Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Z tobą zawsze - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 lutego 2026
30,00
3000 pkt
punktów Virtualo

Z tobą zawsze - ebook

Joasia ma wszystko, o czym marzy typowa nastolatka. Jest ładna, popularna i lubiana. Ma kochającą rodzinę i wiernych przyjaciół. Do pełni szczęścia brakuje jej tylko jednego – chłopaka. Wybrankiem jej serca jest nikt inny, jak sam Marek – najprzystojniejszy i najfajniejszy chłopak w całej szkole. Joasia za wszelką cenę chce zdobyć jego serce i pójść z nim na studniówkę. Wydaje się, że na drodze ku temu stoją jedynie nadopiekuńcza mama oraz wkurzający sąsiad. Czy faktycznie tak jest? A może to sama Joasia jest przeszkodą na drodze do własnego szczęścia?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397685901
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ 1

Mie­li­ście kie­dyś wra­że­nie, że uro­dzi­li­ście się w nie­od­po­wied­nich cza­sach? Albo w in­nym kraju, niż by­ście chcieli? Albo na przy­kład w ro­dzi­nie, do któ­rej zu­peł­nie nie pa­su­je­cie?

Każdy z was zna pew­nie albo pa­mięta to uczu­cie buntu prze­ciw wszyst­kim i wszyst­kiemu. Zwłasz­cza prze­ciw ro­dzi­com – ich na­ka­zom, za­ka­zom oraz ocze­ki­wa­niom. Więk­szość ro­dzi­ców ma­rzy o grzecz­nych, uło­żo­nych dzie­ciach, które będą przy­no­sić same do­bre oceny i mieć wiele roz­ma­itych za­in­te­re­so­wań.

No cóż, moi ro­dzice zde­cy­do­wa­nie od­bie­gają od ta­kich stan­dar­dów. Za­wsze li­czyli na to, że ich dzieci będą zbun­to­wa­nymi in­dy­wi­du­ali­stami. Oczy­wi­ście nie cho­dziło im o to, że bę­dziemy pa­lić pa­pie­rosy, ćpać czy ucie­kać z domu albo wa­ga­ro­wać – ta­kie rze­czy zde­cy­do­wa­nie nie mają nic wspól­nego z in­dy­wi­du­al­no­ścią. Chcieli, że­by­śmy ła­mali za­sady i prze­ciw­sta­wiali się zde­ge­ne­ro­wa­nemu światu po­pkul­tury, zwłasz­cza je­śli tym świa­tem rzą­dzą zde­mo­ra­li­zo­wane i ogłu­piane przez me­dia na­sto­latki (słowa mo­jej mamy – nie moje!).

Ma­rze­niem mo­ich ro­dzi­ców jest, że­by­śmy za­ło­żyli glany, wło­żyli skó­rzaną kurtkę, słu­chali ra­zem z nimi cięż­kiego brzmie­nia, cho­dzili z nimi na kon­certy. Gdzieś w głębi du­szy moja mama czeka tylko na mo­ment, aż za­cznę czy­tać książki w każ­dej wol­nej chwili, żeby póź­niej móc z nią dys­ku­to­wać o ich fa­bule i li­te­rac­kim po­ten­cjale.

Nie­stety, w prze­ci­wień­stwie do mo­jego brata już kilka lat temu prze­sta­łam speł­niać ocze­ki­wa­nia ro­dzi­ców. Nie to, że nie lu­bię czy­tać ksią­żek, choć w tej chwili mam czas je­dy­nie na szkolne lek­tury. Co do mu­zyki… No cóż, wy­cho­wa­łam się na he­avy me­talu. Sta­ram się tego nie oka­zy­wać, ale tak na­prawdę ni­gdy nie prze­sta­łam po­dzie­lać mu­zycz­nego gu­stu po­zo­sta­łej czę­ści ro­dziny. Na­to­miast je­śli cho­dzi o całą resztę, to co­raz bar­dziej od nich od­staję, za­równo pod wzglę­dem stylu by­cia, jak i po­zy­cji spo­łecz­nej oraz po­glą­dów. Nie mam za­miaru zo­sta­wać out­si­derką. Chcę być lu­biana i po­pu­larna. To jest wła­śnie mój swo­isty, we­wnętrzny bunt.

Ostat­nie spoj­rze­nie w lu­stro. Spraw­dzam, czy na pewno nie trzeba cze­goś po­pra­wić wa­ci­kiem wo­kół oczu. Nie, jest ide­al­nie. Równe kre­ski na po­wie­kach, przy­dy­mione po­pie­la­tym cie­niem. Pod­kład i pu­der ma­skują wszyst­kie nie­do­sko­na­ło­ści na mo­jej twa­rzy. Ostat­nie po­cią­gnię­cie błysz­czyka, wy­gła­dze­nie wło­sów i je­stem go­towa do wyj­ścia.

W przed­po­koju na­po­ty­kam roz­czo­chraną mamę w pi­ża­mie. Po­syła mi za­spany uśmiech. W prze­ci­wień­stwie do mnie ona ni­gdy się nie spie­szy. Po­mimo tego, że jest tro­chę roz­trze­paną osobą, jak przy­stało na wy­kła­dowcę li­te­ra­tury współ­cze­snej, to jed­no­cze­śnie za­wsze ma wszystko do­sko­nale za­pla­no­wane.

Pra­cuje na uni­wer­sy­te­cie. Nie ma usta­lo­nych go­dzin pracy – oprócz za­jęć. Po­nadto zaj­muje się re­cen­zo­wa­niem ksią­żek, fil­mów i mu­zyki i jest w tym cho­ler­nie do­bra. Mama uwiel­bia swoją pracę, cho­ciaż nie za­ra­bia ko­ko­sów. Książki są jej ży­ciem, mu­zyka także. Cięż­kie, gi­ta­rowe dźwięki ca­łymi dniami roz­brzmie­wają w na­szym domu. Wy­jąt­kiem są te krót­kie po­ranne chwile, kiedy po­zo­stała część ro­dziny jesz­cze śpi, a ja szy­kuję się do szkoły.

Co­dzien­nie wstaję pierw­sza. Myję głowę, na­stęp­nie pro­stuję włosy – fa­lu­jące, brą­zowe, odzie­dzi­czy­łam je po ma­mie. Moje ko­le­żanki mó­wią, że fale wy­szły z mody, a w pro­stych wło­sach jest mi bar­dziej do twa­rzy, więc choć tego nie­na­wi­dzę, ro­bię to każ­dego dnia. Wkła­dam ubra­nia, które za­wsze szy­kuję dzień wcze­śniej. Do­bie­ram je tak, żeby wpa­so­wy­wały się we wszyst­kie znane mi ka­nony mody i do­brego smaku. Tylko że to nie są rze­czy z dro­gich bu­ti­ków. Ku­puję je głów­nie w szma­tek­sach, ale sta­ram się, żeby były mar­kowe albo cho­ciaż ta­kie przy­po­mi­nały.

Na­stęp­nie ma­ki­jaż. Też za­biera mi sporo czasu. Jest de­li­katny, acz­kol­wiek per­fek­cyjny. Do­piero w trze­ciej kla­sie mama, nie­chęt­nie, po­zwo­liła mi ma­lo­wać się do szkoły. Wcze­śniej jed­nak ćwi­czy­łam z przy­ja­ciół­kami ro­bie­nie ma­ki­jażu, bo Marta i Laura ma­lo­wały się już od dawna. Nie­raz cho­dziły na wi­zyty do ko­sme­ty­czek i wi­za­ży­stek, a po­tem dzie­liły się ze mną taj­ni­kami tej sztuki.

Całe to szy­ko­wa­nie się zaj­muje mi sporo czasu. Mama wstaje z łóżka, kiedy ja je­stem już go­towa do wyj­ścia. Cza­sami mam wra­że­nie, że po pro­stu nie chce wcho­dzić mi w drogę.

– Nie za­po­mnij wziąć śnia­da­nia. Jest w lo­dówce – mówi i ca­łuje mnie w czoło. Wła­ści­wie po­wta­rza to co­dzien­nie jak man­trę.

Po­tem znika w ła­zience. Cho­wam śnia­da­nie do torby. Za­kła­dam ko­zaczki i be­żowy płasz­czyk. Po­now­nie zer­kam w lu­stro w przed­po­koju. Te­raz mam wi­dok na ca­ło­kształt. Po­pra­wiam włosy, na któ­rych błysz­czą złote, świeżo zro­bione pa­semka. Na ich po­far­bo­wa­nie mama zgo­dziła się rów­nież zu­peł­nie nie­dawno. Po­wie­działa je­dy­nie, że nie do­łoży ani gro­sza do zbrodni, jaką jest nisz­cze­nie pięk­nego ko­loru mo­ich wło­sów. Na zro­bie­nie wy­ma­rzo­nego som­bre mu­sia­łam prze­zna­czyć pie­nią­dze, które za­ro­bi­łam w cza­sie wa­ka­cji pod­czas pro­mo­cji w su­per­mar­ke­tach, ale było warto. Po­łą­cze­nie cie­płego blondu z moim na­tu­ral­nym ko­lo­rem two­rzy na gło­wie ide­alne bronde.

Uśmie­cham się do swo­jego od­bi­cia. Czuję, że to bę­dzie do­bry dzień. Je­stem go­towa na pod­bój świata albo przy­naj­mniej na pod­bój szkoły, choć tak na­prawdę za­leży mi tylko na zdo­by­ciu serca pew­nego przy­stoj­nego czwar­to­kla­si­sty.

Za pro­giem tra­fiam na Pe­tera. Stoi przy drzwiach do swo­jego miesz­ka­nia, które znaj­duje się do­kład­nie na­prze­ciwko na­szego – są one swo­imi lu­strza­nymi od­bi­ciami. Prze­kręca klu­cze w zamku. Jego ro­dzice pew­nie już dawno wy­szli do pracy. Chło­pak rzuca mi prze­lotne spoj­rze­nie, a ja szybko wy­cią­gam klu­cze i rów­nież za­my­kam drzwi na za­mek. Nie chcemy prze­cież, żeby ktoś ukradł moją wiecz­nie za­my­śloną mamę. Ona ni­gdy nie pa­mięta, żeby się za­mknąć od środka.

– Cześć, dupku – mó­wię, na­wet się nie od­wra­ca­jąc.

Cho­ciaż nie wi­dzę jego twa­rzy, je­stem pewna, że uśmie­cha się pod no­sem i kręci głową.

– Cześć, wiedźmo – od­po­wiada spo­koj­nie.

Od pra­wie pięt­na­stu lat miesz­kamy tuż obok sie­bie. Wpraw­dzie od ja­kie­goś czasu nie utrzy­mu­jemy ze sobą więk­szego kon­taktu, ale znamy się jak łyse ko­nie. Pio­trek jest naj­lep­szym przy­ja­cie­lem mo­jego brata, a jego ro­dzice od za­wsze przy­jaź­nią się z na­szymi. Je­ste­śmy jak jedna wielka ro­dzina. Po­wiedzmy.

Mię­dzy mną a Pe­te­rem jest rap­tem kilka mie­sięcy róż­nicy, ale rocz­ni­kowo to mroczna prze­paść, która spę­dzała sen z po­wiek na­szych ma­tek. Ża­ło­wały, że nie cho­dzi­li­śmy do jed­nej klasy, co roz­wią­zy­wa­łoby kilka pro­ble­mów, choćby po­ży­cza­nia ze­szy­tów w celu od­pi­sa­nia lek­cji w cza­sie cho­roby. Jed­nak i tak by­li­śmy ska­zani na sie­bie w przed­szkolu, a po­tem w szkole pod­sta­wo­wej. Je­śli cho­dzi o li­ceum, to też po­szłam do tego sa­mego co Ma­riusz i Pio­trek. Na­to­miast po tym, jak Ma­rio wy­je­chał na stu­dia do Wro­cła­wia, na­sze sto­sunki się ochło­dziły. Chło­paki na­dal się przy­jaź­nią, ale ja już mam wła­sne ży­cie, zwłasz­cza to szkolne.

– Dzi­siaj tak wcze­śnie idziesz do szkoły? – py­tam, kiedy spo­ty­kamy się przy scho­dach.

W tym se­me­strze pierw­szy raz na­tra­fiamy na sie­bie w dro­dze do szkoły.

– Mu­sie­li­śmy prze­ło­żyć tre­ningi ko­szy­kówki na rano, bo po po­łu­dniu za­czy­namy za­ję­cia do­dat­kowe przy­go­to­wu­jące do ma­tury – tłu­ma­czy, idąc ra­zem ze mną.

– Prze­chla­pane.

Śmieję się z niego, a on po­syła mi spoj­rze­nie, któ­rym ewi­dent­nie su­ge­ruje, że mam nie za­czy­nać tego te­matu. Jak do­brze, że je­stem do­piero w trze­ciej kla­sie i da­leko mi do ma­tury.

– Je­dziesz au­to­bu­sem czy nie zni­żasz się do po­ziomu prze­cięt­nego na­sto­latka? – pyta Pe­ter, za­rzu­ca­jąc woj­skowy ple­cak na plecy.

Scho­dząc z ostat­niego schodka, traci na chwilę rów­no­wagę, po­nie­waż ude­rzam go z ca­łej siły w ra­mię. Wiem, że bar­dzo chciałby mi od­dać, ale się po­wstrzy­muje. Daw­niej na­sze spo­tka­nia czę­sto koń­czyły się bój­kami. Ta­kimi na niby. Ale to było kie­dyś, więc te­raz chło­pak tylko otwiera mi drzwi. Wy­mi­jam go w progu i czuję za­pach mę­skich per­fum. Bar­dzo przy­jemny za­pach.

Kie­ru­jemy się w stronę głów­nej ulicy. Wi­dzę auto Jacka, chło­paka Marty. Srebrna to­yota yaris stoi za­par­ko­wana przy kra­węż­niku. Dziwne, za­wsze to ja mu­szę na nich cze­kać.

– Jak­byś był miły, to mo­gli­by­śmy cię pod­wieźć. – Wska­zuję głową sa­mo­chód.

– O nie! Pa­suję. Po­tem mu­siał­bym się pod­dać kwa­ran­tan­nie i de­zyn­fek­cji.

Sta­ram się igno­ro­wać po­gardę w jego gło­sie. To miał być do­bry dzień.

– Je­steś głupi. – Za­czy­nam się iry­to­wać. – My nie gry­ziemy.

– Nie. Po­ły­ka­cie w ca­ło­ści – pry­cha.

Prze­wra­cam oczami. Nie chce mi się już z nim dys­ku­to­wać. Po co mam so­bie psuć hu­mor. Mniej wię­cej wła­śnie tak koń­czą się wszyst­kie na­sze roz­mowy, i to już od ja­kichś dwóch lat. Jego głu­pie ko­men­ta­rze i uwagi wy­wo­łują u mnie swego ro­dzaju ner­wicę.

– Cześć – mam­ro­czemy oboje.

Ja wsia­dam do auta, Pe­ter idzie da­lej, w stronę przy­stanku.

Sia­dam na tyl­nym sie­dze­niu i biorę głę­boki wdech. Nie dam się wy­pro­wa­dzić z rów­no­wagi. Marta na­wet nie daje mi szansy się przy­wi­tać, bo od razu ata­kuje:

– Od kiedy, Aśka, za­da­jesz się z tym ćwo­kiem?

Zer­kam nieco spe­szona to na nią, to na Jacka, który sie­dzi za kie­row­nicą, ale się nie od­zywa.

– Jest moim są­sia­dem. Trudno że­bym go cał­kiem igno­ro­wała.

– Ale nie mu­sisz z tego po­wodu pro­wa­dzić z nim po­ga­wę­dek.

– A wy co tak wcze­śnie dzi­siaj? – Zmie­niam te­mat.

– Je­ste­śmy nor­mal­nie. To ty się spóź­ni­łaś przez flirty z tym idiotą – war­czy Marta.

Ja­cek ru­sza i włą­cza się do ru­chu. Ostatni raz zer­kam na wy­soką po­stać w ra­mo­ne­sce sto­jącą na przy­stanku.ROZ­DZIAŁ 2

Długą, trzy­dzie­sto­mi­nu­tową prze­rwę spę­dzamy na sto­łówce. Dy­rek­torka szkoły, wzo­rem ame­ry­kań­skich szkół, po­sta­no­wiła utwo­rzyć w na­szym li­ceum sto­łówkę. Li­czyła na to, że dzięki temu ucznio­wie się zin­te­grują, a w szkole za­pa­nuje ro­dzinna at­mos­fera. Nic bar­dziej myl­nego.

Za­miast in­te­gra­cji na­stą­pił jesz­cze więk­szy po­dział uczniów na grupy, ale pew­nie zna­cie to wła­śnie z ame­ry­kań­skich fil­mów dla na­sto­lat­ków. W nich każda grupa ma oczy­wi­ście wy­zna­czone miej­sce pod­czas tak zwa­nego lun­chu. Naj­lep­szy sto­lik, sto­jący prak­tycz­nie na sa­mym środku, zaj­mu­jemy na­tu­ral­nie my: Laura, Marta i ja. Dzięki temu mamy wi­dok na całą salę. Cza­sem to­wa­rzy­szy nam grupka dziew­czyn, ta­kich na­szych gro­upies, które zro­bią wszystko, żeby tylko przy­jaź­nić się z naj­po­pu­lar­niej­szymi dziew­czy­nami w szkole. Dzi­siaj sie­dzimy same.

Wy­cią­gamy śnia­da­nia. Laura i Marta mają przy­go­to­wane ja­kieś sa­łatki w pla­sti­ko­wych po­jem­ni­kach. Obie są na wiecz­nej die­cie. Lau­rze cały ja­dło­spis przy­go­to­wują die­te­tycy. Dziew­czyny nie są ano­rek­tycz­kami, ale na­leżą do na­prawdę szczu­płych osób. Laura sta­wia pierw­sze kroki w mo­de­lingu i z tym też wiąże całe swoje do­ro­słe ży­cie, dla­tego jest bar­dzo prze­wraż­li­wiona na punk­cie tego, co je.

Kładę na sto­liku moje marne trzy ka­napki z szynką, se­rem i sa­łatą. To cud, że mama nie za­po­mniała o zie­le­ni­nie. Na wi­dok mo­jego śnia­da­nia Laura po­syła mi krzywe spoj­rze­nie. Nie przej­muję się tym jed­nak. Lu­bię jeść. Nie wy­trzy­ma­ła­bym na sa­mych sa­łat­kach ze strącz­kami. Zresztą mama ni­gdy nie po­zwo­li­łaby mi się od­chu­dzać. Zmy­łaby mi głowę, gdy­bym cho­ciaż wspo­mniała o die­cie. Je­dy­nie sta­ram się nie jeść sło­dy­czy. Już i tak mam tych kilka ki­lo­gra­mów za dużo. Nie­stety okrą­głą syl­wetkę odzie­dzi­czy­łam w ge­nach i nic tego nie zmieni. Po­zo­staje mi tylko pil­no­wać się na każ­dym kroku.

Do­siada się do nas Ja­cek z dwoma kum­plami. Cho­dzą do czwar­tej klasy, ale za­dają się z nami, bo nie ma wśród czwar­to­kla­si­stek rów­nie faj­nych i po­pu­lar­nych dziew­czyn. Można po­wie­dzieć, że sta­no­wimy elitę szkoły. Chło­paki za­czy­nają ty­pową dys­ku­sję o ko­lej­nym me­czu piłki noż­nej. Marta grze­bie w sa­łatce, jakby li­czyła, że ta na­gle za­mieni się w tort. Laura prze­gląda coś na te­le­fo­nie ko­mór­ko­wym, żuje gumę i wy­daje się w ogóle nie­za­in­te­re­so­wana je­dze­niem.

Wy­łą­czam się zu­peł­nie z tego, co się dzieje przy na­szym sto­liku. Za­czy­nam roz­my­ślać o tym, jak po­pro­sić mamę, żeby pu­ściła mnie na pół­me­tek. Nie wspo­mi­na­łam jej jesz­cze o nim i na­wet się nie na­sta­wiam, że się zgo­dzi. Cho­ciaż bar­dzo chcia­ła­bym tam być ra­zem z przy­ja­ciół­kami, to wolę całą ener­gię i wszyst­kie ar­gu­menty zo­sta­wić na prze­ko­na­nie mamy do tego, aby po­zwo­liła mi pójść na stud­niówkę czwar­to­kla­si­stów. Wpraw­dzie jesz­cze nie do­sta­łam za­pro­sze­nia, ale bar­dzo na to li­czę.

Mój wzrok kie­ruje się au­to­ma­tycz­nie w stronę sto­lika w rogu sto­łówki, gdzie sie­dzi Ma­rek ze swo­imi kum­plami. Wzdy­cham do sie­bie. Ma­rek jest jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych chło­pa­ków w szkole, ale to nie ża­den bad boy czy typ pod­ry­wa­cza, który za­li­cza po ko­lei wszyst­kie pa­nienki. Jest bar­dzo przy­stojny i sym­pa­tyczny, a przy tym skromny. Po raz setny ana­li­zuję każdy frag­ment jego twa­rzy. Uwiel­biam, kiedy się uśmie­cha, mam wra­że­nie, że śmieje się wtedy cała jego twarz, na­wet oczy. Ma krót­kie, bar­dzo ja­sne włosy. Jest wy­soki i do­brze zbu­do­wany. Cho­dzący ideał. To wła­śnie na jego za­pro­sze­nie cze­kam naj­bar­dziej.

Marta idzie na stud­niówkę z Jac­kiem, to nie pod­lega dys­ku­sji. Laura zmu­siła Waldka – jed­nego z kum­pli Marka – żeby ją za­pro­sił. Chło­pak zo­stał po­sta­wiony pod ścianą i nie ma szans, żeby się z tego wy­krę­cił.

Z na­szej trójki zo­sta­łam tylko ja. Pew­nie, jest sporo kan­dy­da­tów chęt­nych, żeby po­ka­zać się ze mną na balu czwar­to­kla­si­stów. Ja jed­nak cze­kam na Marka. Do­piero li­sto­pad, więc ma jesz­cze czas. Wy­star­czy stwo­rzyć od­po­wied­nie wa­runki i dać chło­pa­kowi szansę na wy­po­wie­dze­nie tych kilku ma­gicz­nych słów. Nie­stety nie je­stem taka jak Laura. Może na­leżę do po­pu­lar­nych i lu­bia­nych, ale da­leko mi do by­cia aż tak prze­bo­jową i bez­po­śred­nią, zwłasz­cza je­śli cho­dzi o sto­sunki dam­sko-mę­skie. Nie. Po­prawka. Zwłasz­cza je­śli cho­dzi o Marka.

Na­gle na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają i chło­pak uśmie­cha się od ucha o ucha. Lekko się czer­wie­nię, a on pusz­cza do mnie oko. Wiem, że mnie lubi. Nie wiem tylko, dla­czego jesz­cze nie za­pro­sił mnie na żadną randkę, o stud­niówce nie wspo­mi­na­jąc. Dzięki od­po­wied­niemu wy­wia­dowi mam pew­ność, że nie spo­tyka się z żadną dziew­czyną. Zresztą wiem o nim pra­wie wszystko.

Moje prze­my­śle­nia prze­rywa dziew­częcy głos. To Ewka, drobna blon­dy­neczka, siada obok mnie i mówi pół­szep­tem:

– Sły­sza­ły­ście no­winę? Ma­rek wy­biera się na nasz pół­me­tek.

Od razu nad­sta­wiam uszu.

– No pro­szę. – Laura na­wet nie pod­nosi wzroku znad ko­mórki. – Je­śli to prawda, to masz oka­zję, Jo­asia. Mu­sisz tylko prze­ko­nać mamę, żeby pu­ściła cię na im­prezę.

Bar­dzo za­bawne. Na­prawdę, uśmia­łam się po pa­chy. Rzu­cam przy­ja­ciółce mor­der­cze spoj­rze­nie. Ona i tak tego nie za­uważa.

– Byle tylko żad­nemu z tych idio­tów nie za­chciało się przy­cho­dzić na nasz pół­me­tek – mówi Marta i wska­zuje ru­chem głowy miej­sca obok drzwi.

Po­dą­żam za jej spoj­rze­niem. Sto­lik, który ma na my­śli, za­wsze ob­le­gają ucznio­wie, któ­rych moje przy­ja­ciółki uwa­żają za naj­więk­szych out­si­de­rów i nie­do­rajdy. Wśród nich od­naj­duję zna­jomą twarz. Pe­ter śmieje się ra­zem z resztą ekipy. Chło­pak ani razu nie spo­gląda w na­szą stronę. Nie można chyba być bar­dziej igno­ro­wa­nym, niż my je­ste­śmy igno­ro­wane przez nich. Są we­seli i wy­lu­zo­wani. Ob­rzu­cają się pa­pier­kami oraz ja­ki­miś chrup­kami. Więk­szość z nich to fani rocka i me­talu, co można od razu po­znać po ich ubra­niach. Je­den czy dwóch ko­lesi ma dłu­gie włosy. Grupę sta­no­wią głów­nie czwar­to­kla­si­ści, ale jest tam też kil­koro dzie­cia­ków z trze­cich, a na­wet z dru­gich klas.

– Może trzeba im ja­sno dać do zro­zu­mie­nia, że nie są mile wi­dziani na pół­metku?

Zer­kam za­sko­czona na Laurę. Wiem, że by­łaby w sta­nie po­dejść do nich i im to po­wie­dzieć. Już wi­dzę oczami wy­obraźni, jak stoi przy ich sto­liku i pa­trzy na nich z góry. Wiem też, że zmie­sza­liby ją z bło­tem. Zwłasz­cza Pe­ter.

– Daj­cie spo­kój – od­zy­wam się wresz­cie. – My­ślę, że oni na­wet nie mają ochoty przy­cho­dzić.

Dziew­czyny ob­rzu­cają mnie spoj­rze­niem peł­nym po­gardy. Nie­na­wi­dzą, kiedy staję w obro­nie paczki Pe­tera. Nie wi­dzę jed­nak po­wodu, żeby się ich w tej chwili cze­piały.

– Wi­tam piękne pa­nie – zna­jomy głos roz­ła­do­wuje na­piętą at­mos­ferę, na jego dźwięk ciarki prze­cho­dzą mi po ple­cach – oraz pa­nów.

Ma­rek wy­mie­nia uści­ski dłoni z chło­pa­kami, a na­stęp­nie siada mię­dzy mną a Ewą i obej­muje nas ra­mio­nami. Po­syła wszyst­kim sze­roki uśmiech. Dys­kret­nie za­cią­gam się za­pa­chem jego per­fum. Chcę, żeby zo­stał przy mnie jak naj­dłu­żej.

Laura pod­nosi wzrok znad ekranu ko­mórki. Po­pra­wia gę­ste blond włosy i uśmie­cha się pod no­sem.

– To prawda, że wy­bie­rasz się na pół­me­tek? – wali pro­sto z mo­stu, zwra­ca­jąc się do Marka.

– A chce­cie, że­bym przy­szedł? – pyta ko­kie­te­ryj­nie.

– Oczy­wi­ście. Zwłasz­cza jedna z nas. – Laura pusz­cza do mnie oko.

Udu­szę ją, jak tylko bę­dziemy sam na sam.

– A ty, Jo­asiu? Bę­dziesz? – Ma­rek ści­ska moc­niej moje ra­mię.

Ru­mie­nię się jesz­cze bar­dziej. Uwiel­biam, jak wy­ma­wia moje imię.

– Oczy­wi­ście – kła­mię bez­wstyd­nie.

Je­stem złą dziew­czynką.

Laura i Marta uśmie­chają się pod no­sem. Wredne małpy.

– To su­per. Pew­nie się spo­tkamy. – Ma­rek wstaje i jak gdyby nic wy­cho­dzi ze sto­łówki.

Na­wet nie za­uwa­żył, że zo­sta­wił mnie bez tlenu.

Te­raz mu­szę za wszelką cenę prze­ko­nać mamę i pójść na ten cho­lerny pół­me­tek.

Po­woli wy­pusz­czam po­wie­trze. Dziew­czyny par­skają śmie­chem, zbie­rają swoje rze­czy i kie­rują się do drzwi sto­łówki. Za chwilę za­czyna się ko­lejna lek­cja. Wrzu­cam kla­moty do torby. Pod­no­szę wzrok i na­po­ty­kam lo­do­wate spoj­rze­nie Pe­tera. Kiedy orien­tuje się, że na niego pa­trzę, wstaje gwał­tow­nie i ru­sza do wyj­ścia.ROZ­DZIAŁ 3

Całe po­po­łu­dnie zbie­ram się, żeby po­roz­ma­wiać z mamą, ale i tak wy­mię­kam. Mu­szę ochło­nąć, prze­ana­li­zo­wać wszyst­kie moż­liwe ar­gu­menty, które mo­głyby paść z jej ust. Wła­ści­wie znam je już na pa­mięć. Nie­ważne, że z roku na rok staję się prze­cież co­raz star­sza i mą­drzej­sza. Dla niej je­stem cią­gle dzie­się­cio­latką.

Z ko­lei cały ko­lejny dzień cho­dzę jak struta. W szkole nikt na­wet nie pró­buje się do mnie od­zy­wać. Nie po­ma­gają też uśmie­chy po­sy­łane w moim kie­runku przez Marka pod­czas przerw. Tylko po­tę­gują ucisk w moim żo­łądku.

Już wo­la­ła­bym być tym dzie­się­cio­let­nim dziec­kiem. Mia­łam wtedy wię­cej od­wagi niż te­raz. Przy­dałby się kurs aser­tyw­no­ści, na pewno ist­nieją ja­kieś szko­le­nia: „Jak ra­dzić so­bie z na­do­pie­kuń­czą, prze­wraż­li­wioną matką”. Albo może po pro­stu strzelę so­bie kie­li­cha, oj­ciec pew­nie ma czy­stą w barku. Po­tem czymś za­gryzę, żeby nie wy­czuli.

Pod wie­czór, nie­stety zu­peł­nie trzeźwa, wcho­dzę do kuchni, gdzie krząta się mama. Szy­kuje ko­la­cję dla taty. Nie ma go w tej chwili, miał pilne we­zwa­nie z ro­boty. Pra­cuje jako kie­row­nik utrzy­ma­nia ru­chu w fa­bryce na stre­fie eko­no­micz­nej. Przy­sia­dam na jed­nym z ta­bo­re­tów i przy­glą­dam się, jak mama pie­czo­ło­wi­cie przy­go­to­wuje ka­napki. Stara się wło­żyć w to całą swoją mi­łość, jed­nak jej ner­wowe ru­chy wska­zują, że ma­rzy tylko o tym, żeby skoń­czyć i uciec z kuchni. Je­stem pewna, że my­ślami jest przy książce, którą aku­rat czyta, a w gło­wie układa już jej re­cen­zję.

Na szafce stoi gło­śnik po­łą­czony z te­le­fo­nem mamy. Aku­rat leci nowa płyta Shi­ne­down, mama ostat­nio słu­cha jej na okrą­gło. Oso­bi­ście wolę ich star­sze utwory. Od razu przed oczami po­ja­wiają się ob­razy z dzie­ciń­stwa. Mama wie­sza­jąca pra­nie przy moc­nych, me­ta­lo­wych brzmie­niach, ko­ły­sząca się przy tym do rytmu. Tata bio­rący mamę w ra­miona, okrę­ca­jący ją wo­kół jej osi. Śmieją się ra­zem, a na­stęp­nie wy­cią­gają nas na śro­dek i tań­czą z nami. Cza­sami brało ich na wspo­mnie­nia z mło­do­ści i wy­szu­ki­wali w in­ter­ne­cie ja­kieś to­talne sta­ro­cie, nie­kiedy zu­peł­nie nie­pa­su­jące do ich gu­stu: New Kids on the Block, Ma­donna i inne gwiazdy popu.

Bar­dzo czę­sto w na­szych ro­dzin­nych har­cach brał udział Pe­ter, po­nie­waż jego ro­dzice pod­rzu­cali go do nas i na od­wrót – my prze­sia­dy­wa­li­śmy w jego miesz­ka­niu. Je­zio­row­ski bar­dzo szybko prze­siąkł at­mos­ferą pa­nu­jącą w na­szym domu i na­wet nie wia­domo kiedy po­szedł w ślady Ma­rio. Za­czął ubie­rać się na czarno, no­sić glany i skó­rzane kurtki. Pró­bo­wał na­wet za­pu­ścić włosy, ale ni­gdy mu się to nie udało, co naj­wy­żej do ra­mion, więc po­prze­stał na tylko nieco dłuż­szych, oka­la­ją­cych jego twarz.

Ja z ko­lei nie­raz za­zdro­ści­łam Pe­te­rowi mamy. Ko­cham swoją, jest piękną ko­bietą, jed­nak ni­gdy nie przy­wią­zy­wała wagi do swo­jego wy­glądu. Po miesz­ka­niu za­wsze biega w dre­sach i po­roz­cią­ga­nych blu­zach. Rzadko się ma­luje. Do fry­zjera cho­dzi, gdy już na­prawdę musi, o ko­sme­tyczce nie wspo­mi­na­jąc. Do­piero nie­dawno za­częła w ogóle far­bo­wać włosy, tylko po to, żeby ukryć pierw­sze siwe pa­sma.

Na­to­miast mama Pe­tera, cio­cia Zuza, za­wsze jest za­dbana i ele­gancka. Pew­nie wy­maga tego od niej za­wód przed­sta­wi­ciela han­dlo­wego, ale to wła­śnie ona uczyła mnie pod­staw ma­ki­jażu. Kiedy by­wa­łam u niej jako mała dziew­czynka, za­wsze ma­lo­wała mi pa­znok­cie i ukła­dała włosy w fi­ku­śne fry­zury. Mama się śmiała, że nie ma do tego cier­pli­wo­ści. Można po­wie­dzieć, że cio­cia trak­to­wała mnie jak wła­sną córkę, któ­rej ni­gdy nie miała, i ku­po­wała mi naj­róż­niej­sze su­kie­neczki, spód­niczki oraz bu­ciki. Naj­czę­ściej ró­żowe lub fio­le­towe. Wszystko to, czego dziew­czynka po­trze­buje do szczę­ścia, a do czego moja mama ni­gdy nie miała wy­czu­cia.

Na­gle przede mną po­ja­wia się ku­bek go­rą­cego ka­kao. Nie za­uwa­ży­łam na­wet, kiedy mama je dla mnie przy­go­to­wała. Sama siada na­prze­ciwko, z fi­li­żanką kawy, i przy­gląda mi się uważ­nie. Prze­rzuca brą­zową bu­rzę wło­sów na jedną stronę, opiera ło­kieć na stole, a dło­nią pod­piera brodę. Wy­gląda jak na­sto­latka. Jej wiek zdra­dzają je­dy­nie zmarszczki wo­kół oczu i ust.

– Coś cię trapi – mówi wresz­cie.

– Nie, skądże. – Spusz­czam wzrok.

In­ten­syw­nie za­czy­nam mie­szać ły­żeczką za­war­tość kubka.

– Prze­cież wi­dzę. Swo­jej sta­rej nie oszu­kasz.

Prze­wra­cam oczami, ale nie pa­trzę na nią.

– No więc? Mów, o co cho­dzi. – Cią­gnie mnie za ję­zyk.

– Na­sza klasa or­ga­ni­zuje w tym roku pół­me­tek – ostat­nie za­wa­ha­nie – i bar­dzo chcia­ła­bym iść.

– Kiedy?

Nor­mal­nie moja matka jest do bólu prze­wi­dy­walna. Wie­dzia­łam, że to py­ta­nie pad­nie jako pierw­sze.

– W na­stępny pią­tek.

Spo­gląda na ka­len­darz. Ja nie mu­szę na niego zer­kać, żeby móc prze­wi­dzieć jej ko­lejne słowa.

– Ma­rio przy­jeż­dża do domu do­piero na po­czątku grud­nia. Nie bę­dzie go w na­stępny week­end.

– Wiem o tym. Nie jest mi do ni­czego po­trzebny. Nie mogę raz iść bez ob­stawy?

– Gdzie to bę­dzie? – drąży mama.

– W klu­bie TRIO.

– I ty se­rio my­ślisz, że pusz­czę cię tam samą? Na­uczy­ciele ja­cyś będą?

W od­po­wie­dzi kręcę głową.

– Ale wstęp mają tylko ucznio­wie na­szego li­ceum – uprze­dzam szybko – i osoby to­wa­rzy­szące.

– Ja­sne. Czyli rów­nie do­brze może tam wejść pół mia­sta – pry­cha. – Nie, Jo. Ni­g­dzie nie idziesz. Nie bez Ma­rio, chyba że chcesz się tam wy­brać ze swo­imi sta­rymi. – Śmieje się.

Po­sy­łam jej wście­kłe spoj­rze­nie. Już czuję, że je­stem na stra­co­nej po­zy­cji, ale brnę w to.

– Mamo! – Pod­no­szę głos. Moja cier­pli­wość zde­cy­do­wa­nie się koń­czy. – Po­tra­fię o sie­bie za­dbać. Mam już pra­wie osiem­na­ście lat!

– Ta, ja już do­brze wiem, jak się koń­czą ta­kie im­prezy, a to, czego nie wiem, mogę so­bie wy­obra­zić. Ktoś ci wrzuci do pi­cia ta­bletkę gwałtu i co wtedy? Kto cię upil­nuje?

– To nie będę nic piła! Będę sie­dzieć o su­chym py­sku cały wie­czór! Poza tym nie będę sama! Będą tam moje przy­ja­ciółki, wszy­scy zna­jomi ze szkoły. – Mój głos po­woli się uspo­kaja.

Wi­dzę świa­tełko w tu­nelu.

– Jo, zli­tuj się! – Mama jest jed­nak nie­wzru­szona. – Ja już znam te twoje przy­ja­ciółki. Marta bę­dzie zbyt za­jęta ob­ści­ski­wa­niem się z tym swoim Ja­cu­siem, a Laura my­śli tylko o czubku wła­snego nosa i pew­nie też przy­gru­cha so­bie ja­kie­goś pa­lanta. I ja mam ta­kim lu­dziom po­wie­rzyć bez­pie­czeń­stwo mo­jej córki?

Ja za­raz zwa­riuję. Nor­mal­nie osza­leję. Wstanę, za­cznę tu­pać no­gami i wrzesz­czeć. Ty­siące na­sto­la­tek wy­cho­dzą co ty­dzień na im­prezę, ale to wła­śnie na mnie czyha naj­wię­cej nie­bez­pie­czeństw. Każdy zbo­cze­niec w tym mie­ście tylko czeka, aż wyjdę z domu, albo wła­śnie mnie po­rwie ma­fia i zmieni w żywy to­war.

Przed wy­bu­chem po­wstrzy­muje mnie pu­ka­nie do drzwi. Żadna z nas się nie ru­sza, pro­wa­dzimy wojnę na spoj­rze­nia.

– No otwórz, dziew­czyno, nie każ sta­rej matce wsta­wać. – Mama nie wy­trzy­muje.

Otwie­ram drzwi i staję twa­rzą w twarz z Pe­te­rem, który trzyma w ręce ta­lerz z ka­wał­kami ser­nika uło­żo­nymi w pi­ra­midę. Na jego wi­dok prze­wra­cam oczami i bez słowa wra­cam do kuchni. Wła­ści­wie rów­nie do­brze mo­gła­bym już pójść do swo­jego po­koju. De­cy­zja za­pa­dła. Może jed­nak uda mi się tro­chę ochło­nąć i pod­jąć me­dia­cje jesz­cze raz. Z po­wro­tem sia­dam na ta­bo­re­cie, z miną ob­ra­żo­nej pię­cio­latki. Za­kła­dam ręce na piersi. Pe­ter wcho­dzi za mną do kuchni, sta­wia ta­lerz na stole.

– Mama prze­syła. Prze­pra­sza, że tak późno, ale do­piero wró­ciła z pracy – mówi z uśmie­chem na twa­rzy.

Rzu­cam krót­kie spoj­rze­nie na cia­sto. Naj­chęt­niej zja­dła­bym w tych ner­wach z pięć ka­wał­ków. Cio­cia pie­cze naj­lep­sze cia­sta i torty na świe­cie. Resztką sil­nej woli po­wstrzy­muję się od się­gnię­cia po choćby jedną por­cję.

– Dzięki, Pe­ter. – Mama ła­pie naj­więk­szy ka­wa­łek i wpy­cha so­bie do ust.

– Nie jest już cza­sem za późno na ta­kie uczty? – py­tam.

Mama po­syła mi mor­der­cze spoj­rze­nie. Nic nie mówi, po­nie­waż bu­zię ma pełną cia­sta, ale to wy­star­czy. No to te­raz mam prze­chla­pane. Pe­ter zerka to na mnie, to na nią i po­woli wy­co­fuje się z kuchni. Pew­nie wy­czuwa gęst­nie­jącą at­mos­ferę, do któ­rej kro­je­nia po­trzebny bę­dzie za chwilę bar­dzo ostry nóż. Ma­mie udaje się prze­łknąć cia­sto i mówi zu­peł­nie spo­koj­nie:

– Pe­ter.

Chło­pak jest już w progu kuchni, ale mama przy­wo­łuje go ski­nie­niem wol­nej ręki.

– Sły­sza­łeś o pół­metku w wa­szej szkole?

Cho­lera.

– Ta­aak – od­po­wiada bar­dzo po­woli.

Jego prawa noga na­dal znaj­duje się w przed­po­koju.

– Wy­bie­rasz się?

– Ja­sne, że nie. – W jego gło­sie roz­brzmiewa nutka pre­ten­sji. Prze­cież to taka oczy­wi­sta oczy­wi­stość. – Nie mam za­miaru ba­wić się z bandą idio­tów. Poza tym zda­jesz so­bie sprawę, jaka tam bę­dzie le­cieć mu­zyka? – Przez ciało Pe­tera prze­biega uda­wany dreszcz obrzy­dze­nia.

Po­sy­łają so­bie krzywe uśmie­chy. Zła­pali nić po­ro­zu­mie­nia. Mnie wcale nie jest do śmie­chu. Chce mi się pła­kać. Cho­lerna dru­żyna pier­ście­nia. Cza­sem mam wra­że­nie, że moi ro­dzice wo­le­liby mieć dru­giego syna, ta­kiego jak Pe­ter, za­miast wy­rod­nej có­reczki, dla któ­rej mu­zyka nie jest naj­waż­niej­sza w ży­ciu.

– A może zro­bisz coś dla mnie i pój­dziesz tam z Jo? Bę­dziesz ją miał dla mnie na oku.

– Co?!

– Nie! – krzy­czę rów­no­cze­śnie z Pe­te­rem.

Nie ma mowy! Dość tego. Mam dość!

– Nie ma mowy! Ni­g­dzie nie idę – za­rzeka się chło­pak. – Niech Jo ra­dzi so­bie sama, to już duża dziew­czynka.

Wow, ni­gdy nie sły­sza­łam ni­czego mą­drzej­szego z jego ust.

– Dla­czego mi nie ufasz? – py­tam już w de­spe­ra­cji. W gar­dle ro­śnie gula nie do prze­łknię­cia, więc głos mi się ła­mie.

– Ależ ja to­bie ufam, Jo. To światu nie ufam. Pe­ter pój­dzie, to ty też pój­dziesz.

– Wiesz co? Za­po­mnij. Nie było te­matu. – Zry­wam się z ta­bo­retu.

W progu prze­ci­skam się koło Pe­tera. Rzu­cam mu ostat­nie spoj­rze­nie. Wi­dzi łzy w mo­ich oczach. Mam to w du­pie.

Wpa­dam do swo­jego po­koju i trza­skam drzwiami.

Sie­dzę na ławce sto­ją­cej na pół­pię­trze na­szej klatki scho­do­wej. Ławka tra­fiła tu wiele lat temu zu­peł­nie przy­pad­kiem i już zo­stała. Jak by­li­śmy mali, mój tata i wu­jek Mi­rek – oj­ciec Pe­tera, nie­raz prze­sia­dy­wali tu z piw­kiem, kiedy mamy nas usy­piały. Po­tem było to miej­sce na­szych za­baw, gdy deszcz prze­ga­niał nas z placu za­baw, a nie chciało nam się sie­dzieć w domu. Te­raz cza­sem prze­sia­duje tu z Pe­te­rem Ma­rio, kiedy przy­jeż­dża w od­wie­dziny do domu. Oczy­wi­ście po­pi­jają wów­czas piwko. Ka­mie­nica jest mała. Cztery miesz­ka­nia, dwa na par­te­rze, dwa na pię­trze. Pod je­dynką mieszka para sta­rusz­ków. Pod dwójką od nie­dawna młode mał­żeń­stwo z nie­mow­la­kiem. Pię­tro opa­no­wały na­sze ro­dziny.

Je­śli chcę iść na ten cho­lerny pół­me­tek, żeby spo­tkać się z Mar­kiem, mu­szę prze­ko­nać są­siada do pój­ścia tam ze mną. Może nie będę mu­siała go bła­gać. Wi­dzę przed oczyma mo­jej du­szy uśmiech Marka. No do­bra, je­śli bę­dzie trzeba, będę się przed Pe­te­rem płasz­czyć.

Prze­ana­li­zo­wa­łam całą sy­tu­ację i w su­mie Pe­ter jest mniej­szym złem niż Ma­rio. Pew­nie przy­cup­nie gdzieś w ką­cie i nie bę­dzie się wy­chy­lał. A może na­wet pój­dzie so­bie stam­tąd i przyj­dzie póź­niej, że­by­śmy ra­zem wró­cili do domu. Trzeba stwa­rzać po­zory. Pe­tera ła­twiej mogę prze­ka­ba­cić. Ostat­nim ra­zem, kiedy po­szłam na im­prezę z Ma­rio, ten nie od­stę­po­wał mnie na krok, a do tego fak­tycz­nie le­ciały na niego wszyst­kie la­ski. Nie dość, że jest przy­stojny i do­brze zbu­do­wany, to jesz­cze każda gów­niara chciała się ko­niecz­nie umó­wić ze stu­den­tem.

Sły­szę od­głos za­my­ka­nych drzwi wej­ścio­wych. Moja noga pod­ska­kuje w jed­no­staj­nym ryt­mie, ręce się pocą – za­czy­nam się de­ner­wo­wać. To Pe­ter. Wcho­dzi po scho­dach bar­dzo wolno, za­jęty pi­sa­niem na te­le­fo­nie. Już pra­wie jest na pół­pię­trze. Pod­nosi wresz­cie wzrok, spo­gląda na mnie za­sko­czony. Za­trzy­muje się. Mie­rzy mnie lo­do­wa­tym spoj­rze­niem. Jego oczy na­prawdę mają ko­lor ja­sno­nie­bie­ski. Wy­glą­dają jak dwie kostki lodu. Zwłasz­cza na tle ciem­nej oprawy i czar­nych, opa­da­ją­cych na twarz wło­sów.

– Co ty tu ro­bisz? – pyta chłodno.

Se­rio? Żad­nego „cześć”, „hej”, „jak się masz”? Cho­lera, to bę­dzie trud­niej­sze, niż my­śla­łam.

– Chcia­łam z tobą po­roz­ma­wiać. Mama po­wie­działa, że lada mo­ment wró­cisz.

– Nie mo­głaś po pro­stu zaj­rzeć póź­niej? – Upy­cha te­le­fon w tyl­nej kie­szeni wy­tar­tych je­an­sów.

– Chodź ze mną na ten pół­me­tek – wy­rzu­cam z sie­bie na jed­nym wy­de­chu.

– Słu­cham? – Pe­ter prze­wraca oczami. – Nie ma mowy – mówi z iro­nicz­nym uśmie­chem, ła­pie za po­ręcz i sta­wia krok na pierw­szym stop­niu scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro.

Chwy­tam go za dłoń, cią­gnę lekko w swoją stronę i jed­no­cze­śnie wstaję z ławki. Od­wraca się do mnie, unosi brwi. Je­żeli wcze­śniej był za­sko­czony, to te­raz jest me­gaz­dzi­wiony.

– Pro­szę, Pe­ter! To dla mnie ważne, a mama nie pu­ści mnie sa­mej. – Na­dal mocno trzy­mam jego dłoń, tak na wszelki wy­pa­dek, żeby mi nie uciekł.

– Nie mam żad­nego po­wodu, żeby tam pójść.

– Nie mo­żesz tego zro­bić dla mnie? W imię na­szej przy­jaźni?

– Przy­jaźni? – Brwi Pe­tera pod­jeż­dżają jesz­cze wy­żej. – Ja­kiej przy­jaźni? Już od dawna się nie kum­plu­jemy – pry­cha i uwal­nia swoją dłoń z mo­jego że­la­znego uści­sku.

Auć, to za­bo­lało.

– Oj, daj spo­kój, Pe­ter. Wiesz, o co mi cho­dzi. Bła­gam! – Chyba nie mogę być bar­dziej zde­spe­ro­wana.

– A co ja niby będę mieć z tego?

– Będę twoją dłuż­niczką.

– I cie­kawe, jak mi ten dług spła­cisz.

Wi­dzę błysk w jego oku, te­raz to ja prze­wra­cam oczami.

– Coś wy­my­ślę, ale bez żad­nych pod­tek­stów! – Uśmie­cham się nie­znacz­nie. Ro­bię do Pe­tera ma­ślane oczy, ta­kie jak miał kot w _Shreku_.

Pe­ter wzdy­cha, ale za­czyna się ła­mać. To na pewno przez te oczy.

– Mogę wie­dzieć, dla­czego tak ci za­leży, żeby tam iść? Ja­koś wcze­śniej nie cią­gnęło cię za wszelką cenę na ta­kie im­prezy.

– Bo ma przyjść też Ma­rek – wy­znaję szcze­rze.

– Ma­rek Bu­rzyń­ski? Ten z mo­jej klasy?

Przy­ta­kuję.

– Na­dal się w nim bu­jasz?

– Co w tym dziw­nego? – Te­raz się ru­mie­nię. – To naj­przy­stoj­niej­szy i naj­sym­pa­tycz­niej­szy fa­cet w ca­łej szkole.

Pe­ter mruży oczy, ale nie za­prze­cza. Do­brze wie, że mam ra­cję. Ma­rek po­trafi do­ga­dać się na­wet z paczką out­si­de­rów.

– Li­czę na to, że za­prosi mnie na stud­niówkę. – Ści­szam głos. Chyba je­stem tro­chę za­wsty­dzona tym, że wy­ja­wiam całą prawdę.

Na­staje kło­po­tliwa chwila ci­szy. Pe­ter nie­spo­koj­nie po­ru­sza szczęką. Chyba się za­sta­na­wia. Tym­cza­sem przy­glą­dam się li­nii jego żu­chwy. Nie wie­dzia­łam, że ma ją tak wy­raź­nie za­ry­so­waną. Na jego twa­rzy wid­nieje lekki za­rost. Kiedy on tak zmęż­niał?

– Do­bra. Pójdę z tobą. Nie mam za­miaru ba­wić się z wami, po pro­stu będę cię pil­no­wać. Po­sta­ram się nie rzu­cać w oczy.

Mó­wi­łam? O rany! Zgo­dził się. Na­prawdę się zgo­dził! I nie mu­sia­łam bła­gać go na ko­la­nach. Rzu­cam się Pe­te­rowi na szyję. Znów jest za­sko­czony. Cały się spina pod moim uści­skiem. Lekko mnie od­suwa, ale ja tak ła­two się nie pod­daję. Ła­pię go za ra­mię i cią­gnę na pię­tro.

– Co ty wy­pra­wiasz? – pyta i wle­cze się za mną.

– Mu­sisz po­wie­dzieć mo­jej ma­mie. Mnie nie uwie­rzy.

Siłą wpy­cham Pe­tera do miesz­ka­nia. Pra­wie na niego wpa­dam, kiedy za­trzy­muje się w drzwiach do du­żego po­koju, ale cią­gle ści­skam go za ra­mię. W ca­łym miesz­ka­niu roz­brzmiewa Amor­phis, tata do­rwał się do play­li­sty.

– Zgo­dził się! – krzy­czę. – Idę na pół­me­tek!

Mama unosi głowę znad książki. Tata od­rywa się od lap­topa.

– Taka była umowa! – cią­gnę. – On idzie, to ja idę!

Moja eks­cy­ta­cja nie ma końca. Ze szczę­ścia pod­ska­kuję w miej­scu jak mały pie­sek, któ­remu ktoś po­ka­zał sma­ko­łyk. Wiem, że kiedy ochłonę, znie­na­wi­dzę się za to za­cho­wa­nie.

– Se­rio? – pyta mama, a Pe­ter tylko przy­ta­kuje zre­zy­gno­wany. – Niech bę­dzie. Tylko, Pe­ter, bez ściemy. Masz jej pil­no­wać. Ufam ci. – Mama po­syła chło­pa­kowi krzywy uśmie­szek. – Ma wró­cić cała i zdrowa, i żad­nej nie­chcia­nej ciąży.

No to mo­jej ma­mie wzięło się na żarty. Kle­pię się dło­nią w czoło.

– Obie­cuję. – Pe­ter rów­nież się krzywi. – Kiedy jest ten pół­me­tek? – pyta w dro­dze do drzwi.

– W przy­szły pią­tek – tłu­ma­czę. – Dzięki, Pe­ter, na­prawdę.

– Do­bra. Skończ już.

– Może nie bę­dziesz się aż tak źle ba­wił! W końcu bę­dzie tam pół na­szej szkoły. Lu­dzie, któ­rych znasz.

– I któ­rych na­wet nie lu­bię – do­daje.

Pe­ter wy­cho­dzi. Za­my­kam za nim drzwi i opie­ram się o nie. Pójdę na pół­me­tek! Mam ochotę krzy­czeć ze szczę­ścia.

Czy Pe­ter wła­śnie po­wie­dział, że mnie nie lubi? Nie­ważne. Wpa­dam do swo­jego po­koju i wrzu­cam na Fa­ce­bo­oka wielki, krzy­czący post: IDĘ NA PÓŁ­ME­TEK. Pi­szę wia­do­mo­ści do Marty i Laury. Je­stem taka szczę­śliwa.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij