Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zabójczy Projekt - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 sierpnia 2026
19,00
1900 pkt
punktów Virtualo

Zabójczy Projekt - ebook

Czy można zaprojektować śmierć tak, aby wyglądała jak dzieło przypadku? Kaya Lars trafia do prestiżowej pracowni architektonicznej Nicka Morgana – człowieka genialnego, charyzmatycznego i budzącego niepokój. Wkrótce poznaje jego niezwykłe metody pracy, a także świat luksusowych rezydencji, wielkich pieniędzy i klientów, dla których nie istnieją niemal żadne granice. Tymczasem emerytowany policjant Ron wysuwa szokującą teorię: seria tajemniczych śmierci może mieć związek właśnie z Morganem. Problem w tym, że nie istnieją dowody, które pozwoliłyby ją potwierdzić. Kaya próbuje zrozumieć, gdzie kończy się zawodowy geniusz, a zaczyna manipulacja. Wciągnięta w skomplikowaną sieć pożądania, ambicji i zależności odkrywa, że w świecie doskonałych projektów nawet najmniejsze pęknięcie może prowadzić do katastrofy. „Zabójczy projekt” to thriller o architekturze, władzy i ludzkich słabościach – oraz o tym, że najgroźniejsze konstrukcje nie zawsze powstają z betonu i stali.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 18 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

01 Dziwna, niepokojąca harmonia

16

02 Z motyką na słońce

27

03 Pracownia w chmurach

39

04 Nowy rozdział

50

05 Legendy przy papierosie

63

06 Za szklaną ścianą

73

07 Architektura niepokoju

82

08 Piętro wyżej

94

09 Granica sugestii

105

10 W cztery oczy

119

11 Hipoteza

129

12 Iluzja kontroli

141

13 Granica

153

14 Pajęczyna

162

15 Prowokacja

177

16 Ponad miastem

186

17 Na obcej ziemi

199

18 Pierwszy błąd

209

19 Burza

219

20 Demony

230

21 U steru

239

22 Apartament w niebiosach

250

23 Ukryty mechanizm

260

24 Pęknięcie

272

25 Za blisko

283

26 Dwie strony

300

27 Drogi smak niepokoju

313

28 Zanim będzie za późno

324

29 Smak ryzyka

337

30 Cena wolności

348

31 Pierwszy raz naprawdę

357

32 Pierwszy poranek

369

33 Zanim zamknęły się szklane ściany

379

34 „Ta firma to ja”

388

35 Kobiety przy stole

398

36 Ostatni kreska

412

37 Miasto w złotym świetle

424

38 Punkt podparcia

435

4PROLOG Opus magnum

“Time and again I tell myself I’ll stay clean tonight.” – Da-

vid Bowie, „Ashes to Ashes”

Ekskluzywna rezydencja z lotu ptaka przypominała ogromną

literę „U”. Masywny, główny korpus łączył się z dwoma sk-

rzydłami, nieco tylko cieńszymi, tworząc harmonijną i przemy-

ślaną bryłę. Ciemnoczerwony dach, pokryty wypalaną trady-

cyjnymi metodami dachówką sprowadzaną z północnej Fran-

cji, nadawał całemu założeniu wrażenie dostojnej elegancji. W

samym centrum kompozycji znajdował się basen - prostokątny,

błękitny i hipnotyzujący w swojej nieruchomej tafli, niczym

oczko wodne zaprojektowane przez minimalistę. Przed głów-

nym wejściem pysznił się śnieżnobiały podjazd, wysypany

marmurowym grysikiem, który skrzył się w słońcu jak rozrzu-

cony puder. Równo przystrzyżone drzewa i krzewy, rozmiesz-

czone z precyzją pejzażowego architekta, domykały całość za-

łożenia, rozłożone na trawie tak perfekcyjnie zielonej, że nie

powstydziłby się jej żaden stadion piłkarski.

5Wielki świetlik wkomponowany w dach górnej części budynku

błyskał oślepiającymi refleksami, skutecznie odciągając wzrok

od samej bryły i wprowadzając element luksusowego niepoko-

ju - jakby dom nie chciał być podglądany zbyt długo.

Pośród bieli marmurowych płyt, którymi wyłożone było patio,

spoczywał leżak, a na nim - kobieta. Całkiem naga i samotna w

scenerii swojej nowej rezydencji, z zamkniętymi oczami od-

dawała się przyjemności pieszczotliwego słońca, które głaskało

jej ciało ostatnimi promieniami dnia. Dopiero co skończyła

pływać i teraz, schnąc na świeżym powietrzu, pozwalała sobie

na błogą bezczynność.

Nikt nie mógł jej tu dojrzeć - najbliższe ogrodzenie oddalone

było o kilkaset metrów, a przestrzeń wypełniała wysmakowana

zieleń, zaprojektowana z dbałością o każdy szczegół. Była w

centrum swojego prywatnego świata - świata, który stworzyła

wedle własnych reguł - i mogła w nim robić wszystko, na co

tylko miała ochotę.

Otworzyła oczy i spojrzała na szeroko otwarte wejście do salo-

nu. Ascetyczna architektura, która poprzez swoją prostotę wy-

6dobywała na pierwszy plan bogactwo właścicielki, napawała ją

dumą i poczuciem spełnienia. Oszczędne zdobienia, motywy

dawnych cywilizacji południa, szkło, kamień i wyłącznie natu-

ralne materiały - wszystko to harmonizowało w subtelnej ele-

gancji. Czuła się tu wspaniale i jednocześnie… wyjątkowo.

Ta posiadłość była ukoronowaniem jej ciężkiej walki z byłym

mężem, któremu udało się odebrać niemal cały majątek.

Cóż, po prostu na to zasługiwał - pomyślała bez cienia wątpli-

wości.

Przez lata próbowała przekonać go do swoich racji, do nowo-

czesnych standardów i wspólnej wizji przyszłości. On jednak

był uparty. Twardo obstawał przy swoim, ignorując jej potrze-

by i ambicje. W końcu, zupełnie zdesperowana, postanowiła

uczynić z jego życia piekło, licząc na to, że może to go wresz-

cie otrzeźwi. Ale mężczyzna okazał się równie zawzięty.

Do czasu.

7Samotny, wygłodniały emocjonalnie i pozostawiony sam sobie,

znalazł wreszcie ukojenie w ramionach swojej asystentki. Po-

czątkowo przyjęła to jak cios - upokarzający, bolesny, gwał-

towny. Lecz po kilku naradach z przyjaciółkami doszła do

wniosku, że oto właśnie pojawiła się niespotykana szansa na

urządzenie sobie wspaniałej przyszłości.

Wystarczył dobry detektyw, wyśmienity prawnik i przeszło rok

żmudnych rozpraw sądowych. W efekcie „szanowny małżo-

nek” nie tylko przestał być oficjalnie jej partnerem, ale i nie-

malże całkowicie stracił majątek. Jego nowa wybranka szybko

zniknęła z jego życia, co tylko pogłębiło satysfakcję byłej żony,

która od tej pory mogła w pełni pławić się w luksusie.

Nie chciała jednak mieszkać w domu po nim - w miejscu, które

przypominało o nieudanym małżeństwie i o całej tej wynisz-

czającej walce. Sprzedała więc posiadłość, a na terenie, który

również przypadł jej po procesie, postanowiła zbudować coś

zupełnie nowego.

To miała być rezydencja marzeń - dom adekwatny do jej ego i

pozycji społecznej, a zarazem godny podziwu w oczach zna-

8jomych. Miejsce stworzone do wystawnych przyjęć, do roman-

tycznych schadzek, ale i do samotnych chwil w kontemplacyj-

nym luksusie.

I od pół roku to miejsce było już jej.

Wszystko pachniało nowością, cieszyło wzrok, koiło duszę.

Rezydencja przerosła jej oczekiwania. Od chwili przeprowadz-

ki coraz rzadziej miała ochotę spotykać się z ludźmi - z każ-

dym dniem bardziej chłonęła atmosferę tego miejsca, niemal

nie opuszczając jego murów.

Teraz, ze szklaneczką kolorowego drinka w dłoni, patrzyła z

dumą na swoje dzieło. Oczywiście, nie stworzyła go sama - był

przecież projektant, który zgrabnie przełożył jej marzenia na

język architektury. Jego rola sprowadzała się jednak wyłącznie

do zmaterializowania tego, co nosiła w sobie od dawna.

Musiała przyznać, że zrobił to z rozmachem i smakiem, ade-

kwatnie zresztą do pobranego honorarium. A rezultat sprawił,

że przestała pragnąć czegokolwiek poza przebywaniem w tym

miejscu.

9Czy to aby jest normalne? - przemknęło jej przez myśl.

Co za bzdura! - odgoniła natrętne wątpliwości.

Jestem szczęśliwa, a o to właśnie chodziło!

W zasadzie nic więcej już mi nie potrzeba. A może… może

więcej osiągnąć po prostu się nie da?

Znalazła się na szczycie swoich marzeń - wysoko ponad

wszystkim, co dotąd znała. Spoglądała z tego wierzchołka z

pewnym znudzeniem na własną przeszłość, na dawną egzy-

stencję i na cały świat, który wydawał się już odległy, niemal

nieistotny.

Ten dzień miał być wyjątkowy. Choć nie do końca jeszcze ro-

zumiała, co to właściwie miało oznaczać. Przygotowała się do

niego, to prawda, lecz działo się to niemalże jak we śnie - jak-

by w transie. Chwilami sama siebie nie poznawała. Miała wra-

żenie, że jej osobowość rozpadła się na części - że przestała

być jednością. Trudno jej było określić, kiedy dokładnie to się

10stało. Czy może już w chwili rozpoczęcia realizacji tej rezy-

dencji?

Pojawiła się wtedy inna ona - bardziej konkretna, zdyscypli-

nowana, skupiona. Ta druga osobowość stopniowo przejmowa-

ła kontrolę, realizując plan, do którego pierwsza - rozleniwio-

na, hedonistyczna, żyjąca dniem codziennym - nie miała dostę-

pu. Pomimo tej dziwnej, niemal schizofrenicznej relacji, ufała

jej bezgranicznie. To alter ego obiecało jej coś wyjątkowego.

Coś niepowtarzalnego. Transcendentalnego.

Wstała zatem z leżaka, przeciągnęła się leniwie jak kotka i dys-

tyngowanym krokiem ruszyła w stronę salonu. Mijała wielkie

lustro weneckie w oprawie ze starego drewna i nie mogła się

powstrzymać, by nie spojrzeć na swoje ciało - nagie, doskona-

łe, dopracowane do granic możliwości.

Było niemalże dziełem sztuki. Dziesiątki tysięcy dolarów wy-

danych w klubach fitness, u kosmetyczek, dietetyków i wresz-

cie u chirurgów plastycznych - wszystko to ukształtowało ją w

istotę niemal boską. Wyglądała jak bogini - pewna siebie, bez-

kompromisowa i nieosiągalna.

11To wzmocniło w niej tylko jedno przeczucie: że jest już dzie-

łem skończonym. Opus magnum tego świata.

Czy w takim razie warto pozwolić czasowi, by zniszczył ten

perfekcyjny klejnot? Czy nie lepiej zostawić po sobie wspo-

mnienie doskonałości? Pozwolić znajomym i nieznajomym

zapamiętać ten krótki, darowany przez los czas - czas obcowa-

nia z najpiękniejszym, co miała do zaoferowania natura wspar-

ta rozumem człowieka?

W salonie zasiadła w wygodnym fotelu, ustawionym tak, by

mieć najlepszy możliwy widok na basen i ogród. Przyjęła wy-

studiowaną pozę - taką, w jakiej chciałaby zostać zapamiętana.

Nie kłopotała się nawet, by nałożyć na siebie cokolwiek.

Obok mebla stał niewielki, metalowy wózek - taki, jakich

używa się w domach spokojnej starości. Na jego górnej półce

spoczywała duża stalowa butla ze sprężonym gazem. Do zawo-

ru przymocowany był przezroczysty aparat oddechowy z sys-

temem cienkich rurek i zaworów.

To było ważne.

12Długo szukała takiej maseczki, która nie zasłoni jej twarzy.

Martwiła ją tylko silikonowa gumka, która zbyt mocno ściskała

policzki, deformując delikatnie kontury. Ale cóż - wszystkiego

nie da się dopracować do końca. Tłumaczyła sobie, że przecież

nawet w muzeach obok arcydzieł zdarzają się elementy tech-

niczne - gaśnice, hydranty, zabezpieczenia.

Założyła więc maseczkę i delikatnym ruchem odkręciła zawór

butli. Do jej płuc zaczął wpływać chłodny, czysty azot. Szero-

kim strumieniem.

Spokojny szum reduktora koił zmysły. Wpatrzona w doskona-

łość przestrzeni, którą stworzyła, chłonęła ostatnie chwile. To

otoczenie - zaplanowane w każdym detalu - miało być godnym

entourage’em dla jej własnej obecności.

Czyż to nie jest prawdziwa sztuka? Koniec wieńczy dzieło.

Tak powiedział jej kiedyś architekt. Zapamiętała te słowa bar-

dzo wyraźnie.

Zamknęła oczy.

1301 Dziwna, niepokojąca harmonia

“All I ever wanted All I ever needed Is here in my arms.” –

Depeche Mode, „Enjoy the Silence”

Niewielki policyjny van mozolnie wspinał się po wąskiej, krę-

tej drodze, która wiła się pomiędzy gęsto rosnącymi krzakami.

Gdy wreszcie dotarł na szczyt wzgórza, zatrzymał się przed

nowoczesną bramą wykonaną z prostych, stalowych elemen-

tów. Wrota były otwarte, lecz dostęp do posesji blokował poli-

cjant stojący tyłem do drogi i rozmawiający przez telefon.

Brodaty mężczyzna siedzący za kierownicą zatrąbił, wyrywa-

jąc funkcjonariusza z rozmowy. Młody policjant odwrócił się z

wyraźnym poirytowaniem, obrzucając przybyłego podejrzli-

wym spojrzeniem.

- Ruszże się, młody człowieku! - rzucił stary detektyw, uchyla-

jąc szybę. - Ja w twoim wieku to śmigałem jak ważka!

16- Idę, już idę! - burknął tamten, chowając telefon do kieszeni

munduru. - Pan jest detektywem? - zapytał z wahaniem, rzuca-

jąc okiem na rower turystyczny zalegający na tylnym siedzeniu

vana.

- Ano jestem, aspirancie - odparł z lekkim uśmiechem. - Ron

Bellers. Stary mnie wezwał, żebym popatrzył. Wpuścisz mnie,

człowieku, czy tak będziemy tu stali i dyskutowali?

Zapadła krótka chwila napięcia. Policjant ostentacyjnie skon-

taktował się przez radio z przełożonymi, po czym odstąpił od

pojazdu i gestem wskazał, że można jechać dalej. Van zamru-

czał silnikiem i, wzbijając spod opon żwir, potoczył się przed

siebie.

Droga prowadziła teraz przez teren gęsto porośnięty drzewami

- wyraźnie prywatny i starannie utrzymany. Po chwili zza za-

krętu wyłoniła się rezydencja niczym ze snu. Ron musiał przy-

znać, że jeszcze nigdy nie widział czegoś podobnego. Nie cho-

dziło tylko o niepowtarzalny styl architektoniczny - choć i ten

był wyjątkowy - lecz o trudną do opisania aurę, jaka unosiła się

nad całym miejscem. Wszystko zdawało się tu idealnie upo-

17rządkowane, a jednocześnie emanowało subtelnym napięciem,

jakby miejsce próbowało coś zakomunikować, lecz robiło to w

sposób dla niego nieczytelny.

Ron wysiadł z samochodu i rozejrzał się dookoła. Poza kolo-

rowymi taśmami policyjnymi, które odgradzały budynek od

zatłoczonego parkingu, gdzie stały radiowozy i nieoznakowane

pojazdy, panował tu niemal całkowity spokój.

Cisza i spokój - pomyślał, przechodząc pod prowizoryczną za-

porą.

Gdy zbliżył się do masywnych drzwi rezydencji, te otworzyły

się i wyszedł z nich mężczyzna o poważnym wyrazie twarzy,

ubrany w pomiętą marynarkę. Uścisnął dłoń detektywa.

- Cześć, stary. Chciałem, żebyś na to spojrzał. Z racji twojego

doświadczenia. Potrzebujemy świeżego spojrzenia na to… sa-

mobójstwo.

- Samobójstwo? - Ron uniósł brwi. - Skoro już tak to określili-

ście, to po co ja tu jestem?

18- No właśnie… - westchnął tamten. - Tak to opisałem, bo

wszystko na to wskazuje. Żadnych śladów ingerencji osób

trzecich, kompletnie nic. Ale według naszej wiedzy, ofiara była

ostatnią osobą, która chciałaby rozstać się z życiem.

- Tak? - mruknął Ron, wpatrując się w rozmówcę.

- Pewnie jej nie kojarzysz. Silvia Price. Jak cena. Znana postać,

znaczy… była. Od czasu wybudowania tej rezydencji trochę

się wycofała z życia publicznego, ale wcześniej… cóż, prowa-

dziła dość rozrywkowy tryb życia. Prasa aż huczała, gdy pod-

czas rozwodu odebrała mężowi niemal cały majątek i prak-

tycznie skazała go na niebyt.

- Zaraz, zaraz… Coś mi świta. To ten facet od wyrobów skó-

rzanych? Potentat wśród producentów pasków do zegarków?

- Tak, dokładnie. Ale po rozwodzie wszystko przypadło jej. On

nie ma już nic.

- Czyli sugerujesz, że ktoś jej pomógł odejść z tego świata? -

Ron zmarszczył brwi i wszedł do środka.

19Wnętrze rezydencji przypominało ul - roiło się od techników

kryminalistyki i funkcjonariuszy, którzy wykonywali rutynowe

czynności. Detektywowi od razu rzucił się w oczy ogromny

świetlik w dachu - szklana konstrukcja wypełniona witrażami.

Kolorowe promienie światła, sączące się przez barwne szyby,

tworzyły na podłodze niesamowitą mozaikę, niemal jakby ktoś

rozlał pigment na marmurze.

Wyglądało to niezwykle, ale zarazem… niepokojąco. Ron nie

potrafił sprecyzować, co dokładnie budziło w nim ten niepokój.

Wiedział jedno - z pewnością nie chodziło o widok ciała. Tych

widział już w życiu wystarczająco wiele.

Pogrążony w myślach, podążał za swoim kolegą, gdy jego głos

wyrwał go z zamyślenia…

- W zasadzie na tym etapie wszystko jest możliwe - odezwał

się policjant, nie zatrzymując kroku. - Nie wykluczamy żadnej

hipotezy. Problem w tym, że niezmiernie trudno jakąkolwiek

wysnuć.

20- Co masz na myśli? - zapytał Ron, spoglądając na funkcjona-

riusza, który akurat przystanął. Na jego pobrużdżonej twarzy

igrały kolorowe cienie, rzucane przez witraże. Wyglądał przez

to dziwacznie, wręcz upiornie.

- Na początku myśleliśmy o mężu. Co prawda nic by z tego nie

miał, ale przecież zawsze pozostaje motyw zemsty. Tyle że on

od roku przebywa w ośrodku leczenia depresji. Nie wyściubił

stamtąd nawet nosa.

- Jak to? - Ron zmarszczył brwi, wyraźnie zaintrygowany.

- Facet kompletnie się załamał po przegranym procesie. Stracił

niemal całą wolę życia. Znalazła go jego siostra - siedział bez-

władnie w fotelu, nieprzytomny, prawie zagłodzony. Zawiozła

go do szpitala, a stamtąd trafił do kliniki. Tak więc, jego mamy

z głowy.

- No dobrze, to może siostra? - Ron podsunął sugestię, bawiąc

się swoją długą, siwą brodą.

21- Też odpada. Wcześniej nawet tu nie była. Przyjechała z inne-

go stanu. W ogóle rzadko się widywali - kontaktowali się co

najwyżej telefonicznie, raz w miesiącu. Tym razem, gdy nie

odebrał, coś ją tknęło i postanowiła sprawdzić, co się dzieje.

Ma jednak solidne alibi na każdy dzień - spędzała czas ze swo-

ją rodziną, niemal tysiąc kilometrów stąd.

- No tak… - Ron rozejrzał się po wnętrzu. - Dość tu osobliwie -

rzucił mimochodem.

- „Osobliwie”? - prychnął policjant. - To miejsce jest jakieś po-

pieprzone! Wszyscy to mówią! Te ornamenty, kolory, rzeźby…

Ta kobieta miała chyba bardzo osobliwe poczucie piękna.

- Racja, może zbyt delikatnie się wyraziłem - przyznał Ron. -

Ale też poczułem coś dziwnego, już od chwili, gdy zaparkowa-

łem przed wejściem.

Zbliżyli się do części rezydencji, w której znajdował się basen.

Tu, na fotelu stojącym jeszcze w obrębie salonu, lecz zwróco-

nym w stronę ogrodu, spoczywało ciało kobiety. Miała za-

mknięte oczy, lecz wyglądała tak, jakby mimo tego wpatrywała

22się w jakiś odległy punkt. Na jej twarzy widniał ślad emocji -

ledwie dostrzegalny, lecz obecny. Coś, co pojawiło się może

tuż przed śmiercią.

Ben przysiągłby, że pod przezroczystą maską dostrzega cień

zdziwienia.

- Co to jest? - zapytał Ron, wskazując na respirator z nietypo-

wym oprzyrządowaniem. - Miała jakieś problemy z oddycha-

niem?

- Według naszego doktora, to właśnie jest przyczyna śmierci.

- Gaz? Zatruła się? - zdumiał się detektyw. - Ciekawe…

- Tak. I to dość nietypowo - użyła azotu.

- Azotu? Zaraz… kiedyś o tym czytałem, ale nigdy nie widzia-

łem tego w rzeczywistości.

- Nasz medyk mówi, że to najłagodniejszy sposób odebrania

sobie życia. Bezboleśnie, czysto, bez dramatów. „Elegancko” -

tak to określił.

23- Zależało jej, żeby nie uszkodzić tego perfekcyjnego ciała -

mruknął Ron, krążąc wokół martwej kobiety. - Wygląda to jak

instalacja artystyczna. Spektakl. Obraz.

- Dla kogo? - natychmiast podchwycił policjant.

- Tego jeszcze nie wiem - przyznał Ron. - Jeśli zrobiła to sama,

to chyba… dla nas? Jeśli ktoś jej pomógł - to już zupełnie inna

historia. Spójrz tylko: pozycja ciała, teatralna poza, ustawienie

fotela… Nawet maska - przeźroczysta, by nie zakłócała odbio-

ru tego przedstawienia. O ile to wszystko ona przygotowała…

- Fakt… Kolejna z tych popieprzonych spraw - mruknął poli-

cjant z niezadowoleniem. - Diabli nadali tę babę.

- Co się tak pieklisz, Steve? - zapytał Ron, zerkając na kolegę

spod oka.

- Były już telefony - odparł cicho, pochylając się w stronę de-

tektywa. - Z biura senatora… Wiesz którego?

- Masz na myśli Rob… - Ron urwał, gdy dostrzegł karcące

spojrzenie Steve’a.

24- Tak. Właśnie jego. Wiesz, jaki to skurwiel. Wszystko wskazu-

je na to, że ona była jego bliską przyjaciółką. Będziemy się z

tym bujać jeszcze tygodniami!

Zamilkł na moment, po czym dodał:

- Chcesz jeszcze popatrzeć, czy możemy ją już zabrać?

- Poczekaj chwilę…

Ron odsunął się kawałek i spojrzał na miejsce zdarzenia - bo

na tym etapie trudno było to jeszcze nazwać miejscem zbrodni

- z dalszej perspektywy. Wszystko wyglądało jak pieczołowicie

zaplanowana scenografia. Naga, wyniosła piękność pośród ide-

alnie zharmonizowanego wnętrza. Każdy detal zdawał się mieć

tu swoje miejsce, dopełniać całości w jakiś tajemniczy sposób.

Dziwna, niepokojąca harmonia. O co tu chodzi? - pomyślał.

2602 Z motyką na słońce

“I’m at the place called Vertigo.” – U2, „Elevation”

Ostatnie spojrzenie w lustro tylko potwierdziło jej obawy. Nie

wyglądała tak, jakby sobie tego życzyła. Niestety, nie miała już

czasu na kolejne poprawki - ani stroju, ani makijażu - więc

zdecydowanym krokiem ruszyła do drzwi.

Od ponad tygodnia, odkąd odebrała telefon z biura projekto-

wego, przygotowywała się do tego spotkania. Papiery wysłała

tam przeszło pół roku temu i zdążyła już niemal całkowicie

stracić nadzieję, że ktokolwiek się jeszcze odezwie. Zaprosze-

nie na rozmowę rekrutacyjną było więc dla niej zaskoczeniem -

i jednocześnie wielkim wyzwaniem.

Portfolio miała wydrukowane już dawno, lecz kilka wnikliwy-

ch przeglądów ujawniło drobne mankamenty, które koniecznie

chciała usunąć. W efekcie niemal w ostatniej chwili odebrała

nowy, jeszcze pachnący farbą drukarską egzemplarz katalogu

swoich najważniejszych prac. Nie uważała się za perfekcjo-

27nistkę, ale renoma pracowni, do której aplikowała, skutecznie

zmiotła z jej twarzy dotychczasowy spokój. To był przecież

Nick Morgan i jego zespół! Ci ludzie nie schodzili z okładek

branżowych czasopism, a ich projekty można było oglądać w

centrach większości dużych miast - nie tylko w kraju, ale i za

granicą.

Kaya ukończyła studia ponad dwa lata temu, lecz w zawodzie

architekta pracowała już od czterech. Była ambitna, przebojo-

wa i pełna energii - co nie uszło uwadze jej wykładowcom.

Jeszcze przed obroną dyplomu otrzymała kilka propozycji sta-

żu w renomowanych pracowniach. Wybrała ofertę, która w jej

ocenie dawała największe możliwości rozwoju - i do dziś pra-

cowała w zespole swojego byłego wykładowcy, zdobywając

nowe doświadczenia i stopniowo poszerzając zawodowe hory-

zonty.

Nie zamierzała jednak poprzestać na jednej firmie, ani tym

bardziej na roli asystentki projektanta. Marzyła, by jej prace

zyskały rozgłos, by zostały dostrzeżone - nie tylko lokalnie, ale

i globalnie. Wiedziała, że do tego potrzebny jest ciągły rozwój.

A to z kolei oznaczało konieczność wykonania kolejnego kroku

28na ścieżce kariery. Nie chcąc się ograniczać, sięgnęła niemal do

gwiazd - wysłała swoją aplikację do najznamienitszego biura

projektowego w kraju.

Doskonale zdawała sobie sprawę, że to może być przysłowio-

we porwanie się z motyką na słońce. Gdy więc po złożeniu do-

kumentów zapadła cisza, przyjęła to ze spokojem. Tymczasem

marzenia zaczęły nabierać realnych kształtów - właśnie zmie-

rzała na rozmowę, być może nawet z samym Nickiem Morga-

nem.

Na razie znała go tylko z okładek magazynów. W jej wyobra-

żeniu jawił się jako ikona nowoczesnej architektury - eleganc-

ki, tajemniczy i nieprzenikniony. Trochę groźny, niezwykle

błyskotliwy i zarazem genialny, jeśli chodzi o wyczucie estety-

ki. Ale równie dobrze wszystko to mogło być tylko fasadą. W

bezpośrednim kontakcie mógł się okazać zupełnie innym

człowiekiem. Zresztą - miała teraz taki mentlik w głowie, że

właściwie z niczego nie zdawała sobie sprawy. Po prostu pę-

dziła przed siebie.

29W jednej ręce niosła dużą teczkę formatu A2, w której miała

kilka rysunków, świeżo wydrukowane portfolio i sporych roz-

miarów tablet, na który nagrała dodatkowe materiały ze swoich

dotychczasowych projektów. Nie miała pojęcia, o czym będą

chcieli z nią rozmawiać, więc przygotowała się najlepiej, jak

potrafiła - tworząc solidny zapas prezentacyjny na wszelki wy-

padek.

W kwestii oczekiwań finansowych było jeszcze gorzej. Kom-

pletnie nie wiedziała, jakiej kwoty się spodziewać, ani ile po-

winna zaproponować. Prawda była taka, że gotowa była przy-

jąć tę posadę nawet za niższą stawkę niż dotychczasowe wyna-

grodzenie. Przez ostatnie lata udało jej się odłożyć trochę

oszczędności, co dawało jej odrobinę komfortu w razie potrze-

by przeczekania trudniejszego finansowo początku.

Gdzieś, kiedyś czytała, że w niektórych prestiżowych pracow-

niach to stażyści płacą, by móc uczyć się od tuzów architektu-

ry. Na szczęście - przynajmniej w teorii - ona już nie była sta-

żystką. Miała na koncie kilka lat realnej praktyki zawodowej.

Czy to miało jakiekolwiek znaczenie?

30Cóż, okaże się - pomyślała, schodząc po schodach do pod-

ziemnej kolejki metra

Dopiero gdy przeszła przez bramki i stanęła na peronie, mogła

wreszcie odetchnąć. Znalazła się w przestrzeni, która wyjątko-

wo - jak na to miejsce - była niemal całkowicie pusta. Zwykle

ta podziemna hala tętniła życiem, lecz pora, na którą wyzna-

czono spotkanie, pozwoliła jej trafić na ten krótki moment w

ciągu dnia, kiedy ruch nieco zamierał. Większość ludzi była już

bowiem w biurach albo uczestniczyła w spotkaniach online,

siedząc bezpiecznie w swoich mieszkaniach.

Rozejrzała się wokół, chłonąc tę niecodzienną ciszę. Życie w

pośpiechu rzadko dawało szansę na podobne chwile - zwykle

człowiek pędził na oślep, niczym w tunelu, przemieszczając się

z jednego punktu do drugiego, nie zauważając niczego po dro-

dze. Teraz jednak, jakby nagle wyjęta z tego rytmu, pozwoliła

sobie na moment refleksji.

31Wypaczona nieco swoim architektonicznym wykształceniem,

zaczęła analizować przestrzeń wokół siebie: konstrukcję pod-

ziemnej hali, wykończenie ścian, układ posadzek, organizację

tego surowego, lecz funkcjonalnego wnętrza. Jej wzrok za-

trzymał się nagle na jednym z luster, w którym ujrzała swoje

odbicie.

Zaskoczyła ją ta chwila konfrontacji. Ze szklanej tafli patrzyła

na nią wysoka, szczupła dziewczyna w czarnych, materiałowy-

ch spodniach i ciemnej marynarce. Spod spodu wystawała bia-

ła koszula z nonszalancko rozpiętym kołnierzykiem. Ten strój

skutecznie maskował sylwetkę, z którą od zawsze toczyła cichą

wojnę - zbyt chłopięcą, zbyt pozbawioną krągłości, by uznać ją

za kobiecą w tradycyjnym rozumieniu.

Twarz miała owalną, z wyraźnie zarysowanym podbródkiem.

Jej oczy, o nieokreślonej barwie - czasem jasnobrązowe, kiedy

indziej niemal zielone - wydawały się teraz jeszcze bardziej

tajemnicze w chłodnym świetle peronu. Duże usta, z tendencją

do układania się w lekko szelmowski uśmiech, dobrze współ-

grały z nieco za dużym, lekko zadartym nosem. Łukowate, nie-

32co niesforne brwi podkreślały wyrazistość spojrzenia, a krótko

ostrzyżone włosy nadawały jej rys zawadiackiej łobuziary.

Z rozmyślań wyrwał ją nagły podmuch powietrza i łomot nad-

jeżdżającego składu. Pierwszy wagon metra wyłonił się z tune-

lu bez ostrzeżenia, niemal bezszelestnie. Gdy pneumatyczne

drzwi otworzyły się z sykiem, weszła do środka. Choć miała do

wyboru niemal wszystkie miejsca, zdecydowała się pozostać

na stojąco. Oparła się lekko o poręcz i wpatrzyła w przesuwa-

jącą się za szybą czarną ścianę, przeciętą snopami kabli, rur i

dziwacznych instalacji.

Każda kolejna stacja wydawała się być osobnym światem -

różniły się światłem, kolorystyką, materiałami wykończenio-

wymi, a przede wszystkim - ludźmi. Gdzieniegdzie widywała

elegancko ubranych biznesmenów, gdzie indziej matki z

dziećmi, a w kątach przysiadali bezdomni, czekający na gest

życzliwości od przypadkowych podróżnych.

To wszystko przywiodło jej na myśl „Małego Księcia” - podró-

żującego z planety na planetę, poznającego coraz to nowe po-

staci i ich osobliwe światy.

33W końcu nadszedł czas, by wysiąść. Stacja, na której się znala-

zła, była dość niepozorna, ale wyczuwało się w niej subtelny

powiew luksusu. Styl ultra minimalistyczny - ten, który tak

często wymagał ogromnych nakładów, by wyglądać właśnie

tak - otaczał ją ze wszystkich stron. Surowa stal nierdzewna,

łupany szary kamień i elementy z masywnego, matowo lakie-

rowanego drewna tworzyły spójną, chłodną całość.

Szybkim krokiem przemierzyła ten przedsionek zamożnej

dzielnicy, zastanawiając się, co czeka ją na górze.

Na powierzchni przywitał ją szklano-kamienny świat drapaczy

chmur. Ulica, pogrążona w wiecznym cieniu gigantycznych

konstrukcji, zapełniona była autami, które przetaczały się śli-

maczym tempem. Na nielicznych miejscach parkingowych sta-

ły samochody, które dotąd widywała jedynie na plakatach i w

filmach.

Rozejrzała się uważnie, szukając punktu odniesienia w tej mo-

numentalnej, niemal nieludzkiej przestrzeni. Po chwili już wie-

działa, dokąd iść.

34Kilka minut marszu doprowadziło ją pod wielkie, obrotowe

drzwi ze szkła, prowadzące do eleganckiego foyer wieżowca.

W środku powitał ją ciemnoskóry portier z uprzejmym uśmie-

chem. Gdy dowiedział się o celu jej wizyty, wskazał jej odpo-

wiednią bramkę oraz windę, która miała zawieźć ją na ostatnie,

czterdzieste piętro.

Drzwi z satynowej stali otworzyły się niemal dokładnie przed

jej nosem. Ze środka kabiny wyszedł energicznie mężczyzna,

nieomal na nią wpadając. Odruchowo odskoczyła, mrucząc

pod nosem coś na kształt przeprosin, po czym weszła do środ-

ka.

Tuż zanim drzwi się zamknęły, zdążyła jeszcze dostrzec jego

twarz.

To był Nick Morgan.

35Ten sam człowiek, do którego biura akurat zmierzała. Właśnie

opuścił budynek i szybkim krokiem znikał już za drzwiami ob-

rotowymi, wracając na ulicę.

- Jezu! Piękny początek… - pomyślała, wydając z siebie prze-

ciągłe westchnienie.

Przez chwilę nic się nie działo. Stała jak zaczarowana, wpatru-

jąc się w nieruchomą windę, aż wreszcie zorientowała się, że

powinna nacisnąć któryś z przycisków.

- Masakra! - skwitowała w myślach, doskonale podsumowując

swój aktualny stan ducha.

Spojrzała na tablicę rozdzielczą. Znajdowały się tam zaledwie

dwa przyciski: jeden oznaczający parter, na którym właśnie

przebywała, i drugi - opisany nazwą firmy, do której zmierzała.

Bez większego namysłu dotknęła chłodnej stalowej po-

wierzchni.

3603 Pracownia w chmurach

„Above the clouds I see my shadow fly.” – Pink Floyd, „Le-

arning to Fly”

To, co Kaya zobaczyła na szczycie drapacza chmur, zaparło jej

dech w piersiach. Ostatnia kondygnacja, będąca nieco mniejszą

od typowych pięter, sprawiała, że hall windowy otwierał się

ogromnym przeszkleniem na panoramę miasta. Wszystko z tej

wysokości wyglądało zaś nierealnie, niemalże jak wielka ma-

kieta elektrycznej kolejki. O dostrzeżeniu ludzi można było

wręcz zapomnieć, rozróżniając zaledwie miniaturowe, koloro-

we bryły samochodów, pełznące po ulicach w żółwim tempie.

Pogoda była wspaniała, wobec czego idealnie przejrzyste po-

wietrze i bezchmurne niebo umożliwiały daleki wgląd w oto-

czenie miasta, sięgający, według jej pobieżnych szacunków,

ponad setkę kilometrów w dal.

Dźwięk odjeżdżającej windy wyrwał ją jednak ze stanu kon-

templacji, przypominając zarazem, w jakim celu znalazła się w

39tym właśnie miejscu. Mimowolnie drgnęła, a następnie ruszyła

w kierunku dużych, szklanych drzwi, które opatrzone były ele-

ganckim logiem pracowni projektowej MORGAN-PROJECT.

Nacisnęła zimną, stalową klamkę i szklana płaszczyzna podda-

ła się bez trudu, wpuszczając ją do niesamowitego wnętrza.

Wszystko było tu przeźroczyste i jak wzrokiem sięgnąć, można

było dostrzec pochylonych nad stołami i monitorami pracow-

ników. Wszyscy oni byli umiejscowieni na tle otaczającego ich

miasta, na poły z niebieskim bezkresem nieba, a sprawiało to

wrażenie niezwykle przemyślanej kompozycji.

„Pracownia w chmurach” - pomyślała, choć w tej chwili akurat

żadnej chmury nie zauważyła.

Na wstępie przywitał ją sympatyczny, młody mężczyzna, zaj-

mujący miejsce za recepcją wykonaną również ze szkła lub

jakiegoś innego idealnie przeziernego materiału. Przedstawiła

się, podając cel swojej wizyty, i została poproszona o zajęcie

miejsca na wielkiej, skórzanej kanapie.

40Usiadła zatem, nie spuszczając wzroku z tego niezwykle cie-

kawego miejsca, gdzie powstawały przecież ikony współcze-

snej architektury. Widać stąd było ożywione dyskusje wyraźnie

zaangażowanych młodych ludzi oraz skupione miny ślęczący-

ch nad komputerami projektantów.

Nie dochodził do niej jednak żaden dźwięk, co tylko podkreśla-

ło kunszt, z jakim zaprojektowane zostało to wnętrze. Mogła

zatem obserwować tę kuźnię projektów jak swego rodzaju

nieme widowisko.

Po kilku minutach oczekiwania zauważyła wreszcie zmierzają-

cego w jej kierunku mężczyznę, który z szerokim uśmiechem

na twarzy nawiązał już z nią kontakt wzrokowy, nim pojawił

się w okolicy recepcji. Jeszcze kilka metrów przed podejściem

do niej wyciągnął zaś rękę na powitanie.

- Cześć, jestem Luke. Prawie jak Skywalker - uśmiechnął się,

po czym dodał: - Jestem managerem pracowni i jestem też od-

powiedzialny za rozmowy z kandydatami do pracy. W tej sytu-

acji jesteś więc skazana na rozmowę ze mną - mówiąc to,

41uśmiechnął się jeszcze szerzej, choć wydawało jej się to już

wręcz niemożliwe.

- Kaya. Miło cię poznać, Luke. Jestem zaszczycona, że zapro-

siliście mnie na rozmowę. Praca w takim miejscu jak to, i

przede wszystkim z takimi ludźmi, była i jest moim wielkim

marzeniem - powiedziała, dodając na koniec swój najbardziej

czarujący uśmiech.

- W takim razie zapraszam za mną do mojego biura. Tam sobie

spokojnie porozmawiamy - odparł Luke i wskazał Kayi drogę

wyciągniętą ręką.

Kiedy znaleźli się już w obrębie wielkiej przestrzeni biura, do-

tarł wreszcie do niej gwar dziesiątków rozmów, stukot klawi-

szy i szum przewracanych arkuszy papieru. Było tam również

kilka wydzielonych szklanymi ścianami pomieszczeń, gdzie

rozemocjonowani pracownicy, żywo gestykulując, rozmawiali

przez telefony.

Kaya doskonale czuła tu energię wzmożonej pracy, gdzie każ-

dy z obecnych, będąc zarazem trybikiem tej ogromnej maszy-

42nerii, robił co mógł, aby firma osiągnęła zakładany sukces.

Idąc wzdłuż kolejnych biurek i stołów, nie mogła nie dostrzec

kilku ciekawskich spojrzeń, które wyraźnie były skierowane

pod jej adresem. Zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Bo choć po-

czątkowo odniosła wrażenie, że pracują tu tylko panowie, to

jednak po wejściu do środka musiała zweryfikować to swoje

początkowe spostrzeżenie.

Tymczasem dotarli do pustego, szklanego boksu, wyposażone-

go w duże, białe i błyszczące biurko oraz szereg krzeseł, który

nie mógł być niczym innym jak salą konferencyjną.

Kiedy znalazła się w środku, instynktownie zajęła miejsce po

stronie, z której mogła podziwiać niesamowity widok za

oknem. Kiedy Luke jednak usiadł wreszcie naprzeciw niej, zo-

rientowała się, że ze swojej pozycji będzie miała problemy z

dostrzeżeniem detali twarzy swojego rozmówcy, który wyraź-

nie odcinał się na tle jasnego nieba.

Mężczyzna najwyraźniej zauważył jej chwilową konsternację i

po chwili sięgnął po pilota, naciskając jeden z przycisków na

jego szczupłej obudowie. Sekundę później z sufitu, bezpośred-

43nio za managerem, zaczęła opuszczać się roleta, która skutecz-

nie odcięła drażniące Kayę światło.

Teraz już widziała wyraźnie niemalże chłopięcą twarz swojego

rozmówcy, który na jej oko mógł mieć nie więcej jak trzydzie-

ści lat. Co prawda jego wygląd mógł być mylący, gdyż zdawała

sobie sprawę, że są typy urody, które mimo wieku potrafią

mamić odbiorcę złudnym wrażeniem. Potwierdzeniem jej tezy

był jednak fakt, że Luke nie miał śladu zarostu na twarzy, nie

wyglądając zarazem na użytkownika maszynki lub brzytwy.

- Napijesz się czegoś? - zagadnął ją mężczyzna, przerywając

jej rozważania na temat jego wieku. - Wody, coli, lemoniady, a

może herbaty lub kawy?

- Jeśli można, to poproszę o wodę, najlepiej bez gazu - odparła

niemalże automatycznie, wyciągając na blat biurka przyniesio-

ne przez siebie materiały.

Luke sięgnął zatem po słuchawkę leżącego na stole telefonu i

wydał komuś kilka poleceń. Następnie złapał za stojącą na

końcu stołu karafkę i jedną z czystych szklanek, po czym nalał

44jednym zgrabnym ruchem ręki sporą porcję wody. Potem prze-

sunął naczynie w pobliże Kayi.

Po chwili w sali pojawił się też sekretarz, niosąc na spodeczku

filiżankę kawy dla Luke’a. Teraz byli już gotowi do rozmowy.

- A więc chciałabyś u nas pracować? - zaczął spokojnie męż-

czyzna. - Opowiedz mi zatem trochę o sobie, gdzie aktualnie

pracujesz i dlaczego padło właśnie na nas.

Kaya uśmiechnęła się do swojego rozmówcy, a następnie - po-

czątkowo trochę drewnianym głosem - zaczęła opowiadać hi-

storię swojej edukacji i pierwsze lata pracy w zawodzie. Stop-

niowo stres ustępował, wobec czego chwilami pozwalała sobie

nawet na jakieś żarty sytuacyjne i dygresje, czym kilka razy

udało jej się wywołać u rozmówcy salwę szczerego śmiechu.

W międzyczasie rozłożyła na stole także swoje rysunki, przed-

stawiając każdy z nich z wielkim znawstwem i zaangażowa-

niem. Nie miała jakiegoś specjalnego daru rozpoznawania

45ludzkich emocji, jednak wydawało jej się, że Luke jest zado-

wolony z przebiegu spotkania.

W pewnym momencie dostrzegła kątem oka znajomą postać,

która pojawiła się pomiędzy stołami, rozmawiając z kimś z

pracowników. To był Nick. Wyglądał identycznie jak na okład-

ce renomowanego magazynu branżowego i podobnie był zresz-

tą ubrany. Elegancki czarny golf i marynarka, która leżała na

nim niczym na jakimś gwiazdorze filmowym. W trakcie dys-

kusji poprawiał zaś od czasu do czasu prostokątne okulary, któ-

re dominowały jego szczupłą twarz.

W pewnym momencie ich spojrzenia skrzyżowały się, i męż-

czyzna spojrzał na nią swoim przenikliwym wzrokiem, a na-

stępnie przerwał swojemu interlokutorowi gestem ręki i ruszył

w stronę sali konferencyjnej. Kiedy znalazł się już w środku,

wyciągnął do niej rękę na powitanie.

- Nick Morgan, miło mi poznać… - zawiesił znacząco głos,

czekając, aż dziewczyna się przedstawi.

46
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij