Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Z tobą chcę więcej - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 stycznia 2026
11,99
1199 pkt
punktów Virtualo

Z tobą chcę więcej - ebook

Helen od trzech lat jest asystentką Gabriela de Luki. Gabriel wysoko ceni jej umiejętności i profesjonalizm, nie pozostaje też obojętny na jej urok. Gdy Helen przyjeżdża do Kalifornii, by pomóc mu w negocjacjach, Gabriel próbuje wykorzystać piękną scenerię, by zmniejszyć surowy dystans między nimi. Helen jest jednak bardzo stanowcza i odmawia jakichkolwiek prywatnych spotkań. Tylko jej rumieniec mówi Gabrielowi, że on również nie jest jej obojętny. Musi wymyślić jakiś sposób, by dotrzeć do serca Helen. Życie samo podsuwa mu rozwiązanie...

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-291-2722-6
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Proszę, powiedz, że cię nie obudziłem…

Helen Brooks usiadła prosto i zamrugała, zauważając, że program w telewizji zmienił się z serialu o detektywach, w dokument o wielkich posiadłościach. Odchrząknęła.

– Nie, oczywiście, że nie!

Była sobota, około dziewiątej trzydzieści wieczorem. No dobrze, może nie spała, ale z pewnością przysypiała. Lecz czemu tak właściwie jej szef dzwonił do niej w sobotni wieczór?

– Dzwonię, bo w Anglii jest chyba dopiero wpół do dziesiątej, prawda? – Najwyraźniej czytał jej w myślach. – A tak właściwie, to nie powinnaś być gdzieś na mieście?

Helen usłyszała rozbawienie w głosie Gabriela. Stanął jej przed oczami z tym swoim uśmieszkiem, nieznośnie seksowny, z czarnymi, iskrzącymi się oczami i muskularnym ciałem greckiego boga. Pracowała dla niego trochę ponad trzy lata i wiedziała, była tego wręcz pewna, że jej nieciekawe życie jest zabawnie niezrozumiałe dla człowieka, który nie był w stanie ustać w miejscu.

Ciężko pracował, jeszcze ciężej znosił nudę i zdawał się rozkwitać, kiedy praktycznie nie sypiał. Lubił towarzystwo pewnego typu blondynek, których przewinęła się przez jego życie cała parada, a które wszystkie zdawały się Helen identyczne: biuściaste, wydekoltowane, o perfekcyjnej sylwetce i zawsze w gotowości, by służyć swojemu panu. Irytowało ją, że w ogóle traciła czas na myślenie o Gabrielu i jego dziewczynach.

– Jak mogę panu pomóc?

– Czy to nie zbyt formalne?

– Gabrielu, dlaczego dzwonisz do mnie w weekend, skoro jesteś w Kalifornii i sam powinieneś… Właściwie którą macie tam godzinę?

– Pierwszą po południu.

– Więc czemu dzwonisz, skoro wiesz, że u mnie jest już późno?

– Niestety chodzi o pracę.

Helen nadstawiła uszu. Mógł liczyć na jej pomoc, ale przecież miał zażywać tygodniowego urlopu. Nie powinien zawracać sobie głowy pracą.

– Jest sobota. Praca na pewno może poczekać do poniedziałku. Poza tym myślałam, że jesteś tam z… – zawahała się. – Zapomniałam jej imienia.

– Fifi.

– Jasne, wybacz. Fifi.

Fifi, której prawdziwe imię brzmiało trochę bardziej prozaicznie Fiona, była grana od czterech miesięcy. Helen dwukrotnie wysyłała jej kwiaty, organizowała kilka randek w teatrze i drogich restauracjach, a nawet nadzorowała kupno diamentowej bransoletki. Miała okazję spotkać dziewczynę, gdy ta zjawiła się w odwiedzinach w niesamowicie szykownie urządzonej siedzibie firmy Gabriela.

– Czy nie mówiłeś mi, że musisz poświęcić… Fifi… trochę czasu, bo zaniedbałeś ją przez pracę?

– Taki był plan.

– Myślę więc, że nie będzie zachwycona, że zdzwaniasz się z sekretarką nawet w sobotni wieczór – wytknęła Helen.

Zwinęła się na sofie. Gdzieś w głębi duszy była się zła na siebie, że dźwięk jego głosu wprawiał ją w stan poddenerwowania.

Miała dwadzieścia osiem lat i może i powinna przeżywać teraz jakieś przygody, a nie oglądać telewizję i obżerać się wegetariańską lasagne z mikrofalówki. Nigdy jednak nie była typem imprezowiczki i nie uważała, że tylko dlatego, że mieszka w Londynie, powinna latać po klubach i barach. Miała kilka bliskich przyjaciółek, z którymi okazjonalnie robiła wypady do restauracji, teatrów czy kina. Nie chciała mieć wyrzutów sumienia, że w sobotni wieczór woli zamknąć się w domu. Być może wolała to, bo dorastała na kornwalijskiej wsi. Dopiero rozbawiony głos jej szefa sprawił, że zaczęła się nad tym zastanawiać.

Przyłapała się na tym, że bezwiednie pociera miejsce na palcu, gdzie kiedyś tkwił pierścionek zaręczynowy.

– Trudno powiedzieć, bo jej tu nie ma.

– Przecież zarezerwowałam jej pokój w tym samym hotelu. Pomyliłam loty? Byłam pewna, że rezerwowałam jej samolot, którym miała dotrzeć tam dzień po tobie, czyli dwa dni temu!

– Spokojnie, Helen. Dobrze zrobiłaś, dotarła.

– Nie rozumiem więc…

– Długo by opowiadać. A właściwie to nie, słuchaj: po prostu między nami się nie ułożyło, a ona wybiegła stąd rano i tyle ją widziałem.

– Aha.

– Czy słyszę oceniający ton w tym „aha”?

– Absolutnie nie. Przykro mi, że nie wszystko poszło zgodnie z planem, Gabrielu. Nadal jednak nie rozumiem, co to ma do rzeczy.

Oceniający ton? Helen nigdy nie przekroczyłaby granicy i nie powiedziała szefowi, co uważa o jego krótkotrwałych związkach, ale możliwe, że się tego domyślał. Nie miała pojęcia, co kobiety w nim widzą, bo oprócz doskonałego wyglądu i rozrzutności, był tylko bogatym gościem, który nie potrafił się zaangażować.

Głosik w jej głowie prychnął złośliwie, że przecież bardzo dobrze wiedziała, co widzą w nim kobiety, i tylko się oszukiwała. Był charyzmatyczny i piękny, ale przez tych kilka lat zauważyła, że każdy z jego związków trwał ledwie kilka miesięcy, a pomiędzy nimi następowały krótkie pauzy. W relacjach z kobietami był jak dziecko, które nudzi się po pięciu minutach. One przecież musiały to wiedzieć, bo co chwilę pojawiał się publicznie z coraz to inną dziewczyną zawieszoną na jego ramieniu. Istniały fizyczne, fotograficzne dowody na to, że nie jest człowiekiem stałym, po co więc w ogóle próbowały?

Nigdy nie zdecydowałaby się na wchodzenie z nim w bliższy kontakt emocjonalny, niezależnie od jego uroku i zawartości konta bankowego. Niestety jej ciało nie zawsze chciało współpracować i słuchać tego, co podpowiadał mu rozum, więc teraz nawet dźwięk jego głosu wprawiał ją w przyjemne drżenie.

Z rozmyślań wyrwało ją dopiero słowo „wypadek”, które usłyszała w słuchawce, więc natychmiast poprosiła go o powtórzenie.

– Poszedłem na siłownię po tym, jak zwiała, i chyba chciałem trochę za mocno sobie przyłożyć, bo na jednym z ciężarów zwichnąłem sobie nadgarstek.

– Zwichnąłeś nadgarstek?!

– Szokujące, wiem, ale jednak jestem tylko zwykłym człowiekiem.

– To okropne. Boli cię?

– Dzięki za troskę. Recepcjonistka zabandażowała mi całkiem sprawnie rękę i wystarczył tylko paracetamol. Możesz odetchnąć z ulgą.

– Przepraszam, że wtrącę, ale nie brzmisz na zbyt przejętego ucieczką Fifi.

– Nie przepraszaj i nie, nie jestem.

Usłyszała wahanie w jego głosie, tak jakby chciał jej opowiedzieć, co się stało. Nigdy wcześniej tego nie robił. Dziewczyny zmieniały się jak w kalejdoskopie, a ona dowiadywała się o tym, kiedy dostawała nowy adres, na który miała wysłać róże. Cóż, to była jego sprawa.

Byli bardzo dobrze dobrani, jeśli chodzi o pracę. Czasami zdawało się, że rozumieją się bez słów. Jednak Helen strzegła swojego życia prywatnego i dała to jasno do zrozumienia już na początku.

Oczywiście, coś tam wiedział – gdzie się urodziła, gdzie studiowała i jaka ścieżka zawiodła ją do strzelistych wież jego oszklonej siedziby. Były to jednak tylko informacje zawarte w jej robiącym wrażenie CV, które przedłożyła mu ponad trzy lata wcześniej.

Nie miał pojęcia o jej życiu romantycznym. Nic na temat mężczyzny, z którym była zaręczona, a który wydawał jej się ideałem. Nie wiedział, że była dziewczyną, która ceniła sobie bezpieczeństwo i stabilizację, a potwornie bała się ryzyka. To właśnie miał jej dać George Brooks, z którym chodziła do szkoły i spotykała od siedemnastego roku życia. Ich przyjaciele, jego rodzice i jej ojciec, wszyscy tylko czekali na nieunikniony ślub, który miał być zwieńczeniem ich bajkowej historii. Niestety happy end nigdy nie nadszedł.

Tak było lepiej, przekonywała siebie tysiące razy. Skoro nie czuł się dobrze, wcześniej czy później to małżeństwo by się skończyło. Był na tyle świadomy, by zakończyć wszystko, zanim padły przysięgi, a potem posłuchać swojego serca i znaleźć sobie kogoś innego w przeciągu zaledwie kilku miesięcy od ich rozstania. Starał się być bardzo delikatny i martwił się o nią, za co była mu wdzięczna.

Nic jednak nie mógł poradzić na fakt, że rozstania bolą. W końcu się podniosła, pożegnała pełnych współczucia przyjaciół i ruszyła do Londynu, zabierając tę bolesną lekcję ze sobą.

Zrobiła się twarda. Zbudowała wokół siebie mur, bo nie chciała więcej cierpieć. Jej przeszłość, zranione serce i kompleksy miały już nigdy nie ujrzeć światła dziennego, a z pewnością nie zamierzała zwierzać się szefowi, który nigdy by jej nie zrozumiał.

Teraz pomyślała, że jeśli Gabriel złamie ich milczącą umowę o nieprzekraczaniu tych granic, może kiedyś oczekiwać, że i ona to zrobi. A to nie wchodziło w grę.

– Więc po co do mnie dzwonisz? – Praca, powiedziała sobie, znajomy teren. Głos Gabriela złagodniał.

– Tak się składa, że Arturio jest w pobliżu. Postanowił zrobić sobie z żoną małe wakacje i sprawdzić winnice, by upewnić się, że nasze winogrona będą pasować do jego produktu najwyższej jakości. Wiesz przecież, że dla niego świętością jest utrzymanie czystości marki Diaz.

Helen uśmiechnęła się. Rozmawiała o tym sporo z Gabrielem, kiedy po raz pierwszy pojawiła się okazja kupienia toskańskich winnic Arturia. Choć Gabriel mieszkał w Londynie, jego korzenie sięgały Włoch i Stanów. Po śmierci jego rodziców okazało się, że spora część tego, co posiadali, została zainwestowana w kalifornijskie winnice, które uległy zaniedbaniu.

Przedsiębiorczy Gabriel zatrudnił odpowiednich ludzi, nie szczędził pieniędzy i pozwolił winogronom na siebie zapracować. Gdy tylko okazało się, że ta odrobina czułości wystarczy, by zacząć sprzedawać ich wino na całym świecie, Gabriel doszedł do wniosku, że picie dobrego wina nie jest nawet w połowie tak ciekawe jak uczestniczenie w jego produkcji, więc zaczął szukać włoskich winnic do kupienia, by oddać hołd swojemu pochodzeniu.

Początkowo stricte biznesowe poszukiwania doprowadziły go do odkrycia rodzinnej linii, o której nigdy nie wiedział. Arturio, jak się okazało, był krewnym jego dziadka, i tylko dzięki temu rodzinnemu połączeniu staruszek w ogóle zgodził się rozważyć ich propozycję.

Wysokiej jakości winnice Arturia były wręcz idealne, a Gabriel zaangażował się emocjonalnie w ten projekt.

– Nawet wyjazd Fifi ma sens – ciągnął teraz przez telefon. – Na pewno nie spodobałoby jej się, że zostaje odsunięta na boczny tor, kiedy ja zabawiam Arturia. On oczywiście ciągle mnie przepraszał, że przyjechał wcześniej, ale ja zaraz zorganizowałem mu wycieczkę po naszych winnicach. I bardzo dobrze się stało, cieszę się, że tu jest i mogę mu pokazać, że nie musi się niczego obawiać z mojej strony. Chcę, żeby był spokojny przed podpisaniem umowy. Ja też uważam, że to rodzinny biznes i podoba mi się, jak ostrożnie on do tego podchodzi. Tak więc przyspieszyliśmy wszystko o tydzień i będziesz mi potrzebna na miejscu.

– Przecież sam chciałeś się zająć tym kupnem!

– Na początku tak, ale skoro Arturio chce już zamknąć ten temat… Wiesz, on czeka, żeby móc przejść na emeryturę, ma w końcu ponad siedemdziesiąt lat. Ja nie wyobrażam sobie nic gorszego od emerytury, ale on mnie zapewnia, że ma tyle dzieci i wnucząt, że na pewno nie będzie się nudził. W każdym razie dopiero po tym, jak uściśniemy sobie dłonie, zacznie się prawdziwa robota, ustalanie detali i tak dalej, i chcę, żebyś się tym zajęła. Nie mogę robić wszystkiego sam, jeszcze z tą unieruchomioną ręką!

– Więc mam przyjechać do Kalifornii?

– Masz przyjechać do Kalifornii! Czy to problem?

– Właściwie to nie, ale…

– Chyba masz paszport, prawda?

– Oczywiście, tak.

– I to jest ważny paszport, mam nadzieję?

– Tak sądzę. Tak.

– Świetnie. Potrzebuję cię jak najszybciej, żeby przebrnąć przez wszystkie kruczki. Na przykład jutro.

– Jutro?

– Helen, czy słyszę w twoim głosie wahanie? Spędzisz tu najwyżej cztery dni. Sprowadziłem już prawników i liczę na to, że nie będzie żadnych opóźnień w podpisaniu umowy sprzedaży. To będzie tylko kilka spotkań i rozmów… – Nareszcie zrobił pauzę. – Wiem, że informuję cię bardzo późno, ale to jest naprawdę ważne. Niech twój facet zajmie się twoim psem przez kilka dni.

– Facet zajmie się psem? – powtórzyła za nim Helen, zbita z tropu.

– Nie umiem sobie wyobrazić żadnych innych przeszkód, które nie pozwoliłyby ci wsiąść do samolotu i pomóc mi przy tym kupnie, co, pozwolę sobie przypomnieć, jest twoim zawodowym obowiązkiem. A nie płacę mało.

– Wiem, Gabrielu – odparła Helen sztywno.

Oczywiście, że dobrze jej płacił. W ciągu tych trzech lat dostała już kilka podwyżek i dwa spore bonusy. W ten sposób chciał zapewnić sobie jej całkowitą lojalność i oddanie. Wiedziała, że jest dla niego prawie niezastąpiona.

Pogadała trochę ze znajomymi z pracy i dowiedziała się, że najdłużej pracowała dla niego pewna kobieta w średnim wieku, sekretarka, która była z nim właściwie od początku. W końcu jednak postanowiła przejść na emeryturę. Następnie zaliczył „serię niefortunnych zdarzeń”, jak to określała Karis z księgowości. Podobno dziewczęta, które zatrudniał, nie były w stanie przy nim normalnie funkcjonować. Denerwowały się, wstydziły i ledwo dukały pełne zdania, ale za to pojawiały się w pracy w coraz bardziej nieodpowiednich strojach, bo każda prędzej czy później się w nim durzyła. A on, choć tak niestabilny i beztroski w życiu prywatnym, traktował pracę śmiertelnie poważnie. Dlatego teraz nie mógł pozwolić sobie na to, by stracić osobę, z którą tak dobrze mu się współpracowało.

Więc na wiele jej pozwalał i starał się dogadzać. Choć oczywiście były pewne granice, jak właśnie mogła zauważyć. Usłyszała tę kategoryczną, stalową nutę w jego głosie.

– Nie mam psa – dodała szybko.

– A faceta?

– Nie twój interes – odparowała chłodno i usłyszała jego cichy śmiech. Chyba nigdy nie zapytał jej o to tak bezpośrednio. Pewnie w chaosie, jakim było jego życie prywatne, nie miał czasu zastanawiać się jeszcze nad innymi.

Czasami wyobrażała sobie, co by było, gdyby zderzyły się ich światy. Czy on kiedykolwiek mógłby zobaczyć w niej kobietę, a nie tylko zaufanego pracownika? Tylko że jej potrzeba bezpieczeństwa przenigdy nie pozwoliłaby jej się zbliżyć do takiej chorągiewki jak Gabriel. Cóż, pozostawało jej tylko ulegać jego seksapilowi w fantazjach.

– Masz rację, nie mój.

– Wiem, że nie przeszkadza ci, że świat zagląda ci do łóżka, ale nie każdy ma takie ekshibicjonistyczne zapędy. – Po drugiej stronie linii zapadła cisza, a Helen przeklęła w duchu, że nie ugryzła się w porę w język. Zaczęła coś mówić, żeby pokryć zakłopotanie. – Dam ci znać, jak kupię bilet na samolot. Nie wiem, czy będzie się to dało zrobić tak krótko przed wylotem.

– Nie ma problemu, Helen. W pierwszej klasie zawsze są wolne miejsca. Wiesz, gdzie mnie znaleźć. Najlepiej zarezerwuj sobie pokój w tym samym hotelu, możesz wybrać nawet najdroższy apartament. Chcę, żebyś się czuła maksymalnie komfortowo, kiedy już przylecisz.

Czyżby wyczuła nutę sarkazmu w tym zapewnieniu?

Helen kochała rutynę i swoją strefę komfortu. Nie mógł wiedzieć, co sprawiło, że teraz każde, nawet najmniejsze kroczki, które poza nią wykraczały, wydawały jej się wymagać ogromnej odwagi.

Pewnie nie byłaby tak zlękniona, gdyby nie wypadek, w którym zginęli jej matka i brat. Miała zaledwie osiem lat, gdy jej świat wywrócił się do góry nogami. O tragedii jeszcze długo rozpisywały się gazety, bo nie codziennie ogromny tir przejeżdża w poprzek przez trzy pasy autostrady, zabijając przy tym dwanaście osób i raniąc wiele więcej ofiar uwięzionych w swoich samochodach.

To doświadczenie całkowicie odmieniło jej ojca. Kiedyś, co pamiętała jak przez mgłę, był beztroskim lekkoduchem, ale te wspomnienia były tak odległe, że równie dobrze mogły być fantazją. Jej tata, zdruzgotany stratą żony i syna, padł ofiarą paranoicznego wręcz lęku o życie pozostałej przy życiu córki. Co wieczór owijał ją szczelnie wełnianym kocem i wbijał do głowy, że ma nigdy nie ryzykować.

– Najważniejsze jest bezpieczeństwo – powtarzał zawsze, nieważne, czy jej problem był natury fizycznej, czy psychicznej. A Helen kochała swojego tatusia, więc nie ośmieliłaby się z tym nie zgodzić.

Uczyła się wzorowo, nie brała udziału w wycieczkach szkolnych – szczególnie tych na narty, o zgrozo! – zawsze wychodziła z imprez przed dziewiątą, zanim mogły się na nich pojawić choćby rozmowy o alkoholu i narkotykach.

Kiedy zostali z George’em parą, ojciec był wniebowzięty. Znał spokojną naturę George’a, która popchnęła go do zostania księgowym i opiekowania się Helen tak, jak, zdaniem jej ojca, na to zasługiwała.

Teraz wiedziała, że to wizja bezpiecznej przyszłości tak ją uwiodła. Była zbyt młoda, by zrozumieć, że w związku do końca życia może liczyć się coś innego niż tylko bezpieczeństwo. Zakochała się w idei bycia zakochaną i dopiero później zdała sobie sprawę, że w tym związku wielu rzeczy jej brakowało, że jednak może być „zbyt bezpiecznie”.

Najodważniejszą rzeczą, jaką zrobiła w życiu, była wyprowadzka do Londynu. Nadal ze śmiechem wspominała reakcję ojca, który ostrzegał ją przed wszystkim, co tylko można było sobie wyobrazić, ale rozumiał, że ona musi w końcu wyfrunąć z gniazda. Dla spokoju ducha i zagojenia swojego obolałego serca.

W Londynie znalazła świetną pracę u Gabriela. Była bardzo inteligentna i obyta w świecie IT. Ich relacja była stricte zawodowa i żadne z nich nie przekraczało ściśle określonych granic.

Po raz pierwszy miała wyjechać tak daleko służbowo. Zwykle sam zajmował się dopinaniem umów zawieranych za granicą. Teraz jednak rzeczywiście zakup, na który się szykował, był niebagatelny, a w dodatku z równowagi wytrącił go głupi wypadek z ręką. Zrozumiałe było, że chciał mieć wsparcie. Jednak myśl o obcowaniu z nim w przestrzeni hotelowej, zamiast wśród bezpiecznych londyńskich biur, była dziwnie onieśmielająca…

Głupota. Przecież to praca taka sama, jak każda inna.

– Oczywiście.

– Mamy dokumenty na dysku, ale przywieź też wersje papierowe. Arturio ma swoje lata i jest odrobinę staroświecki. Szczególnie że teraz jest tu bez pracowników, którzy mogliby sprawdzić wszystko za niego na komputerze.

– Uważam, że to urocze – skomentowała Helen, uśmiechając się, bo pomyślała o swoim ojcu, który, choć był młodszy od Arturia, też lubił, by wszystko było po staremu.

Większość życia pracował jako robotnik na budowie, ale gdy przeszedł na wcześniejszą emeryturę, oddał się pasji, jaką było łowienie raków.

– Urocze, ale niezbyt efektywne – skwitował Gabriel kpiąco. – Ale ja tak go lubię, że chętnie dostarczę mu wszystkie papiery, jakich tylko zapragnie. Nawet mu wydrukuję w kolorze. Urocze! I mówi to najmądrzejsza i najbardziej obcykana w technologii osoba, jaką znam! – Helen cieszyła się, że Gabriel nie może zobaczyć koloru, który wstąpił na jej policzki. – A Arturio to naprawdę cholerny tradycjonalista – kontynuował swoje wesołe narzekanie Gabriel, nie zwracając uwagi na jej milczenie.

– Co masz na myśli?

– No, przecież wiesz. On kocha rodzinę. W swojej teczce zawsze ma album ze zdjęciami dzieci i wnuków, mówiłem ci o tym. Nawet ostatnio mi pokazywał. Niesamowite, że poszukiwania nowej winnicy doprowadziły mnie do momentu, w którym poznałem pół mojego drzewa genealogicznego i dowiedziałem się wszystkiego o ich życiu!

Zrobił krótką pauzę i westchnął.

– Może to i dobrze, że Fifi postanowiła wyjechać. Mogłaby nie przypaść Arturiowi do gustu, gdyby się spotkali. On tak podkreśla znaczenie rodziny i zachowania tradycji w firmie, że gdyby zobaczył Fifi, mógłby zwątpić, czy ja wyznaję te same wartości.

– A teraz jesteś wolny – zauważyła Helen, zaskoczona tym wywodem. – Ale czy to właściwie ma związek z tą sprzedażą?

– Niby nie – przeciągał słowa Gabriel – ale Arturio jest, jaki jest. Nie chciałbym stracić tej więzi, która się między nami stworzyła, niezależnie od transakcyjnego początku naszej znajomości. – Zaśmiał się cicho. – Tylko że z drugiej strony boję się, że ta bliskość może zaszkodzić umowie. Nie chciałbym, żeby myślał, że jestem jakiś wybrakowany. Wszystkie jego dzieci w moim wieku dawno były już po ślubach, a nawet sprowadziły na ten świat radosne potomstwo.

– Cóż, myślę, że jest na tyle rozsądny, by po prostu cieszyć się z sukcesu firmy, kiedy ją przejmiesz – odparła Helen, starając się sprowadzić rozmowę na bezpieczne, profesjonalne tory, choć ciekawość trochę łaskotała ją od środka. Czemu ta jego blondyneczka tak nagle uciekła? Czyżby zepchnięcie na dalszy plan przez wcześniejszy przyjazd Arturia tak bardzo ją ubodło?

Z tego co pamiętała, Fifi nie należała do kobiet, które lubiły być ignorowane, nawet ze względu na pracę.

– Wyślę ci szczegóły mojej podróży, dobrze? Oczywiście sama poradzę sobie z dotarciem do hotelu, nie musisz zmieniać swoich planów. Dam ci znać, kiedy będę na miejscu.

– Kierowca będzie na ciebie czekał na lotnisku. – Helen znów usłyszała jego lekki chichot i zacisnęła zęby.

– Świetnie. Do zobaczenia.

Helen rezerwowała hotel dla Gabriela i Fifi, nie zwracając najmniejszej uwagi na szczegóły.

Jak zwykle dostała nazwę hotelu, zadzwoniła tam i zarezerwowała najdroższy pokój. To Fifi wybierała, gdzie będą spać, a Gabriel nie protestował. Nie robiły na nim wrażenia nawet najwyższe kwoty.

Chciała sprawdzić, jak wyglądają te apartamenty, ale przypomniała sobie, że Fifi zawsze wybierała ociekające przepychem i zatłoczone miejsca, tak by pławić się w spojrzeniach otaczających ją ludzi. Helen doszła więc do wniosku, że może lepiej nie sprawdzać.

Podróż minęła jej w mgnieniu oka, bo fotele w pierwszej klasie rozkładały się aż do pozycji horyzontalnej, tak że większość lotu przespała. Następnie wskoczyła w limuzynę, którą kazał podstawić dla niej Gabriel.

Nigdy wcześniej nie była w Ameryce, więc spoglądała z zaciekawieniem przez przyciemniane szyby. Wszystko wydawało jej się nowe i całkowicie inne od jej ojczystej Kornwalii.

Błękitne, bezchmurne niebo przecinało tylko palące słońce, którego promienie odbijały się w turkusowej wodzie i ogrzewały piasek miejskiej plaży. Kierowca wyjaśnił jej, że to Pacyfik, bardzo dumny ze swojego miasta. Wskazał na linię gór, które rysowały się w dali nad miastem, i opowiadał, jak to Santa Barbara jest uważana za amerykańską riwierę, bo zawsze zaszczycała wszystkich piękną pogodą, najlepszymi w kraju plażami i ogromnym wyborem doskonałych knajpek i kawiarni.

– Mam nadzieję, że będę miała czas, by trochę pozwiedzać – odparła grzecznie Helen, choć dobrze wiedziała, że nie przyjechała tu na żadne wakacje.

Cały czas wypatrywała jakiegoś szklanego wieżowca, miejsca idealnego dla biznesmenów zawierających wielomiliardowe umowy. Tymczasem coraz bardziej oddalali się od centrum.

– Tyle przestrzeni – zapiał kierowca dumnie, robiąc okrężny ruch dłonią, mający zwrócić jej uwagę na widoki za oknem. – Wspaniałe widoki na ocean, góry i lasy, w których można spotkać wszelką zwierzynę. Orły, sokoły, kojoty, wie pani, ci, co lubią obserwować ptaki, mają tu raj! Bogacze stawiają tu swoje pałace, każdy lubi trochę spokoju wśród przyrody, nie? A tam, dokąd jedziemy, to dopiero całkiem na odludziu.

– Słucham?

– Jest świetnie. Oczywiście, mnie to by nie było stać na takie cuda, ale jakbym wygrał w totka, pierwsze co bym zrobił, to zamieszkał tam na tydzień.

– Na odludziu? Mówi pan serio? Przecież to hotel! – Helen zupełnie się to nie kleiło, bo przecież Fifi nigdy nie wybrałaby czegoś, co nie było tłumne, gorące, głośne i zawsze w ruchu. Ośrodek w środku lasu w ogóle nie wpisywał się w takie kategorie.

– A pewnie, ale to jest właśnie w nim szczególne.

– Co ma pan na myśli?

– Zobaczy pani. Trochę inaczej tu niż w tym waszym Londynie, co? Ach, ale wy tam macie tę rodzinę królewską. I właśnie to jest na drugim miejscu, jak wygram w totka – pojadę tam pod pałac zobaczyć te śmieszne włochate czapy! Moja żona byłaby zachwycona…

Helen już nie słuchała jego wywodów. To wszystko trochę zbiło ją z tropu, bo nie przepadała za niespodziankami. Oczekiwała wielkiego, nowoczesnego hotelu jednej z popularnych sieci, stojącego w samym centrum, w sercu wydarzeń.

Tymczasem zamiast miejskich świateł otaczały ją pola, wysokie drzewa i zapach cytrusów i oliwek. Fifi chyba jednak nie była taka, jak ją postrzegała. Najwyraźniej potrafiła wyjść poza schemat.

Zbliżali się do kompleksu budynków. Czyżby to było ranczo? Z pewnością nie był to oszklony drapacz chmur.

Jej serce załomotało. Kierowca miał rację, gdy określił okolicę jako „odludzie”. Wokół niskich budynków jak okiem sięgnąć nie było niczego poza polami i drzewami. Można by nawet powiedzieć, że było… romantycznie.

– No! Jesteśmy.

– To jest wejście?

– Wezmę pani walizkę.

– Nie trzeba, dziękuję, nie jest zbyt ciężka.

– Ależ nie ma problemu.

Jej walizka wyglądała dziwnie na piaszczystym podjeździe. Helen poczuła lekką bryzę wieczornego powietrza, która niosła ze sobą świeżość tysiąca zapachów. Popatrzyła w stronę rozświetlonej recepcji, a obok niej przeszła para, szepcząca coś do siebie przyciszonymi głosami.

Już chciała złapać za walizkę i ruszyć do środka, gdy kierowca roześmiał się donośnie i potrząsnął głową, a ona odwróciła się, by zobaczyć swojego charyzmatycznego szefa opartego o framugę bocznych drzwi. Z rękami w kieszeniach i rozwianym włosem, nie w garniturze, białej koszuli i eleganckich butach. Nie przyczepiony do laptopa, rzucający instrukcje i roziskrzone spojrzenia. To był jej cudownie przystojny szef, miliarder, w kremowym polo, szortach i materiałowych trampkach.

Biorąc głęboki oddech, Helen ruszyła w jego kierunku, a kierowca pociągnął za nią jej małą walizkę z ubraniami na trzy dni.

– Jesteś tutaj.

– A gdzie mam być? Kazałeś mi przyjechać – odparła, starając się nie przyglądać jego dwudniowemu zarostowi, przeklinając w duchu ten cały hotel na odludziu, jego luźny wygląd i romantyczną atmosferę.

Koszulka polo świetnie podkreślała jego szeroki tors i ramiona, i dopiero teraz zobaczyła, jakie ma umięśnione nogi. Zawsze uważała go za atrakcyjnego, ale zdążyła się już do tego przyzwyczaić, bo wiedziała, jak wygląda w garniturze. Nie spodziewała się, że zaskoczy ją takim strojem. Zakręciło jej się w głowie.

– Nie wiem – powiedział leniwie z wyraźnym rozbawieniem. – Po tym całym narzekaniu pomyślałem, że mogłaś w ostatniej chwili znaleźć jakąś wymówkę.

– To byłoby nieprofesjonalne – odchrząknęła i udała, że rozgląda się po okolicy. – Sam zauważyłeś, że niemało mi płacisz, więc przyjechałam do pracy.

Gabriel zacisnął na chwilę usta.

– Oczywiście. – Odsunął się, żeby mogła obok niego przejść. Znalazła się we foyer czegoś, co okazało się być super luksusową chatą, wypełnioną kwiatami, roślinami i rustykalnymi ozdobami. – Ty jesteś profesjonalna i gotowa do wysyłania raportów nawet po dziesięciogodzinnym locie, co?

Nie chciało jej się odpowiadać, bo dobrze wiedział, że opuściła swoją strefę komfortu. On jednak się uśmiechał, więc odwzajemniła uśmiech, bo było już późno, była zmęczona, a jutro czekał ich długi dzień. Przynajmniej będą pracować, co oznacza, że ten przystojny nieznajomy stanie się znowu jej przystojnym szefem pod krawatem.

Ale gdzieś głęboko poczuła nerwowe drganie. Czy to tylko dlatego, że na chwilę zmienili otoczenie?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij