Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Z obłoków na ziemię - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
14 lipca 2026
3267 pkt
punktów Virtualo

Z obłoków na ziemię - ebook

Wzruszająca opowieść o tym, że dom to nie mury i dach, lecz odwaga, by zostać przy kimś, kto nas potrzebuje.

Sandra miała jasny plan: prestiżowa praca stewardessy i życie w chmurach. Jeden błąd sprawia, że musi brutalnie zejść z obłoków na ziemię, lądując w Dublinie z niczym. Tu poznaje Wiesława, młodego inżyniera z Kaszub, który po trudnych przejściach w Londynie podejmuje pracę w barze na lotnisku i równolegle studiuje informatykę oraz historię. Ich drogi przecinają się w domu profesor Morwenny O’Riordan – kobiety, która w ciszy dublińskiego domu pielęgnuje pamięć o utraconej rodzinie.

Wspólne wyprawy, odkrywanie kaszubskich śladów na Szmaragdowej Wyspie i powolne budowanie zaufania sprawiają, że obcy ludzie stają się sobie bardzo bliscy. Gdy jednak Morwenna kładzie na stole projekt umowy opieki do końca życia (life interest), Wiesław staje przed najtrudniejszym wyborem.

Czy przyjmie dar, który na zawsze go zwiąże z Irlandią? Jak to pogodzi z miłością do Sandry? Czy oni oboje mają szansę na wspólną przyszłość?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8310-956-5
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1.

Z pogrą­żo­nej w ciszy hali odlo­tów ter­mi­nala T1 w Dubli­nie dobiegł nagle wyraźny stu­kot obca­sów. Wie­sław i Mairéad spoj­rzeli po sobie. O tej porze było to coś raczej nie­ty­po­wego.

Ryt­miczny dźwięk zbli­żał się powoli, odbi­ja­jąc się od pustej prze­strzeni. Na chwilę cichł, by po sekun­dzie powró­cić jesz­cze wyraź­niej. Ktoś wszedł po scho­dach na antre­solę i kie­ro­wał się w stronę zaułka, gdzie był ich lokal.

Wie­sław uniósł wzrok, a Mairéad prze­su­nęła się za ladą, żeby lepiej widzieć doj­ście do ich baru.

Po chwili w przej­ściu poja­wiła się młoda kobieta w nie­bie­skim uni­for­mie ste­war­desy KLM. Ciemne włosy miała spięte w koczek, cią­gnęła za sobą walizkę. Bez słowa omio­tła wnę­trze spoj­rze­niem, ski­nęła lekko głową i pode­szła do jed­nego ze sto­li­ków. Zrzu­ciła torebkę na blat i ciężko usia­dła.

Wyglą­dała na wyraź­nie zde­ner­wo­waną.

Mairéad odcze­kała chwilę, po czym pode­szła do kobiety.

– Dobry wie­czór. Czy mogę coś podać?

Nor­mal­nie klienci sami pod­cho­dzili do baru z zamó­wie­niem, ale to była jedyna w tej chwili klientka, a do tego ste­war­desa. Wie­sław z uzna­niem zaak­cep­to­wał miły gest swo­jej kel­nerki.

– Kawa dop­pio… to na razie – rzu­ciła krótko ste­war­desa.

– Może zje pani jakieś cia­steczko?

– Dzię­kuję.

– Ona ma zna­czek pur­sera¹! – wyszep­tała Mairéad kiedy wró­ciła za ladę.

– O! Czyli praw­dziwa szy­cha na pokła­dzie – odparł Wie­sław pra­wie bez­gło­śnie. – Ponad setka lokali, a ona aż tutaj dotarła?

– Ale więk­szość jest już zamknięta!

Wie­sław tylko przy­tak­nął.

Po chwili ste­war­desa popi­jała już gorącą kawę. Prze­pro­wa­dziła dwie ciche tele­fo­niczne roz­mowy, wystu­kała na kla­wia­tu­rze apa­ratu kilka ese­me­so­wych wia­do­mo­ści, wresz­cie zna­cząco spoj­rzała w kie­runku baru.

– Teraz ja do niej podejdę – szep­nął Wie­sław; po chwili stał już przy dziew­czy­nie.

– A jakaś karta dań? – spy­tała, spo­glą­da­jąc na niego bez­na­mięt­nie.

– O tej porze wielu dań już nie mamy, więc wszystko pamię­tam. Na cie­pło czy na zimno? – Spoj­rzał na jej buzię.

– Mia­łam umó­wioną cie­płą kola­cję w Amster­da­mie. – Ste­war­desa wydęła dolną wargę.

– Rozu­miem, to wielki zawód.

– Idiota tak­sów­karz zawiózł mnie na drugi ter­mi­nal i spóź­ni­łam się na wylot swo­jego samo­lotu… pierw­szy raz w karie­rze – pod­kre­śliła po krót­kiej pau­zie.

Wie­sław ledwo dostrze­gal­nie wzru­szył ramio­nami.

– Nie wie­rzy mi pan?! – Młoda kobieta pra­wie wark­nęła, marsz­cząc brwi.

– Nic mi do tego, ale wycho­dzi na to, że spóź­niła się pani przez tego idiotę… tylko o pra­wie trzy godziny. Dobrze liczę? Drogę z tam­tego ter­mi­nala na ten da się poko­nać bie­giem w trzy–cztery minuty… – Pochy­lił głowę i zer­k­nął na ukryte pod sto­li­kiem jej nogi w czó­łen­kach. – No dobrze, na obca­sach w pięć.

– Biega pan na obca­sach, że tak się orien­tuje?!

Wie­sław uśmiech­nął się bez­wied­nie. Znał tę drogę dokład­nie, w ciągu ostat­nich pię­ciu lat poko­ny­wał ją wie­lo­krot­nie.

Mie­rzyli się wzro­kiem; po chwili ste­war­desa nagle się uśmiech­nęła.

– Pan zawsze taki… bez­po­średni?

– Odwa­ży­łem się, bo może już nie trafi mi się oka­zja roz­ma­wiać z pur­se­rem z KLM.

Dopiero teraz uważ­niej przyj­rzała się twa­rzy męż­czy­zny. To nie był z jego strony jakiś żart, on to powie­dział pra­wie z namasz­cze­niem. Po dziw­nie reflek­syj­nym spoj­rze­niu poznała, że może się za nim kryć nawet pewna… nie­śmia­łość. To nie żaden bubek skory do pod­rywu, jakich na swo­ich tra­sach spo­ty­kała bez liku, lecz dziwny, nocny mądrala. Tak go oce­niła.

– Czyli prze­wi­duje pan, że jed­nak mnie zwol­nią, podob­nie jak sądzi moja przy­ja­ciółka? – Wska­zała na leżący obok tele­fon i na moment posmut­niała.

Wie­sław zro­zu­miał, że musiała to usły­szeć w trak­cie jed­nej z nie­daw­nych roz­mów.

– Pani ma zbyt wielką klasę. Nie odważą się – odparł, zde­cy­do­wa­nie krę­cąc głową.

Ste­war­desa skwi­to­wała jego słowa uśmie­chem okre­śla­nym jako „Pan Am”.

– Miłe jest to, co pan mówi, ale skoro powie­działa, że jest taka ewen­tu­al­ność, to oni na pewno z tego sko­rzy­stają i mnie zwol­nią. Na moje miej­sce jest wiele kan­dy­da­tek. No dobrze… to mój pro­blem, a co z tym jedze­niem?

– Czy lubi pani eks­pe­ry­menty… kuli­narne?

– Pan jest naprawdę… – Wzru­szyła ramio­nami. – A więc powie­dział pan… eks­pe­ry­ment kuli­narny, tak?

– Od kilku dni mamy w ofer­cie pyzy z Pol­ski, z regionu o nazwie Kaszuby… coś jak wasza Fry­zja albo Bra­ban­cja. – Pochwa­lił się zna­jo­mo­ścią Holan­dii.

– W Pol­sce Kaszuby… a w Holan­dii… Fry­zja – powtó­rzyła po nim wolno, mru­żąc oczy, jakby się nad czymś zasta­na­wiała. – Miesz­kam w Amster­da­mie, ale kie­dyś byłam z przy­ja­ciółką w Heere­nveen, wła­śnie we Fry­zji. To ośro­dek łyż­wiar­stwa szyb­kiego, a ona przez wiele lat była nie­złą zawod­niczką. No dobrze, to co z tym jedze­niem?

– Jeśli nie lubi pani eks­pe­ry­men­tów, to mogę podać coś mię­snego… na przy­kład tra­dy­cyjny bef­sztyk, do tego surówka, frytki…

– Lubię eks­pe­ry­menty… kuli­narne! – Prze­krzy­wiła głowę. – A jak pan zamie­rza podać te… pyzy?

– Mogą być na słodko albo ze skwar­kami.

– Po kawie chyba tylko na słodko. – Deli­kat­nie potarła pal­cem skroń. – A pan… co mi zapro­po­nuje?

– Zde­cy­do­wa­nie na słodko. Pole­cam lekko polane gęstą śmie­taną, ale podam też do nich żura­winę i miód wie­lo­kwia­towy. One razem się dobrze uzu­peł­niają, poza tym…

– Irland­czyk, a jaki znawca… – prze­rwała i przyj­rzała się uważ­niej jego twa­rzy. – A długo będę cze­kała?

– Za sie­dem minut wra­cam z daniem, bo pyzy są świeże, dzi­siej­sze, a wodę mam zawsze gotową do ich pod­grze­wa­nia.

– Jestem pod wra­że­niem…

– A ile sztuk podać? Zama­wiamy mniej­sze, takie do sze­ściu cen­ty­me­trów śred­nicy.

– O! – powie­działa rado­śnie. – Trzy raczej powin­nam zmie­ścić.

– Da pani radę, tym bar­dziej że są naprawdę pyszne.

Dokład­nie po ośmiu minu­tach Wie­sław i Mairéad pode­szli do sto­lika ste­war­desy z nie­wiel­kimi tacami. On na swo­jej niósł pyzy i sztućce, kel­nerka dodatki. Klientka w uni­for­mie KLM z bły­skiem w oczach wpa­try­wała się w talerz z pyzami i miseczki z kolo­rową zawar­to­ścią. Kiedy po odkro­je­niu kawałka pyzy, posma­ro­wa­niu odro­biną żura­winy i miodu pod­nio­sła go do ust, przy­mknęła oczy. Po dru­gim kęsie spoj­rzała w stronę baru i uśmiech­nęła się do obsługi. Widać było, że danie jej sma­kuje. Jadła wolno, nie tra­cąc ani na chwilę uśmie­chu. Kiedy skoń­czyła, unio­sła rękę z kartą płat­ni­czą. Wie­sław wypi­sał rachu­nek i wol­nym kro­kiem pod­szedł z ter­mi­na­lem. Poło­żył przed ele­gancką klientką kar­teczkę z kwotą; skwi­to­wała ją z nie­od­łącz­nym uśmie­chem.

– To jakaś pro­mo­cja?

– Nie. U nas takie ceny są zawsze.

– Dobrze wie­dzieć.

Kiedy już odcho­dził od sto­lika, ste­war­desa spy­tała cicho:

– Czy mógłby pan zasu­ge­ro­wać jakiś hotel w Dubli­nie?

– W pobliżu lot­ni­ska jest chyba z sześć…

– Kole­żanka pod­po­wie­działa mi, żebym z nich raczej nie korzy­stała – prze­rwała mu, wska­zu­jąc na tele­fon.

– Coś takiego! – Nie potra­fił ukryć zdzi­wie­nia.

– Jestem w Dubli­nie pierw­szy raz.

– Prze­cież Amster­dam jest tak bli­sko, czyżby więc ni­gdy…

– Obec­nie latam codzien­nie na Gran Cana­rię, a wcze­śniej też gdzie indziej. – Roz­ło­żyła ręce.

– Do głowy by mi nie przy­szło… Jasne, że znam rów­nież inne hotele w Dubli­nie. Poczy­na­jąc od The Shel­bo­urne poprzez Auto­graph Col­lec­tion… aż do… The Mor­gan Hotel. – Uśmiech­nął się. – Wiem, gdzie one są, ale w żad­nym z nich nie noco­wa­łem. Miesz­kam nieco dalej od cen­trum w wol­no­sto­ją­cym domu, nie w żad­nym sze­re­gowcu! – pod­kre­ślił z naci­skiem. – Tam u nas ran­kiem można pójść do jed­nego z pobli­skich par­ków, gdzie nie poczuje się nawet spa­lin samo­cho­dów. No, pra­wie.

– Ależ panu zazdrosz­czę!

– Do bliż­szego mam ze trzy­sta metrów, do następ­nego nieco dalej, ale zaraz naprze­ciw naszej uliczki roz­ciąga się teren zie­lony, duży skwer pełen róż­nych drzew. Ludzie przy­cho­dzą tam z psami, inni się gim­na­sty­kują, a w cie­płe dni nawet wyle­gują się na kocach.

– Chcia­ła­bym miesz­kać w takich warun­kach – wes­tchnęła ste­war­desa. – To co mam zro­bić?

– Wybór należy do pani… A może woli pani zatrzy­mać się, prze­no­co­wać, nie w hotelu, a w takim domu?

– A pan ma… taki dom?!

– No nie, ja mam tylko w jed­nym z nich dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie.

– Pro­po­nuje mi pan noc u sie­bie?

– Do rana jestem tu. – Wie­sław pokrę­cił głową.

– To w takim razie jak brzmi ta pro­po­zy­cja? – Unio­sła zabaw­nie brew.

– Pro­szę moment pocze­kać. – Się­gnął do tyl­nej kie­szeni w spodniach i wycią­gnął tele­fon, chwilę przy nim ope­ro­wał i zaraz przy­ło­żył do ucha.

– Tak, słu­cham – dał się sły­szeć kobiecy głos.

– Dobry wie­czór, pani O’Rior­dan. Tu… – męż­czy­zna zawa­hał się – …tu Nolan – dodał po chwili prze­rwy.

– Ach, to ty… Nola­nie.

– Czy pani przy­pad­kiem jesz­cze nie śpi?

– Teraz już na pewno nie zasnę, póki nie dowiem się, o co ci może cho­dzić.

– Roz­ma­wiam wła­śnie ze ste­war­desą… z KLM, która nie ma ochoty noco­wać w żad­nym z dubliń­skich hoteli.

Po tych sło­wach młoda kobieta sie­dząca przy sto­liku pokrę­ciła głową i otwo­rzyła usta, jakby chciała coś dopo­wie­dzieć.

– Prze­cież dobrze wiesz, że nie pro­wa­dzę dzia­łal­no­ści hote­lar­skiej, prawda?

– Ale może któ­ryś z sąsia­dów?

– Hmm… Nola­nie! Chyba raczej jest zbyt późno, by z kimś o takich spra­wach roz­ma­wiać, nie sądzisz?

– Tak wła­śnie myśla­łem, pani Mor­wenno, ale mimo to pozwo­li­łem sobie zadzwo­nić.

Ste­war­desa, sły­sząc dziwną wymianę zdań, zama­chała dło­nią w krót­kim, gwał­tow­nym geście.

– A to jest twoja zna­joma? Zna­czy… dobra zna­joma? – dopy­tała po chwili roz­mów­czyni.

– Oczy­wi­ście!

Ste­war­desa z wra­że­nia prze­łknęła ślinę.

– A ona do mnie trafi?

– Prze­cież nie pusz­czę jej samej do naszej dubliń­skiej dżun­gli. Zaraz znajdę tele­fo­nicz­nie Petera…

– Tego od Finna?

– Tego samego. Mam nadzieję, że jesz­cze nie zje­chał do domu na noc.

– To daj mi pil­nie znać, bo muszę się jakoś przy­go­to­wać, prawda?

– Mój salo­nik jest okej.

– Prze­cież wiem, ale mimo wszystko. Dzwoń do Petera i poin­for­muj mnie.

– Dzię­kuję, pani Mor­wenno.

Kiedy Wie­sław skoń­czył roz­mowę i przy­stą­pił do prze­szu­ki­wa­nia kon­tak­tów, żeby wybrać połą­cze­nie z Pete­rem, ste­war­desa ode­zwała się z zachwy­tem:

– Mor­wenna O’Rior­dan… Ależ to piękne, nie­co­dzienne imię i nazwi­sko! Bar­dzo poetyc­kie.

– Tu pra­wie wszy­scy mają podobne – wyja­śnił Wie­sław. – Imię Mor­wenna ma cel­tycko-korn­wa­lij­sko-gaelic­kie korze­nie… Po angiel­sku tłu­ma­czy się jako panna mor­ska, dziew­czyna z morza. W jej cha­rak­te­rze jest sporo deli­kat­nego szumu morza, ale też głu­chego przy­boju fal roz­bi­ja­ją­cych się o skały. To słowa wła­ści­cielki imie­nia.

Oczy ste­war­desy stały się ogromne, lecz Wie­sław nie zdą­żył już zare­ago­wać, bo przed momen­tem naci­snął zie­loną słu­chawkę.

– Słu­cham cię, przy­ja­cielu! – Z jego tele­fonu dał się sły­szeć głos tak­sów­ka­rza.

– Cześć, Peadar. Nie śpisz jesz­cze?

– No co ty! Ale jestem już dość bli­sko tego wycze­ki­wa­nego od rana momentu. Jadę ostat­nim kur­sem, i to aku­rat na lot­ni­sko, więc mogę wpaść do cie­bie na drinka! – Tak­sów­karz się zaśmiał.

– A za ile będziesz, bo mam dla cie­bie powrotny kurs do cen­trum ze ślicz­no­ścią z Holan­dii? Naj­pierw onie­mie­jesz, a potem będziesz miał… piękne sny.

Ste­war­desa uśmiech­nęła się i pogro­ziła Wie­sła­wowi pal­cem.

– Za kil­ka­na­ście minut będę na miej­scu.

– Tylko pod­jedź po nią pod mój ter­mi­nal.

– A po czym ją poznam?

– Jest piękna… a do tego w służ­bo­wym uni­for­mie ste­war­desy KLM. To naprawdę byłaby sztuka jej nie zauwa­żyć – dodał pół­szep­tem.

Przy­słu­chu­jąca się roz­mo­wie ste­war­desa pokrę­ciła głową.

– Okej. Jak dojadę, prze­ślę ci ese­mesa.

– A potem, gdy dowie­ziesz ją do pani Mor­wenny, zadzwo­nisz do mnie.

– Jasne. Na razie.

– Cześć.

Wie­sław scho­wał tele­fon do kie­szeni i zado­wo­lony z sie­bie spoj­rzał na ste­war­desę. Ona z kolei przy­pa­try­wała mu się z nie­skry­wa­nym zacie­ka­wie­niem.

– Jak to jest, że naj­pierw sły­szę w tele­fo­nie… że tak­sów­karz ma na imię Peter, a pan mówi do niego… Wła­ści­wie nie zro­zu­mia­łam, ale to nie było imię Peter.

– Mówi­łem Peadar. To odpo­wied­nik jego imie­nia w irlandz­kim gaelic­kim.

– Tyle tutaj dziw­no­ści z żeń­skimi i męskimi imio­nami… że nie ogar­niam. – Pokrę­ciła głową. – Niby lokal na końcu antre­soli, pan wygląda raczej na spo­koj­nego… – zatrzy­mała spoj­rze­nie chwilę dłu­żej na jego twa­rzy – …a ma tyle cie­ka­wych zna­jo­mo­ści. Kogo pan jesz­cze zna w Dubli­nie? – Nie­spo­dzie­wa­nie zachi­cho­tała.

– Jeśli idzie o kobiety, to znam sym­pa­tyczne panie z biura rachun­ko­wego i urzędu skar­bo­wego. – Nie wie­dzieć czemu puścił oko, co mu się pra­wie ni­gdy nie zda­rzało; przez moment prze­le­ciała mu przez głowę myśl, czy nie powi­nien za to prze­pro­sić.

– Wszyst­kie potrafi pan tak cza­ro­wać?

– Nie zdążę teraz odpo­wie­dzieć, bo Peadar będzie cze­kał, a prze­cież musi iść spać. Na pewno lada moment zapar­kuje pod T2, a za kilka minut będzie u nas. – Zer­k­nął w stronę wyj­ścia z lokalu.

– Aha! Pozbywa się mnie pan?

– Abso­lut­nie! Mogę go prze­cież zapro­sić na drinka i sobie posie­dzimy we trójkę. – Wyko­nał sze­roki gest. – Ja i tak zostaję tu z Mairéad na noc. – Wska­zał głową w kie­runku lady. – Taka ta nasza praca.

W tym samym momen­cie jego tele­fon pisnął sygna­łem przy­cho­dzą­cego ese­mesa.

– Prze­miesz­cza się z ter­mi­nala T2 pod nasz – rzu­cił, kiedy odczy­tał wia­do­mość.

– W takim razie dzię­kuję za wszystko i do widze­nia. – Ste­war­desa wstała i z wdzię­kiem podała Wie­sła­wowi dłoń.

– Do widze­nia. Prze­pra­szam… a z kim roz­ma­wia­łam?

– Nazy­wam się… Roy… Nolan Roy. – Po chwili zawa­ha­nia powtó­rzył nazwi­sko i dodał imię. – Do widze­nia.

Ona tylko lekko się uśmiech­nęła, prze­wie­siła torebkę przez ramię, pochwy­ciła rączkę walizki na kół­kach i wol­nym kro­kiem ruszyła do wyj­ścia. Nie­długo póź­niej znik­nęła z pola widze­nia. Z każdą chwilą sły­chać było coraz bar­dziej przy­ci­cha­jący stu­kot obca­sów jej pan­to­fli i tur­ko­ta­nie kółek walizki.

– Tak jakby… zacza­ro­wała cię. – Mairéad spoj­rzała prze­cią­gle na szefa, po czym zebrała naczy­nia ze sto­lika, przy któ­rym jesz­cze przed chwilą spo­ży­wała posi­łek gwiazda prze­stwo­rzy.

– Mówisz… zacza­ro­wała? Dziew­czyny z taką klasą jak ona… oprócz cie­bie – spoj­rzał na kel­nerkę – dawno tu nie było.

– Niby taki cichy, a rze­czy­wi­ście potra­fisz cza­ro­wać. A jak ona ma na imię, bo nie dosły­sza­łam?

– Imię?! No wła­śnie! – Wie­sław wyko­nał ruch, jakby miał zamiar pobiec za ste­war­desą; Mairéad skwi­to­wała to chi­cho­tem. – Z wra­że­nia zapo­mnia­łem jej spy­tać. – Zaśmiał się sam z sie­bie. – Kiedy zmy­jesz naczy­nia, możesz iść odpo­czy­wać, nie cze­ka­jąc na pół­noc, a ja już sam zamknę lokal.

Mairéad wzięła się do pracy, a po kilku minu­tach pod­cho­dząc do drzwi od pomiesz­cze­nia za barem, unio­sła rękę. Ich wzrok się spo­tkał. Wie­sław odpo­wie­dział uśmie­chem.

Kiedy został w barze sam, szybko dokoń­czył wery­fi­ka­cję zamó­wie­nia. Po chwili do lokalu weszła para sko­śno­okich pasa­że­rów. Gdy wybrali sto­lik, a młody męż­czy­zna chciał już ruszyć do lady, Wie­sław zatrzy­mał go gestem. Sam do nich pod­szedł. Pro­wa­dził z nimi roz­mowę pół­gło­sem, żeby nie prze­szka­dzać śpią­cej Mairéad. Oka­zało się, że Japoń­czycy są w podróży poślub­nej, cie­szy ich wszystko i są bar­dzo roz­mowni.

– Mie­li­śmy już wczo­raj wra­cać do Tokio. Mężowi, za moją namową, udało się zała­twić zamianę wcze­śniej kupio­nych bile­tów. Dzięki temu jutro zoba­czymy jesz­cze Wie­deń. Dopiero stam­tąd pole­cimy do Japo­nii – zaszcze­bio­tała młoda kobieta, kale­cząc angiel­ski.

– A dla­czego aku­rat tam? – zain­te­re­so­wał się Wie­sław.

– Bo koniecz­nie chcemy zoba­czyć na wła­sne oczy, jak dzi­siaj wygląda mia­sto, które w sie­dem­na­stym wieku zostało oca­lone przed Tur­kami.

– Bar­dzo inte­re­su­jący wybór!

– Musi pan wie­dzieć, że jestem histo­ry­kiem i spe­cja­li­zuję się w dzie­jach Europy, a z kolei żona zaj­muje się kon­ser­wa­cją zabyt­ków – włą­czył się do roz­mowy jej mąż. – Ten król, który pod Wied­niem dowo­dził woj­skami euro­pej­skimi, to Jan Trzeci Sobie­ski. Dla mnie był naj­więk­szym władcą i wodzem ostat­niego tysiąca lat na waszym kon­ty­nen­cie. Prze­cież gdyby nie on, nie mogli­by­śmy zwie­dzić choćby cudów Paryża czy Rzymu. Tam byłyby tylko mina­rety! – dopo­wie­dział szep­tem z poważną miną.

– Ale wie­cie pań­stwo, że ten król był Pola­kiem?

– Tak, wiemy. Chcie­li­by­śmy obej­rzeć w Wied­niu jakieś upa­mięt­nie­nia tam­tych wyda­rzeń.

– Nie byłem tam, nie mia­łem kiedy, ale z upa­mięt­nie­niem odsie­czy wie­deń­skiej jest kru­cho. Wiem o tym dosko­nale, bo jestem z Pol­ski.

– Ach, to wspa­niale tra­fi­li­śmy! – ucie­szyli się oboje.

Po krót­kiej wymia­nie zdań o królu i Pol­sce zamó­wili po kanapce i her­ba­cie. Żeby go dobrze wspo­mi­nali, dał im w pre­zen­cie prze­wod­niki Kra­kowa, War­szawy i Gdań­ska. Wkrótce poczuł wibro­wa­nie tele­fonu. Dzwo­niła pani O’Rior­dan. Wyszedł przed lokal.

– Rozu­miem, pani Mor­wenno, że doje­chali? – zapy­tał pół­gło­sem.

– Tak. Peter pod­pro­wa­dził ste­war­desę pod same drzwi. Zacho­wy­wał się zupeł­nie jak nie on. Czy na lot­ni­sku też był taki?

– Nie widzia­łem go tu na oczy, kon­tak­to­wa­li­śmy się tylko tele­fo­nicz­nie. A jak ste­war­desa? Spodo­bał jej się pokój?

– Zde­cy­do­wa­łam się ulo­ko­wać ją w moim salo­nie.

– W salo­nie?!

– Prze­cież to twoja dobra zna­joma. Zresztą powie­dzia­łeś o niej tyle dobrego, że wła­ści­wie nie mia­łam wyj­ścia.

– Prze­cież… aż tyle nie mówi­łem. A poszła już spać?

– Jesz­cze nie. Na razie się kąpie. Tak jej zapro­po­no­wa­łam po przy­wi­ta­niu, ale przed spa­niem jesz­cze chwilę poroz­ma­wiamy, bo wypije kubek mleka.

– Kubek mleka?!

– A co w tym dziw­nego? Miała dzi­siaj sporo prze­żyć, a po mleku będzie dobrze spała. Pamię­tam to jesz­cze z dzie­ciń­stwa. Aha! Pasuje do niej imię San­dra.

– A takie ma imię?

– To ty nie wie­dzia­łeś?!

– Pew­nie zapo­mnia­łem… – Wie­sław, zamiast dokoń­czyć myśl, cicho zachi­cho­tał.

– No dobrze, niech ci dzi­siaj praca pły­nie spo­koj­nie. Muszę wsta­wić mleko i dopil­no­wać, żeby się nie przy­pa­liło, bo o tej porze Aisling² prze­cież już nie ma.

– W takim razie dobra­noc, pani Mor­wenno.

– Dobra­noc.

Wie­sław rozej­rzał się wokół, a potem postą­pił kilka kro­ków do miej­sca, skąd widać było schody na _mez­za­nino_. Już od dawna nic nie zro­biło na nim takiego wra­że­nia, jak kroki ste­war­desy nio­sące się przez uśpioną salę odlo­tów, a potem jej uroda. Ow­szem, widuje ste­war­desy wielu linii, bywają ładne, cza­sami docie­rają nawet do jego lokalu, ale tak pięk­nej i zgrab­nej jak San­dra z KLM… Uśmiech­nął się, że nawet w myślach nazwał ją imie­niem. Ma dziew­czyna klasę. Sama się z przed­sta­wia­niem nie wyry­wała. Chyba dla­tego, że ja tego wcze­śniej nie zro­bi­łem. Nie dzi­wię się, że została pur­se­rem.

Ale czy ja przed­sta­wiam się wszyst­kim klien­tom? – spy­tał bez­gło­śnie sam sie­bie. I dla­czego w ogóle o niej myślę? Przy­le­ciała… jak to ste­war­desa, a potem wróci do Amster­damu w skła­dzie załogi innego samo­lotu. Miała tylko pecha, że się teraz spóź­niła… Wła­ści­wie to nie wyja­śniła, dla­czego tak się stało. A musiała…?! Wzru­szył ramio­nami. Takie życie. Powie­działa, że jest pierw­szy raz w Dubli­nie… i pew­nie ostatni. A weź, czło­wieku, zaj­mij się swo­imi spra­wami.

Kiedy docho­dził do nie­opusz­czo­nej jesz­cze żalu­zji odgra­dza­ją­cej jego lokal od holu, w kie­szeni znowu zawi­bro­wał tele­fon. Tym razem dzwo­nił Peadar.

– Już jesteś w domu, przy­ja­cielu?

– Jesz­cze nie, ale będę za dzie­sięć minut. Nie zadzwo­ni­łem do cie­bie od razu spod domu pani Mor­wenny, żeby nie wyglą­dało, że zdaję rela­cję.

– Z tej strony cię nie zna­łem.

– Bo kobiety bywają domyślne… więc sam rozu­miesz.

– To skąd do mnie dzwo­nisz, bo już tro­chę czasu upły­nęło?

– Zatrzy­ma­łem się w pobliżu swo­jego domu, tak żeby mnie z kolei moja żona nie zoba­czyła.

– Zacho­wu­jesz się zupeł­nie jak jakiś agent czy detek­tyw.

– Nie myśla­łem, że masz taką piękną zna­jomą. Ni­gdy się nie chwa­li­łeś!

– A ty się chwa­lisz wszyst­kimi swo­imi dziew­czy­nami?

– Ja…?! Prze­cież ja mam żonę!

– Dobrze, że sobie o niej przy­po­mnia­łeś.

– Przed chwilą zadzwo­ni­łem do Orla­ith, że już wra­cam. Zauwa­żyła, że mam dobry humor, co mi się ponoć rzadko zda­rza.

– No i jak się wytłu­ma­czy­łeś? – Wie­sław się roze­śmiał.

– Powie­dzia­łem zgod­nie z prawdą, że mia­łem dobry kurs i dosta­łem eks­trasa.

– A dała ci?

– Nie dość, że zapła­ciła gotówką, to jesz­cze dodała dwa­dzie­ścia euro. Chyba nie ma poję­cia, ile to jest!

– Prze­cież w Holan­dii też mają euro.

– Niby tak, choć cza­sami zapo­mi­nam. W każ­dym razie chcia­łem ci pogra­tu­lo­wać dobrego gustu… cho­dzi mi o tę ste­war­desę. Jestem pod wra­że­niem. Trzy­maj się.

– Ale żebyś wie­dział, że… No dobra, cześć. – Wie­sław zakoń­czył roz­mowę, sły­sząc, że Peadar śmie­chem prze­rwał mu próbę wyja­śnie­nia sprawy.

Zamy­ślony skie­ro­wał się wol­nym kro­kiem w kie­runku lady. Po dro­dze zauwa­żył, że mło­dzi Japoń­czycy, zorien­to­waw­szy się, iż minęła pół­noc i lokal zaraz pew­nie zosta­nie zamknięty, zaczy­nają się zbie­rać.

– Może­cie jesz­cze tro­chę zostać, o ile nie zamier­za­cie tu spać – rzekł, pod­cho­dząc do sto­lika.

– Zaczę­li­śmy stu­dio­wać prze­wod­niki, które pan nam spre­zen­to­wał, ale możemy to robić gdzieś w pocze­kalni.

– Na razie nie zamknę żalu­zji, a wam będzie tu wygod­niej.

Podzię­ko­wali, usie­dli jesz­cze bli­żej sie­bie i wspól­nie śle­dzili tekst w jed­nym z nich, coś szep­cząc do sie­bie. Prze­uro­cza para. Wie­sław tym razem usiadł za ladą w wygod­nym fotelu, który słu­żył jako sie­dzi­sko do noc­nych drze­mek. Jedna osoba ze zmiany mogła spać na leżance w pomiesz­cze­niu za drzwiami, a druga tutaj.

– San­dra, a do tego Holen­derka. Czy w Holan­dii są takie imiona? – W jego myślach ponow­nie poja­wiła się ste­war­desa z KLM.

Rozej­rzał się wokół, jakby spraw­dzał, czy nikt nie pod­słu­chuje jego myśli, i uśmiech­nął się pod nosem. Poło­żył lap­top na kola­nach i coś wpi­sał do wyszu­ki­warki. Poja­wiła się odpo­wiedź, że ani dzi­siaj, ani w latach osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych imie­nia San­dra nie było w topie dwu­dzie­stu imion holen­der­skich nie­mow­ląt. Wstrzą­snął nim pusty śmiech. Czy ja naprawdę nie mam innych pro­ble­mów? Po chwili prze­niósł spoj­rze­nie na wej­ście do lokalu. Para kolej­nych klien­tów stała w holu i wpa­try­wała się w sto­liki. Popa­trzyli raz jesz­cze na tabliczkę z godzi­nami otwar­cia lokalu i prze­nie­śli wzrok na Japoń­czy­ków. Wie­sław uniósł się za ladą i zachę­cił ich do wej­ścia. Kiedy zajęli sto­lik, pod­szedł do nich. Oka­zali się por­tu­gal­skim mał­żeń­stwem w śred­nim wieku. Póź­nym wie­czo­rem przy­le­cieli z Islan­dii na ter­mi­nal T2, prze­szli na T1, odpra­wili się, bo stąd rano polecą dalej. Myśleli, że zje­dzą coś dopiero przed odlo­tem, ale jed­nak poczuli się głodni. Dowie­dzieli się od sprzą­ta­czy, że tu może być otwarte.

– Mój lokal pra­cuje ela­stycz­nie. Miał być zamknięty, ale jest czynny. – Wie­sław się uśmiech­nął. – Życzą sobie pań­stwo jakąś kanapkę czy raczej danie na cie­pło?

– A mię­sne, na cie­pło, nie będzie zbyt cięż­kie na noc? – zawa­hała się kobieta, zwra­ca­jąc się do męża.

Ten prze­niósł pyta­jące spoj­rze­nie na Wie­sława.

– Zapro­po­nuję coś, co będzie dla pań­stwa praw­dziwą kuli­narną nie­spo­dzianką – oznaj­mił z nutą dumy. – To kiszka kaszub­ska, tra­dy­cyjne danie z pół­noc­nej Pol­ski, z regionu Kaszub. Mało kto poza naszym kra­jem o niej sły­szał.

Na moment zawie­sił głos, jakby pozwa­lał, by sama nazwa wybrzmiała.

– Choć brzmi jak kieł­basa, w rze­czy­wi­sto­ści jest czymś zupeł­nie innym. To połą­cze­nie kaszy jęcz­mien­nej z bocz­kiem i przy­pra­wami, zamknięte w natu­ral­nym jeli­cie i potem pod­sma­żane, aż skórka lekko się zaru­mieni, a śro­dek pozo­sta­nie miękki i aro­ma­tyczny. Pach­nie dymem i maje­ran­kiem.

Uśmiech­nął się sze­rzej.

– Podam ją z zasma­żaną kapu­stą kiszoną i ogór­kiem kiszo­nym – kwa­śnymi, wyra­zi­stymi, ide­al­nie kon­tra­stu­ją­cymi z deli­kat­no­ścią kaszy. Do tego wiej­ski chleb z masłem i odro­bina musz­tardy. Wszystko w duchu pol­skiej tra­dy­cji. A do popi­cia pole­cam czarną her­batę Irish Bre­ak­fast – jej moc i lekka cierp­kość pięk­nie prze­ła­mują tłu­stość potrawy.

Kobieta unio­sła brwi.

– Brzmi… intry­gu­jąco. Mnie pan prze­ko­nał. – Uśmiech­nęła się. – Jestem bar­dzo cie­kawa tego dania.

– A ja myśla­łem, że jak zwy­kle będę musiał gdzieś wybrać gyros albo kebab – zaśmiał się jej mąż – ale skoro mamy oka­zję spró­bo­wać cze­goś, o czym w Por­tu­ga­lii nikt nie sły­szał, zary­zy­kuję. A pan jest z tego regionu?

– Wła­śnie z Kaszub, z mikro­re­gionu o nazwie Gochy… – zawie­sił na moment głos, bo coś sobie nagle przy­po­mniał. – Muszę wpro­wa­dzić pla­kietki z imio­nami. – Uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco. – Nazy­wam się Wie­sław Roy-Baczew­ski – dodał z wyraźną dumą. – A ta… kiszka… to smak mojego domu rodzin­nego. Przy­go­to­wać pań­stwu?

– Oczy­wi­ście! – przy­tak­nęli chó­rem pasa­że­ro­wie z Por­tu­ga­lii.

Po nie­dłu­gim cza­sie Wie­sław z satys­fak­cją przy­glą­dał się, jak pała­szują danie. Zgod­nie poka­zali mu kółeczka z pal­ców. Pochwałę przy­jął z uśmie­chem.

Kiedy zapła­cili i opu­ścili lokal, mło­dzi Japoń­czycy uczy­nili podob­nie, kil­ka­krot­nie się kła­nia­jąc. Wie­sław oce­nił, że teraz jed­nak zamknie żalu­zję. Po dzie­się­ciu minu­tach, po uprząt­nię­ciu sto­li­ków i pomy­ciu naczyń, wyga­sił świa­tła na sali, zosta­wia­jąc zwy­cza­jowo za ladą tylko jeden mały punk­cik. Wycią­gnął się wygod­nie w fotelu i zamknął oczy. Nie zasnął. Miał różne wizje z San­drą w tle.

Po trze­ciej Mairéad wyszła cicho z zaple­cza. Poczuł jej wzrok na sobie. Otwo­rzył jedno oko i pokrę­cił głową. Zro­zu­miała, że teraz już nie pój­dzie spać. Po chwili usły­szał, że sprząta po nim. Uśmiech­nął się, bo zawsze tak robiła. Uwa­żała, że na tym się zna naj­le­piej. Kiedy pięt­na­ście minut przed czwartą pod­nio­sła żalu­zję, wstał i poszedł na zaple­cze opłu­kać twarz wodą. Chwilę przed czwartą w lokalu poja­wili się pierwsi pasa­że­ro­wie. Czas do wpół do siód­mej – momentu przyj­ścia dzien­nej zmiany – minął mu bły­ska­wicz­nie.3.

Idąc po scho­dach, był pewien, że za chwilę usły­szy głosy Mor­wenny, ste­war­desy San­dry i może jesz­cze Aisling. Na dole pano­wała jed­nak niczym nie­zmą­cona cisza. Zaj­rzał przez próg do salonu. Pano­wał w nim abso­lutny porzą­dek, jakby od wczo­raj nikt tam nie gościł. Po chwili pchnął lekko uchy­lone drzwi do gabi­netu pani pro­fe­sor. Pew­nie usły­szała ich cichy sze­lest, bo spoj­rzała na niego uważ­nie.

– San­dra wyje­chała ponad dwie godziny temu. Od około godziny leci do Amster­damu – wyja­śniła, nie cze­ka­jąc na pyta­nie. Zer­k­nęła za to w stronę okna. – Co to za dziew­czyna. – Zdjęła oku­lary i roz­pro­mie­niła się.

– Ale jak to… do Amster­damu?!

– Nor­mal­nie. Umó­wiła się tam na pilną roz­mowę w KLM. A poza tym usta­li­ły­śmy, że jeśli kie­dyś będzie w Dubli­nie, zatrzyma się u mnie.

– Usta­li­ły­śmy…?! – Pode­rwał się gwał­tow­nie.

Przy­tak­nęła.

– Mnie powie­działa, że nie bywa na Wyspach, bo…

– Wiesz… – weszła mu w słowo Mor­wenna, jakby naprawdę go nie sły­szała. – Przez wszyst­kie lata od śmierci męża z nikim nie roz­ma­wiało mi się tak dobrze. W moim wła­snym domu.

Zawa­hała się na uła­mek sekundy.

– Oczy­wi­ście, prócz cie­bie, Nola­nie… Wesleyu. Ale z nią mogę mówić o rze­czach, któ­rych z tobą nie poru­szę. O nie­speł­nio­nych marze­niach. O pra­gnie­niach. Nawet o rwie kul­szo­wej i innych takich dro­bia­zgach…

Uśmiech­nęła się lekko.

– Tobie za to przy­zna­łam się, wpraw­dzie nie od razu, że mam tu szyb­kie aka­de­mic­kie łącze. Dzięki niemu wciąż wyko­nuję zle­ce­nia spe­cjalne.

Zer­k­nęła w stronę ozdob­nych drzwi z mosiężną bla­chą u dołu, za któ­rymi ukryte były urzą­dze­nia łączące ją poprzez HEAnet z nauko­wym świa­tem. Potem spoj­rzała na niego – z roz­ba­wie­niem.

– Praw­dziwa… Mata Hari – skwi­to­wał, krę­cąc zabaw­nie głową.

– Roz­ma­wia­łam wczo­raj przez Skype’a z Freyą… no, z tą moją przy­ja­ciółką, pro­fe­sor McKen­zie z Edyn­burga, o twoim par­se­rze³… Wiesz, przy­pa­trzy­łam się uważ­nie jej twa­rzy… ona chyba wygląda sta­rzej ode mnie. – Zachi­cho­tała. – A ten Gra­ham… uzmy­sło­wiła mi, że to ten kolega, który pod­ry­wał mnie, kiedy Cathal musiał poje­chać do Dublina.

– A pani nie poje­chała z nim do domu?

– To było jesz­cze przed ślu­bem, ale byli­śmy już narze­czeń­stwem. Cza­sami szłam z całym naszym towa­rzy­stwem do The Place na tańce. Czy Cathal był w kam­pu­sie, czy nie. Wtedy wszystko było inne. Uwiel­bia­łam wów­czas _Biel­szy odcień bieli_, Gary’ego Bro­okera… zresztą wszyst­kie prze­boje Pro­col Harum.

– Pani lubiła taką muzykę?!

– No wiesz, chłop­cze. – Spoj­rzała na niego z dez­apro­batą. – Muzykę poważną też, ale ich pio­senki to były… małe suity. – Pomo­gła sobie gesty­ku­la­cją. – A te tek­sty…? – Prze­wró­ciła oczami. – A znasz ten utwór? – Mach­nęła kciu­kiem za sie­bie.

– Raczej nie.

– To… nie­do­brze. Przy nim, w tańcu, pra­wie się stało.

– Że co?!

– Taka była moda. Tylko stopy prze­su­wały się mini­mal­nie, więc taniec był jakby sto­jący. I on… kie­dyś się roz­pę­dził… nie Bro­oker, tylko Gra­ham… to zna­czy jego ręce. Odchy­li­łam się, pogro­zi­łam mu… a potem znowu opar­łam głowę na jego ramie­niu.

– Nie­sa­mo­wite… – Pod­niósł wysoko brwi. – A w kwe­stii par­sera… to o czym panie roz­ma­wia­ły­ście?

– A, bo wciąż mnie zaga­du­jesz. – Prze­wró­ciła oczami. – Chciała tylko prze­ka­zać, że wysłała pocztą drobne uwagi do inter­fejsu; wydy­sku­to­wała je z Ali­ste­rem i Gra­ha­mem. Widzisz… już też wiem, co to jest inter­fejs. Prze­sła­łam ci na pocztę jej maila. Wyszcze­gól­niła rze­czy­wi­ście tylko jakieś dro­bia­zgi.

– Cza­sami te dro­bia­zgi wcale nie są takie łatwe do zapro­gra­mo­wa­nia. – Zawie­sił się na moment. – Usiądę do nich po obie­dzie.

Mor­wenna nie­ocze­ki­wa­nie wyszła zza biurka i sta­nęła tak, żeby mógł ją od góry do dołu obej­rzeć.

– Powiedz mi, czy coś widać?

Wpa­trzył się w nią zdez­o­rien­to­wany.

– Ale na przy­kład co?

– No… ortezę.

– Jaką ortezę?

– Tę, którą mam na sobie.

Wstrzą­snął nim śmiech.

– Jeśli ma ją pani pod spodem, to na pewno nie widać.

– Cho­dzi mi o to, czy się nie odzna­cza – wyja­śniła cier­pli­wie. – Nało­ży­łam domową ortezę kola­nową, tę lżej­szą. – Pokle­pała się po kola­nie, gdzie pod mate­ria­łem spód­nicy dopiero teraz doj­rzał nie­wiel­kie zgru­bie­nie. – Do pracy przy biurku sto­suję od kilku dni neo­pre­nową opa­skę ela­styczną. Trzyma cie­pło i popra­wia krą­że­nie, więc przy wsta­wa­niu mniej „trzesz­czę”. – Unio­sła zabaw­nie brew. – Więc jak? Odzna­cza się czy nie?

Wie­sław zgod­nie z życze­niem pro­fe­sor wpa­trzył się w jej spód­nicę.

– Niczego nie widzę. Ale… czy to może kogoś obcho­dzić? Czy spo­dziewa się pani jakiejś wizyty?

– Tego ni­gdy się nie wie. – Wzru­szyła ramio­nami.

Nie zro­bił zdzi­wio­nej miny, zapa­no­wał nad sobą, bo już wie­dział, że była strasz­nie wraż­liwa na punk­cie swo­jej nie­za­leż­no­ści. Zmu­sił się do uśmie­chu.

– Prze­cież odkąd tu się wpro­wa­dzi­łem… zawsze używa pani laseczki.

– Będę z niej na­dal korzy­stać, cho­dzi teraz o moją wygodę. W ubie­głym tygo­dniu byłam z Aisling u orto­pedy. Zaczął kom­bi­no­wać z ope­ra­cją. Punk­towe znie­czu­le­nie, artro­sko­pia i takie tam… – Zro­biła złą minę. – „Mini­mum to dobre sta­bi­li­za­tory”, zaor­dy­no­wał. Poje­cha­ły­śmy więc do sklepu ze sprzę­tem medycz­nym. Mają tam spe­cjalny dział dla takich junio­rów jak ja… z defek­tami. Kupi­łam sobie dwie ortezy domowe… bo jak sza­leć, to sza­leć. Tę, którą się chwalę, i drugą, na całe pod­udzie, gdy pla­nuję wię­cej się prze­miesz­czać po domu. Na przy­kład wcho­dzić po scho­dach. Mam jesz­cze jedną wer­sję dłuż­szej ortezy, typu _hard_, na spa­cery. Ta to ma już praw­dziwy zegar.

Wie­sław uniósł brwi, wyraź­nie zacie­ka­wiony.

– Zegar? Odmie­rza pani czas albo kroki pod­czas spa­ceru?

– Och, nie bądź nie­mą­dry, Wesleyu. To zegar orto­pe­dyczny, w prze­gu­bie – wyja­śniła z wyraźną satys­fak­cją, widząc jego minę. – Taki mały ste­row­nik mecha­niczny. Orto­peda usta­wia na nim zakres zgię­cia i wypro­stu, żeby kolano nie „prze­pro­sto­wało” się w tył. To taka wasza instruk­cja warun­kowa _if-then_, tylko zre­ali­zo­wana w metalu: jeśli noga osią­gnie kąt dwu­dzie­stu stopni, to mecha­nizm ją blo­kuje. Moje pod­udzie ma po pro­stu sztywno zapro­gra­mo­wane para­me­try brze­gowe.

Wie­sław uśmiech­nął się od ucha do ucha.

– No pro­szę. Czyli nosi pani na nogach ana­lo­gowy pro­ce­sor ruchu.

– Dokład­nie. I w prze­ci­wień­stwie do two­jego Mor­fe­usza***, mój zegar ni­gdy się nie zawie­sza z powodu błędu w składni. Po pro­stu klika i trzyma mnie w pio­nie.

– Że też pani wcze­śniej o tej spra­wie nie pomy­ślała.

– Nie­prawda… myśla­łam… ale tylko tyle. – Zado­wo­lona, że on już wie i nie zamie­rza jej z tego powodu żało­wać, wró­ciła za biurko.

Potem aż do obiadu roz­ma­wiali o kro­ni­kach. Wie­sław jak zwy­kle zjadł go w kuchni i poszedł pra­co­wać do swo­jego pokoju. Od czasu do czasu zer­kał za okno zwa­biony gło­sami dzieci. Słońce ope­ro­wało dzi­siaj dość mocno, więc sporo matek z pocie­chami wyszło na łąkę naprze­ciw okien. Goni­twy, bad­min­ton, gra w piłkę. Jego uwagę przy­kuła żywa jak sre­bro dziew­czynka. Gdy bie­gała, na koń­cach war­ko­czy­ków pod­ska­ki­wały jej czer­wone kokardki. Może Mor­wenna też tak kie­dyś wyglą­dała? Nie wie­dzieć jak, ale wewnętrzny pro­ce­sor uru­cho­mił dal­szy ciąg „filmu”, przy któ­rym zasnął po przy­jeź­dzie z lot­ni­ska.

Pochwa­liła się kie­dyś, że uro­dziła się w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym roku, pod­czas wojny. Kiedy ją poznał, miała sie­dem­dzie­siąt jeden lat. Póź­niej się oka­zało, że pocho­dzi ze szkoc­kiego klanu Camp­bel­lów. Gdy miała dwa­dzie­ścia osiem lat, wyszła za mąż za irlandz­kiego naukowca Cathala O’Rior­dana, któ­rego poznała kilka lat wcze­śniej w Edyn­burgu w trak­cie zdo­by­wa­nia dok­to­ratu. Po dwóch latach mło­dzi O’Rior­da­no­wie zamiesz­kali w Dubli­nie przy ulicy Wood­thorpe. Nowy, oka­zały dom sta­nął na miej­scu sta­rego wiej­skiego domu rodzi­ców Cathala. Pie­nią­dze na wybu­do­wa­nie nowej pose­sji uzy­skali od mia­sta za sprze­daż swo­ich oko­licz­nych rodzin­nych grun­tów. Łąka naprze­ciw, która tak się Wie­sła­wowi spodo­bała, też nale­żała do nich.

On teraz mieszka w pokoju, który przez cztery lata słu­żył Catha­lowi jako gabi­net. Pra­co­wał w nim naukowo, a jego Mor­wenna miała swój gabi­net po dru­giej stro­nie pię­tra. W pokoju przy­le­ga­ją­cym do jej gabi­netu spali jako mło­dzi mał­żon­ko­wie. Kiedy uro­dził im się Nolan, spał obok nich w małym łóżeczku. Zdję­cie z jego uśmiech­niętą buzią stało w biblio­teczce. Mor­wenna nie zmie­niała tutaj niczego od tam­tych cza­sów. Kiedy Wie­sław u niej zamiesz­kał pięć lat temu, oddała mu do użyt­ko­wa­nia dawny pokój męża i salo­nik z nim sąsia­du­jący. Począt­kowo nie mówiła, czyje były te pokoje. Dowie­dział się o tym z cza­sem. Daw­ko­wała mu infor­ma­cje, a poja­wiały się one prze­waż­nie w waż­nych dla niego momen­tach.

Pierw­szy raz otwo­rzyła się sze­rzej na początku lutego 2012 roku, kiedy pochwa­lił się indek­sem z wpi­sem o zali­cze­niu pierw­szego seme­stru. Dla uczcze­nia tego osią­gnię­cia zor­ga­ni­zo­wała nawet uro­czy­stą kola­cję, którą wypra­wiła w salo­nie razem z Aisling. Za oknami było wtedy wyjąt­kowo mroźno jak na Irlan­dię, w nocy tem­pe­ra­tura spa­dała nawet do minus sied­miu stopni i padał śnieg. Oczy­wi­ście to było nic w porów­na­niu z Big Fre­ezem z zimy sprzed dwóch lat, gdy mróz bywał sroż­szy o kolejne dzie­sięć stopni.

– Pół roku temu mia­łam pomysł, że kiedy zamiesz­kasz w poko­jach Cathala, może choć one zaczną ponow­nie żyć – zaga­iła. – Tego dnia, kiedy zapro­si­łam cię z ulicy na roz­mowę, pierw­szy raz od bar­dzo dawna sie­dzia­łam w tam­tym fotelu. – Obej­rzała się na niszę przy oknie.

– Pamię­tam, że wów­czas pani nie była zde­cy­do­wana, gdzie mamy usiąść: przy stole czy tam.

– Tak rze­czy­wi­ście było – przy­znała. – Ale teraz bar­dzo lubię tam z tobą sia­dać i roz­ma­wiać.

– Czuję się nieco dziw­nie zarówno z powodu pani słów, jak i z powodu tej imprezy – wyznał szcze­rze.

– Roz­ma­wiam pra­wie codzien­nie z Catha­lem, więc dzi­siaj powiem mu, że zosta­wił w swoim gabi­ne­cie sporo nauko­wych flu­idów. – Unio­sła palec i spoj­rzała na sufit.

– Muszę się pani pro­fe­sor przy­znać, że ni­gdy i ni­gdzie dotąd nie potra­fi­łem się sku­pić tak dobrze, jak wła­śnie tam.

– Powi­nie­neś tylko wię­cej korzy­stać z salo­niku. Pła­cisz wszak za oba pokoje. Ileż cię trzeba do tego nama­wiać?

– A kiedy mam to robić? – Roz­ło­żył ręce. – Bywam w nim prze­cież. Kilka razy gości­łem zna­jo­mych, a przy­ja­ciel z pracy raz to nawet został na noc. Wiele razy słu­cha­łem tam rów­nież muzyki i oglą­da­łem tele­wi­zję. O, wła­śnie! Musi mi pani doli­czyć do rachunku abo­na­ment tele­wi­zyjny i inter­net! Za kil­ka­na­ście dni przy­pada płat­ność za drugą połowę roku, więc może wów­czas?

– To jest zupeł­nie nie­ważne… to naprawdę mar­gi­nalny koszt. Nie mówmy zresztą dzi­siaj o pie­nią­dzach. Dla mnie jest istotne, że z pię­tra docho­dzą wresz­cie jakie­kol­wiek dźwięki. Tylko dla­czego nie pusz­czasz muzyki gło­śniej? Może bym cię lepiej wtedy poznała?

– Bo lepiej się sku­piam, mając słu­chawki na uszach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Pur­ser – ste­war­desa, jest naj­wyż­szym rangą człon­kiem per­so­nelu kabi­no­wego, peł­niąc funk­cję „powietrz­nego mene­dżera”. W wielu liniach lot­ni­czych noszą spe­cjalną odznakę.

2. Aisling – od 1972 roku docho­dząca pomoc w domu Mor­wenny O’Rior­dan.

3. Wyja­śnie­nia do wszyst­kich wyra­żeń tech­nicz­nych ozna­czone jako trzy gwiazdki znaj­dują się w _Słow­niczku wyra­żeń infor­ma­tycz­nych_, zamiesz­czo­nym na końcu książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij