Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Żabi skok - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2025
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Żabi skok - ebook

Zapraszamy w podróż do Limanówki — fikcyjnego, podwarszawskiego miasteczka. Przewodnikiem naszej wycieczki będzie Linka — dziewczyna, która kocha ryzyko, a w wolnych chwilach praktykuje rzucanie się na głęboką wodę. Tylko dla dorosłych 18+

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8414-780-1
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział pierwszy

Czy możesz wyobrazić sobie gorszy dzień niż ten, w którym ze słodkiego snu wyrywa cię przeciekanie deszczu przez nieszczelne okno?

Halina nie otwiera oczu, ale już wie. Siła przyzwyczajenia sprawia, że wcale nie musi się budzić, żeby zrozumieć faktyczny stan rzeczy na dzisiaj, to znaczy na czwartek, przedostatni tydzień września. Nie trzeba też znać wyrywkowo praw fizyki ani zastanawiać się nad stanem technicznym zajmowanego lokalu. Nie ma o czym rozmyślać, szczególnie w okolicach godziny siódmej rano, czyli, umówmy się: w samym środku nocy.

Nie ma nic niezwykłego w tym, że ktoś urodził się pod złą gwiazdą. Dlaczego jednemu rodzą się złote dzieci, a drugi w bananie pestkę znajdzie?! Dlaczego jednemu byk się ocieli, a drugiemu ostatnia koszula rozedrze? Ot, zagadka.

Wojna? Wypadek? Apokalipsa? Nie.

Po prostu znowu się rozszczelniło to cholerne okno. Znowu. Się. Rozszczelniło. Cholerne. Okno. Ileż można! To nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni… Halina powinna być już przyzwyczajona do tego stanu rzeczy, ale jak tu się przyzwyczaić do nienormalności? Jak można się do własnego nieszczęścia przyzwyczaić? Przecież to nie jest normalne, że średnio dwa razy w tygodniu człowiekowi leje się na łeb. Dodajmy, człowiekowi śpiącemu.

Kapie, kapie. To chyba prawdziwa ulewa. Zaraz wszystko zaleje. Podłoga w pokoju jest pokryta byle jak i byle czym, więc tylko czekać aż wejdzie pod nią wilgoć (byle tylko wilgoć).

Każdy normalny człowiek zerwałby się na równe nogi i ratował dobytek. Każdy, ale nie Halina. Może dlatego, że nie jest normalna, a może dlatego, że nie ma dobytku. Dobrze, niech pada. Bardzo proszę.

Dziewczyna leży nieruchomo. Oczy ma zamknięte, ciało rozluźnione, kołdrę ciepłą, a łóżko miękkie. Cóż więcej potrzeba człowiekowi do szczęścia? Przecież byle jaki kapuśniaczek nie wyprowadzi jej z równowagi i nie przerwie zasłużonego wypoczynku. Mżawka. To tylko mżawka. Halina wyobraża sobie, że leży na rozgrzanej słońcem trawie i kapie na nią przyjemny, letni deszczyk. Albo nie, inaczej — leży ciepłym w łóżku i pławi się w swoim bezpieczeństwie i w cieple, które wypływa nie spod cieplutkiej kołdry, tylko z głębi jej szczęśliwego serca. Jest Śmigus Dyngus, polewaniem ciepłej wody z glinianego garnuszka budzi Halinę wysoka, postawna pani o miłej aparycji, ciepłym uśmiechu i związanym w pasie kolorowym, kuchennym fartuszku. Urocza postać ma radosne iskierki w oczach i siwiejące włosy spięte z tyłu w wysoki kok. Mama. Każdy ma jakieś wyobrażenie, jak powinna wyglądać mama. Zdaniem Haliny, powinna wyglądać właśnie tak.

Rozważania o radosnym sercu przerywa dziewczynie gwałtowny wiatr, który mocnym szarpnięciem otwiera okno na oścież. Koniec, zepsute na amen, umarło na śmierć, nic nie pomoże reanimacja trupa. Tu i teraz. Tyle zostało z marzeń. Marzenia roztrzaskały się w drobny mak, niszcząc przy okazji stoicki spokój dziewczyny. I tak długo wytrzymała…

— A, do diabła z tym letnim deszczykiem! — Halina zrywa się na równe nogi szybko i energicznie. Impulsywność jest jedną z cech dominujących w naturze tej dziewczyny. A jednak się zdenerwowała, chociaż tak bardzo zależało jej na tym, żeby zachować spokój. Ale jak tu się nie zdenerwować, skoro człowiek śni o byciu niewinnym dzieckiem w bezpiecznym domu, a tymczasem budzi go deszcz padający na łeb w byle jakiej ochronce?!

— Cholera by to wzięła — podsumowuje Halina siarczyście, chociaż sama nie wie, co ma wziąć ta cholera: czy ten deszcz, czy tę ochronkę, czy może całe jej dotychczasowe życie? Rzuci jeszcze kilkoma nieeleganckimi słowami, a może raczej: zaklnie jak stary szewc, a potem w jednym kapciu doskoczy do okna.

Gdyby człowiek mieszkał normalnie, po bożemu, z kimś, to wtedy ten ktoś pomógłby człowiekowi w potrzebie. Dobrze być z kimś, lepiej niż samemu. Samemu to człowiek jest tak samotny jak ten palec… A przecież każdy człowiek chciałby, żeby ktoś czasami zrobił mu herbatę czy podgrzał zupę, na przykład tłuściutki barszcz ukraiński na kościach. Albo po prostu, po ludzku, najzwyczajniej na świecie pogłaskał po głowie, poprawił grzywkę, pocałował w czoło. Halina nie ma przecież dużych wymagań, ale ta samotność już ją dobija. Choćby za ścianą ktoś był. Chociażby współlokatorka, nawet obca zupełnie osoba, ale żeby była, nie mówiąc już o kimś bliższym, na przykład o mężu.

Mąż to sprawa przydatna ekonomicznie, wiadomo jak jest, ale Halinie jakoś nie spieszy się do małżeństwa, chociaż jej zdaniem już czas. Taka właśnie jest, pełna przeciwieństw, wewnętrznie sprzeczna. Mogłaby mieć już dzieci, ale chyba lepiej nie. Dzieci to zobowiązanie, takie prawdziwe zobowiązanie na całe życie, od którego nie wymiga się bólem głowy czy złym samopoczuciem. Matka — zawód bez prawa do emerytury. To ona sobie lepiej pobędzie sama, po cichutku, nie zawadzi nikomu, swoje zrobi, tak minie te kilkadziesiąt lat, a później — hop do tekturki. Chyba nawet o świnkę morską nie potrafiłaby zadbać jak należy.

Co z niej by była za matka? Z jej charakterem… Najpierw sama musi dorosnąć, dojrzeć, samą siebie po prostu zrozumieć. Jeszcze przyjdzie czas na rodzinę. Chociaż, właściwie, zawsze gdy myślała o rodzinie, wyobrażała sobie rodziców i siebie, nie w roli żony czy matki, tylko w roli dziecka. Zawsze w roli dziecka. Dom to dom, czyli matka, ojciec, rodzeństwo i ona. Mury ocieplone miłością. Rodzice i ona, gdy trzeba wysłuchana, gdy trzeba — schowana przed światem. Dom to miejsce, w którym jest zawsze dobrze. Zawsze dobrze, po prostu. Miejsce, do którego można wrócić. W którym można się schronić. Tak sobie to wyobraża.

A czas na rodzinę? Czy kiedykolwiek będzie _dobry czas_? I czy ona będzie potrafiła?

Czy ten przymus społeczny rozmnażania się musi objąć również ją?

Halina zamyka okno, uszczelnia szmatami, wyciera parapet, szafkę nocną, podłogę. Prostuje się, rozciera obolałe plecy. Musiała źle spać, bo całkiem zdrętwiała. Kłujący ból w lędźwiach może równie dobrze być oznaką zmiany pogody, w końcu nic nie zapowiadało tego deszczu, wczoraj jeszcze był w miarę niezły dzień, chociaż ponury i wietrzny. Widocznie ten porywisty wiatr przywiał ciężkie, ołowiane chmury deszczowe. Jak tu mieć dobry nastrój, skoro nawet pogoda jest przeciwko człowiekowi?!

Jednak porządnie napadało. Trzeba będzie powiadomić administrację, niech w końcu coś zrobią z tym oknem. Ile można czekać. Niech chociażby gwoździami zabiją, bo nie wymienią na pewno. Ona się już przyzwyczaiła do tego typu rozrywek, to prawda. Halina doskonale wie, że okno otwiera się samo; wie, że czasem trzeba wziąć prysznic w zimnej wodzie, że kaloryfery grzeją albo nie grzeją, jak chcą — ale to ona, a ona przecież opuszcza ten pokój już za tydzień i przyjdzie tu ktoś nowy. Temu nowemu warto byłoby zostawić ochronkę w przyzwoitym stanie. To przecież nic nie kosztuje — pomyśleć o drugim człowieku. Nic nie kosztuje, a ogrzewa na samą myśl, jak parujący rosół, jak piec kaflowy, jak uśmiech najbliższej osoby.

Halina szybko i sprawnie składa łóżko. Sprawdza, czy wszystko sprzątnięte. Tak, tak może być. Dziewczyna lubi porządek. Bałagan irytuje ją, wyprowadza z równowagi, zasiewa niepotrzebny niepokój. Z tym całym niepokojem to jest tak, że jak się raz zalęgnie, to potem już tylko kwitnie, wypuszcza zielone odnóżki w ludzkich żyłach i żyj sobie tak, żyj, człowieku, pełny lęku. W porządku lepiej się myśli. Najpierw robota, potem głupota, tak jest nauczona. Nie to, żeby była pedantką, ale porządek musi być.

Z szafki nocnej wyjmuje szczotkę do włosów i puchatą frotkę. Siada na łóżku, pochyla głowę do przodu. Szczotkuje włosy — zawsze sto pociągnięć szczotką. Codziennie rano. Sto. Codziennie. Tak, liczy do stu. Halina ma umysł ścisły, z zawodu jest księgową. Lubi planować, lubi wykonywać czynności w ściśle ustalonej kolejności działań. Najlepiej, najbezpieczniej i najpewniej czuje się w określonych schematach, lubi budować sobie kokon bezpieczeństwa. No, dobrze, koniec rozważań, teraz Halina wiąże włosy na czubku głowy i już może iść umyć zęby, ale jeszcze po drodze spojrzy w lustro.

Nic się nie zmieniło od wczoraj. Nie urosła, nie zmalała. Nie zbrzydła, nie wyładniała. Tak już ma, ocenia się szybko, krytycznie; nie stoi, nie ciumka, nie robi dzióbków i nie zachwyca się swoją urodą, ale też nie wyszukuje wad i brzydoty. Widzi przecież jak jest: świeża uroda i całkiem niezłe zdrowie.

Halina jest młodą kobietą średniego wzrostu, ale ze względu na naturalnie drobną, szczupłą sylwetkę wydaje się być niska. Figurę ma kształtną, zgrabną; nogi szczupłe i długie. Cera jasna, promienna, oliwkowa. Włosy proste, ciężkie, gęste i błyszczące, z grzywką uciętą równo nad brwiami. Grzywkę obcina sobie sama. Rozpuszczone włosy sięgają Halinie za łopatki. W cieniu wydają się ciemnobrązowe, w słońcu — ciemnorude z mocnymi, złotymi akcentami. Naturalny kolor, piękny, kasztanowy. Halina buzię ma okrągłą, ale jej rysy twarzy są mocne, ostre; z miejsca zdradzają upór i twardy charakter. Wysokie czoło pod prostą grzywką świadczy podobno o inteligencji. Usta małe, ładnie wykrojone, zacięte. Nos długi i prosty. Oczy duże, w kolorze butelkowej zieleni, głęboko osadzone pod ciemnymi, gęstymi brwiami, wyglądają całkiem jak jeziora w głębi gór. Spojrzenie Haliny jest ostre i inteligentne, przenikliwe. Nieprzyjemne. Widać od razu, że ta dziewczyna nie jest wesołym, towarzyskim człowiekiem. Charakterystyczne rysy sprawiają, że wygląda na znacznie starszą, niż jest w rzeczywistości. Chyba nikt nie oceniłby jej na mniej niż trzydzieści lat.

Widać na pierwszy rzut oka urodę Haliny. Całkowicie świadoma swoich atutów nie maluje się mocno, raczej tylko rzęsy tuszem, chociaż i tego tak naprawdę nie musi robić. Ubiera się raczej byle jak, w końcu nie planuje startować w konkursie miss — nie ta kategoria piękna. Na Halinę patrzysz i wiesz od razu: mocny człowiek, silny. Sobie poradzi, a i tobie pomoże.

A przy tym jest bardzo kobieca nawet w adidasach, które nosi aż do zdarcia zelówek. Hojna Matka Natura obdarzyła ją takim wyglądem, który nie wymaga poprawek. Jest bardzo ładna, ale wygląda antypatycznie. Ładniej będzie wyglądać dziewczyna obiektywnie brzydsza, ale za to wesoła i uśmiechnięta.

Gorzej z charakterem — o, tu by się przydały poprawki! Mnóstwo poprawek. Od małego zdana tylko na siebie, wyrobiła sobie pogląd konserwatywny, osobowość upartą i dumną, despotyczną. To do Haliny musi należeć ostatnie słowo, zapewne dlatego nie ma dużo znajomych. I dobrze. Woli książki. Ma zacięcie autorytarne i nie lubi ustępować. Wydaje jej się, że ustępują tylko ludzie słabi, a ona nie chce być słabym człowiekiem. Najbardziej boi się właśnie słabości, nie rozumie jej, a zatem nie potrafi jej zaakceptować. Zdecydowanie nie jest duszą towarzystwa, a z wiekiem i pod wpływem wrodzonej hardości staje się raczej odludkiem.

Rodzice Haliny zginęli w wypadku samochodowym w Limanówce, małym mieście pod Warszawą. Wiadomo o nich tylko tyle, że oboje byli przyjezdni, ze wsi. Poznali się, pobrali i zamieszkali w Limanówce prawdopodobnie z przyczyn ekonomicznych — w miasteczku była praca, pewnie na taśmie, bo w tamtych czasach Limanówka była miastem fabrycznym, co musiało kusić stałymi i regularnymi zarobkami wiejską, okoliczną ludność.

Wiadomo też, że tego feralnego dnia samochodem kierował ojciec Haliny. Wiadomo, że oboje byli trzeźwi, za to pijany w sztok był kierowca ciężarówki, który najechał na nich czołem. Zginęli na miejscu. Kierowca ciężarówki przeżył i odpowiedział karnie. W dniu wypadku, to znaczy w dniu, w którym nagle straciła rodziców, Halinka miała trzy latka i była jedynaczką. Kilka minut, które ze szczęśliwego dziecka robią człowieka samotnego…

Dalszych krewnych Haliny poszukiwano sądownie. Odbywały się jakieś rozprawy w wydziale rodzinnym, zamieszczano też ogłoszenia w poczytnych gazetach o zasięgu ogólnopolskim… W wyniku tych poszukiwań udało się ustalić, że dziadkowie Halinki z obu stron już nie żyją, bliskiej rodziny nie ma, a wśród żywych pozostało tylko jakieś dalekie kuzynostwo.

Odnaleziono tych krewnych, ale nie wykazali żadnego zainteresowania losem małej sierotki, o której nigdy wcześniej nie słyszeli i której nigdy dotąd nie widzieli. Halinka była dla nich zupełnie obcą osobą. Wtedy właśnie, decyzją sądu, trzyletnią dziewczynkę umieszczono w domu dziecka. W Warszawie, bo tam znajdowała się najbliższa placówka wychowawcza dla sierot.

Tym sposobem Halina na dwadzieścia lat straciła kontakt z Limanówką. Rodziców nie zapamiętała, bo jak niby miałaby zapamiętać? Nie pamięta ich nawet przez mgłę. Trauma związana z nagłymi zmianami w życiu wyparłaby każdą myśl o rodzicach, oczywiście jeśli taka myśl powstałaby w ogóle w wyobraźni małej Halinki. Miała tylko trzy latka, gdy została sama, zatem nie ma nic dziwnego w tym, że nie posiada żadnych wspomnień z tego okresu.

Doskonale zaś pamięta, że wyraźnie odstawała od grupy rówieśników już we wczesnym dzieciństwie i nigdy nie miała bliskich znajomych. Przez całą młodość nie nawiązała żadnej głębszej relacji, wszystkie kontakty międzyludzkie traktując powierzchownie, a niektóre nawet użytkowo.

Niestety, wychowawczynie w domach dziecka nie mają zbyt wiele wolnego czasu. Nie biorą, przynajmniej w tamtych czasach nie brały, podopiecznych na kolanka, żeby okazywać im bliskość, czułość i wsparcie. Pierwszą osobą, która Halinę przytuliła, był dopiero jej chłopak, Piotr. Halina czekała na gest bliskości prawie dwadzieścia lat.

Co prawda, źle się to skończyło, głównie dla Piotra, bo z miejsca _dostał w papę_.

Halina nie lubiła dotyku. Człowiek wychowany bez okazywania bliskości nie potrzebuje dotyku, każdy przejaw czułości może wyprowadzić go z równowagi, wprowadzić niepokój, zamęt; obudzić nieznane dotąd uczucia, a w konsekwencji — spowodować lęk. Lęk będzie skutkował ucieczką.

Halinka broniła się przed emocjami, których nie znała i których nie umiała nazwać, postawiła mur. Tyle. Po co się otwierać, po co ryzykować, skoro można zawinąć się w koc. Byle tylko nie musieć uciekać. Byle nie uciekać. A przyjdzie przecież moment, w którym trzeba będzie uciec z krzykiem, zatrzasnąć drzwi, nie wrócić. Zapomnieć albo udawać, że się zapomniało.

Pamięć ludzka jest taka zawodna… Każdy dotyk można z czasem zapomnieć, każde spojrzenie w końcu straci na ostrości. Tak już jest, takie jest życie. Usta najbliższego człowieka, które teraz wydają się chlebem, które niemal podlegają przeistoczeniu, za kilkadziesiąt lat nie pozostaną nawet wspomnieniem. A pocałunki? Z motyli w żołądku zmienią się w ciężar przymusu, w brzemię decyzji i odpowiedzialności za własny wybór — w najlepszym przecież wypadku. Przyjdzie ten moment dojścia do ściany, kiedy człowiek przestanie sam siebie rozumieć i będzie miał wrażenie, jakby się dusił. I wtedy trzeba odwrócić się na pięcie, trzeba zagryźć wargi, trzeba zachłysnąć się powietrzem i żyć, po prostu dalej żyć, jakby nic się nie stało, jakby nic się nie wydarzyło. Nie angażować się w nic, nic. Wycofać się, obojętnie jakim i obojętnie czyim kosztem. Uchronić okruchy swojego szklanego klosza, choćby za cenę miłości życia.

Im bardziej ktoś otwiera się dla Haliny, im czulej próbuje wniknąć w jej świat, tym ona szybciej ucieka. Ten moment jest płynny, dla każdej relacji inny, ale zawsze jest. Nie trzeba być blisko. Z nikim. Halina tak ma, po prostu. Podobnie reaguje człowiek, którego granice intymności przekroczono bez jego wiedzy i zgody. Istnieją granice, których przekraczać nie wolno. Konsekwencje złamania czyjejś woli mogą położyć się cieniem na całym życiu, na wszystkich jego aspektach.

Dziewczynka zawsze dobrze się uczyła. Nie musiała zarywać nocy, mozolnie wkuwać materiału na pamięć. Przeciwnie, wszystko łapała w lot i zapamiętywała już na lekcji. Chyba nikt nie widział jej ślęczącej nad książkami. Analityczna, wnikliwa inteligencja pozwalała jej na naukę bez najmniejszego wysiłku. Ze wszystkich przedmiotów miała dobre oceny, ale zdecydowanie najlepsza była z matematyki. Potrafiła rozwiązać każde zadanie, nawet to najtrudniejsze. Cyferki pociągały ją, były schematyczne, a jednocześnie tajemnicze. Postanowiła zostać księgową. To dobry zawód, potrzebny. Zawsze znajdzie zatrudnienie. Nie bez znaczenia było też to, że za rzędami liczb i tabel mogła się skryć przed całym światem. Zupełnie tak samo mogła chować się za rzędami słów, zdań, akapitów, stron… Cyferki nie dawały Halinie możliwości kreowania rzeczywistości — to dały jej dopiero słowa.

Bez problemu skończyła technikum ekonomiczne i usamodzielniła się, dostając ochronkę — mieszkanie chronione — tymczasowy pokój. Ku zdziwieniu opiekunek i znajomych z domu dziecka, postarała się o przydział ochronki nie w Warszawie, tylko w Limanówce, małej miejscowości oddalonej od Warszawy o jakieś dwadzieścia kilometrów. To był jej sposób na powrót do miasteczka swoich rodziców.

Postępowanie Linki było niezrozumiałe dla opiekunek, owszem, ale znacznie trudniejszy do zrozumienia był jednak wybór studiów wyższych. Mądra, przezorna Halina znalazła stałą pracę księgową w Limanówce i nie musiała składać papierów na studia, tym bardziej, że nie po to przecież wyprowadziła się z Warszawy, żeby co drugi weekend do niej dojeżdżać. Wśród usamodzielnianych dzieci większość wybierała konkretny zawód — kończyli technikum, zasadniczą szkołę zawodową lub „ogólniak”, a potem doszkalające kursy zawodowe. Ci wychowankowie, którzy decydowali się na studia, wybierali zawody konkretne, dające wykształcenie, pracę i perspektywy lepszego życia. W ten sposób dwa lata starsze od Linki dziewczyny poszły na pedagogikę, Jańcia wybrała pielęgniarstwo, Maciej dostał się na prawo, a Monika wybrała stomatologię. Wszyscy myśleli, że Linka ze swoimi zdolnościami matematycznymi pójdzie na rachunkowość albo na ekonomię. Skoro już chce dojeżdżać, marnować weekendy… Lepiej by postąpiła, gdyby postarała się o uprawnienia samodzielnej księgowej, później głównej księgowej.

Halina, jak to ona, zaśmiała się wszystkim w nos i poszła na dziennikarstwo.

Na pytania „po co te studia?” odpowiadała: „żeby szkolić warsztat”. Jaki warsztat, samochodowy? Ludzie drodzy, spędziła kilkanaście lat w domu dziecka i nigdy nic nie mówiła o żadnym warsztacie! Ano, prawda, w ogóle mało mówiła. Zdarzały się dni, w których nie odezwała się ani słowem, do nikogo. Nawet do dziewczynek, z którymi dzieliła pokój. Z natury była małomówna, skryta. Po prostu nie czuła takiej potrzeby. Lepiej milczeć, niż gadać od rzeczy. Najpierw trzeba myśleć, a potem dopiero mówić. Ludzie na ogół dużo gadają, a myślą niewiele.

Gdy wychowawczyni wzięła Linkę na spytki, dziewczyna oddała jej na pamiątkę gruby zeszyt zapisany gęsto drobnym maczkiem. Opowiadania — w prezencie dla wychowawczyni. Wychowawczyni, przez kilkanaście lat z przymusu najbliższa Halinie osoba, nie miała zielonego pojęcia, że jej podopieczna pisze…

Następne pytanie: „za co te studia?”. Linka ospale wzruszała ramionami i odpowiadała: „przecież zarabiam”. Jeszcze tego brakowało, żeby decydowali, na co ma wydawać jej własne, ciężko zarobione pieniądze.

Kolejny raz postawiła na swoim i kolejny raz wyszła na swoje — na drugim roku studiów publikowała już artykuły w uczelnianych gazetkach i w Internecie, uczyła się dobrze i nie zaniedbywała pracy. A potem koleżanka z pracy Haliny wyszła za mąż za świetnego faceta i kupili na kredyt dwupokojowe mieszkanie. Kasia, bo tak ma na imię koleżanka, zapytała, czy może Linka nie chciałaby zamieszkać z nimi? I tak przecież musi niedługo „oddać” ochronkę, a po co ma się tułać po obcych ludziach, skoro ona szuka pokoju, a oni chcieli komuś pokój podnająć? Jeśli Halina się zgodzi z nimi zamieszkać, to jej część opłat znacznie pomoże młodemu małżeństwu w spłacie kredytu. Wilk syty i owca cała. Oni szybciej uporają się ze spłatą, ona znajdzie kąt dla siebie. Lepiej wynająć Lince, niż komuś obcemu z ulicy.

Dzisiaj, w tym nieszczęśliwym dniu spod znaku rozwalonego okna, zaczął się ostatni tydzień Linki w ochronce. Wreszcie zacznie żyć pełną piersią, po swojemu.

Halina skończyła myć zęby, spłukała szczoteczkę, odłożyła ją na półkę. Rozpuściła włosy, które ciężką, śliską taflą spłynęły jej po plecach. Spojrzała w lustro z zadowoleniem i nieukrywaną satysfakcją. Jeszcze tylko tydzień! Och, oby zleciał jak najprędzej…

Mieszkanie Kaśki i Jacka jest nowe, czyściutkie. Co prawda w przygnębiającej Linkę, nowoczesnej tonacji biało-szarej, ale przecież to o wiele lepsze, niż ta musztardowa, odpadająca lamperia w łazience. O ile można to nazwać łazienką…

Pomieszczenie dwa metry na dwa metry, a w nim: prysznic z ceratową zasłonką (i ciepłą wodą na bojler, który albo grzeje, albo nie grzeje), sedes z lat siedemdziesiątych, taki z podwieszaną spłuczką, umywalka. Pralkę Halina kupiła sobie sama, używaną, bardzo tanio. Zostawi następnym lokatorom ochronki, niech mają na dobry start, jej przecież w ten sposób niczego nie ubędzie. A ta niby lamperia na ścianach to tak naprawdę farba olejna. Nagroda Nobla należy się temu, kto nazwał to ohydztwo lamperią. No cóż, można przecież sobie wyobrazić, że ten obrzydliwy kolor to słoneczna, radosna musztarda z Dijon, chociaż tak naprawdę to raczej musztarda po obiedzie. A jak już mamy być szczerzy do bólu, to ten kolor kojarzy się jednak z czymś zupełnie innym. Bujna wyobraźnia to mocna strona Linki, ale nie ukrywajmy, jej wyobraźnia też ma swoje granice. Z całą pewnością jedną z tych nieprzekraczalnych granic stanowi obrzydliwy kolor farby w łazience.

Pokój, w którym obecnie mieszka Halina, jest pomalowany na biało. Linka nie lubi białych ścian. Gdyby to od niej zależało, pomalowałaby pokój na jakiś jasny, słoneczny kolor. Nie będziemy się czepiać, biały też może być. Lepszy niż _musztardowy._ Nie ściany są w tym pokoju najgorsze, tylko to zepsute okno, które otwiera się samoistnie zawsze wtedy, gdy ma na to ochotę. Stary tapczan z wiśniową kapą jest całkiem w porządku, można się na nim porządnie wyspać. Poza tym Halina ma w pokoju jeszcze szafkę nocną i dużą szafę ubraniową. Nie są to warunki luksusowe, prawda, raczej skromne, ale i tak dobrze. Pierwszy w życiu własny pokój, który zawsze będzie wspominać z sentymentem po latach tułaczki.

No, często nie taki własny, tylko dzielony z Piotrem.

O Piotrze to lepiej ani słowa. To było bez sensu i skończyło się bez sensu. Szkoda tylko, że tak długo trwało, bo niedobrze rozmieniać się na drobne. Ale z Piotrem żyć nie chciała. Nie, to na pewno nie. Halina jest zdania, że lepiej odejść, niż być z kimś na siłę. Szczególnie, jeśli nie jest się do tego kogoś za bardzo przywiązanym, a ona do Piotra przywiązana nie była. Lubiła go, owszem, miło razem spędzali czas, ale nie była zakochana i na pewno nie planowała z nim wspólnej przyszłości. Dobrze, że to się skończyło, lepiej późno niż za późno.

Linka przeszła do kuchni, nastawiła wodę na herbatę. Chyba zrobi jakieś jajka, jest potwornie głodna. Podobno śniadanie to podstawa, podobno daje energię na cały dzień. Energii to Linka nigdy za dużo nie miała, ale coś w końcu trzeba zjeść, zanim uczucie ssania w żołądku wyprowadzi ją całkowicie z równowagi. Z równowagą też miała problem — zarówno z tą fizyczną, jak i z tą mentalną.

Na ścianach w kuchni, niewiele większej od łazienki, króluje niepodzielnie farba olejna w kolorze PRL-owskiej pistacji, czyli odcień kojarzący się z kolorem szpitalnych ścian na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Kuchenka działa, dzięki Bogu, bo na pewno nie dzięki administracji osiedla. Okno nie przecieka — zatem warunki niemal luksusowe. Kolor można wybaczyć, w końcu jest znacznie lepszy niż ta gówniana musztarda z Dijon.

W celu poprawy humoru, Linka zaczęła wyobrażać sobie różne obrazy kojarzące się z hasłem „gówniana musztarda z Dijon”. Widocznie zabawa była dla niej przednia, bo wybierając numer administracji była już w doskonałym nastroju.

— Dzień dobry, z tej strony sekretariat osiedla…

— Wiem gdzie dzwonię — przerwała Linka rzeczowo i z dobrego serca darowała sobie poinformowanie sekretarki, że sekretariat jako pomieszczenie nie jest w stanie odbierać połączeń. — Dzień dobry, Halina Mielniczuk. Proszę o rozmowę z panem technicznym.

— W jakiej sprawie? — Zaszczebiotała słodko sekretarka.

— Przecieka mi okno — zeznała Halina pokornie, grobowym tonem, i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tragikomicznego brzmienia wypowiedzi. „Przecieka mi okno”.

— Proszę zapisać numer…

— Nie mam na czym, powiem pani szczerze — Halina westchnęła głęboko, żeby zbudować odpowiednie napięcie emocjonalne u rozmówcy. — Nie mam na czym, gdyż ostatnią czystą kartkę przed chwilą zjadłam na śniadanie — wyznała tajemniczym szeptem, po czym spojrzała kontrolnie w stronę kuchenki, na której powoli smażyła się jajecznica. Co za zapach! Wspaniały, szczególnie dla tak potwornie głodnego człowieka, jakim w tej chwili była Halina.

— Dzwonię zgłosić awarię, połączy mnie pani z technicznym, czy mam bezpośrednio z kierownikiem rozmawiać?

— Nie ma pana Miecia — wobec tego obrotu spraw, sekretarka postanowiła na wszelki wypadek wyznać wszystko. Konspiracyjnym szeptem. Jakaś wariatka w końcu dzwoni, kto normalny jada papier na śniadanie? — Pan Miecio jest w terenie — wyznała cicho, z pewną subtelną dozą nieśmiałości.

Linka już dobrze zna ten słynny „teren” pana Miecia. Zapewne stoi sobie z jakimś drugim panem Mieciem, albo z czteroma innymi panami Mieciami, pod budynkiem administracji i „w terenie” palą sobie papierosy. Albo i co gorszego.

— Wobec tego proszę zadzwonić do pana Miecia na komórkę i pilnie zgłosić, że na ulicy Partyzantów osiemnaście przez cztery znowu przecieka to cholerne okno. Za godzinę wychodzę do pracy i nikogo już nie będzie w domu. Dziękuję.

— Oczywiście, zadzwonię — zaszczebiotała sekretarka z wyraźną ulgą w głosie i odłożyła słuchawkę. Oczywiście, nie zadzwoni. Halina zna te sekretarki bardzo dobrze. Z taką sekretarką to jest po prostu krzyż Pański i złamane życie. Analizując to wszystko, czyli krzyż Pański i złamane życie, ale głównie złamane życie, Halina w milczeniu zjadła jajecznicę drewnianą łyżką prosto z patelni. Do analizy krzyża Pańskiego nie miała jakoś weny. Cóż, może innym razem.

Ciekawe, czy sekretarka powie Mieciowi, że „ta dziewczyna z ochronki” jada kartki papieru na śniadanie.

W oczekiwaniu na pana Miecia, Linka zebrała swoje dokumenty, nośnik z ostatnim artykułem, który chciała opublikować na internetowej grupie Limanówki, ubrała się i wyszła, oczywiście nie doczekawszy się pana technicznego. Trudno. Zrobiła co mogła…Rozdział trzeci

Nazwać „Czarną” kawiarnią mógł tylko niepoprawny optymista, albo raczej: wizjoner. Znajdująca się w centrum miasteczka, z daleka przyciągała dobrą muzyką i stolikami wystawionymi na zewnątrz. Na tym jednak kończyło się dobre wrażenie. Nawet biegły wróżbita nie byłby w stanie dostrzec w tych posępnych murach… kawiarni.

W środku „Czarna” nie była wcale czarna. Skąd wzięła się ta nazwa? Wnętrze kawiarni było ozdobione czerwonymi cegłami — od podłogi do połowy wysokości ściany i brązową, drewnianą boazerią od połowy ściany do sufitu. Sufit pomalowany na biało, żyrandole czarne, sprawiające wrażenie biurowych. Ciemnoszara terakota. Nie powinna nazywać się „Czarna”, powinna nazywać się „Bura”. Albo „Szara, Bura i Ponura”. Albo „Ponura Dziura”. W każdym razie jakoś tak.

— Co pani podać? — pytanie zadaje młoda, ładna kelnerka. Zapewne jedna z tych, co to nie mają szczęścia, żeby wyrwać się do Warszawy i w konsekwencji muszą podawać piwo codziennie od dziesiątej do dwudziestej drugiej.

— Czarną kawę poproszę — odpowiada Linka. Jest godzina za pięć siedemnasta, a ona jest tutaj jedynym gościem. Wzięła filiżankę, zapłaciła, podziękowała uśmiechem i usiadła w widocznym miejscu.

Idzie! Zauważyła go przez okno i już wiedziała, że to on, mimo że przecież wcześniej się nie znali, nigdy wcześniej się nie widzieli.

Momentalnie go wyczuła. Dziesięć stopni na plusie, a on idzie ubrany w pikowaną kurtkę. Spodnie od garnituru. Lakierki. Młody, bardzo młody. Wysoki, dobrze zbudowany, idzie wyprostowany, lekko kołysząc się na boki, jakby się zakradał. Albo — jakby niósł arbuzy pod pachami. Śmieszny, jak jakiś niedźwiedź. Jeszcze się nie znają, a już jest zabawnie.

— Dzień dobry, czy pani Halina?

Linka wstaje zza stolika, podaje mu dłoń. Następuje wymiana uprzejmości. Mężczyzna uśmiecha się, ma jasne, uczciwe oczy za oprawkami firmowych okularów. Męska, szczera twarz, ciemny blondyn. Tak, można mu zaufać. Na nim chyba też Halina wywarła dobre wrażenie. Zamawia herbatę, zdejmuje kurtkę, o matko, jest w garniturze. Biała koszula! Krawat! Wreszcie siada. Odstawił się jak na otwarcie muzeum, a Halina przyszła w swetrze i w spodniach… Matko. Ale wpadka. Okazuje się jednak, że mężczyzna w ogóle nie zwraca uwagi na wygląd Linki. Wesoło patrzy jej w oczy, przechylając przy tym głowę na bok. Spojrzenie ma uczciwe.

— Dobrze, żeśmy się zgadali — mówi po prostu. — Chciałbym tę redakcję jakoś rozkręcić.

Halina lustruje go wzrokiem. Maliszewski ma granatowy garnitur, krawat dobrany do koloru garnituru, ładny, w delikatne prążki. Rzucają się w oczy jego męskie, mocne rysy, ale cerę ma delikatną, gładką, zadbaną. A dłonie! O matko, jakie dłonie! Jasne i subtelne jak u dziecka. Paznokcie obcięte równiutko, gładkie, odsunięte skórki. Niejedna kobieta mogłaby mu pozazdrościć dłoni. Linka z miejsca czuje delikatne ukłucie gdzieś za mostkiem i w konsekwencji chowa za siebie swoje zaniedbane ręce. To jest ta dobra zazdrość, konstruktywna. Dziewczyna automatycznie postanawia zadbać o swoje dłonie. Najwyższa pora. W końcu ma już ponad dwadzieścia lat.

— Dostał pan jakąś dotację unijną? — dopytuje Halina.

— Dotację unijną? — rozmówca wygląda na zdziwionego. — Nie słyszałem jeszcze o tym, żeby w Limanówce ktokolwiek dostał dotację unijną.

— Wobec tego nasza redakcja może być pierwsza.

— To mnie cieszy! — rzekł Maliszewski i naprawdę się ucieszył. Uśmiech rozjaśniał jego poczciwą twarz. Widać, że świetny człowiek. Wesoły, otwarty, radosny. Całkowite przeciwieństwo Linki. Z nim na pewno Halina nie będzie się nudzić.

— Dotacja unijna czy ewentualne pierwszeństwo? — Halina nie zrozumiała, co tak cieszy Maliszewskiego.

— Nie, nie. Cieszy mnie to, że użyła pani sformułowania „nasza redakcja”. Czy mogę o coś zapytać?

— Proszę.

— Dlaczego pani pisze? — Halina już myślała, że nie zapyta. Najgłupsze pytanie świata.

— Nie rozumiem pytania — próbowała wybrnąć.

— Rozumie pani — redaktor naczelny uśmiechnął się łagodnie.

— Zanim panu odpowiem, muszę uprzedzić, że jestem dosyć szczera. Mam nadzieję, że to nie będzie panu przeszkadzało.

— Nie, nie będzie.

— Pytam, bo niektórych jednak uwiera.

— Uwierać to może kamyczek w bucie albo złamany ząb… Cóż, ja cenię szczerość. Radziłbym pani spuścić po brzytwie tych „niektórych”.

— Dobrze, skoro tak… Jak brzmiało pytanie?

— Pytanie brzmiało: dlaczego pani pisze?

Halina obracała filiżankę z kawą w dłoniach. Myślała nad odpowiedzią. Na początku wydawało jej się, że Maliszewski próbuje ją wyeliminować poprzez banał. Bo to jest banał, tak jak banałem jest pytanie „czy mnie kochasz?”, skoro oczy mówią wszystko — nawet to, czego usta powiedzieć nie chcą, nie potrafią, nie mogą. Linka myśli. Nie, to chyba nie to. Chyba z niej nie drwi. W końcu zadał sobie sporo trudu żeby ją znaleźć i żeby się z nią spotkać.

— Bo nie lubię ludzi — powiedziała. Nie zna się, co prawda, na relacjach międzyludzkich, bo jak dotąd nie stworzyła żadnej, ale gdzieś tam z tyłu głowy majaczy jej nieśmiała świadomość, że nie chce i nie może udawać przed Maliszewskim. W końcu trzeba się otworzyć na drugiego człowieka, może to jest ten moment? Przestać traktować człowieka jak wroga, zrezygnować z pancerza. Chyba nie każdy podchodzi do Haliny, żeby ją atakować, z gruntu zdyskredytować, ośmieszyć…

— O. Cóż. Faktycznie… Jest pani szczera — odpowiedział. — Tylko jest jeszcze jedna kwestia…

— Tak? Jaka?

— Jaki to ma związek?

— Zasadniczy — odpowiedziała Halina, po czym spojrzała rozmówcy prosto w oczy. — Nie lubię ludzi, dlatego mogę ich obserwować. Nie lubię ludzi, więc mogę analizować ich zachowania.

— Czy mogłaby pani rozwinąć tę myśl? — dopytywał naczelny.

— Tak, skoro to dla pana ważne… — Linka zamyśliła się na dłuższą chwilę. Spokojnie układała w głowie swoje myśli, dobierała dla nich właściwe słowa. — Według mnie, po prostu, z pisaniem jest jak z każdym innym zawodem. Nie dorabiałabym żadnej ideologii. Cóż, w ogóle jestem daleka od ideologizowania czegokolwiek. Niby pisać może każdy, ale zarabiać na pisaniu mogą już tylko nieliczni. I tu też jest hierarchia, prawda? Proszę zobaczyć: lekarz może pracować na trzech oddziałach jednocześnie, ale przecież równie dobrze może być znanym specjalistą, profesjonalnym diagnostą z doskonałym pijarem i zarabiać właściwie tylko na swoim nazwisku. Tak samo pisarz: może poprawiać przecinki w gazecie powiatowej, ale może też publikować bestsellery wznawiane z rekordowym nakładem za jego życia i po śmierci. Wszędzie są zalety, wszędzie są wady…

— Ale sens jest ten sam — skonkludował Maliszewski.

— Tak — odpowiedziała Halina. Nie zraził się wzmianką o gazecie powiatowej, nie dał się nabrać na gładką gadkę. Mądry, interesujący człowiek. Będzie można się od niego dużo nauczyć.

— Praca jest różnie opłacana, ale zawsze jest wartością — powiedział. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że tymi słowami zebrał, skonkludował i nazwał myśli Linki.

— Tak — odpowiedziała Halina i oczy jej się śmiały, chociaż wcale tego nie chciała.

— Więc od czego to zależy? Sława, powodzenie, bogactwo, wpływy? — dopytywał. Rozmawiało im się dobrze, lekko, miło; Andrzej był otwartym, ekstrawertycznym człowiekiem, bardzo życzliwym i serdecznym.

— Nie wiem. Od szczęścia. Od znajomości może — Halina myślała na głos.

— Tak pani myśli?

— Tak, tak uważam.

— A nie od talentu? Zawsze myślałem, że powodzenie w głównej mierze zależy jednak od talentu.

— Nie wierzę w żadne talenty. Gdyby istniały, pewnie jakiś bym miała.

Maliszewski nie wytrzymał, parsknął śmiechem. Spojrzał na Halinę szybko, krótko, tak jakby coś sprawdzał, tak jakby musiał się upewnić. Potem pochylił się nad stolikiem i wesoło zajrzał Lince prosto w oczy. Dziewczyna miała wrażenie, jakby jego serdeczne spojrzenie dotarło aż do dna jej serca.

— Rekrutacja zdana na piątkę. Ależ pani ma cięty język!

— Cięty język to ja mam dopiero po alkoholu — Halina westchnęła tęsknie i rozłożyła dłonie, jednocześnie wznosząc oczy do nieba i gęsto mrugając powiekami. To był jeden z jej standardowych gestów. Naczelnego rozbawił, zupełnie tak jak bawiło go wszystko, co dotyczyło tej niezwykłej dziewczyny. Zdecydowanie wyróżniała się z tłumu młodych kobiet wyglądających tak samo, zachowujących się tak samo i zupełnie tak samo myślących.

Andrzej Maliszewski wygląda bardzo młodo. Halina przy pierwszej rozmowie oceniała jego wiek na mniej więcej dwadzieścia osiem lat, czyli dokładnie dziesięć lat mniej, niż ma w rzeczywistości. Od ukończenia studiów zdążył już piastować kierowniczą funkcję w jednej z państwowych instytucji. Jego imponujące doświadczenie zawodowe stoi w jawnej sprzeczności z chęcią bycia redaktorem naczelnym niefinansowanej gazety o tak słabym zasięgu. Halina znacznie później dowie się o przyczynach rezygnacji Andrzeja z państwowej posady. Długo nie będzie rozumiała powodów tej decyzji.

— Wobec powyższego może napijemy się wina? — zaproponował.

Podrywa ją ten facet? Nie… Chyba nie. Wygląda raczej na takiego, którego interesują dziewczyny z pierwszych stron magazynów o modzie i urodzie. Halina szybko zapytała samą siebie, czy należy do tej ligi dziewczyn. Nie. Zdecydowanie nie należy. Więc jest bezpieczna. Maliszewski raczej chce być przyjacielski, to taki typ „kumpla”.

— Zasadniczo to ja wina nie pijam. Tylko piwo — mówi Linka poważnym tonem, patrząc rozmówcy prosto w oczy swoim zimnym, trudnym do interpretacji spojrzeniem. Maliszewski nie daje się zbić z pantałyku, śmieje się, prosi kelnerkę o dwa duże piwa. Kiedy kelnerka przynosi kufle, Andrzej patrzy na swoje szkło jakimś dziwnym wzrokiem, jakby nad czymś intensywnie myślał, ale w końcu podnosi go do góry i mówi wesoło:

— Napijmy się za naszą współpracę.

Stukają się kuflami, upijają pierwsze łyki, ale Halina milczy. Zastanawia się. Analizuje. Może nie powinna pić alkoholu z własnym szefem na pierwszym spotkaniu? Bo właściwie… Jak to wygląda?

— Dlaczego nie pija pani wina? — pyta Maliszewski, wyrywając ją z rozmyślań.

— Nie smakuje mi. Widocznie za dużo wypiłam wina w swoim życiu — odpowiada Halina, sama się sobie dziwiąc, że otwiera się przed obcym człowiekiem. To zdarza się bardzo rzadko. Trzeba się natychmiast wycofać, zanim powie dwa słowa za dużo.

— Żartujesz? Przepraszam. Pani żartuje? To ile ma pani lat? Ze dwadzieścia przecież.

— Więcej — mówi Halina, chowając się za swoją skorupę. Musi uważać. Chyba już za dużo sobie pozwoliła tego wieczoru.

— Dwadzieścia dwa!

— Więcej.

— Nigdy nie uwierzę, że więcej niż dwadzieścia cztery.

— Trafiłeś — mówi Linka odruchowo, co Maliszewski przyjmuje jako przejście na ty.

— Halina, nie żartuj, bardzo młodo wyglądasz.

Co on gada, przecież Halina wie, że wygląda poważnie, bardzo poważnie jak na swój wiek. Rozmowa posmarowana komplementem jest jak chleb posmarowany nożem. Niby można, bo dlaczego nie, ale celu się nie osiągnie. Przynajmniej nie u Haliny. Ona lubi konkrety.

Stukają się kuflami, uśmiechając się do siebie wzajemnie. Halina, zafascynowana rozmową, rozmówcą i nową pracą, tymi wszystkimi nowymi możliwościami, które tak nagle i niespodziewanie otworzyły się przed nią, nie przypuszczała nawet, jak bardzo zmieni się całe jej życie. Czekała już tylko na pracę, marzyła już tylko o pracy. Będzie robiła to, co lubi najbardziej i jeszcze jej za to zapłacą! Nie sądziła, że przyjęcie tej propozycji pociągnie za sobą szereg nieodwracalnych zmian, które zburzą dotychczasowy porządek jej życia, jak domek z kart, jak kostki domina.

Tymczasem jednak wróciła do domu o przyzwoitej porze i grzecznie poszła spać.

Halina bała się zasypiać, starała się odwlec ten moment najbardziej jak się da. Gdyby mogła, przedłużałaby wieczory w nieskończoność, żeby się nie kłaść, nie zasypiać. Często śniły jej się koszmary, budziła się zlana potem i do rana krążyła nerwowo po ochronce. I tym razem miała problem z zaśnięciem, wydawało jej się, że nie jest sama w pokoju. Dziwne uczucie, nie wiadomo skąd się bierze. Z samotności? Czy też może już ma jakieś zmiany w psychice, może sama sobie coś projektuje…

Leżała niespokojnie, jej uparte serce wybijało własny rytm, oparty na dziwnym, nierzeczywistym strachu. Oddychała płytko, ciężko, nie mogła złapać głębokiego oddechu, żeby się uspokoić. W końcu jednak usnęła, usnęła z wielkim trudem, ale za to aż do rana spała na tyle spokojnie, głęboko i pewnie, że intensywny dzwonek do drzwi przyprawił ją o zawrót głowy. O tej porze? Goście?

— Halo! Halo! Ile się można dobijać?! Jest tu kto?! — Wysoki głos, nieprzyjemny w tonacji, domagał się, żeby Halina poszła otworzyć. Jeszcze czego?

Linka powoli otwiera oczy. Ten dźwięk dzwonka chyba jej się nie śnił, chyba był jednak rzeczywisty. Taki przerażający, zbyt głośny jak na delikatne bębenki młodej dziewczyny, która w dodatku jest na kacu. Ile oni wczoraj wypili? Chyba za dużo. Stanowczo za dużo. Ale to był taki miły wieczór…

— Halo! Administracja! Proszę otworzyć!

Wczoraj obudziło ją przeciekające okno, a dziś — batalion zawodników sumo depczących dzwonek swoimi glanami podbitymi metalem. Nie, nie. Nie może tak być. Halina wstaje, zakłada rozwleczony szlafrok, podchodzi do drzwi.

— Kto?! — nie będzie silić się na uprzejmości.

— Kwiatkowski Mieczysław, do okna pani wołała!

Teraz to już się zdenerwowała. Nie. Nie zdenerwowała się. Poziom irytacji Haliny właśnie przekroczył Rubikon. Momentalnie wróciła jej przytomność umysłu. Przekręciła zasuwę i zamaszyście otworzyła drzwi. Himalaje absurdu zostały zdobyte, a zdobywcą wszystkich ośmiotysięczników okazał się pan Mieczysław.

— A dzień dobry, dzień dobry! Jednak jest pani w domku! — ucieszył się.

— Zależy jak dla kogo dobry — odpowiedziała Halina ziewając. Bezczelny typ, po prostu bezczelny. O tej porze? Z taką radością? Z czym do ludzi!

— Dla mnie dobry — uściślił pan Miecio i uśmiechnął się promiennie, ukazując srebrne koronki zdobiące wybrakowane uzębienie. — To gdzie to okno, moje słonko?

_W dupie_, pomyślała Halina. Po co te bezsensowne przepychanki, w dodatku uskuteczniane o ósmej rano w samym środku nocy?! Przyszedł do okna, chociaż miał być wczoraj. No, już trudno. Teraz niech po prostu tam wejdzie i naprawi to okno. Halina nie jest w nastroju na rozmowy. Kto jest w nastroju na rozmowy pięć minut po wstaniu z łóżka?! W dodatku jest jej niedobrze, zdecydowanie niedobrze. Wypili wczoraj za dużo, ale tak miło się rozmawiało, tak serdecznie się żartowało…

— W pokoju, a gdzie ma być?! — Linka stara się trzymać na wodzy ostatnie hamulce.

— Nie denerwuj się, dziecko kochane, ludzie teraz różne rzeczy sobie robią, nawet nie wiesz.

Argumentacja lekko dwuznaczna. Szczęściem, pożycie intymne innych ludzi nie należy do szczegółowych zainteresowań Haliny, zatem nie musi o tym słuchać.

— Wiem o tym doskonale, ale ja jednak nie robię sobie „różnych rzeczy” — ucięła.

— I dobrze dziecko, dobrze, bo _potem_ to same problemy — podsumował pan Miecio z miną wytrawnego konesera _różnych rzeczy_ i wszedł do wskazanego pomieszczenia. — Niunia, złociutka, ale ty zgłaszałaś pani Mariolce, że okno cieknie.

— Tak.

— A tymczasem okno nie cieknie — rzekł Mieczysław z miną greckiego filozofa i nawet symbolicznie dotknął swojego podbródka. Halinie wydawało się, że nawet z kwiatem jabłoni porozumiałaby się szybciej i skuteczniej, niż z tym klasycznym przedstawicielem administracji osiedla.

— Bo słońce świeci! — Linka nie wytrzymała i zaczęła mówić podniesionym tonem: — Wczoraj pan miał być, wczoraj, złociutki, kochany, bo to właśnie wczoraj lało i przeciekało!

— A dzisiaj nie przecieka — Arystoteles rodem z Limanówki w sposób logiczny zatwierdził wpływ warunków pogodowych na nieszczelność okien. — Zadzwoń, kochana, jak będzie przeciekać. Bo wiesz co?

— Co? — Linka wbiła w niego ostre spojrzenie, w którym wyraźnie ukazywała mu szereg gróźb dotyczących trwałego uszkodzenia ciała. Jednak dla filozofa subtelny cień absurdu pozostał dziewiczy, zatem nie udało mu się pojąć groźby stalowego spojrzenia dziewczyny. W tak zwanym międzyczasie irytacja Haliny zdobyła Himalaje, wkroczyła do Karakorum i powoli zajęła się zdobywaniem Korony Ziemi.

— Bo może nie przeciekać — podsumował myśliciel z niezwykle szczerym uśmiechem, stawiając wielką filozoficzną kropkę na końcu zdania i wyszedł, ponieważ ma na dzisiaj zaplanowane _dużo pracy_.

— Sokrates, kurwa — powiedziała pod nosem Halina, zamykając drzwi za panem Mieciem.

— A, nie! — widocznie pan Miecio usłyszał i poczuł się urażony, bo postanowił skomentować zza drzwi: — właśnie żaden Sokrates, nieprawda, ja jestem normalny, proszę pani i normalnie z żoną żyję!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij