Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 stycznia 2026
4199 pkt
punktów Virtualo

Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy - ebook

Ta wojna rozgrywa się na oczach świata. Ale świat woli nie patrzeć.

Po terrorystycznym ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023 roku rozpoczęła się najkrwawsza odsłona konfliktu bliskowschodniego. Granica między obroną a odwetem szybko się zatarła. Oficjalnym celem Izraela było wyeliminowanie terrorystów, skończyło się na zrównaniu Gazy z ziemią. W miarę jak narastały bombardowania, położone niedaleko granicy wzgórze Kobi stało się symbolem nieludzkiej obojętności. Znajduje się tam punkt widokowy, z którego Izraelczycy oglądają dymiące ruiny miasta. Tak jakby dramat Palestyńczyków był jedynie widowiskiem.

Karolina Wójcicka, dziennikarka „Dziennika Gazety Prawnej” i współautorka podcastu „Bliski Świat”, od lat zajmuje się wzajemnymi relacjami Izraela i Palestyny. W tej reporterskiej książce przygląda się Izraelczykom – zarówno tym, którzy popierają bombardowania, jak i tym, którzy wychodzą na ulice, protestując przeciw przemocy. Pokazuje, w jaki sposób Palestyńczycy są od lat dehumanizowani, zarówno w mediach, jak i w systemie edukacji. Pomaga odkryć, jak do tego doszło, że większość narodu noszącego traumę Holokaustu patrzy na popełniane w Gazie zbrodnie wojenne z aprobatą lub obojętnością.

To wnikliwa reporterska analiza, dzięki której zrozumiesz, jak ofiara staje się oprawcą, a historia – ciężarem nie do uniesienia.

Ta książka w rzetelny i przystępny sposób przybliża złożoność konfliktu izraelsko-palestyńskiego, tworząc przestrzeń do pogłębionej refleksji, bez szybkich ocen i uproszczeń. Z perspektywy Polskiej Akcji Humanitarnej cenna jest jej rola jako narzędzia sprzyjającego dialogowi, empatii i humanitarnemu spojrzeniu, opartemu na poszanowaniu godności oraz prawa do życia w pokoju po obu stronach. Pozostając wierni naszej neutralności – nie opowiadając się ani po stronie palestyńskiej, ani izraelskiej, pomagając jedynie bezbronnym ofiarom konfliktu zbrojnego – widzimy w tej publikacji ważny głos wspierający bardziej świadomą i odpowiedzialną debatę publiczną.

Karolina Zagórska, Polska Akcja Humanitarna

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-277-4958-1
Rozmiar pliku: 4,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W dodatku była sobota, środek szabatu. Religijni Żydzi w tym czasie nie korzystają z telefonów, dlatego gdy władze wysłały mieszkańcom ostrzeżenie o zagrożeniu, wielu z nich go nie odczytało i wyszło z domów na poranny spacer lub do synagogi. Tylko po to, by chwilę później natknąć się na palestyńskich bojowników, poruszających się po mieście bez przeszkód. Członkowie Hamasu dotarli nawet na miejski posterunek policji, gdzie rozegrała się kluczowa bitwa. Palestyńczycy wdarli się do środka, zabili część funkcjonariuszy i zabarykadowali w budynku. Po dłuższej wymianie ognia Izraelczycy zdecydowali się zburzyć go przy użyciu buldożerów, aby wyeliminować ostatnich napastników. Dziś w jego miejscu stoi pomnik – smukłe kolumny wznoszące się ku niebu, mające przypominać o tragedii, jakiej doświadczyli mieszkańcy. Według szacunków IDF, tego dnia w Sderot zginęły 72 osoby, w tym ponad 50 cywilów. W całym kraju odnotowano ponad 1100 ofiar śmiertelnych.

Izraelskie służby nie zareagowały w Sderot na czas. Śledztwo przeprowadzone przez IDF wykazało, że zawiódł między innymi 77. Batalion 7. Brygady Pancernej, odpowiedzialny za obronę tego miasta. „Batalion był atakowany przez liczne grupy terrorystów. Odpowiedzialna kompania powstrzymała ataki dziesiątek terrorystów próbujących dotrzeć do Sderot i zapobiegła większej katastrofie, ale w praktyce nie miała wpływu na wydarzenia wewnątrz miasta” – stwierdzono w raporcie. Ujawniono też, że brygada nie opracowała wcześniej planu obrony miasta, zignorowała fakt, że wojsko w sierpniu 2022 roku zabrało karabiny miejskiej drużyny reagowania kryzysowego, nie zwracając ich, oraz przez dwa lata nie szkoliła zespołu, który miałby przygotowywać miasto na inwazję na dużą skalę ze strony Gazy. Stało się tak mimo że – jak ujawniał między innymi „New York Times” – izraelscy wojskowi i służby wywiadowcze uzyskali plan bojowy Hamasu dotyczący ataku terrorystycznego na ponad rok przed jego przeprowadzeniem. Dokument o kryptonimie „Mur Jerycha” przedstawiał krok po kroku scenariusz inwazji, do której doszło 7 października. Sderot zostało w nim wymienione jako jeden z głównych celów. Zignorowano go jednak, uznając, że Hamas jest za słaby, by wcielić plan w życie. Zakładano też, że ówczesny lider Hamasu w Strefie Gazy Jahja Sinwar jest pragmatykiem, który nie dąży do eskalacji z Izraelem.

Lecz historia przemocy w tym miejscu zaczęła się na długo przed 7 października. Sderot powstało na ziemiach uprawnych należących do Palestyńczyków, co dokładnie zbadał i opisał izraelski historyk Benny Morris. Na początku swojej kariery zaliczany był on do grona tzw. „nowych historyków” – wśród nich znaleźli się także Ilan Pappé, Tom Segev czy Idith Zertal – którzy kwestionowali forsowaną przez państwo wersję historii i odegrali kluczową rolę w obalaniu mitów związanych z Nakbą, czystką etniczną przeprowadzoną na Palestyńczykach przez Żydów w okresie powstawania Izraela, w 1948 roku. Wcześniej terytorium to znajdowało się pod władzą różnych mocarstw. Po zakończeniu I wojny światowej zostało objęte Mandatem Palestyny, ustanowionym przez Ligę Narodów. Mandat przyznawał Wielkiej Brytanii administrację nad terytoriami Palestyny i Transjordanii, które przez cztery stulecia należały do pokonanego w wojnie Imperium Osmańskiego. Muzułmanie stanowili wówczas większość mieszkańców, żyjąc obok niewielkich społeczności chrześcijańskich i żydowskich. Jednak wraz ze wzrostem antysemityzmu w Europie do Palestyny zaczęły napływać fale żydowskich imigrantów – syjonistów, wśród których znajdowali się przyszli założyciele państwa Izrael. Szukając schronienia przed prześladowaniami, odmienili losy regionu, skazując Palestyńczyków na dramat – wysiedlenia, utratę ziemi i narastającą przemoc.

Morris identyfikował się jako syjonista, ale – jak tłumaczył – podjął się tego typu badań, bo chciał się dowiedzieć, „co naprawdę wydarzyło się w tym czasie”. To dzięki niemu wiemy dziś, że kilka dni przed proklamacją niepodległości przez Izrael – 12 i 13 maja 1948 roku – do wsi Nadżd, na której terytorium zbudowano Sderot, wkroczyła sformowana zaledwie kilka miesięcy wcześniej izraelska Brygada Negew. Wioskę zamieszkiwało wówczas 422 Palestyńczyków, utrzymujących się z upraw cytrusów, bananów i zbóż. Mieszkańcy, wskazywał Morris, zostali szybko przepędzeni przez żołnierzy do Strefy Gazy. Podobny los spotkał Palestyńczyków z pobliskiej wioski Hudż, położonej tuż obok dzisiejszego Sderot. „31 maja 1948 roku 7. Batalion Brygady Negew, w obliczu nacierającej armii egipskiej, dotarł do Hudż i wypędził jego mieszkańców do Gazy” – tłumaczył.

Do Nakby doszło mimo że, jak pisał, mieszkańcy Hudż mieli pozytywny stosunek do Żydów. W 1946 roku ukrywali nawet bojowników Hagany (żydowskiej organizacji paramilitarnej działającej w latach 1920–1948 w kierowanym przez Brytyjczyków Mandacie Palestyny) przed brytyjską obławą. I zapłacili za to wysoką cenę: w grudniu 1947 roku, podczas wizyty w Gazie, sołtys Hudż i jego brat zostali zastrzeleni przez tłum ludzi, który oskarżył ich o kolaborację.

Żydzi z okolicznych kibuców, oburzeni tym, jak wojsko potraktowało ich sąsiadów, zwrócili się do jednego z ojców założycieli państwa Izrael i jego pierwszego premiera Dawida Ben Guriona, prosząc o interwencję. Apel ten, dowodził Morris, nie wpłynął jednak na sytuację. Palestyńczykom nie pozwolono na powrót do domów. Do rodzącego się miasta Sderot zaczęli ściągać za to żydowscy imigranci z całego świata. W połowie lat 50. XX wieku osiedlili się tu przybysze z Maroka i Rumunii, a w latach 90. dołączyła do nich duża grupa Żydów z byłego ZSRR oraz Etiopii. W tym sensie Sderot – podobnie jak to, co istniało tu wcześniej – było zarówno świadkiem, jak i ofiarą wszystkich etapów krwawej historii. Mieszkańcy obserwowali ze wzgórza wojny prowadzone przez Izrael w Strefie Gazy i uciekali z miasta, gdy Hamas regularnie wystrzeliwał rakiety w ich stronę. Po październikowym ataku niemal cała ludność została ewakuowana do hoteli rozsianych po całym kraju.

Ci, którzy odwiedzają dziś wzgórze Kobi, widzą tylko jeden sposób na powstrzymanie spirali przemocy: dokończenie czystki etnicznej i wypędzenie Palestyńczyków z Gazy. Mówili mi o tym nie tylko Ejtan z Arielem, lecz także Rachel – skromnie ubrana ortodoksyjna Żydówka z głową okrytą chustą. Podeszłam do niej, gdy wraz z trójką małych synów przez kilkanaście minut przyglądała się bombardowaniu Gazy i fotografowała jej terytorium z każdej strony. Kobieta pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, do Izraela wyemigrowała 16 lat temu z Nowego Jorku. Ona także patrzyła na mnie z rezerwą, gdy przedstawiłam się jako dziennikarka. Zaczęła dociekać, dla jakich mediów pracuję. – Media w USA bardzo zakrzywiają rzeczywistość – stwierdziła. Być może zgodziła się odpowiedzieć na moje pytania dlatego, że nazwa „Dziennik Gazeta Prawna” nic jej nie mówiła. Podobnie jak Ejtan z Arielem, na Kobi przyjechała ze względu na obchody Tisza be-Aw. – To najsmutniejszy dzień w roku – stwierdziła. Mówiła, że wymaga on szczególnego upamiętnienia, dlatego poranek spędziła z synami na modlitwie, a później wspólnie odwiedzili grób jej rodziców w Beer Szewie, oddalonej stąd o czterdzieści kilometrów. – Nie chciałam jednak, żeby moje dzieci spędziły cały dzień w żałobie. Chciałam pokazać im, że jest nadzieja – powiedziała, wskazując palcem w stronę zniszczonej eksklawy. Zapytałam, co czuje, widząc umierające w Gazie dzieci – takie same, jak jej własne. Chłopcy mieli oliwkową cerę i ciemne oczy; gdyby nie małe jarmułki przypięte do ich czarnych włosów, trudno byłoby odróżnić ich od Palestyńczyków po drugiej stronie muru. Rachel odparła, że „wszystko zależy, jak na to spojrzymy”. Szybko się zreflektowała, dodając: „Każda śmierć jest przykra. Nikt nie kocha życia tak, jak my, Żydzi”. W jej oczach koszmar Palestyńczyków miał być jednak zapowiedzią lepszej przyszłości dla Izraelczyków. Tłumaczyła mi, że ruiny Gazy zwiastują „odbudowę” narodu żydowskiego po tragediach, jakie spotkały go w przeszłości. Mówiła o wysiedleniach i prześladowaniach Żydów, którym trzeba położyć kres. Najlepszym sposobem, kontynuowała, jest przywrócenie kontroli Izraela nad palestyńską eksklawą. I zachęcenie Palestyńczyków do tego, co określała mianem „dobrowolnej emigracji”.„«Nigdy więcej» dzieje się teraz” – ogłosił Alon-Lee Green w mediach społecznościowych, a już następnego dnia stanął z workiem mąki na plecach przy autostradzie niedaleko kibucu Jad Mordechaj, nazwanego tak przez żydowskich imigrantów z Polski na cześć Mordechaja Anielewicza, bohatera powstania w getcie warszawskim. Za chwilę, w palącym sierpniowym upale, miał się tu rozpocząć marsz w kierunku granicy ze Strefą Gazy. W ten sposób osoby związane z organizacją Standing Together, którą Alon-Lee kieruje, chciały zwrócić uwagę na głód rozprzestrzeniający się wśród Palestyńczyków. Mąka, która pobrudziła ich charakterystyczne, fioletowe koszulki – aktywiści zakładają je na wszystkie demonstracje – miała być tego symbolem.

W wyprawie, odbywającej się pośród pól i przygranicznych wiosek, towarzyszyła im jedynie niewielka grupa zwolenników – Izraelczyków, Palestyńczyków z izraelskim paszportem, ludzi młodych i starszych. Niska frekwencja nikogo nie dziwiła. Demonstracje solidarności z Gazą nie przyciągały tłumów nawet w dużym, uchodzącym za postępowy Tel Awiwie. Również atmosfera nie różniła się od tej, którą pamiętałam z podobnych wydarzeń. Większość uczestników z zakłopotaniem patrzyła na rozdawane przez wolontariuszy zdjęcia palestyńskich dzieci, których ciała wyglądały jak szkielety pokryte cienką warstwą skóry. W powietrzu unosiło się zaś poczucie wstydu. – Wszyscy ponosimy za to winę – mówili niektórzy, unosząc banery wysoko nad głowami.

Żywność była deficytowa od początku wojny, ale sytuacja w eksklawie znacząco pogorszyła się w 2025 roku. W marcu Izrael złamał kruche porozumienie o zawieszeniu broni z Hamasem. Składało się ono z trzech etapów. Pierwszy, który udało się zrealizować, był najprostszy – polegał przede wszystkim na wymianie zakładników na Palestyńczyków przetrzymywanych w izraelskich więzieniach. Kolejne etapy zakładały jednak wycofanie izraelskich wojsk z terytorium Gazy oraz trwałe zakończenie wojny – coś, na co nie chciała zgodzić się skrajna prawica, z którą premier Binjamin Netanjahu tworzył koalicję. Utrzymanie umowy przy życiu oznaczałoby upadek tego sojuszu i koniec rządów wieloletniego premiera. A że dla Bibiego, jak popularnie zwą tego polityka Izraelczycy, władza była najwyższym priorytetem, zdecydował się udobruchać partnerów i wznowić wojnę. W gratisie dorzucił blokadę dostaw pomocy humanitarnej do eksklawy, oficjalnie w celu zmuszenia Hamasu do zaakceptowania nowych warunków zakończenia konfliktu narzucanych przez Izrael.Blokada humanitarna została zniesiona po jedenastu tygodniach, mimo wyraźnego sprzeciwu rządowych radykałów. Minister bezpieczeństwa wewnętrznego Itamar Ben-Gewir twierdził, że to „poważny i brzemienny w skutki błąd”. Netanjahu bronił się, tłumacząc, że decyzję podjął wyłącznie pod presją swoich zachodnich sojuszników. Wskazywał, że „najwięksi przyjaciele Izraela na świecie dali jasno do zrozumienia, że jednej rzeczy nie są w stanie zaakceptować: obrazów głodu, masowego głodu”. Przyznał w ten sposób, że Palestyńczycy faktycznie cierpią z powodu niedożywienia, czemu wcześniej konsekwentnie zaprzeczał. – Aby odnieść zwycięstwo, musimy w jakiś sposób rozwiązać ten problem – dodał. Premier starał się jednak ustawić sprawy tak, by zadowolić obie strony: zapowiedział, że pomoc co prawda ponownie zacznie docierać do Gazy, ale będzie ona „minimalna”.

Na skutki tej pokrętnej polityki nie trzeba było długo czekać. Latem coraz więcej osób, w tym dzieci, zaczęło umierać z niedożywienia. „To są zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości. Nikomu nie zapewnią one bezpieczeństwa. Służą jedynie faszystowskiemu reżimowi Netanjahu, Ben-Gewira i Smotricza” – krzyczał Alon-Lee podczas przemarszu, a każdy krok dokładnie relacjonował w mediach społecznościowych. Trasa była stosunkowo krótka: kibuc Jad Mordechaj od przejścia granicznego w Erez dzieliło zaledwie kilka kilometrów. Aktywiści nie zdołali dojść do samej granicy. Policja zablokowała drogę metalowymi barierkami, a funkcjonariusze, których mundury szybko pokryły się mąką, utworzyli kordon, wyzywając każdego, kto próbował zbliżyć się w stronę Gazy. Niektórych, w tym Alona-Lee odpychali, ściskając za szyję. W odpowiedzi słyszeli od części uczestników, że są współwinnymi zbrodni faszystami. Było głośno i nieprzyjemnie. Trzy osoby zostały zatrzymane, ale – jak dowiedziałam się później od pracowników Standing Together – zwolniono je po nocy na komisariacie, bez stawiania jakichkolwiek zarzutów. I tak po krótkich utarczkach, podniosłych przemowach i kilku uronionych łzach, wszyscy rozeszli się do domów. Operacja zakończyła się – jak zwykle – bez żadnego wyraźnego efektu.

Alon-Lee, bardzo wysoki i równie energiczny Izraelczyk, o ograniczonym zaangażowaniu społeczeństwa i nikłym wpływie garstki buntowników na rzeczywistość opowiadał mi kilka dni przed demonstracją w swoim biurze w Tel Awiwie. Industrialna przestrzeń w samym centrum miasta pełni funkcję kwatery głównej żydowsko-arabskiego ruchu, którym Alon-Lee zarządza wraz z Palestynką Rulą Daud. To jedna z największych i najbardziej popularnych organizacji na rzecz pokoju i równości w Izraelu. Mój rozmówca, który wcześniej pracował jako doradca posła lewicowego Hadaszu, tłumaczył mi, że nawet protesty w sprawie zakładników porwanych przez Hamas stawały się w drugim roku wojny coraz mniejsze. – Po tylu latach ludzie są zmęczeni – wskazywał. Demonstracje w sprawie porwanych przez Hamas nie były pierwszymi, które przetoczyły się przez ten kraj w ostatnim czasie. W miesiącach poprzedzających wybuch wojny Izraelczycy manifestowali przeciwko forsowanej przez Bibiego reformie sądownictwa. Po 7 października społeczeństwo musiało niemal z dnia na dzień przerzucić swoją energię protestacyjną na walkę o kolejną sprawę. Z „narodu startupów”, z którego byli dumni, przemienili się w „naród protestów”. – Poza tym ludzie wiedzą, że nawet gdyby dziś, jutro i przez kolejne dwa tygodnie na ulice wyszło pół miliona osób, i tak nie powstrzymają rządu – dodał aktywista.

– Wiesz dlaczego? – zapytał.

Odpowiedziałam mu tak, jak tłumaczyło mi to wielu Izraelczyków sprzeciwiających się wojnie – u władzy jest Binjamin Netanjahu, który niewiele robi sobie z opinii społeczeństwa. Ta obojętność wynikała zdaniem Alona-Lee z prostej kalkulacji: rząd doskonale wie, że ci, którzy protestują, i tak nie są jego potencjalnym elektoratem. Dlatego, narzekał, tak trudno jest przekonać Izraelczyków, że mogą coś zmienić. Wielu, mówił, ma już dość działań, które mają wyłącznie symboliczny charakter. – Choć sam uważam, że nawet taki sprzeciw wobec ataków na dzieci w Gazie jest lepszy niż całkowita bierność – zapewnił mnie.

Istniała jednak zasadnicza różnica w tym, jak Izraelczycy podchodzili do zakładników i do Palestyńczyków z Gazy. Wysiłki na rzecz uwolnienia osób przetrzymywanych w tunelach Hamasu popierała zdecydowana większość społeczeństwa, nawet jeśli wielu straciło motywację do manifestacji. Solidarność z Palestyńczykami nie była już tak oczywista – Izraelczycy najczęściej podchodzili do ich cierpienia obojętnie, albo w pełni popierali ich niszczenie. Tylko niewielki odsetek populacji – na czele ze zwolennikami ruchu Standing Together – wierzył, że Izrael wyrządza sąsiadom niewspółmierną krzywdę. W kraju nie postrzegało się obu tych kwestii jako elementów tej samej tragedii. Najlepiej widać było to właśnie na protestach. Rok wcześniej – w 211 dniu wojny – poszłam z moją znajomą, izraelską emerytką polskiego pochodzenia, na demonstrację w sprawie zakładników w Tel Awiwie.

Tego wieczora z domów wyszły dziesiątki tysięcy osób. Moja znajoma, osoba o poglądach lewicowych, chciała pokazać mi, jak brak uznania koszmaru Palestyńczyków wygląda w praktyce. Odbiłyśmy więc na chwilę od głównego marszu, by dołączyć do znacznie mniejszej, odbywającej się równolegle demonstracji, której uczestnicy wymachiwali banerami wzywającymi nie tylko do uwolnienia porwanych przez Hamas Izraelczyków, lecz także do zakończenia okupacji Palestyny i zaprzestania zabijania mieszkańców Gazy. – Organizatorom zależy na jak największej frekwencji, a obecność osób podnoszących temat Palestyńczyków zniechęciłaby wielu Izraelczyków do udziału. Właśnie dlatego idą osobno – wyjaśniła. Na głównym marszu dostrzegłam tylko kilka plakatów, które nawiązywały do sytuacji w eksklawie. „Biden, możesz zatrzymać wojnę, uratować zakładników i zakończyć klęskę głodu” – brzmiał jeden z nich.Alon-Lee uważał, że w tej sytuacji ma do spełnienia szczególną misję. – Moim zadaniem jest przekonać Izraelczyków, że po drugiej stronie granicy rozgrywa się tragedia – powiedział. Oprócz regularnych manifestacji wykorzystywał w tym celu media społecznościowe. Chwalił się, że Standing Together ma najwięcej odbiorców spośród wszystkich podmiotów politycznych na izraelskim TikToku. Być może dlatego podczas naszej rozmowy jego wzrok co chwila uciekał w stronę iPhone’a, którego ekran nieustannie rozświetlał się kolejnymi powiadomieniami. Do sprawy podchodził jednak z chłodnym realizmem. Wiedział, że nie zdoła przeciągnąć na swoją stronę całego izraelskiego społeczeństwa – zwłaszcza tych, którzy zdają sobie sprawę z głodu w Gazie, ale uważają, że po ataku Hamasu Palestyńczycy nie zasługują na nic więcej i powinni wręcz cieszyć się, że nie spotkała ich zbiorowa ­egzekucja. Według szacunków Standing Together tak myśli około 15–20 procent żydowskich Izraelczyków, których w sumie jest ponad 7 milionów (kolejne 2 miliony obywateli Izraela to Palestyńczycy). – Tych ludzi nie próbuję przekonywać. To byłaby misja z góry skazana na porażkę. W ich oczach to, co robimy, jest zdradą – tłumaczył.

Dlatego skupiał się na tych, którzy stoją pośrodku. Nie marzą o zasiedleniu Gazy ani o zagłodzeniu Palestyńczyków na śmierć, ale też nie stają po ich stronie i nie pojawiają się na organizowanych przez Standing Together protestach. Chodzi o ludzi, którzy według aktywisty „nie mają wyrobionej opinii o tym, co się dzieje”. Grupę około 3 milionów Izraelczyków, którzy „nie śledzą debaty publicznej, ale oglądają wieczorne wiadomości i przyjmują je za prawdę”. Nie byłoby nic dziwnego w tym, że ufają swoim mediom, gdyby nie fakt, że nie relacjonują one wojny tak, jak robią to BBC, CNN czy TVP. W efekcie powstała przepaść między tym, jak sytuację w Gazie postrzegają Izraelczycy, a jak odbiorcy spoza tego kraju. Tutejsze media cały czas funkcjonują w trybie 7 października. Widzom pokazują wyłącznie izraelskich zakładników, ich rodziny oraz walczących w Gazie żołnierzy. Opowiadał mi o tym Gideon Levy, dziennikarz centrolewicowego „Ha-Areca”. Levy od lat sprzeciwia się politykom, którzy w przemożnym stopniu kształtują jego państwo, oraz okupacji, apartheidowi i wszechobecnej opresji. Krytyczny stosunek do działań Izraela wykształcił się w nim, gdy rozpoczął pracę jako reporter na Zachodnim Brzegu Jordanu. Obserwował wtedy z bliska, jak jego rodacy traktują Palestyńczyków. Po niemal dwóch latach wojny nie miał też wątpliwości, że Izrael popełnia ludobójstwo, rodzime media zaś nie zdały egzaminu dojrzałości. – To jest chore, bo minęły już dwa lata, a u nas tragedia 7 października jest wciąż omawiana tak, jakby wydarzyła się wczoraj – mówił mi latem 2025 roku. – Kiedyś napisałem w artykule, że jeśli ktoś śledzi wyłącznie izraelskie media, to dojdzie do wniosku, że w Strefie Gazy żyją tylko nasi zakładnicy.W tej układance Palestyńczykom mogła przypaść tylko jedna rola: okrutnych terrorystów. Media nie pokazują więc, że mała Hiba w izraelskim nalocie straciła rodziców, że Lina od kilku dni nie ma czym nakarmić swojego syna, a schorowany, siedemdziesięcioletni Ali nie ma siły, by po raz piąty ewakuować się z północy na południe eksklawy. Proces ich dehumanizacji w mediach rozpoczął się jednak na długo przed atakiem Hamasu. W rozmowie, którą opublikowałam na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”, wyjaśniała to Anat Saragusti. To pierwsza izraelska dziennikarka, której wywiadu udzielił Jasir Arafat, zmarły w 2004 roku prezydent Autonomii Palestyńskiej. Przez kilka lat była również korespondentką Kanału 12 w Strefie Gazy. Saragusti w pewnym sensie otwierała więc drzwi dla narracji innych niż izraelska. „Były czasy, kiedy duża, komercyjna telewizja uważała posiadanie dziennikarza zajmującego się wyłącznie Gazą za ważne” – wspominała swoją misję w Palestynie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij