Z obłoków na ziemię - ebook
Wzruszająca opowieść o tym, że dom to nie mury i dach, lecz odwaga, by zostać przy kimś, kto nas potrzebuje.
Sandra miała jasny plan: prestiżowa praca stewardessy i życie w chmurach. Jeden błąd sprawia, że musi brutalnie zejść z obłoków na ziemię, lądując w Dublinie z niczym. Tu poznaje Wiesława, młodego inżyniera z Kaszub, który po trudnych przejściach w Londynie podejmuje pracę w barze na lotnisku i równolegle studiuje informatykę oraz historię. Ich drogi przecinają się w domu profesor Morwenny O’Riordan – kobiety, która w ciszy dublińskiego domu pielęgnuje pamięć o utraconej rodzinie.
Wspólne wyprawy, odkrywanie kaszubskich śladów na Szmaragdowej Wyspie i powolne budowanie zaufania sprawiają, że obcy ludzie stają się sobie bardzo bliscy. Gdy jednak Morwenna kładzie na stole projekt umowy opieki do końca życia (life interest), Wiesław staje przed najtrudniejszym wyborem.
Czy przyjmie dar, który na zawsze go zwiąże z Irlandią? Jak to pogodzi z miłością do Sandry? Czy oni oboje mają szansę na wspólną przyszłość?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8310-956-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Z pogrążonej w ciszy hali odlotów terminala T1 w Dublinie dobiegł nagle wyraźny stukot obcasów. Wiesław i Mairéad spojrzeli po sobie. O tej porze było to coś raczej nietypowego.
Rytmiczny dźwięk zbliżał się powoli, odbijając się od pustej przestrzeni. Na chwilę cichł, by po sekundzie powrócić jeszcze wyraźniej. Ktoś wszedł po schodach na antresolę i kierował się w stronę zaułka, gdzie był ich lokal.
Wiesław uniósł wzrok, a Mairéad przesunęła się za ladą, żeby lepiej widzieć dojście do ich baru.
Po chwili w przejściu pojawiła się młoda kobieta w niebieskim uniformie stewardesy KLM. Ciemne włosy miała spięte w koczek, ciągnęła za sobą walizkę. Bez słowa omiotła wnętrze spojrzeniem, skinęła lekko głową i podeszła do jednego ze stolików. Zrzuciła torebkę na blat i ciężko usiadła.
Wyglądała na wyraźnie zdenerwowaną.
Mairéad odczekała chwilę, po czym podeszła do kobiety.
– Dobry wieczór. Czy mogę coś podać?
Normalnie klienci sami podchodzili do baru z zamówieniem, ale to była jedyna w tej chwili klientka, a do tego stewardesa. Wiesław z uznaniem zaakceptował miły gest swojej kelnerki.
– Kawa doppio… to na razie – rzuciła krótko stewardesa.
– Może zje pani jakieś ciasteczko?
– Dziękuję.
– Ona ma znaczek pursera¹! – wyszeptała Mairéad kiedy wróciła za ladę.
– O! Czyli prawdziwa szycha na pokładzie – odparł Wiesław prawie bezgłośnie. – Ponad setka lokali, a ona aż tutaj dotarła?
– Ale większość jest już zamknięta!
Wiesław tylko przytaknął.
Po chwili stewardesa popijała już gorącą kawę. Przeprowadziła dwie ciche telefoniczne rozmowy, wystukała na klawiaturze aparatu kilka esemesowych wiadomości, wreszcie znacząco spojrzała w kierunku baru.
– Teraz ja do niej podejdę – szepnął Wiesław; po chwili stał już przy dziewczynie.
– A jakaś karta dań? – spytała, spoglądając na niego beznamiętnie.
– O tej porze wielu dań już nie mamy, więc wszystko pamiętam. Na ciepło czy na zimno? – Spojrzał na jej buzię.
– Miałam umówioną ciepłą kolację w Amsterdamie. – Stewardesa wydęła dolną wargę.
– Rozumiem, to wielki zawód.
– Idiota taksówkarz zawiózł mnie na drugi terminal i spóźniłam się na wylot swojego samolotu… pierwszy raz w karierze – podkreśliła po krótkiej pauzie.
Wiesław ledwo dostrzegalnie wzruszył ramionami.
– Nie wierzy mi pan?! – Młoda kobieta prawie warknęła, marszcząc brwi.
– Nic mi do tego, ale wychodzi na to, że spóźniła się pani przez tego idiotę… tylko o prawie trzy godziny. Dobrze liczę? Drogę z tamtego terminala na ten da się pokonać biegiem w trzy–cztery minuty… – Pochylił głowę i zerknął na ukryte pod stolikiem jej nogi w czółenkach. – No dobrze, na obcasach w pięć.
– Biega pan na obcasach, że tak się orientuje?!
Wiesław uśmiechnął się bezwiednie. Znał tę drogę dokładnie, w ciągu ostatnich pięciu lat pokonywał ją wielokrotnie.
Mierzyli się wzrokiem; po chwili stewardesa nagle się uśmiechnęła.
– Pan zawsze taki… bezpośredni?
– Odważyłem się, bo może już nie trafi mi się okazja rozmawiać z purserem z KLM.
Dopiero teraz uważniej przyjrzała się twarzy mężczyzny. To nie był z jego strony jakiś żart, on to powiedział prawie z namaszczeniem. Po dziwnie refleksyjnym spojrzeniu poznała, że może się za nim kryć nawet pewna… nieśmiałość. To nie żaden bubek skory do podrywu, jakich na swoich trasach spotykała bez liku, lecz dziwny, nocny mądrala. Tak go oceniła.
– Czyli przewiduje pan, że jednak mnie zwolnią, podobnie jak sądzi moja przyjaciółka? – Wskazała na leżący obok telefon i na moment posmutniała.
Wiesław zrozumiał, że musiała to usłyszeć w trakcie jednej z niedawnych rozmów.
– Pani ma zbyt wielką klasę. Nie odważą się – odparł, zdecydowanie kręcąc głową.
Stewardesa skwitowała jego słowa uśmiechem określanym jako „Pan Am”.
– Miłe jest to, co pan mówi, ale skoro powiedziała, że jest taka ewentualność, to oni na pewno z tego skorzystają i mnie zwolnią. Na moje miejsce jest wiele kandydatek. No dobrze… to mój problem, a co z tym jedzeniem?
– Czy lubi pani eksperymenty… kulinarne?
– Pan jest naprawdę… – Wzruszyła ramionami. – A więc powiedział pan… eksperyment kulinarny, tak?
– Od kilku dni mamy w ofercie pyzy z Polski, z regionu o nazwie Kaszuby… coś jak wasza Fryzja albo Brabancja. – Pochwalił się znajomością Holandii.
– W Polsce Kaszuby… a w Holandii… Fryzja – powtórzyła po nim wolno, mrużąc oczy, jakby się nad czymś zastanawiała. – Mieszkam w Amsterdamie, ale kiedyś byłam z przyjaciółką w Heerenveen, właśnie we Fryzji. To ośrodek łyżwiarstwa szybkiego, a ona przez wiele lat była niezłą zawodniczką. No dobrze, to co z tym jedzeniem?
– Jeśli nie lubi pani eksperymentów, to mogę podać coś mięsnego… na przykład tradycyjny befsztyk, do tego surówka, frytki…
– Lubię eksperymenty… kulinarne! – Przekrzywiła głowę. – A jak pan zamierza podać te… pyzy?
– Mogą być na słodko albo ze skwarkami.
– Po kawie chyba tylko na słodko. – Delikatnie potarła palcem skroń. – A pan… co mi zaproponuje?
– Zdecydowanie na słodko. Polecam lekko polane gęstą śmietaną, ale podam też do nich żurawinę i miód wielokwiatowy. One razem się dobrze uzupełniają, poza tym…
– Irlandczyk, a jaki znawca… – przerwała i przyjrzała się uważniej jego twarzy. – A długo będę czekała?
– Za siedem minut wracam z daniem, bo pyzy są świeże, dzisiejsze, a wodę mam zawsze gotową do ich podgrzewania.
– Jestem pod wrażeniem…
– A ile sztuk podać? Zamawiamy mniejsze, takie do sześciu centymetrów średnicy.
– O! – powiedziała radośnie. – Trzy raczej powinnam zmieścić.
– Da pani radę, tym bardziej że są naprawdę pyszne.
Dokładnie po ośmiu minutach Wiesław i Mairéad podeszli do stolika stewardesy z niewielkimi tacami. On na swojej niósł pyzy i sztućce, kelnerka dodatki. Klientka w uniformie KLM z błyskiem w oczach wpatrywała się w talerz z pyzami i miseczki z kolorową zawartością. Kiedy po odkrojeniu kawałka pyzy, posmarowaniu odrobiną żurawiny i miodu podniosła go do ust, przymknęła oczy. Po drugim kęsie spojrzała w stronę baru i uśmiechnęła się do obsługi. Widać było, że danie jej smakuje. Jadła wolno, nie tracąc ani na chwilę uśmiechu. Kiedy skończyła, uniosła rękę z kartą płatniczą. Wiesław wypisał rachunek i wolnym krokiem podszedł z terminalem. Położył przed elegancką klientką karteczkę z kwotą; skwitowała ją z nieodłącznym uśmiechem.
– To jakaś promocja?
– Nie. U nas takie ceny są zawsze.
– Dobrze wiedzieć.
Kiedy już odchodził od stolika, stewardesa spytała cicho:
– Czy mógłby pan zasugerować jakiś hotel w Dublinie?
– W pobliżu lotniska jest chyba z sześć…
– Koleżanka podpowiedziała mi, żebym z nich raczej nie korzystała – przerwała mu, wskazując na telefon.
– Coś takiego! – Nie potrafił ukryć zdziwienia.
– Jestem w Dublinie pierwszy raz.
– Przecież Amsterdam jest tak blisko, czyżby więc nigdy…
– Obecnie latam codziennie na Gran Canarię, a wcześniej też gdzie indziej. – Rozłożyła ręce.
– Do głowy by mi nie przyszło… Jasne, że znam również inne hotele w Dublinie. Poczynając od The Shelbourne poprzez Autograph Collection… aż do… The Morgan Hotel. – Uśmiechnął się. – Wiem, gdzie one są, ale w żadnym z nich nie nocowałem. Mieszkam nieco dalej od centrum w wolnostojącym domu, nie w żadnym szeregowcu! – podkreślił z naciskiem. – Tam u nas rankiem można pójść do jednego z pobliskich parków, gdzie nie poczuje się nawet spalin samochodów. No, prawie.
– Ależ panu zazdroszczę!
– Do bliższego mam ze trzysta metrów, do następnego nieco dalej, ale zaraz naprzeciw naszej uliczki rozciąga się teren zielony, duży skwer pełen różnych drzew. Ludzie przychodzą tam z psami, inni się gimnastykują, a w ciepłe dni nawet wylegują się na kocach.
– Chciałabym mieszkać w takich warunkach – westchnęła stewardesa. – To co mam zrobić?
– Wybór należy do pani… A może woli pani zatrzymać się, przenocować, nie w hotelu, a w takim domu?
– A pan ma… taki dom?!
– No nie, ja mam tylko w jednym z nich dwupokojowe mieszkanie.
– Proponuje mi pan noc u siebie?
– Do rana jestem tu. – Wiesław pokręcił głową.
– To w takim razie jak brzmi ta propozycja? – Uniosła zabawnie brew.
– Proszę moment poczekać. – Sięgnął do tylnej kieszeni w spodniach i wyciągnął telefon, chwilę przy nim operował i zaraz przyłożył do ucha.
– Tak, słucham – dał się słyszeć kobiecy głos.
– Dobry wieczór, pani O’Riordan. Tu… – mężczyzna zawahał się – …tu Nolan – dodał po chwili przerwy.
– Ach, to ty… Nolanie.
– Czy pani przypadkiem jeszcze nie śpi?
– Teraz już na pewno nie zasnę, póki nie dowiem się, o co ci może chodzić.
– Rozmawiam właśnie ze stewardesą… z KLM, która nie ma ochoty nocować w żadnym z dublińskich hoteli.
Po tych słowach młoda kobieta siedząca przy stoliku pokręciła głową i otworzyła usta, jakby chciała coś dopowiedzieć.
– Przecież dobrze wiesz, że nie prowadzę działalności hotelarskiej, prawda?
– Ale może któryś z sąsiadów?
– Hmm… Nolanie! Chyba raczej jest zbyt późno, by z kimś o takich sprawach rozmawiać, nie sądzisz?
– Tak właśnie myślałem, pani Morwenno, ale mimo to pozwoliłem sobie zadzwonić.
Stewardesa, słysząc dziwną wymianę zdań, zamachała dłonią w krótkim, gwałtownym geście.
– A to jest twoja znajoma? Znaczy… dobra znajoma? – dopytała po chwili rozmówczyni.
– Oczywiście!
Stewardesa z wrażenia przełknęła ślinę.
– A ona do mnie trafi?
– Przecież nie puszczę jej samej do naszej dublińskiej dżungli. Zaraz znajdę telefonicznie Petera…
– Tego od Finna?
– Tego samego. Mam nadzieję, że jeszcze nie zjechał do domu na noc.
– To daj mi pilnie znać, bo muszę się jakoś przygotować, prawda?
– Mój salonik jest okej.
– Przecież wiem, ale mimo wszystko. Dzwoń do Petera i poinformuj mnie.
– Dziękuję, pani Morwenno.
Kiedy Wiesław skończył rozmowę i przystąpił do przeszukiwania kontaktów, żeby wybrać połączenie z Peterem, stewardesa odezwała się z zachwytem:
– Morwenna O’Riordan… Ależ to piękne, niecodzienne imię i nazwisko! Bardzo poetyckie.
– Tu prawie wszyscy mają podobne – wyjaśnił Wiesław. – Imię Morwenna ma celtycko-kornwalijsko-gaelickie korzenie… Po angielsku tłumaczy się jako panna morska, dziewczyna z morza. W jej charakterze jest sporo delikatnego szumu morza, ale też głuchego przyboju fal rozbijających się o skały. To słowa właścicielki imienia.
Oczy stewardesy stały się ogromne, lecz Wiesław nie zdążył już zareagować, bo przed momentem nacisnął zieloną słuchawkę.
– Słucham cię, przyjacielu! – Z jego telefonu dał się słyszeć głos taksówkarza.
– Cześć, Peadar. Nie śpisz jeszcze?
– No co ty! Ale jestem już dość blisko tego wyczekiwanego od rana momentu. Jadę ostatnim kursem, i to akurat na lotnisko, więc mogę wpaść do ciebie na drinka! – Taksówkarz się zaśmiał.
– A za ile będziesz, bo mam dla ciebie powrotny kurs do centrum ze ślicznością z Holandii? Najpierw oniemiejesz, a potem będziesz miał… piękne sny.
Stewardesa uśmiechnęła się i pogroziła Wiesławowi palcem.
– Za kilkanaście minut będę na miejscu.
– Tylko podjedź po nią pod mój terminal.
– A po czym ją poznam?
– Jest piękna… a do tego w służbowym uniformie stewardesy KLM. To naprawdę byłaby sztuka jej nie zauważyć – dodał półszeptem.
Przysłuchująca się rozmowie stewardesa pokręciła głową.
– Okej. Jak dojadę, prześlę ci esemesa.
– A potem, gdy dowieziesz ją do pani Morwenny, zadzwonisz do mnie.
– Jasne. Na razie.
– Cześć.
Wiesław schował telefon do kieszeni i zadowolony z siebie spojrzał na stewardesę. Ona z kolei przypatrywała mu się z nieskrywanym zaciekawieniem.
– Jak to jest, że najpierw słyszę w telefonie… że taksówkarz ma na imię Peter, a pan mówi do niego… Właściwie nie zrozumiałam, ale to nie było imię Peter.
– Mówiłem Peadar. To odpowiednik jego imienia w irlandzkim gaelickim.
– Tyle tutaj dziwności z żeńskimi i męskimi imionami… że nie ogarniam. – Pokręciła głową. – Niby lokal na końcu antresoli, pan wygląda raczej na spokojnego… – zatrzymała spojrzenie chwilę dłużej na jego twarzy – …a ma tyle ciekawych znajomości. Kogo pan jeszcze zna w Dublinie? – Niespodziewanie zachichotała.
– Jeśli idzie o kobiety, to znam sympatyczne panie z biura rachunkowego i urzędu skarbowego. – Nie wiedzieć czemu puścił oko, co mu się prawie nigdy nie zdarzało; przez moment przeleciała mu przez głowę myśl, czy nie powinien za to przeprosić.
– Wszystkie potrafi pan tak czarować?
– Nie zdążę teraz odpowiedzieć, bo Peadar będzie czekał, a przecież musi iść spać. Na pewno lada moment zaparkuje pod T2, a za kilka minut będzie u nas. – Zerknął w stronę wyjścia z lokalu.
– Aha! Pozbywa się mnie pan?
– Absolutnie! Mogę go przecież zaprosić na drinka i sobie posiedzimy we trójkę. – Wykonał szeroki gest. – Ja i tak zostaję tu z Mairéad na noc. – Wskazał głową w kierunku lady. – Taka ta nasza praca.
W tym samym momencie jego telefon pisnął sygnałem przychodzącego esemesa.
– Przemieszcza się z terminala T2 pod nasz – rzucił, kiedy odczytał wiadomość.
– W takim razie dziękuję za wszystko i do widzenia. – Stewardesa wstała i z wdziękiem podała Wiesławowi dłoń.
– Do widzenia. Przepraszam… a z kim rozmawiałam?
– Nazywam się… Roy… Nolan Roy. – Po chwili zawahania powtórzył nazwisko i dodał imię. – Do widzenia.
Ona tylko lekko się uśmiechnęła, przewiesiła torebkę przez ramię, pochwyciła rączkę walizki na kółkach i wolnym krokiem ruszyła do wyjścia. Niedługo później zniknęła z pola widzenia. Z każdą chwilą słychać było coraz bardziej przycichający stukot obcasów jej pantofli i turkotanie kółek walizki.
– Tak jakby… zaczarowała cię. – Mairéad spojrzała przeciągle na szefa, po czym zebrała naczynia ze stolika, przy którym jeszcze przed chwilą spożywała posiłek gwiazda przestworzy.
– Mówisz… zaczarowała? Dziewczyny z taką klasą jak ona… oprócz ciebie – spojrzał na kelnerkę – dawno tu nie było.
– Niby taki cichy, a rzeczywiście potrafisz czarować. A jak ona ma na imię, bo nie dosłyszałam?
– Imię?! No właśnie! – Wiesław wykonał ruch, jakby miał zamiar pobiec za stewardesą; Mairéad skwitowała to chichotem. – Z wrażenia zapomniałem jej spytać. – Zaśmiał się sam z siebie. – Kiedy zmyjesz naczynia, możesz iść odpoczywać, nie czekając na północ, a ja już sam zamknę lokal.
Mairéad wzięła się do pracy, a po kilku minutach podchodząc do drzwi od pomieszczenia za barem, uniosła rękę. Ich wzrok się spotkał. Wiesław odpowiedział uśmiechem.
Kiedy został w barze sam, szybko dokończył weryfikację zamówienia. Po chwili do lokalu weszła para skośnookich pasażerów. Gdy wybrali stolik, a młody mężczyzna chciał już ruszyć do lady, Wiesław zatrzymał go gestem. Sam do nich podszedł. Prowadził z nimi rozmowę półgłosem, żeby nie przeszkadzać śpiącej Mairéad. Okazało się, że Japończycy są w podróży poślubnej, cieszy ich wszystko i są bardzo rozmowni.
– Mieliśmy już wczoraj wracać do Tokio. Mężowi, za moją namową, udało się załatwić zamianę wcześniej kupionych biletów. Dzięki temu jutro zobaczymy jeszcze Wiedeń. Dopiero stamtąd polecimy do Japonii – zaszczebiotała młoda kobieta, kalecząc angielski.
– A dlaczego akurat tam? – zainteresował się Wiesław.
– Bo koniecznie chcemy zobaczyć na własne oczy, jak dzisiaj wygląda miasto, które w siedemnastym wieku zostało ocalone przed Turkami.
– Bardzo interesujący wybór!
– Musi pan wiedzieć, że jestem historykiem i specjalizuję się w dziejach Europy, a z kolei żona zajmuje się konserwacją zabytków – włączył się do rozmowy jej mąż. – Ten król, który pod Wiedniem dowodził wojskami europejskimi, to Jan Trzeci Sobieski. Dla mnie był największym władcą i wodzem ostatniego tysiąca lat na waszym kontynencie. Przecież gdyby nie on, nie moglibyśmy zwiedzić choćby cudów Paryża czy Rzymu. Tam byłyby tylko minarety! – dopowiedział szeptem z poważną miną.
– Ale wiecie państwo, że ten król był Polakiem?
– Tak, wiemy. Chcielibyśmy obejrzeć w Wiedniu jakieś upamiętnienia tamtych wydarzeń.
– Nie byłem tam, nie miałem kiedy, ale z upamiętnieniem odsieczy wiedeńskiej jest krucho. Wiem o tym doskonale, bo jestem z Polski.
– Ach, to wspaniale trafiliśmy! – ucieszyli się oboje.
Po krótkiej wymianie zdań o królu i Polsce zamówili po kanapce i herbacie. Żeby go dobrze wspominali, dał im w prezencie przewodniki Krakowa, Warszawy i Gdańska. Wkrótce poczuł wibrowanie telefonu. Dzwoniła pani O’Riordan. Wyszedł przed lokal.
– Rozumiem, pani Morwenno, że dojechali? – zapytał półgłosem.
– Tak. Peter podprowadził stewardesę pod same drzwi. Zachowywał się zupełnie jak nie on. Czy na lotnisku też był taki?
– Nie widziałem go tu na oczy, kontaktowaliśmy się tylko telefonicznie. A jak stewardesa? Spodobał jej się pokój?
– Zdecydowałam się ulokować ją w moim salonie.
– W salonie?!
– Przecież to twoja dobra znajoma. Zresztą powiedziałeś o niej tyle dobrego, że właściwie nie miałam wyjścia.
– Przecież… aż tyle nie mówiłem. A poszła już spać?
– Jeszcze nie. Na razie się kąpie. Tak jej zaproponowałam po przywitaniu, ale przed spaniem jeszcze chwilę porozmawiamy, bo wypije kubek mleka.
– Kubek mleka?!
– A co w tym dziwnego? Miała dzisiaj sporo przeżyć, a po mleku będzie dobrze spała. Pamiętam to jeszcze z dzieciństwa. Aha! Pasuje do niej imię Sandra.
– A takie ma imię?
– To ty nie wiedziałeś?!
– Pewnie zapomniałem… – Wiesław, zamiast dokończyć myśl, cicho zachichotał.
– No dobrze, niech ci dzisiaj praca płynie spokojnie. Muszę wstawić mleko i dopilnować, żeby się nie przypaliło, bo o tej porze Aisling² przecież już nie ma.
– W takim razie dobranoc, pani Morwenno.
– Dobranoc.
Wiesław rozejrzał się wokół, a potem postąpił kilka kroków do miejsca, skąd widać było schody na _mezzanino_. Już od dawna nic nie zrobiło na nim takiego wrażenia, jak kroki stewardesy niosące się przez uśpioną salę odlotów, a potem jej uroda. Owszem, widuje stewardesy wielu linii, bywają ładne, czasami docierają nawet do jego lokalu, ale tak pięknej i zgrabnej jak Sandra z KLM… Uśmiechnął się, że nawet w myślach nazwał ją imieniem. Ma dziewczyna klasę. Sama się z przedstawianiem nie wyrywała. Chyba dlatego, że ja tego wcześniej nie zrobiłem. Nie dziwię się, że została purserem.
Ale czy ja przedstawiam się wszystkim klientom? – spytał bezgłośnie sam siebie. I dlaczego w ogóle o niej myślę? Przyleciała… jak to stewardesa, a potem wróci do Amsterdamu w składzie załogi innego samolotu. Miała tylko pecha, że się teraz spóźniła… Właściwie to nie wyjaśniła, dlaczego tak się stało. A musiała…?! Wzruszył ramionami. Takie życie. Powiedziała, że jest pierwszy raz w Dublinie… i pewnie ostatni. A weź, człowieku, zajmij się swoimi sprawami.
Kiedy dochodził do nieopuszczonej jeszcze żaluzji odgradzającej jego lokal od holu, w kieszeni znowu zawibrował telefon. Tym razem dzwonił Peadar.
– Już jesteś w domu, przyjacielu?
– Jeszcze nie, ale będę za dziesięć minut. Nie zadzwoniłem do ciebie od razu spod domu pani Morwenny, żeby nie wyglądało, że zdaję relację.
– Z tej strony cię nie znałem.
– Bo kobiety bywają domyślne… więc sam rozumiesz.
– To skąd do mnie dzwonisz, bo już trochę czasu upłynęło?
– Zatrzymałem się w pobliżu swojego domu, tak żeby mnie z kolei moja żona nie zobaczyła.
– Zachowujesz się zupełnie jak jakiś agent czy detektyw.
– Nie myślałem, że masz taką piękną znajomą. Nigdy się nie chwaliłeś!
– A ty się chwalisz wszystkimi swoimi dziewczynami?
– Ja…?! Przecież ja mam żonę!
– Dobrze, że sobie o niej przypomniałeś.
– Przed chwilą zadzwoniłem do Orlaith, że już wracam. Zauważyła, że mam dobry humor, co mi się ponoć rzadko zdarza.
– No i jak się wytłumaczyłeś? – Wiesław się roześmiał.
– Powiedziałem zgodnie z prawdą, że miałem dobry kurs i dostałem ekstrasa.
– A dała ci?
– Nie dość, że zapłaciła gotówką, to jeszcze dodała dwadzieścia euro. Chyba nie ma pojęcia, ile to jest!
– Przecież w Holandii też mają euro.
– Niby tak, choć czasami zapominam. W każdym razie chciałem ci pogratulować dobrego gustu… chodzi mi o tę stewardesę. Jestem pod wrażeniem. Trzymaj się.
– Ale żebyś wiedział, że… No dobra, cześć. – Wiesław zakończył rozmowę, słysząc, że Peadar śmiechem przerwał mu próbę wyjaśnienia sprawy.
Zamyślony skierował się wolnym krokiem w kierunku lady. Po drodze zauważył, że młodzi Japończycy, zorientowawszy się, iż minęła północ i lokal zaraz pewnie zostanie zamknięty, zaczynają się zbierać.
– Możecie jeszcze trochę zostać, o ile nie zamierzacie tu spać – rzekł, podchodząc do stolika.
– Zaczęliśmy studiować przewodniki, które pan nam sprezentował, ale możemy to robić gdzieś w poczekalni.
– Na razie nie zamknę żaluzji, a wam będzie tu wygodniej.
Podziękowali, usiedli jeszcze bliżej siebie i wspólnie śledzili tekst w jednym z nich, coś szepcząc do siebie. Przeurocza para. Wiesław tym razem usiadł za ladą w wygodnym fotelu, który służył jako siedzisko do nocnych drzemek. Jedna osoba ze zmiany mogła spać na leżance w pomieszczeniu za drzwiami, a druga tutaj.
– Sandra, a do tego Holenderka. Czy w Holandii są takie imiona? – W jego myślach ponownie pojawiła się stewardesa z KLM.
Rozejrzał się wokół, jakby sprawdzał, czy nikt nie podsłuchuje jego myśli, i uśmiechnął się pod nosem. Położył laptop na kolanach i coś wpisał do wyszukiwarki. Pojawiła się odpowiedź, że ani dzisiaj, ani w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych imienia Sandra nie było w topie dwudziestu imion holenderskich niemowląt. Wstrząsnął nim pusty śmiech. Czy ja naprawdę nie mam innych problemów? Po chwili przeniósł spojrzenie na wejście do lokalu. Para kolejnych klientów stała w holu i wpatrywała się w stoliki. Popatrzyli raz jeszcze na tabliczkę z godzinami otwarcia lokalu i przenieśli wzrok na Japończyków. Wiesław uniósł się za ladą i zachęcił ich do wejścia. Kiedy zajęli stolik, podszedł do nich. Okazali się portugalskim małżeństwem w średnim wieku. Późnym wieczorem przylecieli z Islandii na terminal T2, przeszli na T1, odprawili się, bo stąd rano polecą dalej. Myśleli, że zjedzą coś dopiero przed odlotem, ale jednak poczuli się głodni. Dowiedzieli się od sprzątaczy, że tu może być otwarte.
– Mój lokal pracuje elastycznie. Miał być zamknięty, ale jest czynny. – Wiesław się uśmiechnął. – Życzą sobie państwo jakąś kanapkę czy raczej danie na ciepło?
– A mięsne, na ciepło, nie będzie zbyt ciężkie na noc? – zawahała się kobieta, zwracając się do męża.
Ten przeniósł pytające spojrzenie na Wiesława.
– Zaproponuję coś, co będzie dla państwa prawdziwą kulinarną niespodzianką – oznajmił z nutą dumy. – To kiszka kaszubska, tradycyjne danie z północnej Polski, z regionu Kaszub. Mało kto poza naszym krajem o niej słyszał.
Na moment zawiesił głos, jakby pozwalał, by sama nazwa wybrzmiała.
– Choć brzmi jak kiełbasa, w rzeczywistości jest czymś zupełnie innym. To połączenie kaszy jęczmiennej z boczkiem i przyprawami, zamknięte w naturalnym jelicie i potem podsmażane, aż skórka lekko się zarumieni, a środek pozostanie miękki i aromatyczny. Pachnie dymem i majerankiem.
Uśmiechnął się szerzej.
– Podam ją z zasmażaną kapustą kiszoną i ogórkiem kiszonym – kwaśnymi, wyrazistymi, idealnie kontrastującymi z delikatnością kaszy. Do tego wiejski chleb z masłem i odrobina musztardy. Wszystko w duchu polskiej tradycji. A do popicia polecam czarną herbatę Irish Breakfast – jej moc i lekka cierpkość pięknie przełamują tłustość potrawy.
Kobieta uniosła brwi.
– Brzmi… intrygująco. Mnie pan przekonał. – Uśmiechnęła się. – Jestem bardzo ciekawa tego dania.
– A ja myślałem, że jak zwykle będę musiał gdzieś wybrać gyros albo kebab – zaśmiał się jej mąż – ale skoro mamy okazję spróbować czegoś, o czym w Portugalii nikt nie słyszał, zaryzykuję. A pan jest z tego regionu?
– Właśnie z Kaszub, z mikroregionu o nazwie Gochy… – zawiesił na moment głos, bo coś sobie nagle przypomniał. – Muszę wprowadzić plakietki z imionami. – Uśmiechnął się przepraszająco. – Nazywam się Wiesław Roy-Baczewski – dodał z wyraźną dumą. – A ta… kiszka… to smak mojego domu rodzinnego. Przygotować państwu?
– Oczywiście! – przytaknęli chórem pasażerowie z Portugalii.
Po niedługim czasie Wiesław z satysfakcją przyglądał się, jak pałaszują danie. Zgodnie pokazali mu kółeczka z palców. Pochwałę przyjął z uśmiechem.
Kiedy zapłacili i opuścili lokal, młodzi Japończycy uczynili podobnie, kilkakrotnie się kłaniając. Wiesław ocenił, że teraz jednak zamknie żaluzję. Po dziesięciu minutach, po uprzątnięciu stolików i pomyciu naczyń, wygasił światła na sali, zostawiając zwyczajowo za ladą tylko jeden mały punkcik. Wyciągnął się wygodnie w fotelu i zamknął oczy. Nie zasnął. Miał różne wizje z Sandrą w tle.
Po trzeciej Mairéad wyszła cicho z zaplecza. Poczuł jej wzrok na sobie. Otworzył jedno oko i pokręcił głową. Zrozumiała, że teraz już nie pójdzie spać. Po chwili usłyszał, że sprząta po nim. Uśmiechnął się, bo zawsze tak robiła. Uważała, że na tym się zna najlepiej. Kiedy piętnaście minut przed czwartą podniosła żaluzję, wstał i poszedł na zaplecze opłukać twarz wodą. Chwilę przed czwartą w lokalu pojawili się pierwsi pasażerowie. Czas do wpół do siódmej – momentu przyjścia dziennej zmiany – minął mu błyskawicznie.3.
Idąc po schodach, był pewien, że za chwilę usłyszy głosy Morwenny, stewardesy Sandry i może jeszcze Aisling. Na dole panowała jednak niczym niezmącona cisza. Zajrzał przez próg do salonu. Panował w nim absolutny porządek, jakby od wczoraj nikt tam nie gościł. Po chwili pchnął lekko uchylone drzwi do gabinetu pani profesor. Pewnie usłyszała ich cichy szelest, bo spojrzała na niego uważnie.
– Sandra wyjechała ponad dwie godziny temu. Od około godziny leci do Amsterdamu – wyjaśniła, nie czekając na pytanie. Zerknęła za to w stronę okna. – Co to za dziewczyna. – Zdjęła okulary i rozpromieniła się.
– Ale jak to… do Amsterdamu?!
– Normalnie. Umówiła się tam na pilną rozmowę w KLM. A poza tym ustaliłyśmy, że jeśli kiedyś będzie w Dublinie, zatrzyma się u mnie.
– Ustaliłyśmy…?! – Poderwał się gwałtownie.
Przytaknęła.
– Mnie powiedziała, że nie bywa na Wyspach, bo…
– Wiesz… – weszła mu w słowo Morwenna, jakby naprawdę go nie słyszała. – Przez wszystkie lata od śmierci męża z nikim nie rozmawiało mi się tak dobrze. W moim własnym domu.
Zawahała się na ułamek sekundy.
– Oczywiście, prócz ciebie, Nolanie… Wesleyu. Ale z nią mogę mówić o rzeczach, których z tobą nie poruszę. O niespełnionych marzeniach. O pragnieniach. Nawet o rwie kulszowej i innych takich drobiazgach…
Uśmiechnęła się lekko.
– Tobie za to przyznałam się, wprawdzie nie od razu, że mam tu szybkie akademickie łącze. Dzięki niemu wciąż wykonuję zlecenia specjalne.
Zerknęła w stronę ozdobnych drzwi z mosiężną blachą u dołu, za którymi ukryte były urządzenia łączące ją poprzez HEAnet z naukowym światem. Potem spojrzała na niego – z rozbawieniem.
– Prawdziwa… Mata Hari – skwitował, kręcąc zabawnie głową.
– Rozmawiałam wczoraj przez Skype’a z Freyą… no, z tą moją przyjaciółką, profesor McKenzie z Edynburga, o twoim parserze³… Wiesz, przypatrzyłam się uważnie jej twarzy… ona chyba wygląda starzej ode mnie. – Zachichotała. – A ten Graham… uzmysłowiła mi, że to ten kolega, który podrywał mnie, kiedy Cathal musiał pojechać do Dublina.
– A pani nie pojechała z nim do domu?
– To było jeszcze przed ślubem, ale byliśmy już narzeczeństwem. Czasami szłam z całym naszym towarzystwem do The Place na tańce. Czy Cathal był w kampusie, czy nie. Wtedy wszystko było inne. Uwielbiałam wówczas _Bielszy odcień bieli_, Gary’ego Brookera… zresztą wszystkie przeboje Procol Harum.
– Pani lubiła taką muzykę?!
– No wiesz, chłopcze. – Spojrzała na niego z dezaprobatą. – Muzykę poważną też, ale ich piosenki to były… małe suity. – Pomogła sobie gestykulacją. – A te teksty…? – Przewróciła oczami. – A znasz ten utwór? – Machnęła kciukiem za siebie.
– Raczej nie.
– To… niedobrze. Przy nim, w tańcu, prawie się stało.
– Że co?!
– Taka była moda. Tylko stopy przesuwały się minimalnie, więc taniec był jakby stojący. I on… kiedyś się rozpędził… nie Brooker, tylko Graham… to znaczy jego ręce. Odchyliłam się, pogroziłam mu… a potem znowu oparłam głowę na jego ramieniu.
– Niesamowite… – Podniósł wysoko brwi. – A w kwestii parsera… to o czym panie rozmawiałyście?
– A, bo wciąż mnie zagadujesz. – Przewróciła oczami. – Chciała tylko przekazać, że wysłała pocztą drobne uwagi do interfejsu; wydyskutowała je z Alisterem i Grahamem. Widzisz… już też wiem, co to jest interfejs. Przesłałam ci na pocztę jej maila. Wyszczególniła rzeczywiście tylko jakieś drobiazgi.
– Czasami te drobiazgi wcale nie są takie łatwe do zaprogramowania. – Zawiesił się na moment. – Usiądę do nich po obiedzie.
Morwenna nieoczekiwanie wyszła zza biurka i stanęła tak, żeby mógł ją od góry do dołu obejrzeć.
– Powiedz mi, czy coś widać?
Wpatrzył się w nią zdezorientowany.
– Ale na przykład co?
– No… ortezę.
– Jaką ortezę?
– Tę, którą mam na sobie.
Wstrząsnął nim śmiech.
– Jeśli ma ją pani pod spodem, to na pewno nie widać.
– Chodzi mi o to, czy się nie odznacza – wyjaśniła cierpliwie. – Nałożyłam domową ortezę kolanową, tę lżejszą. – Poklepała się po kolanie, gdzie pod materiałem spódnicy dopiero teraz dojrzał niewielkie zgrubienie. – Do pracy przy biurku stosuję od kilku dni neoprenową opaskę elastyczną. Trzyma ciepło i poprawia krążenie, więc przy wstawaniu mniej „trzeszczę”. – Uniosła zabawnie brew. – Więc jak? Odznacza się czy nie?
Wiesław zgodnie z życzeniem profesor wpatrzył się w jej spódnicę.
– Niczego nie widzę. Ale… czy to może kogoś obchodzić? Czy spodziewa się pani jakiejś wizyty?
– Tego nigdy się nie wie. – Wzruszyła ramionami.
Nie zrobił zdziwionej miny, zapanował nad sobą, bo już wiedział, że była strasznie wrażliwa na punkcie swojej niezależności. Zmusił się do uśmiechu.
– Przecież odkąd tu się wprowadziłem… zawsze używa pani laseczki.
– Będę z niej nadal korzystać, chodzi teraz o moją wygodę. W ubiegłym tygodniu byłam z Aisling u ortopedy. Zaczął kombinować z operacją. Punktowe znieczulenie, artroskopia i takie tam… – Zrobiła złą minę. – „Minimum to dobre stabilizatory”, zaordynował. Pojechałyśmy więc do sklepu ze sprzętem medycznym. Mają tam specjalny dział dla takich juniorów jak ja… z defektami. Kupiłam sobie dwie ortezy domowe… bo jak szaleć, to szaleć. Tę, którą się chwalę, i drugą, na całe podudzie, gdy planuję więcej się przemieszczać po domu. Na przykład wchodzić po schodach. Mam jeszcze jedną wersję dłuższej ortezy, typu _hard_, na spacery. Ta to ma już prawdziwy zegar.
Wiesław uniósł brwi, wyraźnie zaciekawiony.
– Zegar? Odmierza pani czas albo kroki podczas spaceru?
– Och, nie bądź niemądry, Wesleyu. To zegar ortopedyczny, w przegubie – wyjaśniła z wyraźną satysfakcją, widząc jego minę. – Taki mały sterownik mechaniczny. Ortopeda ustawia na nim zakres zgięcia i wyprostu, żeby kolano nie „przeprostowało” się w tył. To taka wasza instrukcja warunkowa _if-then_, tylko zrealizowana w metalu: jeśli noga osiągnie kąt dwudziestu stopni, to mechanizm ją blokuje. Moje podudzie ma po prostu sztywno zaprogramowane parametry brzegowe.
Wiesław uśmiechnął się od ucha do ucha.
– No proszę. Czyli nosi pani na nogach analogowy procesor ruchu.
– Dokładnie. I w przeciwieństwie do twojego Morfeusza***, mój zegar nigdy się nie zawiesza z powodu błędu w składni. Po prostu klika i trzyma mnie w pionie.
– Że też pani wcześniej o tej sprawie nie pomyślała.
– Nieprawda… myślałam… ale tylko tyle. – Zadowolona, że on już wie i nie zamierza jej z tego powodu żałować, wróciła za biurko.
Potem aż do obiadu rozmawiali o kronikach. Wiesław jak zwykle zjadł go w kuchni i poszedł pracować do swojego pokoju. Od czasu do czasu zerkał za okno zwabiony głosami dzieci. Słońce operowało dzisiaj dość mocno, więc sporo matek z pociechami wyszło na łąkę naprzeciw okien. Gonitwy, badminton, gra w piłkę. Jego uwagę przykuła żywa jak srebro dziewczynka. Gdy biegała, na końcach warkoczyków podskakiwały jej czerwone kokardki. Może Morwenna też tak kiedyś wyglądała? Nie wiedzieć jak, ale wewnętrzny procesor uruchomił dalszy ciąg „filmu”, przy którym zasnął po przyjeździe z lotniska.
Pochwaliła się kiedyś, że urodziła się w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku, podczas wojny. Kiedy ją poznał, miała siedemdziesiąt jeden lat. Później się okazało, że pochodzi ze szkockiego klanu Campbellów. Gdy miała dwadzieścia osiem lat, wyszła za mąż za irlandzkiego naukowca Cathala O’Riordana, którego poznała kilka lat wcześniej w Edynburgu w trakcie zdobywania doktoratu. Po dwóch latach młodzi O’Riordanowie zamieszkali w Dublinie przy ulicy Woodthorpe. Nowy, okazały dom stanął na miejscu starego wiejskiego domu rodziców Cathala. Pieniądze na wybudowanie nowej posesji uzyskali od miasta za sprzedaż swoich okolicznych rodzinnych gruntów. Łąka naprzeciw, która tak się Wiesławowi spodobała, też należała do nich.
On teraz mieszka w pokoju, który przez cztery lata służył Cathalowi jako gabinet. Pracował w nim naukowo, a jego Morwenna miała swój gabinet po drugiej stronie piętra. W pokoju przylegającym do jej gabinetu spali jako młodzi małżonkowie. Kiedy urodził im się Nolan, spał obok nich w małym łóżeczku. Zdjęcie z jego uśmiechniętą buzią stało w biblioteczce. Morwenna nie zmieniała tutaj niczego od tamtych czasów. Kiedy Wiesław u niej zamieszkał pięć lat temu, oddała mu do użytkowania dawny pokój męża i salonik z nim sąsiadujący. Początkowo nie mówiła, czyje były te pokoje. Dowiedział się o tym z czasem. Dawkowała mu informacje, a pojawiały się one przeważnie w ważnych dla niego momentach.
Pierwszy raz otworzyła się szerzej na początku lutego 2012 roku, kiedy pochwalił się indeksem z wpisem o zaliczeniu pierwszego semestru. Dla uczczenia tego osiągnięcia zorganizowała nawet uroczystą kolację, którą wyprawiła w salonie razem z Aisling. Za oknami było wtedy wyjątkowo mroźno jak na Irlandię, w nocy temperatura spadała nawet do minus siedmiu stopni i padał śnieg. Oczywiście to było nic w porównaniu z Big Freezem z zimy sprzed dwóch lat, gdy mróz bywał sroższy o kolejne dziesięć stopni.
– Pół roku temu miałam pomysł, że kiedy zamieszkasz w pokojach Cathala, może choć one zaczną ponownie żyć – zagaiła. – Tego dnia, kiedy zaprosiłam cię z ulicy na rozmowę, pierwszy raz od bardzo dawna siedziałam w tamtym fotelu. – Obejrzała się na niszę przy oknie.
– Pamiętam, że wówczas pani nie była zdecydowana, gdzie mamy usiąść: przy stole czy tam.
– Tak rzeczywiście było – przyznała. – Ale teraz bardzo lubię tam z tobą siadać i rozmawiać.
– Czuję się nieco dziwnie zarówno z powodu pani słów, jak i z powodu tej imprezy – wyznał szczerze.
– Rozmawiam prawie codziennie z Cathalem, więc dzisiaj powiem mu, że zostawił w swoim gabinecie sporo naukowych fluidów. – Uniosła palec i spojrzała na sufit.
– Muszę się pani profesor przyznać, że nigdy i nigdzie dotąd nie potrafiłem się skupić tak dobrze, jak właśnie tam.
– Powinieneś tylko więcej korzystać z saloniku. Płacisz wszak za oba pokoje. Ileż cię trzeba do tego namawiać?
– A kiedy mam to robić? – Rozłożył ręce. – Bywam w nim przecież. Kilka razy gościłem znajomych, a przyjaciel z pracy raz to nawet został na noc. Wiele razy słuchałem tam również muzyki i oglądałem telewizję. O, właśnie! Musi mi pani doliczyć do rachunku abonament telewizyjny i internet! Za kilkanaście dni przypada płatność za drugą połowę roku, więc może wówczas?
– To jest zupełnie nieważne… to naprawdę marginalny koszt. Nie mówmy zresztą dzisiaj o pieniądzach. Dla mnie jest istotne, że z piętra dochodzą wreszcie jakiekolwiek dźwięki. Tylko dlaczego nie puszczasz muzyki głośniej? Może bym cię lepiej wtedy poznała?
– Bo lepiej się skupiam, mając słuchawki na uszach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Purser – stewardesa, jest najwyższym rangą członkiem personelu kabinowego, pełniąc funkcję „powietrznego menedżera”. W wielu liniach lotniczych noszą specjalną odznakę.
2. Aisling – od 1972 roku dochodząca pomoc w domu Morwenny O’Riordan.
3. Wyjaśnienia do wszystkich wyrażeń technicznych oznaczone jako trzy gwiazdki znajdują się w _Słowniczku wyrażeń informatycznych_, zamieszczonym na końcu książki.