Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Z notatnikiem i strzelbą - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
12 grudnia 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
37,00

Z notatnikiem i strzelbą - ebook

Autor książki – Jewgienij Spangenberg – był dyrektorem muzeum zoologicznego w Moskwie. Dzięki sprawowanej funkcji miał okazję bywać nie tylko w podmoskiewskich lasach, lecz także w górach Krymu, Kaukazu, Ałtaju, na naddnieprzańskich stepach i w syberyjskiej tajdze.

W tych sentymentalnych wspomnieniach zabiera nas najpierw na stepy Powołża, gdzie dorastał i od najmłodszych lat hodował różne zwierzęta, następnie na rozmaite łowieckie eskapady, w których towarzyszył ojcu, a wreszcie na prawdziwe łowy, na które wyprawiał się już jako dorosły mężczyzna aby pozyskać okazy do muzeum zoologicznego.

 

Kategoria: Podróże
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-65443-10-6
Rozmiar pliku: 854 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Jewgienij Pawłowicz Spangenberg urodził się w roku 1898 w obwodzie czytyjskim w rodzinie inżyniera kolei. Od dzieciństwa interesował się przede wszystkim ptakami, przyrodą i polowaniami. Te upodobania ukształtowały przyszłego naukowca. Całe życie Jewgienija Pawłowicza było związane z badaniem zwierząt, zwłaszcza ptaków. Miłość do natury i dalekich wędrówek określiła jego drogę: drogę zoologa, badacza i naukowca. Ze strzelbą, lornetką i notatnikiem przemierzył ogromne przestrzenie Kraju Rad. Daleki Wschód i Zakaukazie, tundry Półwyspu Kolskiego, Kanina i dolnej Kołymy, pustynie Azji Środkowej i Kazachstanu, równiny centralnej Rosji, góry Kaukazu i Tien-szanu. Tysiące kilometrów podróży… Zewsząd przywoził unikatowe materiały, kolekcje i notatki z obserwacjami. Podróżował z wielkim entuzjazmem, w większości pieszo, pokonując wiele trudności, bo wtedy – w latach czterdziestych i pięćdziesiątych – ekspedycje nie były tak wyposażone jak obecnie. Zoologowie nie mieli do dyspozycji śmigłowców, łodzi motorowych, telemetrii, urządzeń rejestrujących dźwięk i optyki o długiej ogniskowej. Samo posiadanie namiotu bywało rzadkością!

Jewgienij Pawłowicz był wybitnym kolekcjonerem. W ciągu swego życia zgromadził bogatą kolekcję ptaków, z których większość znajduje się obecnie w Muzeum Zoologicznym Uniwersytetu Moskiewskiego. Niektóre egzemplarze są tak unikalne, że ich wartości nie da się określić żadnymi pieniędzmi.

Jewgienij Pawłowicz bardzo lubił polowania i wszystko to, co było z nimi związane: broń, psy i same wyjazdy. Dla niego był to sposób na bliski kontakt z naturą. Przeważnie polował na drobną zwierzynę. Jesienią łowił cyraneczki, wiosną słonki w czasie ciągu. Strzelał znakomicie, a swoje umiejętności zwykle okazywał w czasie łowów na bekasy i przepiórki na Krymie. Godzinami mógł rozmawiać o broni, psach i tradycji łowieckiej. Słuchając go, wszyscy zdawali sobie sprawę, że Jewgienij Pawłowicz ponad strzał przekłada atmosferę towarzyszącą łowom.

Jego książki były wielokrotnie wznawiane i przekładane na języki obce. Są one naprawdę dziełem o wielkiej wartości artystycznej. To prawdziwy hymn na cześć zwierząt, dalekich podróży, miejsc drogich sercom wszystkich Rosjan. To oddanie czci poszukiwaniom naukowym, radości z odkrywania długiej i żmudnej pracy ekspedycyjnej. Przygody opisane na stronach jego książek to żywe historie, pomysłowe, czasem naiwne i niezwykle proste, lecz przy tym zaskakująco ekspresyjne. Wspomnienia Jewgienija Pawłowicza mają niezwykłą moc: umożliwiają nam odczuwanie i widzenie tego, co już było. Poznanie przeszłości jest konieczne, by jeszcze bardziej kochać teraźniejszość.

Profesor Władymir Flint
wiceprezes Wszechzwiązkowego Towarzystwa Ornitologicznego

Nazwa pochodzi od nazwy miasta Czyta (przypis tłumacza).

Autor podróżował po krajach, które dzisiaj są osobnymi państwami, ale w czasach autora należały do Związku Radzieckiego (przypis redakcji).

Ciąg – lot godowy (przypis redakcji).OD AUTORA

Są ludzie, którzy sprawiają, że każda rozmowa z nimi pozostawia w nas niezatarty ślad. Takim człowiekiem był mój wykładowca, profesor Borys Michajłowicz Żytkow. Kiedy wstąpiłem na Uniwersytet Moskiewski, wykładał zoologię kręgowców. Napisał wiele książek i artykułów naukowych i popularnonaukowych oraz wywarł niezatarty wpływ na wielu studentów.

– Wiecie, przyjaciele – zwrócił się do nas podczas rozmowy. – W swoim życiu napisałem dużo mądrych książek, lecz ciekawe jest to, że odkąd mój imiennik Borys Żytkow opublikował swoje fascynujące historie, stałem się szczególnie popularny. Jakieś dwa lata temu mały chłopiec zatrzymał mnie na naszym podwórzu.

„To ty napisałeś o słoniach?” – spytał wprost.

„Nie, to jest inny Żytkow” – wyjaśniłem.

Przez chwilę wydawało się, że moja odpowiedź zbiła chłopca z pantałyku.

„Ale jesteś Żytkow?” – zapytał.

„Tak, Żytkow”.

„I Borys?”

„Tak, i Borys” – odrzekłem.

„Cóż, jeśli jesteś Żytkow i Boris, to znaczy, że napisałeś o słoniach” – stwierdził bezapelacyjnie.

Ten epizod w życiu starego profesora, opowiedziany niejako przy okazji, uświadomił mi, że oprócz książek naukowych trzeba pisać także popularnonaukowe, które będą czytane i doceniane nie tylko przez wąskie grono specjalistów, lecz także przez liczne osoby o najróżniejszych profesjach i w różnym przedziale wiekowym. I choć nie jestem pisarzem, a naukowcem z zamiłowania, pamiętając słowa mojego profesora, postanowiłem w tej książce przedstawić w przystępnej formie obserwacje na temat zwierząt, które zostały opisane w moich pracach naukowych.

Dzieciństwo spędziłem w Petersburgu. Kiedy nadchodziło lato, nasza rodzina wyjeżdżała na daczę. Niewiele jednak pamiętam z czasu spędzonego poza miastem. We wspomnieniach utkwiły mi pojedyncze momenty. Pewnego niedzielnego popołudnia tata i ja, uzbrojeni w siatkę i puszki, udaliśmy się na brzeg niewielkiego stawu, gdzie spędziliśmy większość dnia, łowiąc traszki i karaski. Ta mała wycieczka mocno utkwiła mi w pamięci. Tego dnia po raz pierwszy usłyszałem śpiew polnego skowronka. Ptak wzbił się z pobliskiej kępy trawy pod niebieskie niebo, skąd przez długi czas płynęła cudowna melodia. Wydawało się, że nigdy się nie skończy. Choć dużo czasu upłynęło od tego pamiętnego dnia, nawet teraz, kiedy wiosną jestem na polach, słucham dźwięków znanych z dzieciństwa i próbuję wypatrzyć na błękitnym niebie tego małego śpiewaka.

Bardziej utkwiło mi w pamięci życie w mieście. Nudna jesień i mokra zima, niebo pokryte chmurami; padająca mżawka i płaczące okna. Na ulicy było szaro, lecz w domu się nie nudziłem. Siedząc na kanapie, godzinami wertowałem książki, przyglądając się zdjęciom i w wyobraźni podróżując na dalekie południe, gdzie zgodnie z moją koncepcją na niebieskim niebie zawsze świeciło jasne słońce.

Pewnego razu tata kupił dziesięciotomową publikację Brehma. To bogato ilustrowane dzieło wkrótce stało się moim największym klejnotem. Od wczesnego dzieciństwa fascynowały mnie zwierzęta, ich zwyczaje i życie. Niedawno wpadł mi w ręce mój zeszyt z dziecięcych lat. Był zapełniony powklejanymi obrazkami i rysunkami przedstawiającymi różne zwierzęta i ptaki.

Przyjazdy mojego dziadka czyniły moje życie jeszcze bardziej fascynującym. Miał siedemdziesiąt lat i był wielkim miłośnikiem natury. Wiele podróżował i polował na różne zwierzęta. Wraz z jego przybyciem w naszym mieszkaniu pojawiały się wypchane białe czaple, dzikie kaczki, bażanty i małe ptaki, których pióra mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Ptaki te zostały zdobyte przez dziadka podczas jego fascynujących, długich podróży. Oglądałem eksponat za eksponatem, nie mogąc oderwać od nich wzroku. Porównywałem je z rysunkami w książkach i wypytywałem dziadka o wszystko.

Dziadek przywiózł ze sobą nie tylko wypchane ptaki. Ze swojej torby wyjął szkatułę, która była wypełniona różnymi drobnymi przedmiotami. Zawierała zardzewiałe groty strzał, starożytne monety, kamienne wizerunki ludzi, skamieniałe muszle i kawałki drewna. Wszystko to, jak powiedział, zachował na pamiątkę.

Wieczorem, gdy w kominku zapłonął ogień, dziadek usiadł na szerokim fotelu i położył na podłodze swoją szkatułę. Odchylił pokrywę i wyjął pewien przedmiot. Obejrzał go ze wszystkich stron, a następnie w zamyśleniu spojrzał na ogień i trzymając w ręku niepozorną rzecz, rozpoczął długą, interesującą opowieść, która dotyczyła nie tylko wyjętego przedmiotu, ale i związanej z nim podróży. Pierwszego wieczoru dziadek wyjął małe pudełko z dziwnym, wysuszonym owadem i opowiedział nam o piaszczystych pustyniach, gdzie bezlitośnie praży słońce, a burze piaskowe wznoszą się do samego nieba. Następnego wieczoru mała rurka, sprytnie wycięta z kła morsa, zabrała nas na Czukotkę, a przed naszymi oczami, jeden po drugim, pojawiły się nieznane obrazy: niespokojne morze, niewielkie skaliste wyspy, skupiska ptaków, żaglowiec skrzypiący nawet przy niewielkim wietrze. W te długie zimowe wieczory dzięki opowieściom dziadka zapoznałem się z różnorodną naturą naszej ojczyzny i poznałem życie niezwykle ciekawych tropikalnych ptaków, których wypchane eksponaty były zawieszone w pokojach.

Potem nastał inny czas w moim życiu. Z olbrzymiego, zatłoczonego miasta nasza rodzina przeniosła się na małą stację kolejową zagubioną w stepach dolnego Powołża. To tam żyłem w codziennym, bezpośrednim kontakcie z naturą i tam zakochałem się w niej ze wszystkich sił mojej dziecięcej duszy. Dużo czasu upłynęło od tej pory, lecz ciągle posiadam pasję z dzieciństwa.

W mojej pamięci pojawia się mała osada kolejowa Achtuba. Wśród bezkresnych stepów ogrody achtubińskie były prawdziwą oazą. Cała osiedle kolejowe opływała zieleń. Białe akacje, lilaki, czereśnie, wiśnie i jabłonie skrywały budynki, a ich gałęzie wytrwale wspinały się ku oknom. Jakże uwielbiałem nasz zapuszczony sad! Zimą spędzałem w nim całe dnie i nie ciągnęło mnie poza jego teren. Sad graniczył z ponurym, szarym stepem, który pokrywała biała, śnieżna zasłona. Wydawała się nieskończona – dochodziła aż po horyzont. Zimą step był nieciekawy. Za to jak wspaniały był sad! Niejednokrotnie gałęzie drzew pokrywały się szronem, a pośród nich czerwieniła się pierś gila. Wśród pni miarowo stukał dzięcioł. Wieczorami setki gawronów i kawek zbierały się w koronach akacji, a niezgrabny zgiełk, jaki wydawały, przenikał do najodleglejszych zakątków naszego przestronnego mieszkania.

Szczególnie ukochałem sobie wiosnę. Nie mogłem się doczekać, kiedy przejdzie zima i nadejdzie ta cudowna pora roku. Oto wiosenny, niespokojny wiatr potrząsa nagim jeszcze drzewem, a pośród jego gałęzi śpiewa szpak. Na razie jest jeszcze chłodno, niegościnnie, lecz przybyły ptaszek śpiewa z gracją. W jego melodii usłyszysz kwakanie kaczki, krzyk kawki, skrzypienie nie naoliwionego koła. Chętnie słucham tych dźwięków, by na ich podstawie dowiedzieć się czegoś nowego o życiu szpaka. Już drugi rok wczesną wiosną przylatuje do naszego sadu i wyprowadza pisklęta w zagłębieniu topoli. Minie jeszcze tydzień, drugi, wkrótce step pokryje się delikatną młodą zielenią, a sad pobieleje od pąków kwitnących drzew owocowych. Następnie zakwitną krzewy bzu i akacji, i wtedy pokoje naszego domu wypełnią się mocnym, odurzającym zapachem.

Co dorówna wiośnie?

Wiosna była moim największym świętem. Nie tylko dlatego, że ożywiała naturę, lecz także z powodu myśliwskich i wędkarskich wycieczek, które odbywałem z tatą, oraz dalekich wędrówek w poszukiwaniu tulipanów i nowych gatunków zwierząt. W tym czasie już przywykłem do oglądania w naszym domu najrozmaitszych okazów. W jednym z pokoi stała duża woliera z kanarkami, a przy oknach akwaria z rybami. Przepiękne kanarki – ulubieńcy mojej mamy – czy czerwone ryby ze zwisającymi ogonami i wyłupiastymi oczami nie przyciągały mojej uwagi. Znacznie bardziej podobał mi się zębiasty drapieżca – szczupak, a także nasz wróbel i wesoły, ruchliwy szpak. Szczególnie interesowało mnie ich zachowanie. Wypadłszy przypadkowo z gniazda, malutkie szpaczki oraz pisklęta innych ptaków trafiały wiosną do naszego mieszkania. Karmienie młodych i sprawowanie opieki nad nimi pochłaniało cały mój wolny czas, lecz sprawiało, że moje życie stało się interesujące i odpowiedzialne. „Co może być rozkoszniejszego od trzymanego w ręku małego zwierzątka lub ptaszka?” – dumałem w dzieciństwie. Gdy moich rówieśników interesowały nakręcane samochody, podwodne łodzie lub projektory, mnie te kolorowe zabawki interesowały tylko przez krótki czas. Najlepszym i najdroższym prezentem było dla mnie żywe stworzenie.

– A komu to potrzebne? – śmiała się ze mnie rodzina, kiedy w naszym mieszkaniu pojawiało się nowe zwierzę lub pisklę.

Nigdy nie zapomnę, jak do taty z sąsiedniej miejscowości przyjechał wiejski nauczyciel. Długo rozmawiał z ojcem w jego biurze, a gdy wszedł do kuchni, wręczył mi kartonowe pudełko.

– To dla ciebie – rzekł.

I wyszedł przez ganek na podwórze, gdzie stała jego dorożka.

Od razu zorientowałem się, że w pudełku jest jakieś zwierzę, ponieważ wieko było podziurawione. To, co ujrzałem, przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. W pudełku znajdowała się mała alaktaga. Był to dla mnie drogocenny prezent. Z upływem czasu zwierzę całkowicie się oswoiło, a korzystając z naszej opieki, prawdopodobnie żyło dłużej, niż te skoczki żyją na wolności. Ponieważ to nocne zwierzęta, moja alaktaga spędzała dni w klatce zwinięta w kulkę. Rok później w małej klatce transportowej zrobionej przez tatę podróżowała z nami do Moskwy, a następnie do Irkucka, gdzie przez kolejnych sześć lat korzystała z zupełnej swobody w naszym mieszkaniu.

Wiele różnych zwierząt i ptaków mieszkało razem ze mną, gdy byłem dzieckiem. Mógłbym napisać o nich grubą książkę, lecz moje opowiadania wydałyby się czytelnikom zbyt monotonne. Skupię się zatem na zachowaniu wybranych zwierząt żyjących w niewoli.

Chodzi o książkę niemieckiego zoologa Alfreda Edmunda Brehma pt. „Życie zwierząt” (wyd. 1864-1869) (przypis redakcji).

Alaktaga – niewielki ssak z rodziny skoczkowatych (przypis redakcji).DZIECIĘCE LATA

Hodowanie małych ptaków w mieszkaniu, w którym mieszka kot, nie jest bezpieczne. Wszak kot jest drapieżnikiem i nauczenie go, by porzucił swoje naturalne skłonności, nie jest łatwe. Bez względu na to, jak mądre są twoje ptaki, zawsze będzie im grozić niebezpieczeństwo. Wiedziałem o tym już od najmłodszych lat, kiedy nasz ulubieniec, leniwy kanapowiec kot Waśka zadusił jedną z moich egipskich gorlinek. Gdy garłacze przebywały w klatce, kot nie zwracał na nie uwagi, co uśpiło naszą czujność. Jednak gdy tylko ptak wyleciał z klatki do pokoju, został zaatakowany przez kota. To była dla mnie okrutna, lecz niezwykle ważna lekcja.

W Achtubie, gdzie hodowaliśmy ptaki, Waśka nie był wpuszczany do pokoi. Żył w kuchni i zachowywał się jak dobrze wychowany kot. Zdaniem mojej niani nie jadł chleba, gdyż sumiennie łapał myszy. Wypoczywał na zapiecku, a gdy byłem w kuchni i głaskałem go po jego zadbanym błyszczącym futrze, pocierał ucho o moją rękę i mruczał z zadowolenia. Jednak czy można do końca zaufać kotu? Psu można ufać, lecz czy kotu…? Nie dowierzałem Waśce. Odnosiłem wrażenie, że pod tą miłą powierzchownością kryje się prawdziwy rozbójnik, postrach istot żywych.

Kiedy padał śnieg, przykrywając ziemię białym dywanem, wielokrotnie widziałem tropy Waśki w ogrodzie. Wyglądały jak równy łańcuszek i prowadziły w najdalsze zakątki ogrodu, gdzie kapryśnie wiły się wśród gęstego bzu i malin. Co on tam robił? Chyba nic dobrego, w przeciwnym razie nie zachowywałby się tak jak kilka dni temu. Ostrożnie podążałem wzdłuż tropu Waśki. Zauważyłem go z daleka. Jak najprawdziwszy drapieżnik ukrył się wśród wystającej spod śniegu żółtej trawy i oczył na mnie. Kiedy zbliżyłem się do niego na kilka kroków i zawołałem go po imieniu, wyskoczył jak błyskawica ze swojej zasadzki i pędem ruszył do domu. W ten sposób mógł postąpić tylko zaskoczony rozbójnik.

Od tego zdarzenia upłynęło dużo czasu, aż w końcu Waśka został złapany na gorącym uczynku. Był cudowny letni poranek. Wcześnie się obudziłem i wyszedłem na werandę, lecz nagle poczułem w nodze skurcz spowodowany chłodem i zatrzymałem się na górnych schodach. Jak wspaniały był kwitnący ogród, zalany poprzecznymi, lecz jeszcze nie grzejącymi promieniami słońca! Wokół było tak przyjemnie, że postanowiłem usiąść na schodach oblewanych słonecznym blaskiem, lecz nagle usłyszałem jakieś niespokojne dźwięki, co obudziło moją czujność. Harmider spowodowały ptaki, które znałem, lecz ich głos brzmiał niezwykle w ciszy poranka. Pragnienie, by rozkoszować się słońcem, zaraz gdzieś pierzchło.

Wsłuchałem się w odgłosy ptaków, które dobiegały gdzieś z daleka, a potem szybko ruszyłem w głąb ogrodu. Kończyły się rzadkie jabłonie, dalej na skraju ogrodu rosły kukurydza i słonecznik. Za nimi znajdowało się wysokie ogrodzenie z desek, z drewnianą rynną, gdzie szemrząca woda spływała do kanałów nawadniających sad. W tym surowym i chłodnym zakątku, pośród gęstego czarnego bzu i kwitnącej akacji, stała uschnięta topola. Drzewo od dawna było martwe. Fragmenty kory miejscami opadały na ziemię albo zwisały płatami, odsłaniając pień przed owadami. Nieliczne gałęzie wystawały daleko na boki. Stare, brzydkie drzewo już dawno miało być ścięte na opał, lecz zwlekaliśmy z tą decyzją. Żal było rozstać się ze starą topolą, chociaż dodawała brzydoty temu zakątkowi ogrodu. Ponadto w jej dziuplach stale gniazdowały szpaki, wróble i jeszcze jakieś nieznane mi ptaki… Tym razem wysoko w koronie topoli ujrzałem jego. Jak myślicie, kogo? Naszego Waśkę. Nieświadomy bliskości człowieka, nie zwracał uwagi na rozpaczliwe krzyki ptaków. Dzielnie i bezceremonialnie gospodarzył na drzewie. Mocno trzymając się pnia trzema łapami, czwartą aż do tułowia wsadzał w otwór drzewa. Kiedy łapa wychodziła na zewnątrz, ciągnęła za sobą skrawki gniezdnej wyściółki. Znalazłem pod nogami suchy kij i ruszyłem w kierunku drzewa. W tym momencie Waśka wyciągnął z dziupli całe ptasie gniazdo. Gdy tylko mnie zauważył, od razu porzucił swój łup. W następnej chwili rozłożył szeroko łapy i skoczył w dół. Zapiszczał, uderzając o ziemię, a następnie uciekł do domu.

– Ach, ty rozbójniku! – krzyknąłem za nim i pobiegłem bliżej drzewa.

Wśród słomy, waty i piór naszych kur i indyków znalazłem cztery martwe, małe, nagie wróble i jednego żywego. Ptaszek jakimś cudem przeżył, spadając wraz z gniazdem z wysokiego drzewa. Tak więc zamieszkał z nami mały i bezradny wróbel. Nazwałem go Maljuśka. Tę historię należałoby opowiedzieć właśnie od tego momentu, gdyby kot Waśka nie pojawił się w przyszłości.

Wróble znają wszyscy. Jednak i o nich można coś opowiedzieć. Naszą strefę klimatyczną zamieszkują dwa gatunki, które znacznie się od siebie różnią. Pierwszy to wróbel domowy. Samczyk jest dużo jaśniej ubarwiony niż szara niepozorna samiczka. Zamieszkuje pośród ludzkich domostw, wijąc gniazda pod dachami budynków. Drugi to wróbel polny, który różni się od wróbla domowego mniejszym rozmiarem, jaśniejszym ubarwieniem i identycznym upierzeniem między samcem i samicą. Wróbel polny, choć czasem zamieszkuje siedziby ludzkie, preferuje duże parki, lasy i pola. Tutaj gniazduje wśród dziupli i jam wykopanych przez inne ptaki, na urwistych brzegach rzek i wąwozów. Wróbel, o którym teraz opowiem, należał do tego gatunku.

Pierwsze karmienie małego i całkowicie bezradnego wróbla jest bardzo trudne. Wymaga dużo cierpliwości i czułości. Pisklę na samym początku niewoli nie chce otwierać dzióbka i musi być karmione siłą. Nasz wróbel był tak mały i słaby, że nie odważyłem się wziąć go pod swoją opiekę, lecz zaniosłem go do mamy. Uważałem ją za wielką specjalistkę w tej dziedzinie. Nieszczęsny ptaszek trafił więc w dobre ręce. Z początku nasz nowy domownik był tak mało atrakcyjny, że my, dzieci, nie zwracaliśmy na niego większej uwagi. Nie minął jednak tydzień, jak wesołe i uparte ćwierkanie o poranku zawiadamiało cały dom o istnieniu wróbelka. Nie leżał już w pudełku z watą, lecz siadał na jego krawędzi i energicznym ćwierkaniem domagał się jedzenia. Kiedy zwracano na niego uwagę i zbliżano się z karmą, szeroko otwierał dziób z żółtą obwódką i trzepotał jeszcze słabo opierzonymi skrzydłami.

Już w tak młodym wieku widać było, że młody wróbel zachowuje się zupełnie inaczej niż pisklęta kanarków, które moja mama hodowała w specjalnych klatkach. Ich jasnożółte upierzenie czyniło je bardzo atrakcyjnymi, lecz te ptaki nie czuły radości z życia. Co innego maleńki, lecz energiczny polny wróbel, w którego oczach błyszczał jakiś szczególny entuzjazm i niewyczerpane pokłady życiowej energii. W ciągu dnia potrafił z zadziwiającą szybkością zjadać duże ilości pokrojonego surowego mięsa, gotowanego jajka, namoczonego w mleku białego chleba czy rosołu.

Minęło dziesięć dni. Nasz zabawny wróbel pokrył się piórami i nauczył się używać skrzydeł. Od tego momentu manifestował się jego społeczny temperament. Nie chciał zostawać sam w pokoju i ćwierkając, przelatywał z jednego przedmiotu na drugi, podążając za moją matką po całym mieszkaniu. Ciekawe jest to, że wróbelek okazywał swoje przywiązanie tylko swojej opiekunce. Wobec nas, dzieci, zachowywał się ostrożnie i nieufnie. Oczywiście to się nam nie podobało, lecz zamiast zdobyć zaufanie ptaka, w swojej dziecinnej lekkomyślności zaczęliśmy mu dokuczać przy każdej okazji. Rozzłoszczony wróbelek zachowywał się komicznie, co sprawiało nam to wiele radości.

Rano siedzimy przy stole na przestronnej, wychodzącej na sad werandzie i pijemy herbatę. Przy stole jest również Maljuśka. Z rozwichrzonymi piórami, krótkim ogonkiem i żółtymi krawędziami dziobka siedzi na rogu stołu obok mamy i przy każdym jej ruchu stroszy swoje krótkie skrzydełka i ćwierkając, prosi o jedzenie. Od czasu do czasu małe kawałki surowego mięsa lądują w jego dziobie. Po ich połknięciu uspokaja się na krótko, ale wkrótce znów zaczyna ćwierkać, przechylając głowę na bok i spoglądając w oczy mamy. Ile w każdym ruchu tego ptasiego dziecka jest zaufania do człowieka – przyjaciela! I jak ogromna różnica w zachowaniu tego samego wróbla wobec nas, okrutnych dzieci! Wystarczy, że wyciągnę ku niemu rękę i musnę jego ogonek, a od razu jego spokój jest zakłócony. W jego malutkich oczach pojawia się złowrogi błysk. Wróbelek mocno stroszy swoje upierzenie, ćwierka gwałtownie i rzuca się na moją rękę, szczypiąc ją i gryząc zapalczywie, lecz na szczęście bezboleśnie.

– Po co drażnisz ptaka? – pyta mama z wyrzutem.

– Nie zrobiłem tego specjalnie – usprawiedliwiam się.

Wkrótce nasz wychowanek zyskał przydomek „zabijaka”. Opowiem, jak to się stało.

Od dawna trzymaliśmy starego psa myśliwskiego rasy seter irlandzki. Wabił się Markiz. Dobrze pracował w polu, a w domu jego dobroć wydawała się nie mieć granic.

– Muchy nie skrzywdzi – mawiał o nim tata.

I rzeczywiście Markiz był taki. Gdy spał, mieszkająca u nas bezskrzydła przepiórka wskakiwała na niego, żeby wyśpiewywać swoje dźwięczne trele. Markiz nie reagował, jedynie sporadycznie podnosił głowę. Aby sprawdzać jego dobroć, my, dzieci, wkładaliśmy mu do kufy małą, domową kaczuszkę. Za każdym razem mądry pies delikatnie językiem wypychał grudkę żywego stworzonka, nie powodując u niego żadnych obrażeń. Markiz był uosobieniem dobra.

A teraz wyobraź sobie, czytelniku, że nasz wspólny ulubieniec niespodziewanie dla wszystkich popadł w niełaskę wróbla – zabijaki. Podobnie jak inne zwierzęta w naszym domu, Markiz był bardzo przywiązany do mojej mamy. Codziennie pod koniec obiadu podchodził do niej i kładł swoją wielką głowę na jej kolanach. W końcu po obiedzie mógł zawsze liczyć na pozostawione pyszności. Jeśli przez dłuższy czas nie zwracano na niego uwagi, przypominał o sobie ciężkim westchnieniem.

Tego dnia Markiz jak zwykle zbliżył się do mojej mamy i położył głowę na jej kolanach, aż nagle, ku swemu zdziwieniu, spotkał się z wojowniczym atakiem małego wróbelka. Nasza reakcja ostatecznie zdeprymowała starego psa. Bardzo lubiliśmy naszego setera, lecz nie można było powstrzymać się od serdecznego śmiechu, widząc tę komiczną scenę! Zazdrosny ptak śmiało rzucił się na psa. Markiz mocno potrząsnął głową i zrzucił swego wroga na podłogę. Inny pies oczywiście skorzystałby z okazji, by odgryźć się swojemu prześladowcy, lecz wielkoduszny Markiz tego nie zrobił. Ze zdziwieniem i pewną obawą obwąchał wróbla, którego wielka złość znacznie przewyższała jego niewielkie rozmiary. Czy duży pies powinien zwracać uwagę na taką kłótliwą kruszynę? Zdarzenie to pozostawiło jednak ślad. Od tej pory Markiz wahał się podejść do gospodyni, jeśli kręcił się przy niej zadziorny ptaszek.

Zabawny wróbel, który miał w sobie niestrudzoną energię i wielką odwagę, stopniowo zdobył w naszym domu powszechny szacunek. Nadal cieszył się pełną swobodą i spędzał większość dnia w ogrodzie w pobliżu domu. Wystarczyło zawołać go po imieniu lub przysiąść się do naszej rodziny przy werandzie, a ten wesoły ptak zjawiał się natychmiast.

Pamiętam wiele incydentów z jego udziałem.

– Znowu twój wróbel rozbił kubek i wykąpał się w mleku. Nic nie można zostawić na wierzchu – narzekała niania. – Już lepiej by było, gdyby Waśka zjadł tego złodzieja. Czy mało mamy kanarków? Przyjęliśmy wróbla i teraz nie ma od niego spokoju.

Dalekie wycieczki urządzane przez naszego udomowionego wróbla nie przypadały mi za bardzo do gustu. Szczególnie niepokoiło mnie częste pojawianie się ptaka w pobliżu kuchni, gdzie mógł łatwo paść ofiarą krwiożerczego kota Waśki. Po wspomnianym starciu Markiz obawiał się wojowniczego ptaka. Pomyślałem, czy nie można by spróbować sprawić, by Waśka zaczął bać się odważnego wróbla? Wtedy nasz ptak byłby bezpieczny.

Biedny Waśka przez kilka następnych dni był podawany bezbolesnej, lecz bardzo nieprzyjemnej tresurze. Brałem kota na ręce i powstrzymywałem jego przednie łapy, straszne dla wszystkich istot żywych. Początkowo wróbel wystrzegał się nieznanego zwierza i trzymał się od niego z daleka, ale wkrótce znudziło mu się to. Nagle z wrzaskiem rzucił się na kocią mordkę. Waśka zamrugał ślepiami, złowróżbnie zasyczał i wyrywał się ku swobodzie. Już kolejnego dnia, jak nam się wtedy wydawało, osiągnęliśmy pożądane rezultaty. Kot posadzony obok wróbla gniewnie mruczał, ostrożnie cofając się, by następnie dać drapaka z pokoju. Jego zachowanie wyraźnie pokazało, że spotkanie z ptakiem nie sprawia mu żadnej przyjemności.

Nadeszły ciche, jesienne dni, raz pogodne, innym razem szare i wilgotne. Pożółkły i pociemniały liście, które odrywały się od drzew, by przez kilka chwil pokołysać się na wietrze i z szelestem opaść na ziemię. Szczególnie rano można było wyczuć ich miłą woń. Niektóre ptaki nawoływały się trwożliwie. Uwielbiałem tę smutną, jesienną ciszę i dlatego większość dnia spędzałem w naszym ogrodzie.

Pewnego razu, gdy wracałem z ogrodu do domu, postanowiłem wejść na taras, lecz to, co się tam wydarzyło, sprawiło, że zamarłem na miejscu. Nasz wróbel, wydając trwożny krzyk, zerwał się z dachu i poszybował w kierunku gęstego krzaka bzu. W tym samym momencie powietrze przeszył jak strzała dość duży ptak, lecz nie mogąc przedrzeć się do środka gęstego krzaka, przysiadł w jego środkowej części. „Krogulec go nie złapał”, przemknęła mi przez głowę myśl. Rzuciłem się na ratunek wróblowi. W tej samej sekundzie zwinny drapieżnik uskoczył na bok i wywołał panikę wśród pozostałych wróbli i kur domowych. Jak straszny cień przemknął nisko przez ogród i zniknął za szerokim dziedzińcem. Stałem jak zaczarowany, obserwując odlatującego drapieżnika. Głośny szczebiot wróbelka przywrócił mnie do rzeczywistości. Pod krzakiem grasował Waśka. Nie zauważywszy mnie, wpychał łapę w gęste łodygi bzu, starając się schwytać biednego ptaszka. Chwilę później wróbelek był w moich dłoniach, a Waśka wiał do kuchni.

Wszystko skończyło się dobrze. Obejrzałem przestraszonego wróbla. Nie znalazłem na jego ciałku ani jednej rany. Tylko wyrwane pióra świadczyły o tym, że omal nie padł ofiarą drapieżnika. Jak ja wtedy nienawidziłem Waśki!

– W czym jest winny Waśka? – uspokajał mnie tata tamtej nocy. – Wszak kot jest urodzonym drapieżnikiem. Nie sprawisz, że zacznie jeść trawę i przestanie zwracać uwagę na myszy i ptaki.

Gorlinka – ptak spokrewniony z gołębiem (przypis redakcji).

Oczyć (o zwierzynie) – patrzeć uważnie, spoglądać (przypis redakcji).

O psie myśliwskim – dobrze wystawiał zwierzynę, aportował itd. (przypis tłumacza).

Kufa – przednia część czaszki psa, pysk (przypis redakcji).SIWKA

Kilometr od stacji Achtuba znajduje się odnoga Wołgi. W jej rozlewisku bytuje wiele kaczek, kulików, spotykano tam czaple i inne ptaki, w tym niezwykle piękne kraski wielkości naszej kawki. Ich strojne upierzenie, łączące niebieskozielony i brązowy kolor, w promieniach południowego słońca wydawało się szczególnie wyraziste. Ptaki gniazdowały w stepowych wąwozach i rzecznych urwiskach, gdzie wykopywały głębokie jamy, lub zasiedlały dziuple znajdujące się pośród rzecznego rozlewiska.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem kraskę, poraziła mnie swoim żywym kolorem, który przypominał ubarwienie tropikalnych ptaków. „Po co marzyć o pięknych papugach – pomyślałem – skoro pod bokiem są tak cudowne ptaki”. Dlatego też postanowiłem złapać jednego dla siebie.

W tym czasie prawie codziennie chodziliśmy nad rzekę, by łowić ryby. Tam zacząłem przyglądać się, gdzie latają ptaki, które tak mnie zafascynowały. Wkrótce zaobserwowałem, że para krasek założyła gniazdo w jamie nad nabrzeżnym klifem. Według mojego rozeznania można było tam dotrzeć od góry. Umieściłem siatkę na długim drążku, aby zaryglować otwór jamy. Miałem zamiar złapać w nią lecącego ptaka.

Był już zmierzch, kiedy zakradłem się do urwiska. Położyłem się na brzuchu i siatką zakryłem wejście do jamy. Byłem pewien, że złapię pięknego ptaka w przeciągu paru chwil. Tymczasem minęło pięć, dziesięć, dwadzieścia minut, a nic takiego nie miało miejsca. Leżąc na brzuchu i nadal trzymając siatkę, zacząłem uderzać nogami o ziemię, mając nadzieję, że w ten sposób wypłoszę ptaka z jamy. Niestety, to okazało się nieskuteczne. Poczułem zmęczenie w rękach. Uznałem, że ptaki nocują gdzieś indziej. Podniosłem więc siatkę i położyłem ją obok siebie. W tym momencie z jamy wyleciała kraska i z krzykiem schowała się w zapadającej ciemności. Wyobraź sobie moją irytację! Byłem zły na siebie. Postanowiłem być bardziej cierpliwy, lecz i tak nie udało mi się nic złapać. Przestraszone ptaki stały się bardziej ostrożne i natychmiast wylatywały z jamek, gdy tylko zbliżałem się do urwiska. Do dziś nie mam pojęcia, skąd wiedziały, że się zbliżam. Wydawało mi się, że podchodziłem cicho.

Minęło półtora miesiąca i mimo wielu niepowodzeń w końcu moje pragnienie się spełniło. Pewnego dnia chłopcy z wioski przynieśli nam małego ptaszka. Był szczególnie brzydki i wyróżniał się krzykami oraz żarłocznością. Wystarczyło wejść do pokoju, w którym umieszczono więźnia, a ten od razu zaczynał głośno krzyczeć, żądając jedzenia. Kawałki surowego mięsa, kijanki, dżdżownice – nienasycone pisklę jadło to wszystko w dużych ilościach. Była to kraska. Dorastała bardzo szybko, wkrótce pokryła się jasnymi piórami i nauczyła się latać.

Ptaszek miał pełną swobodę. Zazwyczaj siedział na suchej gałęzi akacji, która rosła naprzeciw naszego balkonu, dopóki nie poczuł wybuchu głodu. Wtedy udawał się na poszukiwanie ludzi. Pojawiał się na tarasie lub wlatywał przez otwarte okno do pokoju. Usiadłszy na najbliższym wygodnym miejscu, bez względu na to, czy było to oparcie krzesła, ramię czy głowa człowieka, zaczynał głośno domagać się jedzenia. Można było uciszyć jego uciążliwe krzyki tylko w jeden sposób: włożywszy w dziób kilka surowych kawałków mięsa. Ptaszek z chciwością połykał jedzenie, a potem przez dłuższą chwilę siedział nieruchomo, czując zadowolenie z uczucia sytości. Następnie bezceremonialnie zostawiał swoją „wizytówkę” i odlatywał do ogrodu na tę samą suchą gałąź, gdzie odpoczywał i trawił to, co zjadł.

Wkrótce kraska z brzydkiego i hałaśliwego pisklaka przemieniła się w pięknego dorosłego ptaka. Nazwaliśmy ją Siwką. Im była starsza, tym bardziej potrzebowała ruchu. Raz Siwka wzbiła się wysoko w powietrze, przeleciała nad sadem i usiadła na samym czubku topoli. Zdarzały się i takie przypadki, że po locie wokół domu frunęła pół kilometra w stronę stepu i siadała na drucie telegraficznym. Tam już miała do czynienia z dzikimi pobratymcami. „Czy naprawdę odleci?” – martwiłem się. W takich chwilach moje serce zamierało ze strachu. „Najpewniej odleci”, odpowiadałem sobie w myślach. Oczywiście mógłbym Siwkę trzymać w pokoju i nie pozwolić jej latać po ogrodzie, lecz byłoby mi żal odebrać jej wolność. „ Będzie, co ma być” – zdecydowałem i przestałem o tym myśleć.

Kraska, jakby chcąc rozwiać moje wątpliwości, pozostawała wciąż tak samo oswojona i ufna. Gdy innym razem dostrzegłem ją na wysokim drzewie, aż zaczynałem wątpić, czy to na pewno nasza podopieczna. Była taka piękna, gładko opierzona i zachowywała się jak prawdziwy dziki ptak. Siedziała na drzewie i uważnie obserwowała otoczenie.

– Siwka! – krzykniesz na cały sad, przekonany, że ten dziki ptak zaraz odleci w jakieś spokojniejsze miejsce. I nagle widzisz, że to naprawdę Siwka. Siedząc na drzewie, zwyczajnie odpowie swoim szorstkim okrzykiem, a następnie, lśniąc w słońcu jasnymi skrzydłami, błyśnie w powietrzu i usiądzie ci na ramieniu. Nie lubi, gdy się ją dotyka rękami. Dotkniesz ją palcem, a ona swoim mocnym dziobem mocno złapie za niego, aż zaboli. Lecz nadal patrzy na ciebie tak ufnie, jak wcześniej, gdy była brzydkim pisklakiem. Czy miałbyś wystarczająco dużo siły, by pozbawić takiego ptaka swobody?

Z dala od domu Siwka była bardzo ostrożna, jak jej dzicy krewni. Widząc grupę dzieciaków w naszym ogrodzie, od razu rozpostarła skrzydła i leciała do naszego ogrodu, uważając go za swój dom. Ta oswojona kraska mieszkała w nim przez całe lato.

Na długo przed nadejściem jesiennej słoty Siwka zniknęła. Szukaliśmy jej wszędzie i nawoływaliśmy, lecz bezskutecznie. Liście w ogrodzie zaczęły żółknąć, kudłate chamaechory przetaczały się po stepie, niebo zapełniło się dzikimi gęśmi i klangorem żurawi. Obserwując smutny obraz jesiennego odlotu, zdaliśmy sobie sprawę, gdzie podziała się nasza Siwka.

Zima na południu nie trwa długo. Po zimowej plusze nadszedł czas zabawy – wiosna. Śnieg roztajał. Szary step pokrył się zielonym kolorem i tulipanami. Pojawiły się pierwsze tabuny pierzastych wędrowców. Klucze krzykliwych gęsi, kuliki i czajki ciągnęły na północ. Ptaki spieszyły się do swej ojczyzny, wypełniając powietrze wesołym zgiełkiem.

Pewnego ranka mnie i brata obudził głos niani.

– Szybko! Wstawajcie, dzieci! Siwka przyleciała!

Natychmiast się ubraliśmy i popędziliśmy na balkon. W zazielenionym ogrodzie na stałym miejscu suchej gałęzi akacji siedziała nasza ulubienica. Zaczęliśmy ją wołać:

– Siwka! Siwka!

Piękny barwny ptak lekko zsunął się z gałęzi i przyleciał blisko nas, jednak nie odważył się, jak dawniej, usiąść na ramieniu, lecz odleciał na gałąź. Kraska zdziczała, odwykła od ludzi. W ciągu dnia kilkakrotnie wleciała do pokoju przez okno, ale natychmiast wyleciała na zewnątrz.

Ptaki wędrowne posiadają wyjątkową zdolność odnajdywania miejsc, w których dorastały. Odlatują na zimę tysiące kilometrów, a wiosną wracają do miejsca, a nawet drzewa, na którym dorastały. Pod tym względem pamięć u ptaków jest wyjątkowo rozwinięta. Tak więc nie ma nic nadzwyczajnego w powrocie kraski do naszego ogrodu. Wróciła do swojej ojczyzny, na tę samą suchą gałąź akacji, gdzie siadywała, gdy była jeszcze żółtym pisklakiem. Zdumiewa mnie inna rzecz: jak mogła pozostać tak długo ufna wobec ludzi, którzy ją wykarmili? W mojej długoletniej praktyce to jedyny taki przypadek.

Siwka mieszkała jeszcze w naszym ogrodzie przez krótki czas. Przez kilka dni trzymała się blisko domu, wlatywała do pokoju, siedziała na balustradzie balkonu obok nas, a potem nagle zniknęła. Prawdopodobnie oswojony ptak dołączył do współplemieńców.

Chamaechory (biegacze) – rodzaj rośliny typowej dla stepów. Jej cechą charakterystyczną jest przemieszczanie się pod wpływem wiatru (przypis redakcji).FOMKA

Mój brat oraz jego serdeczny kolega Piotrek, syn nauczycielki, przygotowywali się do egzaminów. Codziennie o dziewiątej rano Piotrek przychodził do nas i razem z bratem uczył się w biurze ojca do godziny jedenastej. Pewnego jesiennego poranka, o którym teraz opowiem, Piotrek przybiegł do nas szczególnie wcześnie. Po wejściu do jadalni, gdzie cała nasza rodzina zebrała się na poranną herbatę, zakomunikował, że dziś przyniesiono mu żywą i całkiem zdrową słonkę.

Żywa słonka, i to w rękach Piotra! Taki widok był dla mnie nie do zniesienia. Zdobycie żywej słonki już od dawna było moim marzeniem, którego do tej pory nie udało się zrealizować. Jeden ze znajomych myśliwych, chcąc mi sprawić przyjemność, przyniósł mi pewnego dnia ranną słonkę, lecz wolałbym, żeby tego nie zrobił. Skrzydło ptaka u samej podstawy było rozbite śrutem i opuchnięte. Dwa dni później ptak padł na zgorzel. Ta śmierć bardzo mnie zasmuciła. A tu nagle żywa i zdrowa słonka u Piotrka! Jeśli taką nowinę usłyszałbym od innego chłopca, oczywiście zrobiłbym wszystko, żeby zdobyć ptaka, ale to był Piotrek, który dzisiaj świadomie pojawił się u nas wcześniej, żeby mnie rozdrażnić i wzbudzić moją zazdrość. „Po co mu słonka? – myślałem. – On nie poświęci jej nawet minuty swojego czasu i nieszczęsny ptak padnie z głodu. Gdyby mi dał tę słonkę! Ale czy Piotrek jest zdolny do takiego czynu?” – w tym momencie prawie się rozpłakałem. Zaraz po herbacie obaj chłopcy zniknęli w gabinecie taty, a ja ubrałem się i poszedłem do ogrodu. W ciszy naszego zapuszczonego ogrodu przeżywałem dziecięce przeciwności losu.

Był spokojny, jesienny poranek. Szare niebo wisiało nisko. Od ziemi unosiła się ciepła wilgoć, pachniało stęchłymi liśćmi. Wyszedłem na wąską ścieżkę i niepostrzeżenie znalazłem się w odległej i głuchej części ogrodu. Tutaj ścieżka kapryśnie wiła się wśród dużych i gęstych krzewów bzu i żółtych róż. Na jednym z zakrętów moje roztargnione spojrzenie nagle trafiło na coś dziwnego. Zaraz przy ścieżce, obok na wpół zgniłego pnia jabłoni, wśród wyblakłych liści, siedział nieruchomo duży, ciemny ptak. Prążkowane ubarwienie jego grzbietu niemal zlewało się z otaczającym tłem. Długi dziób opadał ukośnie aż do ziemi, a cudownie wielkie oczy czujnie obserwowały moje ruchy. Zamarłem na miejscu. To była słonka. Dostrzegłszy mnie, mocno wcisnęła się w ziemię i znieruchomiała. Pozwoliła mi podejść tak blisko siebie, że gdybym zrobił jeszcze dwa kroki, mógłbym złapać ją ręką, lecz nie odważyłem się na to. Już wtedy wiedziałem, że słonka, nawet jeśli pozwoli podejść na małą odległość, jest w stanie szybko i zręcznie wznieść się pionowo w powietrze. Bałem się zaryzykować. Nie robiąc gwałtownych ruchów ani hałasu, ostrożnie wycofałem się i gdy tylko zniknąłem za najbliższym zakrętem, pośpiesznie pobiegłem do domu.

Postanowiłem złapać słonkę za pomocą siatki przymocowanej do długiego kija. Przeszukałem pokoje, spiżarnię, strych, a siatki jak na złość nigdzie nie było. Po kwadransie w końcu ją znalazłem, ale… nieszczęście! Do drążka była przymocowana tylko metalowa rama. Kto zerwał siatkę? Nie mogłem tracić więcej czasu. W końcu słonka nie pozostanie długo na miejscu. Zastąpiłem siatkę kawałkiem firany i pędem pobiegłem po znajomej ścieżce.

Prawie nie miałem nadziei, że ptak nadal tam będzie, lecz jaka była moja radość, gdy znowu go tam zobaczyłem! Słonka siedziała w tym samym miejscu, a jej wilgotne czarne oczy patrzyły w moją stronę. Ostrożnie uklęknąłem i zacząłem przesuwać siatkę do przodu, tuż nad ziemią, coraz bliżej siedzącego ptaka. Siatka jest tuż przy słonce, a ona nadal pozostaje bez ruchu. Jeszcze jedna sekunda wyczerpującego napięcia i… po mocnym rzucie do przodu nakryłem słonkę firaną. Lecz co to za dziwactwo? Pojmany ptak prawie nie trzepotał skrzydłami. Drżącymi rękami wyciągnąłem ją spod siatki i dopiero wtedy zrozumiałem powód jej dziwnego zachowania. Słona była chuda jak patyk. Żeby ją złapać, niepotrzebna była siatka na długim drążku ani specjalne środki ostrożności. Była tak wyczerpana długim głodem, że nie była w stanie wzbić się do lotu.

Każdego roku późną jesienią słonki pojawiały się w naszym ogrodzie. Ogrody Achtuby przyciągały je jak oaza. Bywały lata, że spotykaliśmy bardzo wiele tych ptaków. Słonka, lecąc nad jałowym stepem, potrzebuje obfitego pokarmu – przede wszystkim robaków. Takie pożywienie nie jest dostępne wszędzie. Ten ptak odnajduje je za pomocą swojego długiego, wrażliwego dzioba, który wbija w wilgotną ziemię. Miękka, wilgotna ściółka jest niezbędna dla jej egzystencji. Dlatego w poszukiwaniu słonek badałem obrzeża ogrodu, gdzie przylegają do niego krzewy, i cicho poruszałem się wzdłuż drewnianej rynny, która przecinała ogród. Latem płynęła w niej woda, która sącząc się, zwilżała ogród. Wśród gęstych jabłoni stoi beczka wypełniona wodą. Wokół niej chłopcy głęboko rozkopali ziemię w poszukiwaniu robaków potrzebnych jako przynęta na ryby. Czy nie warto poszukać tu słonki? Muszę przyznać, że moje poszukiwania nie były całkiem bezinteresowne. Marzyłem o jej złapaniu. I choć nieraz bezskutecznie próbowałem pojmać ją przy pomocy siatki, to ani na minutę nie traciłem nadziei.

Tutaj, w przestrzeniach ogrodu, znajdowały się dziury po wykopanej kapuście. Słonka penetrowała ziemię swoim długim dziobem w poszukiwaniu dżdżownic, a ja, na kolanach, ustawiałem swoją pułapkę. Mocną linką wzmocniłem kilkanaście suchych łodyg z kłującym cierniem na szczycie. Ciernie przylegają do piór na skrzydle ptaka, przez co nie może on wzbić się w powietrze. Ileż różnych ptaków złapałem przy pomocy tej rośliny!

„Czy złapię słonkę?” – rozmyślałem, czekając na jesienne przeloty ptaków. Ten rok okazał się wyjątkowy. Po bardzo upalnym lecie przyszła sucha jesień, ziemia pokryła się suchą skorupą, robaki zamarkowały się głębiej i były niedostępne dla przelatujących ptaków. To nie przypadek, że złapałem słonkę akurat teraz. Trudno powiedzieć, ile ich zginęło tej jesieni. Wyczerpane ptaki nie były w stanie lecieć dalej i masowo ginęły przy pierwszych opadach śniegu.

Kiedy niosłem złapaną słonkę, próbowała połknąć mały guzik z mej kurtki. Najprawdopodobniej wzięła go za pająka lub jakiegoś innego owada. To sprawiło, że pędem puściłem się do domu. Wpadając do jadalni, natknąłem się na brata i Piotrka. Skończyli zajęcia i wychodzili na dwór.

– Oto co złapałem – pokazałem im schwytanego ptaka i pobiegłem do pokoju mamy.

Byłem bardzo podekscytowany i chciałem podzielić się radością ze wszystkimi, lecz nie miałem czasu opowiadać, jak słonka wpadła w moje ręce. Mój wyczyn został odebrany inaczej. Chłopcy wymownie spojrzeli na siebie, a twarz Piotrka wyraźnie odzwierciedlała jego wojowniczy nastrój. Tylko obecność starszych powstrzymała go od gwałtownych czynów. Piotrek i mój brat byli pewni, że to ich ptak i że zdobyłem go, korzystając z ich nieobecności.

Chłopcy pośpiesznie wybiegli przez nasze duże podwórze do szkoły. Spieszyli się, aby dowiedzieć się, jak ich ptak dostał się w moje ręce. Pół godziny później przynieśli martwą słonkę. Gdy tylko połknęła kilka kawałków surowego mięsa, padła.

– Czy można karmić głodnego ptaka do syta? – stwierdziła z wyrzutem mama, karząc wzrokiem nieudolnych opiekunów.

Wiele ptaków jest trzymanych w niewoli ze względu na swój ładny śpiew. Jaki jest sens przetrzymywania słonki, zwłaszcza że ten bekas prowadzi wieczorny i nocny tryb życia? Mój nowy zwierzak był wyjątkowo cichy i tylko w nielicznych chwilach niepokoju wydawał krótkie dźwięki przypominające pochrapywanie. Mimo to słonka była dla mnie o wiele ciekawsza niż kanarki, które przepełniały nasz dom swoim śpiewem. Umieściłem ją w jasnej pustej komórce, gdzie część podłogi była uścielona pachnącym sianem. Tutaj stały niskie skrzynki z ziemią, w których rosła zielenina, a wzdłuż ściany i przy oknie umieściłem duże suche pnie. Oprócz słonki mieszkały tam inne ptaki: jednoskrzydła przepiórka, wróbel polny i dwie sikorki. Nauczony gorzkim doświadczeniem, bardzo bałem się o życie mojego zwierzaka i z początku podczas karmienia przestrzegałem surowych zasad. Dopóki słonka nie nabrała sił, karmiłem ją co pół godziny, lecz dawałem tak małe porcje mięsa, że nie mogła zaspokoić głodu. Z chciwością połykała malutkie kawałki, a potem swoim długim dziobem szturchała moje ręce, domagając się kolejnej porcji. Byłem jednak niezachwiany w porcjowaniu jedzenia i prędko opuszczałem komórkę.

Dwa tygodnie później słonka w pełni się oswoiła. Do tego czasu zrezygnowałem ze wszystkich środków ostrożności i dwa razy dziennie karmiłem ją do syta. Fomka – jak ją nazwałem – doskonale znała porę karmienia. Zimowym świtem wchodziłem do komórki z pierzastymi ulubieńcami, kładłem się na podłodze, stawiałem przed sobą szeroki, niski pojemnik z pokarmem i zakrywałem go dłonią. Gdy tylko się pojawiłem, słonka opuszczała swój ulubiony kąt za skrzynią z zieleniną i ufnie podchodziła do pojemnika. Gdy zauważała, że jest zasłonięty dłonią, pośpiesznie wkładała swój długi dziób między moje palce i wyciągała z niego kawałki mięsa. W takich chwilach bezkarnie głaskałem ją po grzbiecie. Gdy Fomka zaspokoiła głód, przysiadała w kącie i ucinała sobie drzemkę.

– Przestań spać – bezceremonialnie szturchałem ją palcem w bok – bo cały dzień przed nami.

Fomka nie lubiła mojego spoufalania się. Najpierw ospale broniła się przed moją ręką, a gdy mijała jej senność, ruszała do ataku. Najwyraźniej nie liczyła na swój słaby, miękki dziób. Wydawała zabawny dźwięk przypominający chrapanie, stroszyła upierzenie i jak gołębica uderzała moją rękę skrzydłem.

Ciekawe, że przez całą zimę Fomka nigdy nie próbowała fruwać. „Czy jest ona kaleka?” – zastanawiałem się. Pewnego razu, chcąc sprawdzić swoje domysły, podrzuciłem słonkę w powietrze. Bezradnie rozkładając skrzydła, Fomka opadła na siano i szybko podreptała do swojego kąta. Po tym nieudanym eksperymencie zrozumiałem, że z jakiegoś powodu Fomka utraciła zdolność latania. Nawet byłem z tego zadowolony. W końcu po ciężkiej zimie nadejdzie wiosna i żal będzie przetrzymywać zdrowego ptaka w zamknięciu. Kaleki ptak to inna sprawa. Wypuścisz ją, to zginie. Niech Fomka żyje pod moją opieką.

W tym roku zima się przeciągnęła. W marcu szalały zamiecie jak na północy. Po nich nadeszły mrozy, śnieg głośno skrzypiał pod nogami. Czas zimna wydawał się nie mieć końca. I nagle nadszedł przełom. Burzliwa wiosna kroczyła naprzód, nie oglądając się za siebie. Odsłaniała ziemię, szerokie zaspy śniegu zamieniała w limany, odbijając w nich białe obłoczki płynące po błękitnym niebie. Gdzieś na południu ptaki wędrowne przeczekiwały niesprzyjającą pogodę i nagle ruszyły z miejsca, nieodparcie kierując się na północ. Pachnące stepowe powietrze natychmiast zapełniło się niezliczonym głosami. Klucze gęsi leciały, gęgając. Ze świstem skrzydeł wyprzedzały je stada kaczek. Śpiewały skowronki. Gdzieś nawoływały czajki. Spóźniona, lecz zwycięska wiosna była szczególnie radosna i odświętna.

Tydzień później nadeszły ciepłe, nawet upalne dni. Zazieleniała trawa. Zakwitły pąki na drzewach. Pewnego dnia, kiedy wszedłem do komórki, zdałem sobie sprawę, że nadszedł czas, aby rozstać się z moimi zimowymi zwierzakami. Zarówno sikorki, jak i polny wróbel niespokojnie przelatywały z miejsca na miejsce, spoglądając przez szybę na zewnątrz. Pół godziny później odsłoniłem drugą ramę okienną i z trudem odsuwając rygle, otworzyłem szeroko okno. Orzeźwiające świeże powietrze wraz z wiosennym gwarem wpadło do komórki, co w pierwszej chwili ogłuszyło i przestraszyło moją ptasią populację. Przepiórka, próbując wystartować, kilka razy podskoczyła do góry i spadła na podłogę. Fomka schowała się w najciemniejszym zakątku komórki. Minęło dużo czasu, aż w końcu sikorki i wróbel zdecydowały się skorzystać z otwartego okna i uleciały na zewnątrz. Potem słyszałem, jak moje sikorki śpiewały na najbliższym drzewie, przeskakując z gałęzi na gałąź. Nigdy nie słyszałem tak głośnego i wesołego śpiewu.

Zrobiło się ciemno, kiedy wszedłem do ptaszarni, żeby nakarmić moje ptaki. Po długim pobycie w ogrodzie wydawało mi się tutaj szczególnie duszno. Otwarłem okno i usiadłszy na podłodze, postawiłem przy sobie kubek z karmą. Jak zawsze zabawna Fomka dreptała wokół mnie, trącając moje ręce swoim ciepłym dziobem i sięgając do kawałków mięsa, które radośnie połykała jeden po drugim. Nagle przestała jeść i stała się czujna. Być może zaniepokoił ją jakiś dźwięk za oknem lub dostrzegła przelatującego ptaka. Przycupnęła nisko przy podłodze, upierzenie ciasno przyległo do ciała, skrzydła lekko skrzywiły się. Chcąc podrażnić swojego ptaka, lekko trąciłem go w bok palcem. Lecz zamiast zacząć się bronić, lub uciec do swojego zakątka, Fomka nagle wzbiła się w powietrze. Przez moment uderzała skrzydłem w sufit komórki, po czym zręcznie zanurkowała przez okno i uleciała na wolność. W następnej sekundzie ujrzałem, jak słonka przelatuje przez sad, szybując ponad dużymi drzewami i na końcu jakby zlała się z wieczornym zmierzchem. Żegnaj, Fomko!

Długo stałem zamyślony przy oknie i spoglądałem na blaknący zmierzch. Wsłuchując się w niewyraźne wieczorne dźwięki, wspominałem Fomkę. Do widzenia, zabawna Fomko! Zamknąłem okno i usiadłem na parapecie. W komórce pociemniało i zrobiło się cicho, jakby bez życia. Tylko na białej ścianie niejasno majaczyła przygarbiona figurka przepiórki. Ptak gorączkowo biegał wzdłuż ściany tam i z powrotem, wydając ciche dźwięki i szeleszcząc sianem. W tych dźwiękach było coś samotnego i przygnębiającego. Nieznośne uczucie litości i rozżalenia przepełniło moje serce. Było mi przykro, nie z powodu odlotu Fomki i swojej samotności. W to wiosenne święto aż do łez współczułem mojej biednej, jednoskrzydłej przepiórce.

Liman – płytka zatoka (przypis redakcji).
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: