Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zacząć na nowo w Seaside Blooms - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
2239 pkt
punktów Virtualo

Zacząć na nowo w Seaside Blooms - ebook

Czasem los daje drugą szansę wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy.

Po bolesnych doświadczeniach Sarah Peterson nie wierzy już w szczęśliwe zakończenia. Kiedy jednak dziedziczy kwiaciarnię Seaside Blooms w nadmorskim miasteczku Whitsborough Bay, postanawia spróbować jeszcze raz – zacząć na nowo, z dala od przeszłych rozczarowań.

Życie nad morzem płynie wolniej. Zapach kwiatów, szum fal i życzliwość mieszkańców stopniowo pomagają Sarah odzyskać spokój. A gdy w jej życiu pojawia się tajemnicza przepowiednia dotycząca miłości, Sarah staje przed pytaniem, czy odważy się ponownie zaufać losowi.

Czy nowy początek okaże się tylko chwilowym azylem, czy szansą na prawdziwe szczęście?

Jessica Redland snuje ciepłą, podnoszącą na duchu opowieść o drugich szansach, uzdrawiającej sile wspólnoty i miłości, która potrafi rozkwitnąć nawet po najtrudniejszych doświadczeniach.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68812-16-9
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROK TEMU

ROZDZIAŁ 1

– No dalej, Jason. Zadzwoń. – Marsz­czy­łam brwi, patrząc na swo­jego iPhone’a, i cho­dzi­łam po salo­nie, a obcasy moich szpi­lek odbi­jały się echem od drew­nia­nej pod­łogi. – Albo napisz SMS-a. Nie ma zna­cze­nia, co wybie­rzesz. Po pro­stu się ode­zwij. Pro­szę.

Moje serce pod­sko­czyło, gdy zadźwię­czał tele­fon, ale SMS był od jed­nej z moich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek.

Mail Od Elise

Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, Sarah! To ostatni rok przed trzy­dziestką, więc wyko­rzy­staj go jak naj­le­piej. Szkoda, że jesteś tak daleko, dała­bym Ci uro­dzinowego przy­tu­lasa, ale zamiast tego wysy­łam Ci go SMS-em. Mam nadzieję, że Twój pre­zent dotrze dzi­siaj. Mam nadzieję, że Jason przy­go­to­wał dla Cie­bie wspa­niały pre­zent… może oświad­czyny? Miłego wie­czoru xxxxxxx

Wycią­gnę­łam rękę, aby podzi­wiać błysz­czącą srebrną bran­so­letkę, którą mi przy­słała.

Mail Do Elise

Wła­śnie wró­ci­łam do domu i cze­kała na mnie Twoja paczka. Jak zwy­kle zde­cy­do­wa­nie zbyt hojna… ale abso­lut­nie cudowna! Bar­dzo dzię­kuję. Nie mam poję­cia, gdzie mnie zabie­rze, ale mam nadzieję, że tym razem będzie to jakieś miłe miej­sce. Jestem już wystro­jona, jedy­nie nie mam dokąd iść! Skła­ma­ła­bym, mówiąc, że nie przy­szło mi do głowy, że może mi się oświad­czyć. AAAAAAA!!! Będziesz pierw­sza, która się dowie, jeśli to zrobi xxx

Kiedy pisa­łam te słowa, ręce mi lekko drżały, a w żołądku czu­łam motyle. Czy to naprawdę może być ta noc? Być może. Moment wyda­wał się odpo­wiedni, a on mówił o pla­nach na przy­szłość. Byli­śmy razem od dwóch lat i dwóch mie­sięcy i przez więk­szość tego czasu miesz­ka­li­śmy razem. Pomi­ja­jąc spo­ra­dyczne prze­jawy jego bez­myśl­no­ści i ten­den­cję do cią­gnię­cia mnie na siłow­nię lub na trzy­dzie­sto­ki­lo­me­trowe wędrówki znacz­nie czę­ściej, niż czło­wiek powi­nien zno­sić w ciągu całego życia, byli­śmy razem bar­dzo szczę­śliwi i zakła­da­łam, że oświad­czyny nie są zbyt odle­głą per­spek­tywą.

Przy­szła kolejna wia­do­mość, ale na­dal nie była to wia­do­mość od Jasona.

Mail Od Clare

Prze­pra­szam, że nie napi­sa­łam wcze­śniej. Dim Daz poży­czył mój tele­fon, a potem poje­chał z nim do Essex. Totalny głu­pek. W każ­dym razie, lepiej późno niż wcale… wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, stara pru­kwo. Nie mogę uwie­rzyć, że chcesz spę­dzić wie­czór ze swoim głu­pim współ­lo­ka­to­rem, a nie ze mną. Mam nadzieję, że tym razem nie będzie to McDo­nalds! Może naprawdę Cię roz­pie­ści i pój­dzie­cie do Pizza Hut?! Zare­zer­wuj sobie sobotni wie­czór, jeśli chcesz dostać kartkę i pre­zent, bo ina­czej je zatrzy­mam xx

Na końcu wia­do­mo­ści dodała kilka śmiesz­nych emo­ti­ko­nów.

– Twoja cio­cia Clare jest bar­dzo nie­grzeczna, jak zwy­kle – powie­dzia­łam do jed­nego z naszych kociąt, Kat, które poja­wiło się, doma­ga­jąc się uwagi. – Współ­lo­ka­tor, rze­czy­wi­ście.

Ale nie mogłam powstrzy­mać uśmie­chu. Tylko Clare mogła sobie pozwo­lić na taką uwagę.

Mail Do Clare

Dzięki. Zaczy­na­łam myśleć, że o mnie zapo­mnia­łaś! Obie­cuję, że sobota będzie prze­zna­czona dla Cie­bie. Boję się pomy­śleć, jakie obe­lgi spo­tka­łyby mnie, gdy­bym tego nie zro­biła. Nie wiem, gdzie zabie­rze mnie MÓJ CHŁO­PAK. Na­dal cze­kam na wia­do­mość. McDo­nalds to było nie­po­ro­zu­mie­nie i dobrze o tym wiesz! Na razie xx

Mail Od Clare

Nie­zro­zu­mie­nie, aku­rat! Moje ostat­nie przy­pusz­cze­nie tego wie­czoru… Grif­fin

Pokrę­ci­łam głową. Nasza dwu­let­nia rocz­nica nie poszła zgod­nie z pla­nem, ale to naprawdę była moja wina. Powin­nam była wie­dzieć, że powie­dze­nie „Chcia­ła­bym pójść na kola­cję, żeby to uczcić; co powiesz na The Kam Po? Mogę spo­tkać się z tobą w The Grif­fin po pracy” – było dla Jasona zbyt nie­ja­sne. Skoń­czyło się na tym, że przez dzie­więć­dzie­siąt minut popi­ja­łam ten sam kie­li­szek Pinot Gri­gio, zanim w końcu pogo­dzi­łam się z tym, że on nie przyj­dzie. Wra­ca­jąc do domu, zasta­łam go w stroju gim­na­stycz­nym, gra­ją­cego na Xbo­xie.

– Pra­co­wa­łaś do późna? – zapy­tał. – Powin­naś była dać mi znać. W dro­dze do domu kupi­łem ci coś w McDo­nal­dzie, ale teraz będzie już zimne, a nie ma nic innego do jedze­nia.

Wró­cił do gry, a ja poszłam spać głodna. Mia­łam nadzieję, że zda sobie sprawę ze swo­jego błędu, ale tak się nie stało, a wtedy było już za późno, żeby cokol­wiek powie­dzieć.

Ponow­nie spraw­dzi­łam tele­fon. Nic. To nie mogło się zda­rzyć dwa razy, prawda? Nie. Tym razem to był _jego_ pomysł. Nie­któ­rzy z moich zna­jo­mych z pracy zapro­po­no­wali uro­dzi­nowy posi­łek, ale Jason nale­gał, że zabie­rze mnie sam. Kilka dni temu deli­kat­nie mu o tym przy­po­mnia­łam, a on zapew­nił mnie, że wszystko jest zała­twione i nie powin­nam go wię­cej wypy­ty­wać, bo zepsuję nie­spo­dziankę. Powie­dział, że skon­tak­tuje się ze mną w ostat­niej chwili, poda mi miej­sce spo­tka­nia, abym mogła cie­szyć się eks­cy­ta­cją zwią­zaną z domy­słami, dokąd się wybie­ramy. Była to z pew­no­ścią ostat­nia chwila, a eks­cy­ta­cja nie była uczu­ciem, które mogła­bym opi­sać.

Było już po szó­stej trzy­dzie­ści. Do dia­bła z tym! Nie mogłam już tego znieść.

Mail Do Jasona

To mnie dobija! Gdzie mnie zabie­rasz? Jestem gotowa i cze­kam na instruk­cje! Pro­szę, powiedz mi, że nie zapo­mnia­łeś xx

Mia­łam nadzieję, że ponowne prze­czy­ta­nie kar­tek uro­dzi­no­wych odwróci moją uwagę. Nie pomo­gło. Gło­sik w mojej gło­wie powta­rzał mi, że on zapo­mniał, a żart Clare o McDo­nal­dzie lub mojej lokal­nej knaj­pie może nie być daleki od prawdy. Być może wła­śnie teraz gorącz­kowo dzwo­nił do restau­ra­cji i dla­tego nie dawał znaku życia. Nade­szła kolejna wia­do­mość i w końcu była od niego. _Pro­szę_, _nie mów_, _że to McDo­nald…_

Mail Od Jasona

Sta­cja metra South Ken­sing­ton. 19:15. Rezer­wa­cja sto­lika na 19:30 xx

W żołądku poczu­łam trze­po­ta­nie motyli. _O mój Boże! South Ken­sing­ton. Czy to moż­liwe…?_

Pośpiesz­nie scho­wa­łam tele­fon do torebki, wło­ży­łam płaszcz i wyszłam z miesz­ka­nia, na drżą­cych nogach kie­ru­jąc się w stronę sta­cji metra. To był tylko zbieg oko­licz­no­ści. W South Ken­sing­ton były setki restau­ra­cji i mogli­śmy wybrać się do każ­dej z nich. Bio­rąc pod uwagę dotych­cza­sowe wybory Jasona, mogła to być restau­ra­cja McDo­nald’s. Ale co, jeśli…?

Zabrał mnie do Luigi’s, aby świę­to­wać moją prze­pro­wadzkę do Lon­dynu wkrótce po tym, jak zaczę­li­śmy się spo­ty­kać. Pod­czas deseru męż­czy­zna przy sto­liku obok nas oświad­czył się swo­jej dziew­czy­nie. To była taka wzru­sza­jąca i roman­tyczna chwila, a w dro­dze do domu Jason powie­dział, że mógłby sobie wyobra­zić, że też tam się oświad­cza. Ale to nie zna­czyło, że zare­zer­wo­wał tam sto­lik na dzi­siej­szy wie­czór, aby mi się oświad­czyć, prawda?

Kiedy dotar­łam do sta­cji metra South Ken­sing­ton, musia­łam użyć całej swo­jej siły woli, aby stać nie­ru­chomo na rucho­mych scho­dach, pod­czas gdy jedyne, czego pra­gnę­łam, to prze­pchnąć się przez podróż­nych, pobiec po scho­dach i prze­sko­czyć przez halę, krzy­cząc:

– Tak, Jason, wyjdę za cie­bie.

Zauwa­ży­łam go przy jed­nym z wyjść. Zanie­mó­wi­łam, widząc, co miał na sobie. Kla­sycz­nie wysoki, ciemny i przy­stojny, wyglą­dał wyjąt­kowo sek­sow­nie w trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze, który kupił na ślub swo­jego brata w zeszłym roku. Po mun­du­rze stra­żaka był to mój ulu­biony strój, w któ­rym go widzia­łam. Cho­ciaż, szcze­rze mówiąc, przy jego wyspor­to­wa­nej syl­wetce wola­łam, żeby nie nosił żad­nych ubrań.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin. – Pochy­lił się i deli­kat­nie mnie poca­ło­wał. Wdy­cha­łam jego piż­mowy zapach, a motyle w brzu­chu osza­lały. – Dobrze wyglą­dasz.

– Dzię­kuję. – Roz­chy­li­łam płaszcz jak eks­hi­bi­cjo­nistka, odsła­nia­jąc małą czarną, którą długo się zasta­na­wia­łam, czy wło­żyć, bojąc się, że będę zbyt ele­gancka.

Zaczął gwiz­dać, a ja zaczer­wie­ni­łam się od stóp do głów.

– Zatwier­dzam. Cho­ciaż może jesteś tro­chę zbyt ele­gancka na to, co zapla­no­wa­łem na dzi­siej­szy wie­czór.

Znowu się zaczer­wie­ni­łam, a Jason roze­śmiał się, bio­rąc mnie za rękę. – Idziemy?

– Dokąd idziemy? – Sta­ra­łam się brzmieć swo­bod­nie, ale nie wyszło mi to naj­le­piej. _Pro­szę, niech to będzie Luigi’s. Pro­szę._

Mru­gnął do mnie, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

– To nie­spo­dzianka.

_O mój Boże!_

To mogły być tylko trzy minuty, ale przy­się­gam, że ten spa­cer wyda­wał mi się godziną. Moja spo­cona dłoń cią­gle wyśli­zgi­wała się z jego dłoni, potknę­łam się kilka razy, a nawet mia­łam czkawkę, co spra­wiło, że Jason zapy­tał, czy piłam wino przed wyj­ściem z miesz­ka­nia.

Przed nami poja­wiła się wło­ska flaga i ciem­no­zie­lony bal­da­chim restau­ra­cji Luigi’s. Mój oddech przy­spie­szył i przy­go­to­wa­łam się psy­chicz­nie: _nie wolno mi wyglą­dać na roz­cza­ro­waną, jeśli przej­dziemy obok, muszę wyglą­dać na szczę­śliwą, gdzie­kol­wiek mnie zabie­rze._

Ale nie prze­szli­śmy obok. Zatrzy­ma­li­śmy się. Weszli­śmy do środka. Poda­jąc swoje nazwi­sko, zosta­li­śmy zapro­wa­dzeni do sto­lika na tyłach, gdzie cze­kało na nas wia­derko z lodem i szam­pa­nem. Szam­pan. Praw­dziwy szam­pan. Jason zawsze twier­dził, że wła­sna marka szam­pana z super­mar­ketu jest zbyt droga. Co mogło ozna­czać tylko jedno… O mój Boże!

Odsta­wi­łam kie­li­szek szam­pana, gdy Jason odsu­nął świecę i kilka minut póź­niej się­gnął po moją dłoń przez stół.

– Wyglą­dasz dziś naprawdę cudow­nie – powie­dział.

– Ty też nie naj­go­rzej – szep­nę­łam, ledwo mogąc mówić, nie­cier­pli­wie ocze­ku­jąc na to, co miało nastą­pić.

Jego ciemne oczy błysz­czały, gdy patrzył na mnie przez stół.

– Dzię­kuję. Pomy­śla­łem, że powi­nie­nem się posta­rać. W końcu to wyjąt­kowa oka­zja.

_Ach!_

– Nie dałem ci jesz­cze pre­zentu uro­dzi­no­wego.

Prze­szył mnie dreszcz ocze­ki­wa­nia.

– Nie, nie dałeś.

– Jeśli dobrze cię znam, spę­dzi­łaś cały dzień, pró­bu­jąc zgad­nąć, co to jest.

– Ja? Ni­gdy nawet nie przy­szło mi to do głowy.

Jason się roze­śmiał.

– Tak, jasne. Myślę, że ci się spodoba. Chcia­łem pocze­kać do końca posiłku, ale jestem zbyt pod­eks­cy­to­wany, żeby cze­kać. Czy możemy to zro­bić teraz?

Ski­nę­łam głową.

– Naj­pierw chciał­bym powie­dzieć kilka rze­czy – kon­ty­nu­ował.

– Pań­ska woda, pro­szę pana. – W nie­od­po­wied­nim momen­cie poja­wił się kel­ner. _Woda butel­ko­wana? Nie z kranu? O rany!_ Chcia­łam, żeby kel­ner się pospie­szył. – Czy mam nalać wodę, pro­szę pana? – zapy­tał.

W duchu bła­ga­łam Jasona, żeby odmó­wił, zanim zmo­czę się z pod­eks­cy­to­wa­nia.

– Nie trzeba. Pro­szę zosta­wić. Dzię­kuję.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin – powie­dział Jason, gdy kel­ner w końcu odszedł.

– Dzię­kuję. – Strze­li­li­śmy szam­pa­nem.

– No dobrze, na czym to skoń­czy­łem?

– Chcia­łeś coś powie­dzieć?

– O tak. Pamię­tasz noc, kiedy się pozna­li­śmy? – Ponow­nie się­gnął po moją dłoń.

– Oczy­wi­ście. Naj­lep­sza noc w moim życiu.

– Powie­dzie­li­śmy, że to prze­zna­cze­nie, że się spo­tka­li­śmy, pamię­tasz?

– Tak miało być – zgo­dzi­łam się.

Żadne z nas nie miało być w Not­tin­gham w noc, kiedy się pozna­li­śmy. W ostat­niej chwili zosta­łam zapro­szona, abym uzu­peł­niła ekipę na wie­czór panień­ski zna­jo­mej zna­jo­mego pod­czas wie­czoru panień­skiego, a Jason spon­ta­nicz­nie zde­cy­do­wał się odwie­dzić tam sta­rego przy­ja­ciela po tym, jak jego plany na week­end legły w gru­zach.

Po dniu zabaw i har­ców na świe­żym powie­trzu, które były tak prze­ra­ża­jące, że już ni­gdy się nie powtó­rzą, uczest­niczki wie­czoru panień­skiego zało­żyły skrzy­dła wró­żek i tiu­lowe spód­niczki i wyru­szyły na zali­cza­nie pubów. Wylą­do­wa­li­śmy w klu­bie w stylu lat osiem­dzie­sią­tych, gdzie dostrze­głam Jasona na par­kie­cie, wyglą­da­ją­cego bar­dzo uro­czo i zupeł­nie nie­pa­su­ją­cego do oto­cze­nia w gru­bym swe­trze.

– Nie jest ci gorąco?! – krzyk­nę­łam, prze­krzy­ku­jąc muzykę.

– Jestem przy­zwy­cza­jony do gorąca – odpo­wie­dział. – Jestem stra­ża­kiem.

Och, daj spo­kój! Mia­łam obse­sję na punk­cie stra­ża­ków, więc to jedno zda­nie powie­działo mi wszystko, co chcia­łam wie­dzieć. A kiedy dowie­dzia­łam się, że mieszka w Lon­dy­nie… Cóż, dwa tygo­dnie póź­niej prze­pro­wa­dza­łam się tam z Man­che­steru. To musiało być prze­zna­cze­nie.

– Pamię­tasz, co powie­dzia­łem, że mnie w tobie pocią­gało tam­tej nocy w Not­tin­gham? – zapy­tał Jason.

– Moje puszy­ste skrzy­dła?

Roze­śmiał się.

– Strój na pewno pomógł. Ale było coś, co spra­wiło, że pod koniec wie­czoru popro­si­łem cię o numer tele­fonu.

Wzru­szy­łam ramio­nami.

– To dla­tego, że spę­dzi­łaś dzień na spa­ce­rze po wąwo­zie. Każda kobieta, która spę­dziła dzień na zjeż­dża­niu na linie, wspi­naczce i spa­ce­ro­wa­niu po wodo­spa­dach, była warta bliż­szego pozna­nia.

Och! To było nie­ocze­ki­wane. Myśla­łam, że powie­dzia­łam mu, że to jed­no­ra­zowa impreza panień­ska i ni­gdy nie zgo­dzi­ła­bym się wziąć w niej udziału, gdy­bym wie­działa, co jest zapla­no­wane. A może jed­nak nie powie­dzia­łam. Chyba nie był to moment, żeby się przy­zna­wać.

– Ni­gdy nie mia­łem dziew­czyny, która tak samo jak ja lubi­łaby spę­dzać czas na świe­żym powie­trzu i dbać o kon­dy­cję fizyczną – kon­ty­nu­ował. – Nie mogę uwie­rzyć, że zna­la­złem kogoś, kto uwiel­bia cho­dzić na siłow­nię…

Czy nie zda­wał sobie sprawy, że raczej tole­ruję cho­dze­nie na siłow­nię, niż je lubię? Naj­wy­raź­niej nie.

– …która lubi kolar­stwo gór­skie…

Ojej! Lepiej nie wyzna­wać, że mój rower gór­ski wcale nie został skra­dziony, tylko chowa się w garażu Clare, bo dosta­ła­bym zawału, gdy­bym musiała ponow­nie pod­dać się eks­tre­mal­nej tor­tu­rze, którą Jason opi­sał jako – łagodną, spo­kojną prze­jażdżkę.

– …i wędrówki. To speł­nie­nie moich marzeń. Bar­dzo się cie­szę, że masz takie same pasje jak ja.

Spoj­rzał na mnie wil­got­nymi oczami przez stół, a ja sta­ra­łam się utrzy­mać jego spoj­rze­nie z pew­no­ścią sie­bie, pod­czas gdy moje serce biło jak sza­lone. O nie! Spo­dzie­wa­łam się, że oświad­czyny będą doty­czyły tego, jak bar­dzo go uszczę­śli­wiam i jak bar­dzo kocha moje towa­rzy­stwo. Wła­ści­wie to wła­śnie powie­dział, ale ni­gdy nie patrzy­łam na to z tej strony. Wie­dzia­łam, że szcze­rość jest pod­stawą dobrego związku, ale to były tylko małe, nie­winne kłam­stewka, prawda? To zna­czy, regu­lar­nie towa­rzy­szy­łam mu na siłowni, ale głów­nie dla­tego, że pra­co­wał na zmiany i bez tego pra­wie go nie widy­wa­łam. Cho­dzi­łam też na pie­sze wycieczki, ale dla­tego, że uwiel­bia­łam prze­by­wać na wsi, a nie dla­tego, że lubi­łam prze­mie­rzać trzy­dzie­ści kilo­me­trów. Być może moment oświad­czyn nie był naj­lep­szy, by mu to wszystko wyznać. Nie tylko to nas prze­cież łączyło. Robi­li­śmy razem mnó­stwo innych rze­czy. Siłow­nia i tym podobne zaję­cia sta­no­wiły tylko nie­wielką część tego, co robi­li­śmy… prawda?

Na szczę­ście prze­ra­ża­jąca prze­mowa Jasona na temat fit­nessu dobie­gła końca.

– Wiesz, że jesteś dla mnie wszyst­kim, więc chcia­łem spra­wić ci praw­dziwą radość w twoje uro­dziny. Łama­łem sobie głowę, pró­bu­jąc wymy­ślić ide­alny pre­zent. Chcia­łem dać ci coś, czego naprawdę pra­gniesz, więc… oto jest. Jedna rzecz, o któ­rej wiem, że naprawdę bar­dzo chcesz…

Się­gnął do kie­szeni mary­narki. Serce pod­sko­czyło mi do gar­dła, gdy wycią­gnął małe zie­lone aksa­mitne pude­łeczko na pier­ścio­nek. – Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, Sarah – powie­dział, kła­dąc je przede mną.

– Czy to…?

– Otwórz, a zoba­czysz.

Drżą­cymi rękami deli­kat­nie otwo­rzy­łam wieczko. Żołą­dek pod­szedł mi do gar­dła, gdy pudełko otwie­rało się coraz sze­rzej, odsła­nia­jąc… Co to…?

W środku nie było pier­ścionka zarę­czy­no­wego.

Nie było nawet pary kol­czy­ków.

Był tam mały klu­czyk.

Spoj­rza­łam na Jasona, potem na klucz, a potem znowu na Jasona. Przy­szła mi do głowy pewna myśl. Nie uklęk­nął jesz­cze na jedno kolano, więc może to był począ­tek skom­pli­ko­wa­nej zabawy w poszu­ki­wa­nie pier­ścionka. Byłby zamknięty w puszce w walizce w sej­fie lub czymś podob­nym, a ja musia­ła­bym podą­żać śla­dami z różo­wych płat­ków i magicz­nego pyłu. Jakie to nie­zwy­kle roman­tyczne.

Wrę­czył mi kopertę. Być może była to pierw­sza wska­zówka? Roze­rwa­łam pie­częć i przej­rza­łam zawar­tość. Być może jed­nak nie. Zaci­snę­łam pięść, zgnia­ta­jąc kra­wędź papieru.

_Sza­nowny Panie Wil­kes i Pani Peter­son,_

_z rado­ścią potwier­dzamy Pań­stwa sze­ścio­mie­sięczne człon­ko­stwo pre­mium w The Fit­ness Fac­tor. To fan­ta­styczna inwe­sty­cja w Pań­stwa zdro­wie i dobre samo­po­czu­cie. Pań­stwa eks­klu­zywne człon­ko­stwo gwa­ran­tuje miej­sce w naszych naj­po­pu­lar­niej­szych zaję­ciach – bez list ocze­ku­ją­cych – a także coty­go­dniowe sesje na base­nie i ściance wspi­nacz­ko­wej dostępne wyłącz­nie dla człon­ków pre­mium._

_Przez cały okres człon­ko­stwa będą Pań­stwo mieli do dys­po­zy­cji wła­sne szafki. Z przy­jem­no­ścią załą­czamy klu­cze._

_W przy­szłym roku uru­cho­mimy eks­cy­tu­jący pro­gram przy­gód na świe­żym powie­trzu, w któ­rym człon­ko­wie pre­mium będą mieli pierw­szeń­stwo rezer­wa­cji._

_Dzię­ku­jemy za wybra­nie The Fit­ness Fac­tor. Cze­kamy na Was jako człon­ków pre­mium już wkrótce._

_Zespół The Fit­ness Fac­tor_

Nie zro­bił tego, prawda? Na pewno nie kupił mi człon­ko­stwa w siłowni na uro­dziny. Wspól­nego człon­ko­stwa. Pre­zentu, który był rów­nież dla niego. Poczu­łam mdło­ści, gdy ta przy­pad­kowa prze­mowa o dba­niu o kon­dy­cję fizyczną i wspa­nia­łej przy­ro­dzie nagle nabrała sensu.

– Co o tym sądzisz? – Jason wier­cił się na krze­śle, wyraź­nie pod­eks­cy­to­wany. – Czy to nie ide­alny pre­zent?

– To świetny pomysł – powie­dzia­łam, a mój głos brzmiał o oktawę wyżej niż zwy­kle. – Dzięki, Jase.

– Nie ma za co. Wie­dzia­łem, że ci się spodoba. Ile razy mówi­łaś, że chcia­ła­byś mieć wła­sną szafkę, żeby nie musieć pamię­tać o zabra­niu szam­ponu i innych rze­czy, kiedy idziesz popły­wać lub do sauny?

Przy­po­mniała mi się scena sprzed kilku tygo­dni, kiedy wycho­dzi­li­śmy z siłowni. Musia­łam nie zamknąć dobrze torby, bo mój żel pod prysz­nic wypadł na wyło­żoną kafel­kami pod­łogę w holu, roz­le­wa­jąc się wszę­dzie cytru­sową mazią. – Wiesz, czego teraz pra­gnę…? – zapy­ta­łam.

– Wiem, że sześć mie­sięcy to duże zobo­wią­za­nie – kon­ty­nu­ował – ale ponie­waż miesz­kamy razem od dwóch lat, nie sądzi­łem, że będzie to zbyt wyma­ga­jący krok.

Poczu­łam, jak opa­dają mi ramiona i cała ener­gia ucho­dzi z mojego ciała. Więc to miał na myśli, mówiąc o pla­nach na przy­szłość. Sze­ścio­mie­sięczna umowa z siłow­nią. Nie wspólne życie. Łzy napły­nęły mi do oczu, ale szybko je otar­łam.

– To nie jedyny pre­zent, jaki dla cie­bie mam – powie­dział Jason.

Może? Się­gnął pod sie­dze­nie po coś, a następ­nie prze­su­nął przez stół torbę ze sklepu spor­to­wego z napi­sem „Kocham, Jason” naba­zgra­nym mar­ke­rem na przo­dzie. Może nie. Zaj­rza­łam do torby i nie­chęt­nie wycią­gnę­łam błysz­czący mate­riał w pan­terkę. O mój Boże. – Try­kot?

– Będziesz w nim wyglą­dać fan­ta­stycz­nie. – Naprawdę sądzę, że w to wie­rzył.

Nie­pew­nie zawie­si­łam ten kon­tro­wer­syjny przed­miot na palcu i spraw­dzi­łam metkę z roz­mia­rem 8–10. Chcia­łam na niego krzyk­nąć: _Czy ja noszę roz­miar 8–10? Od kiedy lubię wzór lam­parta? Kiedy ja dałam do zro­zu­mie­nia, że wolę nosić try­kot zamiast luź­nej koszulki i leg­gin­sów? Po ponad dwóch latach razem, naprawdę mnie nie znasz?_ Jed­nak powie­dzia­łam tylko:

– Dzięki, Jason. Jest śliczny. – Sta­ra­jąc się brzmieć, jak­bym naprawdę tak uwa­żała. Podej­rze­wa­łam, że towa­rzy­szący temu uśmiech wyglą­dał bar­dziej jak gry­mas, ale Jason naj­wy­raź­niej tego nie zauwa­żył. Wyglą­dał na bar­dzo zado­wo­lo­nego z sie­bie.

– Wie­dzia­łem, że ci się spodoba. Mia­łem zamiar kupić ci tylko kar­net na siłow­nię, ale kiedy byłem ostat­nio w skle­pie, zauwa­ży­łem to w pro­mo­cji i pomy­śla­łem, że będzie do cie­bie paso­wać.

Jak? Jak mógł pomy­śleć, że kostium gim­na­styczny w pan­terkę jest dla mnie? Nie mogłam na niego spoj­rzeć, gdy pośpiesz­nie cho­wa­łam dia­bel­ski strój gim­na­styczny z powro­tem do torby.

– Stra­żaku Wil­kes! – zasko­czył mnie dono­śny głos. – Widzę, że przy­sze­dłeś do mojej restau­ra­cji.

– Panie Cro­cetti! – Jason wstał i uści­skał wyso­kiego męż­czy­znę ubra­nego w białą koszulę kuchar­ską.

– Luigi, pro­szę – nale­gał. – A kim jest ta _bella donna?_ Twoja żona?

– Boże, nie! – odparł Jason. – Nie jeste­śmy mał­żeń­stwem. To tylko moja dziew­czyna, Sarah.

Gapi­łam się na Jasona z otwar­tymi ustami. _O Boże, nie_! Czy on naprawdę to powie­dział? I _– tylko_ moja dziew­czyna? Tak. Powie­dział. O Boże, nie! To ozna­cza­łoby, że pomysł poślu­bie­nia mnie był… Nie mogłam dokoń­czyć myśli.

_– Buona sera,_ Sarah. – Luigi się­gnął po moją dłoń i uca­ło­wał ją. – Twój męż­czy­zna ura­to­wał dom. Ura­to­wał kró­lika. Jest boha­te­rem.

– Co zro­bił?

W gło­wie mi się krę­ciło. Potrze­bo­wa­łam świe­żego powie­trza, ale z jed­nej strony mia­łam ścianę, a z dru­giej gło­śnego Wło­cha.

– Ura­to­wał dom. Ura­to­wał kró­lika – powtó­rzył Luigi.

– Byłem dzi­siaj na wezwa­niu – wyja­śnił Jason. – Mały pożar w garażu Luigiego. Ich kró­li­kowi zaszko­dził dym, ale wyko­na­łem sztuczne oddy­cha­nie i…

– Ura­to­wał kró­lika. _Bam­bini_ bar­dzo szczę­śliwi. Powie­dzia­łem mu, żeby przy­szedł do mojej restau­ra­cji, kiedy tylko zechce. Na koszt firmy. Może wybrać, co tylko zechce. Zapro­po­no­wał dzi­siej­szy wie­czór. Odpo­wie­dzia­łem, że oczy­wi­ście.

– Dzięki, Luigi – powie­dział Jason.

– Smacz­nego. – Luigi pochy­lił się, pokle­pał mnie po ramie­niu, a następ­nie wska­zał na Jasona. – Boha­ter – powie­dział, kła­nia­jąc się.

Potem skie­ro­wał się w stronę kuchni.

Poczu­łam, jak krew odpływa mi z policz­ków, gdy patrzy­łam na Jasona.

– To za darmo? – szep­nę­łam. – Posi­łek? Szam­pan? Dzi­siaj wie­czo­rem?

– Wiem. Czy to nie wspa­niałe? Nie gnie­waj się na mnie, ale nie zdą­ży­łem ni­gdzie zare­zer­wo­wać sto­lika, więc to ide­alny moment. Nie byłoby mnie stać, żeby zabrać cię tu ponow­nie, gdyby nie było to na koszt firmy.

Uśmiech­nął się do mnie, wyraź­nie zachwy­cony sobą i nie­świa­domy skut­ków swo­ich dzia­łań. Spu­ści­łam wzrok na swoje ręce, które bez­wład­nie wisiały na kola­nach, i sku­pi­łam się na gołym palcu ser­decz­nym. To ni­gdy nie miały być oświad­czyny. To była oka­zja z ostat­niej chwili, a ja byłam taką kom­pletną idiotką. Wes­tchnę­łam i zakry­łam lewą rękę prawą.

– Wszystko w porządku? – zapy­tał Jason. – Nie wyglą­dasz zbyt dobrze.

– Myśla­łam, że przy­pro­wa­dzasz mnie tutaj, żeby…

– Żeby co?

Pod­nio­słam wzrok znad dłoni. Wyglą­dał na naprawdę zdez­o­rien­to­wa­nego. Zapo­mniał, co się tu wyda­rzyło ostat­nim razem i co powie­dział.

– Sarah? Żeby co?

– Nic – mruk­nę­łam. – To nie ma zna­cze­nia. Wyba­czysz mi?

Powoli wsta­łam, trzy­ma­jąc się stołu, bojąc się, że nogi mnie nie utrzy­mają.

– Muszę pójść do toa­lety, zanim przy­niosą jedze­nie.

Upo­ko­rze­nie i roz­cza­ro­wa­nie paliły mnie w gar­dle, gdy poty­ka­łam się w zatło­czo­nej restau­ra­cji. Wal­czy­łam, by zacho­wać spo­kój, dopóki nie dotar­łam do toa­lety, ale led­wie zamknę­łam drzwi kabiny, gdy pierw­sze łka­nie wstrzą­snęło moim cia­łem. Osu­nę­łam się na toa­letę, nie dba­jąc o to, kto mnie sły­szy. Bole­sne krzyki odbi­jały się echem od mar­mu­ro­wych ścian i otu­lały mnie moim cier­pie­niem.

W końcu łzy prze­stały pły­nąć, a drże­nie ustą­piło, ale ból w sercu pozo­stał. Wytar­łam nos i zmę­czona otar­łam mokre policzki. Jak mogłam być tak głu­pia, żeby myśleć, że zabrał mnie tu, żeby mi się oświad­czyć? Jak mogłam się tak pomy­lić?

Powoli wsta­łam, wrzu­ci­łam stos prze­mo­czo­nych chu­s­te­czek do muszli klo­ze­to­wej, spu­ści­łam wodę i patrzy­łam, jak chu­s­teczki zni­kają wraz z moimi nadzie­jami i marze­niami. W mojej gło­wie roz­brzmie­wały słowa, które powie­dział do Luigiego. Nie jego żona, _tylko_ dziew­czyna? Dokąd, do dia­bła, teraz zmie­rzamy? Na pewno nie do ołta­rza.

Ale drę­czący głos w mojej gło­wie mówił: Nie gnie­waj się na niego, Sarah. To _twoja_ wina. Mia­łaś ponad dwa lata, żeby mu powie­dzieć, że nie kochasz siłowni, wędró­wek ani kolar­stwa gór­skiego tak jak on. Czego się spo­dzie­wa­łaś? Bie­dak naprawdę myślał, że kupił ci coś, co poko­chasz, ponie­waż dałaś mu do zro­zu­mie­nia, że tak samo jak on kochasz ćwi­cze­nia. To twoja wina, nie jego.

Nie chcia­łam słu­chać tego głosu.ROK PÓŹ­NIEJ

ROZDZIAŁ 2

Sta­łam na chod­niku, wpa­tru­jąc się na wik­to­riań­skie miesz­ka­nie na par­te­rze poni­żej poziomu ulicy, które Jason i ja wynaj­mo­wa­li­śmy przez ostat­nie trzy lata i dwa­dzie­ścia trzy dni. Klu­cze wbi­jały mi się w dłoń, pod­czas gdy obser­wo­wa­łam zmie­nia­jące się świa­tło ekranu tele­wi­zora migo­czące przez zasło­nięte firanką okno. Zimny wiatr szar­pał moim płasz­czem i łasko­tał mnie w nos. Zadrża­łam i pocią­gnę­łam nosem. Potem znów pocią­gnę­łam nosem, wdy­cha­jąc nie­po­wta­rzalny aro­mat świe­żej, czosn­ko­wej, domo­wej lasa­gne. Jason robił świetną lasa­gne, kiedy się pozna­li­śmy. Na początku czę­sto goto­wał, ale teraz zamra­żarka była wypeł­niona goto­wymi daniami.

Ogar­nęło mnie uczu­cie nostal­gii za tymi szczę­śli­wymi począt­kami. Być może zapach docho­dził z naszego miesz­ka­nia. Być może pamię­tał, że mam trzy­dzie­ści lat i ugo­to­wał to jako uro­dzi­nową nie­spo­dziankę. Tak, pew­nie. I jesz­cze by pozmy­wał i odku­rzył miesz­ka­nie. Prę­dzej zie­mia się roz­stąpi… Jason miał prze­rwę mię­dzy zmia­nami, więc spę­dził kilka godzin na siłowni, a potem pojeź­dził na rowe­rze i teraz leżał na kana­pie z kon­tro­le­rem do gier prak­tycz­nie przy­spa­wa­nym do rąk.

Jak to moż­liwe, że minął cały rok od tej kata­stro­fal­nej nie­uda­nej pro­po­zy­cji? Tam­tej nocy wró­ci­łam do stołu i zasta­łam Jasona zaja­da­ją­cego się przy­stawką. Jeśli zauwa­żył moje czer­wone oczy i łzy na policz­kach, nie powie­dział ani słowa. Moja nagła utrata ape­tytu została przy­jęta jako wię­cej dar­mo­wego jedze­nia dla niego, a moje mil­cze­nie w pociągu do domu zostało przy­pi­sane zmę­cze­niu po cięż­kim tygo­dniu w pracy. Czy naprawdę był tak nie­świa­domy?

Usia­dłam ciężko na naj­wyż­szym stop­niu, pró­bu­jąc zebrać siły, aby wejść do środka, i zaczę­łam szu­kać tele­fonu w tor­bie. Zamiast wywo­łać uśmiech na mojej twa­rzy, mój _feed_ na Face­bo­oku pełen życzeń uro­dzi­no­wych dzia­łał jak przy­gnę­bia­jące przy­po­mnie­nie wszyst­kiego, co było nie tak w moim życiu: – _Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji trzy­dzie­stych uro­dzin. Mam nadzieję, że Jason zabie­rze cię w jakieś fajne miej­sce_. – _Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji trzy­dzie­stych uro­dzin, Sarah. Czy w tym roku uda mu się prze­bić Luigi’s?_ – _Mam nadzieję, że mia­łaś wspa­niały dzień i że Jason zapla­no­wał week­end pełen przy­jem­no­ści._

Szanse na to: zero. Zwłasz­cza że nawet nie wspo­mniał o moich uro­dzi­nach, kiedy wycho­dzi­łam do pracy tego poranka. No cóż, led­wie zwra­ca­nie na sie­bie uwagi stało się naszą codzien­no­ścią, a ja byłam tym wyczer­pana.

Czy dam radę prze­żyć kolejny taki rok? Nie chcia­łam umrzeć samot­nie, jak mój wujek Alan, ale czy to naprawdę lep­sze niż samot­ność?

Przy­szła wia­do­mość.

Mail Od Elise

Nasza Jess i Lee wró­cili z Rzymu i są zarę­czeni!!! Jestem z nimi i Garym w Minty’s. Jej dia­ment jest więk­szy niż mój. To skan­da­liczne! Nie mogę się docze­kać, żeby jutro poroz­ma­wiać z Tobą i dowie­dzieć się wszyst­kiego o Two­jej wiel­kiej uro­dzi­no­wej impre­zie xxx

Moje ramiona opa­dły jesz­cze bar­dziej. Młod­sza sio­stra Elise zarę­czyła się? Ale była sześć lat młod­sza ode mnie. Nie mogła wyjść za mąż. Nie przede mną. Ale naj­wy­raź­niej spo­tkała odpo­wied­nią osobę, pod­czas gdy ja… Spoj­rza­łam w okno i potrzą­snę­łam głową. Nad­szedł czas.

Wsta­łam, strzep­nę­łam kurz ze spód­nicy i zeszłam po kamien­nych scho­dach. Otwo­rzy­łam drzwi, weszłam do holu, wzię­łam głę­boki oddech i ogło­si­łam tak rado­śnie, jak tylko potra­fi­łam: – Jason? Jestem w domu.

Nie było odpo­wie­dzi. Sły­chać było tylko odgłos kara­binu maszy­no­wego. Moja ręka się­gnęła do klamki drzwi salonu, ale cof­nę­łam ją i zamiast tego skie­ro­wa­łam się do kuchni. Może naj­pierw tro­chę odwagi w pły­nie.

Bio­rąc pod uwagę, że w miesz­ka­niu bar­dziej pach­niało spo­co­nymi skar­pet­kami niż lasa­gne, mia­łam rację, prze­wi­du­jąc, że nie przy­go­to­wał posiłku. Ogar­nęło mnie przy­tła­cza­jące uczu­cie zmę­cze­nia, opar­łam się o fra­mugę kuchen­nych drzwi i rozej­rza­łam się po znisz­czo­nym wnę­trzu. Jak on to zro­bił? Bez­u­ży­teczny, leniwy, nie­chlujny… Wil­gotne pra­nie gniło w pralce. Kartka A4, którą przy­kle­iłam z przodu pralki, z napi­sem napi­sa­nym mar­ke­rem, dużymi lite­rami – _Pro­szę nas powie­sić_ – leżała na bla­cie pokry­tym okru­chami i plamą po fili­żance kawy. Kubki zale­gały w mato­wej beżo­wej cie­czy w zle­wie. Skórki od bana­nów, puste paczki po chip­sach i czę­ściowo wypite szklanki soku walały się na bla­tach.

Wyję­łam z lodówki pół­pu­stą butelkę wina i wzię­łam duży łyk. Tro­chę zszo­ko­wana tym, że piję wprost z butelki – co dalej, wódka z papie­ro­wej torby? Się­gnę­łam do szafki po kie­li­szek, nala­łam resztę i wzię­łam długi łyk. – Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji trzy­dzie­stych uro­dzin, Sarah. Zapo­wiada się tak samo kiep­sko jak twoje dwu­dzie­ste dzie­wiąte.

Z bur­czą­cym żołąd­kiem ponow­nie otwo­rzy­łam lodówkę i zaczę­łam w niej grze­bać. Co mogła­bym zjeść? Zde­cy­do­wa­łam się na słoik chru­pią­cego masła orze­cho­wego, mimo że tak naprawdę nie lubię tego smaku. Z łyżką w dłoni usia­dłam na jed­nym z nie­wy­god­nych stoł­ków przy wąskim bla­cie śnia­da­nio­wym. Kto­kol­wiek zapro­jek­to­wał te głu­pie rze­czy – bez wąt­pie­nia męż­czy­zna – z pew­no­ścią nie miał na myśli osób noszą­cych roz­miar 16–18.

Rozej­rza­łam się po kuchni. Obok chle­baka leżała sterta kar­tek i kilka małych paczek. Poczuw­szy, że w moich uro­dzi­nach nie ma nic „szczę­śli­wego”, zosta­wi­łam je tam, gdzie stały.

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej Jason wszedł do kuchni, zie­wa­jąc i dra­piąc się po kro­czu.

– Jesteś w domu.

– Na to wygląda.

Obser­wo­wa­łam, jak jego wzrok prze­ska­kuje ode mnie do pustej butelki wina, a potem do masła orze­cho­wego. Nie sko­men­to­wał tego, ale wie­dzia­łam, co myśli, gdy przy­ła­puje mnie na obja­da­niu się: _– Nic dziw­nego, że jesteś gruba. Kiedy się pozna­li­śmy, byłaś szczu­pła. Cho­dzi­łaś na siłow­nię. Dba­łaś o swój wygląd. A teraz spójrz, jak się pre­zen­tu­jesz._

– Na­dal masz na sobie płaszcz – powie­dział.

– Naprawdę? – Nie zda­wa­łam sobie z tego sprawy. Jedyne, co mnie inte­re­so­wało, to to, jak bar­dzo byłam głodna, jak masło orze­chowe przy­kle­iło mi się do pod­nie­bie­nia, jak wino ude­rzyło mi do głowy i jak stra­ci­łam czu­cie w lewym pośladku. Prawy praw­do­po­dob­nie nie był daleko w tyle.

– Która godzina? – zapy­tał.

– Pra­wie dzie­siąta.

Patrzy­łam, jak sięga do lodówki i zasta­na­wia­łam się, dla­czego kie­dyś uwa­ża­łam, że jest poza moim zasię­giem. Był wysoki i ciemny, ale czy był przy­stojny? Nie bar­dzo. To, co mówiono o oso­bo­wo­ści, było prawdą. To wyspor­to­wane ciało, od któ­rego kie­dyś nie mogłam ode­rwać rąk, już na mnie nie dzia­łało. Byłam rów­nież świa­doma, że po roku jedze­nia dla poprawy samo­po­czu­cia, moje ciało rów­nież nie robiło na nim wra­że­nia… a może nawet go odrzu­cało. Pra­cu­jąc do późna przez ostatni rok, aby unik­nąć kon­fron­ta­cji z rze­czy­wi­sto­ścią, że Jason nie był jed­nak tym jedy­nym, wra­ca­łam do domu zbyt późno, aby goto­wać, więc żywi­łam się cze­ko­ladą, chip­sami, pącz­kami i daniami na wynos. Miało to nega­tywny wpływ na stan mojego konta, syl­wetkę, pew­ność sie­bie i nasz zwią­zek. Na początku cią­gle się kłó­ci­li­śmy. Potem zaczę­li­śmy się igno­ro­wać, więc jadłam wię­cej, aby się pocie­szyć i… cóż, było to dość błędne koło.

Zamknął drzwi lodówki.

– Co jest na kola­cję?

Zdjął kap­sel z butelki piwa. Upadł na pod­łogę i leżał na kafel­kach obok łodygi pomi­dora i cze­goś, co wyglą­dało jak kleks majo­nezu sałat­ko­wego. Nie zamie­rzał tego pod­nieść. Nie obcho­dziło go to. I w tej wła­śnie chwili uświa­do­mi­łam sobie, że i mnie też to nie obcho­dzi. Ześli­zgnę­łam się ze stołka, się­gnę­łam po swoją torbę i powie­dzia­łam:

– Nie mogę tego dłu­żej robić, Jason.

– Czego?

– Żyć w ten spo­sób.

– Nie mia­łem czasu posprzą­tać.

– Nie cho­dzi mi o bała­gan. – Ode­rwa­łam się od tego, co robi­łam i spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy. – Cho­dzi mi o nasz zwią­zek. Chcę, żeby­śmy się roz­stali.

W chwili, gdy słowa te opu­ściły moje usta, poczu­łam ulgę. Czu­łam się lekka jak piórko. Czu­łam się… O cho­lera, on zamie­rzał zapro­te­sto­wać.

– Mówisz poważ­nie?

– Tak.

_Bądź silna. Nie mów, że to tylko suge­stia. Nie zga­dzaj się na kolejną próbę. Dasz radę. Rów­nie dobrze możesz to zakoń­czyć i zostać sama, bo to, co masz teraz, nie jest związ­kiem. Jeste­ście jak współ­lo­ka­to­rzy, któ­rzy nawet się nie lubią._

– Nie pasu­jemy do sie­bie. Ten ostatni rok nie był rajem dla naszego związku, prawda?

Jason patrzył na mnie, zacho­wu­jąc cał­ko­wi­cie poke­rową twarz. Chcia­łam, żeby coś powie­dział. Zgo­dził się. Zapro­te­sto­wał. Krzyk­nął. Cie­szył się. Po pro­stu coś zro­bił. Wypił resztę drinka i ude­rzył pustą butelką o blat. Potem obda­rzył mnie olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem i powie­dział:

– Cóż, dzięki Bogu, że jedno z nas w końcu miało odwagę to powie­dzieć. Sarah, ura­to­wa­łaś mi życie. Masz ochotę na ostat­nie drinki w The Grif­fin? Nie wyglą­daj na tak zszo­ko­waną. Chodź. Posta­wię ci drinka z oka­zji uro­dzin.

I tak się skoń­czyło. Nieco ponad trzy lata razem dobie­gły końca. Bez łez, bez wza­jem­nych oskar­żeń; tylko dwa drinki, paczka fry­tek Scampi i przy­ja­ciel­ska roz­mowa w stylu – o tym, jakimi idio­tami byli­śmy, pozwa­la­jąc, by to trwało tak długo. Uzgod­ni­li­śmy, że wypo­wiemy umowę najmu miesz­ka­nia i sprze­damy samo­chód, a ja dostanę prawo do opieki nad kotami.

Nie mogłam czuć więk­szej ulgi z powodu końca tej męki, cho­ciaż było to tak łatwe, że nie mogłam prze­stać się obwi­niać, że nie mia­łam odwagi zakoń­czyć tego wcze­śniej.

Jason poca­ło­wał mnie na dobra­noc – deli­kat­nie w poli­czek – a potem wezwał tak­sówkę, by udać się do domu przy­ja­ciela, aby unik­nąć nocy na kana­pie, a także dać mi tro­chę prze­strzeni do prze­my­śleń.

I wła­śnie to robi­łam. W rze­czy­wi­sto­ści więk­szość nocy spę­dzi­łam na roz­my­śla­niach. I zamar­twia­niu się. O waż­nych spra­wach, takich jak to, gdzie będę miesz­kać, jak szybko sprze­damy samo­chód i jak upo­rząd­ku­jemy nasze finanse, a także o dro­bia­zgach, które o trze­ciej nad ranem nagle wyda­wały się ważne, na przy­kład o tym, kto zatrzyma świecz­niki, które kupi­li­śmy latem na targu w Gre­en­wich, i czy będę musiała zapła­cić Jaso­nowi za jego część dra­paka dla kotów.

Począt­kowo deszcz stu­kał w okno deli­kat­nie, a potem coraz moc­niej. Ryt­miczne bęb­nie­nie w końcu wpro­wa­dziło mnie w nie­spo­kojny sen, w któ­rym cof­nę­łam się do cza­sów, gdy mia­łam trzy­na­ście lat i drża­łam na zewnątrz miesz­ka­nia wujka Alana.

– Wujku Ala­nie? To tylko ja! – krzyk­nę­łam przez skrzynkę na listy.

Kro­ple lodo­wa­tego desz­czu z prze­peł­nio­nej rynny spa­dały mi na głowę i spły­wały po szyi. Pocią­gnę­łam nosem, gdy duża kro­pla spły­nęła mi po nim, a potem natych­miast odsko­czy­łam od skrzynki pocz­to­wej, zaty­ka­jąc nos, gdy ude­rzył mnie smród przy­po­mi­na­jący gni­jące mięso. Fuj! Musiał znowu zosta­wić kur­czaka poza lodówką_._ Wstrzy­ma­łam oddech, pod­no­sząc ponow­nie klapkę. – Wejdę sama.

Wsu­wa­jąc pod pachę torbę z nie­dziel­nymi gaze­tami, się­gnę­łam do kie­szeni dżin­sów po zapa­sowy klucz i otwo­rzy­łam drzwi, przy­go­to­wu­jąc się na obez­wład­nia­jący smród. Żołą­dek mi się skrę­cił i przy­ci­snę­łam dłoń do nosa i ust, wdzięczna, że nie zja­dłam śnia­da­nia.

– Wujku Ala­nie? – zawo­ła­łam przez palce. – Nie mów, że tym razem też tego nie czu­jesz.

Kilka much brzę­czało mi wokół uszu, więc odgo­ni­łam je ręką. Poło­ży­łam torbę w przed­po­koju, powoli zdję­łam kurtkę prze­ciw­desz­czową i powie­si­łam ją na wie­szaku obok beżo­wego płasz­cza, bez któ­rego ni­gdy nie wycho­dził z domu. Ręce lekko mi drżały, gdy zdej­mo­wa­łam kalo­sze i ponow­nie zawo­ła­łam: – Wujku Ala­nie? Znowu dzi­siaj jesteś zrzę­dliwy? Jeśli tak, to nie pomogę ci w roz­wią­zy­wa­niu krzy­żówki.

Z ser­cem w gar­dle cze­ka­łam na jego odpo­wiedź. Nic.

Zabi­łam jesz­cze kilka much, po czym skra­da­jąc się kory­ta­rzem, skie­ro­wa­łam się w stronę salonu na tyłach miesz­ka­nia.

– Wujku Ala­nie? – Zatrzy­ma­łam się tuż przed drzwiami salonu i ponow­nie nasłu­chi­wa­łam. Przez deszcz, grzmoty i muchy sły­sza­łam tylko bicie swo­jego serca.

Z ręką na­dal przy­ło­żoną do nosa i ust, zebra­łam całą swoją siłę i odwagę, aby przejść z przed­po­koju do salonu, ponie­waż uczu­cie cię­żaru w żołądku pod­po­wia­dało mi, że nasza nie­dzielna rutyna zosta­nie zła­mana na zawsze.

Zasłony były czę­ściowo zasu­nięte, więc salon pogrą­żony był w ciem­no­ści. Ostroż­nie szu­ka­łam ręką włącz­nika świa­tła wzdłuż znisz­czo­nej winy­lo­wej tapety. Kiedy moje palce dotknęły pla­sti­ko­wej obu­dowy, błysk pio­runa oświe­tlił pokój jak reflek­tor. I wtedy go zoba­czy­łam. Leżał tam. Przez grzmoty usły­sza­łam krzyk. Krzyk dziew­czyny – prze­ra­żony, pełen bólu.

Sie­dzia­łam teraz wypro­sto­wana, z ser­cem w gar­dle, gdy błysk pio­runa oświe­tlił moją sypial­nię.

– Wujku Ala­nie? – szep­nę­łam.

Kiedy roz­legł się grzmot, zadrża­łam i zanur­ko­wa­łam pod koł­drę, ści­ska­jąc mojego misia, pana Pink, przy­po­mi­na­jąc sobie, że mam trzy­dzie­ści lat, a nie trzy­na­ście. Musia­łam myśleć pozy­tyw­nie. Musia­łam wyobra­zić sobie, że on na­dal żyje. Musia­łam sku­pić się na naszej daw­nej ruty­nie. W każdą nie­dzielę o 10 rano ogła­sza­łam swoje przy­by­cie przez skrzynkę na listy, wcho­dzi­łam do środka i kie­ro­wa­łam się do salonu, gdzie znaj­do­wa­łam go wyle­gu­ją­cego się w swoim ulu­bio­nym fotelu, macza­ją­cego zwy­kłe her­bat­niki w her­ba­cie z mle­kiem. Ponie­waż jego życie kon­tro­lo­wała cukrzyca, te zwy­kłe her­bat­niki były jego jedyną coty­go­dniową przy­jem­no­ścią. Na mnie cze­kał tru­skaw­kowy kok­tajl mleczny i kilka cze­ko­la­do­wych her­bat­ni­ków. Podzi­wia­łam jego powścią­gli­wość, ponie­waż sam ni­gdy nie ule­gał poku­sie cze­ko­la­do­wych cia­stek. Pili­śmy nasze napoje, a ja opo­wia­da­łam mu o moim tygo­dniu w szkole i o tym, co robi­łam w kół­kach poza­lek­cyj­nych, a potem poma­ga­łam mu roz­wią­zy­wać krzy­żówki. Mówię – poma­ga­łam, ale z pew­no­ścią nie byłam mózgiem tego duetu; moje czy­ta­nie oszczę­dzało mu kło­potu zakła­da­nia oku­la­rów, a moje pisa­nie oszczę­dzało mu bólu rąk spo­wo­do­wa­nego artre­ty­zmem. Jego ciało mogło go zawieść, ale jego umysł był bystry i pełen milio­nów fak­tów i szcze­gó­łów.

Kolejny błysk pio­runa oświe­tlił pokój, a wraz z nim w mojej gło­wie poja­wił się obraz wujka Alana – pio­run odsło­nił opuch­niętą twarz, mar­mur­ko­watą żółto-szarą skórę, zabru­dzone spodnie – i zadrża­łam. Żało­wa­łam, że to ja zna­la­złam go tego dnia. Ale gdyby nie ja, zna­la­złaby go mama, tata lub mój brat Ben, a nie życzy­ła­bym nikomu z nich tak maka­brycz­nego odkry­cia. Gdy­bym tylko mogła wyma­zać ten obraz z pamięci i zamiast tego wyobra­zić sobie go jako zrzędę o dobrym sercu, jakim go zna­łam, z wiel­kim zmarsz­czo­nym czo­łem, ale błysz­czą­cymi sza­rymi oczami, które łza­wiły za każ­dym razem, gdy obej­mo­wa­łam go na poże­gna­nie.

Mru­ga­łam, powstrzy­mu­jąc łzy, które poja­wiały się tak łatwo za każ­dym razem, gdy o nim myśla­łam. Powin­nam była odwie­dzać go czę­ściej. Raz w tygo­dniu to za mało. On mnie potrze­bo­wał. Nie miał nikogo poza naszą małą rodziną. Otar­łam łzę i skar­ci­łam się w duchu. Byłam młoda, robi­łam, co mogłam, a on to doce­niał.

Sku­lona pod koł­drą, myślami prze­ska­ki­wa­łam mię­dzy momen­tem, w któ­rym zna­la­złam wujka Alana, a moją obecną sytu­acją z Jaso­nem.

Kiedy o świ­cie burza w końcu uci­chła, doszłam tylko do jed­nego wnio­sku: nie chcia­łam spę­dzać całego week­endu sama. Jedyną bli­ską przy­ja­ciółką, jaką mia­łam w Lon­dy­nie, była Clare, a ona wyje­chała na imprezę fir­mową do Bir­ming­ham, co ozna­czało, że dom – nad­mor­skie mia­steczko Whits­bo­ro­ugh Bay w hrab­stwie North York­shire – był miej­scem, do któ­rego nale­żało się udać. Nie­stety, ode­bra­łam wia­do­mość gło­sową od mamy, w któ­rej infor­mo­wała mnie, że tata zabrał ją na week­end do Paryża i miała nadzieję, że Jason zapla­no­wał rów­nie roman­tyczny week­end z oka­zji moich uro­dzin (och, iro­nia losu). Nie mogłam więc zatrzy­mać się u rodzi­ców. Mogłam jed­nak zwró­cić się do sio­stry mamy, cioci Kay. Nie musia­łam dzwo­nić wcze­śniej, ponie­waż dokład­nie wie­dzia­łam, gdzie będzie. Była prak­tycz­nie w związku mał­żeń­skim ze swoją pracą i ni­gdy, przeni­gdy nie brała urlopu.

Po wrzu­ce­niu kilku ubrań do małej walizki poje­cha­łam metrem, a następ­nie zła­pa­łam pierw­szy pociąg z King’s Cross.ROZDZIAŁ 4

– W końcu mia­łaś na tyle roz­sądku, żeby rzu­cić tego głupka? – Clare roz­wi­nęła sza­lik, zdjęła płaszcz i podała mi obie rze­czy. – Nie mogłaś tego tak zosta­wić? Po co rezy­gno­wać też z pracy? – Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, weszła do mojej sypialni.

Powie­si­łam jej płaszcz, a potem poszłam za nią. Leżała wycią­gnięta na łóżku, a jej brą­zowe zamszowe buty na wyso­kich obca­sach leżały porzu­cone w drzwiach. Wes­tchnę­łam i odsu­nę­łam je na bok.

– Czy ty ni­gdy nie nosisz dżin­sów, jak nor­malna osoba? – zapy­ta­łam, patrząc na jej drogi, miękki, dopa­so­wany swe­ter w kolo­rze kre­mo­wym i krótką brą­zową spód­niczkę z kasz­miru. – To nie wygląda na zbyt prak­tyczne, jeśli chcesz mi pomóc się spa­ko­wać.

Clare pod­parła się na łok­ciach.

– Moim zada­niem jest leżeć tutaj i kie­ro­wać. Pako­wa­nie to dobra oka­zja do porząd­ków, więc zaczniemy od two­ich ubrań. Powiem ci, co możesz zatrzy­mać. Nie patrz tak na mnie. Robię ci przy­sługę, naprawdę.

– W jaki spo­sób?

– Kiedy skoń­czę, będziesz miała o wiele mniej śmieci do zapa­ko­wa­nia jutro do fur­go­netki.

– Ależ to nie­grzeczne z two­jej strony.

– Cho­ciaż nie będziesz musiała się tym mar­twić, jeśli uda mi się prze­ko­nać cię do zmiany zda­nia i pozo­sta­nia.

– Prze­pra­szam. – Odsu­nę­łam jej nogi na bok, żeby móc usiąść na łóżku. – Wiesz, że będę za tobą bar­dzo tęsk­niła, ale to zbyt dobra oka­zja. Musia­łam z niej sko­rzy­stać.

Wes­tchnęła.

– Wiem. To raczej ja powin­nam cię prze­pro­sić.

– Za co?

– Za to, że jestem taką bez­na­dziejną przy­ja­ciółką.

– Bo przez cały tydzień byłaś w złym humo­rze? – Wycią­gnę­łam do niej język.

– Byłam o wiele gor­sza niż to.

– Spo­ty­ka­łaś się z Jaso­nem za moimi ple­cami – zażar­to­wa­łam.

Wypro­sto­wała się.

– Jezu! Osza­la­łaś? Kiedy mówi­łam, że go nie zno­szę, nie ukry­wa­łam żad­nego głę­bo­kiego pożą­da­nia. Naprawdę go nie zno­si­łam.

– OK. Rozu­miem.

Ponow­nie opa­dła na łok­cie.

– Ale byłam kiep­ską przy­ja­ciółką, ponie­waż nie byłam przy tobie. Wie­dzia­łam, jak nie­szczę­śliwa byłaś w pracy i z Jaso­nem przez ostatni rok, a nie powie­dzia­łam nic, co zachę­ci­łoby cię do roz­mowy na ten temat.

– Wie­dzia­łaś? Skąd? Ni­gdy nic nie mówi­łam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij