-
nowość
Z wiatru i mgły - ebook
Z wiatru i mgły - ebook
„Krok po kroku pod moją skórą rozkwitała złość. Nie była to płytka, impulsywna furia, lecz gęsta, zimna jak rdza, która powoli zjada metal”.
Pokerzysta
Zrobiłby dla niej wszystko. Mógłby nawet umrzeć, jeżeli to oznaczałoby, że ona przeżyje.
Duch
Jest niewiele rzeczy zdolnych go złamać. Gdyby ktoś zapytał, czego się boi, nie potrafiłby odpowiedzieć. Dopiero jedno wydarzenie sprawi, że pierwszy raz w życiu poczuje, czym jest strach.
Ella
Czy może istnieć większy dowód miłości, niż zasłonięcie ukochanej osoby własnym ciałem? Ella wie, że nie. Teraz ona musi go ocalić. Zamierza kłamać, oszukiwać i manipulować. Wszystko, aby tylko wyszedł z tego bagna cały.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-643-5 |
| Rozmiar pliku: | 5,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Chciałabym odpowiedzialnie podzielić się z Wami treścią _Z wiatru i mgły_, dlatego ostrzegam, że w książce występują narkotyki, alkohol, przemoc fizyczna i psychiczna, brutalne morderstwa, handel żywym towarem, problemy z agresją, myśli autodestrukcyjne, toksyczne wzorce związków, a także poważne naruszenia prawa oraz zasad moralnych.
Narracja może sugerować romantyczny charakter zachowań przemocowych, wynikających z nierównych szans w relacji ze względu na różnicę wieku bohaterów, ich pozycję życiową, a także wystąpienie syndromu sztokholmskiego.
W książce pojawiają się nawiązania do religii i wiary, które mogą zostać uznane za obraźliwe.
Narracja pierwszoosobowa pozwoliła mi na opowiedzenie tej historii ustami bohaterów, którzy postępują irracjonalnie oraz nieodpowiednio, ponieważ posiadają określony zestaw cech i doświadczeń. Nie pochwalam ani nie gloryfikuję ich przemyśleń i zachowań. Opisywane w książce związki nie są zdrowe i opierają się przede wszystkim na desperackich próbach przetrwania oraz zapewnienia sobie choćby chwilowego poczucia bezpieczeństwa.
Proszę, pamiętajcie, że jedną z najistotniejszych cech książki stanowi to, iż często wpuszcza nas do głowy bohatera. W ten sposób o wiele łatwiej mu zaufać. Umysły niektórych ludzi są jednak mrocznymi i trudno dostępnymi miejscami, dlatego do każdego zdania, które znajduje się w _Z wiatru i mgły_, podejdźcie z tą koncepcją:
Zawsze myślcie za siebie.
Książka została napisana w celach rozrywkowych, nie edukacyjnych. Sposób funkcjonowania poszczególnych instytucji może różnić się od tego, jak działają one w rzeczywistości. Powieść oparto na podstawowym researchu. Decydując się na przeczytanie jej, akceptujesz świat przedstawiony dzieła w taki sposób, w jaki został opisany.
W treści mogą znajdować się spoilery do trylogii „Tak powstają złoczyńcy”.
Ostrzeżenie nie jest zachętą do sięgnięcia po książkę przez osoby niepełnoletnie lub wrażliwe na wyżej wymienione kwestie.PLAYLISTA
The 1975 _– About You_
Evanescence _– Bring Me to Life_
Gin Wigmore _– Kill of The Night_
Billie Eilish _– Happier Than Ever_
Lady Gaga _– Judas_
X Ambassadors _– Unsteady_
Coldplay _– The Scientists_
Tommee Profitt, Fleurie _– Hurts Like Hell_
Taylor Swift _– Opalite_
KILLBOY _– SHADOWS_
Taylor Swift _– Father Figure_
ADONA _– Dark Things_
Hurts _– Evelyn_
K.Flay _– Giver_
Jades Goudreault _– purple circles_
One Direction _– Half a Heart_
5 Seconds of Summer _– Ghost_
Skott _– Lack of Emotion_
Tom Odell, Zaho de Sagazan _– Old Friend_
We Came As Romans _– Learning to Survive_
Red Sun Rising _– The Otherside_
Andy Black _– Put The Gun Down_
STARSET _– Let It Die_
Chandler Leighton _– When You Say My Name_
Lana Del Rey _– Living Legend_
Gwen Stefani _– Luxurious_
My Chemical Romance _– Summertime_
Taylor Swift _– The Alchemy_
5 Seconds of Summer _– Telephone Busy_
Die Happy _– Survivor_
Isla June _– Strange Times, Dark Days_
Pomme _– des excuses_
Winona Oak _– Another Story_
SYML _– Where’s My Love_
Cold _– Back Home_
Shadow Beloved _– Burn Me Beautiful_
The Fray _– Look After You_
Ice Nine Kills _– A Grave Mistake_
Skylar Grey _– Fucking Crazy_
Skylar Grey _– Coming Home – Part II_
Badflower _– Family_
Palaye Royale _– Feel Something, Great._
Sixx:A.M. _– Lies of The Beautiful People_
James Arthur _– Train Wreck_
Garbage _– Control_
Michael Clifford _– carry you away (demo)_
Sky Li _– Before the End_
Lana Del Rey _– Yosemite_
Des Rocs _– Maybe, I_
5 Seconds of Summer _– istillfeelthesame_
XYLO _– yes & no_
Charlotte Lawrence _– Joke’s on You_
She Wants Revenge _– Out of Control_
Sixx:A.M. _– Maybe It’s Time_
Mae Hill _– The Devil I Know_
MISSIO _– Twisted_
Taylor Swift _– mirrorball_
Vancouver Sleep Clinic _– Someone to Stay_
Melanie Martinez _– Pity Party_
Erin LeCount _– Silver Spoon_
Droopy _– Enchanted – Orchestral Version_
grandson _– Blood // Water_
Odelly _– Mon Démon_
Taylor Swift _– Cruel Summer_
5 Seconds of Summer _– Wrapped Around Your Finger_
Taylor Swift _– All You Had To Do Was Stay (Taylor’s Version)_
5 Seconds of Summer _– I’m Scared I’ll Never Sleep Again_
Marino _– Devil in Disguise_
Lorde _– Team_
Gigi Perez _– Sailor Song_
Tate McRae _– tear myself apart_
Michael Clifford _– remember when_
Taylor Swift, Ed Sheeran, Future _– End Game_
Panic! At The Disco _– The Ballad of Mona Lisa_
Taylor Swift _– The Fate of Ophelia_
PROLOG
czy myślisz, że zapomniałem?
Nowy Jork, kiedyś
Luc
Marcus Breland zawsze wiedział, co powiedzieć. Stwierdzenie, że miał niewyparzoną gębę, wcale nie było wyolbrzymieniem. Chłopak potrafił wpakować nas w tarapaty jednym słowem, ale równie łatwo nas z nich wyciągał.
Lubiłem słuchać jego słowotoków. Tego, jak ekscytował się sprawami całkowicie nieważnymi i niezrozumiałymi dla mnie. Miałem słabość do jego pretensjonalnego, punkowego stylu ubierania. Rozczulał mnie fakt, że gdyby poszedł na koncert k-popowy, wydzierałby się głośniej niż nastoletnie fanki muzyki koreańskiej. Ale najbardziej imponował mi tym, że wydawał się praktycznie niezniszczalny.
_W sumie to dobrze, że nie mamy pieniędzy. Gdyby Breland dostał bilet na Enhypen, zapewne pobiłby się z jakimiś dziewczynami o miejsce przy barierkach_.
Niekontrolowany uśmiech wpłynął na moje usta. Przygryzłem wargę i próbowałem skupić się na szkicu, który tworzyłem, by zaliczyć zajęcia. Rysowałem rzeźbę _Dawida_. Po paru tygodniach studiów w swoim zeszycie miałem ich już tyle, że nie potrzebowałem zdjęcia poglądowego.
Z łatwością zapamiętywałem estetyczne rzeczy i ładnych ludzi. Jeśli ktoś mi się podobał, zostawał w mojej głowie na zawsze.
_Nawiedzał mnie, prześladował, uzależniał…_
Znudzony bazgraniem tego samego po raz piętnasty, przerzuciłem kartki notatnika. Sięgnąłem po kredkę w kolorze mchu, którą Marc nazywał po prostu zieloną. Polizałem rysik, by wzmocnić wydajność badziewnego, taniego przyboru, i zmrużyłem oczy. Dopiero po chwili pokolorowałem drobny element portretu.
– Kurwa mać, jest maj, więc dlaczego mamy pierdolony październik!
Prawie podskoczyłem na krześle, gdy drzwi mieszkania otwarły się z hukiem. Przemoczony od deszczu Marcus stanął w nich jak posąg, albo nawalony ojciec, gdy okazało się, że matka nie dokupiła browarów po wczorajszej popijawie ze szwagrem.
Chłopak wystraszył mnie do tego stopnia, że zapomniałem zmienić kartkę z powrotem na szkic zaliczeniowy. Zamiast tego na stole leżał nieskończony portret mojego przyjaciela.
– Sam powiedziałeś, że jest maj, nie październik, to tylko trochę deszczu, nie jesteśmy z cukru – mruknąłem i uraczyłem chłopaka udawanie znudzonym spojrzeniem.
To był błąd, bo nieświadomie zacząłem wgapiać się w Brelanda z taką intensywnością, że aż czułem, jakby moje źrenice same próbowały chłonąć światło odbijające się od jego ciała. Mokra koszulka przylegała do chłopaka jak druga skóra, podkreślała każdy zarys mięśni. Jego palce lekko, bez pośpiechu zahaczyły o materiał u dołu ubrania. Potem nagłym gestem uniósł je przez głowę. Kropelki wody rozpryskały się w powietrzu.
Marcus był szczupły, ale przez lata życia w nieustannym pierdolniku miał bardzo napięte ciało. Mięśnie jego barków i brzucha rysowały się wyraźnie, jak gdyby ktoś naszkicował je miękkim ołówkiem i celowo nie rozmazał konturów. Skóra chłopaka była jasna, miejscami zarumieniona od zimna. Za każdym razem, gdy ściągał koszulkę, a robił to bardzo często, moją uwagę przykuwały jego tatuaże. Sam narysowałem większość z nich. Lecz nie wybijały się one na ciele tak, jak jego blizny, których nie ukrywał żaden tusz.
Nie miałem pojęcia, czy Marc wygląda lepiej niż zwykle, czy może fakt, że ma w dupie to, że patrzę, sprawił, iż wszystko w nim wydawało mi się prawdziwsze. Bardziej surowe, niefiltrowane. Gdyby Marcus był obrazem, nie potrafiłbym go dokończyć. Każdy jego szczegół wołał o to, by go zatrzymać, uwiecznić, ale ręka zawahałaby mi się w połowie ruchu.
– Mam coś na mordzie? – zapytał znienacka, przecierając twarz dłonią.
Otrząsnąłem się z zamyślenia.
– Yyy… Tak, miałeś tam… – Wskazałem na własną buzię, by wymyślić cokolwiek, ale nie miałem obecnie weny twórczej, żeby się tłumaczyć. – No ten… Takie coś.
– Aha? – Breland uniósł brew.
Podszedł do szafki, by wyciągnąć z niej spodnie dresowe, a ja wbiłem wzrok w rysunek, aby skupić się na pracy zaliczeniowej. Z wyjątkową ostrożnością, jakbym przeprowadzał akcję napadu na bank, wróciłem z powrotem do _Dawida_, który przy Marcusie wyglądał po prostu nijako.
Chłopak przebrał się w suche ubrania i zaczął chodzić po kawalerce. Nie patrzyłem już na niego, aczkolwiek słuchałem, jak miękko snuje się po starej wykładzinie. Wstawił wodę w czajniku elektrycznym. Wyciągnął patelnię, a następnie coś z lodówki. Gdy usłyszałem, jak gaz uchodzi z otwieranej przez niego butelki piwa, powstrzymałem przewrócenie oczami, ale ugryzłem się w język, zanim zwróciłem przyjacielowi uwagę. Breland potrafił wychlać pół litra, a potem wsiąść za kółko. Zaczynał imprezę pierwszy i kończył ją jako ostatni. Miał niezdrową relację z alkoholem, fajkami, pieniędzmi, marihuaną i… Ciarą.
Podnosząc na niego wzrok, przegrałem sam ze sobą. Znowu się uśmiechnąłem, ponieważ teraz wyglądał znacznie mniej ostro i groźnie niż wtedy, gdy wychodził z domu. Nie miał już ciężkich glanów na stopach, tylko skarpetki w koty, które mi zabrał. Założył też zwykły T-shirt z jakimś głupim napisem oraz wymięte, za duże dresy. Gdyby narzucił koc na ramiona, kojarzyłby mi się z czymś bardzo komfortowym. A może w mojej głowie zagościła ta myśl, bo bez względu na to, co Marc nosił, po prostu był moją bezpieczną osobą?
Czasem zastanawiałem się, jakie Breland ma przemyślenia na mój temat. Pewnie sądził, że jestem upierdliwy, ale w jakimś sensie do niego należę. Przyjął mnie pod swój dach, opiekował się mną i sprawił, że moje gówniane życie wydawało się nieco lepsze i prostsze.
Wróciłem do rysowania. Marcus włączył muzykę. Rzadko robił cokolwiek bez niej w tle, ale i tak słyszałem, jak coś skwierczy na patelni. Po chwili poczułem zapach chleba i masła, a później chłopak podszedł do mnie z talerzem.
– Chowaj kredki – polecił.
Zmarszczyłem brwi i zamiast wykonać prośbę, odsunąłem na bok szkicownik oraz pozostałe przybory. Marcus położył przede mną tosty francuskie zrobione z tygodniowej bułki, twardego sera i prawdopodobnie przeterminowanej wędliny. Wrócił do kuchni po swoje piwo, po czym przestawił krzesło tak, by znajdowało się naprzeciwko mojego. Usiadł na nim, podciągnął kolana pod brodę i szeroko się uśmiechnął.
– Liczę na wyrazy uznania dla szefa kuchni – oznajmił.
Sięgnąłem po bułkę. Przez fakt, że wcześniej pływała w maśle i mleku, wcale nie była taka twarda. Dopiero po przełknięciu pierwszego kęsa uświadomiłem sobie, jak bardzo zgłodniałem.
Nie mieliśmy kasy na jedzenie. Co ciekawe, Marc zawsze znajdował budżet na alkohol i papierosy, ale jako że na razie studiowałem, a nie pracowałem, nie mogłem go oceniać.
Próbowałem znaleźć robotę, lecz nigdzie mnie chcieli. Od paru miesięcy chłopak utrzymywał nas sam. Nie pytałem, co dokładnie robił, prócz dziarania ludzi w spelunach podobnych do naszej kawalerki. Byłem mu niesamowicie wdzięczny, chociaż wolałbym móc dorzucać się do rachunków.
– Weź pół. – Przysunąłem do Marcusa talerz, ale on pokręcił głową.
– Jadłem na mieście – skłamał.
Przedwczoraj właściciele każdej knajpy i sklepu spożywczego w okolicy wywiesili nasze zdjęcia na słupach informacyjnych, dlatego gdy wchodziliśmy do środka, ochroniarze poruszali się za nami niczym cienie. Marc był przed wypłatą. Hajs wygrany w Hunts Point się skończył i został po nim jedynie dług. W żadnej znanej nam miejscówce na Bronksie nikt nie chciał grać z Brelandem w pokera, bo każdy wiedział, że oszukuje.
W naszej lodówce było tylko piwo, masło, mleko i światło.
– Co jadłeś? – zapytałem i napiłem się ciepłego mleka.
Moje serce stopniało, bo Marc dodał do niego resztkę miodu.
– Maca.
– Ktoś ci go kupił? – Uniosłem brew.
– Ciara.
Wiedziałem, że to nieprawda. Breland nigdy nie przyznał przed dziewczyną, że nie ma kasy na żarcie. Co więcej, zawsze za nią płacił, żeby się popisać.
– Weź tę bułkę, najadłem się – mruknąłem.
– Luc, twój mózg musi pracować, mój pociągnie na piwie. – Wskazał butelkę, którą zaraz potem opróżnił.
Zacisnąłem pięść. Miałem ochotę go walnąć.
– To ją wyrzuć, bo ja więcej nie wcisnę – uparłem się.
Oczywiście, że miałem ochotę zjeść tę przeklętą bułkę! A później talerz, stół i Marcusa, gdyż pieczenie w żołądku spowodowane głodem od paru tygodni działało mi na nerwy. Czułem się tak, jak wyglądałem – jak żywy trup.
Siedzieliśmy przez chwilę w zupełnej ciszy, aż w końcu Marcus niepewnie sięgnął do talerza. Chwycił pieczywo, a kiedy się w nie wgryzł, dostrzegłem, jak na jego twarzy pojawia się cień maleńkiej ulgi. Miał mętne, nieobecne spojrzenie. Zjadł tak szybko, że ledwie zdążyłem to zarejestrować, a potem zabrał naczynie i oblizał je z masła. Pokręciłem głową z dezaprobatą.
– Biorę robotę kolportera – wypaliłem.
– Kogo? – Breland uniósł brew.
– Gościa od ulotek – wytłumaczyłem. – To jedyna, z której się odezwali, a my potrzebujemy pieniędzy.
– Daj spokój, ty masz się uczyć, ja zajmę się całą resztą.
– Mhm, widzę, jak się zajmujesz – mruknąłem.
Marc chyba poczuł się urażony, ponieważ zmroził mnie wzrokiem, a później mocno zacisnął szczęki. Przez chwilę toczyliśmy walkę na spojrzenia. Kompletnie go nie rozumiałem.
– Nie ogarniam, co złego w tym, że chcę pomóc – burknąłem.
– To, że nie musisz mi pomagać, bo sobie radzę.
– Marcus, nie jadłeś od przedwczoraj! – krzyknąłem, ponieważ straciłem cierpliwość. – Nie przekręciłeś się jeszcze jedynie przez to jebane piwsko! Obaj jesteśmy dorośli, sami wpakowaliśmy się w to bagno, dlatego nie widzę powodu, dla którego tylko ty miałbyś ponosić konsekwencje naszych wyborów!
– Wyborów? – Złapał mnie za słówko.
Ugryzłem się w język, zanim znowu na niego wyjechałem, ponieważ dotarło do mnie, że ja miałem wybór. Mogłem zostać z matką. Tyle że Breland nie wiedział do końca, co ona i Jaxon zrobili z moim starym. Teoretycznie chłopak mógł zostać w domu dziecka. Może gdybym dowiedział się, z jakiego dokładnie powodu uciekł, byłbym w stanie lepiej go zrozumieć. Przyjaźniliśmy się, lecz mieliśmy przed sobą pewne sekrety. Potrafiłem to uszanować. Wychowałem się w otoczeniu kłamstw i nieustannej ucieczki.
– Mniejsza o to, Lu. Niczym się nie martw, zdaj tę szkołę i zrób karierę. – Machnął ręką, bagatelizując nadchodzącą kłótnię.
– Nie wiem, czy wiesz, ale jestem na takich studiach, po których raczej nie ma się wielkiej kariery – zażartowałem.
– Stary, nawet jeśli dostaniesz robotę w McDonaldzie, będziemy do przodu o parę darmowych burgerów. To mi wystarczy – mruknął i zaczął bawić się pustą butelką. – Chociaż szczerze mówiąc, ja wiem, że będziesz kiedyś milionerem. – Puścił do mnie oczko.
Zieleń jego tęczówek wydała mi się bardziej nasycona przez lampkę, którą włączyłem do szkicowania. Powinienem się wściekać, chcieć drążyć temat albo realnie się z nim pokłócić, ale jak miałem to zrobić, skoro w spojrzeniu Marcusa kryło się tak wiele blasku? Czy on w ogóle wiedział o tym, jak ładne są jego oczy?
– Jeśli zostanę milionerem, kupię ci całą sieciówkę McDonald’s – obiecałem.
– Kup mi dom w Queens, wtedy będę szczęśliwy.
Zaśmiałem się cicho.
– Okej. – Pokiwałem głową, a potem wróciłem do szkicowania _Dawida_.
– Stary, musisz po mnie przyjechać. – Te słowa wypowiedziane robotycznym głosem Brelanda, dochodzącym ze słuchawki telefonu, zmroziły krew w moich żyłach.
Był środek nocy. Za oknem szalała ulewa, a w mieszkaniu zrobiło się piekielnie zimno, ponieważ nie zapłaciliśmy za prąd i odłączyli nam gaz. Okryłem się mocno kołdrą, lecz to nie sprawiło, że przestałem drżeć.
– Gdzie jesteś? – wyburczałem ochrypłym głosem.
– Umm… – Marc się zawahał. – W areszcie.
Osłupiałem. _Gdzie on, kurwa, był?!_ Zamknąłem oczy z nadzieją, że gdy je otworzę, okaże się, iż to tylko koszmar. Tak się jednak nie stało.
– W którym? – zapytałem z rezygnacją.
W mojej głowie namnożyły się czarne scenariusze.
_Zabił kogoś. Chryste, mój najlepszy kumpel zamordował człowieka, nie mamy hajsu na kaucję, samolot i ucieczkę do Tunezji. Marcus trafi do więzienia, a ja zostanę sam. Będę chodził na widzenia z razem żonami kryminalistów._
Kiedy usłyszałem adres, podniosłem się z wersalki.
– Już jadę – powiedziałem spokojnie, choć byłem roztrzęsiony oraz wściekły.
Na komisariacie śmierdziało kawą z termosu i starą wykładziną. Ciche brzęczenie jarzeniówki nad głową mieszało się z gwarem rozmów dochodzących zza grubych drzwi. Moja błękitna, podarta kurtka i Conversy były przemoczone, a włosy kręciły mi się od wilgoci.
Policjant siedzący za biurkiem spojrzał na mnie bez większego zainteresowania, może nawet z lekkim znużeniem.
_Kolejny dzieciak z ulicy. Kolejna historia, która już raz słyszana brzmi jedynie jak echo._
– Nazwisko? – zapytał.
– Moreau – wypaliłem. – To znaczy… – Przygryzłem wargę. – Breland. Przyjechałem po Marcusa Brelanda.
Pamiętałem, jak zrobiła to moja mama. Gdy zatrzymali Jaxona, też musiała powiedzieć, że chce zabrać go z posterunku do domu. Wpłaciła kaucję i choć nie miałem pojęcia, skąd wytrzasnęła pieniądze, pozwolili jej go zabrać.
Policjant westchnął i stuknął w klawiaturę.
– Sklep w Williamsbridge. Włamanie. Kradzież artykułów spożywczych.
Drgnąłem, gdy to usłyszałem.
_Tak, Luc, nie idź do żadnej roboty, ja sobie ze wszystkim poradzę. Gówno, kurwa, a nie poradzę!_
– To nie włamanie. – Pod wpływem stresu wymyśliłem kłamstwo na szybko, zanim odwaga uciekła mi z gardła. – Drzwi były otwarte. Ktoś ich nie domknął.
– Aha? – zainteresował się policjant.
– On…
_No dalej, Lu, wymyśl coś…_
Zamknąłem oczy. Też miałem powoli dosyć. Kiedy opuszczałem powieki, widziałem jajecznicę, kebaba i rosół. Zaburczało mi w brzuchu.
– Marc był głodny – powiedziałem prawdę. – Pewnie zabrał też jakiś alkohol, bo on nieco uśmierza głód, ból… odkaża rany… – westchnąłem, plącząc się przy tym w słowach. Nie musiałem udawać zmarnowanego. Ja taki po prostu byłem. – Panie władzo, mamy tylko siebie. Mój tata nie żyje, mama jest przemocowa, brat siedzi, a Marc ma jeszcze bardziej przesrane. Proszę mu odpuścić…
Przeniosłem wzrok na ugryzionego pączka, który leżał na biurku. Moje ślinianki zaczęły pracować. Przetarłem usta. Poczułem wstyd, żal, gorycz, niesprawiedliwość wszechświata i wszystko, co powodowało, że zwyczajnie nie chciało mi się żyć.
Uciekając, uczyłem się trzymać wyprostowany, nawet gdy wszystko się waliło. Tym razem to było o wiele trudniejsze. Próbowałem zachować twarz, chociaż brzmiałem, jakbym miał się zaraz rozkleić.
– Chcesz, żebyśmy go wypuścili? – zapytał policjant. – Rozumiem, że bez kaucji i wpisu…
– Tak – odpowiedziałem bez wahania. – Proszę.
Zapadł moment ciężki jak grzmot. W tle dało się słyszeć jedynie szuranie papierów i stukanie długopisu o biurko. Mężczyzna spojrzał na mnie uważniej i coś w jego spojrzeniu się złamało – może to był mój wiek albo to, że nie prosiłem o litość, tylko mówiłem jak człowiek, który naprawdę nie ma nic do stracenia.
– Pieprzyć to – mruknął cicho. – Niech będzie, że nie było zgłoszenia. Właściciel sklepu i tak się nie zorientował. Ale jeśli jeszcze raz…
– Nie będzie kolejnego razu! – przerwałem mu z takim przekonaniem, że aż sam się przestraszyłem, jak bardzo chcę w to wierzyć. – Przysięgam, że to jest ostatni raz Marcusa Brelanda w areszcie. Nigdy nas już pan nie zobaczy. Co mi tam, nigdy więcej żaden z nas nie trafi na dołek!
Facet powstrzymał uśmiech pełen politowania. Wstał z krzesła, ale zanim odszedł, przysunął w moją stronę pączka.
Nigdy nie było mi tak wstyd jak wtedy, gdy rzuciłem się na cudzą, nadgryzioną słodycz, pod ostrzałem współczujących spojrzeń ludzi obecnych na posterunku.
Wiatr po deszczu był rześki, ale nie przeszkadzał. Miał w sobie coś z wolności. Pachniał smogiem, nocą i tym, co jeszcze nie zdążyło się wydarzyć. Siedzieliśmy na dachu kamienicy, a miasto pod nami rozciągało się w pierwszym świetle dnia.
Rozłożyliśmy wszystko, co Marcus ukradł: bagietki, słoik masła orzechowego, winogrona w plastikowym pudełku, chipsy, jakieś pasztety w puszkach, ciasto z piekarni i tanie czerwone wino. Uczta, jakiej dawno nie widzieliśmy.
Powinniśmy płakać nad swoim losem. Miałem się na niego wkurzyć, ale zamiast tego śmialiśmy się, jedząc palcami i popijając alkohol, który palił nas po gardłach. Byliśmy jak królowie na własnym podwórku.
Marc wydawał się wykończony. Z jedną nogą podciągniętą do brody, z tym swoim uśmiechem… Rzucał winogronami w niebo i próbując łapać je ustami, śmiał się z samego siebie.
Pod oczami chłopaka widniały cienie, a na jego szczęce tworzył się siniak niewiadomego pochodzenia. Co jakiś czas zerkał na Manhattan w oddali, chyba wierząc, że tam jest jego przyszłość.
– Widzisz to? – powiedział. – Tam będziemy. Za kilka lat, albo mniej… Z kasą, w nowych ubraniach, w jebanych willach!
Przytaknąłem ze śmiechem, nie odrywając od niego wzroku. Bo ja już byłem t a m . Tam, gdzie on. Z nim. Zawsze. I nie obchodziło mnie, gdzie skończymy, byleby obok siebie.
– Kupiłbym ci studio – dodał po chwili. – Takie prawdziwe. Z oknami na południe. Malowałbyś wszystko, co byś chciał.
Przygryzłem wargę, czując, że od uśmiechu bolą mnie policzki. Słońce wschodziło powoli, rozlewając ciepło na dachy. Upper East Side wyglądało jak zamglony, nieosiągalny sen.
– Loft – mruknąłem.
– Hm?
– Chcę mieć loft, czarnego Jaguara XJ i psa. – Wypowiadając te słowa, położyłem się na mokrym dachu.
– Dobrze, zapamiętam – zapewnił i położył się obok.
– A ty? Pomijając ten dom i bar.
– Hmm…
Marcus wpatrywał się w niebo, a ja w jego profil. Mocno nad czymś myślał, po czym wzruszył ramionami.
– Wiesz, Lu… chyba dom mi wystarczy – przyznał. – Jedyne, o czym teraz marzę, to ogrzewanie, ciepła woda i prąd.
– Nie odcięli nam jeszcze…
– Niespodzianka, pewnie nie włączymy światła, jak wrócimy do środka, dlatego napawaj się dniem. – Poklepał mnie po ramieniu.
To dostatecznie mnie ocuciło. Podniosłem się i zacząłem zbierać po nas śmieci.
– Idę się umyć i wziąć tę robotę ulotkarza.
– Daj spokój! – jęknął Marcus. – Nie idź.
– A może załatwisz mi pracę u tego całego Siwego? – zasugerowałem, stając nad nim.
– Mówiłem ci już, że nie ma takiej opcji.
– Więc zostają ulotki. – Wzruszyłem ramionami. – Albo zacznę się kurwić – zażartowałem.
– O, mógłbyś, myślę, że na tym zbiłbyś fortunę – palnął.
– A ty co? Byłbyś moim alfonsem?
– Myślałem, że nie zapytasz. – Marcus prześmiewczo położył dłoń na sercu. – Sprzedamy twoje dziewictwo analne na eBayu.
– Nie ma opcji! – zaprotestowałem i ruszyłem w kierunku zejścia z dachu.
Breland usiadł, aczkolwiek nie wstał i nie poszedł za mną.
– A co?! – zawołał. – Nie masz go już, że się tak wzbraniasz?
– Może – zażartowałem.
– Halo, Luc, gdzie szczegóły?!
– W dupie!
Obaj się śmialiśmy. Stałem oparty o budkę techniczną, a Marc nadal siedział, wgapiając się we mnie z błyskiem w oku.
– Nie no, powiedz mi, jestem ciekawy! – nalegał.
– Jak cię tak bardzo obchodzi moje dziewictwo, to je sobie weź. – Pokazałem mu język.
– Nie no, stary, rozumiem, że śpimy w jednym łóżku i chodzimy w jednych gaciach, ale są jakieś granice. – Zerwał się, zgarnął pozostałe śmieci i dołączył do mnie. – Najpierw zaproś mnie na randkę.
– Nigdy w życiu. – Zrobiłem poważną minę. – Jesteś moim najlepszym przyjacielem, a jednocześnie wiem, że byłbyś kurewsko paskudnym partnerem.
– Niby czemu?! – obruszył się.
Westchnąłem. Nie chciałem dłużej prowadzić tej rozmowy. Marcus jednak zatrzymał mnie, ciągnąc za moje ramię.
– Ciara ci się z czegoś żaliła? – zapytał.
– Z tego, co zawsze – mruknąłem pod naciskiem spojrzenia przyjaciela. – Że ciągle cię nie ma, a jak już jesteś, to nawalony w trzy dupy.
Uśmiechnął się bez cienia radości.
– Wiem, że trzymasz pistolet w szufladzie… Pamiętam ludzi z Hunts Point… – Przełknąłem ślinę. – Ja się o ciebie martwię, więc co dopiero musi przeżywać ona? – Zadałem chłopakowi pytanie retoryczne.
Szczęki Marcusa mocno się zacisnęły, podczas gdy jego powieka drgnęła.
– Nic mi się nie stanie – zapewnił i wyminął mnie, by wrócić do środka.
– Skąd wiesz?! – zawołałem za nim.
– Bo jestem, kurwa, nieśmiertelny! – odwrzasnął.
Zaśmiałem się cicho. Bardzo chciałem w to wierzyć…ROZDZIAŁ PIERWSZY
przywróć mnie do życia
Gdzieś w Tunezji, obecnie
Fałszerz
W łóżku panował jeszcze ciepły, ciężki bezruch snu, ale wyrwałem się z niego nagle, jakby ktoś chwycił mnie za ramię. Nie była to burza – choć za oknami rozszalały się żywioły, a wichura biła o okiennice, niosąc ze sobą pył i sól znad morza. Grom dudnił jak kula armatnia, fale roztrzaskiwały się o brzeg tak blisko, że willa zdawała się trzeszczeć w posadach. Nie, nie to mnie obudziło, tylko natarczywy, elektroniczny, zgrzytliwy dźwięk, którego od dawna nie słyszałem.
_Telefon na kartę…_
Otworzyłem oczy i dostrzegłem, że ciemność pokoju rozdzierały jedynie blade błyski piorunów. Brooke nadal wtulała się w kołdrę. Była niespokojna, lecz jeszcze nieświadoma. Nie chciałem jej budzić, jednak zawiesiłem na kobiecie wzrok. Zawsze marszczyła brwi, gdy miała koszmary. Robiła to teraz, tak samo jak mocno gniotła poduszkę w dłoniach. Jej ciemne włosy przykleiły się do czerwonego policzka. Co jakiś czas mruczała niezrozumiałe słowa.
Uśmiechnąłem się łagodnie i odgarnąłem jej kosmyki na bok. Pogładziłem policzek Bee kciukiem, po czym wyszeptałem:
– Nie musisz się niczego bać, _ma cherie_, potwory uciekają przede mną.
Dzwonek telefonu zamilkł, a po chwili wrócił. Przygryzłem wargę, kiedy usłyszałem hałas dobiegający z innej słuchawki. Potem z jeszcze jednej. I znowu… Echo sygnałów zdawało się przenikać ściany, potęgowane przez huk burzy.
Przekląłem półgłosem.
Miałem dziesiątki numerów, każdy przypisany do innego kłamstwa. I wszystkie zdawały się właśnie teraz mnie dopadać.
Posłałem żonie ostatnie spojrzenie i bezszelestnie zerwałem się z łóżka. Poczułem ostry chłód, kiedy postawiłem stopy na posadzce. Korytarz był pogrążony w ciemnościach, ściany drżały od wichru, a ja przemykałem przez posiadłość, mijając ciężkie drzwi, obrazy i rzeźby. Dźwięk prowadził mnie jak syrena. Zdawał się upiornie krzykliwy, uparty… coraz bliższy.
W końcu dotarłem do pracowni. Pchnąłem skrzypiące drzwi, a w środku powitał mnie zapach farby, terpentyny i starego drewna. Piorun rozświetlił wnętrze, odsłaniając porozrzucane płótna i porzucone szkice. Sygnał dobiegał zza sterty obrazów opartych o ścianę.
_Kurwa._
Ręce drżały mi nerwowo, gdy odsuwałem przybory malarskie. Wiedziałem, co oznacza rozdzwonienie się tego telefonu, i nie było to nic dobrego. Wygrzebałem ze skrytki w podłodze małą, czarną, uszkodzoną komórkę z klapką.
Patrzyłem na migający ekran przez całą wieczność, a serce waliło mi w piersi, jakby przemieniło się w tykającą bombę. Wreszcie podniosłem klapkę i nacisnąłem zieloną słuchawkę.
– Jest źle – usłyszałem głos Alexis St. James. – Bardzo źle.
Przełknąłem ślinę ciężką niczym głaz. Sięgnąłem po przypadkowy pędzel do kubka, aby się czegoś złapać. Wpatrywałem się w szkic rzeźby _Dawida_, który zrobiłem tylko po to, żeby odtworzyć coś z pamięci, a nie na podstawie zdjęcia. Słowa prawniczki docierały do mnie jak z otwartych wrót piekielnych. _Po co je zamykać, skoro wszystkie demony są tutaj?_
Temple.
Sofia Petrová.
Kulka.
Leonore…
_Chaos._
_Tragedia._
_Ostateczność…_
Marc.
– Lexy – przerwałem kobiecie, zanim wypluła z siebie jeszcze więcej słów. – Starczy – wycedziłem.
– Luc…
Pokręciłem głową, choć wiedziałem, że kobieta tego nie zobaczy. Opuściłem na chwilę powieki. Powietrze w pracowni stało się cierpkie, jakby ołowiane. Oddychałem przez drżące usta. Zacisnąłem szczęki i znowu przełknąłem ślinę.
– Zjawię się tam – powiedziałem, po czym rozłączyłem się i zatrzasnąłem klapkę, a pędzel, który mocno ściskałem w dłoni, pękł na pół.
Zawsze wiedziałem, że życie, które wiodę, doprowadzi mnie kiedyś do szaleństwa. Podejmowałem decyzje niczym dziecko błądzące we mgle. A teraz jedyne, czego pragnąłem, to przeminąć razem z hulającym nad posiadłością wiatrem.Rozdział Trzeci
chciałabym, aby to była nieprawda
Paryż, obecnie
Vedova Nera
Przez okna z niszami wpadało złotawe światło ulicznych latarni. Z zewnątrz słychać było tylko odległy szmer przechodniów i sporadyczne klaksony, które niosły się przez całe Le Marais jak wyjątkowo nierytmiczna piosenka. W kuchni stał mały stolik przy oknie, a na nim kieliszek do połowy wypełniony ciemnym, zgęstniałym winem, do złudzenia przypominającym myśl, która obijała się o moją czaszkę.
Siedziałam skulona w fotelu, z kolanami podciągniętymi pod brodę, i powoli mieszałam wino łyżeczką, jakbym sprawdzała jego temperaturę oraz ciężar. Każde pociągnięcie powodowało, że ciecz wirowała i wracała, połyskując drobnymi refleksami. Te proste gesty stanowiły rytuał, który mógł przynajmniej na chwilę zamaskować niepokój.
Sage napisała do mnie list, którego nigdy nie otrzymałam. Gdzie trafił? Czy ktoś go otworzył? Co znajdowało się w kopercie? Carleen Harrington była bezlitosna i, nawet po śmierci, zawsze o krok przed wszystkimi. Może zapisała mi spadek albo zleciła zadanie, tak samo jak temu mężczyźnie z Wiednia?
Moje myśli pognały w stronę listy. Wyobrażałam sobie papier: nazwiska, cyfry, znaczenia…
Obok tych wyobrażeń leżał inny obraz: _Marcus._
Zrobił coś, o co bym go nie podejrzewała. Dał mi ostrzeżenie. Po tym, jak strzelił, jego głos stał się twardy, pełny napięcia, a ton, którego użył, sprawił, że poczułam się maleńka.
W pierwszej chwili, gdy Breland odbezpieczył broń, poczułam dumę, a potem zaczęłam się bać. Z jednej strony nienawidziłam Cardwella i Rafaela, a z drugiej wydawali mi się niezniszczalni. Kiedy karciarz ich zabił, ogarnęła mnie ulga, lecz także przeświadczenie, iż nic już nie będzie takie samo. Nikt nade mną nie czuwał, nikt mnie nie zastraszał. Byłam wolna, a jednak siedziałam w tym bagnie po same uszy. Może podświadomie bałam się, że karciarz kiedyś zamieni się w mojego męża albo ojca? Lub oczekiwałam tego od niego.
Odliczałam dni, godziny, minuty… A gdy dostałam to, czego wewnętrznie pragnęłam, posypałam się jak domek z kart.
_Breland nie jest taki jak oni…_
A może właśnie tak? Może jest identyczny, tylko młodszy i mniej doświadczony?
Minuta po minucie pod moją skórą rozkwitała złość. Nie była to płytka, impulsywna furia, lecz gęsta, zimna jak rdza, która powoli zjada metal. Złość, która nie krzyczy – ona cierpliwie czeka, aż znajdzie ujście.
Ciężkie emocje rosły i wypełniały mnie, a później ciasne kąty mieszkania zaczęły przypominać parę pod pokrywką, która chce się uwolnić.
Miałam prawo do decyzji i ruchu własnych pionków. Widocznie nadeszła pora, abym ułożyła plan awaryjny, na wypadek gdybym musiała uciekać przed człowiekiem, który kiedyś ocalił mi życie.
Wszystkie myśli w mojej głowie splatały się w jeden, krótki ciąg obrazów i zamiarów, aż w końcu z letargu wyrwał mnie dźwięk telefonu, który przebił ciszę. Moja dłoń spoczęła na urządzeniu. Nawet nie sprawdziłam, kto dzwoni.
– Słucham? – odezwałam się ochrypłym od długiego milczenia głosem.
– Potrzebuję pieniędzy.
Zmarszczyłam brwi, gdy usłyszałam żądanie z ust Elli van der Bilt.
Napiłam się wina i wstałam z kanapy.
– Zapowiada się ciekawie – mruknęłam. – Ile?
– Tyle, ile masz – odparła bez najmniejszego zawahania.
Było w niej coś innego. Jakby nagle nie tyle dojrzała, co dosłownie zestarzała się, umarła i wróciła do żywych jako zupełnie nowy człowiek. Odchrząknęłam.
– Co się stało? – zapytałam.
Dziewczyna długo milczała, a kiedy w końcu zdradziła powód, dla którego prowadziłyśmy tę konwersację, całe moje ciało się spięło. Upuściłam kieliszek. Gęste, czerwone wino rozlało się na białej kanapie i niczym krew wsiąkająca w śnieg miało na zawsze wyryć ten obraz w mojej pamięci.Rozdział Czwarty
nawet prorocy wybaczyli mu ten błąd
Filadelfia, tuż po tragedii
Brandy
Głowa dudniła mi jak stary bęben, a w ustach czułam jeszcze posmak fajek i wczorajszej wódki.
_Gdzie ja, kurwa, jestem?_
Obróciłam się na łóżku i nagle dotarło do mnie, że leżę w ramionach starszej kobiety, której twarzy jeszcze kilka godzin temu nie znałam. Przez mgłę wspomnień przewinęły mi się kieliszki, śmiech, muzyka i ten moment, kiedy postanowiłam, że dziś poderwę kogoś w swoim typie. Omiotłam kobietę wzrokiem. Była ładna, ale nie tak jak Francesca Harrington.
_To bez znaczenia…_
Cicho niczym kot wysunęłam się z łóżka i zebrałam rozsypane ubrania. Sukienka była pod krzesłem, buty znalazłam gdzieś przy drzwiach, a moje stringi zwisały jak trofeum na lampce. Już miałam po cichu wyjść, gdy kochanka nagle się zerwała i zbladła. Usłyszałyśmy trzaśnięcie drzwi frontowych.
– Kochanie, już jestem! – rozległ się męski głos.
Zmarszczyłam brwi. _Czy ja wczoraj lizałam coś, co wcześniej dotykało kutasa?_ Obrzuciłam kobietę pełnym obrzydzenia spojrzeniem.
– O mój Boże… – wyszeptała z paniką.
– Hej, Boga w to nie mieszaj – mruknęłam.
– To mój mąż – wyjaśniła prędko.
– Domyśliłam się, że nie Jezus… – Przewróciłam oczami.
– Czyj motocykl stoi na podjeździe?! – Chciał wiedzieć pan domu.
_Judasza…_ Nie powiedziałam tego na głos. Zakładałam, że kobieta i tak nie zrozumiałaby nawiązania do epickiej piosenki Lady Gagi o tym tytule.
– Wejdź do szafy – poleciła mi, na co pokręciłam głową.
– Spokojnie, _preciosa_, ogarnę to – mruknęłam.
Podeszłam do okna i oceniłam wysokość. Za nisko na tragedię, za wysoko na elegancję. Zanim zdrajczyni zdążyła zaprotestować, zarzuciłam na siebie sukienkę, włożyłam wczorajsze majtki i wcisnęłam buty do torebki. Zaraz potem chwyciłam zasłonę.
– Nie dzwoń. – Posłałam kobiecie ostatni uśmiech.
Zwinęłam materiał jak akrobatka i zaczęłam zsuwać się po nim w dół, kiwając lekko nogami, by zasłona nie puściła.
W połowie drogi moja prowizoryczna lina się urwała, tak że spadłam prosto w zwiędłe krzewy róż. Wylądowałam na czworakach. Wyplułam liść, lecz podniosłam się, jakbym właśnie to planowała.
– To kot! – Przez otwarte okno usłyszałam jeszcze krzyk kochanki.
Otrzepałam się, podbiegłam do motocykla, wskoczyłam na siodło i odpaliłam maszynę. Żeby zmniejszyć działanie kaca mordercy, wyjęłam z torebki ciemne okulary, wsunęłam je na nos i z ryczącym silnikiem ruszyłam tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.
Gdy mąż wbiegł do ogrodu, zobaczył jedynie roztrzaskany krzew różany i smugę kurzu na drodze.
Poranek w Filadelfii okazał się bardziej szary niż za miastem. Ciężkie powietrze pachniało benzyną i świeżym asfaltem. Zajechałam na stację. Nadal byłam oblepiona wczorajszą nocą, z makijażem, który stracił swoją świetność gdzieś pomiędzy siódmym drinkiem a trzecią minetką. Teraz tworzył ciemne smugi pod oczami. Sukienkę miałam wygniecioną, a włosy potargane w taki sposób, że nie wiadomo, czy to efekt szaleństwa, czy jazdy bez kasku.
Zalewałam bak do pełna, starając się nie patrzeć na swoje odbicie w szybie automatu. Zmęczenie oraz skutki nocnej libacji kłuły mnie jak igły. Nagle usłyszałam przeciągłe gwizdnięcie. Jakiś koleś w roboczym uniformie, z kawą w ręku uśmiechał się do mnie z przesadną pewnością siebie.
– Spierdalaj stąd, eksperymencie społeczny – syknęłam, lecz to nie sprawiło, że się odwalił.
Westchnęłam, opuściłam powoli rękę z pistoletem nalewaka, a potem teatralnym gestem otworzyłam szeroko torebkę i obróciłam ją w stronę natręta. Mógł zobaczyć lufę Glocka, obok połyskujący metal kastetu i małą buteleczkę gazu pieprzowego. Nie musiałam nic więcej mówić – wystarczyło jedno spojrzenie spod ciężkich powiek.
– Eee… przepraszam. Miłego dnia – bąknął natręt i czym prędzej oddalił się w stronę swojego samochodu.
Zamknęłam torebkę, a następnie wzruszyłam ramionami, jakby to była codzienność, nic nadzwyczajnego. Niestety zazwyczaj właśnie tak wyglądała większość moich poranków.
Przeszłam do sklepu na stacji, kupiłam czarną kawę w plastikowym kubku i już przy kasie usłyszałam dźwięk telefonu. Na ekranie mignęło: „Cal prywatne”.
Zapłaciłam, a później odeszłam do pojedynczego stolika. Tak wcześnie rano rzadko ktoś przebywał na stacji.
Odebrałam i odezwałam się chropowatym, zmęczonym głosem:
– No?
Z drugiej strony usłyszałam szybki oddech, szelest, a następnie paniczny głos swojego bliźniaka.
– Gdzie ty, kurwa, jesteś? – zapytał.
Korciło, żeby odpowiedzieć „w twojej starej”, ale Calum nie lubił, gdy żartowałam w ten sposób. Nie dlatego, że mieliśmy tę samą matkę, ale przez fakt, jak zginęła. Ja też szanowałam i kochałam naszą mamę, co nie zmieniało faktu, iż miałam zupełnie inne poczucie humoru niż on.
– Na stacji benzynowej przed Filadelfią – odparłam zgodnie z prawdą. – Co się stało?
– Umm… wszystko.
– Wszystko? – Zmarszczyłam brwi. – Gdzie jesteś ty?
– U ciebie w domu, ale zaraz będę musiał wrócić do Nowego Jorku, bo Breland właśnie… yyy… nawet nie wiem, jak to powiedzieć.
– Umarł? – zapytałam z przekąsem.
Miałam nadzieję, że nie. Lubiłam Marcusa, a jednak Cal brzmiał w taki sposób, jakby karciarz właśnie zbawił albo spalił cały świat.
– Nie…
– Wykrztuś to – naciskałam.
Kawa stygła mi w dłoni, a kaca i zmęczenie zastąpiła ciekawość.
– Przecież mówię, że nie wiem jak…
– Po angielsku albo hiszpańsku – mruknęłam.
Na łączu zapadła cisza. Całą wieczność czekałam, aż mój brat się wysłowi.
– Sage zniknęła, prawdopodobnie nie żyje. Tak samo jak Starlite, Ambler i wszyscy, kurwa, święci – odezwał się w końcu.
Potrzebowałam chwili, by to przetrawić. Po pierwsze, wybrał hiszpański, a po drugie… co?!
– Aha? – Przełknęłam ślinę. – Co ma z tym wspólnego Breland?
– Wściekniesz się…
– Może nie? – rzuciłam, choć to było wątpliwe.
Rozejrzałam się po stacji. Kolejny oblech przyglądał mi się z parkingu przez okno, więc pokazałam mu środkowy palec.
– Karciarz poprosił mnie o wykradzenie z Sage Estate planów posiadłości Carleen i Franceski. Zrobiłem to, bo byłem mu winny przysługę.
Moje palce zacisnęły się na kubku tak, że niemal rozlałam kawę.
– Słucham?!
– No… – Calum zabrzmiał niepewnie. – A teraz chyba wszyscy nie żyją albo siedzą w ciupie, podczas gdy on… w sensie Breland… zwołał spotkanie nadzwyczajne w Midwood.
– Cal…! – jęknęłam.
– Cholera, Brenda, nie mam pojęcia, co się wydarzyło… Przyjechałem do ciebie do domu od razu, gdy doszły mnie słuchy, że Sage może być martwa…
– Co z Fran? – zapytałam wprost, ponieważ to interesowało mnie znacznie bardziej niż los naszych przełożonych.
– Żyje, widziałem ją, ale miała minę, jakby…
– Jakby co? – ponagliłam.
– Jakby właśnie została wdową.
Rozdziawiłam wargi, czego mój brat nie mógł zobaczyć. Aby się ocucić, pociągnęłam spory łyk kawy z cieknącego kubka.
– Wróć do miasta – zarządziłam po chwili namysłu. – Pojedź do Midwood i świeć oczami przed karciarzem.
– Nie rozumiem – mruknął.
– Spróbuję złapać Xandera i…
– To na nic! – przerwał mi. – Szukałem go wszędzie, przepadł jak kamień w wodę. Dzwoniłem do Borisa Lamatzova. Nie odebrał, ale napisał, że Duch pojechał po dziewczynę, a ja mam usunąć ten numer i pozbyć się telefonu.
– Zacierają ślady… – Głośno myślałam. Kawa pociekła mi po ręce, jednak to zignorowałam. – Dowiedz się, co knuje Marcus, a ja spróbuję skontaktować się z Xanderem…
Znowu przez chwilę milczeliśmy.
– Cal? – mruknęłam.
– No?
– Nie mów Duchowi, co zrobiłeś – poleciłam. – Jego relacja z karciarzem jest… wyjątkowa, ale nie sądzę, żeby wybaczył mu zdradę.
– Nie powiem – zapewnił chłopak.
– Damy sobie radę, _mi querido_.
– Oczywiście, że tak – obiecał Calum. – Z dwojga złego, jeśli Breland rzeczywiście zorganizował zamach stanu, nie zrobił tego przypadkiem. Są rzeczy, których nie wiemy, a jemu ufam znacznie bardziej niż Sage, Siwemu i Amblerowi.
Przygryzłam wargę. Pomyślałam o rozpaczy, w którą z pewnością wpadła Francesca, jeżeli coś stało się jej ukochanej żonie. Trudno mi było wyobrazić sobie taki rodzaj bólu. Odetchnęłam głęboko.
– Uważasz, że karciarz byłby dobrym szefem? – zapytałam z czystej ciekawości.
– Jest złośliwym, wrednym kutasem, ale ma głowę na karku – przyznał mój brat. – Nie widzę nikogo innego w tej roli. Zwłaszcza Ducha.
Zaśmiałam się, bo też o nim pomyślałam. Jeśli Ambler zniknął, zapewne to Xander miał objąć „rządy” w Miami. Na samą myśl przeszedł mnie dreszcz. _Biedny Boris…_
– Każdy, tylko nie Duch – podsumowałam.Rozdział Piąty
jestem trochę niestabilny
Paryż, Temple, obecnie
Brandy
_Każdy, tylko nie Duch…_
Wszyscy w końcu poradzilibyśmy sobie z utratą Brelanda, lecz nie on. Wiedziałam o tym, patrząc, jak najsilniejszy mężczyzna, którego poznałam, załamuje się, płacze i drży nad ciałem drugiego najsilniejszego mężczyzny, jakiego poznałam. Moje myśli lawirowały pomiędzy Marcusem a Calumem. Xander nie powiedział tego wprost, aczkolwiek po jego minie spekulowałam, że mój brat zapewne nigdy nie wróci.
W ogrodzie panowała cisza, przecięta jedynie spazmatycznym płaczem Alexa, kiedy ten kurczowo trzymał w ramionach wykrwawiające się ciało. Jego krzyk niósł się między zamarzniętymi drzewami i odbijał od murów posiadłości jak echo, które nie chciało ucichnąć.
Utknęłam na schodach, moje ręce stały się bezwładne, a oddech – krótki i poszarpany. Patrzyłam, lecz nie docierało do mnie, że to się dzieje naprawdę. Widziałam krew rozlewającą się na bieli śniegu jak ciemna plama, która nigdy nie zniknie, i czułam, że moje własne wnętrzności zostały skręcone lodem. Byłam pusta i ciężka zarazem.
Ella, która przed chwilą jeszcze rwała sobie włosy i krzyczała, nagle ucichła. Znieruchomiała, z oczami wlepionymi w scenę na dole. Jej spokój zdawał się nienaturalny, obcy, jakby dusza zdążyła już odejść i zostawiła samo ciało.
Nie potrafiłam nawet otworzyć ust. Nic. Ani krzyk, ani słowo, ani ruch. Odczuwałam jedynie zimno w płucach i dudnienie w skroniach.
_Calum…_
_Gdzie jest Cal?_
_Na Boga, oddajcie mi Caluma, on wiedziałby, co robić!_
Zamknęłam oczy.
Przypomniałam sobie straż graniczną, a potem dłoń brata, który złapał mnie w talii i odciągnął od zastrzelonych rodziców.
Kolejne ciała, kolejne rozdarcia… Świat walił się jeden po drugim, a ja nie miałam już siły.
Śnieg wokół ogrodu skrzył się w świetle lamp pałacu. Był piękny i obojętny. Drzewa stały nagie, jakby patrzyły na tę scenę beznamiętnie. Mróz wgryzał się w policzki. Zamarzłam.
Miałam pustkę w głowie i jedno dojmujące uczucie: że wszystko, czego dotknę, obraca się w śmierć. Stałam więc, wbijając wzrok w śnieg nasiąknięty krwią, i nie chciałam się ruszyć, bo wiedziałam, że jeśli to zrobię, rzeczywistość uderzy we mnie jak góra lodowa.
– Daj mi telefon. – Niski, zmieniony przez płacz głos Elli dobiegł do mnie jak zza szklanej szyby. – Brandy! – krzyknęła.
Ocknęłam się z letargu. Pociągnęłam nosem i nie pytając, co przyjaciółka chce zrobić, wygrzebałam z kieszeni spodni komórkę. Dziewczyna nie czekała, aż podam jej urządzenie. Wydarła je z mojej ręki.
– Zabierz stąd Alexa – poleciła.
– El… – mruknęłam.
Odważyłam się na nią spojrzeć. Miała czerwone, napuchnięte oczy. Była brudna od pyłu i krwi. Jednakże coś w Elli się zmieniło. Jak gdyby właśnie pogrzebała ostatni pierwiastek, który czynił ją niewinną. Zacisnęłam szczęki i skinęłam głową. Ruszyłam w kierunku Xandera, podczas gdy nastolatka cofnęła się do domu.
Starałam się nie patrzeć na Marcusa. Jego ciało…? _Kurwa…_
Kucnęłam obok Ducha i niepewnie dotknęłam palcami jego ramienia. Chciałam podnieść przyjaciela, odciągnąć chociaż na krok… zabrać stąd, tak jak kazała Ella.
– Musisz… – Głos ugrzązł mi w gardle.
Xander zadrżał, jakbym go uderzyła. Stracił kontrolę. Wydawał mi się dziecinnie wręcz spanikowany, jak gdyby właśnie wrócił do najmroczniejszego miejsca, które odwiedził w życiu. Szarpał się, jedną ręką odpychał moje dłonie, a drugą kurczowo trzymał Brelanda. Łzy zalewały mu twarz, aż dławił się własnym szlochem, a słowa, które wypluwał, stanowiły bezkształtny bełkot rozpaczy.
– _Nech ho být! Neber mi ho, prosím, ne!_¹ – wrzeszczał ochryple po czesku.
Nie znałam go takiego. On… Mój okrutny Xander… zmienił się w małego, uprowadzonego przez potwora chłopca, który chciał jedynie wrócić do domu.
_Calum… proszę, Cal, ja chcę do mamy!_
Nie miałam siły. Nie miałam nawet serca, by mocować się z Duchem. Zamiast tego poczułam, jak moje własne gardło się zaciska, a oczy napełniają łzami. Zaczęłam nie tyle płakać, co ryczeć – głośno, nieporadnie, jakby łzy wreszcie przebiły się przez skorupę…
– Xander – wydukałam, ale on nie słuchał. – Alex…
Próbowałam złapać go za policzek, jednak gwałtownie mnie odepchnął. Upadłam na kolana w śnieg. Lodowaty chłód przesiąkł przez materiał mojego ubrania.
I wtedy rozległ się huk. Padł strzał. Echo rozniosło się po ogrodzie, wibrując między murami posiadłości.
Oboje z Xanderem zamarliśmy. Jednocześnie zwróciliśmy wzrok w stronę schodów.
Ella była cała brudna od krwi, przemoczona, z włosami przyklejonymi do twarzy, drżąca od zimna. A jednak nieustannie miała dziwnie niewzruszoną twarz. Broń w dłoni dziewczyny jeszcze dymiła, a w ozdobnym pomniku obok nas widniała świeża dziura po kuli.
Nagle strach ścisnął moje trzewia, lecz nie bałam się o Ellę. To był strach p r z e d nią. Spokój nastolatki zdawał się bardziej złowrogi niż rozpacz. To, co zaobserwowałam w jej oczach, przerażało bardziej niż śmierć.
_Była gotowa na wszystko._