-
nowość
Z WIDOKIEM NA POLSKĘ - ebook
Z WIDOKIEM NA POLSKĘ - ebook
Nasi sąsiedzi. Budzą ciekawość, czasem fascynują, czasem przerażają. Łączy nas przeszłość, bywa że bardzo trudna. Łączy także teraźniejszość: wspólne sukcesy, podobne problemy. Patrzymy na siebie każdego dnia. A ile o sobie naprawdę wiemy? Co sądzą o Polakach Rosjanie z Królewca, Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Słowacy, Czesi i Niemcy? Z jakiego powodu niektórzy z nich coraz liczniej przyjeżdżają do Polski? Czego nam zazdroszczą, a co ich w nas śmieszy? Jak nam się żyje obok siebie?
Dziennikarze Onetu Magdalena Rigamonti, Monika Waluś, Katarzyna Barczyk-Sikora, Diana Wawrzusiszyn, Alicja Staszak, Witold Jurasz, Marcin Terlik i Tomasz Mateusiak postanowili poszukać odpowiedzi na te i wiele innych pytań, wyruszając na spotkania z naszymi sąsiadami. Zabierają nas w podróż po pograniczach – a tak naprawdę w głąb ludzkich wspomnień, tęsknot i marzeń. Opowiadają historie prawdziwe, poruszające i skłaniające do refleksji. Historie o życiu z widokiem na Polskę.
Co za kapitalny pomysł: ośmioro znakomitych reporterów i reporterek opowiada historie zaskakujące, zabawne, niepokojące, bolesne. To opowieść o tym, jak mało wiemy o najbliższych sąsiadach.
Olga Gitkiewicz, Instytut Reportażu
Znakomita dziennikarska robota. Dla tych, którym Polska wydaje się pępkiem świata. I tych, którzy na nią tylko narzekają. A na pewno dla wszystkich, którzy się nie boją przejrzeć w oczach sąsiadów.
Witold Bereś, Kraków i Świat
Myślicie, że wiecie o nich już wszystko. No to nie myślcie. Sąsiedzi są inni niż wyświechtane historie, ludowe kalki i chór nadąsanych ekspertów.
Paweł Ławiński, Onet
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8250-643-3 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Patrzymy na siebie każdego dnia. A ile o sobie naprawdę wiemy? Co sądzą o Polakach Rosjanie z Królewca, Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Słowacy, Czesi i Niemcy? Z jakiego powodu niektórzy z nich coraz liczniej przyjeżdżają do Polski? Czego nam zazdroszczą, a co ich w nas śmieszy? Jak nam się żyje obok siebie?
Pytań jest znacznie więcej. Co Czesi sądzą o tym, by oddać Polakom historyczny dług? Dlaczego Słowacy organizują „czartery” do Polski? Jak Rosjanie z Kaliningradu przez lata traktowali kraj nad Wisłą? Co robią Polacy na ulicach Berlina? Dlaczego niektórzy Białorusini czują się w Polsce niewidzialni?
Odpowiedzi na wiele takich pytań postanowili poszukać dziennikarze Onetu, wyruszając na spotkania z naszymi sąsiadami. Magdalena Rigamonti, Monika Waluś, Katarzyna Barczyk-Sikora, Diana Wawrzusiszyn, Alicja Staszak, Witold Jurasz, Marcin Terlik i Tomasz Mateusiak zabierają nas w podróż po pograniczach – a tak naprawdę w głąb ludzkich wspomnień, tęsknot i marzeń.
Reportaże zawarte w tej publikacji powstawały w połowie 2025 roku. Są opowieściami o nieoczywistych miejscach, skomplikowanych relacjach, niezwykłych ludziach i zaskakujących zdarzeniach, w które czasem trudno uwierzyć, choć są prawdziwe. Poruszają i skłaniają do refleksji. Przybliżają codzienność ludzi żyjących tuż obok nas, dla których Polska niejednokrotnie jest punktem odniesienia, a nierzadko też nadzieją. To historie o życiu z widokiem na Polskę.
Daniel OlczykowskiROZDZIAŁ PIERWSZY
WYTŁUMACZ TO KGB
Witold Jurasz / Białoruś
– Ale na pewno nie będzie można mnie zidentyfikować?
Zapewniam mojego białoruskiego rozmówcę, że zadbam o jego anonimowość i zmienię jego imię oraz zawód.
– A jeśli mimo to się domyślą? To może zmień płeć. I wymieszaj wszystko tak, żeby nikt w KGB się nie zorientował, że ze mną rozmawiałeś.
Gwarantuję mu, że nikt go nie rozpozna. Mimo to Paweł, białoruski biznesmen, jest bardzo oszczędny w słowach.
Ostrożna jest również pracująca w Polsce jako kierowca taksówki Tamara, której mąż nadal znajduje się na Białorusi. Co prawda to ona była zmuszona do wyjazdu z powodu udziału w demonstracjach, a nie on, ale kto wie, czy pewnego dnia represje białoruskich władz nie dotkną również jej męża. Dlatego wkrótce i on wyjedzie. Zresztą dołączyłby do żony już dawno, ale na razie nie jest w stanie uzyskać wizy.
W demonstracjach przeciwko Łukaszence nie brał udziału informatyk Igor, który ostatecznie wyjechał nie ze strachu, ale dlatego, że w pewnym momencie uznał, iż nie ma już żadnego sensu, żeby dłużej pozostawać w kraju.
– Białoruś to kraj bez przyszłości – mówi.
Pytam, czy skoro nie podpadł władzy, to może wrócić. Igor kiwa przecząco głową. Po wyjeździe zaczął pisać komentarze w mediach społecznościowych, za co może trafić do więzienia. Strach niby nie towarzyszy mu na co dzień, ale białoruskie służby wyspecjalizowały się w śledzeniu nie tylko opozycjonistów – śledzą też zwykłych obywateli, którzy od czasu do czasu zamieszczają w sieci niepochlebny komentarz o reżimie.
– Cały problem w tym, że to jest loteria. Nie wiesz, czy cię dopadną. Jeżeli cię namierzą, to może aresztują, a może jednak nie. Może wsadzą cię do więzienia na tydzień, a może na kilka lat. W efekcie, jadąc na Białoruś, nigdy nie wiesz, czy stamtąd wrócisz, czy zostaniesz zatrzymany. Kilka razy odwiedzałem rodzinę, ale czułem, że igram z losem. Po pewnym czasie stwierdziłem, że mam już tego dość.
– Czyli teraz to rodzice przyjeżdżają do ciebie?
– Mama tak, natomiast ojciec uważa, że zaprzedałem się Zachodowi. Ostatnio nawet wykrzyczał mi przez telefon, że wspieram NATO. Tak, jestem po stronie Ukrainy i nie popieram tej wojny. On z kolei uważa, że Amerykanie szykowali napaść na Rosję. Próbowałem mu tłumaczyć, że tutaj wszyscy o niczym innym nie marzą, jak tylko o tym, żeby się Putin odczepił od Zachodu, a przy okazji my na Białorusi też. Mój ojciec jest jednak głęboko przekonany, że jest dokładnie na odwrót, i Amerykanie oraz CIA chcą napaść na Rosję i Białoruś. Próbowałem przekonać go, żeby zaczął czytać opozycyjne strony internetowe, ale nic do niego nie dociera. Nie jeżdżę również dlatego, że nie chcę mu powiedzieć tego, co o nim myślę.
– A może on się boi? Może chce mieć pewność, że nie będziesz mówił, co myślisz, bo to może być niebezpieczne.
– Nie, nie o to chodzi. To nie jest kwestia strachu. Mój ojciec ma po prostu mózg tak wyprany przez propagandę, że nie jestem w stanie z nim rozmawiać, nie mam z nim już nic wspólnego.
– A twoja mama?
– Z mamą staram się tego tematu nie poruszać. Ona ma co prawda takie poglądy jak ja, ale kocha ojca i gdybyśmy zaczęli szczerze rozmawiać o polityce, to musiałaby przyznać, że jej mąż całkowicie zgłupiał. Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdża, widzę smutek i strach w jej oczach. Wiesz, najbardziej mnie to uderzyło, kiedy, jeszcze za rządów PiS, w Warszawie odbywała się wielka demonstracja ówczesnej opozycji. Mama była przerażona i chciała, żebyśmy szybko uciekali, bo była przekonana, że zaraz pojawią się policjanci i będą pałować. Tłumaczyłem jej, że nic takiego się nie stanie i że możemy po prostu się przyglądać. Stała obok mnie i mimo że było ciepło, założyła chustkę i okulary. Ona po prostu bardzo się bała, że ktoś ją sfotografuje.
Igor opowiada o swoich spostrzeżeniach z mieszaniną rozbawienia i smutku. Pytam go, kim z zawodu są jego rodzice. Okazuje się, że pochodzi z inteligenckiej rodziny, rodzice mają wolne zawody.
– To mnie przeraża najbardziej, że wykształceni ludzie mogą być tak bardzo zniewoleni. Bo przecież w przypadku ojca dokładnie z tym mam do czynienia… To jaką przyszłość ma mój kraj?
– Czy decyzja o emigracji była łatwa?
– Dla mnie tak, jestem informatykiem. Wyjeżdżając, spakowałem się jak na wycieczkę, a wszystko, co było mi potrzebne, umieściłem w chmurze na wszelki wypadek. Nie wziąłem nawet swojego laptopa, bo uznałem, że prościej będzie kupić nowy w Polsce. To był czas, kiedy na granicy sprawdzano, z czym wyjeżdżasz, by wiedzieć, czy na stałe, czy na krótko.
– Ja, nawet kiedy wyjeżdżam na weekend, to biorę ze sobą laptop – wtrącam.
Igor się uśmiecha:
– Wytłumacz to KGB na granicy. Jak widzą laptop, to zakładają, że emigrujesz. A jak zakładają, że emigrujesz, to zaczynają cię sprawdzać we wszystkich bazach danych. A kto wie, czy czegoś tam na mnie nie mają? Więc na wszelki wypadek wyjechałem bez komputera.
* * *
Zupełnie inna jest historia polityka opozycji Maksima, którego imię również zostało tu zmienione dlatego, że jego ocena białoruskiej rzeczywistości jest niezgodna nie tylko z reżimową wykładnią, ale również z linią obowiązującą wśród opozycji.
– Dla mnie sprawa była oczywista – mówi Maksim. – Najpierw swoje odsiedziałem, potem wyjechałem. Nie mam powrotu. Nie wiem, czy pamiętasz naszą rozmowę z 2011 roku, kiedy spotkaliśmy się w Wilnie?
Oczywiście, że pamiętam. Z Maksimem znam się z czasów, kiedy jeszcze nie byłem dziennikarzem, lecz pracowałem jako dyplomata na Białorusi.
– Powiedziałem ci, że jeszcze rok, dwa i to wszystko się zawali, a ja wrócę na Białoruś – kontynuuje Maksim.
– A pamiętasz, co ci poradziłem?
– Tak, żebym sobie ułożył życie, założył rodzinę, a na Białoruś wrócę, jak dobrze pójdzie, za 20 lat. Minęło już 14 lat z tych 20, które mi wtedy wróżyłeś.
– Myślisz, że w ciągu sześciu lat dasz radę wrócić?
– Myślę, że może się tak złożyć, że nigdy nie wrócę.
– A rodzinę założyłeś?
– Tak, ale jeżeli pytasz mnie o to, czy zapuściłem tu korzenie, to jestem cały czas, jak to się mówi, na walizkach. To znaczy, wszystko wydaje mi się takie… tymczasowe. Czuję się, jakby to był jakiś urlop, przecinek, nawias, coś nierzeczywistego.
Pytam Igora, czy on również czuje się tak, jakby był w Polsce tylko na chwilę. Zaprzecza.
– Postanowiłem związać swoje życie z Polską. Chociaż powiem ci uczciwie, że po pierwszych dwóch latach zastanawiałem się, czy nie emigrować dalej. Wielu moich kolegów pojechało na Zachód. To jest w ogóle dylemat, czy jeżeli wyjeżdżasz, to masz traktować swój pobyt jako tymczasowy i być Białorusinem na emigracji, czy może stać się Polakiem, Niemcem, Szwedem i tak dalej. Nie jestem tu tymczasowo, a równocześnie dobrze się czuję ze świadomością, że jestem blisko kraju. Może chodzi też o to, żeby rodzice mieli bliżej? Kiedy rozmawiałem z mamą, to zawsze używała tego argumentu. Niby nie ma żadnej różnicy, czy jestem tu, czy gdzieś dalej… Jak przyjeżdża do mnie, to tak czy siak płacę za jej przyjazd. Najwyżej wsiadłaby w samolot. Szczerze? Myślę, że mój wyjazd to jest dla nich dramat, bo jestem ich jedynym synem i matka chciałaby mieć poczucie, że jestem w jakimś sensie blisko.
– A ojciec?
– Nie wiem. Mam nadzieję, że też.
* * *
Paweł jest biznesmenem z majątkiem wartym kilkanaście milionów dolarów. Jego syn studiuje w Warszawie, a córka po zakończeniu studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim osiadła w Krakowie. On nie wyemigrował, ale gdy pytam go o poczucie tymczasowości, opowiada, że przez kolejne lata krok po kroku wywiózł już z Białorusi kilka milionów.
– Gdybym wyjechał z dnia na dzień, straciłbym wszystko. A tak to, jakby co, sporo mam na Zachodzie.
Gdy pytam go, czy jego dzieci trafiły do Polski, a nie do innego kraju, żeby być bliżej Białorusi, stwierdza:
– Przede wszystkim musieliśmy je szybko wywieźć, bo i syn, i córka chodzili na demonstracje i panicznie się baliśmy, że trafią do więzienia. Pewnie dałbym radę jakoś ich wyciągnąć, ale nawet miesiąc w więzieniu KGB to jest horror. Chłopak jeszcze by sobie dał radę, ale przecież dziewczyny zdarzało się, że gwałcili.
Gdy wracam do pytania, dlaczego wybrali Polskę, Paweł przyznaje:
– Chodziło chyba o to, że zakładałem, iż kiedyś może dzieci będą mogły wrócić. I nie chciałem, żeby wyjechały do jakiegoś kraju, który byłby kulturowo tak odległy, że z czasem na powrót nie byłoby szans. Inna sprawa, że jak założą rodziny, to też nie wrócą. Na tamtym etapie chodziło o to, że wasz kraj jest swojski, mamy wiele wspólnego.
Paweł w Polsce jest raz na kilka miesięcy. Czasem kupuje bilety do Dubaju, by tam spędzić z dziećmi kilka dni.
– Problem polega na tym, że córka zaczęła już pracę i ma tu męża. Nie chce spędzać każdych wakacji z rodzicami. Dla nas z kolei urlopy to jedyny czas, kiedy możemy się z nimi widywać, więc przyjeżdżamy po prostu do Polski. Niby turystycznie, a tak naprawdę po to, żeby się z nimi zobaczyć. Nie byłem chyba gotowy na to, że całkowicie opuszczą dom rodzinny. To się stało nie tak jak zazwyczaj, etapami, ale w zasadzie z dnia na dzień. Dzieci nie mają z tym problemu, moja żona też nie. Ale ja tak.
– Macie przecież komunikatory.
– Komunikatorom to jednak nie ufam. To znaczy, rozmawiamy sobie na tematy rodzinne, ale pewnych pytań nie możemy zadawać. Oni to rozumieją i my to rozumiemy.
– Możecie mówić aluzjami.
– Wolę nie mówić nawet aluzjami, mam za dużo do stracenia. Więcej wolności masz, jak mieszkasz w Brześciu, a właściwie w bezpośredniej bliskości granicy. Bo wtedy kupujesz polską kartę SIM, wyłączasz roaming, czyli nie przełączasz się na sieć białoruską, i serfujesz po Internecie tak, jakbyś był w Polsce. Chociaż niektórzy mówią, że służby i tak mogą wyłapać twoje komentarze. Więc ja sobie tylko czytam, ale nic nie komentuję.
* * *
Gdy pytam Tamarę, kiedy ostatnio widziała się z mężem, tłumaczy, że niestety jest ciągły problem z uzyskaniem wizy do Polski, a w zasadzie z umówieniem się na rozmowę w tej sprawie, i to blokuje jego przyjazd.
– Gdyby nie to, nie zobaczylibyśmy Stambułu. Mąż na Białorusi wykupił wycieczkę do Turcji, a ja poleciałam tam z Polski.
Tamarę, w przeciwieństwie do pozostałych rozmówców, spotkałem całkowicie przypadkowo. Zamówiłem kiedyś Bolta i zaczęliśmy rozmawiać. Nie spodziewałem się tak eleganckiej kobiety jako kierowcy taksówki. Z ciekawości spytałem, z jakiego jest kraju, i gdy dowiedziałem się, że z Białorusi, zaciekawiły mnie okoliczności jej przyjazdu. Okazało się, że była wykładowczynią na wyższej uczelni.
Czy nie czuje się upokorzona tym, że mając doktorat, zajmuje się teraz jeżdżeniem taksówką? Tamara przyznaje, że takie uczucie towarzyszyło jej bardzo długo. Paradoks polega na tym, że prowadząc taksówkę w Polsce, jest w stanie zarobić znacznie więcej niż na Białorusi jako wykładowca.
– Przyzwyczaiłam się. Jedyna różnica polega na tym, że w Mińsku mieliśmy piękne mieszkanie, a tutaj wynajmuję pokój. W dwóch pozostałych mieszkają studenci.
– To nie boli?
– Boli. I to bardzo.
Dlaczego wyjechała?
Została uprzedzona przez przyjaciółkę, której mąż pracował w KGB, że grozi jej aresztowanie.
* * *
Podobnie białoruską rzeczywistość opisuje Paweł, który zdołał sprawdzić, czy w bazie danych osób poszukiwanych nie znajdują się jego dzieci.
– Gdyby tam były, wyjechalibyśmy na Zachód przez Rosję. Jak wiesz, na granicy Białorusi z Rosją przez długi czas nie było żadnej kontroli, istniała więc ta zaskakująca droga ucieczki. Teraz to się oczywiście zmieniło.
Paweł dodaje, że w ostatnim czasie można zaobserwować ciekawe zjawisko. Odkąd wyjazdy na Zachód stały się dla Rosjan znacznie trudniejsze, wielu zaczęło przyjeżdżać na Białoruś.
– Mamy zatrzęsienie turystów z Rosji. Zwiedzają gubernię – dodaje złośliwie.
Igor, który jako informatyk jest na bieżąco ze wszystkim, co się dzieje w sieci, zwraca moją uwagę na to, że kawiarnie i restauracje na Białorusi bardzo dbają o dobre opinie w Google.
– Kiedyś, kiedy głównie miejscowi chodzili do kawiarni i restauracji, żadnych opinii na Google mieć nie musiałeś. Teraz, jak ktoś prowadzi restaurację, to musi zebrać oceny przynajmniej 4,1 lub 4,2, żeby przyciągnąć rosyjskich turystów, którzy niezmiennie mają więcej pieniędzy.
Białoruś, którą sam pamiętam sprzed 15 lat, to kraj, w którym w mniejszych miastach trudno było cokolwiek przyzwoitego zjeść. Dzisiaj w każdej miejscowości jest przynajmniej kilka dobrych lokali.
– To jest uderzające – ocenia opozycjonista Maksim, podkreślając, że przecież sytuacja gospodarcza na Białorusi ewidentnie się pogarsza, co widać po jakości dróg.
Jego uwaga bardzo mnie zaskakuje, bo jeszcze 15 lat temu białoruskie drogi były lepsze niż polskie.
– To odległa przeszłość – stwierdza Paweł. – Łukaszence w pewnym momencie ewidentnie zaczęło brakować pieniędzy i kilka lat temu musiał nawet publicznie przyznać, że na Białorusi jest problem z jakością dróg.
Paweł, podobnie jak Maksim, wskazuje na fakt, że rosnącym kłopotom gospodarczym towarzyszy równocześnie rozkwit branży restauracyjnej i klubowej. Po pierwsze dlatego, że przyjeżdżają turyści z Rosji. Po drugie, Łukaszenko ostatecznie pogodził się już z tym, że musi pozwolić ludziom się bogacić. W efekcie nawet w mniejszych miastach można wypić sojowe latte albo matchę.
Tamara przekonuje, że w pewnym momencie, zaraz po demonstracjach w 2020 roku, pojawiło się wręcz odgórne zalecenie, żeby dbać o rozrywki dla młodzieży.
– Chodziło o to, żeby się bawili, a nie spiskowali. To naprawdę proste.
Paradoks sytuacji polega na tym, że na Białorusi, jak zgodnie zauważają moi rozmówcy, jest z jednej strony biedniej niż kiedyś, a z drugiej uderza też bogactwo, którego kiedyś nie było. Białoruś przez długie lata była krajem z bardzo niedużymi różnicami majątkowymi. Dziś, jak stwierdza Tamara, „z łukaszenkowskiego socjalizmu już niewiele zostało”.
Paweł podkreśla, że dzisiaj na Białorusi dwa tysiące złotych to naprawdę przyzwoite wynagrodzenie. Równocześnie wiele towarów jest droższych niż w Polsce. Tamara z uniwersyteckiej pensji była w stanie kupować tylko zupełnie podstawowe produkty żywnościowe. Świadomość rosnącej biedy spowodowała, że władze zaczęły wprowadzać ceny urzędowe czy też, precyzyjniej rzecz ujmując, maksymalne ceny urzędowe na niektóre kategorie towarów.
Igor wspomina, że przed obecną wojną Wilno było miastem, w którym każdy białoruski informatyk bywał przynajmniej raz na miesiąc.
– Różnica polega na tym, że kiedyś jeździło się tam na zakupy. A teraz, żeby spotkać znajomych, bo dobrze ponad połowa białoruskich informatyków osiadła na Litwie.
* * *
Gdy pytam Igora, co było impulsem, by wyjechać, skoro – inaczej niż wielu jego kolegów – nie opuścił kraju zaraz po stłumieniu białoruskiej rewolucji, odpowiada jednoznacznie:
– Wojna. Wtedy zrozumiałem, że to już koniec. Albo wyjadę, albo będę całe życie w takim sowieckim syfie żył. Wcześniej się ociągałem, ale napaść Rosji na Ukrainę była tym momentem, który zaważył. Nie wahałem się już ani sekundy dłużej. To był dzień, w którym przede wszystkim uspokajałem swoją żonę. Nigdy nie sądziliśmy, że dożyjemy czegoś takiego. Powiem ci uczciwie, ja się czuję jako Białorusin winny.
Paweł widzi to podobnie.
– Nie wysłaliśmy tam naszych wojsk, ale tak czy inaczej wzięliśmy w tym udział. Ja osobiście strachu nie odczuwałem, ale bałem się, żeby moje dzieci nie miały w Polsce jakichś kłopotów. Na szczęście szybko się okazało, że pomijając kilka zupełnie odosobnionych incydentów, Polacy nie obciążali Białorusinów żadną odpowiedzialnością za to, co się stało.
Tamara dodaje, że może nawet lepiej być w Polsce Białorusinem niż Ukraińcem. Wspomina pasażera, który zaczął w bardzo niesympatyczny sposób rozmawiać z nią, pytając, czy popiera Banderę. Uspokoił się, gdy usłyszał, że jest z Białorusi.
– Nie spodziewałam się, że bycie obywatelem kraju sprzymierzonego z Rosją może w którymś momencie oznaczać, iż jest się w Polsce lepiej odbieranym…
Maksim twierdzi, że w dniu wybuchu wojny wielu polityków białoruskiej opozycji spodziewało się, iż wywoła to taki wstrząs, że ludzie znów wyjdą na ulice.
– Wyszliby, gdyby Łukaszenko wysłał nasze wojska do walki – uważa Maksim. – Wtedy rzeczywiście mogłoby dojść do buntu. Przy czym jako pierwsza zbuntowałaby się sama armia.
Przypominam mu, że nadzieje na bunt struktur siłowych dominowały w środowiskach opozycyjnych już w czasie protestów po wyborach w 2020 roku, i pytam, czy nie jest zbyt naiwny, wciąż na to licząc. Maksim odpowiada, że po stronie Rosji walczyłyby pewnie lojalne siły specjalne złożone z zawodowych żołnierzy, natomiast zwykła armia poborowych albo nie wykonałaby rozkazu, albo by się zbuntowała. Według Maksima to dlatego Łukaszenko nie przyłączył się bezpośrednio do działań wojennych.
Paweł wspomina, że w tygodniach poprzedzających wybuch wojny i w tych, które nastąpiły bezpośrednio po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji, na ulicach białoruskich miast zaroiło się od rosyjskich żołnierzy. Pamięta sytuację, kiedy w centrum handlowym w Mińsku dwóch rosyjskich oficerów spytało go, gdzie jest kantor. Na co żona Pawła po białorusku odpowiedziała, że bardzo przeprasza, ale nie rozumie języka rosyjskiego.
– Uwierz mi, że wszyscy wokół się uśmiechali. My naprawdę czymś się jednak od Rosjan różnimy.
Z tą opinią zgadzają się wszyscy pozostali moi rozmówcy. Podkreślają, że na Białorusi, inaczej niż w Rosji, wojny niemal nikt nie popierał. Igor wspomina, że bezpośrednio po rozpoczęciu inwazji w białoruskim Internecie zaroiło się od filmów z przeróbkami wystąpienia Aleksandra Łukaszenki, w którym uzasadniał konieczność rosyjskiej napaści na Ukrainę. Kilka z nich przedstawiało go jako homoseksualistę, chociaż raczej należałoby użyć powszechnie stosowanego za naszą wschodnią granicą słowa _pidarasa_.
Nieco mniej optymistyczna jest Tamara. Podkreśla, że wielu studentów na Białorusi niestety zaczęło przyjmować rosyjską perspektywę.
– To nie jest tak, jak twierdzą zwolennicy opozycji, że Łukaszenki i Rosji nikt nie popiera. Robi to mniejszość, ale dostatecznie liczna. Nie wiem, czy to jest 30 czy 40 procent ludzi, ale na pewno jest ich dostatecznie wielu, żeby białoruski reżim z jego prorosyjskim nastawieniem miał jednak jakieś oparcie w społeczeństwie – twierdzi Tamara. – Najgorsze jest to, że Zachód odpuścił sobie Białoruś.
Wszyscy moi rozmówcy, gdy pytam ich o kwestię polskich wiz, stwierdzają, że nie rozumieją, dlaczego Polska nie robi wszystkiego, żeby jakoś ułatwić Białorusinom przyjazdy do nas.
– Przecież moglibyście dawać pięcioletnie wizy Schengen i wprowadzić elektroniczną kolejkę, tak jak jest to zorganizowane po stronie białoruskiej. To chyba dobrze, żeby Białorusini wyjeżdżali do Polski, czy też dalej na Zachód, i wracali do siebie, opowiadając, że gdzieś obok, naprawdę blisko jest zupełnie inny świat – mówi Paweł. – Teraz wyjazdy do Polski są dla nas logistycznym koszmarem. I jest w tym bardzo dużo polskiej winy. Ja czasem naprawdę wolę polecieć do Polski przez Dubaj. No ale to jest paranoja.
* * *
Jak wygląda codzienne życie Białorusinów? Tamara, Paweł, Igor i Maksim odpowiadają mi zdziwionym spojrzeniem i mówią, że ludzie żyją zwyczajnie. Tamara dodaje, że młodzi ludzie oczywiście będą się bawić w każdych okolicznościach, bo takie jest prawo wieku. Będą się wygłupiać i chodzić na imprezy.
– Ale panuje też poczucie beznadziei. Tu nie chodzi tylko o kwestie wolności czy też praw politycznych, ale o poczucie, że nie możesz nic osiągnąć. To jest troszkę tak, jak u was w latach osiemdziesiątych, chociaż my porównujemy to częściej do epoki breżniewowskiej. To znaczy, masz to, co masz, i nie będziesz mieć nic więcej.
Z tą ostatnią opinią nie do końca zgadza się Paweł, który ocenia, że masowa emigracja spowodowała, iż paradoksalnie dla ludzi zamożnych otworzyło się dużo możliwości.
– Ja na przykład kupiłem dwie firmy, które sprzedawali ludzie emigrujący z Białorusi – mówi Paweł.
O wyprzedaży majątku opowiada też Igor, według którego wyjechało ponad 80 procent jego znajomych z branży. Pierwsza fala po spacyfikowaniu demonstracji opozycji w 2020 roku i druga – po wybuchu wojny. Wszyscy sprzedawali na przykład mieszkania.
Zapytany o codzienne życie na Białorusi Maksim stwierdza, że jest już tyle lat na emigracji, iż nie jest przekonany, czy jeszcze wie cokolwiek o własnej ojczyźnie.
– To jest zresztą chyba nasz największy problem. Kiedyś napisałeś dość ironicznie o nas jako o „rządzie londyńskim”. I tak to niestety chyba jest. Nie mamy już dzisiaj nie tylko żadnego wpływu na to, co się dzieje na Białorusi, ale przede wszystkim nie wiemy, co tam się dzieje. To znaczy znamy fakty, nominacje, obserwujemy przetasowania kadrowe, ale nie czujemy sytuacji. Z tego, co słyszę od znajomych, ludzie uciekają w życie prywatne. Każdy, kogo stać, jeździ sobie na wycieczki krajoznawcze. Ludzie chodzą na spacery, częściej odwiedzają muzea. Modny stał się sport, zajęcia z tańca, joga. No wszystko, rozumiesz, co nie jest podejrzane.
Słowa Pawła potwierdza Tamara.
– To jest dość popularny sposób demonstrowania białoruskiego patriotyzmu. Niby nic, ale demonstrujesz w ten sposób przywiązanie do swojego kraju. Powstał też bardzo specyficzny język: słowa klucze, przy pomocy których podkreślasz swoją białoruskość – tłumaczy Tamara.
O tym, że coraz więcej ludzi zaczyna się uczyć białoruskiego, mówi również Paweł, którego żona opanowała białoruski do perfekcji. Równocześnie jednak to wszystko jest działaniem indywidualnym, oddolnym.
– Na pewno nie ma na Białorusi czegoś takiego, co wy mieliście w Polsce w latach osiemdziesiątych, czyli oparcia w Kościele. Cerkiew prawosławna jest nie tylko lojalna wobec reżimu, ale chyba też lojalna w stosunku do Rosji. Nieco inaczej wygląda sytuacja Kościoła katolickiego, który jednak trzyma się z dala od polityki. Nie ma zresztą innego wyjścia, jest mniejszościowy i jeżeli tylko się zaangażuje w politykę, to przestanie istnieć.
Igor stwierdza, że być może coś takiego jak wzrost popularności języka białoruskiego rzeczywiście ma miejsce, ale gdyby on miał opowiedzieć o swoim środowisku, to raczej byłaby to opowieść o braku zainteresowania czymkolwiek poza życiem prywatnym.
– Dla mnie największym szokiem było to, jak łatwo jest człowiekowi odebrać wszystko, co ma – mówi Igor. – Tym zresztą różniły się represje z 2020 roku od tych poprzednich. One po prostu stały się powszechne. Wiem, że może sam powinienem się bardziej interesować życiem publicznym, ale mam jedno życie i chcę je przeżyć w miarę sensownie, dlatego unikam jakiejkolwiek aktywności. Nic dobrego zresztą z tego całego demonstrowania nie wyszło. Ludzie chcą po prostu żyć.
Pytam moich rozmówców o życie kulturalne na Białorusi. Wszyscy zgodnie twierdzą, że nie ma niczego, co nie byłoby sprawdzane przez KGB: działalność artystyczna czy jakakolwiek niszowa aktywność. Paweł, który ma w strukturach reżimu wielu znajomych, zauważa:
– Nawet ludzie na stanowiskach dziwią się, do jakiego stopnia władze oszalały. Był taki moment, że nawet organizacje kobiece czy broniące praw zwierząt były sprawdzane pod kątem prawomyślności. A ty mnie pytasz o jakieś offowe teatry. Daj spokój!
Zdaniem Tamary na Białorusi tak naprawdę były łącznie cztery lata czegoś na kształt demokracji. Był to zresztą według niej „bardziej chaos niż demokracja w zachodnim znaczeniu tego słowa”.
– My jesteśmy po prostu Związkiem Radzieckim. A jak jesteś Związkiem Radzieckim, to dla wielu ludzi emigracja wewnętrzna jest stanem naturalnym – tłumaczy.
Paweł dodaje, że Białoruś to, owszem, ZSRR, ale z prywatnym kapitałem, bo jednak przedsiębiorców prywatnych na Białorusi są tysiące.
– A multimilionerów?
– Setki, jeśli nie tysiące.
Ciekawi mnie opinia moich rozmówców, czy przedsiębiorcy mogą być siłą, która jest w stanie zmienić Białoruś.
Paweł na takie pytanie przecząco kiwa głową i stwierdza, że ci, którzy mogliby być zagrożeniem dla reżimu, dawno już wyjechali.
Z powyższą uwagą zgadza się Maksim. Jego zdaniem odkryciem, które poczynili białoruscy biznesmeni, jest to, że zupełnie swobodnie można funkcjonować w obiegu gospodarczym pomiędzy Białorusią, Rosją, Chinami, Turcją i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Przecież przelewy zawsze możesz zrobić przez bank w Dubaju. Na wakacje możesz polecieć na Bali albo do Turcji. Samochód możesz kupić chiński.
Pytam przy okazji o białoruską motoryzację. Paweł stwierdza, że Białoruś w coraz większym stopniu upodabnia się do Rosji, gdzie salony samochodowe zachodnich marek zostały zastąpione przez salony samochodowe chińskich marek.
– Dwadzieścia lat temu to byłaby rzecz smutna, bo oznaczałaby jeżdżenie tanimi podróbkami. Ale teraz Chińczycy produkują już naprawdę luksusowe auta. Zresztą Lexusa też przecież możesz u nas kupić.
A gdzie wolność?
– W tym, że masz paszport i połączenie ze światem, jeśli nie bezpośrednio, to przez Dubaj albo Stambuł – mówi Paweł.
* * *
A jak wygląda stosunek Polaków do Białorusinów?
– Mam wrażenie, że wy w ogóle nie macie jakiegoś szczególnego stosunku do nas, bo tak naprawdę nie do końca wiecie, co to jest ta Białoruś i kto to są ci Białorusini – ocenia gorzko Igor. – Jakiś taki naród, który mieszka obok, ale za bardzo nie wiadomo, czym jest. Wy, Polacy, macie jakiś określony stosunek do Rosjan, macie jakiś stosunek do Ukraińców, nawet Litwini istnieją w waszej świadomości. Czesi to są dla was Pepiki i macie ich gdzieś, ale przynajmniej nazwaliście ich jakoś. A do Białorusinów nie macie żadnego stosunku. I to nawet zresztą dobrze. Łatwiej się w tłum wtopić.
Maksim, który głównie z powodu właśnie tej wypowiedzi prosił mnie, żebym zmienił jego imię, stwierdza, że Polacy mają generalnie dobry stosunek do Białorusinów, ale to dotyczy tych Polaków, którzy nie mają pojęcia o Białorusinach.
– Niestety ci, którzy się nami zajmują, a już na pewno ci, którzy bohatersko z biur w Warszawie walczą o wolność na Białorusi, chyba niezbyt nas szanują – twierdzi Maksim. – Albo wiesz co, może powiem tak, jak ty to czasem pisałeś. Wyczuwam w waszym polskim stosunku do nas pogardę.
Kiedy pytam o przejawy tego braku szacunku czy też nawet pogardy, o której nieraz rzeczywiście pisałem, Maksim podkreśla, że nie chodzi o to, iż białoruska opozycja w Polsce dostaje dostatecznie dużo pieniędzy, żeby nie umrzeć z głodu, a jednocześnie niedostatecznie, żeby móc działać, ale o coś znacznie bardziej dla opozycji i narodowej godności ważniejszego:
– Cała ta pomoc jest wydzielana tak, żeby dać nam odczuć, że jesteśmy dziadami – twierdzi Maksim. – W czasie rozmów o Białorusi bardzo często padają słowa, że Białorusini są narodem, za przeproszeniem, bez jaj, takim, który nie jest zdolny do stawiania oporu.
I pyta retorycznie:
– A gdzie jest ten wasz opór, kiedy polscy politycy zachowują się w skrajnie nieodpowiedzialny sposób w obliczu wojny? Tak, Solidarność się wam udała, ale co wy tak naprawdę niby wiecie o obalaniu dyktatury, i to nie takiej, która albo zgniła i chce oddać władzę, albo takiej jak ta pisowska, czyli z tektury, która nie wsadziła ani jednego więźnia politycznego, ale takiej prawdziwej? Bo nam się, owszem, nie udało, ale, do cholery, próbowaliśmy, i to kilka razy.
Gdy odpowiadam, że chodzi o sytuację, gdy na ulice wychodzą setki tysięcy ludzi, Maksim przypomina, że Białorusini wychodzili na ulice na początku niepodległości, a następnie w roku 2020. I dodaje:
– No dobrze, może to jest raz na 30 lat, ale czy wy robicie rewolucję częściej niż raz na 30 lat?
Żal w głosie słychać też, gdy rozmawiam z Tamarą, która mówi, że Polacy zauważają tylko te narody, które w nich przekonaniu zrobiły Polsce krzywdę.
– A z nami jest tak, że jeśli już ktoś komuś kiedyś coś złego zrobił, to na pewno nie Białorusini Polakom. Białoruś to w polskim odbiorze tacy, nie wiem, jak to powiedzieć po polsku… kołchoźnicy. Niegodni uwagi.
Na uwagę Tamary odpowiadam, że może chodzi o to, że obraz Białorusi w oczach Polaków stworzył Łukaszenko, a precyzyjniej, fakt, że był dyrektorem sowchozu. Może przez to, że w przekonaniu polskich polityków był po prostu człowiekiem ze wsi, by nie rzec wieśniakiem, to go nie docenialiśmy i w efekcie najpierw go poparliśmy, bo uważaliśmy, że jest głupkiem, a później z kolei nieskutecznie z nim walczyliśmy.
Maksim w rozmowie na ten temat stwierdza, że cały problem polega na tym, że Łukaszenko jest człowiekiem wykształconym, który znakomicie udawał, a chwilami wciąż jeszcze udaje wiejskiego głupka. A tymczasem jest niezwykle sprytnym, owszem, w bardzo sowieckim typie, ale jednak inteligentnym człowiekiem.
Gdy pytam o ten malowany przez Polaków obraz Białorusinów jako ludzi prostych i nieskomplikowanych, zastanawiam się, czy nasz stosunek do Białorusinów nie jest w jakimś stopniu pochodną pogardy, którą polska inteligencja odczuwa w stosunku do polskiej wsi.
Paweł zaznacza, że jego pochodzący z pogranicza polsko-białoruskiego dziadek opowiadał mu o tym, jak Polska tępiła białoruski język – przy czym nie chodzi tylko o działania II Rzeczpospolitej, ale również tak zwanych leśnych, czyli podziemie antykomunistyczne, które traktowało nauczanie języka białoruskiego jako zdradę Polski.
– Był taki moment, gdy zaczęliście czcić jednego ze swoich żołnierzy wyklętych, który wymordował białoruską wioskę – wspomina Maksim. – Na szczęście w to szaleństwo nie wszedł ówczesny prezydent Andrzej Duda, który pojechał i pokłonił się ofiarom. Problem polega na tym, że nikt tego u was nie zauważył. Tak jakbyśmy nie byli godni uwagi.
Gdy pytam Igora i Tamarę o gest prezydenta, bardzo wyraźnie widać, że szukają w pamięci i nie przypominają sobie takiego wydarzenia. Z ciekawości pytam kilkoro polskich przyjaciół o te czarne plamy w polsko-białoruskiej historii, kiedy to Polacy nie byli ofiarami albo równocześnie ofiarami i sprawcami, ale byli wyłącznie sprawcami. Nikt nie wie, o co w ogóle chodzi. Gdy relacjonuję to Maksimowi, ten stwierdza:
– I to jest właśnie to. Gdyby rzecz dotyczyła Ukrainy, w twoim kręgu towarzyskim przynajmniej co drugi człowiek wiedziałby, o co chodzi. Ale o krzywdach wyrządzonych Białorusinom nikt w Polsce nie pamięta. My jesteśmy jakby na drugim planie.
Proszę Pawła, by nakreślił ze swojej perspektywy nieco głębsze tło relacji polsko-białoruskich. Najpierw zaznacza, że wśród jego znajomych biznesmenów białoruskich jest kilku, którzy mają polskie pochodzenie. Jego zdaniem wszyscy oni traktują je jako coś całkowicie prywatnego. I dodaje, że oni, rzecz jasna, nie włączają się w żaden sposób w działania polskiej mniejszości.
– Polska mniejszość, inaczej niż litewska, zaczęła się kojarzyć z opozycją, a skoro tak, to nieuchronnie stała się przedmiotem walki politycznej – podkreśla Paweł.
Maksim stwierdza, że w istocie tak było od początku, a polskie władze zamiast trzymać polską mniejszość z dala od polityki, pozwoliły, by polskość i walka z reżimem stały się niemal synonimami.
– W warunkach dyktatury to się nie mogło dobrze skończyć – podsumowuje.
* * *
Opinie moich rozmówców zderzam w pamięci z osobistym spotkaniem z jednym z najbogatszych białoruskich biznesmenów, który powiedział mi wprost, że stara się trzymać od polskiej ambasady z daleka. Przypomina mi się też słynny satyryczny obrazek pokazujący Białorusinów, którzy w czasie protestów w 2020 roku kładli gazetę na ławce i dopiero potem na nią wchodzili, bo nie chcieli jej pobrudzić.
– Dokładnie tacy jesteśmy – mówi Paweł. – I to dokładnie z tego powodu jeszcze nie obaliliśmy Łukaszenki. Bo jesteśmy zbyt grzecznym narodem, żeby komuś dać w mordę. Ten nasz spokojny do bólu charakter bardzo źle wróży obaleniu dyktatury, ale bardzo dobrze wróży Białorusi, gdy pewnego dnia stanie się demokracją.
Igor przyznaje, że Białorusini rzeczywiście co do zasady wolą unikać konfliktów. Tamara dzieli się z kolei wspomnieniem z czasów, kiedy pracowała na uniwersytecie:
– Białoruscy studenci pod pewnym względem dość zasadniczo różnią się od studentów polskich. Bardzo przykładnie wszystko robią na czas. Prawie zawsze są przygotowani do zajęć. Jak każesz im coś przeczytać, to 75 procent z nich naprawdę to przeczyta. Choćbym im poleciła przestudiować sto stron na następny dzień. I to nie jest kwestia systemu politycznego i presji ze strony KGB. To jest pewien rys charakteru narodowego.
Ta uwaga Tamary rezonuje w mojej głowie. Przypominam sobie rozmowę z rektorem jednej z wyższych uczelni w Polsce, który opowiadał mi, czym się różni akademik w większości zamieszkany przez studentów ukraińskich od akademika w większości zamieszkanego przez studentów białoruskich. W tym pierwszym imprezy są nie tylko w każdy weekend, ale w zasadzie każdego dnia. W tym drugim o godzinie 22 panuje cisza i tylko w weekend muzyka gra „aż do północy”.
Pytam Maksima, czy Aleksander Łukaszenko, obiecując Białorusinom spokój i porządek oraz w istocie zapewniając im przez pewien czas ten spokój i porządek (jakimi metodami, to zupełnie inna sprawa), nie okazał się człowiekiem, który doskonale rozumie swój naród. Białoruski opozycjonista stwierdza, że może i na początku tak było, ale dzisiaj jest już po prostu starym zgredem, który nie zauważył upływu czasu.
– Łukaszenko się zgrał – dodaje Tamara. – Kto by się zresztą po 30 latach u władzy nie zgrał?
Jak zauważa Igor, Łukaszenko nie zaktualizował software’u. I dodaje, odnosząc się do wyraźnie gorszej fizycznej formy białoruskiego dyktatora:
– Hardware też już mu się zestarzał. Jak masz tak bardzo przestarzały software, to albo ci się pewnego dnia cały system zawiesi, albo ktoś ci ten system zhakuje.
Maksim, usłyszawszy tę uwagę, którą mu zrelacjonowałem, wybucha śmiechem i gorzko puentuje:
– Niestety, obawiam się, że to nie wy, Polacy, zhakujecie mu ten system.
* * *
W czasie rozmów, które odbyłem z moimi białoruskimi znajomymi, pojawia się jeszcze jeden wątek, kiedy dzielę się z nimi moimi wspomnieniami z podróży po Białorusi. Wspomnieniami, bo bez immunitetu dyplomatycznego nie odważyłbym się dziś tam pojechać.
Opowiadam im o mojej pierwszej podróży z Moskwy, w której pracowałem w polskiej ambasadzie, do Warszawy. Gdy spytałem jednego z kolegów o wskazówki, którędy należy jechać, usłyszałem, że należy wyjechać z bramy ambasady i skręcić w lewo, następnie znowu w lewo, a potem w prawo na Kutuzowski Prospekt w Moskwie. Następnie trzeba jechać mniej więcej 600 kilometrów prosto. W pewnym momencie na autostradzie pojawi się rozjazd. Mińsk w prawo. Brześć do przodu. Trzeba jechać cały czas prosto. W Brześciu należy skręcić raz w lewo, raz w prawo, a potem już wjeżdża się do Warszawy. Proszę sobie wyobrazić opisanie jakiejkolwiek liczącej 1250 kilometrów trasy po Europie w tak zwięzły sposób.
Różnica między Rosją a Białorusią polegała na tym, że w Rosji była zła nawierzchnia, a na Białorusi doskonała. Przede wszystkim jednak w Rosji przez 150 kilometrów od Moskwy przejeżdżało się cały czas przez jakieś miasteczka, potem mijało się albo jakiś zakład przemysłowy, albo jakąś mniejszą miejscowość. Gdy wjeżdżało się na Białoruś, w aucie robiło się cicho, a pasażerów ogarniał spokój. Przez niemal 600 kilometrów nie mijało się w zasadzie żadnych miast, żadnych wsi, żadnych zakładów przemysłowych. Gdy po lewej i po prawej zaczynały się pola uprawne, to widać je było przez dziesiątki kilometrów. Potem pojawiał się las. I znów ciągnął się przez kilkadziesiąt kilometrów. Gdy parkowało się na przydrożnym parkingu, można było znaleźć miejsce oddalone od jakiegokolwiek innego samochodu.
W Rosji ludzie rozbijali się, bo ktoś po alkoholu wyjeżdżał z bocznej drogi albo jechał jak szaleniec. Na białoruskich drogach największym ryzykiem było zaśnięcie za kierownicą z nudów. Wystarczy zresztą spojrzeć na mapę, dostrzec wielkość Białorusi i uświadomić sobie, że mieszka tam zaledwie jakieś 9 milionów ludzi, żeby zrozumieć, jak słabo zaludnionym państwem jest nasz wschodni sąsiad.
Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie podróż nad Jeziora Brasławskie. Oto moim oczom ukazał się obraz, który widziałem jedynie na starych, pochodzących jeszcze z epoki Gomułki filmach o Mazurach. Nie było zbyt wielu ludzi. Ruch samochodowy był znikomy. Stało niewiele domów, niewiele ośrodków wypoczynkowych, kilka lokali, w których można coś zjeść. Zero reklam. Można się było zatrzymać przy drodze i po wyłączeniu silnika człowieka otaczała absolutna cisza. Podobne wrażenie miałem zresztą też nad znanym z literatury Mickiewicza jeziorem Świteź. Jezioro ma kształt koła i bardzo wyraźnie widać przeciwny brzeg. Przede wszystkim jednak z pomostu widać każdy kamyczek na dnie jeziora, woda jest bowiem krystalicznie czysta. Cisza jest uderzająca. Jest idyllicznie i – to oczywiście rusycyzm – _ujutnie_.
Paweł, słysząc to, mówi:
– Wiesz, ja ze swoim biznesem, z luksusowymi samochodami, do których zawsze miałem słabość, z napędem do życia, z ambicjami, mam czasem takie poczucie, jakbym nie pasował do swojego kraju.
Zauważam, że przecież Mińsk jest dużym, pełnym dobrych lokali miastem, a Białorusini są wykształconym, inteligentnym narodem.
– A nie miałeś nigdy wrażenia, że w Mińsku nikt się nigdy nigdzie nie spieszy? Że jest ospały? Bo ja mam. Nigdy tego nie lubiłem, ale gdy wyjeżdżam, to się męczę tym waszym tempem – mówi.
Tamara, słuchając moich wspomnień, wzrusza się.
– Bo myśmy się troszkę zatrzymali w czasie. My jesteśmy z innej epoki. Z czasów bez reklam przy drogach, bez barów szybkiej obsługi. Bez szybkiej obsługi. U nas nic nie dzieje się szybko.
WITOLD JURASZ – dziennikarz i publicysta Onetu; publikuje artykuły poświęcone polityce zagranicznej i bezpieczeństwa oraz prowadzi podcast _Raport międzynarodowy_. Autor książek o Rosji i Władimirze Putinie (_Demony Rosji_) oraz Białorusi i Aleksandrze Łukaszence (_Demon zza miedzy_). Współautor wraz z prof. Hieronimem Gralą książki o kremlowskiej elicie władzy (_Wataha Putina_). Były chargé d’affaires RP na Białorusi oraz dyplomata w Rosji. Pracował też w strukturach obronnych zajmujących się programem NATO Security Investment Programme oraz w prywatnej spółce zajmującej się międzynarodowym handlem bronią.