Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Za zakrętem drogi, za zakolem rzeki - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 lipca 2026
3279 pkt
punktów Virtualo

Za zakrętem drogi, za zakolem rzeki - ebook

Nie wszystko da się zostawić za sobą.

Wsiadali na motocykle, chwytali za wiosła, stawiali żagle i ruszali przed siebie – od Tatr po Bałtyk, od Mazur po Bieszczady, bez planu i pewności, co czeka za kolejnym zakrętem.

Polska lat 60., 70. i 80. pachniała jeziorem, dymem z ogniska i benzyną, rozbrzmiewała śmiechem, muzyką i rozmowami przeciągającymi się do świtu. W drodze wszystko wydawało się prostsze, choć niektórych spraw nie dało się zostawić za sobą.

Osiem wypraw splata się w osiem historii o ludziach, ich podróżach, trudnych wyborach, uczuciach niedających spokoju i relacjach wystawionych na próbę.

Bo wakacyjne wyjazdy nigdy nie były tylko odpoczynkiem – były momentem, w którym coś się kończyło albo zaczynało na nowo.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-712-0
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NARTY 1962

_Spodnie od Hołego – Niechże ktoś wytłumaczy temu cudakowi! – Podobno druga Marilyn Monroe – Przełęcz między Kopami – Jazz w Helikonie – Kostka_

Dochodziła dziewiąta. Przez monotonny szurgot mechanizmu kolejki słychać było poświst wiatru smagającego widoczne jak na dłoni tatrzańskie szczyty. Wiosenne słońce ślizgało się po zlodowaciałym nocą śniegu, policzki mrowiły od mrozu, pod stopami wibrowała podłoga wagonika, a w powietrzu przesyconym parą oddechów czuć było rześkość słonecznego wiosennego poranka.

Stali pośród zbitej grupy narciarzy. Co rusz popatrywali na siebie, unosząc brwi, ramiona albo kąciki ust. Nie musieli sobie wyjaśniać powodów tej ekscytacji. Wjazd zgrabnym stalowoszarym wagonikiem na Kasprowy stanowił wystarczający powód do zadowolenia, ale było coś jeszcze – otóż dziś po raz pierwszy mieli się przejechać otwartym zaledwie przed kilkoma dniami wyciągiem krzesełkowym w Kotle Gąsienicowym.

Wagonik dobił do pomostu.

– Panie przodem! – Witek szarmanckim gestem wskazał Ani drogę ku drzwiczkom.

– Nie myśl sobie, że potrzebuję forów! – odgryzła się z uśmiechem.

Po chwili byli już na zewnątrz budynku stacji. Od strony ciągnących się po horyzont białych grani wiał gryzący zdrowym zimnem wiatr. Przypięli narty do założonych właśnie skórzanych butów narciarskich, tak zwanych krośnieńskich. Oboje jeździli na Rysach, bardzo modnych ostatnio metalkach, z tym że Witek miał przy swoich czechosłowackie wiązania na licencji Markera, a Ania polskie Bety. Oboje dźwigali też plecaczki z kanapkami i termosem herbaty oraz botami na po nartach.

– No to śmi… – zaczął Witek, ale zanim jeszcze dokończył bojową komendę, Ania wybiła się kijkami i pomknęła.

– _See you later, alligator!_ – krzyknęła na odjezdnym, nie oglądając się na zaskoczonego, ale i rozbawionego Witka.

Skoczył za nią i po chwili mknęli oboje, kręcąc kristianię za kristianią. Piękny biały szalik Ani, który brat kupił dla niej od radzieckiej biegaczki po niedawnych Mistrzostwach Świata FIS w Zakopanem, odwinął się i łopotał ochoczo w powietrzu. Pokryty grubą warstwą lodu wiosenny śnieg był gdzieniegdzie tylko rozjeżdżony przez innych narciarzy, ale śmigało się znakomicie. Spodziewali się większych muld, więc to, co zastali, pokonywali z brawurą zahaczającą o ryzykanctwo. Ale przecież oboje kochali ten powiew rześkiego górskiego powietrza na twarzach.

– Dognij się do przodu! – krzyknął pod wiatr Witek.

– Instruktora nie potrzebuję! – dobiegło buńczucznie.

Pierwszy jednak był na dole Witek. Zahamowali, śmiejąc się głośniej od zgrzytu nart o śnieg. Kolejka do wyciągu była niemała, ale tylko wyglądała strasznie, bo posuwała się bardzo szybko. Nie skończyli wymieniać wrażeń z jazdy, a już wskakiwali na krzesełka, tym razem najpierw Ania, a po niej Witek. Szarpnęło, uniosło ich i wkrótce zawiśli w powietrzu. Tu już słowa były nie tylko niepotrzebne, ale i niemożliwe – musieliby się ze swoich krzesełek przekrzykiwać. Milczeli więc, chłonąc roziskrzonym wzrokiem rozległą panoramę olśniewająco białych szczytów, ciągnących się aż, het, ku innym światom.

Gdy Witek zeskoczył z krzesełka i uszedł kawałek w kierunku Ani, podeszła do niego jakaś posunięta w latach amatorka białego szaleństwa.

– Przepraszam, można wiedzieć, gdzie pan kupił te elastikowe narciary? – zagadnęła, wskazując jego obcisłe granatowe spodnie, a widząc pytające spojrzenie, dodała: – Dla syna szukam, bo w tych, co ma, jeździć nie chce…

– Tu, w Zakopanem, ale nie kupiłem, tylko szyłem – wyjaśnił Witek. – U Hołego.

– A, u Hołego…

– Zna pani?

– Tak, tak… A ile kosztowały, jeśli można…?

Nie dokończyli, bo Ania machnęła na Witka. Z przepraszającym uśmiechem wybił się i ruszyli oboje po stoku. Przy tym zjeździe dla odmiany starali się trzymać lewej strony kotła, przy kolejnym – prawej, potem znów jechali środkiem, a później na zmianę – to po lewej stronie, to po prawej, to środkiem, i znowu, i jeszcze raz.

– _Let’s twist again_ – zaśpiewała Ania ze śmiechem słowa przeboju ostatniego lata i od tej chwili Witek, choć do grona entuzjastów rock and rolla nie należał, nie był w stanie uwolnić się od tej uzależniającej i energetyzującej melodii. Jeździło im się coraz lepiej, rozruszali się, lód zniknął już zupełnie z powierzchni śniegu, a do tego dzięki odrobinie szczęścia idealnie trafili ze smarowaniem.

Wreszcie zrobili sobie przerwę na kanapki i herbatę.

– Jesteś śpiąca? – zagadnął Witek, podając Ani parujący kubek.

– Nie, a ty?

– Trochę – przyznał, wgryzając się w kanapkę z pasztetową.

– Ja byłam rano, ale już się rozruszałam.

Uśmiechnął się na wspomnienie.

– Zaszaleliśmy wczoraj w Orbisie!

– Pierwszy dzień w Zakopanem – wzruszyła ramionami – głupio tak od razu iść do łóżek. Zresztą dansing był pierwsza klasa.

Pokiwał głową.

– Ty znałaś wcześniej tę Irenę, z którą była twoja kuzynka?

– Nie. – Oddała mu kubek. – Zosia wspominała mi kiedyś o niej, ale wcześniej jej nie widziałam. I pewnie nigdy nie miałabym okazji, gdyby nie to niespodziewane spotkanie wczoraj.

– Inteligentna dziewczyna… – przytaknął sam sobie.

– Kto? Zosia?

– No – powiedział przeciągle. – Zosia też oczywiście.

– A, Irena? – Zmrużyła oczy. – No, i bardzo ładna do tego.

– Trochę nie w moim typie – uśmiechnął się – choć rozumiem, że może się podobać.

– Dobra, dobra! – Trąciła go w ramię. – Przyznaj, że wpadła ci w oko!

– No cóż… – Uchylił się, mrużąc wesoło powieki. – Niecodziennie spotyka się osobę, która na własne oczy widziała wszystkie najważniejsze filmy Nowej Fali.

– Tak, i to te filmy najbardziej ci w niej zaimponowały! – zadrwiła Ania, udając, że zamierza się do kolejnego ciosu.

Zamarkował bokserski unik i spytał już poważniej:

– Gdzie ona była na tej placówce z rodzicami?

– W Rzymie… Ale coś czuję, że gdyby mieszkała z wujostwem w Koluszkach, też byś mnie o to wypytywał! – Znów dała mu sójkę w bok. – Przyznaj, że taka uroda jednak w twoim typie…

Uśmiechnął się samymi wargami i spuścił wzrok. Żarty żartami, ale powiew wielkiego świata, który przyniosła z sobą Irena, wart był czegoś więcej niż tylko szkolnych uszczypliwości. Ugryzł się jednak w język i puścił je mimo uszu.

Obrócili jeszcze jedenaście razy. Kolejka do wyciągu robiła się coraz krótsza, cichł też gwar rozmów przy wyciągu i rzadziej słychać było nawoływania na stoku. W mięśniach zaległo im satysfakcjonujące zmęczenie. Zbierali się powoli do zakończenia wyczynów.

– Klawy, co? – Witek przytulił Anię, ruchem głowy wskazując sunące równo krzesełka wyciągu.

– Mowa! Warto było czekać…

Rzeczywiście. Poprzedni, działający jeszcze od przedwojnia wyciąg saniowy był już po prostu nie dość przepustowy. Zastępujący go przejściowo ni to orczyk, ni to wyciąg krzesełkowy nikogo nie zadowalał, na domiar złego był równie krótki jak saniowy, a z kolei do orczyka na Hali Kondratowej, nawet zjeżdżając z Kasprowego, trzeba było podchodzić…

Ten ostatni wjazd był inny. Może z powodu podkradającego się do obojga zmęczenia, może ze względu na samą świadomość, że ten wypełniony wrażeniami dzień dobiega już końca, spędzili go bez pogaduszek i żartów. Patrzyli na nieruchome pod śniegiem korony drzew, jak gdyby szukając w ich spokoju choć śladu zainteresowania brzęczącymi linami wyciągu i podwieszoną pod nimi ludzkością.

Kiedy wreszcie zeskoczyli z krzesełek wyciągu przy górnej stacji, spojrzeli na siebie ciekawie, czekając, kto pierwszy przerwie ciszę.

– To te bezpiecznikowe markery? – zagadnął nagle stojący za nimi wcześniej na dole w kolejce mężczyzna w średnim wieku, wskazując wiązania Witka.

– Tak…

– Proszę, proszę! A gdzie szanowny pan takie cudeńka dostał? – Mężczyzna z miną znawcy przyjrzał się markerom, niby przypadkiem wystawiając lepiej na widok własne, lśniące nowością i nieskażone śniegiem.

– W Polsporcie na… – zaczął Witek.

– A te gogle to gdzie, jeśli można spytać? – przerwał mu mężczyzna, wymownie poprawiając swoje.

– Na giełdzie w…

– A te tonkinowe kijeczki? – wtrącił znów w pół słowa nieznajomy, opierając się ostentacyjnie na jednym z własnych.

Witek przygryzł wargi.

– W składnicy harcerskiej – wypalił wreszcie.

Wodniste oczy przeniosły się powoli z kijków na twarz Witka, który ich pełne zdumienia spojrzenie przyjął zmarszczeniem brwi.

– Co też pan szanowny… – zaczął mężczyzna.

– Jeszcze tylko ten zjazd – rzuciła w porę Ania – i meldujemy się w Murowańcu.

– Też już mam dosyć na dzisiaj – podjął skwapliwie Witek. – No i solidnie zgłodniałem. Do widzenia!

Ledwo kiwnąwszy skonsternowanemu mężczyźnie głową, puścił się za Anią po stoku. Zjazd do Murowańca zajął im kilka wypełnionych świstem lodowatego wiatru minut.

***

Czterokondygnacyjny granitowo-drewniany gmach z wieżyczką o trójkątnym daszku kusił z daleka ciepłem. Zostawili narty i kijki przed drzwiami schroniska i weszli do położonej na parterze jadalni. W przestronnej kamiennej sali, dość słabo oświetlonej, jak na rozmiary zwisającego z potężnych łańcuchów ogromnego żyrandola z jelenich rogów, gęsto było od ludzi siedzących przy szerokich drewnianych ławach lub kręcących się pomiędzy. Pomanewrowawszy jednak w tłumie i odczekawszy chwilę, Ania i Witek znaleźli wolne miejsca przy skraju jednej z ław.

– Coś się tak rozmarzył? – zagadnęła na widok jego zamyślonej miny.

Witek uśmiechnął się, ściągając kurtkę.

– A wiesz, przypomniało mi się, jak tu byliśmy latem…

– Na noclegu po tym szybkim wejściu na Giewont, a przed Orlą Percią?

– No. To samo miejsce, a jak inaczej…

– Dobrze, to ja tu sobie też o tym pomarzę, a ty leć po bigos.

Zapuścił się w tłum. Zdążyła przeliczyć wszystkie sęki w blacie ławy, nim wrócił.

– Dokąd pójdziemy wieczorem? – spytał, stawiając przed Anią talerz bigosu i koszyczek z chlebem.

– A nie wiem. – Zanurzyła łyżkę w parującej brei. – Może coś zaproponuj?

– Jeszcze herbata z rumem! – wykręcił się.

Kiedy wrócił na dobre, Ania zdążyła już zmóc połowę bigosu. Zabrał się zaraz do odrabiania strat.

– To gdzie chcesz iść? – spytał ponownie.

– A ty?

Ledwo dostrzegalnie skrzywił wargi.

W tej chwili w całej sali dał się słyszeć ni to krzyk, ni to jęk od strony bufetu.

– _I’m sorry, but I really don’t want to buy a spoon!_

Oczy wszystkich zwróciły się w tamtą stronę. Źródło obcojęzycznego dźwięku mogło być tylko jedno – mężczyzna po trzydziestce w grubej zamszowej kurtce, czerwonym swetrze z szetlandzkiej wełny i kraciastych spodniach sięgających poniżej kolan, spod których wystawały równie kraciaste skarpety niknące w skórzanych butach.

– No niechże ktoś łaskawie wytłumaczy temu cudakowi – rozdarła się z kolei bufetowa – że jeśli chce zjeść obiad, to musi dać dziesięć złotych kaucji za sztućce!

Rozległy się dwa czy trzy niepewne śmiechy, a potem gwar zaczął powracać. Wyglądało na to, że nikt jakoś nie kwapi się do przyjęcia roli tłumacza. Ania spojrzała na Witka znacząco.

– Zrób coś – szepnęła nagląco. – Myślałam, że tylko czekasz na takie okazje…

Witek przełknął ślinę, wstał i krokiem zdradzającym niepewność ruszył w kierunku bufetu.

– No zmiłował się ktoś – sapnęła bufetowa na jego widok. – Proszę mu wytłumaczyć…

Ale Witek wyciągnął tylko portfel, a z niego dwie pięciozłotówki z rybakiem.

– Ja wpłacę – powiedział tonem wyjaśnienia, a potem spojrzał na cudzoziemca. – _It’s only a deposit, sir_ – wydukał, nie dowierzając swojej odwadze. – _Please tell me when you finish_ – dorzucił niepewnie.

Rozpromieniony mężczyzna podziękował mu wylewnie i odszedł do stolika z na pół już wystygłą grochówką.

– Myślałam, że sobie z nim pogadasz! – rzuciła Ania tonem ni to rozczarowania, ni to rozbawienia. – Tyle razy opowiadałeś, o czym byś to mówił, gdybyś miał możliwość rozmowy z obcokrajowcami…

– Gdyby to był Francuz, to inna sprawa – mruknął Witek. – Ale tak…

– Złej baletnicy… – Mrugnęła kpiarsko.

Chciała jeszcze pociągnąć temat, ale widząc, że Witek jest naprawdę niepocieszony, odpuściła.

– Miejmy na niego oko – westchnął, wskazując mężczyznę ruchem głowy. – W Tatry się wybrał ubrany jak na spacer po wrzosowiskach i ani słowa nie umiejąc po polsku.

– Nie no, ubranie porządne.

– Ale nie na te temperatury i wysokość…

– Może to jakiś szkocki góral, od małego zahartowany w chłodzie.

– Kto go tam wie… – Witek wzruszył ramionami i wrócił do poprzedniego tematu. – To dokąd pójdziemy?

– A ty dokąd byś chciał?

Westchnął, a potem się zawahał. Przez głowę przemknęło mu wspomnienie rozmowy z Ireną.

– Może znowu do Orbisu? – rzucił niepewnie i wpakował sobie do ust łychę bigosu.

– Do Orbisu? – Aż się skrzywiła. – Tam same sztywniaki w garniturach, pozujące na światowców… Nielepiej do Morskiego Oka?

Teraz to Witek się skrzywił.

– Za głośno, sama młodzież…

– A my to może stare konie? – Uśmiechnęła się. – Już ja cię znam! Najchętniej to byś nie wychylał nosa z tej swojej Piwnicy pod Baranami!

– Fakt! – Witek się zaśmiał.

– Ale na razie nie przeniosła ona tu siedziby i chyba się na to nie zanosi!

Pokiwał głową, ale zmilczał.

– Nie chcę do Orbisu – podjęła Ania już bez uśmiechu. – Jest dla mnie za poważny, wczoraj wyszło fajnie tylko dlatego, że spotkaliśmy dziewczyny, ale dziś pewnie wyjdzie jak trzy lata temu na Kalatówkach na tym kempingu jazzowym, czy jak to się tam nazywało.

– Nie podobało ci się wtedy? – zdziwił się. – Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że było tam poważnie?

– No nie – przyznała niechętnie – ale nikogo nie znaliśmy, nikt się do nas nie odzywał! Wynudziłam się tam nieziemsko…

Witek zastanowił się chwilę.

– Tam nikogo nie znaliśmy – powiedział wreszcie. – W Orbisie już znamy, miejsce jest sprawdzone. Zresztą nie mówiłaś mi, że się wtedy wynudziłaś na tych Kalatówkach.

– Krótko się wtedy spotykaliśmy – Ania wzruszyła ramionami – to ci nie mówiłam, a później wypadło mi z głowy, głuptasie! Chodźmy do Morskiego, tam też pewnie będą jacyś znajomi!

– No nie wiem… – Witek przybrał męczeński wyraz twarzy.

– Oj, no już nie rób takiej miny, jesteśmy w końcu w Zakopanem, możemy się chyba trochę rozerwać? – Wzięła go za rękę. – Daj się ponieść szalonej atmosferze stolicy polskich gór, panie świeżo upieczony, ale już, jak widzę, bardzo poważny magistrze prawa! No, już! – Uśmiechnęła się i wstrząśnieniem dłoni wywołała na jego twarzy taki sam uśmiech.

– No może… – przystał niechętnie.

– Wiesz co – zmieniła zdanie – moglibyśmy też pójść do Watry albo zobaczyć te nowe Wierchy. Jeszcze tam przecież nie byliśmy, a urządzają podobno świetne fajfy.

– Zobaczymy – odpowiedział z uśmiechem i sięgnął po szklankę herbaty osadzoną w metalowym koszyczku. – Zresztą jeśli fajf będzie o piątej, to już raczej nie zdążymy…

Coś w posmaku alkoholu i dotyku szkła na wargach sprawiło, że zamyślił się na moment.

– No, co tam? – wytrąciła go z zadumy, zanim ta jeszcze na dobre się zaczęła.

– Z czym?

– Znów odpłynąłeś dokądś. A może do kogoś.

– Przypomniałem coś sobie… – wyjaśnił ogólnikowo, ale widząc, że to nie wystarczy, westchnął. – Przypomniał mi się nagle ten dzień, kiedy – nachylił się bliżej i ściszył głos – umarł Stalin.

– No? – Popatrzyła na niego pytająco.

Podrapał się po nosie.

– Byliśmy akurat z rodzicami na nartach w Zakopanem, jak gruchnęła wieść. Całe miasto chodziło wtedy pijane w sztok ze szczęścia. Nawet mój ojciec, choć niepijący, upił się i…

Uśmiechnął się do wspomnień.

– I co? – przynagliła.

– I mnie, gówniarzowi, też pozwolił się napić…

– _Good golly, Miss Molly!_ Witek! Cześć! – rozległo się nagle nad nimi.

Przy ławie wyrósł barczysty młody mężczyzna w narciarskim swetrze.

– Maciek! – zawołał Witek. – Serwus! Ania, poznaj, proszę, Maćka! Maciek, Ania.

– Miło mi. – Podała nowo przybyłemu rękę.

– Mnie również! – Mężczyzna uścisnął krzepko dłoń Ani. – Mieszkam u Bustryckiej. A wy? Gdzieście się zatrzymali? Tutaj? W Betlejemce?

– Nie…

– W Księżówce?

– Nie…

– No to gdzie?

– W Zakopanem.

– W Zakopanem?! – powtórzył Maciek z nieudawanym niedowierzaniem. – A cóż to za narciarze, co w Zakopanem nocują?!

– A, wiesz, obroniłem się niedawno…

– To gratuluję! Ale co to ma…

– …no i liczę się z możliwością powołania w szeregi Ludowego Wojska Polskiego, wiadomo, postanowiliśmy więc dla odmiany zakosztować trochę zakopiańskiego życia.

– Chyba że tak! – Maciek wybuchnął tubalnym śmiechem. – I nie żal wam będzie całonocnego rżnięcia w brydża? Może jednak? Jeśli nie macie rezerwacji, spróbujcie przewaletować w Trumnie…

– Jakoś się pocieszymy – wtrąciła filuternie Ania.

– Zapewne, zapewne… Ale ty! – Walnął Witka w ramię, aż ten się skrzywił. – O Bogdanie słyszałeś?

– Bogdanie? Jakim Bogdanie?

– Jak to „jakim Bogdanie?”. No Bogdan! Nie pamiętasz?

– Ten od Cesi?

– A widzisz, właśnie! Już nie od Cesi!

Witek aż się cofnął na ławie.

– No coś ty!?

– Jak mamę kocham! – Maciek nachylił się do obojga. – Poznał jakąś Izabelę, nie widziałem jej, ale podobno druga Marilyn Monroe, gówniara, a już po świecie otrzaskana, zawróciła mu w głowie i się z Cesią skończyło!

– Jak, tak po prostu?

– Tak po prostu to nie, trochę to trwało, ale w końcu ją rzucił. Podobno ona z domu od tamtej pory nie wychodzi, a on bryluje z tą nową, wszyscy tylko oczy wytrzeszczają, bo wiesz!

– Wiem…

– Nie taki jednak frajer ten Bogdan, co?

– No nie…

– Dobra, już wam głowy nie zawracam. Lecę, bo u Bustryckiej czeka na mnie moja pani. Miło cię było poznać, Aniu! – Znów zmiażdżył jej dłoń w uścisku. – Trzymajcie się!

– Cześć!

– Cześć!

Przez chwilę patrzyli za nim w milczeniu.

– Boli, co? – Witek posłał Ani współczujące spojrzenie; zamyślona masowała prawą dłoń palcami lewej.

– Kto to, sztangista jakiś? – spytała cicho, kręcąc głową.

– On już tak ma. – Witek wzruszył ramionami. – W szkole rano to lubił witać się tak z wszystkimi po kolei, on „Cześć”, a oni „Ała!”, kolejno, jeden za drugim…

– Ale do kobiety…

– Emancypant! – zaśmiał się. – A nie wiem, czy słyszałaś, jak to rok temu spędzał sylwestra z takim jednym Stefanem. Mówiłem ci?

– Nie – powiedziała obojętnie, a potem dodała z pewnym trudem: – A co, siłowali się do północy na rękę czy co?

– Nieee… Choć nie wiem w sumie! Kto go tam wie… Ale słyszałem na zasadzie, wiesz, jedna baba drugiej babie, że ze Stefanem zaprosili na sylwestra dwie panny, właśnie tutaj, do Murowańca. Skusili je wizją cudownej zabawy. Dziewczyny się zgodziły i, proszę ja ciebie, o umówionej porze stawiły się obie na Kasprowym, tyle że – przerwał dla lepszego efektu – wyobraź sobie – znów przerwał – w balowych sukniach!

– Opowiadasz – mruknęła.

– No!

– I co?

– Ano trzeba było coś zaradzić. Na szczęście chłopakom udało się jakimś cudem pożyczyć od goprowców dwa tobogany…

– No to ładnie.

– No tak! Zwieźli je szczęśliwie aż tutaj, ale ubaw był podobno po pachy!

– Wyobrażam sobie, co te dziewczyny musiały przeżywać…

– Aha!

Chwilę jedli w milczeniu.

– O co chodzi z tym Bogdanem? – spytała wreszcie Ania, nie podnosząc wzroku.

Witek zmarszczył brwi.

– Tak, nigdy bym się tego nie spodziewał… – Siorbnął herbaty. – Stary znajomy. Odkąd pamiętam, z jedną taką Cesią chodził, miłość sobie na wieczność przyrzekali, wszyscyśmy go już spisali na straty…

– Na straty? – Rzuciła mu ni to kpiące, ni to krytyczne spojrzenie.

– No wiesz, że zamiast z nami większość czasu z dziewczyną spędzał.

– Wiem.

– Wydawało się, że kto jak kto, ale on słowa dotrzyma. Ostatnio, jak go widziałem, mowa była o ślubie. A teraz proszę.

– Inną poznał. – Dziabnęła widelcem kawałek słoniny.

– Poznał. – Pokiwał głową. – Trudno mi to sobie wyobrazić. Bogdan i Cesia to była u nas taka przysłowiowa para, co to razem, dopóki śmierć ich nie rozłączy… A teraz proszę, z inną panną na salonach bryluje…

– A ta Cesia z domu nie wychodzi.

– Nie wychodzi.

– Ciekawe, ile to już tak trwa.

– I ile jeszcze…

– _You asked to let you know…_ – Jak spod ziemi wyrósł obok nich cudzoziemiec.

– Aha… _Thank you_ – powiedział Witek, wstał i przeprosiwszy Anię, odszedł. Wrócił po minucie, chowając „rybaki” do portfela.

– Koniec znajomości? – rzuciła ironicznie Ania, gdy wrócił do stolika. – Wiem, wiem, gdyby to był Francuz albo inny Algierczyk…

– Dobrze, dobrze. – Witek uśmiechnął się i machnął ręką. – Speszyłem się. Zadowolona?

Nie odpowiedziała od razu, tylko wstała, podeszła do niego i pocałowała go w policzek.

– I do tego dumna.

Wyprostowała się i pociągnęła go za rękę.

– Na nas już pora!

Niebawem, zapinając kurtki, ruszyli do wyjścia.

Twarze owiało im wyraźnie chłodniejsze powietrze. Rozejrzeli się. Dno doliny pokrywał cień, zapowiadając zbliżający się wieczór, a potem niegościnną górską noc.

– To co, do Kuźnic? – zaproponował, biorąc narty.

– Do Kuźnic!

***

Dobry kwadrans zajęło im podejście spod Murowańca na Przełęcz między Kopami. Góry piętrzyły się tu inaczej – nie uskrzydlone, jak pod samym niebem, ale ciężkie pradawną siłą. Tchnące od nich zimno miało w sobie zapach nie tyle postępowego szusowania, ile wspinaczek z przełomu wieku. Szli bez słowa, zanurzeni w swoich głośnych oddechach, skupieni, czując na sobie ciśnienie skalnych masywów.

Dotarłszy na przełęcz, przypięli narty i z odkrytą na nowo lekkością ruszyli w dół. Jechali najpierw otwartym stokiem, w nasilających się podmuchach wiatru czerpiąc rosnącą radość z szusowania. Wjazd na nartostradę był już jednak niedaleko. Pobudzeni pędem, ugięli kolana i przyjęli pozycję na jajo, oddając się szybkości ciałem i duszą. _My little runaway, a-run-run-run-run-runaway!_ – dźwięczało im w uszach, gdy pędzili w dół przed siebie, nie w ucieczce ani w pościgu, tylko dla czystej rozkoszy samej jazdy.

Patrząc na sylwetkę zgrabnie szusującej Ani, Witek przypomniał sobie nagle okres, gdy zaczynał się z nią spotykać. Pierwsza randka, pierwsze fajfy… Jazz w Helikonie, przekomarzanie się o Presleya… Pierwsze wycieczki górskie… Jakież życie wydawało się nowe! Rozmawiali wtedy o wszystkim, czasem się drocząc, a czasem zdradzając sobie największe sekrety. A teraz…

Zrobiło mu się nieswojo, zamyślony zwolnił nieco. Wszystko było przecież, jak trzeba… Bo było, powiedział sobie, ale jakaś niepewność pozostała. Czuł, choć nie do końca sam to sobie artykułował, że chociaż wszystko było niby jak wcześniej, ich związek zmienił charakter. Czy może raczej stracił część charakteru – bo dawnej świeżości nie zastąpiła zażyłość. W takich chwilach jak ta wcześniej, kiedy rozmowa zeszła na Irenę, nie potrafili rozmawiać ze sobą normalnie, wpadając w zamian w spiralę zastępczych żarcików i wspominek.

Irena… Interesowała go, przyznawał sam przed sobą, ale jako ktoś, kto roztacza wokół siebie aurę szerszych horyzontów, a nie jako po prostu właścicielka ładnej buzi, o czym Ania wydawała się przeświadczona.

Ale ten Bogdan, no proszę, kto by się spodziewał… Choć z drugiej strony, patrząc z dystansu, to trochę, pomimo tych wszystkich zapewnień, przyrzeczeń, obietnic, nie pasowali z Cesią do siebie. Z perspektywy czasu trudno było nie dostrzec, że mieli odmienne osobowości, widać to było po ich rozmowach, po ich zabawnych, ale jednak realnych sporach przy znajomych o to, co robić, gdzie iść i tak dalej.

No i kto tak naprawdę może wiedzieć, co się dzieje między dwojgiem ludzi, poza nimi samymi? Ba, może nawet oni sami do końca nie wiedzą.

I ta Irena, to znaczy Izabela, musiała być nie byle kim, że…

A w ogóle to może powinien pogadać z Mundkiem? Właściwie to nigdy tak serio nie porozmawiali o tym, co się stało między nim i Olą. Ba, w ogóle już dawno nie…

– Aleś się guzdrał! – przywitała go Ania przy wjeździe na nartostradę.

– Bo cały dobry śnieg mi zużyłaś! – Mrugnął i pocałował ją w zimny policzek. – Zobaczymy, kto teraz będzie szybszy!

Ruszyli równo nartostradą przez las, ale Witek pojechał ostrzej i wkrótce wysforował się do przodu. W wąskich i stromych przecinkach każdy wzięty zakręt uderzał w oczy zmianą kontrastu, ale obawa przed rozbiciem się o przemykające chropowate pnie ciągnęła gdzieś z tyłu, by zwolnili, aż pęd powietrza przestanie bić ich niemiłosiernie po policzkach. Po bokach biel śniegu na tle czerni leśnych głębin zmieniła się w serię mknących błysków. Chcąc nie chcąc, Ania została w tyle. Gdy jego śmiech utonął w szumie, też przestała się śmiać, wytężając mięśnie, by nadążyć za stale oddalającą się postacią w kurtce z jasnego lodenu. Wkrótce jednak rozdzielił ich zakręt.

Poczuła się nieswojo, jak gdyby zostawił ją na dłużej niż czas potrzebny do wyjścia z zakrętu. Zagryzła wargi i wytężyła wszystkie siły, natarczywością spojrzenia próbując wyłuskać z zalegającej nad górami szarości jego uciekającą postać.

Wtem coś zgrzytnęło pod nartą i nagła siła podrzuciła Anię w górę. Zaskoczona próbowała odzyskać równowagę, ale druga noga nie udźwignęła zdwojonego nieoczekiwanie ciężaru i ugięła się zdradziecko. Ania zdążyła tylko krzyknąć cicho, gdy z impetem uderzyła ramieniem i twarzą w śnieg.

Niemal od razu podniosła głowę, by zaśmiać się w głos, ale ta deklaracja triumfu wobec złośliwości losu rozpłynęła się bez śladu w śnieżnej ciszy. Nikt jej nie zawtórował, nikt jej nie odpowiedział. Drzewa stały milczące, obojętne jak od wieków, jak od zawsze.

Zaczęła gramolić się niezgrabnie, gdy nagle jej nogę przeszył ostry ból. Kostka! – przemknęło jej przez głowę i uśmiech na dobre zniknął z twarzy. Wypięła narty i wyprostowała nogi. Teraz nic nie bolało, ale wolała nie próbować kolejny raz. Jeśli to nie kostka, to może wystarczy odpocząć, jeśli jednak kostka, trzeba będzie rozejrzeć się za pomocą, a o tę byłoby teraz trudno…

Za chwilę spróbuję, powiedziała sobie w duchu. W najgorszym razie Witek niebawem wróci, pomoże zejść… Byle nie nadwyrężyć kostki na dobre, bo z całego pobytu nici…

Umościła się wygodniej w śniegu. Było jej ciepło, strudzone jazdą ciało nawet z pewną ulgą przyjęło przymusowy odpoczynek. Zaraz ktoś się pojawi – co do tego nie miała wątpliwości. Opodal ludzie, schronisko… To najważniejsze.

Przeszył ją dreszcz na wspomnienie przygody sprzed dwóch lat. Beskidy, te pozornie łagodne, niewysokie Beskidy napędziły im wtedy niezłego stracha. Sama myśl przejęła ją chłodem. Skąd wtedy szli? Z Węgierskiej Górki przez Prusów czy dalej na południe, z Milówki? Na pewno ich celem była Hala Lipowska i Rysianka. Wyprawili się wcześnie z kwatery, przygotowani na trudną, ale wykonalną trasę po niegłębokim, kilkudniowym śniegu. Nie byli pierwsi na szlaku od ostatnich opadów. Po wydeptanych „słoniną” i wyjeżdżonych biegówkami ścieżkach szli sprawnie i do schroniska na Hali Boraczej dotarli przed planowanym czasem. Posiliwszy się w chłodnej kamiennej jadalni, ruszyli ku Hali Redykalnej, a dalej Cebulowej, Motykowej i Bieguńskiej.

Na samo wspomnienie wtuliła głowę w kołnierz kurtki. Ledwo zaczęli podchodzić, rozpadał się śnieg. I nie były to, jak mówili w radiowej prognozie, lekkie opady, tylko prawdziwe styczniowe oberwanie chmury, któremu do miana zawiei brakowało tylko odpowiednio porywistego wiatru. Zwodniczo powolne płaty padały cicho i ani się spostrzegli, a brnęli już w śniegu po kolana. Myśl o powrocie na Boraczą nawet nie postała im jednak wtedy w głowie. Doskonale pamiętali letnią wyprawę szlakiem hal ku Rysiance, skąd roztaczały się rozległe widoki na Tatry i Czechosłowację. Liczyli na to, że po krótkim opadzie pogoda będzie znów klarowna jak rano, a widoczność znakomita.

Ale ten optymizm o mało ich nie zgubił. Na zbiegu szlaków pod Cebulową powitały ich zaspy sięgające pasa. Byliby zawrócili, gdyby nie to, że w lesie śniegu było mniej. Ruszyli więc raźno, dodając sobie otuchy, że przecież do Rysianki nie tak daleko.

Byli w błędzie.

Ania się wzdrygnęła. Gdzie Witek? Uniosła głowę i rozejrzała się, ale las pozostał pusty, ciemny, cichy. Jak wtedy, w Beskidach.

Po godzinie już wiedzieli, że jest daleko – i do Rysianki, i z powrotem do Boraczej. Niebo zdawało się ciążyć coraz niżej, zaspy rosły niemal w oczach. Ania była nie tyle przestraszona, ile podekscytowana, dopóki nie zaproponowała, że na chwilę zluzuje Witka, który dotąd dzielnie przecierał szlak. Teraz, w Tatrach, znów poczuła w udach tamto zmęczenie walką z sięgającymi pasa zaspami, które, choć sypkie, stawiały monotonny i wyczerpujący opór. Wtedy, w Beskidach, zwalniali coraz bardziej, ale parli przed siebie, bo powrót świeżo zasypanym własnym śladem nie byłby wcale łatwiejszy. Niewidoczne słońce zniżało się coraz bardziej, czerń lasu zaczęła się spajać z szarością śniegu. Baterie w latarce Witka nie wytrzymały mrozu – pręcik żarówki pozostał ciemny. Stracili rachubę przebytych kilometrów, oznaczenia szlaku ginęły pod warstwą śniegu. Kierowali się pamięcią i wyczuciem. Gdyby szli wtedy innym, bardziej zawikłanym i nieznajomym szlakiem…

Gdzie ten Witek? Znów się rozejrzała, czując narastające zimno. Las, tak bierny i bezbronny, gdy mijany w pędzie, teraz zdawał się piętrzyć nad nią coraz wyżej i ciężej. Jak w drodze na Rysiankę.

O czym wtedy rozmawiali? Najpierw podnosili się na duchu, planując, co zjedzą w schronisku i pod iloma kocami się położą. Potem krzepili się wzajemnymi zapewnieniami, że przecież szlak jest popularny, że zaraz się skończy, że mają wprawę, że Witek schodził dwa tygodnie wcześniej na przełaj z kolegą z Baraniej Góry w takich samych zaspach i poradzili sobie śpiewająco. Wreszcie nie mówili już nic, sapiąc tylko z wysiłku i czując, jak para zamarza im wokół nosa i ust, a chłód wkrada się w znużone ciała już nie tylko przez rękawice z barankiem, ale i przez orylonowe kurtki.

Czemu Witek jeszcze nie wraca? Poczuła, że przejmuje ją dreszcz. Pomiędzy milczącymi drzewami czaiły się cienie, jeszcze blade, ale z każdą upływającą minutą nabierające wagi nocnej ciemności.

Jak długo tu już na niego czeka? Czy aż tak daleko się wysforował, czy nie chciało mu się nawet odwrócić głowy? Tam, w Beskidach, czuła się otoczona jego opieką, ale tu, ale teraz…

Wtedy, już w całkowitej ciemności, gdy śnieg odróżniał od lasu ledwo jeden odcień, poznali nagle, że idą w dół. A potem błysnęło przed nimi okienko schroniska na Hali Lipowskiej…

Gdzie Witek?

Czy zorientował się, że została w tyle? Czy zawrócił i jej szukał? A może jechał dalej przed siebie, skupiony na szusowaniu, na pędzie, na sobie, na…

Poczuła, że zimno przenika ją do szpiku kości.

Irena.

Izabela.

Co miała o tym wszystkim myśleć?

Jeszcze niedawno nic by sobie z opowieści tego całego Maćka nie robiła. Oczywiście byłoby jej żal Cesi – porzuconej, zrozpaczonej, złamanej, niezdolnej do opuszczenia czterech ścian, odcinającej się od świata, który musiał stać się dla niej nagle przeraźliwie obcy. Oczywiście gardziłaby Bogdanem tak łatwo łamiącym dane słowo, brylującym z nową kobietą, która powinna porzucić go tak samo, jak on porzucił Cesię. Oczywiście rozmyślałaby refleksyjnie o ulotności szczęścia, o nieprzewidywalności życia, o ludzkich słabościach. Ale nie widziałaby w tej tragedii żadnej wiadomości dla siebie, żadnych punktów wspólnych, żadnej przestrogi.

Teraz jednak…

Izabela.

Irena.

Światowe. Atrakcyjne. Wolne – i dające wolność.

Potrząsnęła głową.

Nie. Witek to nie Bogdan. Przecież go zna, od dawna, tak dobrze…

Cesia znała Bogdana od dawna i dobrze.

Wyraz twarzy Witka, kiedy wspominał o Irenie. Ton jego głosu. Sposób, w jaki uciekał wzrokiem. Żartowała sobie wtedy z nim i z niego, ale teraz, sama, w ciemności i zimnie, nie dostrzegała już w tamtych żartach nic zabawnego.

Poczuła, że jej ciało zaczyna dygotać.

Nie, niemożliwe.

Tylko jej się zdaje.

Ta opowieść i teraz ten milczący las napełniający ją zimną ciemnością – to dlatego widzi wszystko w czarnych barwach, to dlatego jest jej tak źle.

W głębi ciemnego znalazłam się lasu, pomyślało jej się naraz i uświadomiła sobie, że to nie jej słowa. Jak to dalej szło? _W życia wędrówce, na połowie czasu_, tak, tylko to wcześniej było. A potem? _Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi_…

Wzdrygnęła się, a może po prostu zadrżała z zimna. Przecież wszystko będzie dobrze. Wszystko jest dobrze. Wystarczy poczekać. Wystarczy przeczekać. Wystarczy…

A w ogóle to czy nie powinna napisać do Oli? Właściwie to nigdy tak serio nie porozmawiały o tym, co się stało między nią i Mundkiem. Ba, w ogóle już dawno nie…

– Tu jesteś! Dzięki Bogu…

Ulga zalała Anię falą mdlącego ciepła, z duszy ulotniła się ciemność.

– Kostka! – wymamrotała, próbując wstać, jak gdyby mimo wszystko nie potrzebowała pomocy.

– Skręcona?

– Nie wiem…

Pomógł jej się podnieść. Z obawą, ale i nadzieją stanęła na nogach.

– I? – spytał z niepokojem.

– Chyba dobrze… – mruknęła, próbując obciążać staw. – Najechałam na coś, przewróciło mnie, zakłuło… Wolałam nie pogarszać, to czekałam…

– I prawidłowo zrobiłaś. Już lepiej?

– Tak, chyba dam radę.

– Musisz być zziębnięta.

– Trochę. Ale już jest dobrze – powiedziała i wczepiła się w jego ciepłe usta lodowatymi wargami.

Przez chwilę nie działo się nic.

– Na dół już niedaleko. Zjedziesz czy zejdziemy?

Ostatecznie zjechali. W Kuźnicach udało im się dojechać na sam dół. Tam musieli zmienić buty narciarskie na boty na po nartach. Ania wdziała piękne białe botki ze skóry na sztucznym baranku, ze ściętym szpicem.

– I po strachu! – Uśmiechnęła się i objęła Witka ramieniem. Przytulił ją.

– Przemokły mi buty – poskarżyła się. – A tobie?

– Mnie też – wzruszył ramionami – jakżeby inaczej!

Zarzucili narty na ramiona i ruszyli spacerowym krokiem do pensjonatu. Nad nimi chyliły się ciężkie sylwetki ośnieżonych drzew, spod których gałęzi na drogę spływały coraz ciemniejsze cienie. Tam, wyżej, w samotności i milczeniu, musiały być straszne; tu – co najwyżej urokliwe.

– A nasz noworoczny spacer w ubiegłym roku pamiętasz? – zagadnął, obejmując ją w talii.

– Pamiętam… – Przycisnęła jego rękę, bo trzymał ją jakoś słabo.

– Beskid Sądecki to nie to, co Tatry…

– Ale wcale nie gorszy! To po prostu inny krajobraz…

– Ależ ja nic przeciwko Beskidom nie mam! Po prostu tamten pobyt był inny, no i byliśmy z Olą i Mundkiem, a w czwórkę to też inaczej! – Witek zakończył mocniej i głośniej, niż wymagała sytuacja.

Ania uniosła lekko brwi, ale zignorowała podniesiony głos Witka.

– Tamta kwatera w Łomnicy to mi się nawet bardziej podobała – podjęła po chwili. – Jak cicho…

Zamilkli oboje, patrząc gdzieś w przestrzeń, w przeszłość, zamiast sobie w oczy, tu i teraz.

Witek myślał o Mundku, koledze z roku.

Ania myślała o Oli, koleżance z roku.

Witek wspominał, jak Mundek z szaleństwem w oczach powiedział mu przy wódce w ogołoconym z liści parku, że od teraz skupia się wyłącznie na pracy.

Ania wspominała, jak Ola wzięła ją na spacer w rześki chrzęszczący wieczór i powiedziała przepraszającym tonem, że wyprowadza się do mężczyzny swoich marzeń w Trójmieście.

Obojgu źle się o tym rozmawiało. Z Mundkiem i z Olą, ale przede wszystkim między sobą. Nie mogli nigdy dojść do porozumienia co do przyczyn, co do winy, co do konsekwencji dla nich i dla przyszłości. Przy każdej próbie zrozumienia, co się stało, stawali po przeciwnej stronie, Witek biorąc w obronę Mundka, Ania – Olę. I dlatego w końcu przestali o tym rozmawiać.

Aż do teraz.

Krótka uwaga Witka nie była jeszcze wprawdzie rozmową, ale uruchomiła lawinę, i czuli, że w końcu będą musieli stawić czoła tamtemu związkowi.

I swojemu własnemu.

Ocknęli się z zamyślenia w tej samej chwili i jak na komendę zaczęli przerzucać się wspomnieniami:

– Tak… i ta piękna pogoda w Nowy Rok.

– Zwodniczo piękna!

– I ten zamarznięty Poprad!

– Gdyby nie zamarzł, nie byłoby kłopotu!

– A co to za kłopot…?

– No, gdybyśmy się tak natknęli na czechosłowackich pograniczników i gdybyś im zaczął po angielsku albo francusku wyjaśniać, że my tylko do Piwnicznej szliśmy…

– Tam zaraz po angielsku. W każdym razie szło się cudownie…

– Aż nam w oczy nie zaświecił ten szyld „Potraviny”!

– Ale spacerek do tego momentu był w dechę, sama przyznasz.

– Przyznam, ale w drodze powrotnej mało brakło, żebyśmy pobili rekord świata w biegu po śniegu!

– Na szczęście pogranicznicy obu bratnich krajów odsypiali najwidoczniej noworoczne szaleństwa…

Gadali, jak gdyby chcieli coś zagłuszyć, i chyba jednocześnie to sobie uświadomiwszy, umilkli. Szli chwilę w ciszy, na pozór smakując we wspomnieniach ryzyko, które wtedy przyprawiało ich o szybsze bicie serca i suchość w ustach, a teraz tylko o blady uśmiech.

– To co, dokąd w końcu pójdziemy? – spytał wreszcie Witek.

Ania spojrzała na niego przeciągle spod długich rzęs.

– Może do tych nowych Wierchów? – zagadnęła, a widząc wzbierający na jego twarzy grymas, dorzuciła przesadnie filuternym tonem: – Fajf nie fajf, ale słyszałam, że ma tam wieczorem wpaść Zosia, wiesz z kim…

Roześmiał się trochę głośniej, niż chciał. Niż powinien.

– A niech ci już będzie, zobaczmy te Wierchy, będzie ciekawie!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij