Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Z wierszem do Brata Alberta - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lutego 2026
10,10
1010 pkt
punktów Virtualo

Z wierszem do Brata Alberta - ebook

Tomik „Z wierszem do Brata Alberta” powstał w kolejkach po zupę, na dworcach i w noclegowniach — w miejscach, gdzie nadzieja często gaśnie nad ranem. To poezja z wnętrza bezdomności: z braku imienia, adresu i miejsca przy stole, a także owoc czteroletniej pracy w Towarzystwie Pomocy im. Św. Brata Alberta — Koło Wrocławskie. Jest także rozmową z Bratem Albertem — o tym, co dziś znaczy „być dobrym jak chleb”.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Poezja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-686-1
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG — „List spod dworca”

Ten tomik „Z wierszem do Brata Alberta” nie powstał przy biurku. Pisałem go w kolejce po zupę, w poczekalni dworca, na ławce w parku, w noclegowni, z kartką trzymaną w dłoniach sztywniejących od mrozu. Te wiersze nie są literaturą o biedzie. One są z biedy. Z braku adresu, z braku imienia, z braku miejsca przy stole.

Nie opowiadam o ludziach w kryzysie bezdomności — piszę ze swojego wnętrza bezdomności — tam, gdzie plastikowy talerz waży więcej niż słowo, a kromka chleba staje się modlitwą. Tam, gdzie człowiek staje się „kloszardem nieznanym”, bo nikt już nie chce wiedzieć, jak ma na imię. Ten tomik poezji z Bratem Albertem jest rozmową. Nie jest echem z miasta, które przyspiesza. Nie z wystawami sklepów, które udają telewizor dla ubogich. To rozmowa z Tobą — święty Bracie Albercie — o tym, co zostałoby dziś z „bycia dobrym jak chleb”.

Pytam Cię: co ty zrobiłbyś w czasach Brata Alberta? W czasach nam współczesnych? Kiedy łatwiej wyrzucić nam człowieka z peronu niż podać mu herbatę? Gdy noclegownia staje się ostatnim adresem, a szpital jedynym domem, który przyjmuje bez pytań?

Te wiersze są jak kubek gorącej herbaty: nie zmienią świata, ale pozwalają przetrwać noc. Są jak dodatkowy talerz na stole nie dla dekoracji, lecz dla kogoś, kto przyjdzie niespodziewanie.

Jeśli czytasz je w cieple — czytaj powoli. Jeśli czytasz je w zimnie nie jesteś sam. Ten tom jest modlitwą bez ładnych słów. Rachunkiem sumienia pisanym od strony pustego talerza.

MARCIN STASZAKNa peronie

na peronie

bez tablicy odjazdów

zatrzymałem się

na skraju zimowej nocy

podróżni

mijali mnie

bez imion

o niczym ważnym

rozmawiałem

ze sprzedawcą

w budce z hot dogami

przemęczony

miejskim gwarem

i śniegiem

szukałem schronienia

wszędzie

próbowano mnie

usunąć

z poczekalni

dworca

pozwolono mi tylko

na chwilę ciepła

w kaplicy kolejowej

starszy mężczyzna

o siwych włosach

i brodzie

zamienił ze mną

trzy słowa

zapytałem o imię

powiedział:

Brat Albert

Ojcze Ubogich

na jedną noc

przenocuj mnie

w swojej

albertyńskiej

noclegowniPrzy wspólnym stole

przy wspólnym stole

i przy jednym chlebie

dzieliliśmy kromki

między sobą

w przytulisku

u Brata Alberta

bez wyrzutów sumienia

nikt nas nie poniewierał

nie wypominał

że życie

potoczyło się inaczej

że staliśmy się włóczęgami

najzwyklejsza herbata smakowała

najtańsza zupa rozgrzewała

w zimowe wieczory

nikt nie wyrzucał nas

donikąd

na mróz

Bracie Albercie

w okruszkach dobroci

daj nam wytrwać

i być

dobrym jak chlebMieszkamy

mieszkamy na osiedlu

z kartonowych pudeł

mamy sny

na ruchomych piaskach

za nami i przed nami

wszystkie mosty spalone

los tułaczy

przewraca się w głowach

łasimy się

na każdy rzucony nam

grosz pod nogi

Bracie Albercie

maluje tylko wierszami

swój portret

Ecce Homo

niech nas nazywają

że jesteśmy

od Biedaczyny z Krakowa

w noclegowni świt

przy świeczce dogasa

mróz za oknami

nadal jest dla nas

niemiłosierny

kawę zbożową

pijemy na raty

byle jak najdłużej

na moje Ecce Homo

szkoda słówSpowiedź szpitalnika

oskarżam serce

z braku miłości

że jej za mało we mnie

więcej poświęceń

by się zdało

więcej podanych

kubków z herbatą

więcej zupy

do talerzy nalanych

więcej rozmów

tych bardziej cierpliwych

asystowania wtedy

kiedy choroba

na łopatki rozkłada

na salach chorych

oskarżam swoje serce

że może za mało

we mnie czułości

że za szpitalnym parawanem

bywam jak bez wiary

że w brudowniku na internie

było za dużo

mocnych zwierzeń

że za mało kocy

rozdałem w noclegowni

że nie czuwałem

przy łóżku chorego

tak jak święci

że za szybko chciałem wyjść

z domu opieki społecznej

nie spowiadam się w tym roku

że w piątki jadałem za tłusto

że kilka ostrych słów

poleciało na wiatr

bo ubogich ktoś znowu wyzwał

grzechów nie wyznaję

że długich modlitw

nie odprawiam

że na tacę

nie daję jak trzeba

bo bardziej

czas cierpiącym oddaję

mnie

szpitalnikowi

nie pamiętaj Panie

że siebie sprzedałem

za miłosierdzieAlbertyńskie Post Morte

tak po prostu

przejść małą drogę

jak Teresa z Lisieux

najskromniej

zaprosić do stołu

tułaczy

naszych czasów

otworzyć na oścież

klasztorne furty

do chleba zaprosić

bo cóż więcej potrzeba

zakochałem się

w albertyńskiej służbie

jak szaleniec

wśród ubogich

staję się małym chłopcem

biedna miłość

jest mi najbliższa

zasiadam

w szorstkim klęczniku

gdy wieczór pachnie

zachodem słońca

to nic

że szary habit

połatany od cudzej biedy

modlę się

na drewnianym różańcu

sam bezdomnym będąc

rozpoznaję

Ubiczowaną Miłość

zamieszkaliśmy razem

pod jednym dachem

tuląc biedę do serca

na Kalatówkach

u Brata Alberta

uczyłem się ciszy

w Schronisku w Bielicach

u księdza Jerzego Marszałkiewicza

zapragnąłem być uczniem

żeby nie minąć się po drodze

z chorym

co dźwiga ból

z bezdomnym

co dźwiga noc

niech i ja

stanę się

ich dobrym bratem
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij