pi­sa­ne z róż­nych punk­tów kra­ju te­le­gra­ficz­nym sty­lem.

Aż na­gle po kil­ko­let­niem nie­wi­dze­niu się i dłuż­szej prze­rwie w ko­re­spon­den­cyi, Igna­cy za­nie­po­ko­jo­ny po­gło­ska­mi, w od­po­wie­dzi na alar­mu­ją­cą de­pe­szę do jed­ne­go z miej­skich krew­nych, otrzy­mał od bra­ta sąż­ni­sty list, w któ­rym się zna­lazł ustęp na­stę­pu­ją­cej tre­ści:

…A te­raz bom­ba pęka: je­stem żo­na­ty i po­sia­dam pra­wie dwu­let­nie­go ber­be­cia, któ­ry na pa­miąt­kę two­ją otrzy­mał ogni­ste mia­no Igna­sia; de jure ślub nasz od­był się parę mie­się­cy temu, de fac­to po­bra­li­śmy się przed trze­ma laty. Ten sta­ry błąd mar­twe­go do­gma­ty­zmu – cał­ko­wi­cie mój błąd – zo­stał na­pra­wio­ny i na­sze­mu sto­sun­ko­wi obec­nie nie może nic za­rzu­cić na­wet naj­gor­liw­sza de­wot­ka… ?e i przed wami ro­bi­łem ta­jem­ni­cę, to wi­dzi­cie głów­nie dla­te­go, by­ście mi pod wpły­wem pierw­sze­go wra­że­nia nie dra­snę­li cza­sem mo­jej Ma­ry­ni. Te­go­bym nie mógł ścier­pieć, choć­bym miał na za­wsze stra­cić to za­cisz­ne u was gniaz­do, gdzie, gdy się człek po­rząd­nie zma­cha, może so­bie przy­wa­ro­wać jak zwierz w bez­piecz­nym ostę­pie. Zona moja jest, a wła­ści­wie była z za­wo­du naj­przód na­uczy­ciel­ką, po­tem szwacz­ką, z po­cho­dze­nia miesz­cza­necz­ka, a wo­gó­le ta­kie pta­szę, przed któ­rem mój śle­pow­ron ły­pie nie­raz z za­chwy­tu po­wie­ką. Je­że­li chce­cie, mogę – a na­wet by­ło­by mi na rękę – przy­ie­chać do was z ro­dzi­ną…

Da­lej jesz­cze były roz­ma­ite wia­do­mo­ści, nie­któ­re nie­zu­peł­nie ja­sne, ale wszyst­ko to uszło uwa­gi pań­stwa Igna­co­stwa wo­bec fak­tu, że Wik­tor jest mę­żem i oj­cem. Obo­je byli na ra­zie oszo­ło­mie­ni. Igna­cy – ze­lek­try­zo­wa­ny, Bel­cia, jak­by ura­żo­na i zgor­szo­na nie­co, w re­zul­ta­cie jed­nak wy­pra­wi­li wspól­ny ser­decz­ny list, w któ-nym wy­róż­nia­ło się gru­bo pod­kre­ślo­ną ręką Igna­ce­go zda­nie: Dla mnie i Beki, żona Two­ja – Wik­to­rze, jest za­wsze żoną two­ją – a więc na­szą bra­to­wą, a Ignaś – sy­now­cem.

Sta­ło się to przed ty­go­dniem i dziś wła­śnie Klo­nów ocze­ki­wał przy­jaz­du go­ści.

Pani Iza­be­la po­sta­no­wi­ła wy­stą­pić god­nie, i wy­pra­wić fe­styn od wiel­kie­go dzwo­nu, ale pan Igna­cy za­pro­te­sto­wał – do­wo­dząc, że naj­sto­sow­niej przy­jąć bra­ter­stwa zwy­czaj­nie, po ro­dzin­ne­mu; wiel­ki dzwon zaś w nocy, po uciąż­li­wej po­odró­ży, może spra­wić wra­że­nie szy­ka­ny.

Po sto­czo­nej z tego po­wo­du ba­ta­lii ostał się pro­gram ugo­do­wy, mia­ły być na ko­la­cyę kur­czę­ta, coś jesz­cze, tro­chę wina, Jan w tu­żur­ku Ste­fa­nek – obu­ty.

Do­cho­dzi­ła już dwu­na­sta; lada mo­ment po­win­ni byli nad­je­chać, więc pani Iza­be­la zmie­nia­jąc szla­frok na stroj­niej­szą suk­nię, czy­ni­ła w domu wiel­ki gwałt i małe pie­kieł­ko. Pan Igna­cy zaś spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek, cho­dził co­raz szyb­ciej, jak gdy­by bieg cza­su za­le­żał od ru­chu jego nóg. Byl nie­spo­koj­ny, nur­to­wa­ło go świe­że zaj­ście z dok­to­rem Po­stań­skim, któ­ry się zja­wił dziś przed wie­czo­rem, za­po­wia­da­jąc z góry, że nie spro­wa­dza go żad­na głu­pia wi­zy­ta, a po pro­stu in­te­res. Mia­no­wi­cie za­żą­dał za czte­ry jabł­ka – fun­to­we oka­zy – wor­ka kom­po­sto­wej zie­mi.

Pan Igna­cy zgo­dził się bez wa­ha­nia na tę tran­zak­cyę, był bo­wiem przy­zwy­cza­jo­ny do wszyst­kich dzi­wactw sta­re­go ory­gi­na­ła, przy­tem rad go za­wsze wi­dział u sie­bie, a dziś jesz­cze wię­cej niż zwy­kle, chciał mu bo­wiem za­ko­mu­ni­ko­wać wiel­ką no­wi­nę o Wik­to­rze, któ­re­go lo­sem dok­tor zda­wał się in­te­re­so­wać, choć się tego moc­no za­pie­rał.

Po­ka­zał mu tedy list bra­ta i wy­ra­ził na­dzie­ję, że Wik­tor się na­ko­niec ustat­ku­je.

Sta­rzec przej­rzaw­szy list, po­pa­trzał do­syć drwią­co w stro­nę pana Igna­ce­go, mruk­nął coś na­kształt duda – po­czem skrzy­wił się nie­mi­ło­sier­nie i zgrzyt­nął psia krew tak dziw­nym to­nem, że Igna­cy drgnął i za­py­tał:

– Dok­tór nie rad wi­dzę?

– ja? A cóż mnie Wik­tor? Niech so­bie kark skrę­ci, byle nie na mo­jem po­dwór­ku, bo miał­bym kło­pot – to mi jest śnieg prze­szło­rocz­ny! od­rzekł bru­tal­nie od­lu­dek.

Pan Igna­cy za­trwo­żył się jesz­cze sil­niej, przy trzy­mał za­bie­ra­ją­ce­go się do odej­ścia Po­stań-skie­go za rę­kaw i po­czął po­wta­rzać w al­te­ra­cyi:

– Czyż­byś dok­tór co złe­go wi­dział, co złe­go? Ale sta­ry zmarsz­czył się i rzekł do­bit­nie:

– Pri­mo, puść mnie, bo mi ku­brak ro­ze­rwiesz, a ce­ro­wa­nia nie lu­bię! – se­cun­do, za­pa­mię­taj so­bie raz na za­wsze, że stró­żem two­im i twe­go domu nie je­stem, bym ci zda­wał rela-cyę – Ty my­ślisz – mó­wił ze wzra­sta­ją­cem roz­draż­nie­niem – że kto miał szczę­ście spać z two­im dziad­kiem pod jed­nym płasz­czem, to mus; się do trze­cie­go po­ko­le­nia wy­słu­gi­wać. Otoż wiedz, że dziad twój, choć dziel­ny w polu, pie­cuch był w na­mio­cie, a przy­tem ba­ry­ła – ścią­gał płaszcz ku so­bie, a ja szczę­ka­łem pod roż­kiem zę­ba­mi, aż mi od tych noc­le­gów do dziś w ło­pat­ce strzy­ka, a zęby daw­no dy­abli wzię­li.

I bez po­że­gna­nia, wi­docz­nie zły i jak­by ob­ra­żo­ny, wy­szedł, zwa­lił wo­rek na ple­cy i po­wę­dro­wał do domu.

Pan Igna­cy nie wie­dział sam, co o tem wszyst­kiem my­śleć; Po­stań­ski, choć żył jak tra­pi­sta, mie­wał jed­nak czę­sto wia­ro­god­ne wia­do­mo­ści nie­mal ze wszyst­kich stron kra­ju; był to jed­nak za­ra­zem nie­sły­cha­ny dzi­wak i fan­ta­sta. Mo­gła go więc na­gle ja­kaś mu­cha uką­sić, lecz wnie do­brze to jego za­cho­wa­nie mo­gło mieć po­waż­niej­sze pod­sta­wy. Przy­tem po bacz­niej – szem od­czy­ta­niu li­stu bra­ta, Igna­ce­go ude­rzył koń­co­wy ustęp o moż­li­wo­ści zmia­ny nr po­by­tu i po­trze­bie ure­gu­lo­wa­nia dzia­łu – ją tko­we­go, od cze­go Wik­tor, po­mi­mo na­le­gań z jego stro­ny, sta­le do­tych­czas się wy­krę­cał.

Wy­pły­wał stąd je­den wnio­sę e Wik­tor ma ja­kieś nowe pla­ny, ale ja­kie: czy w stro­nę szyb­kie­go skrę­ca­nia kar­ku, czy w stro­nę ustat­ko­wa­nia się. Tu wła­śnie Igna­cy gu­bił się w wąt­pli­wo­ściach i do­my­ślał się, że Po­stań­ski coś wie, ale nie chce po­wie­dzieć.

– Dla­cze­go? – py­tał się pan Igna­cy, i ile­kroć wpa­da­ły mu w oczy le­żą­ce na biur­ku ró­żo­we brzęcz­ki, wiel­kie, jak kule ar­mat­nie, za­trzy­my­wał się… i ma­chi­nal­nie wpa­try­wał się w jabł­ka, jak­by w ich wnę­trzu sie­dzia­ła od­po­wiedź.

Z tych me­dy­ta­cyi wy­rwa­ło go zja­wie­nie się sil­nie po­tar­ga­ne­go Ste­fan­ka, któ­ry wy­re­cy­to­wał jed­nym tchem:.

– Pań­stwo jadą! Pani pro­si!

– Jadą! – po­wtó­rzył ra­do­śnie pan Igna­cy – to za­pal lam­py, na­sta­wiaj sa­mo­war – wy­da­wał spóź­nio­ne roz­ka­zy, po­śpiesz­nie omi­ja­jąc oświe­tlo­ne po­ko­je..

Na… gan­ku za­stał żonę.

– Jadą? – za­py­tał.

– Z pew­no­ścią! nasz dzwo­nek – od­par­ła Bel­cia.

– Ja­koś nie sły­chać.

Bo są na gro­bli, cze­kaj, za­raz! – i obo­je na­słu­chi­wać.

Ci­cho było, ja­kiś pies tyl­ko uja­dał we wsi a oko­ło za­bu­do­wań fol­warcz­nych świ-

Po chwi­li jed­nak za­beł­ko­tał kil­ka­krot­nie dzwo­nek za­ję­czał szyb­szem tem­pem, znów uciął pod roz­pła­kał się ryt­micz­nie w to­po­lo­wej alei

Pan Igna­cy zbiegł ze scho­dów i jął sie wpa­try­wać w mrocz­ną, dłu­gą per­spek­ty­wę drzew. Za­ma­ja­czył ja­kiś duży cień, wkrót­ce wy­nu­rzy­ły się czte­ry ki­wa­ją­ce się łby koń­skie, Fedź pi­snął – prru! i-po­wóz za­trzy­mał sie przed gan­kiem

Ha, je­ste­ście! – otwie­ra­jąc drzwicz­ki, wo­łał pan Igna­cy.

Za­raz, tyl­ko z budy się wy­gra­mo­lę – za – we­so­ły głos Wik­to­ra, i za mo­ment dwie wy­so­kie po­sta­cie jęły się wo­dzie za bary wśród mla­ska­nia po­ca­łun­ków. Dość, dość, bo bę­dzie sło­ta! – upo­mi­na­ła ich Bel­cia

Na co Wik­tor, pusz­cza­jąc bra­ta, ode­zwał się za­ma­szy­ście:

Ja ci tu dam sło­tę – i jął ści­skać bra­to­wą po­czem zwra­ca­jąc się do za­po­mnia­nej Ma­ry­ni, pre­zen­to­wał: – oto moja baba! to – Bel­la­don­ka, wca­le nie­szpet­ne i nie­tru­ją­ce ziół­ko, to jej pod­po­ra, Igna­cy – daj­cie so­bie wszy­scy buzi, ot, tak! i ty Ignac – eh, nie­do­łę­go ko­rzy­staj, póki ciem­no!

– Bar­dzo ra­dzi je­ste­śmy – mru­czał nie­co wzru­szo­ny Igna­cy, ca­łu­jąc Ma­ry­nię w rękę.

A Wik­tor trze­pał da­lej:

– Cze­kaj­cie, to jesz­cze nie cała chu­do­ba, oto w rym to­boł­ku – tu wy­jął ostroż­nie z po­wo­zu spo­re za­wi­niąt­ko – mie­ści się mój dal­szy ciąg; mów­cie, co mam zro­bić z tym fan­tem, co śpi w moim ręku?

– A, to już moja rzecz! – ode­bra­ła mu pani Iza­be­la Igna­sia i, nie po­zwa­la­jąc się wy­rę­czyć Ma­ry­ni, po­bie­gła z nią ra­zem na pię­tro, gdzie przy­go­to­wa­ła dla Wik­to­ro­stwa po­ko­je.

Wik­tor tym­cza­sem sta­rał się uwol­nić dłoń z rąk sta­re­go Jana i po­wta­rzał:

– Ja nie bi­skup! – Ale sta­ry słu­ga po­ca­ło­wał go w rękę i rzekł:

– Pa­nicz, już nie pa­nicz, ale pan dziet­ny.

– Et! le­piej daj­cie mi się gdzie umyć – od­parł Wik­tor, pro­stu­jąc na scho­dach ze­sztyw­nia­łe człon­ki.

– Chodź, chodź do mnie! – wiódł go pan Igna­cy, ści­ska­jąc co chwi­la za ło­kieć, a w ga­bi­ne­cie, przy­glą­da­jąc się bra­tu, rzekł:

– Wiesz, zmi­zer­nia­łeś i jak­byś się po­sta­rzał, praw­dzi­wy pa­ter­fa­mi­lias.

Wik­tor rze­czy­wi­ście przy swo­im wzro­ście rodu, obe­rwę pew­no za Ma­ry­nię… – za­śmiał się Wik­tor.

– Praw­da! – stuk­nął się w ły­sie­ją­ce cie­mię ura­do­wa­ny pan Igna­cy; – do­crze mó­wisz, wróg ko­biet… za­po­mnia­łem… Ju­źeś obe­rwał, a wła­ści­wie mnie się naj­wię­cej do­sta­ło, bo mu po­ka­za­łem twój list…

I w przy­pły­wie no­wej fali czu­ło­ści uści­skał mo­kre­go jesz­cze bra­ta, na­pę­dza­jąc go:

– Chodź­my, już chodź­my, bo tam bel­cia z ko­la­cyą…

W ko­ry­ta­rzu spo­tka­li się z pa­nia­mi, któ­re za­raz ob­ja­wi­ły wszem wo­bec, że Ignaś tyl­ko raz otwo­rzył oczki i za­raz za­snął. Ma­ry­nia zaś zdą­ży­ła po dro­dze za­ko­mu­ni­ko­wać pół­gło­sem, że ma ta­kie łó­żecz­ko z ba­ry­er­ką, i wy­paść, choć­by chciał, nie może.

Na co Wik­tor, jak­by chcąc ją za­wsty­dzić, od­po­wie­dział:

– A wi­dzisz!

Po­czem ujął Bel­cię za obie ręce i pod­pro­wa­dza­jąc ją pod świa­tło, mó­wił:

– No, po­każ mi się! Za­wsze, jak ła­nia, bój się Boga ko­bie­to, kie­dy ty się po­sta­rze­jesz? i to ma być mat­ka czwor­ga dzie­ci? Ignaś, przy­znaj się, to ty chy­ba ro­dzisz…

– I wszyst­ko, w do­dat­ku całe go­spo­dar­stwo na jej gło­wie, – do­dał to­nem uzna­nia pan Igna­cy.

wy­glą­dał tro­chę szczu­pło, a twarz miał nad wiek sta­rą i jak­by ste­ra­ną. Dłu­gie wąsy, spusz­czo­ne ku sil­nie wy­sta­ją­cej szcze­ci­no­wa­tej bród­ce, nada­wał jego ener­gicz­nym ry­som wy­raz do­bro­ci a nad­to znu­że­nia. Gru­ba zro­śnię­ta pro­sta li­nia brwi od­ci­na­ła skle­pio­ne, niz­ko za­ro­śnię­te czo­ło, od za­pa­dłych jam oczu, któ­re były peł­ne ku­rzu i zda­wa­ły się przez to jesz­cze więk­sze, prze­pa­ścist­sze i tro­chę po­nu­re.

– A tak, zdar­łem się co­kol­wiek w ostat­nich cza­sach – od­parł Wik­tor i po­czął my­dlić dłu­gie pisz­cze­le gru­bo zwią­za­nych w łok­ciu, ko­sma­tych rąk, ży­la­stych i po­zba­wio­nych tłusz­czu kom­plet­nie. Po­czem, wśród pry­ska­nia i chlu­po­ta­nia wody, któ­rą ob­le­wał się z wi­docz­ną przy­jem­no­ścią, jął za­sy­py­wać bra­ta py­ta­nia­mi, prze­ska­ku­jąc z przed­mio­tu na przed­miot.

– A cóż tam Po­stań­ski? – za­gad­nął w pew­nem miej­scu – za­wsze taki sam i trzy­ma się do­brze?

– Jak mur!

– I pro­wa­dzi­cie sta­le han­del za­mien­ny?

– Za­wsze, i dziś wła­śnie… – tu się pan Igna­cy za­ciął, bo mu się wy­da­ło, że nie­de­li­kat­nie za­czy­nać tak od razu ba­da­nie, zwłasz­cza, że mógł wejść w grę oże­nek Wik­to­ra, rzecz, bądź co bądź, nie­co draż­li­wa.

– Wróg lu­dzi, a zwłasz­cza pięk­nej po­ło­wy

– Wi­dzę, na­wet, zda­je się, two­je rę­ko­pi­sy – za­śmiał się Wik­tor.

– Pa­pi­lo­ty! – jęk­nę­ła Bel­cia, chwy­ta­jąc się za grzyw­kę, i wy­bie­gła z ja­dal­ni.

Drob­ny ten wy­pa­dek od razu wy­wró­ci! do góry no­ga­mi cały pro­gram przy­ję­cia, któ­re­mu pani Iza­be­la pra­gnę­ła nadać ton tro­che uro­czy­sty. Wo­bec tego, co za­szło, od­rzu­ci­ła sama z tru­dem pia­sto­wa­ną sztyw­ność, zu­peł­nie zresz­tą nie­zgod­ną z jej uspo­so­bie­niem, i przy ko­la­cyi za­pa­no­wa­ła ni­czem nie­ha­mo­wa­na swo­bo­da i we­so­łość, w któ­rej prze­ści­ga­li się z Wik­to­rem. Ma­ry­nia czu­ła się z po­cząt­ku tro­chę obcą i bra­ła we wszyst­kiem udział bier­ne­go, ale wraż­li­we­go słu­cha­cza. Wrot­ce jed­nak lek­kie za­że­no­wa­nie, ja­kie jej spra­wia­ły prze­lot­ne lu­stru­ją­ce spoj­rze­nia pań­stwa Igna­co­stwa, złą­czy­ło się z uczu­łem uf­no­ści do tych lu­dzi, któ­rzy naj­wi­docz­niej lie do­szu­ki­wa­li się w niej złe­go, a ba­da­li wię­cej przez życz­li­wość dla jej męża, niż przez próż­ną cie­ka­wość.

Ro­zu­mia­ła to, ro­bi­ło się jej co­raz cie­plej i uśmie­cha­ła się do nich mi­mo­wo­li tym swo­im tro­che bo­le­snem zgię­ciem ust, roz­ja­śnio­nym wy­ra­zem sza­rych źre­nic, omglo­nych jak­by nie­wy­schłą łzą, i po­chy­le­nia­mi smu­kłej po­sta­wy, któ­re zda­wa­ły się mó­wić: – Tak, tak przyj­mij­cie mnie do swe­go gniaz­da, bo jego ko­cham nie mniej niż wy.

Po­mna przy­tem słów Wik­to­ra, nie chcąc zro­bić pani Iza­be­li naj­mniej­szej przy­kro­ści, usi­ło­wa­ła po­chło­nąć całe kur­czę, któ­re za na­mo­wą i przy­kła­dem go­spo­dy­ni, odło­żyw­szy nóż, ope­ro­wa­ła de­li­kat­ny­mi pal­ca­mi. A Wik­tor zna­jąc jej drob­ny ape­tyt, uśmiech­nął się szel­mo­sko i przez cały stół za­chę­cał, by jesz­cze do­bra­ła.

Szczę­ściem Bel­cia, przy­zna­jąc w du­chu, że na ta­kie za­mo­rzo­ne chu­cher­ko tym­cza­sem i tego dość, nie na­cie­ra­ła zbyt ostro, od­gra­ża­jąc się za to na przy­szłość.

Po kur­czę­tach, Jan, z moc­no fi­lu­ter­ną miną, zmie­nił Wik­to­ro­wi ta­lerz i, po­da­jąc owi­nię­tą w ser­we­tę spo­rą ry­nien­kę, szep­nął pew­ny efek­tu:

– Ka­pu­sta fa­sze­ro­wa­na!… Wik­tor aż pod­sko­czył na krze­śle:

– Pa­rzy­bro­da! nie­po­dob­na, i może od­grze­wa­na?

– Na­tu­ral­nie, – try­um­fu­ją­cym gło­sem po­twier­dzi­ła Bel­cia i mru­gnę­ła na Ste­fan­ka, któ­ry stęk­nął, wy­sa­dził ko­rek i po­sta­wił na sto­le dy­mią­cą bu­tel­kę.

Wik­tor spoj­rzał na mar­kę i za­wo­łał:

– A co? Ha­ber­busz! jak Boga ko­cham, wi­dzisz Ma­ryś, ist­ne cza­ry, skąd wy­ście to wy­rwa­li?

– A cóż ty my­ślisz – pro­mie­nia­ła Bel­cia – że to tam tyl­ko w wa­szych knaj­pach jest ludz­kie piwo, ma się ro­zu­mieć, pod­ra­bia­ne. Otoż u mnie, w moim ta­kim Pa­ca­no­wie, bę­dziesz miał to co­dzień i a di­scre­tion.

– Nie w Pa­ca­no­wie, ale chy­ba w Ka­nie Ga­li­lej­skiej – po­pra­wił ją Wik­tor; – ja nic nie my­ślę i nie kaź mi my­śleć w tak uro­czy­stej chwi­li, po­zwól mi w kon­tem­pla­cyi spo­żyć two­je dary…

– Do­brze… tyl­ko nie prze­kła­daj, a bierz z ryn­ką.

– Na­tu­ral­nie.

– Ależ, Wik­to­rze! na noc… – wtrą­cił pan Igna­cy. -

– Co tam na noc, od przy­byt­ku gło­wa nie boli – za­pro­te­sto­wa­ła Bel­cia.

– To też mi o gło­wę nie cho­dzi – ugryzł się w ję­zyk pan Igna­cy i wzro­kiem prze­pro­sił uśmiech­nię­tą Ma­ry­nię.

A tym­cza­sem Wik­tor, uda­jąc sma­ko­sza, za­wi­jał ulu­bio­ną po­tra­wę i po­wta­rzał na prze­mian:

– Pal­ce li­zać! Klę­kaj­cie na­ro­dy!… trzę­są mi się uszy, co? Mó­wi­cie, że nie… Ste­fa­nek, sta­waj za mną i trzęś mi ucho… sły­szysz!

Ale Ste­fa­nek par­sk­nął jeno w ku­łak ku zgor­sze­niu Jana.

Na­to­miast pani Iza­be­la ofia­ro­wa­ła się go za­stą­pić i uczy­ni­ła to tak ener­gicz­nie, że Wik­tor po­rwał się z miej­sca, i ry­cząc jak lew – ze­msta! – po­czął go­nić Bel­cię na­oko­ło sto­łu.

– Wa­ry­aty, pu­sta­ki, co ro­bi­cie? dzie­ci śpią – mi­ty­go­wał pan Igna­cy.

– Praw­da, dzie­ci! – chwy­ta­jąc się za gło­wę, po­wtó­rzył Wik­tor – na smierć za­po­mnia­łem; wsty­dzi­ła­byś się, Bel­ciu, ja tam mam jed­ne­go ta­kie­go kor­ni­szo­na – to się nie li­czy; ale ty – całe stad­ko… Ma­tro­na!… – i tak za­ga­du­jąc, chwy­cił ją znie­nac­ka wpół i po­ca­ło­wał w same usta.

– Zdraj­ca, Ju­dasz! – wy­ry­wa­ła się Bel­cia i spo­waż­nia­ła na­gle. Zwi­nę­ła roz­trzę­sio­ne zło­to wło­sów. – Chodź­my, już dru­ga! – do­da­ła po chwi­li mil­cze­nia, spo­glą­da­jąc na sta­ro­świec­ki ze­gar i mru­ga­ją­cą po­wie­ka­mi Ma­ry­nię.

– Pani – po­pra­wi­ła się – bra­to­wa zmę­czo­na, ja za­pro­wa­dzę.

I wy­szły obie.

Pa­no­wie jesz­cze po­zo­sta­li. Wik­tor kładł się wo­gó­le póź­niej, a dziś roz­ocho­cił się na do­bre i nie chcia­ło mu się spać zu­peł­nie.

Pan Igna­cy za to za­czął prze­cie­rać tak czę­sto bi­no­kle, że Wik­tor, uli­to­waw­szy się, po­że­gnał go i udał się na tak zwa­ną gór­kę.

Pro­wa­dzą­ce na nią we­wnętrz­ne schod­ki drew­nia­ne, były znacz­nie star­sze od Wik­to­ra. Chwiej­ne ich stop­nie za­pisz­cza­ły, jak nie­gdyś ugi­na­jąc się pod jego no­ga­mi, a wą­tła zgrzy­bia­ła po­ręcz za­drga­ła mu w ręku, jak coś ży­we­go,

– Nie zje­chał­bym już tędy – po­my­ślał Wik­tor, wo­dząc piesz­czo­tli­wie dło­nią po gład­kiem drze­wie, któ­re wy­śli­zga­ły jego dzie­cin­ne ręce i lę­dź­wie w tych roz­kosz­nych, na­po­wietrz­nych po­dró­żach.

– Spró­buj, wy­trzy­mam! – za­dy­go­ta­ła szyb­ciej po­ręcz. Ale on już był w wąz­kim ko­ry­ta­rzy­ku.

Mi­nął dwo­je drzwi i otwo­rzył trze­cie do ma­łe­go po­ko­iku. Przy­wi­ta­ła go spło­wia­łym uśmie­chem sta­ra ju­to­wa ka­nap­ka wy­gnie­cio­na od ko­złów, a póź­niej od le­że­nia i nie­cier­pli­we­go rzu­ca­nia się z cięż­ką książ­ką.

Mru­gnę­ło doń życz­li­wie drob­ne­mi szy­ba­mi po­dłuż­ne okien­ko; więc zbli­żył się, od­rzu­cił za-szczyp­ki i pchnął je na­zew­nątrz.

Za­dźwię­cza­ły szkieł­ka zna­jo­mym gło­sem, za­chy­bo­ta­ły się po­łu­pa­ne ramy i, skrzyp­nąw­szy w za­rdze­wia­łych za­wia­sach, wy­krzy­wia­jąc się nie­co, za­wi­sły w wy­zna­czo­nym dla sie­bie ka­wał­ku prze­strze­ni.

Wik­tor oparł się o fu­try­nę i pa­trzył. Księ­ży­ca już nie było, ale zato jesz­cze świet­niej roz­zło­ci­ły się łań­cu­chy gwiazd na skle­pio­nym sza­fi­sze, roz­pły­nę­ły się zwie­szo­ne ob­łocz­ki, niby roz­pro­szo­ne sta­do ła­bę­dzi, i za­dy­mił się srebr­ną ku­rza­wą lśnią­cy szlak.

Nie­opo­dal, na rów­ni z oknem, bu­ja­ły się lek­ko czu­ba­te ko­ro­ny dwóch roz­ło­ży­stych lip, w któ­rych po­tęż­nych ko­na­rach, zda­wa­ło się, anio­ło­wie nocy ob­ra­li so­bie dzi­siaj wy­god­ne sie­dli­sko.

Wik­tor ob­jął roz­ko­cha­nem okiem te wierz­choł­ki, jak czu­łym po­ca­łun­kiem, i mi­nął,- za­pusz­cza­jąc się w tak zwa­ną ciem­ną ale­ję, gdzie pod ar­ka­da­mi po­chy­lo­nych gra­bów pły­nę­ła te­raz czar­na lawa mro­ku, wy­zu­ta zu­peł­nie ze świa­tła….

Ale on wi­dział tam wszyst­ko: i omsza­łą ław­kę z cio­so­we­go ka­mie­nia, na któ­rym w po­cie czo­ła wy­dłu­bał ko­zi­kiem swe imię, i wiel­kie śli­ma­ki z wy­sta­wio­ny­mi ro­ga­mi, dźwi­ga­ją­ce krę­te sko­ru­py po śla­dach ślu­zu, i małe plisz­ki, ki­wa­ją­ce mu ła­ska­wie ogon­kiem, na znak, że się jego soli nic a nic nie boją i może so­bie iść spo­koj­nie. Więc szedł za ich bie­giem przez krza­ki i bu­rza­ny, aż tam, gdzie od­krył w ło­pu­chach, bo­dzia­kach i wy­so­kich po­krzy­wach gaik zdzi­cza­łych ma­lin, ob­sy­pa­nych drob­ną pach­ną­cą ja­go­dą, a po­tem ście­ży­nę, zwa­la­ną so­kiem słod­kich morw, gdzie po su­chych ga­łę­ziach ska­czą wiel­kie droz­dy i krzy­kli­we zło­to­brzu­che wil­gi. Przez dziu­rę w pło­cie wy­do­stał się na łąkę okry­tą ob­fi­cie źół­tem błysz­czą­cem kwie­ciem, i po­czuł u stóp ci­che drże­nie fal Sni­wo­dy. W lot się ro­ze­brał i sko­czył w zna­ną so­bie głę­bię gło­wą w dół, na szczu­pa­ka, aż utknął koń­cem pal­ców w daw­ny swój ślad, od­ci­śnię­ty na mię­kim mule; wnet go wy­nio­sła ta sama fala do pół cia­ła na po­wierzch­nię. Bi­jąc przed sobą rę­ka­mi, jak pies, do­tarł do brze­gu, ścią­gnął z pia­sku wąz­ka łó­decz­kę du­szgub­kę, wy­wró­cił ją do góry dnem i pły­nąc na niej okra­kiem, był pew­ny, że do­sia­da kro­ko­dy­la. Po­tem za­pę­dził się za chy­try­mi nur­ka­mi aż pod wierz­cho­wi­ny sta­wu, po­si­lił się wca­le smacz­nem ser­cem ta­ta­ra­ku, któ­ry słu­ży jako sza­bla i jako pisz­czał­ka, i uzbro­jo­ny tym orę­żem, jął się pod­kra­dać po trzę­są­cych się kę­pach, peł­nych opa­rze­lisk i tłu­stych tę­czo­wych plam, do sta­da cy­ra­nek, że­ru­ją­ce­go na wiel­kiej ha­la­wie, po­cią­gnię­tej, niby spło­wia­łem suk­nem, ra­ską zie­lo­ną i sprę­ży­stym wo­do­ro­stem, jak ga­łąz­ka­mi so­śniy, któ­rych ani rusz wy­cią­gnąć, bo trzy­ma­ją się ra­zem i same cią­gną do sie­bie

Prze­do­stał się na dru­gi brzeg, wy­so­ki i le­si­sty, gdzie na su­chym dę­bie kwi­li­ły rdza­we ja­strząb­ki, a nad ło­za­mi uwi­ja­ły się kłó­tli­we sro­ki i czu­ba­te, ta­kie śmiesz­ne dud­ki.

Wy­su­szył się i spo­czął w skle­co­nym na­pręd­ce wi­gwa­mie z chró­stu i pa­pro­ci, wiel­kich, jak pa­ra­sol Ro­bin­zo­na Kru­zoe. Scho­wał na wszel­ki wy­pa­dek parę żo­łę­dzi w kie­szeń, wy­ciął gru­bą ło­zi­nę, uwią­zał szpa­gat, dar sta­rej nia­ni, daw­no już śpią­cej w mo­gi­le, i miał czte­ro­kon­ny bat. Wnet go zmie­nił na łuk i, wy­gry­wa­jąc na prę­żą­cej się cię­ci­wie ja­kiś prze­dziw­ny hymn, wszedł try­um­fal­nie do sadu. Tam wy­brał co naj­mniej­sze ja­błusz­ko dzicz­ki, na­sa­dził je na ko­niec śmi­głe­go pa­tycz­ka i tę naj­lep­szą strza­łę wy­pu­ścił co sił wy­so­ko, wy­so­ko. Szła pro­sto w górę, jak świe­ca, i utkwi­ła na mo­ment w błę­ki­cie, a on chy­bo­tał się z nią ra­zem w ze­ni­cie nie­ba, pod okiem słoń­ca. Ze­szła nań owa rzad­ka go­dzi­na cudu, kie­dy ta we­wnętrz­na źre­ni­ca, wiecz­nie otwar­ta i za­ognio­na od pa­trze­nia, na­raz ślep­nie za jed­ną łzą nie­wy­sło­wio­nej sło­dy­czy, a ostry nurt ży­cia, rwą­cy się w ni­cość i grób, sta­je w bie­gu i roz­lew­ną falą ci­cho cofa się wstecz aż do mo­krej kry­ni­cy dzie­ciń­stwa, w któ­rą i każ­dy kwiat chęt­nie strą­ca swe barw­ne płat­ki za­pa­chu, i brzo­za ja­sny liść i ka­li­na ko­ra­le; nad któ­rą ważą się na skrzy­dłach ze szkła i tę­czy łąt­ki błę­kit­ne, gdzie się zla­tu­ją uf­nie po­lne pta­szę­ta, gdzie na­wskróś się prze­zie­ra błęd­ny ob­łok nie­bie­ski, za­pa­mię­ty­wa się słoń­ce wy­so­kie, i zło­ta gwiaz­da ko­cha się w swo­jem od­bi­ciu – a któ­ra nic nie wie, ani o so­bie, ani o swem mu­li­stem dnie, ani o srebr­nem źró­dle, co łka w niem usta­wicz­nie. Trwa­jąc w terr za­chwy­ce­niu, Wik­tor ob­cho­dził la­bi­ryn­ta­mi wspo­mnień swe sta­re gniaz­do, a gdzie nie do­tarł, stam­tąd brat­ni wiatr sam śpie­szył z wie­ścią ku nie­mu i brał w roz­dr­ga­ne wzru­sze­niem skrzy­dła tę gło­wę, kto­rą na swych po­ry­we­zych pier­siach, dy­szą­cych sze­ro­ko, wie­ki całe ko­ły­sał świetl­nym Bó­stwom na chwa­łę, lu­dziom na ofia­rę.

Sta­re dzie­je.

Wkrót­ce po woj­nie fran­cu­sko-pru­skiej w tym sa­mym roku, w któ­rym pan Igna­cy ob­jął śmier­ci ojca go­spo­dar­stwo, a dwu­na­sto­let­ni Wik­to­rek zdo­był pro­mo­cyę do trze­ciej kla­sy, w upal­ny czerw­co­wy dzień za­je­chał na klo­now­ski dzie­dzi­niec chłop­ski wóz, obi­ty łu­bem.

Z wa­są­gu wy­siadł si­wo­bro­dy męż­czy­zna,. ol­brzy­mie­go wzro­stu, tę­giej bu­do­wy, w po­dróż­nym ki­tlu, i trzci­no­wą la­ską to­ro­wał so­bie dro­gę sród uja­da­ją­cej psiar­ni. W sie­niach ze­tknął się z Wik­tor­kiem, któ­ry wła­śnie pę­dził co sił zo – ba­czyć, co się sta­ło i uspo­ko­ić roz­żar­te psy.

Chło­pak w lot ob­jął cie­ka­wym wzro­kiem i całą po­stać go­ścia, od dłu­gich bia­łych wło­sów do za­ku­rzo­nych no­sów obu­wia i za­uwa­żył od razu, że ten sta­ry pan ma pod wy­pu­kłe­mi prze-krwio­ne­mi oczy­ma jak­by ob­wi­słe to­reb­ki, a co waż­niej­sza od jed­nej z nich przez całą dłu­gość swej pierw­szej wi­zy­cie, co na­wet ubo­dło mło­de­go wła­ści­cie­la Klo­no­wa, zwłasz­cza, że po­czu­wał się nie­co do winy.

W re­zul­ta­cie jed­nak był rad, że się sta­ry tak czy owak od­na­lazł, bo mu kło­pot nie­la­da spadł z kar­ku, a miał ich jako nie­do­świad­czo­ny go­spo­darz aż nad­to.

Na­to­miast Wik­to­rek for­mal­nie go­rącz­ko­wał.

Sta­ry wo­jak, i to z bli­zną, nie da­wał mu spo­ko­ju; sta­wał przed nim w dzień, śnił mu się w nocy we wszyst­kich ro­dza­jach zbroi, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dział na ob­raz­kach, aż w koń­cu chło­piec nie wy­trzy­mał, ze­rwał się ra­niut­ko, okul­ba­czyl kasz­tan­kę i po­je­chał do Sa­mo­męk zo­ba­czyć, co się tam te­raz dzie­je?

Sa­mo­mę­ki le­ża­ły o osiem wiorst od Klo­now­ra w po­bli­żu Trup­ca, ale na prze­łaj przez pola i łąki było znacz­nie bli­żej, to też Wik­to­rek w pół go­dzi­ny zna­lazł się u celu.

Wszyst­kie okna w dwor­ku, a wła­ści­wie ramy z reszt­ka­mi szyb były ńa oścież otwar­te. Po za­ro­słym tra­wą i bu­rza­na­mi dzie­dziń­cu, wśród smut­nych resz­tek drze­wek, ob­łu­pio­nych z kory i ga­łę­zi, od kasz­ta­nu do kasz­ta­nu cho­dził mia­ro­wym żoł­nier­skim kro­kiem siwy sta­rzec, bez czap­ki w sza­rem płó­cien­nem ubra­niu; ręce miał sple­cio­ne z tyłu, gło­wę po­chy­lo­ną w dół i coś mam­ro­tał pół­gło­sem; zda­wał się być tak po­chło­nię­ty tą spra­wą, że nie zwró­cił ani razu uwa­gi na ma­łe­go jeźdź­ca, któ­ry de­fi­lo­wał wol­no dro­gą i śle­dził go cie­ka­wie.

Wik­to­rek kil­ka­krot­nie prze­je­chał się tam i na­po­wrót, do­sta­wał na­pa­dów kasz­lu, chrzą­ka!, wy­cie­rał gło­śno nos, aż w koń­cu znie­chę­co­ny i tro­chę roz­ża­lo­ny po­cwa­ło­wał do domu i za­ko­mu­ni­ko­wał bra­tu, że pan Po­stań­ski cho­dzi cią­gle po po­dwór­ku, jak war­tow­nik i coś do sie­bie mru­czy, jak­by się uczył słó­wek ła­ciń­skich.

– Zdzi­wa­czał sta­ry do resz­ty! – za­de­cy­do­wał pan Igna­cy.

A Wik­tor­ko­wi zro­bi­ło się smut­no, jak gdy­by go spo­tkał wiel­ki za­wód.

W parę dni jed­nak zja­wił się zno­wu wr Klo­no­wie Po­stań­ski w chłop­skim sło­mia­nym ka­pe­lu­szu, z gru­bym bucz­kiem w ręku.

Uj­rzaw­szy go, Wik­to­rek, pu­ścił się na spo­tka­nie, jak strza­ła, i szur­gnąw­szy przed nim no­ga­mi, spy­tał:

– Pan do Igna­ce­go ma in­te­res! Igna­cy w polu, ale ja go za­raz spro­wa­dzę.

– Nie! do cie­bie, mój zu­chu! – od­parł we­so­ło sta­ry.

Wik­tor­ko­wi za­drga­ło ser­ce, aż się za­czer­wie­nił z ra­do­ści, zdu­mie­nia i nie­po­ko­ju.

– A co ta­kie­go? – rzekł, ła­piąc od­dech we wzru­szo­ne pier­si.

– Czy uczy­łeś się już geo­gra­fii – spy­tał dok­tór, sa­do­wiąc się na scho­dach ka­mien­ne­go gan­ku.

– A jak­że… Afry­ka, Ame­ry­ka, Au­stra­lia, Azya skoń­czy­li­śmy wła­śnie.

– Eu­ro­pa?

– Do­pie­ro w trze­ciej kla­sie.

– No, ale geo­gra­fię pol­ską znasz, co?

– A to osob­no! pan Mał­kow­ski mnie uczy – od­parł Wik­to­rek, tro­chę nie­rad z ob­ro­tu roz­mo­wy, gdyż spo­dzie­wał się cze­goś zu­peł­nie in­ne­go.;

– A masz tę książ­kę?

– Ja nie z książ­ki, ale z ka­je­tu, bo mi pan Mał­kow­ski dyk­to­wał.

– Po­każ mi ten ze­szyt!
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: