Zaczernienie - ebook
Połączenie biurokratycznego grimdarku i czarnego humoru. Mieszanka wybuchowa.
Bartłomiej Wypartowicz, Defence24
Świetna kontynuacja Źródła Czerni. Dobrze wrócić do tego intrygującego świata.
Piotr Gnyp, założyciel polygamia.pl
Baczal znowu to zrobił...
Andrzej Śledź, streamer, sybaryta
Za murami rozciąga się martwy świat czerniaków... - potworów, przed którymi ludzkość chroni się od pokoleń.
Kiedy w Pożoni dwoje instygatorów ginie w niejasnych okolicznościach, do miasta przybywa bezkompromisowy śledczy. Aby odkryć prawdę ukrywaną przez lokalne władze, musi wejść w sieć kłamstw, w której tkwi Klara Fuchs - kobieta wiedząca więcej, niż powinna, uwięziona w milczeniu, które jako jedyne może ocalić życie jej i jej męża.
Tymczasem głęboko pod ziemią, w wiecznie zatęchłej Norze, rodzi się bunt. Szczurek z przerażeniem obserwuje, jak jego symbolem staje się jej własny brat, Kir.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368264630 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Onego czasu, kiedy pomiot diabelski kąsał ludzkość nieszczęsną nadzwyczajnie i wszelka nadzieja dogasała jako wątła świeca, spodobało się Panu spośród dziewic Rawenny wybrać córkę przesławnego rycerza i podczaszego królewskiego Jana Wiktora de Balzac, aby tak przed możnymi, jak i prostaczkami mogła dać świadectwo Bożej Chwały i Miłosierdzia. A imię jej było Klara.
_Autor nieznany, „Żywot Świętej Klary”_
Wśród nocnej ciszy rozchodziły się wesołe śpiewy, które Kuba słyszał pomimo wiatru, gwizdającego sobie tylko znaną kolędę. Chłopak bezskutecznie próbował się rozgrzać. Świadomość tego, że na dole w najlepsze trwa wieczerza, a on musi spędzać Wigilię Bożego Narodzenia na smaganej wichrem ambonie, sprawiła, że chłód był dojmujący i nie do przezwyciężenia. Przeklęty wiek – Kuba był zbyt młody, by z innymi mężczyznami obstukiwać palisadę i rozgrzewać się gorzałą, a przy tym zbyt stary, by z dzieciakami i babami siedzieć w domu i śpiewać kolędy. Miał swoje obowiązki. Słyszał strzępy zdań wypowiadane przez Lecha tubalnym głosem i miarowe stuk, stuk, stuk siekier uderzających w kolejne pnie. Kuba próbował liczyć te stuki, byleby tylko odsunąć myśli od mrozu i wiatru obrzucającego go grubymi płatami śniegu, ale zgubił rachubę. Chłopaki stukali za szybko, a on był dobry w powolnym rachowaniu ustrzelonych z fuzji ptaków, a nie prędkich obliczeniach.
Wiatr wzmógł się i Kuba chwycił się niepewnie ściany, gdy amboną zakołysało.
– Krucafuks! – zaklął. – A do rzyci z taką wiliją!
Splunąłby chętnie, jak zwykł to czynić Lech po sążnistym przekleństwie, ale wcześniej musiałby ściągnąć z twarzy gruby szal, który dokładnie ją opatulał, a na to ochoty nie miał. Przełknął więc tylko ślinę, zmełł kolejne przekleństwo i zapatrzył w ciemność.
Ambona wystawała wysoko ponad palisadę i miał z niej widok na całą okolicę wokół Krupiny. Zwykle. Teraz bowiem ledwo co widział przez zawiewający śnieg. Kilka lamp naftowych, które starsi rozpalili za ogrodzeniem, dawało słabiutkie światło i Kuba nie był nawet pewien, czy rzeczywiście je widzi, czy po prostu pamięta, że tam są. Cały świat był jedynie białą plamą, w której wypatrzenie czegokolwiek było niemożliwe. Nie był nawet w stanie wypatrzyć Lecha i innych po drugiej stronie wsi i tylko zbliżające się ku niemu stukanie potwierdzało, że chłopaki nie wrócili jeszcze do domu wójta Lubaszki. Tam czekało na nich ciepło, a na stołach pod dostatkiem jedzenia. Zaburczało mu w brzuchu na myśl, że przez trzy dni nie będzie chodził głodny, tylko wypełni się żurem, grochem, kapustą, suszonymi śliwkami i pierogami. O ile nie zamarznie na tej przeklętej ambonie albo nie skręci sobie karku, gdy podmuch wiatru przechyli ją na amen. No, niechże już wracają z tego obstukiwania, niech go ktoś zmieni choć na chwilę…
Zorientował się, że nie słyszał już ani stukania, ani głosu Lecha, ani śmiechu innych starszych chłopaków. Wstrzymał oddech i nadstawił uszu. W domu wójta śpiewali „Gwiazda Piołun w niebie gore”, wiatr świszczał, zęby Kuby szczękały, ale żadna siekiera nie uderzała o palisadę, nikt się nie śmiał i nie krzyczał wesoło. Sięgnął po opartą o ścianę fuzję i wychylił się, by lepiej widzieć, co dzieje się na dole.
Cokolwiek by się tam działo i tak by tego nie zobaczył, bo zamieć zasłoniła już nawet oddalone o rzut kamieniem domy. Ambona kiwała się lekko, skrzypiąc, trzeszcząc i pojękując do rytmu kolęd i zawodzenia wiatru. Kuba przygryzł wargę i starał się wypatrzeć starych, ale na próżno. Oczy go piekły, z nosa ciekło, a krople zimnego potu płynęły po plecach.
Kiedy usłyszał warczenie pod amboną, serce podskoczyło mu do gardła, a nogi zrobiły się miękkie. Grube, wełniane rękawice nie pozwalały mu na sensowne operowanie fuzją, więc zrzucił je niezgrabnie. Dłonie miał roztrzęsione, a palce zgrabiałe, więc gdy próbował nabić broń, rozsypał kule, które potoczyły się i spadły z ambony. Prócz warczenia Kuba usłyszał też wycie. Nie wilcze, jakie słyszał nierzadko przebudzony w nocy, lecz znacznie bardziej… ludzkie.
Ambona zatrzęsła się. To już nie był wiatr, tylko jakaś potężna siła. Fuzja wypadła chłopakowi z rąk, ale nie dbał o to. Kurczowo trzymał się ściany, powoli tracąc czucie w dłoniach szorujących w śniegu i gnębionych przez wiatr. Zaciskał mocno zęby, by nie krzyczeć, choć najchętniej darłby się jak zwierz. Powinien ostrzec wszystkich, powinien strzelić, powinien uderzyć w dzwon. Ale wtedy dałby o sobie znać demonom na dole. Jeśli będzie cicho, to może…
Kołysanie ustało, a Kuba usłyszał, jak coś wspina się po drabinie. Wcisnął się w róg ambony, usiadł w śniegu, zacisnął zmrożone dłonie na fuzji i wycelował w otwór wejściowy. Belki skrzypiały, gdy coś ciężkiego powoli wspinało się ku niemu. Wstrzymał oddech, przyłożył broń do policzka i desperacko próbował się uspokoić. Serce waliło mu tak, że demony na pewno go usłyszały.
Włochaty łeb wysunął się powoli z otworu, a Kuba pociągnął za spust. Wtedy przypomniał sobie, że przecież nie zdołał nabić broni. Zalała go fala gorąca i zamknął oczy, by ostatnim widokiem przed śmiercią nie był kudłaty pysk diabła.
– Zesrałeś się? – odezwał się diabeł wesoło.
Kuba otworzył oczy i zobaczył w wejściu głowę Mateusza w futrzanej czapie. Chłopak miał czerwoną od wiatru i gorzały twarz i szczerzył do Kuby krzywe zęby.
– Bym cię, durna pało, zajebał – wycharczał Kuba.
W gardle mu zaschło, a sine dłonie wciąż zaciskał na fuzji. Odrzucił ją i podniósł się z trudem. Wzrokiem poszukał rękawic i zaczął je zakładać, gdy Mateusz gramolił się do wnętrza.
– Zesrał się? – krzyknął ktoś z dołu.
Mateusz popatrzył na Kubę podejrzliwie. Mierzył go wzrokiem, a Kuba próbował wyglądać najbardziej dziarsko, jak to było możliwe po pożegnaniu się z życiem.
– Nie zesrał! – odpowiedział w końcu starszy chłopak z zawodem.
Na dole odezwało się kilka rozweselonych głosów, wśród których Kuba usłyszał ten należący do Lecha, który niczym dzwon wybijał się spośród innych:
– Mówiłech wam, że będzie co z niego.
Nie minęła chwila i ambona rozkołysała się na nowo, gdy kilku chłopaków weszło na górę. Nie było tu zbyt wiele miejsca, gnietli się, przeklinali, śmiali i krzyczeli, uważając przy tym, by nie poharatać się siekierami, które wciąż trzymali w dłoniach. Kuba, wciśnięty w róg, zdezorientowany, ale szczęśliwy, miotał niepewne uśmiechy do Lecha, Mateusza, Wojtka, Szymona i reszty. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że przecież wciąż ma twarz osłoniętą szalem, więc widzą najwyżej jego czerwone od zamieci oczy.
– Pizga tu, Kuba, jak w dupie. Trza się rozgrzać coś – ocenił Lech i wręczył mu butelkę. – Weź, no, ojciec nie widzą. Na szczęście, na zdrowie, na ten nowy, krucafuks, rok!
Co było zrobić, Kuba przyjął podarunek, bo tylko świnia nie przyjmuje prezentów, a od Lecha to już w ogóle. Z trudem ściągnął szal i powąchał trunek. Od samego zapachu zakręciło mu się w głowie. Przełknął ślinę i myślał tylko o tym, żeby się nie porzygać. Wypuścił powietrze i łyknął. Płynny ogień wypalił mu gardło i wnętrzności. Kuba wybałuszył oczy i kaszlnął, a Lech wielką łapą klepnął go w plecy. Chłopaki zaśmiali się.
– Od razu kolory odzyskał, patrzcie go! – krzyknął ktoś, ale Kuba nie wiedział kto. Był zbyt zajęty wcieleniem swego ambitnego planu nierzygania w życie.
Lech musiał to zauważyć, bo powiedział spokojnie:
– Ino mi na cholewiaki nie nahaftuj, chłopie.
Kuba kiwnął głową i uśmiechnął się niepewnie. Siekiera dyndała u pasa Lecha i Kuba wyobraził sobie, że mógłby nią oberwać, gdyby zabrudził buty starszemu koledze. Skupił na tym całą swoją wolę i udało się. W przeciwieństwie do Wojtka, który przewiesił się przez ścianę ambony i rzygał jak kocur, wywołując ogólną radość zebranych na górze i przekleństwa pozostałych na dole. Kuba powoli odzyskiwał rezon i nawet nie myślał już o tym, jak zemści się na Mateuszu.
– Jużeśta całe opukali? – zapytał Lecha i od razu przeklął swoją głupotę. Przecież gdyby nie opukali, to by tu nie przyszli.
Lech wziął od niego butelkę i wypił potężny łyk, który, jeśliby Kuby nie zabił, to na pewno zwalił z nóg.
– Ajno, jak ojce kazali. Całe – stwierdził i splunął w ciemność. – Każdy jeden pień żeśmy sprali. Tradycja.
Chłopaki pomogli znieść Wojtka i na ambonie został tylko Lech, Kuba i Mateusz. Wiatr wcale nie zelżał, ale Kubie było jakby cieplej. Patrzył na rozchełstany kożuch Lecha i zastanawiał się, jakim cudem zimno mu nie przeszkadza. Mateusz przysunął się bliżej i objął Kubę ramieniem za kark. Śmierdział gorzałą i szczerzył się do niego. Był raptem dwie zimy starszy, a zachowywał się, jakby był co najmniej w wieku Lecha.
– Trza czerniaka wołać i wydupcać z tego mrozu – orzekł Mateusz.
Kuba zrzucił z siebie jego rękę, co tylko bardziej rozbawiło pijanego chłopaka. Mateusz uniósł dłonie w pojednawczym geście.
– No przepraszam, Kubuś, no – powiedział. – No weź, Kubuś. Wicki takie ino. Chyba się nie boczysz, co?
Boczył się, a jakże. Nawet nie na to, że prawie się zesrał, ani nie na to, że mógłby zabić przyjaciela w wyjątkowo głupi sposób, ale na to, że zawalił sprawę i w godzinie próby nie był w stanie nawet załadować broni.
– Wołaj i szuramy stąd – rozkazał Lech, przerywając mu rozważania. – Mateusz cię zastąpi. Zjesz se grochu.
Perspektywa zejścia z tej przeklętej ambony rozpromieniła twarz Kuby. Otrzepał się z naleciałego śniegu i powiedział:
– Czerniaku, czerniaku, przybądź na wiliję! Jak nie przyjdziesz teraz, to nie przychodź cały rok!
Przeżegnali się – on i Lech – ale Mateusz zarechotał:
– Co tak cicho? To nawet ja to ledwom usłyszał, a co dopiero diabły. – Wychylił się i krzyknął: – Czerniaku, czerniaku, ty z lasu siuraku! Chodźże tu do nas… chodźże tu… ty, kurwa, gnoju!
Odpowiedziały mu śmiechy z dołu. Lech się nie śmiał.
– Ty to, Mateusz, szarpnięty jesteś, krucafuks – mruknął, po czym zwrócił się do osłupiałego Kuby: – No, pokaż mu, co i jak, i zdupcamy. Jeszcze żur ciepły.
Kuba nie bardzo wiedział, co miał Mateuszowi pokazywać, bo zadanie było proste – gapić się w zawieję i jakby szły czerniaki, to bić w dzwon albo strzelić. Nawet taki półmózg jak Mateusz powinien dać sobie z tym radę. Niemniej nie chciał wyjść na równego mu idiotę, więc wyjaśnił poważnie i skrupulatnie rolę czujki. Mateusz szczerzył się tylko głupawo, wysłuchał wszystkiego bez słowa, po czym chwycił fuzję i dla zabawy zaczął mierzyć w ciemność.
Kuba zabierał się już do ostrożnego schodzenia po drabinie, gdy Mateusz odezwał się głosem innym niż jeszcze przed momentem.
– Te, kurwa, tam coś jest.
Kolejny raz tej nocy Kuba poczuł nieprzyjemną miękkość nóg. Wyprostował się z trudem i stanął obok Mateusza i Lecha.
Chłopak wskazywał palcem w białą pustynię; w miejsce, gdzie Kuba spodziewał się zobaczyć światła lamp naftowych. Wójt Lubaszka musiał umiejętnie balansować między oszczędnością i nakazami wyższej władzy, więc z jednej strony musiał rozpalić jakieś światła na zewnątrz wsi, a z drugiej oszczędzać naftę. Lampy były więc tylko cztery, jak cztery są strony świata, ale teraz nie paliła się żadna. Lech mrużył oczy i próbował dostrzec, co wskazuje Mateusz. W końcu warknął:
– Krucafuks, podupcyło cię do reszty od tej gorzały. Takem czuł, żeby ci nie dawać tyla.
Mateusz jednak nie sprawiał wrażenia pijanego. Przeciwnie, Kuba mógłby przysiąc, że jego przyjaciel wytrzeźwiał momentalnie. Jego twarz pozbyła się ogorzałego koloru, a dłoń wodziła pewnie, wskazując coś w dole. Kuba próbował to dostrzec, ale w tej zamieci…
– Ociekurwa… – szepnął w końcu, gdy wypatrzył to, co wskazywał jego przyjaciel.
Na granicy wzroku, pośrodku białej plamy, która była zewnętrznym światem, poruszał się czarny kształt. Powoli i ociężale, bo śniegu nasypało sporo, ale parł do przodu. Kuba nie potrafił ocenić, jak wielkie było to coś, ale nie miał nawet cienia wątpliwości, czym było.
– Wilk pewnie – stwierdził Lech, ale ton jego głosu wskazywał, że sam nie wierzy w to, co mówi.
– Wywołałem, kurwa mater, wywołałem… – zajęczał Mateusz.
Lech pacnął go w tył głowy.
– Głupi jesteś jak but – warknął. – Zesrałeś, nie wywołałeś.
Ale Mateuszowi takie słowa otuchy niewiele pomogły. Trzymał się za głowę obiema rękami i powtarzał tylko, że to jego wina. Fuzja leżała oparta o ścianę i Kuba zastanawiał się – ponownie – czy powinien strzelać i dzwonić dzwonkiem, czy siedzieć cicho i mieć nadzieję, że czerniak pójdzie sobie.
Obserwowali, jak ciemny kształt powoli oddalał się w stronę lasu. Kuba poczuł krew w ustach. Przegryzł sobie wargę. Przełknął ślinę zmieszaną z krwią i spojrzał na Lecha. Wydawał się teraz mniejszy niż zwykle, zgarbiony, posępny i… przestraszony.
– Mówiłżem, że wilk, krucafuks – powiedział cicho, starając się przekonać głównie siebie. – Przeca one drą się jak pokurwione i same nie biegają. Idź, Mateusz, z Kubą do izby, ogrzejta się. Ja tu zostanę.
Mateuszowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Kiwnął tylko głową i zaczął schodzić po drabinie. Lech zapiął wszystkie guziki kożucha i poprawił czapę. Łyknął gorzały i spojrzał na Kubę, który stał wciąż w tym samym miejscu z otwartą gębą.
– Ino babom nic nie gadaj – nakazał Lech.
Kuba pokiwał głową. Wigilia była już wystarczająco zepsuta dla niego, nie było potrzeby psuć jej jeszcze całej Krupinie. Opatulił się szczelniej szalem i spojrzał jeszcze raz na białe pustkowie. Śnieg chłostał go po twarzy, jakby z nieba sypały się drobinki pokruszonego szkła. W takiej zamieci wypatrzyć cokolwiek było niemożliwe – może nawet niczego nie widzieli, tylko im się przywidziało?
Wiatr zajęczał bardziej żałośnie i na chwilę zmienił kierunek. Tam było coś jeszcze. Nie wilk, o nie. Wilki nie stoją na dwóch łapach. Kuba przeżegnał się. Spojrzał na Lecha i wzdrygnął się, widząc jego trupiobladą twarz. Chłopak odwrócił się do niego.
– Ino babom nic nie gadaj – powtórzył drżącym głosem. – Nic żeś nie widział. A teraz, Kubuś… spierdalaj.
Więc Kuba spierdolił. ■ROZDZIAŁ 2
A pomiot diabelski noc w noc pod miasto sławne podchodził i noc w noc ginęli jego dzielni obrońcy. Lecz nie mogły diabły przemóc murów Rawenny, bo wysokie są pod samo niebo i baszt mają siedemdziesiąt i siedem, a wież w wewnętrznym kręgu sto trzydzieści cztery.
_Autor nieznany, „Żywot Świętej Klary”_
Wulkany Italii mogłyby dymić kolejne tysiąc lat, a i tak nie byłyby w stanie dorównać zadymieniu, które panowało w Sali Czerwonej pałacu księcia Lorusso w starym centrum Rawenny. Od czasu do czasu zdobione drewniane drzwi otwierały się, by znamienity gość mógł wyjść za potrzebą, a do wnętrza wdzierało się nieco świeżego powietrza. Zaraz jednak zebrane wewnątrz Wezuwiusze, Etny i Pantallerie wypluwały z siebie kłęby papierosowego i fajkowego dymu i nawet przy dopiero co otwartych drzwiach znów robiło się siwo. Z fresków na suficie spoglądały na to cherubinki, upojone już dymem tak bardzo, że ich twarze przybrały głupawy wyraz.
Książę Jan Lorusso siedział zatopiony w wielkim fotelu i zerkał na nie spod krzaczastych brwi, nie mogąc się przyzwyczaić do latających dziwadeł. Księżnej nie podobały się dobrane przez księcia Jana sceny ukazujące nagą Ewę, kąpiącą się Batszebę, córki Lota oraz apokaliptyczną Nierządnicę Babilonu – nie dała się przekonać, że taki dobór jest zupełnym przypadkiem i nakazała malarzom zamalować je aniołkami. Sprawiła tym wiele przykrości mężowi, bo szczególnie Ewa była dziełem mistrzowskim, chwalonym przez niemalże wszystkich gości mających dostęp do Sali Czerwonej.
Tam gromadzili się najlepsi synowie Rzeczypospolitej Narodów, czyli ci, którzy należeli do frakcji księcia Lorusso w Senacie, bądź byli jego zausznikami w urzędach Rzeczypospolitej Narodów. Mogli nieco odetchnąć, bo choć powietrze było zadymione okrutnie, to na pewno nie tak zatęchłe od spisków jak to, które zostawili w Wielkiej Sali, w której w najlepsze trwał bal noworoczny, idealna okazja do politycznych morderstw i rozsiewania zarazy plotek. Książę Lorusso delektował się papierosem, nie spiesząc się do powrotu. Był już zbyt stary, zbyt zmęczony i zbyt ważny, by osobiście brać udział w dworskich intrygach – miał od tego ludzi. Przy tym w Sali Czerwonej było przytulnie, choć oczy łzawiły, a na języku utrzymywał się cierpki smak, którego nie było w stanie osłodzić ani wino sprowadzone z Konstantynopola, ani rubaszne żarty senatorów Baldta i Krukowskiego.
Błogi stan przerwał stary nudziarz Kluk, podkanclerzy, o brodzie tak długiej, że dałoby się go na niej powiesić, co zresztą od czasu do czasu w skrytości serca książę rozważał.
– Trzeba już wracać, wasza książęca mość – powiedział, nachylając się do księcia Lorusso.
Książę zbył go machnięciem ręki i przeklął w myślach, bo stary cap miał rację. Trzeba było wracać. Spędzili tu już dobre pół godziny, ominęli ze trzy walce, zaraz spóźnią się na pieczeń z dzika i dadzą stanowczo zbyt dużo powodów do plotek dla dystyngowanych szpiegów frakcji Stojanowskiego, Gastona, Dunkla Starszego i całej reszty utytułowanego tałatajstwa trzymającego w garści Rzeczpospolitą Narodów.
– Tak, tak, oczywiście. Ma pan rację – powiedział książę po chwili i zmarszczył brwi, bo przez krótką wymianę zdań z Klukiem umknęła mu puenta żartu Krukowskiego.
A musiała być naprawdę dobra, bo nawet Baldt prychnął tak, że wino poszło mu nosem. Jeden z niewidocznych wcześniej kelnerów natychmiast podał panu senatorowi chusteczkę i na powrót stał się jedynie tłem Sali Czerwonej.
Gdy książę Lorusso wstał, rozmowy ucichły, a siedzący powoli zaczęli się podnosić. Przez chwilę nad nimi górował, ale zaraz przytłoczył go wiek. W młodości mógłby tych wszystkich chłoptasiów pokonać na rękę, upokorzyć w konkursie strzeleckim albo poharatać w pojedynku. Teraz był przygarbionym starszym panem i nawet grubawy, pocący się przy wejściu na schody Krukowski mógłby go położyć jednym celnym ciosem pięści.
Książę Lorusso pokręcił głową, aż w szyi coś mu przyjemnie przeskoczyło z lekkim trzaskiem. Sędzia Kruppman wykazał się najlepszym refleksem i to on podał księciu laskę z głownią rzeźbioną w łeb gryfa z wywalonym jęzorem, czym zasłużył na delikatny uśmiech przywódcy i zawistne spojrzenia innych.
– Ach, mili panowie, mógłbym tu tak z wami siedzieć aż do Paruzji – zebrani jęli energicznie wykonywać znak krzyża, a książę mówił dalej – ale nie mogę zbyt długo pozostawić moich przemiłych gości bez opieki. Jeżeli pragniecie zostać, proszę, nie krępujcie się.
Oczywiście nie został nikt. Pochód ruszył korytarzami pałacu i przez parę kroków ciągnął się za nim papierosowy dym, uwolniony z Sali Czerwonej niczym pohański ifryt. Książę Lorusso, stukając laską o wypolerowaną posadzkę, kuśtykał w stronę Wielkiej Sali, a za nim podążali wysocy urzędnicy i senatorowie. Jego wysocy urzędnicy i senatorowie. Żaden nie odważył się wysforować przed staruszka, wszyscy, jak gąski, zdążali za starym gąsiorem. Podkanclerzy Kluk był od księcia nieco starszy, więc miał na tyle odwagi, by zrównać się z nim i rzec:
– Czy wasza książęca mość znajdzie chwilę na rozmowę z prezydentem de Capetem? Nagabywał mnie dzisiaj już trzykrotnie w wiadomym temacie.
Książę westchnął. Prezydent Trybunału Koronnego Joseph de Capet chciał ciągle tego samego – pieniędzy na rozbudowę pałacyku Longchampsów, gdzie mieściło się jego dominium. Zafiksował się na tym i chodził po prośbie jak żebrak z jednego z tych przeklętych, zagrzebanych pod ziemią miast. Senat żadnych środków nie wyasygnował, bo de Capet był z frakcji Stojanowskiego, któremu wszyscy wieszczyli rychły upadek i nikt nie chciał pobrudzić sobie rąk.
– Tak, tak, oczywiście. Ma pan rację – powiedział książę i nadludzkim wysiłkiem przyspieszył, byleby tylko choć odrobinę zostawić namolnego rozmówcę w tyle.
Starego podkanclerzego nie dało się jednak ot tak zbyć. Trzymał się dzielnie u boku księcia i ani myślał pozwolić jakiemuś młodemu wilczkowi na uzyskanie dostępu do książęcego ucha. Korytarz pałacu był szeroki, ale książę szedł blisko ściany, by w razie czego móc się oprzeć, więc Kluk flankował go i osłaniał przed innymi.
W miarę jak zbliżali się do Wielkiej Sali, książę coraz lepiej słyszał muzykę polityki – podniesione głosy, śmiechy, brzęk kieliszków, tupot tańczących, delikatne dźwięki kwartetu smyczkowego i klawesynu. Samym tylko klawesynistą książę Lorusso przyćmił bale u Gastona i Dunkla, bo udało mu się przekonać do występu samego Szymerskiego. Ryzyko było duże, bo Szymerski znany był z niewyparzonej gęby i nierozsądnych poglądów, ale to jednak był wirtuoz, najlepszy z najlepszych, i grał u księcia Lorusso, a nie u Gastona czy Dunkla. Jak było na balu u Stojanowskiego, książę nie wiedział, bo uznał, że nie warto tam wysyłać szpiegów.
Służący uchylił drzwi i pochód księcia wkroczył do Wielkiej Sali, gdzie bawiły się dwie setki gości. Książę chciał przemknąć niezauważony na swoje miejsce, ale wiedział, że będzie to niemożliwe – i nie pomylił się. Zaraz jakiś spostrzegawczy chłopak zauważył go z głębi sali i krzyknął:
– Wiwat książę Jan! Zdrowie gospodarza!
Książę uspokajał wiwaty i uśmiechał się najserdeczniej, jak potrafił. Nie było go raptem pół godziny, a powitali go, jakby powrócił z udanej wyprawy wojennej do Ziemi Świętej.
Trzymał się ściany, bo na środku kilkanaście par tańczyło i nie chciał wywołać skandalu, wpadając na jedną z nich. A noga coraz częściej go zawodziła i w każdej chwili mógł runąć jak wielka cywilizacja Jasnych Wieków. Zdołał ujść raptem kilka kroków, odwzajemniając uśmiechy zapatrzonych w niego gości, gdy dopadł go łysiejący jegomość o aparycji buraka i subtelności kamienia.
– Panie prezydencie… – westchnął książę, w lot pojmując, że się nie wywinie. – Joseph.
Joseph de Capet, prezydent Trybunału Koronnego, uścisnął mocno podaną przez księcia dłoń i skłonił się nisko. Stanowczo zbyt nisko jak na kogoś o jego pozycji, ale nie dość nisko jak na kogoś, kto za chwilę będzie chciał wyłudzić sporo florenów.
– Mości książę, tak się cieszę, że znalazł pan dla mnie chwilę! – powiedział uradowany prezydent Trybunału, wciąż ściskając dłoń księcia.
Książę Lorusso był oczywiście na tyle doświadczonym politykiem, by nie wypalić prezydentowi w twarz, że nie dał mu żadnego wyboru. Zamiast tego odrzekł:
– To dla mnie zaszczyt, panie prezydencie.
Stanowczym ruchem wyrwał swoją dłoń z niewoli prezydenckiej. Podkanclerzy Kluk stał tuż obok, niczym wierny pies, dbając, by do księcia nie przecisnął się żaden nieproszony gość. Staruszkowi pasowała rola odźwiernego i sekretarza Lorusso, sprawdzał się w niej znacznie lepiej niż jako podkanclerzy Germanii, przynajmniej jeśli wierzyć podłym plotkom.
– Chciałem z panem porozmawiać, mości książę, o pewnej delikatnej sprawie – zaczął de Capet i zrobił zawstydzoną minę, jakby za chwilę miał wyspowiadać się księciu z wyjątkowo obrzydliwego grzechu.
Książę Lorusso gestem zaprosił go w bardziej ustronne miejsce Wielkiej Sali, o ile można w ogóle takie znaleźć w pomieszczeniu, gdzie dwie setki gości bawią się przy dźwiękach muzyki. Podkanclerzy Kluk zadbał o to, by panowie mieli w rogu sali nieco przestrzeni. Dopuścił do nich wyłącznie kelnera, który wyrósł jak spod ziemi i przyniósł im lampki wina oraz słodkie bułeczki. Książę Lorusso najchętniej usiadłby i porozmawiał z gościem na osobności, ale nie mógł sobie na to pozwolić. Sokole oczy szpiegów Gastona i Dunkla zaraz by go wypatrzyły i doniosły, że obwąchuje się z przyjacielem Stojanowskiego, człowieka upadłego. Co innego krótka rozmowa na balu, a co innego zaproszenie na papierosa.
Książę przygotował już w głowie kilkanaście wersji grzecznej odmowy i czekał, zaciskając dłonie na głowie gryfa u swojej laski. Prezydent de Capet popijał tymczasem wino i zachwycał się wspaniałym zmysłem organizacyjnym księcia. Myślał pewnie, że w ten sposób zmiękcza łasego na pochlebstwa staruszka. Głupi człowiek, prędzej zadławi się tą bułką, niż złapie księcia na tak mierną przynętę. Książę pozwolił, by prezydent się wystrzelał z nic nieznaczących komplementów i przeszedł do sedna.
– Dość jednak o tych cudownych okolicznościach, w jakich się tu znaleźliśmy – powiedział wreszcie de Capet i odłożył kieliszek z resztką wina i pół bułeczki na stolik obok. – Pragnąłem z księciem porozmawiać o czymś innym. Czymś znacznie mniej dostojnym.
Książę uniósł brwi, autentycznie zdziwiony. De Capet nachylił się do niego, by ani kelner, ani podkanclerzy Kluk nie byli w stanie usłyszeć tego, co miał do powiedzenia.
– Doszły do mych uszu pewne niepokojące wieści z Pożoni. Wieści, które kładą się cieniem na całym urzędzie instygatorskim. Wieści przykre… szczególnie dla mnie i dla Trybunału.
Książę Lorusso był gotowy zrugać de Capeta za niepotrzebne budowanie napięcia i tracenie jego czasu, ale był zbyt zajęty próbą przypomnienia sobie, kto jest instygatorem głównym w Pożoni. Chwilę mu to zajęło. Skupny. Podpięty teraz pod młodego Valentina. Valentin odpowiadał przed Krassem, a Krass… gdzież on jest? Jeszcze godzinę temu rozmawiali. Może dwie godziny temu? Książę Lorusso kątem oka zaczął łypać na tłumek w poszukiwaniu swojego protegowanego, który zarządzał całą instygaturą, ale nigdzie nie mógł go wypatrzeć.
– Miasto huczy od plotek – mówił dalej de Capet. – Jedne bardziej niesamowite od drugich. To nie służy reputacji czcigodnego urzędu instygatorskiego. Rozmawiałem już z panem Krassem i obaj doszliśmy do wniosku, że musimy coś z tym zrobić. Pozwoliłem sobie przedsięwziąć już pewne kroki, ale nie ośmieliłbym się nie poinformować mości księcia. Jestem przekonany, że mości książę chciałby o wszystkim wiedzieć, gdyż książę jest… dobrodziejem instygatury.
Ostatnie słowa nie brzmiały w jego ustach jak komplement, ale książę Lorusso zbył go milczeniem. Odezwał się dopiero wtedy, gdy przetrawił wszystko, co usłyszał.
– I co też panowie z panem instygatorem Krassem wymyślili? – zapytał.
Złapał się na tym, że przez cały czas trwania monologu nie upił choćby łyczka wina. Teraz opróżnił więc kieliszek do dna i odstawił go. Prezydent de Capet rozejrzał się po sali, jakby kogoś szukał, a gdy odnalazł w tłumie tę osobę, zaprosił ją gestem do kręgu wtajemniczenia.
Nawet tak doświadczony pies stróżujący jak podkanclerzy Kluk nie był w stanie powstrzymać mężczyzny, którego de Capet zaprosił od podejścia. Zresztą nawet nie próbował. Skłonił się tylko lekko i odsunął.
Wypatrzenie tego człowieka w tłumie nie było trudne, bo górował nad wszystkimi zebranymi. Książę Lorusso wzdrygnął się, gdy zobaczył bujną rudą czuprynę i sumiaste wąsy. Znał go oczywiście, bo przecież każdy w instygaturze go znał.
– Instygator Wawrzyniec Vaugrenard – przedstawił go niepotrzebnie de Capet.
Książę skłonił się lekko i podał dłoń Vaugrenardowi, który zamknął ją w żelaznym uścisku wielkiej łapy. Nie mógł patrzyć w ślepia wielkoluda, które miały różne kolory. Lewe było niebieskie, a prawe brązowe. „Obrzydliwa abominacja, nigdy się do tego nie przyzwyczaję” – pomyślał książę.
– Znamy się – wyjaśnił, odwracając wzrok.
– Istotnie – odparł Vaugrenard, nie przestając gapić się na księcia dwukolorowymi oczami.
Choć był na balu, nie nosił fraka, a urzędowy strój instygatorów – długą marynarkę i halsztuk. Na szyi dyndała mu pieczęć instygatorska, co zniesmaczyło księcia – wariat straszył mu gości. To, co w pewnym stopniu uspokajało księcia, to fakt, że Vaugrenard musiał dopiero co przybyć, bo inaczej książę na pewno wypatrzyłby go w tłumie i wysłał Kluka, by wyrzucił go za drzwi.
– Pan instygator Vaugrenard został przez pana Krassa wyposażony we wszelkie niezbędne plenipotencje – wyjaśnił de Capet. – Najbliższym pociągiem uda się do Pożoni, by wszystko wyjaśnić.
– Wyjaśnić co? – zapytał zniecierpliwiony książę.
Odpowiedział mu Vaugrenard:
– Morderstwo.
Książę spojrzał na instygatora szeroko otwartymi oczami i zaraz odwrócił wzrok. Przeklęte ślepia. Wolał patrzeć na nijakiego de Capeta.
– Syn Valoisa? Przecież to jakieś pijackie… – zaczął książę.
– Nie tylko to – przerwał mu Vaugrenard, nie robiąc sobie nic ani z jego wieku, ani pozycji. – Prezydent Trybunału otrzymał z Pożoni korespondencję, która denuncjuje tamtejszego instygatora głównego jako spiskowca i pośredniego zabójcę dwojga instygatorów.
– Domniemanego spiskowca – poprawił szybko de Capet.
– To wyjaśni moje śledztwo.
Książę Lorusso przysiągł sobie, że prędzej zje swoją laskę, niż da choćby pół florena na zasrany pałacyk Longchampsów. Drań de Capet zmusił go do wysłuchiwania bredni tego strasznego człowieka.
– Czyli mamy jasność – orzekł de Capet. – Pan Vaugrenard uda się do Pożoni i pięknie nam wszystko wyjaśni, dzięki czemu imię instygatury pozostanie nieskalane. Tak to właśnie z panem Krassem obmyśliliśmy. Jeszcze by nam tego brakowało, żeby prosty lud kalumnie rzucał na czcigodny urząd. Czasy na to zbyt ciężkie.
Sięgnął po kieliszek i z zaskoczeniem odkrył, że jest pusty. Po bułce też nie było ani śladu. De Capet rozejrzał się i pokręcił głową z uśmiechem.
– A to ci dopiero! Zanim uda się pan do Pożoni, panie Vaugrenard, chyba będzie pan musiał rozwiązać zagadkę znikających bułeczek.
Poklepał Vaugrenarda po ramieniu, ciesząc się z dobrego żartu. Vaugrenard patrzył na niego badawczo z góry. Nie uśmiechał się.
– Naturalnie, panie prezydencie de Capet – odparł poważnie, skłonił się księciu Lorusso i odszedł, zostawiając zbaraniałego de Capeta.
Książę odetchnął ciężko i pomasował krzaczaste brwi. Następnie zacisnął dłonie na głowie gryfa, wyobrażając sobie, że jest to szyja prezydenta de Capeta, i zapytał, siląc się na neutralny ton:
– Czy pan dobrze zna pana instygatora Vaugrenarda?
Prezydent de Capet odchrząknął i odpowiedział nieco zakłopotany:
– Słyszałem to i owo, choć nie będę ukrywał, że nie miałem z nim osobistej styczności… Ale instygator Krass nie mógł się nachwalić jego moralnych przymiotów. Ma to być człowiek intelektualnie niezdolny do korupcji i kumoterstwa.
– Podpalił pan Pożoń, panie prezydencie – powiedział książę Lorusso, chyba zbyt cicho, by de Capet mógł to usłyszeć, albo był na tyle mądry, by zmienić temat.
– Skoro sprawę praworządności mamy załatwioną… Chciałbym zaprosić mości księcia na pokaz naukowy do pracowni doktora Podlewskiego. Człowiek z gatunku niesamowitych. Jeśli mości książę nie miał jeszcze okazji…
– Nie miał – urwał książę. Miał dość tego cymbała, ale cymbał niestety był zbyt głupi, by to zrozumieć.
– To się doskonale składa, bo już w przyszłym miesiącu pan doktor szykuje coś wspaniałego. Byłaby to też dla nas okazja, by porozmawiać w cztery oczy o pewnej przyziemnej kwestii, o której aż wstyd mi wspominać. Czy mości książę może dać wiarę, że cały Trybunał mieści się w podrzędnym pałacyku o dwudziestu dwóch pokojach? To jest doprawdy…
Książę spojrzał gniewnie na podkanclerzego, który bacznie obserwował Wielką Salę. Czego tam szukał, książę nie wiedział. Wiedział natomiast, że nie miał zamiaru wyciągnąć go z opresji. Prezydent perorował tymczasem o potrzebach lokalowych Trybunału Koronnego i pewnie ględziłby mu tak do ucha przez kolejną godzinę, gdyby do ich kółka jednostronnej adoracji nie przybiegł nagle blady jak ściana kuchcik. Zginając się w pasie, dopadł do podkanclerzego i jął mu szeptać do ucha. Książę Lorusso nie słyszał z tego nic, bo kuchcika zagłuszał gwar Wielkiej Sali i potok słów de Capeta.
Podkanclerzy podszedł do księcia i powiedział tylko:
– Jest problem.
Księciu to wystarczyło. Bezceremonialnie pożegnał prezydenta de Capeta i pokuśtykał najszybciej, jak potrafił, tam, gdzie prowadził ich kuchcik. Czyli do kuchni.
Musiał przeciskać się przez tłumek przerażonych kucharek, kuchcików i kuchmistrzów, ludzi o bladych twarzach i załzawionych oczach. Parę kobiet płakało cicho, mężczyźni przeklinali pod nosem. Książę Lorusso musiał od czasu do czasu kogoś pacnąć laską, by móc przejść. Rozstępowali się przed kuśtykającym księciem niczym Morze Czerwone.
Po chwili zobaczył rudą czuprynę Vaugrenarda górującą nad wszystkimi. Wyszedł spomiędzy tłumu i już miał krzyknąć „Co tu się dzieje, na rany Chrystusa?”, ale było to niepotrzebne. Wystarczył rzut oka, by wiedzieć, co się działo.
Vaugrenard jedną ręką trzymał kelnera za kołnierz, a drugą prał zapamiętale po gębie. Chłopak miał już miazgę zamiast nosa, głowa wisiała mu bezwładnie, krew zalewała śnieżnobiałą koszulę i charczał coś, co najpewniej było słabym wołaniem o pomoc. Książę dostrzegł dwa zęby na podłodze. Instygator miał nałożony kuchenny fartuch, który był czerwony od krwi. Vaugrenard uderzył chłopaka jeszcze raz w nos, a ten osunął się na podłogę. Rzęził, plując krwią. Instygator ściągnął fartuch, złożył go na pół i położył na stole. Sięgnął po ścierkę i wytarł dokładnie dłonie. Widząc wyraz twarzy księcia Lorusso, powiedział spokojnie, nie przestając trzeć dłoni:
– Zgodnie z poleceniem służbowym prezydenta Trybunału Koronnego ustaliłem sprawcę kradzieży. Na zasadzie przepisów o postępowaniu doraźnym zawartych w _Constitutio criminalis Rudolfina,_ mając na względzie niską szkodliwość społeczną czynu, uznałem, że nie ma potrzeby angażowania sądu i wymierzyłem karę w dolnej granicy ustawowego zagrożenia.
Powiedziawszy to, minął księcia i zebrany tłumek i wyszedł z kuchni jak gdyby nigdy nic, zostawiając brudną ścierkę w rękach jednego z kuchmistrzów. Książę zaklął szpetnie i spojrzał po przerażonych twarzach. Był przywódcą i powinien zachować się jak przywódca, powinien wlać nieco nadziei w serca przerażonych prostaczków.
– Posprzątajcie tu – powiedział tylko i pokuśtykał do wyjścia.
Chłopak jęczał cicho, a książę Lorusso cieszył się, że Vaugrenard go nie zabił, bo ciężko znaleźć było młodego pracownika w czasach, gdy dzieci rodziło się tak mało. Ze złamanym nosem i bez zębów wciąż będzie w stanie gotować.
Podkanclerzy Kluk stał przy drzwiach z miną tępą i zaskoczoną. Książę zatrzymał się przy nim i postukał go laską w bok, by przywrócić do pełnej świadomości. Urok tępoty został zdjęty i Kluk spojrzał pytająco na księcia Lorusso.
– Gdzie Krass? – warknął książę.
– Wyszedł tuż przed solowym występem Szymerskiego. Chyba bał się tego, co może powiedzieć szanowny artysta, i nie chciał być postawiony w trudnej sytuacji jako kierujący pracami instygatury.
Książę zacisnął zęby. „Zaraz ja go postawię w trudnej sytuacji” – obiecał sobie w myślach.
– Spotkanie z Krassem. Jutro. Ma przyjechać do mnie i wyjaśnić tę hucpę. W szczególności pragnę się dowiedzieć, dlaczego, na litość boską, nie przyszedł z tym do mnie, tylko umawia się z de Capetem.
Kluk pokiwał głową ze zrozumieniem, a książę minął go. Miażdżył łeb gryfa tak, że kłykcie bielały mu na i tak bladej skórze dłoni, naznaczonej licznymi starczymi plamami.
– Zdrowie księcia Jana! _Vivat_! – krzyknął ktoś, gdy książę Lorusso pojawił się znowu w Wielkiej Sali. ■ROZDZIAŁ 5
Rosła Klara i gdy dojrzała, oznajmiła ojcu, że pragnie życie swoje oddać Panu, na co ojciec przystał bez wahania, widząc, że wielka jest jej wiara i wielka jest miłość Pana ku niej. Tak więc się stało, że Klara wstąpiła do Zgromadzenia Małych Sióstr Świętego Honoriusza, które to każdej nocy, od zachodu do wschodu słońca, nie ustają w modlitwie za obrońców ludzkości. Nie ustawała i Klara.
_Autor nieznany, „Żywot Świętej Klary”_
Klasztor karmelitów, który dał nazwę ulicy Karmelickiej, znajdował się tuż obok kamienicy, w której mieszkał Gustaw. Braciszkowie uprawiali pieczarki, hodowali szczury, śpiewali pobożne pieśni, a nade wszystko spędzali całe dnie na drążeniu sztolni, coraz głębiej i głębiej wdzierając się w trzewia Tartaru w poszukiwaniu cennej rudy. Na życiu i zdrowiu w ogóle im nie zależało, więc stanowili cenną siłę roboczą, będąc przy tym wyrafinowanymi górnikami i błogosławieństwem dla gospodarki podziemnego miasta.
Dla Gustawa i innych mieszkańców…
.
.
.
…(fragment)…
Całość dostępna w wersji pełnej