Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Za mroczną rzeką. Jak przetrwałem piekło Korei Północnej - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 marca 2021
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Za mroczną rzeką. Jak przetrwałem piekło Korei Północnej - ebook

Najbardziej wstrząsająca opowieść o życiu w Korei Północnej

Masaji Ishikawa mieszka w Japonii, ale jako pół-Koreańczyk jest obywatelem drugiej kategorii. Gdy ma 13 lat, jego ojciec daje się skusić obietnicom rządu Korei Północnej. Na miejscu czeka ich edukacja, praca, wysoka pozycja społeczna, dobrobyt. Wraz z rodzicami i trzema siostrami Masaji wyjeżdża do nowej ojczyzny. Jest rok 1960.

Kolejne lata okażą się brutalne, pełne bólu i cierpienia. Rodzinie Ishikawy będzie towarzyszyło ubóstwo, głód i ciągła doktrynacja komunistycznego reżimu. Staną się przedstawicielami najniższej kasty społecznej. Władze zabronią im myśleć, ale nie zdołają zabronić im kochać. W tym nieludzkim świecie rodzinne więzi będą jedynym, co pozwoli im przetrwać. Do czasu.

Po 36 latach Ishikawa decyduje się na samotną ucieczkę. Wstrzymuje oddech i wchodzi do okrytej ciemnościami rzeki, której drugi brzeg obiecuje ocalenie.

Światowy bestseller

Powyższy opis pochodzi od wydawcy.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-7850-9
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Co pamiętam z tamtej nocy? Nocy, kiedy uciekłem z Korei Północnej? Jest tak wiele rzeczy, których nie pamiętam, które wyrzuciłem z głowy na zawsze… Ale opowiem wam to, co w niej pozostało.

Mży. Wkrótce jednak mżawka zmienia się w ulewny deszcz. Tak ulewny, że zaraz przemoknę do suchej nitki. Upadam pod krzakiem, który ma mnie chronić, nie potrafię się zorientować, ile czasu upłynęło. Jestem wykończony.

Moje nogi grzęzną w błocie, ale jakoś udaje mi się wyczołgać. Spomiędzy gałęzi dostrzegam rzekę Yalu Jiang. Nie poznaję jej. Tego ranka dzieci brodziły w ledwie strumyku, ale potężna ulewa zmieniła go w potok nie do pokonania.

Po drugiej stronie rzeki, jakieś trzydzieści metrów dalej, dostrzegam okryte mgłą Chiny. Trzydzieści metrów – tyle oddziela życie od śmierci. Drżę. Wiem, że wielu Koreańczyków stało tu przede mną, wpatrując się w spowite ciemnością Chiny, a wspomnienia ludzi, których właśnie zostawili, kłębiły się w ich głowach. Ludzi takich jak moja rodzina, głodujących. Co innego mogli zrobić? Wpatruję się w nurt i zastanawiam, ilu z nich się udało.

Zresztą co to za różnica? Jeśli pozostanę w Korei Północnej, umrę z głodu. To takie proste. Teraz przynajmniej daję sobie szansę – szansę, że mi się powiedzie, że będę w stanie uratować rodzinę lub przynajmniej jakoś jej pomóc. Zawsze żyłem dla moich dzieci. Martwy im się nie przydam. Ale nadal nie mogę uwierzyć w to, co zaraz zrobię. Ile dni minęło od mojej decyzji o ucieczce i powrocie do ojczyzny? Usilnie się zastanawiam.

Cztery dni… A wydaje się, jakby minęła wieczność. Cztery dni temu wyszedłem z domu. Spojrzałem żonie i dzieciom w oczy ze świadomością, że to być może ostatni raz. Nie mogę wracać myślami do tamtej chwili. Jeśli mam zyskać szansę, muszę uciec, póki jeszcze mam siłę. Albo zginę, próbując.

A co jadłem od tamtego czasu? Kilka liści kukurydzy, żadnych ziaren oczywiście. Jeden ogryzek jabłka. I jakieś resztki, które wygrzebałem w śmieciach.

Szukam strażników, wiem, że czają się nad brzegiem rzeki co pięćdziesiąt metrów. Jestem gotów umrzeć z wyczerpania lub utonąć. Ale nie dam się złapać. Wszystko, tylko nie to. Zanurzam się w wodzie.

Wciąż w uszach dzwonią mi ostatnie słowa, które wypowiedziałem do bliskich. „Jeśli uda mi się jakoś wrócić do Japonii, nieważne jak, ściągnę was za sobą”.Człowiek się rodzi i nie ma na to wpływu. Po prostu jest. Niektórzy twierdzą, że wraz z człowiekiem rodzi się jego przeznaczenie.

– Do diabła z tym – odpowiadam im. I wiem, o czym mówię. Narodziłem się nie raz, ale pięć razy. I pięć razy wyciągnąłem te same wnioski. Czasami w życiu musisz złapać to tak zwane przeznaczenie za gardło i skręcić mu kark.

W Japonii nazywam się Masaji Ishikawa, w Korei – Do Chan-sun. Urodziłem się (po raz pierwszy) w mieście Kawasaki, na południe od Tokio, w dzielnicy Mizonokuchi. Na nieszczęście urodziłem się na granicy dwóch światów – koreańskiego mojego ojca i japońskiego mojej matki. Okolice Mizonokuchi to teren łagodnie opadających wzgórz, który w weekendy zapełnia się przyjezdnymi z Tokio i Jokohamy pragnącymi uciec od zgiełku miasta i pooddychać świeżym powietrzem. Ale sześćdziesiąt lat temu, kiedy byłem dzieckiem, znajdowało się tu tylko kilka gospodarstw, pomiędzy którymi kanałami irygacyjnymi płynęły wody rzeki Tamy.

Wówczas kanały irygacyjne wykorzystywano nie tylko do celów rolniczych, ale również do prac domowych, takich jak pranie i zmywanie naczyń. Gdy byłem dzieckiem, w długie letnie dni służyły mi również do zabawy. Kładłem się w tej dużej balii i całymi popołudniami unosiłem się na wodzie, wygrzewając się w słońcu i wpatrując w wędrujące po niebie chmury. Te dryfujące obłoki sprawiały, że w moich dziecięcych oczach niebo jawiło się jako przepastne morze. Zastanawiałem się, co by się stało, gdyby moje ciało podryfowało z chmurami.

Czy mogę przepłynąć morze i dotrzeć do kraju, którego nie znam? Ani o którym nigdy nie słyszałem? Rozmyślałem o swoich nieograniczonych możliwościach. Chciałem pomagać biednym – rodzinom takim jak moja – się wzbogacić, aby mogli cieszyć się życiem. I chciałem, aby na świecie zapanował pokój. Marzyłem, że pewnego dnia zostanę premierem Japonii. Co ja sobie wyobrażałem?

Wczesnym rankiem, zanim wyschła rosa, lubiłem wspinać się na pobliskie wzgórze i łapać chrząszcze. Kiedy rozpoczynał się festiwal, podążałem za przenośną świątynią i przyłączałem się do tańca lwa. Mam same słodkie wspomnienia. Moja rodzina była biedna, ale dzieciństwo w Mizonokuchi było najszczęśliwszym okresem mojego życia. Nawet teraz, kiedy myślę o rodzinnym mieście, nie mogę powstrzymać łez. Oddałbym wszystko, aby wrócić do tych szczęśliwych chwil i doświadczyć tej niewinności i nadziei.

Mizonokuchi graniczyło z wsią zamieszkaną przez około dwustu Koreańczyków. Później się dowiedziałem, że większość z nich, stosując mniejsze lub większe naciski, ściągnięto z Korei Północnej do pracy w pobliskiej fabryce amunicji. Mój ojciec, Do Sam-dal, był jednym z nich. Urodził się w gospodarstwie w wiosce Bongchon-ri, która dziś leży na terenie Korei Południowej. Gdy miał czternaście lat, zabrano go – a właściwie porwano – i przywieziono do Mizonokuchi.

Ale o tym, że mam ojca, dowiedziałem się dopiero, gdy zacząłem chodzić do szkoły podstawowej. Nie mam żadnych wcześniejszych wspomnień z nim związanych. Poznałem go, kiedy matka zabrała mnie w dziwne miejsce, które było więzieniem, jak się później okazało. Mieliśmy odwiedzić mężczyznę, którego nie znałem. Tamtego dnia matka wyznała mi, kim on jest. W końcu mężczyzna, którego widziałem przez okno w sali widzeń, pojawił się w naszym domu. Dla wszystkich wokół był szorstki w obyciu, a nasi krewni go unikali.

Prawie nigdy nie było go w domu, ale ilekroć się w nim pojawiał, głównie wlewał w siebie alkohol o intensywnej woni. W krótkim czasie potrafił wyżłopać kilka litrów sake. Co gorsza, pijany czy nie, zawsze bił matkę. Moje siostry ze strachu kuliły się w kącie. Próbowałem go powstrzymać, chwytając się kurczowo jego nóg, ale odtrącał mnie kopniakiem. Matka starała się nie krzyczeć, znosiła ból z zaciśniętymi zębami. Czułem się bezradny, bałem się o nią, ale nic nie mogłem zrobić. Z biegiem czasu nauczyłem się schodzić mu z drogi, co nie było trudne, ponieważ nigdy nie zwracał na mnie uwagi. Ale często przychodziło mi na myśl, że odpłacę mu się, gdy dorosnę.

Matka nazywała się Miyoko Ishikawa. Urodziła się w 1925 roku. Jej rodzice prowadzili sklep na ulicy, gdzie od wieków handlowano kurczakami. Pracowała tam też moja babcia Hatsu, a jej praca była trudna i nieprzyjemna. Mięsa z kurczaka nie krojono starannie i nie pakowano go, tak jak się to odbywa teraz. Nic z tych rzeczy. Klatki stały w nieładzie przed sklepem, a kiedy pojawiał się klient, babcia wyjmowała skrzeczącego kurczaka i zarzynała go na miejscu.

Chorowała na astmę, więc często miała ataki kaszlu. Za każdym razem, gdy zauważyła, że wracam ze szkoły albo z placu zabaw, wyginała się w łuk i mówiła:

– Mabo, możesz pomasować mi plecy?

Więc rozcierałem i masowałem jej drobne plecy przez kilka minut. W trakcie tych wspólnych chwil mawiała:

– Jesteś miłym chłopcem. Nie możesz być taki jak twój ojciec. Po prostu nie potrafię pojąć, dlaczego twoja matka za niego wyszła. To był błąd.

Rozumiałem, dlaczego użyła słowa „błąd”. Rodzina Ishikawa była szanowana i znana w okolicy od dawna. W Mizonokuchi żyło wielu jej członków. Oni i reszta miejscowej ludności tworzyli zwartą społeczność. Mój dziadek Shoukichi zmarł przed moimi narodzinami, ale zawsze mi mówiono, że był to dobry i łagodny człowiek, który opiekował się rodziną i innymi we wspólnocie. Wysłał moją matkę do liceum dla dziewcząt i zachęcił ją, by nauczyła się szyć. Chociaż rodzina nie była bogata, robił, co mógł, by zapewnić swoim dzieciom wykształcenie.

Matkę cechował silny charakter. Jej owalna twarz była na swój sposób piękna. Ojciec miał przenikliwe spojrzenie, dobrze zbudowane ciało i muskularne ramiona. Nie wiem, co matka w nim widziała – być może pociągały ją jego pewność siebie i instynkt przetrwania. Wiem, że lokalną społeczność zdumiało to, że zamieszkali razem. Ludzie za plecami nazwali ich Piękną i Bestią i zastanawiali się, dlaczego ta kobieta wyszła za tak okropnego mężczyznę.

– Koreańczycy to barbarzyńcy – powiedziała mi kiedyś babcia.

Kochałem ją, ale ta wypowiedź mnie uraziła. Chociaż bez cienia wątpliwości czułem się Japończykiem, byłem też pół-Koreańczykiem i ona doskonale o tym wiedziała. Czasami starsi bracia mojej matki, Shiro i Tatsukichi, również czynili podobne uwagi. Służyli w japońskiej armii stacjonującej w Mandżurii i zawsze opisywali Koreańczyków jako biednych i zaniedbanych niczym porzucone zwierzęta. Oczywiście nigdy nie mieli odwagi powiedzieć czegoś takiego w obecności mojego ojca. Ale kiedy nie było go w pobliżu, Shiro często mawiał:

– Miyoko, rozwiedź się z nim czym prędzej. Koreańczycy są po prostu zepsuci do szpiku kości.

Chociaż zawsze czułem się nieswojo, gdy mówił takie rzeczy, nie mogłem się z nim nie zgodzić. Żywiłem głęboką odrazę do ojca, który, ilekroć bił matkę, z pewnością potwierdzał opinię o barbarzyńskiej naturze Koreańczyków. Ponieważ widziałem, jak dzień po dniu ją dręczy – a przy okazji potrafił przestraszyć mnie i moje siostry na śmierć – nie sposób się dziwić, że nie lubiłem Koreańczyków, podobnie jak moja babcia.

Ojciec włóczył się po okolicy z dwudziestoma lub trzydziestoma rodakami. Był jedną z większych szych w koreańskiej społeczności i lubił wdawać się w bójkę z każdym Japończykiem, który go wkurzył. Nie obchodziło go, kto to był. Policjant? Pewnie. Żandarm? Dawać go. Koreańczycy mogli liczyć na jego ochronę, ale Japończyków potrafił naprawdę przerazić.

Ojciec zawsze chciał robić wszystko po swojemu. Pod koniec drugiej wojny światowej z kilkoma kumplami uruchomił uliczny stragan. Sprzedawali na czarno puszkowaną żywność produkowaną w fabryce, w której kiedyś pracował ojciec, a także cukier, mąkę, suchary, ubrania i inne produkty pozyskane nielegalnie od amerykańskich żołnierzy. Pewnego dnia tatuś i jego kumple wdali się z jankesami w karczemną bójkę o towary, które sprzedawał. Cieszył się złą sławą nie bez powodu.

Ojciec zresztą nie miał wielkiego wyboru. Po japońskiej klęsce w drugiej wojnie światowej prawie dwa i pół miliona Koreańczyków pozostawiono w Japonii bez żadnej pomocy. Ani nie wygrali, ani nie przegrali i nie mieli dokąd się udać. Gdy uzyskali wolność, wyrzucono ich po prostu na ulicę. Zdesperowani i zubożali, bez środków do życia, napadali na ciężarówki z żywnością przeznaczoną dla żołnierzy byłej Cesarskiej Armii Japońskiej i sprzedawali łup na czarnym rynku. Nawet tym, którzy wcześniej nie dopuszczali się przemocy, nie pozostawiono wyboru. Stawali się bandytami.

W przewrotny sposób cała ta nielegalna działalność czyniła ludzi wolnymi. Podczas wojny mieli tylko dwie ponure opcje: mogli zostać żołnierzami w armii wroga lub robotnikami przymusowymi. Żołnierze kończyli na froncie jako żywe tarcze, a robotnicy tyrali jak woły, a czasem zaharowywali się na śmierć w kopalniach węgla kamiennego lub fabrykach amunicji. Bandyckie życie stanowiło pewien rodzaj wyzwolenia.

W pewnym momencie ojciec dołączył do tak zwanego Generalnego Stowarzyszenia Rezydentów Koreańskich w Japonii, wcześniej znanego jako Liga Koreańczyków w Japonii. Społeczność ta chciała budować przyjaźń między Japończykami a Koreańczykami i starała się pomóc tym drugim wieść w Japonii stabilne, normalne życie. Ale to nie było takie proste, jak się wydawało. Nawet przed drugą wojną światową wielu Koreańczyków ze statusem „stałego rezydenta” w Japonii wspierało Japońską Partię Komunistyczną, która realizowała antyimperialistyczną politykę i prowadziła kampanię na rzecz praw stałych rezydentów z Korei. Po wojnie, niedługo po utworzeniu stowarzyszenia, słynny komunista Kim Chon-hae został zwolniony z więzienia wraz z kilkoma innymi członkami partii komunistycznej. Jeszcze w niewoli jawnie się buntowali i nie chcieli zmienić swoich przekonań. Po wyjściu na wolność wywierali ogromny wpływ na działalność stowarzyszenia, które w rezultacie stało się bardziej lewicowe. Ale w tamtym okresie socjalizm nie był dla ojca najważniejszy. Najważniejszy był nacjonalizm.

Sam nie dostrzegałem zbyt dużej różnicy między ruchem socjalistycznym, ruchem nacjonalistycznym i brutalnymi awanturami przy nielegalnej sprzedaży towarów. Wszyscy zaangażowani w to ludzie mieli kilka wspólnych cech. Wszyscy byli jakoś powiązani z Japonią i wszyscy byli biedni. Chcieli tylko przetrwać. A to oznaczało walkę o wpływy do utraty tchu.

W stowarzyszeniu ojciec znany był jako „Tygrys”. Nic zaskakującego. Miał swoje „siły specjalne” w postaci lojalnych ulicznych bojowników, a w rzeczywistości kilku facetów, którzy spotykają się przed jakimś starym sklepem, podpalają śmieci w koszu i cały dzień chleją. Nie wiem, czy dyskutowali o problemach na czarnym rynku, czy po prostu czekali, aż wsparcie „sił specjalnych” będzie potrzebne, ale ilekroć coś się działo i zostali wezwani, szybko przystępowali do działania i pędzili na miejsce akcji.

W końcu, ku rozpaczy ojca, to wszystko się rozpadło. Ligę Koreańczyków w Japonii uznano za grupę terrorystyczną i w 1949 roku wydano rozkaz jej rozwiązania. Generalne Stowarzyszenie Rezydentów Koreańskich według wielu lukę tę wypełniło, ale czasy się zmieniły. Przywrócono porządek publiczny i ktoś taki jak mój ojciec, impulsywny i kiepsko wykształcony uliczny wojownik, po prostu przestał być potrzebny. Nowo powstała organizacja tak naprawdę potrzebowała wykwalifikowanych ludzi do zarządzania. Nie było tu więc miejsca dla ojca, który nie potrafił nawet czytać. Wciąż się zastanawiam, czy to odrzucenie przez ligę ostatecznie sprawiło, że zawierzył obietnicom o wspaniałym życiu w Korei Północnej…

Teraz wraca do mnie coraz więcej wspomnień. Czasami wolałbym, żeby się tak nie działo.

Miałem trzy młodsze siostry – Eiko, Hifumi i Masako – ale w zasadzie w Japonii nie mieszkaliśmy razem. Ponieważ nasza rodzina była bardzo biedna, rozdzielono nas i odesłano do krewnych, aby się nami zajęli i odciążyli rodziców. To się zmieniło, gdy byłem w ostatniej klasie szkoły podstawowej, ponieważ wszyscy przeprowadziliśmy się do tokijskiej dzielnicy Nakano. Ojciec postanowił znaleźć pracę w branży budowlanej. A przynajmniej tak powiedział. Pamiętam, że pakowaliśmy się w wielkim pośpiechu. Nie zdążyliśmy się nawet pożegnać z sąsiadami i musieliśmy opuścić naszą ukochaną babcię.

Chociaż w pierwszej chwili bałem się zostawić wszystko, co było mi znane, i przenieść do miejsca, którego nigdy nie widziałem, na początku cieszyłem się z naszego nowego życia. Zaczęliśmy żyć jak prawdziwa rodzina. Wstawaliśmy razem rano i szliśmy razem spać wieczorem. Jadaliśmy wspólnie obiady i mieliśmy swoje przyzwyczajenia jako rodzina. Te drobnostki wiele dla mnie znaczyły. W końcu to właśnie one zwykle łączą członków rodziny więzami miłości. Ale te szczęśliwe chwile nie trwały długo. Wkrótce ojciec znów stosował przemoc, i to ze zdwojoną siłą.

Po kilku tygodniach od naszego przyjazdu wrócił do alkoholu. Zaczynał pić od razu po powrocie do domu i kończył dopiero późnym wieczorem. Pił, aż na jego twarzy pojawił się grymas mrocznego gniewu. Kiedy to się działo, matka zabierała siostry i mnie do sąsiedniego pokoju. Staliśmy tam bezradnie i oczekiwaliśmy nieuniknionego. Okrutny ton jego głosu, gdy krzyczał na matkę. Odgłos uderzenia. Podźwięk, gdy próbował stłumić jej płacz. Ten scenariusz powtarzał się co noc. Często nie mogłem zrozumieć, co do niej mówił, ale cokolwiek to było, ona mu się nie przeciwstawiała. Po prostu płakała. Kilka razy wpadałem do pokoju, żeby go powstrzymać. Raz nawet ugryzłem go w nogę. Ale on po prostu kopnął mnie tak, że upadłem na podłogę. W takich chwilach matka zakrywała mnie swoim ciałem. W pewnym momencie ojciec był już na tyle znudzony czy pijany, że chwiejnym krokiem wychodził z domu i zanurzał się w noc. Matka, siostry i ja siedzieliśmy na podłodze przytuleni do siebie i płakaliśmy cicho.

Pewnej nocy jeden z sąsiadów usłyszał jej krzyki i interweniował. Ojciec wydawał się zaskoczony, ale szybko złapał faceta za szyję, przyparł do ściany i pobił do nieprzytomności. Po tym zdarzeniu nikt już nie przyszedł do naszego domu.

Potem zrobiło się jeszcze gorzej. Kiedy ojciec wracał późno do domu, budził matkę tylko po to, żeby pobić ją jeszcze raz. I każdej nocy na widok szalonego wyrazu jego twarzy czułem przerażenie. Jakbym patrzył na oblicze demona. Nie mogłem zasnąć. Ciągle je widziałem. A gdy w końcu zasypiałem, pojawiało się w moich koszmarach.

Potem nadeszła najgorsza noc ze wszystkich. To była jesień. Miałem dwanaście albo trzynaście lat. Ojciec jak zwykle wrócił do domu pijany jak bela. Ale tym razem nic nie powiedział. Przyniósł z kuchni nóż. Przycisnął go do szyi matki i wyprowadził ją na zewnątrz. Wiedziałem, że muszę za nimi pójść.

Ukryłem się za krzakiem i patrzyłem, jak ojciec prowadzi matkę na

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij