Z woleja - ebook
Ta książka jest opowieścią o ludziach. O tych, którzy postanowili, że zwykłe życie jest dla nich za małe. O tych, którzy zamiast siedzieć w fotelu przed telewizorem, wolą wisieć na drucie, nurkować w błocie, tańczyć na dachu, który się rozsuwa, i grać w piłkę w stalowej rurze, gdzie skorpiony są jedyną publicznością. Ta książka jest hołdem dla ich odwagi. I dla ich głupoty. Bo jedno bez drugiego nie istnieje. Książka została utworzona z pomocą AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-765-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
O ODWADZE, GŁUPOCIE I TYM, CO SPRAWIA, ŻE JESTEŚMY LUDŹMI
Od zawsze fascynowało mnie to, co wykracza poza granice zdrowego rozsądku. Nie w sensie intelektualnym — raczej w tym pierwotnym, instynktownym, gdzie ciało mówi nie, a człowiek i tak odpowiada tak. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o sporcie, w którym dwudziestu dwóch mężczyzn wspina się na żywą ścianę skalną, by kopnąć piłkę przymocowaną magnesem na wysokości piętnastu metrów — pomyślałem, że to żart. Kiedy dowiedziałem się o lidze rozgrywanej w żołądkach płetwali błękitnych — uznałem, że ktoś robi sobie ze mnie głupca. A kiedy ktoś opowiedział mi o meczu na liniach wysokiego napięcia, z prądem o napięciu dwustu dwudziestu kilowoltów, który zabija w ułamku sekundy — byłem pewien, że padłem ofiarą mistyfikacji.
A jednak. Te sporty istnieją. Istnieją naprawdę. I ludzie w nie grają. Nie dla pieniędzy — choć i za pieniądze też. Nie dla sławy — choć i sława bywa udziałem nielicznych. Grają, ponieważ w każdym z nas tkwi coś, co każe nam przekraczać granice. Co każe nam wchodzić tam, gdzie inni nie wchodzą. Co każe nam stawać na głowie, gdy cały świat stoi na nogach. Co każe nam jeść kilogram nie mytych śliwek i pić wodę z kałuży, a potem biegać za piłką, gdy jelita krzyczą, a bat wisi nad nami.
Ta książka nie jest przewodnikiem. Nie jest też zbiorem porad, jak uprawiać te dyscypliny — broń Boże, nie próbujcie tego w domu, ani nigdzie indziej. Ta książka jest opowieścią o ludziach. O tych, którzy postanowili, że zwykłe życie jest dla nich za małe. O tych, którzy zamiast siedzieć w fotelu przed telewizorem, wolą wisieć na drucie, nurkować w błocie, tańczyć na dachu, który się rozsuwa, i grać w piłkę w stalowej rurze, gdzie skorpiony są jedyną publicznością. Ta książka jest hołdem dla ich odwagi. I dla ich głupoty. Bo jedno bez drugiego nie istnieje.
Jako autor reportaży sportowych i psycholog z wykształcenia, przez lata przyglądałem się ludziom, którzy uprawiają sporty ekstremalne. Myślałem, że widziałem już wszystko. Wspinacze, skoczkowie, maratończycy, triathloniści — wszyscy oni przesuwają granice ludzkich możliwości. Ale dopiero gdy trafiłem na świat sportów kuriozalnych, zrozumiałem, że granica nie leży w mięśniach, ani nawet w płucach. Granica leży w głowie. I to właśnie ci sportowcy — nazwijmy ich kuriozalami, choć sami wolą miano pionierów — przesuwają tę granicę dalej niż ktokolwiek inny.
Weźmy pod uwagę piłkę nożną pionową, gdzie dwadzieścia dwa życia wisi na jednym chwycie skalnym, a każdy strzał to ryzyko upadku z wysokości trzydziestu metrów. Albo piłkę nożną wewnętrzną, gdzie zawodnicy grają w ciemności, w wilgoci i wśród ścian, które kurczą się, gdy wieloryb oddycha. Albo napowietrzną, gdzie mecz trwa tylko tyle, ile trwa spadanie — i gdzie hymn drużyny śpiewa się w locie, zanim ziemia przyjmie cię w swoje objęcia. Każda z tych dyscyplin to oddzielny świat, oddzielna filozofia, oddzielny sposób na odpowiedź na pytanie: po co to robić?
Odpowiedź jest zawsze podobna. Nie dla pieniędzy. Nie dla sławy. Dla tego uczucia, które przychodzi w momencie, gdy ciało mówi nie, a ty mówisz tak. Gdy stajesz na rękach, chociaż nogi proszą się o odpoczynek. Gdy wchodzisz na dach, chociaż ziemia wzywa cię do siebie. Gdy zjadasz śliwki, chociaż jelita krzyczą o litość. To uczucie — nazwijmy je spełnieniem, nazwijmy je triumfem, nazwijmy je po prostu życiem — jest tym, czego szukają. I znajdują je w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach.
Jako psycholog sportu, przez lata badałem mechanizmy motywacji, radzenia sobie ze stresem i kontroli emocji. Myślałem, że znam wszystkie odpowiedzi. Ale sporty kuriozalne nauczyły mnie, że odpowiedzi są tak różnorodne, jak ludzie, którzy je wymyślili. Jeden znajduje spełnienie w stalowej rurze, inny w bagnie pełnym jaguarów, jeszcze inny pod taflą szkła, która nie pozwala mu się wyprostować. I każdy z nich ma rację. Bo sport nie jest o tym, co robisz. Jest o tym, dlaczego to robisz. A w tych dyscyplinach — powód jest zawsze ten sam: by poczuć, że żyjesz. By poczuć, że granice są tylko w głowie.
Ta książka jest o nich. O ich historii, o ich pasji, o ich szaleństwie. I o ich śmierci — bo w tych sportach śmierć jest zawsze obecna, jak cień, który nie odstępuje na krok. Ale to właśnie ta obecność śmierci sprawia, że życie staje się intensywniejsze. Że każdy oddech ma smak. Że każdy gol jest zwycięstwem nie tylko nad przeciwnikiem, ale nad własnym lękiem.
Nie namawiam do uprawiania tych sportów. Wręcz przeciwnie — ostrzegam. To są dyscypliny dla ludzi, którzy mają coś w sobie, czego większość z nas nie ma. I dobrze. Nie każdy musi stać na głowie na linii wysokiego napięcia. Nie każdy musi grać w piłkę w żołądku wieloryba. Świat jest wystarczająco duży, by pomieścić zarówno tych, którzy ryzykują życie dla piłki, jak i tych, którzy oglądają ich z bezpiecznej odległości, z popcornem w dłoni.
Ale jeśli czytając tę książkę, poczujecie choć cień emocji, które towarzyszą tym zawodnikom — to znaczy, że udało mi się przekazać wam coś z ich świata. Świata, w którym granice są tylko sugestiami. Świata, w którym odwaga i głupota idą w parze. Świata, w którym piłka nożna to nie tylko gra — to egzystencja.
Zapraszam was w tę podróż. Przez rury, przez dachy, przez bagna, przez linie wysokiego napięcia, przez szklane tafle i przez żołądki wielorybów. I przez śliwki. Nie zapomnijcie o śliwkach. One też są częścią tej opowieści.
Bo to, co robią ci ludzie, nie jest ani mądre, ani rozsądne. Ale jest autentyczne. A autentyczność — w dzisiejszym świecie pełnym filtrów, pozorów i sztuczności — jest chyba najcenniejszą rzeczą, jaką możemy znaleźć.
I właśnie dlatego warto było napisać tę książkę.
Warszawa, jesień 2024PIŁKA NOŻNA PIONOWA
GDZIE JEDEN KROK DZIELI HAT TRICK OD TRZECH DNI W SZPITALU
Gdybym panu powiedział, że istnieje dyscyplina sportu, w której dwudziestu mężczyzn w trykotach wspina się po pionowej ścianie skalnej, próbując kopnąć piłkę przymocowaną magnetycznie na wysokości piętnastu metrów, a następnie wpakować ją do bramki zawieszonej pod sufitem albo wkopanej w ziemię — pomyślałby pan, że to scenariusz nowego filmu z serii Głupi i głupszy. A jednak. W Nepalu, w cieniu Annapurny, co dwa lata rozgrywają się mistrzostwa świata w piłce nożnej pionowej. Ludzie na to jeżdżą. Ludzie na tym umierają. I, co najdziwniejsze, ludzie za to płacą.
Nazywa się to Vertical Football. Niektórzy mówią — Szalona Ściana. Albo — Głupioblok. Profesorowie wychowania fizycznego używają terminu dyscyplina ekstremalno-futbolowa z elementami wspinaczki wysokogórskiej. Lecz miejscowi Szerpowie, którzy od pokoleń asekurują zawodników za kilka rupii, mają na to jedno, krótkie słowo: chhapane — czyli coś, co nie powinno istnieć, a jednak istnieje, i to pana wkurza.
Zanim jednak zaczniemy, muszę pana ostrzec: ten rozdział nie jest dla osób z lękiem wysokości, ani dla tych, którzy uważają, że spalony to skomplikowana regulacja. Spalony przy pionowej ścianie to najmniejszy problem. Problem zaczyna się, gdy sędzia odgwizduje rzut rożny, a pan stoi na występie skalnym wielkości dłoni, trzymając się jedną ręką chwytu, a drugą próbuje zasłonić twarz przed piłką lecącą z góry z prędkością stu kilometrów na godzinę.
Tyle tytułem wstępu. Zapnijcie uprzęże. Nie, właściwie nie zapinajcie — w piłce nożnej pionowej linek nie ma.
CZĘŚĆ PIERWSZA: POCZĄTEK, KTÓRY BYŁ ŻARTEM
Historia tej dyscypliny zaczyna się w 1987 roku w kufajce i w mocno niesfornym stanie po kilku głębszych. Dwóch polskich himalaistów, Marek Pawłowicz i Jacek Sierpiński, wracało z nieudanej wyprawy na Nanga Parbat. Siedzieli w schronisku pod Morskim Okiem, przegrywali w karty z Rosjanami, a w telewizji leciał finał mistrzostw Polski w piłce nożnej. Legia grała z Widzewem. Sierpiński, który nie znosił futbolu, wykrzyknął w pewnym momencie:
— Co to w ogóle za sport? Biegają po trawie jak kury po podwórku. Prawdziwy mężczyzna gra tam, gdzie każdy krok może być ostatnim.
Pawłowicz, który był po piątej wódce, odparł bez namysłu:
— To idziemy na Mnicha. Zagramy na ścianie. Piłka na środku. Kto wpadnie do bramki na górze — wygrywa.
Rosjanie pomyśleli, że to żart. Polacy nie żartowali. Trzy godziny później, o drugiej nad ranem, przy czołowych światłach, Marek i Jacek stali u podnóża Mnicha. Piłkę mieli wypożyczoną z schroniska — starą, skórzaną, rozgrzaną przy piecu. Przykleili ją żywicą do występu skalnego na wysokości dziesięciu metrów. Nie mieli bramek, więc za górną uznali otwór w ścianie, za dolną — kałużę.
Sędziował pijany Rosjanin, Siergiej, który ledwo stał na nogach.
Mecz trwał siedem minut. Pawłowicz odpadł jako pierwszy, bo złapał się za mokry chwyt. Sierpiński zdobył gola — wbił piłkę głową do otworu, wisząc jedną ręką. Rosjanin orzekł, że piłka nie przekroczyła linii, bo nie ma linii. Sierpiński zjechał na dół, dał mu w szczękę. Tym pojedynkiem zakończyła się pierwsza udokumentowana partia piłki nożnej pionowej.
Dwadzieścia trzy lata później, w 2010 roku, Międzynarodowa Federacja Sportów Kuriozalnych uznała tę dyscyplinę oficjalnie. Pawłowicz i Sierpiński zostali zaproszeni na pierwsze mistrzostwa świata w Katmandu. Jacek przyjechał o kulach. Marek nie przyjechał wcale — spadł dwa lata wcześniej podczas treningu w Tatrach. Miał wtedy sześćdziesiąt trzy lata. Kuźwa, powiedziała jego żona na pogrzebie. Wiedziałam, że ten futbol go zabije.
CZĘŚĆ DRUGA: BOISKO, KTÓRE JEST PIONOWYM PIEKŁEM
Boisko do piłki nożnej pionowej nie może być przypadkową ścianą. Międzynarodowe przepisy mówią jasno: wysokość od dwudziestu do trzydziestu metrów, szerokość piętnastu metrów, nachylenie dziewięćdziesiąt stopni — ani stopnia mniej, ani więcej. Naturalna skała jest dozwolona, ale tylko jeśli spełnia normy szorstkości i gęstości występów. W praktyce dziewięćdziesiąt dziewięć procent meczów rozgrywa się na ścianach sztucznych, wykonanych z betonu wysokogórskiego i pokrytych strukturalną żywicą epoksydową.
Chwyty są rozmieszczane przez certyfikowanych rutierów — ludzi, których jedynym zadaniem jest sprawić, by każdy ruch był możliwy, ale żaden nie był wygodny. Średnia odległość między chwytami wynosi 60 centymetrów. Dla porównania, na zwykłej ścianie wspinaczkowej odległość ta to 30 centymetrów. W pionowej piłce nożnej chce się, żeby zawodnicy sięgali, przeciągali, balansowali. Każde podanie to ryzyko urwania ręki.
Bramki są dwie. Górna — zamontowana na wysokości 28 metrów, tuż pod sufitem hali (bo na dworze nie gra się ze względu na wiatr). Ma kształt prostokąta o wymiarach trzy na dwa metry, ale w przeciwieństwie do normalnej bramki, ta stoi poziomo. To znaczy, że zawodnik, aby strzelić gola, musi kopnąć piłkę w dół, w otwór, który wygląda jak właz do kanału wentylacyjnego. Wielu strzelców mówi, że to tak, jakby celować do studzienki kanalizacyjnej z wysokości jedenastopiętrowego bloku, wisząc głową w dół.
Bramka dolna jest na wysokości jednego metra nad ziemią. Jej konstrukcja jest standardowa — stała, pionowa, z siatką. Lecz do niej dochodzi się z góry. Oznacza to, że najczęstszym sposobem zdobycia bramki dolnej jest strzał z wysokości, po którym piłka leci pionowo w dół z przyspieszeniem ziemskim. Bramkarz stoi na ziemi, patrzy w górę i czeka. Jest to jedna z najgłupszych rzeczy, jakie może robić człowiek, bo piłka z wysokości dwudziestu metrów uderza w rękawice z siłą pięciuset niutonów. Zdarzały się złamania nadgarstków. Zdarzały się wybite zęby. Raz, w 2016 roku, piłka trafiła bramkarza w szyję, a ten stracił przytomność, ale stał — jak słup — bo odruchowo zamarł w miejscu. Obudził się dopiero po meczu.
Gdzie w tym wszystkim jest piłka? Piłka jest przymocowana magnetycznie do środka ściany — dokładnie na wysokości połowy boiska, w geometrycznym centrum. Jej odklejenie wymaga siły co najmniej dwunastu kilogramów. Dla porównania: normalne kopnięcie to około dziewięćdziesięciu kilogramów siły. Więc problem nie leży w mocy, lecz w tym, żeby w ogóle dotrzeć do piłki wiszącej piętnaście metrów nad ziemią, grając jednocześnie przeciwko drużynie, która zjeżdża na panu z góry.
To prowadzi nas do kluczowej, może najważniejszej reguły całego sportu: jedna drużyna wspina się od dołu do piłki, druga zjeżdża od góry do piłki. Nie ma znaczenia, kto jest gospodarzem. Liczy się tylko losowanie przed meczem. Kapitanowie rzucają monetą. Orzeł oznacza atak od dołu — wspinaczka, pot, wysiłek, ale i możliwość kontrolowania tempa. Reszka oznacza atak od góry — zjazd, większe ryzyko upadku, ale też większą siłę uderzenia.
— Nie ma gorszej rzeczy niż grać z góry — powiedział mi w 2018 roku nepalski zawodnik, Pasang Dhondup, którego obie ręce były w gipsie. Właśnie spadł z wysokości dwunastu metrów, próbując przechwycić piłkę. Złamał oba nadgarstki, ale dobił do piłki głową. Strzelił gola. Potem stracił przytomność. Obudził się w szpitalu. Zapytany, czy warto było, wzruszył ramionami, co było dość komiczne, biorąc pod uwagę, że nie mógł ruszać rękami.
Warto, powiedział.
To jest sport!
I tutaj przeklął szpetnie.
CZĘŚĆ TRZECIA: ZASADY, KTÓRE SĄ JAK PRZEPISY RUCHU DROGOWEGO NA MARSIE
Zasady piłki nożnej pionowej są — teoretycznie — identyczne jak w tradycyjnym futbolu. Jest jedenastu zawodników. Jest sędzia główny, dwóch liniowych (choć oni nie biegają po linii, tylko stoją na ruchomych platformach i asekurują się linami). Jest spalony, rzut wolny, rzut karny, żółte i czerwone kartki. Piłkę można kopać każdą częścią ciała oprócz rąk. Są auty, rożne, rzuty od bramki.
Lecz diabeł tkwi w szczegółach. Tych szczegółów jest siedemnaście stron drobnego druku w regulaminie Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej Pionowej, która ma swoją siedzibę w Katmandu, w budynku bez windy.
Zacznijmy od spalonego. W klasycznej piłce nożnej spalony oznacza, że atakujący znajduje się za ostatnim obrońcą w momencie podania. W pionowej piłce nożnej spalony oznacza, że zawodnik znajduje się powyżej piłki w momencie, gdy atakuje bramkę górną, albo poniżej piłki, gdy atakuje bramkę dolną. Logika jest taka, że nie możesz być wyżej niż piłka, gdy chcesz strzelić w górę, bo inaczej musiałbyś kopać pod siebie, co jest zabronione ze względów bezpieczeństwa. Zawodnicy przez lata się z tym regulaminem nie zgadzali, aż do meczu Nepal — Bhutan w 2014 roku, gdy nepalski napastnik, znajdując się trzy metry nad piłką, strzelił gola głową w dół. Sędzia nie uznał bramki. Nepalczycy zdemolowali szatnię. Bhutan wygrał 2:1.
Aut jest wznowieniem, które polega na wrzuceniu piłki z miejsca, w którym opuściła ona ścianę. Ale uwaga — ściana w piłce nożnej pionowej nie jest tylko podłożem. Ona jest boiskiem, więc każdy fragment skały jest w grze. Jeśli piłka dotknie sufitu — jest aut. Jeśli dotknie ziemi — jest aut. Jeśli dotknie publiczności — jest aut, a zawodnik, który ją tam wysłał, dostaje żółtą kartkę za niebezpieczną grę.
Rzut karny wykonuje się z odległości pięciu metrów od bramki. Problem w tym, że rzut karny na górną bramkę oznacza, że zawodnik wisi głową w dół, a bramkarz stoi na rękach. Karny na dolną bramkę oznacza, że zawodnik kopie z wysokości, a bramkarz asekuruje się na materacu. W 2017 roku podczas finału mistrzostw świata w Kolorado doszło do sytuacji bez precedensu: brazylijski bramkarz broniący na dole odbił piłkę, ale odbił ją z taką siłą, że ta poleciała w górę, trafiła w drugiego bramkarza wiszącego głową w dół, a ten stracił przytomność, puścił chwyty i spadł. Spadł z wysokości dwudziestu metrów. Na szczęście wylądował na materacu. Nieszczęście polegało na tym, że materac nie był przeznaczony do lądowań z takiej wysokości. Bramkarz złamał kręgosłup. I to była jego ostatnia żółta kartka — dożywotnia dyskwalifikacja za niekontrolowane odbicie piłki.
Przepisy nie przewidziały takiej sytuacji. Po tym meczu zmieniono regulamin: bramkarze na dole mają obowiązek stosowania rękawic z tłumikiem.
CZĘŚĆ CZWARTA: KARIERA W PIONIE — MIĘDZY CHWAŁĄ A SZPITALEM
Zawodowy pionowy piłkarz to istota osobliwa. Musi łączyć w sobie cechy wspinacza sportowego na poziomie mistrzowskim, piłkarza technicznego z drugiej ligi oraz alpinisty wysokogórskiego z darwinowskim instynktem samozachowawczym. Nie może bać się wysokości, ale nie może też jej lekceważyć. Musi mieć palce jak haki, mięśnie brzucha jak stalowa lina i kark tak sztywny, żeby po uderzeniu piłką głową nie stracić przytomności.
— Trenujemy dwanaście godzin dziennie — mówi mi Janusz Górski, polski zawodnik, były reprezentant kraju w piłce nożnej pionowej. W 2015 roku był ósmy na świecie. Dziś ma trzydzieści siedem lat i prawo do renty. — Od szóstej do dwunastej wspinaczka. Od dwunastej do trzynastej jemy w uprzęży, bo nie schodzimy na dół. Od trzynastej do osiemnastej technika strzałów w pionie. Od osiemnastej do dwudziestej drużynowa taktyka. Potem rehabilitacja, kolacja i spać. Wspinamy się nawet w nocy, bo bywa, że w Nepalu gra się o drugiej w nocy — przy sztucznym oświetleniu, żeby nie przeszkadzać ruchowi turystycznemu.
Pytam Janusza, co jest najtrudniejsze.
— Znajdowanie chwytów w momencie, gdy piłka leci na ciebie z góry. Nie możesz patrzeć na nią i na ręce jednocześnie. Musisz wyczuć skałę nogami. To się nazywa gra ślepa. Kiedyś, w meczu z Czechami, dostałem piłką w twarz, bo próbowałem zobaczyć, gdzie jest chwyt. Złamałem nos, ale strzeliłem gola. Sędzia nie uznał, bo byłem na pozycji spalonej. Wściekłem się tak, że odpiąłem się celowo i spadłem. Chciałem, żeby mnie zdyskwalifikowali, bo wolałem siedzieć w szatni.
Opowiada mi też o swoim największym rywalu, Bhimie z Nepalu. Bhim gra z góry. Jest niski, waży pięćdziesiąt trzy kilogramy, ale ma palce jak stalowe haki. Jego specjalność to tak zwany zjazd szalony — puszcza się z wysokości dwudziestu metrów, łapie piłkę w locie, a potem odbija się od ściany nogami, by wylądować przy bramce dolnej. Tylko on to potrafi. Dwa razy złamał obojczyk. Raz otwarte złamanie podudzia. Za każdym razem wracał. W 2016 roku, podczas finału w Katmandu, Bhim wykonał swój popisowy numer, ale piłka odbiła się od jego buta i wpadła do własnej bramki. Samobój w finale mistrzostw świata.
Co zrobił Bhim? Ukłonił się publiczności, odpiął uprząż i zszedł na dół. Bez słowa. Potem w szatni powiedział do swoich kolegów: To jest sport. Czasem strzelasz sobie gola.
Janusz na to wspomnienie puszcza oko. Ma bliznę na powiece — po piłce, która wpadła mu do oka podczas meczu w Czechach. Wtedy też był spalony.
CZĘŚĆ PIĄTA: PSYCHOLOGIA — DLACZEGO ONI TO ROBIĄ?
Doktor Anna Wiśniewska, psycholog sportu z Uniwersytetu Warszawskiego, spędziła trzy lata badając zawodników piłki nożnej pionowej. Wyniki jej badań są fascynujące i nieco niepokojące. Okazuje się, że u ponad osiemdziesięciu procent pionowych piłkarzy występuje tzw. syndrom poszukiwania grawitacji — paradoksalne zjawisko, w którym im większe ryzyko upadku, tym większą przyjemność sprawia im gra.
— To nie jest zwykły adrenalinowy hazard — tłumaczy mi doktor Wiśniewska w swoim gabinecie, gdzie na ścianie wisi zdjęcie niej pękniętego kasku. — To jest uzależnienie od kontroli nad śmiertelnym niebezpieczeństwem. Kiedy wisisz na ściance dwadzieścia metrów nad ziemią i kopiesz piłkę, twój mózg produkuje endorfiny w ilościach porównywalnych z tą po zażyciu heroiny. Ale to nie wszystko. Kluczowa jest tak zwana decyzja w zawieszeniu. Zawodnik przez ułamek sekundy musi wybrać: utrzymać się na chwycie czy strzelić. Jeśli wybierze strzał, akceptuje ryzyko upadku. Jeśli wybierze chwyt, traci okazję. To błyskawiczne kalkulowanie własnego bezpieczeństwa kontra sukces drużyny jest dla nich narkotykiem.
Pytam, czy to zdrowe.
Doktor Wiśniewska uśmiecha się gorzko.
— Zdrowie? Proszę pana. Oni łamią ręce, nogi, kręgosłupy. Widział pan kiedyś rękę zawodnika po dziesięciu latach gry w pionowym futbolu? Stawy palców są tak powiększone, że nie mieszczą się w zwykłe rękawice. Mają przykurcze, blizny, odciski na odciskach. Jeden z moich badanych, Holender, stracił czucie w trzech palcach po tym, jak przytrzasnął je chwytem. Gra dalej. Mówi, że nie potrzebuje czucia, żeby kopać.
Czy jest jakiś profil osobowościowy, który predestynuje do tej dyscypliny?
— Tak. To osoby z niskim lękiem wysokości, ale wysokim lękiem przed nudą. Oni się nie boją upadku. Oni się boją, że nic się nie wydarzy. Każdy mecz to dla nich egzystencjalny dylemat: dziś być może spadnę, ale przynajmniej nie będę siedział w domu przed telewizorem.
Przytacza historię norweskiego zawodnika, Magnusa, który po złamaniu obu nóg w meczu z Rosją wrócił na ścianę w ciągu czterech miesięcy. Lekarze mówili, że to niemożliwe. Magnus przyjechał na trening o kulach, odłożył kule, podszedł do ściany i zaczął wspinaczkę jedną nogą. Druga wisiała bezwładnie. Sędzia go zdyskwalifikował, bo nie miał obuwia na obu stopach. Magnus zdjął but ze zdrowej nogi, przywiązał go do gipsu i ruszył dalej. Sędzia nie miał już argumentów.
Magnus nie strzelił gola. Ale nie spadł. Po treningu powiedział do swoich kolegów: Nie chodzi o to, żeby wygrać. Chodzi o to, żeby nie spaść. Bo jak spadniesz, to jesteś martwy dla sportu. A jak wisisz, to jeszcze grasz.
To może najlepsze podsumowanie filozofii pionowej piłki nożnej, jakie słyszałem.
CZĘŚĆ SZÓSTA: ŚMIERĆ NA ŚCIANIE
Nie da się pisać o tym sporcie bez wspomnienia o śmierci. Pierwszy udokumentowany przypadek śmiertelny miał miejsce w 1994 roku w Austrii. Zawodnik nazwiskiem Franz Huber spadł z wysokości dwudziestu dwóch metrów, próbując obronić rzut rożny. Złamał podstawę czaszki. Zmarł na miejscu. Sędzia przerwał mecz. Drużyny nie chciały dalej grać. Ale federacja austriacka uznała, że mecz trzeba dokończyć, bo przepisy nie przewidują przerywania z powodu śmierci zawodnika — chyba że jest to śmierć sędziego. To wywołało skandal. Austria na rok zawiesiła rozgrywki.
Od tamtej pory zginęło piętnastu zawodników. Czterech w Nepalu, trzech w Polsce, dwóch w USA, pozostali w Rosji, Czechach, Japonii i na Węgrzech. Średnia wieku zmarłych to dwadzieścia osiem lat. Przyczyna śmierci zawsze ta sama: upadek z wysokości. Żaden zawodnik nie zmarł od uderzenia piłką, choć zdarzały się pęknięcia czaszki i wstrząsy mózgu.
Najtragiczniejszy w skutkach był mecz Polska — Rosja w 2001 roku w Zakopanem. Rosyjski napastnik, Władimir Drozdow, spadł z wysokości osiemnastu metrów, ale nie zabił się na miejscu. Przeżył. Leżał pod ścianą z połamanym kręgosłupem, przytomny, i krzyczał: Gol? Gol był? Sędzia pochylił się nad nim i powiedział: Był spalony. Władimir zamknął oczy. Stracił przytomność. Zmarł w szpitalu trzy dni później. Mówi się, że jego ostatnie słowa to: Spalony? Po chuj ja wtedy skakałem.
Mecz dokończono. Polska wygrała 3:2. Rosjanie nie złożyli protestu. Dyrektor turnieju powiedział w wywiadzie dla lokalnej gazety: To nie jest sport dla tchórzy. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Nikt nie powiedział też, że będzie bezpiecznie.
Dziś przy każdej ścianie pionowej wisi tablica z nazwiskami zmarłych. Podczas mistrzostw świata w Katmandu zawodnicy przed każdym meczem składają hołd, dotykając skały w czterech miejscach: na dole, na górze, pośrodku i w miejscu, gdzie zginął ostatni z nich. To rytuał, który przeszedł już do legendy. Nikt nie wie, kto go wymyślił. Być może sam Franz Huber. Albo Władimir Drozdow. Albo nikt. Po prostu jest.
CZĘŚĆ SIÓDMA: KONTROWERSJE I AFERY
W 2018 roku wybuchł największy skandal w historii pionowej piłki nożnej. Podczas finału mistrzostw świata w Kolorado, w meczu Nepal — Brazylia, nepalski zawodnik Pasang Tamang został przyłapany na stosowaniu magnetycznych wkładek w butach. Wkładki te pozwalały mu przywierać do ściany z siłą o trzydzieści procent większą niż normalne buty. Było to równoznaczne z dopingiem technologicznym. Brazylijczycy złożyli oficjalny protest. Komisja dyscyplinarna badała sprawę przez sześć miesięcy. W końcu zdyskwalifikowano Pasanga dożywotnio. Nepal stracił medal. Brąz przyznano Polsce, która przegrała w półfinale.
Pasang po ogłoszeniu wyroku powiedział na konferencji prasowej, nie używając cudzysłowu, a mówiąc wprost do kamer:
— Każdy to robi. Tylko ja dałem się złapać.
Czy to prawda? Nikt nie wie. Ale od tej pory przed każdym meczem zawodnicy są poddawani kontroli magnetycznej. Ich buty, rękawice, nawet ochraniacze na piszczele są skanowane pod kątem ferromagnetyków. W 2021 roku zdyskwalifikowano trzech zawodników z Rosji za posiadanie magnesów w spodenkach. Rosjanie tłumaczyli, że to do przytrzymywania gwizdka sędziego. Sędzia nie nosi gwizdka. Sędzia używa syreny pneumatycznej.
Inna afera dotyczyła ustawiania chwytów. W 2016 roku okazało się, że gospodarze mistrzostw w Czechach zamontowali na ścianie chwyty o głębokości o dwa milimetry większej niż dopuszczalne normy. Dwa milimetry. Dla zwykłego człowieka różnica nieodczuwalna. Dla zawodnika wiszącego na jednej ręce — różnica między życiem a śmiercią. Czesi zostali ukarani grzywną w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Ale medalu nie odebrano. Dlaczego? Bo — jak orzekła federacja — nikt nie udowodnił, że te dwa milimetry wpłynęły na wynik. Czech i tak przegrali w ćwierćfinale.
Najbardziej bulwersująca była jednak sprawa z 2019 roku, kiedy to podczas meczu towarzyskiego Włochy — Japonia japoński zawodnik Yuto Kobayashi celowo odpiął włoskiemu bramkarzowi kask. Włoski bramkarz spadł z wysokości dziesięciu metrów. Złamał rękę i trzy żebra. Yuto dostał czerwoną kartkę, dożywotnią dyskwalifikację i zarzut usiłowania zabójstwa. Proces trwa do dziś. Yuto tłumaczy, że to był wypadek. Włosi nie wierzą.
Kobayashi, powiedział w sądzie, to nie była czerwona kartka. To był faul taktyczny. Broniliśmy wyniku 1:0. Gdybym nie odpiął bramkarza, on by obronił karnego.
Sędzia nie podyktował karnego. Sędzia podyktował rzut wolny z odległości ośmiu metrów. Yuto pomylił sytuacje. Za pomyłkę zapłacił karierą. I być może wolnością. Wyrok jeszcze nie zapadł.
CZĘŚĆ ÓSMA: PRZYSZŁOŚĆ DYSCYPLINY
Co czeka piłkę nożną pionową? Dziś jest to sport niszowy, ale rozwijający się. Mistrzostwa świata w Katmandu w 2022 roku zgromadziły dwanaście tysięcy widzów na żywo i prawie dwa miliony przed telewizorami (głównie w Nepalu, Polsce, Rosji i Brazylii). Istnieją ligi narodowe w ośmiu krajach. Najsilniejsza jest liga nepalska, potem polska, potem rosyjska. Amerykanie próbują wprowadzić profesjonalną ligę z kontraktami na poziomie trzystu tysięcy dolarów rocznie, ale na razie bez powodzenia — zbyt mało ludzi chce wisieć na skale za pieniądze, które i tak mogą wydać w szpitalu.
Międzynarodowa Federacja planuje wprowadzenie odmiany kobiecej. Na razie kobiety grają tylko w mistrzostwach nieoficjalnych, ale poziom jest podobny do męskiego. W 2021 roku Polka, Katarzyna Nowak, zdobyła brązowy medal na mistrzostwach świata mikstów (drużyny mieszane). Grała z góry. Strzeliła cztery gole. Po turnieju powiedziała w rozmowie ze mną:
— Mężczyźni są silniejsi, ale my lepiej wspinamy się technicznie. Oni chcą kopać, my chcemy wygrywać. Czasem wystarczy delikatnie dotknąć piłki, żeby wpadła do bramki. Oni nie rozumieją, że siła nie jest najważniejsza. Najważniejsze jest, żeby nie spaść.
I to chyba najlepiej podsumowuje ten cały, nieprawdopodobny sport. Piłka nożna pionowa to nie jest opowieść o golu, asyście, dryblingu, słupku czy poprzeczce. To jest opowieść o tym, że człowiek może wisieć na skale, kopać piłkę, rywalizować z innymi, a przy tym — przez chwilę — zapomnieć, że dwadzieścia metrów niżej czeka na niego beton. I że w każdej sekundzie może się odpiąć. I że jeśli się odepnie, już nie wróci.
A jednak wracają. Wracają po gipsie, po złamaniach, po śmierci kolegów. Wracają, bo jak mówi stare nepalskie przysłowie, które nie ma nic wspólnego z piłką nożną, a jednak pasuje idealnie: Góra nie pyta, po co przyszedłeś. Góra tylko czeka, czy potrafisz zostać.
W piłce nożnej pionowej nikt nie zostaje na zawsze. Ale ci, którzy próbują — są jak ci, którzy stawiają pierwszy krok na Księżycu. Tylko że na Księżycu nie ma bramkarza. I nikt nie gwiżdże spalonego.
EPILOG
Skończyłem pisać ten rozdział późnym wieczorem, w hotelu w Katmandu. Za oknem padał deszcz monsunowy. Włączyłem telewizor. Akurat leciały mistrzostwa świata w piłce nożnej pionowej — powtórka z 2019 roku. Nepal grał z Bhutanem. Przy stanie 2:2, w dziewięćdziesiątej trzeciej minucie, nepalski napastnik Pasang Dhondup — ten sam, który złamał oba nadgarstki — odczepił piłkę z magnesu, wisząc jedną ręką, wykonał przewrót w locie i strzelił do bramki górnej.
Bramkarz Bhutanu próbował odbić, ale piłka wpadła mu za kołnierz. Gol. Nepal wygrał 3:2.
Publiczność oszalała. Pasang spadł. Nie z wysokości, tylko z emocji. Puścił chwyt celowo. Upadł na materac, wstał, wybiegł na środek hali i zaczął tańczyć. Miał wtedy dwadzieścia dziewięć lat. Dziś nie gra. Ma artretyzm w palcach. Pracuje jako przewodnik turystyczny po Annapurnie.
Spotkałem go przypadkiem na lotnisku. Lecieliśmy tym samym samolotem do Warszawy. Miał ze sobą piłkę. Starą, skórzaną, podpisaną przez kolegów z drużyny. Zapytałem, czy może mi ją sprzedać.
Pasang spojrzał na mnie. Uśmiechnął się. I powiedział:
— Nie sprzedam. To jedyna rzecz, której nie spierdoliłem w życiu.
I odszedł w stronę bramki. Nie tej górnej ani dolnej. Zwykłej, lotniskowej, z automatem do biletów.PIŁKA NOŻNA RUROWA
GDZIE JEDENAŚCIORO DOROSŁYCH FACETÓW WPYCHA SIĘ DO STALOWEJ RURY WIELKOŚCI KANAŁU WENTYLACYJNEGO, A POTEM KTOŚ PODGRZEWA ICH OD ZEWNĄTRZ, BY SIĘ BARDZIEJ STARALI
Proszę wyobrazić sobie rurę. Stalową. Długą na mniej więcej tyle, co boisko do piłki nożnej — ale nie taką, po której można chodzić wyprostowanym. Nie. Średnica tej rury wynosi dokładnie trzydzieści sześć cali, czyli dziewięćdziesiąt jeden i pół centymetra. To mniej niż rozpiętość ramion przeciętnego mężczyzny. To mniej niż wysokość dziecka w trzeciej klasie podstawówki. To tyle, ile szerokość biurka, przy którym pan teraz siedzi, albo rozmiar koła zapasowego w starym fiacie.