Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Za zakrętem. Utracone marzenia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 marca 2026
35,00
3500 pkt
punktów Virtualo

Za zakrętem. Utracone marzenia - ebook

„Za zakrętem. Utracone marzenia” Karoliny Hejmanowskiej, to powieść obyczajowa ukazująca problemy związane z dorastaniem Rafała, poruszającego się na wózku. Chłopiec rozpoczyna naukę w liceum, mierząc się z barierami i własnymi obawami. To czas pierwszych przyjaźni, trudnych wyborów i osiągania dojrzałości emocjonalnej. Naturalny styl autorki podkreśla autentyczność historii. 
Książka doskonale wpisuje się w literaturę obyczajową. Sprawdzi się także w działach związanych z tematyką szkolną i psychologiczną. Powieść „Za zakrętem. Utracone marzenia” wzbogaci ofertę dystrybutorów o tytuł współczesny, wiarygodny i wartościowy. To pozycja dla młodzieży i dorosłych zainteresowanych kształtowaniem osobowości, rozwojem i poszukiwaniem własnej tożsamości.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68768-05-3
Rozmiar pliku: 549 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Część I

Jastrzębie-Zdrój, wrzesień 2001 roku

– Chłooopcyyy! Pobuuudkaaa! – kobiecy głos rozległ się w mieszkaniu.

Jasnowłosy chłopak otworzył oczy, po czym szybko przetarł je dłonią i natychmiast wstał. Jego brat tylko mruknął coś pod nosem i przewrócił się na bok.

– Tylko nie każ zbyt długo na siebie czekać – powiedział, po czym poklepał brata w ramię.

– Dobra! – warknął w odpowiedzi i ukrył głowę pod kołdrą.

– Jak sobie chcesz, ja idę – rzucił blondyn i zamknął za sobą drzwi.

Jego brat o zdecydowanie ciemniejszych włosach odwrócił się na plecy. Przez chwilę wpatrywał się w sufit, z którego odchodziła poszarzała, kiedyś biała farba.

Trzeba by pomalować ten pieprzony sufit – pomyślał i wtedy przyszła mu do głowy myśl, że nigdy nie pomaluje żadnego sufitu. Jego brat to co innego, dałby radę, ale jemu się nie chce. A on, nawet jakby chciał, to nie i koniec. No chyba że wydarzy się jakiś cholerny cud. Gdyby tak obudził się rano i okazałoby się, że…

Zamknął oczy i przełknął ślinę. Wyraźnie się denerwował. Nic dziwnego, zaraz zrobi to, co robił po każdym przebudzeniu, i to od kilku lat. Właściwie nie wiedział, dlaczego to robił, bo przecież nie miało to większego sensu, ale podobno cuda się zdarzały. I tak każdego ranka, bez wyjątku, liczył na ten cud. Bo tylko on mógł mu pomóc. Nikt ani nic innego. Tylko cud.

Chłopak wypuścił powietrze z płuc, zapewne chcąc w ten sposób się uspokoić. Nie otwierając oczu, zacisnął szczękę i pięści. W pewnym momencie gwałtownie podniósł powieki, po czym skierował głowę w dół i popatrzył na swoje długie, blade nogi.

Cud nie nadszedł.

* * *

Rafał

– Nic, kurwa, nic – cedzę przez zaciśnięte zęby i jeszcze mocniej zaciskam pięści, a potem ciskam o ścianę poduszkę, na której spałem.

To głupota, wiem, ale nie mogę przestać tego robić. Sam już nie wiem, czy to dlatego, że w głębi serca liczę na ten cholerny cud, czy może dlatego, że robię to z przyzwyczajenia.

Powód jest nieważny. Ważne jest to, że nadal to robię, i to, że za każdym cholernym razem czuję się tak samo rozczarowany. Rozczarowany i wkurwiony. Jaki z tego wniosek? Do tego nie da się przyzwyczaić.

Rytuału ciąg dalszy. Odwracam głowę w prawo, by zobaczyć, że obok stoi mój nieodłączny kumpel. No właśnie: kumpel czy wróg? Gdyby nie on, to musiałbym gnić tutaj aż do śmierci, ale z drugiej strony może ta śmierć byłaby lepsza?

– Jebany fotel – warczę, wpatrując się z nienawiścią w urządzenie obok mnie.

Moim marzeniem jest, żeby pewnego dnia obudzić się i nie musieć patrzeć na to cholerstwo. Chciałbym patrzeć na nagą dziewczynę śpiącą obok, a nie na to gówno. Doskonale jednak wiem, że jednego z drugim nie da się pogodzić. Żadna dziewczyna o zdrowych zmysłach nie chciałaby… Ech, chuj z tym.

To dlatego nienawidzę swojego życia. Życia, które ciągnie się za mną jak dupa ślimaka. Dobra, dość rozczulania się. Trzeba wstać i iść do przodu. Jak iść, do cholery? Czołgać się, a nie iść. A właściwie jechać.

Chwyciłem za oparcie wózka i przysunąłem ku sobie mojego osobistego wroga.

* * *

– Rafałku! – zaszczebiotała kobieta na jego widok.

Gruba sześćdziesięciolatka, owinięta szczelnie fartuchem z kwiecistego materiału, wyglądała jak żywa reklama złego cholesterolu. Podeszła do wjeżdżającego chłopaka i ucałowała go w oba policzki. Skrzywił się na ten przejaw czułości, mimo że ciotka Wanda zachowywała się w ten sposób codziennie. Po prostu jakoś nie potrafił się do tego przyzwyczaić.

Jego brat, pochłaniający ze smakiem kanapkę z grubą warstwą dżemu truskawkowego, z trudem powstrzymał się od śmiechu.

– Ty, Walduś Kiepski… – rzucił Rafał, widząc, jak brat zareagował na jego minę.

– Ej! – Chłopak podniósł się z krzesła, unosząc rękę, by klepnąć Rafała w ramię.

Nie znosił, gdy brat przywoływał na usta popularnego bohatera _Świata według Kiepskich_, a raczej, że robił to w jego kontekście. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że chciał zdenerwować najmłodszego członka rodziny. Nie zdążył, bo jego zapędy powstrzymała ciocia.

– Walduś, skarbie… – Spojrzała na niego, kręcąc głową z dezaprobatą.

Wanda zdawała sobie sprawę, że to wygłupy, ale odkąd starszy brat Waldka wylądował na wózku inwalidzkim, kobieta stała się względem niego nadopiekuńcza i nie godziła nawet na niewinne żarty.

Waldek posłusznie wrócił na swoje miejsce.

– Rafałku, masz ochotę na kanapki z dżemem? – zapytała. W jej głosie dało się wychwycić troskę.

Rafał przewrócił oczami.

– Ciociu, wiesz, że nie lubię cholernego dżemu, prawda?

– Naprawdę? – Była wyraźnie zaskoczona. – Jejku, na śmierć zapomniałam. Co ze mnie za ciotka. – Pokręciła głową.

– Poza tym dżem jedzą tylko takie smarki, jak ten tutaj. – Uśmiechnął się zaczepnie, wskazując głową na Waldka.

– Dorosły się znalazł! – krzyknął Waldek z pełnymi ustami.

Rafał się zaśmiał.

– Chłopcy, przestańcie. Rafałku, może zjesz tosty z kiełbaską? – zapytała Wanda, wyciągając z szafki toster omega rodem z PRL-u.

– Bardzo chętnie, ciociu. – Rafał uśmiechnął się, po czym podjechał do kuchennego stołu.

– Oj, Rafałku, takiemu uśmiechowi to żadna dziewczyna się nie oprze – zawyrokowała Wanda, wyciągając z lodówki dwie białe kiełbasy.

Waldek zachichotał.

– Zamknij się, młody – odezwał się Rafał ostrzegawczo.

Waldek, nic sobie nie robiąc z przestrogi brata, powiedział:

– Ciociu, może i tak, ale najpierw musiałby się chcieć uśmiechać. Gdyby nie ty, to w ogóle bym pomyślał, że nie jest zdolny do jakiegokolwiek uśmiechu.

– Gdybym tylko umiał podnieść tę cholerną nogę… – zaczął Rafał, wpatrując się w brata morderczym spojrzeniem.

Wanda westchnęła ciężko. I to wcale nie z powodu agresywnej postawy Rafała. Najpierw Waldek powiedział o braku uśmiechu na co dzień, a gdyby tego było mało, Rafał wspomniał o swoich nogach. Po raz kolejny poczuła smutek i żal na myśl o niepełnosprawnym siostrzeńcu.

* * *

– Brat, właściwie to jedno trzeba ciotce przyznać – odezwał się Waldek, gdy chłopcy znajdowali się już na zewnątrz. Waldek położył dłonie na uchwytach wózka inwalidzkiego. – Myślę, że gdybyś częściej pokazywał swoje lepsze oblicze, to nie miałbyś problemu ze znalezieniem dziewczyny.

– O czym ty gadasz? Jakie znowu lepsze? – odezwał się agresywnie Rafał.

Nie lubił, gdy ktokolwiek pomagał mu w przemieszczaniu się. Powtarzał, że ręce ma przecież zdrowe, a jeśli ktoś szedł za nim i prowadził jego wózek, czuł się tak, jakby stracił nie tylko czucie w nogach, ale także w rękach. Był uparty i samodzielny. Ta odrobina kontroli podtrzymywała go na duchu.

Waldek puścił uchwyty, po czym zrównał się z bratem.

– A o tym, że… no, mimo wszystko fajny z ciebie gość, nie? No i niebrzydki. I myślę, że gdybyś znalazł sobie jakąś dziewczynę, to byłbyś częściej do zniesienia. – Zaśmiał się delikatnie.

Odetchnął w duchu. Nie pamiętał, kiedy ostatnio pochwalił brata, i już zaczynał czuć się nieswojo, ale jakoś wybrnął z tej nietypowej sytuacji.

Rafał zatrzymał wózek tak gwałtownie, że Waldek przestraszył się nie na żarty, z kolei Rafał zaczął się śmiać. Ten nagły wybuch wesołości nie był spowodowany reakcją Waldka, a raczej tym, co powiedział. Gdy już przestał się śmiać, otarł łzy z oczu, mówiąc:

– Stary, rozumiem, że chciałeś być miły, i to doceniam, ale przestań oszukiwać nas obu.

– Ale o co ci…?

Rafał uśmiechnął się kpiąco.

– Wszystko to bardzo ładnie brzmi, ale mam jedną, do tego rzucającą się w oczy wadę. – Spojrzał na swoje bezwładne kończyny.

– Rafał, to nie ma… to, że ty… – Waldek nie dokończył, ponieważ Rafał ponownie parsknął śmiechem.

– Nawet nie potrafisz nazwać rzeczy po imieniu – oznajmił, uspokoiwszy się. – No co? Czemu nic nie mówisz, braciszku? Nie ma co się oszukiwać. Panienki nie lecą na takich jak ja.

– Rafał… – Waldek zaczął kręcić głową z dezaprobatą.

– Co? – ton głosu Rafała zmienił się diametralnie. Nawet głuchy wychwyciłby w nim agresję. Następnie uniósł pięść i z całej siły uderzył nią w nieruchomą nogę. Gdy pięść wylądowała na prawej kończynie, Waldek odwrócił głowę. – Widzisz? Nic. Gówno.

Waldek nadal nie patrzył na brata.

– Spójrz na mnie – nakazał Rafał.

Waldek przełknął ślinę, a następnie popatrzył w stronę brata. Wyraz twarzy Rafała nie zdradzał jakichkolwiek emocji.

– Żadna nie jest na tyle głupia, żeby chcieć być z kaleką.

* * *

Rafał i Waldek resztę drogi do szkoły pokonali w milczeniu. Waldek czuł się niezręcznie; unikał nawet patrzenia na swojego towarzysza, natomiast Rafał poczuł, że przygnębienie spowodowane jego kalectwem wraca. Przygnębienie, które wkrótce przemieniło się w złość, ale starał się nie okazywać tego bratu. W końcu to przecież nie była jego wina, że stracił czucie w nogach. A tym bardziej nie było jego winą to, że już żadna dziewczyna nie spojrzy na niego jak na potencjalnego partnera – przynajmniej według Rafała.

Chłopcy mieli to szczęście, że liceum, do którego uczęszczali – Rafał od dwóch tygodni był uczniem drugiej klasy, natomiast Waldek dopiero rozpoczął przygodę ze szkołą średnią – mieściło się nieopodal bloku, w którym mieszkali, więc nie musieli korzystać z usług komunikacji miejskiej. To jeden z wielu uroków mieszkania w zabytkowej części miasta. Dzielnica Zdrój nie należała do rozległych.

W pewnym momencie Rafał wyjął z plecaka discmana, a chwilę później w słuchawkach dał się słyszeć metalowy warkot. Miał nadzieję, że Slayer choć trochę pomoże mu w pozbyciu się negatywnego nastroju.

Waldek przewrócił oczami. Nie przepadał za gitarową muzyką. Wolał najnowsze przeboje, które można było usłyszeć w radiu. Jeśli chodziło o wspólne upodobania muzyczne, jedyne, co ich łączyło, to telewizyjna lista _30 ton_¹.

– Boniek! – krzyknął na widok Rafała jeden z kolegów z klasy. Sympatyczny rudzielec stał przed szkołą z papierosem w ustach. Towarzyszyło mu dwóch innych chłopaków.

Rafał przewrócił oczami. Kiedyś, w czasach gdy miał sprawne nogi, zapowiadał się na świetnego piłkarza, stąd ta ksywka. Był dumny, że koledzy postanowili zwracać się do niego jak do słynnego sportowca. Dziś, gdy po piłkarskich sukcesach pozostało wspomnienie, film zarejestrowany kamerą wideo i kilkadziesiąt zdjęć przypominało mu tylko o tym, jak wiele stracił i ile mógł zyskać. Kumple, którzy także pamiętali jego sukcesy, nie chcieli jednak przyjąć tego do wiadomości. Twierdzili, że dla nich już zawsze będzie „Rafałem od piłki”, a ten pseudonim miał być tego dowodem.

Gdy Rafał podjechał do kolegów, wszyscy przybili sobie piątki, choć ten nadal miał kwaśną minę.

– Siema, Waldi – odezwał się jeden z palaczy w stronę brata Rafała.

Gdy Waldek już odszedł, Rafał wyjął z kieszeni paczkę papierosów.

– Kurwa mać – zaklął, zauważywszy kilka pogniecionych fajek.

Wyjął jedną, po czym zaczął ją prostować. Gdy papieros był już w jako takim stanie (nie idealnie prosty, ale kwestia estetyki nie była sprawą wielkiej wagi), jeden z trzech kumpli, miłośnik punk rocka, wyciągnął zapalniczkę z gołą babą i mu odpalił.

– Ty, co tam masz? – spytał jeden z długowłosych kolegów, zaciągając się fajką. Kiwnął głową w stronę kolan Rafała, na których leżał discman.

– Slayer – odpowiedział Rafał.

Długowłosy uśmiechnął się tak, jakby właśnie dowiedział się o wygranej w totka, po czym stwierdził:

– Zajebiście.

– Kopią po dupach aż miło – stwierdził kolejny palacz.

– Ale czystego punka nic nie przebije – włączył się do rozmowy, a jakże, punkowiec. – Jabol punk!

Chłopcy spojrzeli na niego, rozciągając usta w głupawym uśmiechu.

Rafał, który nie potrafił określić, czy jest większym fanem metalu, czy właśnie punka, skomentował:

– Znalazła się „Jabolowa ofiara” powiedział ironicznie nawiązując do jednego z punkrockowych utworów.

Wszyscy oprócz punkowca wybuchli śmiechem. Tamten tylko uśmiechnął się nieznacznie.

– Co tam, brudasy? Za mało macie gówna w powietrzu? – Zaśmiał się niebieskooki blondyn w piłkarskiej koszulce i krótkich spodenkach w kolorze brązu.

– No proszę. Teraz mamy parkę – odezwał się jeden z palaczy, spojrzawszy przy tym na Rafała.

Rafał już drugi raz w ciągu kilku minut przewrócił oczami.

Kordian, nowo przybyły, był gwiazdą futbolu, dlatego mówili na niego Lato. Geneza podobna jak w przypadku ksywki Rafała – pochodziło a ona od słynnego piłkarza, uczestnika mistrzostw świata w piłce nożnej. W dawnych czasach Rafał i Kordian trenowali razem i wszyscy byli przekonani, że oni też, podobnie jak Zbigniew Boniek i Grzegorz Lato, zagrają kiedyś w prestiżowych rozgrywkach. Z wiadomych powodów Rafał już na pewno nie zagra.

Kordian spojrzał na Rafała, a następnie pokręcił głową z dezaprobatą.

– Stary, kto by pomyślał…

– Że co? – spytał Rafał, zaciągając się papierosem.

– Właśnie to – odpowiedział, pokaszlując i wymachując ręką, by odpędzić od siebie dym papierosowy.

– Stary, ja już nie gram.

– Ale to nie znaczy, że masz się truć.

Palacze się zaśmiali.

– Mówisz jak moja stara – oznajmił punk.

– Wyluzuj, piłkarzyku – dodał długowłosy.

– Właśnie. Poza tym jaram od pierwszej klasy i dobrze o tym wiesz, więc wrzuciłbyś wreszcie na luz.

– Ja tylko chcę powiedzieć, że wasza kondycja…

– Z moją kondycją jest wszystko cacy. Jak chcesz, to zapraszam do pogo w ten weekend. – Zaśmiał się punk. – Będziemy robić niezłą rozpierduchę na sali, co nie? – spytał, patrząc na swoich kompanów.

Rafał spuścił wzrok. Nigdy nie było mu dane uczestniczyć w tym szalonym tańcu. I nigdy nie będzie.

– Się wie! – wykrzyknęła pozostała dwójka.

Kordian patrzył na kolegów jak na idiotów. Jak można czerpać radość z obijania się o siebie? Chyba że było się małymi dziećmi, ale przecież ta trójka była już prawie pełnoletnia. Spojrzał na Rafała, który nadal palił krzywego papierosa. Odkąd zaczął jeździć na wózku, przestał grać w piłkę. Siłą rzeczy przestali się też widywać tak często jak kiedyś. Jego kumpel bardzo się zmienił. Z wiecznie uśmiechniętego dzieciaka zrobił się zgorzkniałym facetem. Poszedł w muzykę i komputery.

A Kordian nie dość, że nie trawił tych gitarowych wrzasków (już wolałby słuchać piły mechanicznej), to na dodatek był wrogiem tych wielkich maszyn, na których Rafał znał się coraz lepiej. Kordian miał wielką nadzieję, że ludzkość wkrótce przejrzy na oczy i komputery, które stawały się coraz bardziej popularne, odejdą w niepamięć. Rafał – dawniej skromnie i schludnie ubrany chłopiec, teraz chłopak z czarnymi, bez ładu i składu ściętymi włosami; po bokach krótko, zaś na środku dłuższa kępka włosów, ale chyba jeszcze gorsza jest ta czarna skórzana bransoleta nabita ćwiekami, mały kolec w górnej części lewej małżowiny usznej, w prawym uchu małe srebrne kółeczko i ten kolczyk w dolnej części języka. Mała metalowa kulka. Nie mówiąc o dwóch pionowych kulkach, które mieściły się obok lewej brwi.

Nie. Najgorsze były papierosy, bo odbierały zdrowie, a przy tym niemiłosiernie śmierdziały. Jakim cudem ktoś, kto kochał sport, mógł przerzucić się na fajki? Kordian wiedział jakim. Gdy Rafał dowiedział się, że już nigdy nie stanie na własnych nogach, kompletnie się załamał. Ale kto by się nie załamał? Dodatkowym obciążeniem był fakt, że był w ciągłym ruchu. Był świetnym piłkarzem. Nawet lepszym od niego. W głębi duszy Kordian o tym wiedział, ale za nic w świecie się do tego nie przyzna.

Rozmyślania przerwał mu pewien widok. Do ich grupki zbliżała się dziewczyna, która od dwóch tygodni chodziła do ich szkoły. Pierwszoroczniaczka. Śliczna, z rudymi loczkami, które sięgały jej do łokci. Burza loków. Loczki same w sobie przykuwały uwagę, a jakby tego było mało, jej drobna postura jeszcze bardziej je uwidaczniała.

Chociaż żaden z chłopców ze starszych klas nie miał okazji jej tak naprawdę poznać, każdy wiedział, że miała na imię Diana. Dlaczego? Diana wyrastała na prawdziwą szkolną miss, choć sama nie miała o tym pojęcia. Z tego, co chłopcy zauważyli, mieli do czynienia ze skromną i spokojną nastolatką. Rozmawiała tylko z kilkoma dziewczynami ze swojej nowej klasy.

No, ale w końcu dopiero zaczęła chodzić do nowej szkoły, więc tak naprawdę wszystko się jeszcze mogło wydarzyć.

– E, Kordi, stanął ci? – zapytał punkowiec, na co reszta wybuchła śmiechem.

Poza Rafałem, który tylko nieznacznie się uśmiechnął. Jeśli punkowiec pomyślał, że tym pytaniem zawstydzi Kordiana, bardzo się pomylił.

– A co? Nie mów, że tobie nie. – Uśmiechnął się zaczepnie.

Punk odwzajemnił uśmiech.

– No jasne. Jak każdemu z nas. – Spojrzał przy tym na kolegów.

Na to stwierdzenie Rafał postanowił się odezwać.

– Poza mną. Nic specjalnego.

Wszyscy – tym razem bez wyjątku – spojrzeli na niego jak na kosmitę.

– Stary, weź nie pierdol. Kogo ty chcesz oszukać? Ta niunia to prawdziwa seksbomba. Nawet starsze roczniki się do niej nie umywają. Tylko lasce może się nie podobać, ale z tego, co widzę, to akurat ty jesteś facetem z krwi i kości.

Rafał nie odpowiedział od razu. Spojrzał w oczy kumplowi, mówiąc:

– Widocznie nie jestem facetem.

* * *

Rafał wjechał do szkoły. Kumple mieli rację. Diana bardzo mu się podobała, co nie było niczym nadzwyczajnym, bo prawdopodobnie podobała się każdemu chłopakowi w szkole. Od dwóch tygodni wodził za nią wzrokiem. Ale nie przyzna się do tego. Nikomu. Nawet sobie. Łatwiej oszukiwać samego siebie, niż przyznać się do tego, że każdego wieczoru, leżąc w łóżku, rozmyślał tylko o niej. To niepoważne, bo przecież nawet jej nie znał. Nawet z nią nie rozmawiał. I w przeciwieństwie do kolegów – nawet nie marzył o tym, żeby ją poznać, bo doskonale wiedział, że nigdy nie spojrzy na niego jak na prawdziwego faceta.

* * *

Minęły trzy godziny. Klasa Rafała przebierała się na WF, toteż nastolatek, jak zawsze w takich sytuacjach, udał się do szkolnej biblioteki. Co prawda nauczyciel wychowania fizycznego nie miał nic przeciwko temu, żeby chłopak czekał w sali, ale niepełnosprawny uczeń nie mógł patrzeć na kolegów, którzy w przeciwieństwie do niego mogli się wyżyć podczas zajęć.

Wprawdzie obecni byli i tacy, którzy nie lubili bezsensownego czasu spędzonego na sali, jak mówiły kujony (często była to godzina, podczas której reszta wyśmiewała się z braku umiejętności sportowych miłośników ćwiczących swoje mózgi), ale Rafał bez cienia wątpliwości doskonale wiedział, że żaden z tych kujonów nie chciałby zamienić się z nim miejscami.

Starym zwyczajem podjechał do regału, na którym stały książki o tematyce informatycznej. Od początku pierwszej klasy przeczytał już wszystkie, które były dostępne, ale w zeszłym tygodniu bibliotekarka powiedziała, że na dniach znajdzie się w zbiorach nowa, bardzo ciekawa pozycja pod względem jego zainteresowań.

Rafał się skrzywił. No tak. Ta nowa książka musiała akurat wylądować na samej górze. Oczywiście gdyby był w stanie utrzymać się na nogach, sięgnąłby po nią bez problemu (mierzył sto osiemdziesiąt dwa centymetry), ale skoro resztę życia dane mu było przesiedzieć… Już miał pojechać w stronę biurka bibliotekarki, by na nią poczekać (jak przyjechał, to jej nie zastał), gdy dostrzegł stojącą dwa metry od niego dziewczynę.

Diana. Nawet nie usłyszał, jak się zbliżyła. Naprzeciw niego stała dziewczyna, o której nie mógł przestać myśleć, choć bardzo się starał. I był z nią sam. Całkowicie sam.

Diana przyglądała się przez chwilę Rafałowi, a następnie, zachowując ostrożność, podeszła do niego.

– Ach… przepraszam, że… że ci się przyglądam… Potrzebujesz pomocy, prawda? – zaczęła niepewnie, nie patrząc mu w oczy. Wyglądała na skrępowaną.

Rafał zaniemówił. Nigdy nie miał okazji zobaczyć jej z tak bliska. Ku jego rozgoryczeniu okazała się jeszcze piękniejsza, niż przypuszczał. Mały, kształtny nosek, oczy w kolorze zieleni i te usta… wprost stworzone do całowania. Dziś miała na sobie turkusową spódniczkę i koronkową bluzkę, która uwidaczniała jej niemały biust. No i włosy. Burza rudych loczków, które co chwilę wpadały jej do oczu.

Skarcił się w duchu, że w ogóle przykuwał do niej taką uwagę. Przecież miał przestać o niej myśleć, a teraz jeszcze to… Miał nadzieję, że to niespodziewane spotkanie nie przeszkodzi mu w tym, żeby w końcu uwolnić od niej swoje myśli.

– To tylko głupia książka, miałem zamiar poczekać na panią Borek. Nie przejmuj się mną – odpowiedział z pozoru beznamiętnym tonem, choć tak naprawdę wszystko się w nim gotowało.

I w następstwie tych emocji, zupełnie niespodziewanie, poczuł złość względem swojej towarzyszki. Dlaczego nawet z bliska okazała się tak piękna? Piękniejsza niż z daleka? I jakim cudem miał przestać o niej myśleć? Miał ochotę uderzyć pięścią prosto w serce; przy niej biło zdecydowanie szybciej niż zwykle.

– Ale skoro jej tu nie ma, to mogę ci pomóc, prawda? – Uśmiechnęła się pierwszy raz, nie zważając na to, że jej towarzysz właśnie odmówił przyjęcia pomocy.

Rafał nie mógł nie zauważyć tego niewinnego uśmiechu. No to jestem ugotowany – zdążył pomyśleć, bo w następnej chwili Diana wyciągnęła rękę z zamiarem przedstawienia się.

– Diana – odezwała się, uśmiechając bez skrępowania.

Wiem, jak każdy facet w tej szkole – pomyślał i zaklął w duchu. Jeszcze tego brakowało, żeby go dotknęła. Musiał dokonać szybkiego wyboru: lepiej okazać się dupkiem czy pozwolić jej, by uścisnęła jego dłoń, i dodać sobie kolejnego powodu, dla którego nie mógłby przestać o niej myśleć? Wybrał to pierwsze.

– Rafał – odpowiedział, kompletnie ignorując jej dłoń.

Diana nie spodziewała się takiej reakcji. Opuściła ją wolno. Było widać, że poczuła się niezręcznie i zrobiło się jej przykro.

Zwyzywał się w duchu. Może jednak powinien podać jej rękę? Ale było za późno.

– Jak mówiłam, pomogę – odpowiedziała rzeczowym tonem, już bez cienia uśmiechu. Wzięła taboret, który stał naprzeciw drugiego regału, i stanęła na nim, pytając, o jaką książkę mu chodzi.

Rafał nie odpowiedział od razu. Skupił spojrzenie na nogach dziewczyny, na które miał teraz idealny ogląd. Zaraz jednak przywołał się do porządku i odpowiedział na zadane pytanie.

Gdy trzymała książkę w ręce, stało się coś nieoczekiwanego. Noga od wiekowego taboretu nagle się złamała, Diana krzyknęła, natomiast Rafał – kierując się instynktem – wyciągnął ręce, by ją złapać. Upadła idealnie; jedną ręką chłopak obejmował jej ramiona, natomiast druga znajdowała się pod zgięciem kolan.

Rafał wstrzymał oddech. Gdy poczuł, że jego męskość budzi się do życia, chrząknął, sprawiając, że dziewczyna otrząsnęła się z szoku spowodowanego upadkiem – a chyba przede wszystkim tym, że znalazła się w ramionach obcego chłopaka, na dodatek takiego, który nie zachowywał się w stosunku do niej przyjaźnie – i błyskawicznie wyswobodziła się z ramion Rafała.

Gdy stała bezpiecznie na ziemi i wręczała mu książkę, poczuł przemożną chęć dotknięcia jej drobnej dłoni. Nie zrobił tego jednak z wiadomych powodów. Poza tym dziewczyna, od czasu odrzucenia, wyraźnie wzniosła przed nim mur; przestała się uśmiechać, wyglądała na poważną.

– Dzięki – mruknął.

Nie odpowiedziała, za to odwróciła się i zaczęła oddalać.

– Diana! – krzyknął, zaskakując samego siebie.

Diana zatrzymała się gwałtownie, po czym powoli odwróciła w jego stronę.

– Słucham? – odezwała się, ale jej twarz nadal nie zdradzała nawet cienia uśmiechu.

– Szukasz czegoś?

Tym razem to ona zwlekała z odpowiedzią.

– Jednej książki na biologię. To znaczy pan Ratajczak potrzebuje… – zawahała się, po czym biorąc przykład z Rafała, odpowiedziała: – Poczekam na panią Borek. Nie przejmuj się mną.

W momencie, gdy wypowiedziała to zdanie, pani Borek wróciła do biblioteki.

* * *

Nastał czwartek. Od poniedziałku Diana i Rafał konsekwentnie się unikali; dziewczyna z powodu ewidentnie negatywnego nastawienia chłopaka oraz faktu, że zwyczajnie czuła się niezręcznie z powodu niespodziewanego upadku wprost w jego ramiona, choć jeszcze w tym samym dniu poważnie się zastanawiała, czy nie powinna podejść i podziękować za to, że nie pozwolił jej upaść, bo przecież dzięki temu nie zrobiła sobie krzywdy. W końcu rodzice wpoili jej zasady dobrego wychowania, ale gdy się zorientowała, że chłopak na wózku, który stylizował się na fana gitarowej muzyki, celowo jej unikał, przestała odczuwać jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Gdyby tylko wiedziała, dlaczego tak się zachowywał…

Rafał słusznie przeczuwał, że wydarzenie z udziałem Diany wzmocni jego uczucia; zauroczenie dziewczyną z dnia na dzień było coraz silniejsze. Doszedł nawet do wniosku, że ten taboret to nie był przypadek; był w zmowie z tak zwaną karmą, a karma doskonale wiedziała, co robiła. Nie chciał podać jej ręki, to za karę wylądowała w jego ramionach. A dotyk ręki, w przeciwieństwie do tego, co się wydarzyło, to pikuś. Pamiętał, jak instynktownie chciał dźwignąć się z wózka, by stanąć na nogach i ją złapać.

Każdego wieczoru mimowolnie przypominał sobie jej obecność na swoich kolanach, to, jak trzymał ją w ramionach (była leciutka jak piórko), i to, jak bardzo chciał ją pocałować…

Nikomu nie wspomniał o tym incydencie. Już sobie wyobrażał, jak koledzy by mu zazdrościli i jak jeszcze tego samego dnia cała szkoła wiedziałaby o ich spotkaniu w bibliotece. A skoro sam chciał wybić je sobie z głowy, to przecież nie wypadało nikomu o nim opowiadać.

Diana bardzo mu w tym pomagała – mimo że przecież się poznali, ona za każdym razem odwracała od niego wzrok.

* * *

Podczas czwartkowej przerwy Diana z zaskoczeniem spostrzegła, że Waldek, kolega z klasy, rozmawiał z chłopakiem, którego od paru dni konsekwentnie unikała.

Gdy każdy z chłopaków oddalił się w swoją stronę, podbiegła do Waldka.

– Waldku, zaczekaj!

– Co tam? – zapytał z uśmiechem.

Waldek polubił nową koleżankę. Jak większość osobników płci męskiej uważał, że była śliczna, ale nie żywił do niej żadnych romantycznych uczuć.

W tym momencie odwaga Diany prysnęła jak bańka mydlana.

– Yyy… bo wiesz, chciałam zapytać, czy pomógłbyś mi z tymi czasami z anglika, bo kompletnie ich nie rozumiem – wyjaśniła, uśmiechając się nieporadnie.

Waldek przyglądał jej się przez chwilę, po czym się zaśmiał.

– Diana, nie ściemniaj. Dobrze wiesz, o co chodziło, ale za to ja nie wiem, z czym tak naprawdę ty do mnie przyszłaś.

Dziewczyna westchnęła.

– No dobrze. Chodzi mi o tego chłopaka, z którym przed chwilą rozmawiałeś.

Waldek się zaśmiał.

– Tak? I co z nim?

Diana przygryzła wargę. Nie bardzo wiedziała, jak powinna to ująć. Po namyśle stwierdziła:

– Właściwie to zaskoczyło mnie, że z nim rozmawiałeś. Dziwny jest.

– To znaczy? – dopytywał, nie kryjąc rozbawienia. – Przecież właściwie go nie znasz.

Ponownie westchnęła. Doszła do wniosku, że ta rozmowa była wielkim błędem.

– W poniedziałek poznaliśmy się w bibliotece. Był… bo wiesz, chciałam mu podać książkę, wyciągnęłam rękę, żeby się przywitać, a on ją zignorował. Zachował się jak gbur.

Waldek ponownie dał się ponieść wesołości, natomiast Diana stała poirytowana, biorąc się pod boki.

– I co w tym śmiesznego? – zapytała, marszcząc brwi.

– Cały Rafałek. Nie przejmuj się, to tylko ta jego durna poza. Tak naprawdę to fajny facet, możesz mi wierzyć, bo znam go lepiej, niż myślisz.

– A to niby dlaczego? Zadajesz się z takimi nieprzyjemnymi typami jak on i jego koledzy? Nie zauważyłam wcześniej… Właśnie dlatego cię o to zapytałam, bo było to dla mnie naprawdę zaskakujące.

– Nie wierzysz, że to w głębi serca naprawdę fajny gość, nie? – Mrugnął żartobliwie, nadal rozbawiony.

– No jakoś mi trudno w to uwierzyć…

– Nie lubię go, to fakt, bo potrafi naprawdę dosrać, ale go kocham. – Uśmiechnął się szczerze.

Diana patrzyła na niego tak, jakby wyrosła mu druga głowa.

– To mój brat, dlatego go kocham, choć w sumie nigdy mu tego nie powiedziałem. – Wzruszył ramionami.

Diana delikatnie rozchyliła usta, na co Waldek ponownie się zaśmiał. Była zaszokowana.

– O Boże… Boże, Waldku, nie mów mu o tej rozmowie, dobrze?

– Jasne. – Zaśmiał się już któryś raz w przeciągu krótkiego odstępu czasu. – W sumie to jestem twoim dłużnikiem.

– To znaczy? – zapytała zdezorientowana.

– Nie lubię anglika, a ty poprawiłaś mi humor – odrzekł wciąż rozbawiony.

* * *

Rafał właśnie przeglądał zeszyt z fizyki, gdy usłyszał znajomy głos:

– To jest mój szczęśliwy dzień!

Gdy się odwrócił, dostrzegł swojego kumpla – punka ubranego w zielonego flyersa z naszywkami (w tym z wizerunkiem przekreślonego sierpa i młota) rozmieszczonymi, gdzie popadnie.

– Czego się tak wydzierasz? – zapytał Rafał, ale na jego twarzy widniało autentyczne zaciekawienie.

– Stary, muszę zrobić to, co rok temu. Po prostu muszę! – rzekł wesoło punk, zacierając ręce i podskakując z ekscytacji.

Rafał otworzył szeroko oczy.

– Odbiło ci? Dyro nas wychłosta.

– Ale mam powód!

I zanim Rafał zdążył ponowić pytanie, Witek położył dłonie na czarnych uchwytach wózka kolegi, po czym popędził przez korytarz z Rafałem jako pasażerem, wrzeszcząc na całe gardło:

– Z DROGI, LAMUSY! KRÓL NADJEŻDŻA!

Niektórzy młodzi ludzie zaczęli chichotać, usuwając się spod zbliżających się kół wózka inwalidzkiego, natomiast inni wycofywali się, patrząc z niesmakiem na dwóch szaleńców. Gdy Witek gwałtownie wyhamował, ponowił swój popis, puszczając się biegiem w drugą stronę, wykrzykując przy tym przeróżne hasła i naśladując odgłosy samochodowego silnika.

Rafał nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Jego radość nie mogła trwać jednak długo; tylko szczęście uratowało chłopców przed zderzeniem się z nauczycielem wychowania fizycznego.

– Wygląda na to, że to już koniec rozgrywek formuły – rzekł Witek, patrząc z obawą na marszczącego brwi belfra.

* * *

– Jasiński… – Gruby dyrektor spojrzał ze złością na Witka, który wpatrywał się w swoje glany. – I Olszewski. – Tym razem przeniósł wzrok na Rafała, który podobnie jak kolega obok niespodziewanie odkrył, że jego buty były bardzo interesującym obiektem.

Glany Rafała, co nie dziwiło, były czyste i wyglądały, jakby przed chwilą je kupił, natomiast czarne buty Witka przeszły sporo; były odrapane, znalazło się też na nich kilka małych dziurek.

Jak on chce pogować w sobotę w tych trupach? Założę się, że podeszwa mu pierdolnie w tym zamęcie. W tym momencie wyobraził sobie, jak Witek przez swojego własnego buta zalicza glebę, i nie mógł się zdecydować, czy ma się roześmiać, czy zacząć współczuć koledze. Może jednak pójdzie na ten koncert w sobotę tylko po to, by zobaczyć Witka, którego zdradzają jego własne buty?

Z tych jakże fascynujących rozmyślań wyrwał go głos dyrektora:

– Co macie na swoje usprawiedliwienie? – Gdy cisza się przedłużała, westchnął ciężko, po czym nie siląc się na kulturę, zapytał ostrzej: – Ogłuchliście?!

– No bo ja, panie dyrektorze, to z radości – oznajmił Witek.

– Słucham? – Dyrektor nie krył dezorientacji.

– Ucieszyłem się, bo w końcu założyli mi w domu Internet. To znaczy sieć internetową, panie dyrektorze. Będę miał wygodniejszy dostęp do wiedzy. Oczywiście takiej, która jest ściśle związana ze szkolnym nauczaniem. Sam pan przyzna, że wygodniejsze jest siedzenie w domu niż siedzenie w bibliotece. Nie mówiąc o tym, że trzeba się do tej biblioteki wybrać…

W tym momencie Rafał przyłożył dłoń do ust, tłumiąc śmiech. Właśnie się dowiedział, skąd ta wielka radość u kolegi. Oczywiście tłumaczenia, że to radość z powodu łatwiejszego dostępu do wiedzy, to czysty blef i dyrektor z pewnością zdawał sobie z tego sprawę. Ale najzabawniejsze było to, że Witek był przy tym niesamowicie poważny.

– Tak ci wesoło, Olszewski? Myślisz, że jeśli nie biegłeś za tym wózkiem, to oznacza, że jesteś niewinny?

Rafał w tym momencie przestał się śmiać.

– A może inaczej: skoro jesteś przykuty do wózka, to uważasz, że wszystko ci wolno?

Uczniom odebrało mowę.

– Może i wszyscy wokół się nad tobą litują, ale ja nie będę. To, że nie możesz stanąć na własnych nogach, to, że jesteś pieprzonym kaleką…

– Przesadził pan. – Witek, w przeciwieństwie do Rafała, który znów poczuł, że ogarnia go przygnębienie spowodowane niepełnosprawnością, podniósł się gwałtownie z krzesła.

– Siadaj.

– Nie. Najpierw przeprosi pan Rafała.

Dyrektor spojrzał z niedowierzaniem na punkowca.

– Że co? Ty bezczelny, obszarpany… – powiedziawszy to, również podniósł się z krzesła.

Rafał siedział jak posąg. Nie ruszył się ani trochę. Był zdołowany słowami dyrektora. Nie potrafił się wściec. Każda jego myśl, każde wypowiedziane słowo na temat kalectwa przez innych sprawiało, że odechciewało mu się wszystkiego.

– To nie będzie potrzebne, dyrektorze – odezwał się Witek opanowanym głosem, a na jego twarzy pojawił się triumfalny uśmiech. Widząc, że jeszcze chwila, a dyrektor mu przyłoży, sięgnął do zielonej kurtki po dyktafon. – Tu mam wszystko, co jest mi potrzebne.

W tym momencie Rafał się ocknął i spojrzał na kolegę z rozchylonymi ustami. Witek uśmiechnął się do niego, po czym dał znak, że na nich już pora.

Ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka

------------------------------------------------------------------------

¹ Program muzyczno-informacyjny emitowany w TVP2 w latach 1995–2006.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij