Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zaczernienie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 czerwca 2026
4899 pkt
punktów Virtualo

Zaczernienie - ebook

Połączenie biurokratycznego grimdarku i czarnego humoru. Mieszanka wybuchowa.

Bartłomiej Wypartowicz, Defence24

Świetna kontynuacja Źródła Czerni. Dobrze wrócić do tego intrygującego świata.

Piotr Gnyp, założyciel polygamia.pl

Baczal znowu to zrobił...

Andrzej Śledź, streamer, sybaryta

Za murami rozciąga się martwy świat czerniaków... - potworów, przed którymi ludzkość chroni się od pokoleń.

Kiedy w Pożoni dwoje instygatorów ginie w niejasnych okolicznościach, do miasta przybywa bezkompromisowy śledczy. Aby odkryć prawdę ukrywaną przez lokalne władze, musi wejść w sieć kłamstw, w której tkwi Klara Fuchs - kobieta wiedząca więcej, niż powinna, uwięziona w milczeniu, które jako jedyne może ocalić życie jej i jej męża.

Tymczasem głęboko pod ziemią, w wiecznie zatęchłej Norze, rodzi się bunt. Szczurek z przerażeniem obserwuje, jak jego symbolem staje się jej własny brat, Kir.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368264630
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

One­go cza­su, kie­dy po­miot dia­bel­ski kąsał ludz­ko­ść nie­szczęsną nad­zwy­czaj­nie i wszel­ka na­dzie­ja do­ga­sa­ła jako wątła świe­ca, spodo­ba­ło się Panu spo­śród dzie­wic Ra­wen­ny wy­brać cór­kę prze­sław­ne­go ry­ce­rza i pod­cza­sze­go kró­lew­skie­go Jana Wik­to­ra de Bal­zac, aby tak przed mo­żny­mi, jak i pro­stacz­ka­mi mo­gła dać świa­dec­two Bo­żej Chwa­ły i Mi­ło­sier­dzia. A imię jej było Kla­ra.

_Au­tor nie­zna­ny, „Ży­wot Świ­ętej Kla­ry”_

Wśród noc­nej ci­szy roz­cho­dzi­ły się we­so­łe śpie­wy, któ­re Kuba sły­szał po­mi­mo wia­tru, gwiz­da­jące­go so­bie tyl­ko zna­ną ko­lędę. Chło­pak bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał się roz­grzać. Świa­do­mo­ść tego, że na dole w naj­lep­sze trwa wie­cze­rza, a on musi spędzać Wi­gi­lię Bo­że­go Na­ro­dze­nia na sma­ga­nej wi­chrem am­bo­nie, spra­wi­ła, że chłód był doj­mu­jący i nie do prze­zwy­ci­ęże­nia. Prze­klęty wiek – Kuba był zbyt mło­dy, by z in­ny­mi mężczy­zna­mi ob­stu­ki­wać pa­li­sa­dę i roz­grze­wać się go­rza­łą, a przy tym zbyt sta­ry, by z dzie­cia­ka­mi i ba­ba­mi sie­dzieć w domu i śpie­wać ko­lędy. Miał swo­je obo­wi­ąz­ki. Sły­szał strzępy zdań wy­po­wia­da­ne przez Le­cha tu­bal­nym gło­sem i mia­ro­we stuk, stuk, stuk sie­kier ude­rza­jących w ko­lej­ne pnie. Kuba pró­bo­wał li­czyć te stu­ki, by­le­by tyl­ko od­su­nąć my­śli od mro­zu i wia­tru ob­rzu­ca­jące­go go gru­by­mi pła­ta­mi śnie­gu, ale zgu­bił ra­chu­bę. Chło­pa­ki stu­ka­li za szyb­ko, a on był do­bry w po­wol­nym ra­cho­wa­niu ustrze­lo­nych z fu­zji pta­ków, a nie pręd­kich ob­li­cze­niach.

Wiatr wzmó­gł się i Kuba chwy­cił się nie­pew­nie ścia­ny, gdy am­bo­ną za­ko­ły­sa­ło.

– Kru­ca­fuks! – za­klął. – A do rzy­ci z taką wi­li­ją!

Splu­nąłby chęt­nie, jak zwy­kł to czy­nić Lech po sążni­stym prze­kle­ństwie, ale wcze­śniej mu­sia­łby ści­ągnąć z twa­rzy gru­by szal, któ­ry do­kład­nie ją opa­tu­lał, a na to ocho­ty nie miał. Prze­łk­nął więc tyl­ko śli­nę, zme­łł ko­lej­ne prze­kle­ństwo i za­pa­trzył w ciem­no­ść.

Am­bo­na wy­sta­wa­ła wy­so­ko po­nad pa­li­sa­dę i miał z niej wi­dok na całą oko­li­cę wo­kół Kru­pi­ny. Zwy­kle. Te­raz bo­wiem le­d­wo co wi­dział przez za­wie­wa­jący śnieg. Kil­ka lamp naf­to­wych, któ­re star­si roz­pa­li­li za ogro­dze­niem, da­wa­ło sła­biut­kie świa­tło i Kuba nie był na­wet pe­wien, czy rze­czy­wi­ście je wi­dzi, czy po pro­stu pa­mi­ęta, że tam są. Cały świat był je­dy­nie bia­łą pla­mą, w któ­rej wy­pa­trze­nie cze­go­kol­wiek było nie­mo­żli­we. Nie był na­wet w sta­nie wy­pa­trzyć Le­cha i in­nych po dru­giej stro­nie wsi i tyl­ko zbli­ża­jące się ku nie­mu stu­ka­nie po­twier­dza­ło, że chło­pa­ki nie wró­ci­li jesz­cze do domu wój­ta Lu­basz­ki. Tam cze­ka­ło na nich cie­pło, a na sto­łach pod do­stat­kiem je­dze­nia. Za­bur­cza­ło mu w brzu­chu na myśl, że przez trzy dni nie będzie cho­dził głod­ny, tyl­ko wy­pe­łni się żu­rem, gro­chem, ka­pu­stą, su­szo­ny­mi śliw­ka­mi i pie­ro­ga­mi. O ile nie za­mar­z­nie na tej prze­klętej am­bo­nie albo nie skręci so­bie kar­ku, gdy po­dmuch wia­tru prze­chy­li ją na amen. No, nie­chże już wra­ca­ją z tego ob­stu­ki­wa­nia, niech go ktoś zmie­ni choć na chwi­lę…

Zo­rien­to­wał się, że nie sły­szał już ani stu­ka­nia, ani gło­su Le­cha, ani śmie­chu in­nych star­szych chło­pa­ków. Wstrzy­mał od­dech i nad­sta­wił uszu. W domu wój­ta śpie­wa­li „Gwiaz­da Pio­łun w nie­bie gore”, wiatr świsz­czał, zęby Kuby szczęka­ły, ale żad­na sie­kie­ra nie ude­rza­ła o pa­li­sa­dę, nikt się nie śmiał i nie krzy­czał we­so­ło. Si­ęgnął po opar­tą o ścia­nę fu­zję i wy­chy­lił się, by le­piej wi­dzieć, co dzie­je się na dole.

Co­kol­wiek by się tam dzia­ło i tak by tego nie zo­ba­czył, bo za­mieć za­sło­ni­ła już na­wet od­da­lo­ne o rzut ka­mie­niem domy. Am­bo­na ki­wa­ła się lek­ko, skrzy­pi­ąc, trzesz­cząc i po­jęku­jąc do ryt­mu ko­lęd i za­wo­dze­nia wia­tru. Kuba przy­gry­zł war­gę i sta­rał się wy­pa­trzeć sta­rych, ale na pró­żno. Oczy go pie­kły, z nosa cie­kło, a kro­ple zim­ne­go potu pły­nęły po ple­cach.

Kie­dy usły­szał war­cze­nie pod am­bo­ną, ser­ce pod­sko­czy­ło mu do gar­dła, a nogi zro­bi­ły się mi­ęk­kie. Gru­be, we­łnia­ne ręka­wi­ce nie po­zwa­la­ły mu na sen­sow­ne ope­ro­wa­nie fu­zją, więc zrzu­cił je nie­zgrab­nie. Dło­nie miał roz­trzęsio­ne, a pal­ce zgra­bia­łe, więc gdy pró­bo­wał na­bić broń, roz­sy­pał kule, któ­re po­to­czy­ły się i spa­dły z am­bo­ny. Prócz war­cze­nia Kuba usły­szał też wy­cie. Nie wil­cze, ja­kie sły­szał nie­rzad­ko prze­bu­dzo­ny w nocy, lecz znacz­nie bar­dziej… ludz­kie.

Am­bo­na za­trzęsła się. To już nie był wiatr, tyl­ko ja­kaś po­tężna siła. Fu­zja wy­pa­dła chło­pa­ko­wi z rąk, ale nie dbał o to. Kur­czo­wo trzy­mał się ścia­ny, po­wo­li tra­cąc czu­cie w dło­niach szo­ru­jących w śnie­gu i gnębio­nych przez wiatr. Za­ci­skał moc­no zęby, by nie krzy­czeć, choć naj­chęt­niej da­rłby się jak zwierz. Po­wi­nien ostrzec wszyst­kich, po­wi­nien strze­lić, po­wi­nien ude­rzyć w dzwon. Ale wte­dy da­łby o so­bie znać de­mo­nom na dole. Je­śli będzie ci­cho, to może…

Ko­ły­sa­nie usta­ło, a Kuba usły­szał, jak coś wspi­na się po dra­bi­nie. Wci­snął się w róg am­bo­ny, usia­dł w śnie­gu, za­ci­snął zmro­żo­ne dło­nie na fu­zji i wy­ce­lo­wał w otwór we­jścio­wy. Bel­ki skrzy­pia­ły, gdy coś ci­ężkie­go po­wo­li wspi­na­ło się ku nie­mu. Wstrzy­mał od­dech, przy­ło­żył broń do po­licz­ka i de­spe­rac­ko pró­bo­wał się uspo­ko­ić. Ser­ce wa­li­ło mu tak, że de­mo­ny na pew­no go usły­sza­ły.

Wło­cha­ty łeb wy­su­nął się po­wo­li z otwo­ru, a Kuba po­ci­ągnął za spust. Wte­dy przy­po­mniał so­bie, że prze­cież nie zdo­łał na­bić bro­ni. Za­la­ła go fala go­rąca i za­mknął oczy, by ostat­nim wi­do­kiem przed śmier­cią nie był ku­dła­ty pysk dia­bła.

– Ze­sra­łeś się? – ode­zwał się dia­beł we­so­ło.

Kuba otwo­rzył oczy i zo­ba­czył w we­jściu gło­wę Ma­te­usza w fu­trza­nej cza­pie. Chło­pak miał czer­wo­ną od wia­tru i go­rza­ły twarz i szcze­rzył do Kuby krzy­we zęby.

– Bym cię, dur­na pało, za­je­bał – wy­char­czał Kuba.

W gar­dle mu za­schło, a sine dło­nie wci­ąż za­ci­skał na fu­zji. Od­rzu­cił ją i pod­nió­sł się z tru­dem. Wzro­kiem po­szu­kał ręka­wic i za­czął je za­kła­dać, gdy Ma­te­usz gra­mo­lił się do wnętrza.

– Ze­srał się? – krzyk­nął ktoś z dołu.

Ma­te­usz po­pa­trzył na Kubę po­dejrz­li­wie. Mie­rzył go wzro­kiem, a Kuba pró­bo­wał wy­glądać naj­bar­dziej dziar­sko, jak to było mo­żli­we po po­że­gna­niu się z ży­ciem.

– Nie ze­srał! – od­po­wie­dział w ko­ńcu star­szy chło­pak z za­wo­dem.

Na dole ode­zwa­ło się kil­ka roz­we­se­lo­nych gło­sów, wśród któ­rych Kuba usły­szał ten na­le­żący do Le­cha, któ­ry ni­czym dzwon wy­bi­jał się spo­śród in­nych:

– Mó­wi­łech wam, że będzie co z nie­go.

Nie mi­nęła chwi­la i am­bo­na roz­ko­ły­sa­ła się na nowo, gdy kil­ku chło­pa­ków we­szło na górę. Nie było tu zbyt wie­le miej­sca, gnie­tli się, prze­kli­na­li, śmia­li i krzy­cze­li, uwa­ża­jąc przy tym, by nie po­ha­ra­tać się sie­kie­ra­mi, któ­re wci­ąż trzy­ma­li w dło­niach. Kuba, wci­śni­ęty w róg, zdez­o­rien­to­wa­ny, ale szczęśli­wy, mio­tał nie­pew­ne uśmie­chy do Le­cha, Ma­te­usza, Wojt­ka, Szy­mo­na i resz­ty. Do­pie­ro po chwi­li przy­po­mniał so­bie, że prze­cież wci­ąż ma twarz osło­ni­ętą sza­lem, więc wi­dzą naj­wy­żej jego czer­wo­ne od za­mie­ci oczy.

– Pi­zga tu, Kuba, jak w du­pie. Trza się roz­grzać coś – oce­nił Lech i wręczył mu bu­tel­kę. – Weź, no, oj­ciec nie wi­dzą. Na szczęście, na zdro­wie, na ten nowy, kru­ca­fuks, rok!

Co było zro­bić, Kuba przy­jął po­da­ru­nek, bo tyl­ko świ­nia nie przyj­mu­je pre­zen­tów, a od Le­cha to już w ogó­le. Z tru­dem ści­ągnął szal i po­wąchał tru­nek. Od sa­me­go za­pa­chu za­kręci­ło mu się w gło­wie. Prze­łk­nął śli­nę i my­ślał tyl­ko o tym, żeby się nie po­rzy­gać. Wy­pu­ścił po­wie­trze i łyk­nął. Płyn­ny ogień wy­pa­lił mu gar­dło i wnętrz­no­ści. Kuba wy­ba­łu­szył oczy i kaszl­nął, a Lech wiel­ką łapą klep­nął go w ple­cy. Chło­pa­ki za­śmia­li się.

– Od razu ko­lo­ry od­zy­skał, pa­trz­cie go! – krzyk­nął ktoś, ale Kuba nie wie­dział kto. Był zbyt za­jęty wcie­le­niem swe­go am­bit­ne­go pla­nu nie­rzy­ga­nia w ży­cie.

Lech mu­siał to za­uwa­żyć, bo po­wie­dział spo­koj­nie:

– Ino mi na cho­le­wia­ki nie na­ha­ftuj, chło­pie.

Kuba kiw­nął gło­wą i uśmiech­nął się nie­pew­nie. Sie­kie­ra dyn­da­ła u pasa Le­cha i Kuba wy­obra­ził so­bie, że mó­głby nią obe­rwać, gdy­by za­bru­dził buty star­sze­mu ko­le­dze. Sku­pił na tym całą swo­ją wolę i uda­ło się. W prze­ci­wie­ństwie do Wojt­ka, któ­ry prze­wie­sił się przez ścia­nę am­bo­ny i rzy­gał jak ko­cur, wy­wo­łu­jąc ogól­ną ra­do­ść ze­bra­nych na gó­rze i prze­kle­ństwa po­zo­sta­łych na dole. Kuba po­wo­li od­zy­ski­wał re­zon i na­wet nie my­ślał już o tym, jak ze­mści się na Ma­te­uszu.

– Ju­że­śta całe opu­ka­li? – za­py­tał Le­cha i od razu prze­klął swo­ją głu­po­tę. Prze­cież gdy­by nie opu­ka­li, to by tu nie przy­szli.

Lech wzi­ął od nie­go bu­tel­kę i wy­pił po­tężny łyk, któ­ry, je­śli­by Kuby nie za­bił, to na pew­no zwa­lił z nóg.

– Ajno, jak ojce ka­za­li. Całe – stwier­dził i splu­nął w ciem­no­ść. – Ka­żdy je­den pień że­śmy spra­li. Tra­dy­cja.

Chło­pa­ki po­mo­gli znie­ść Wojt­ka i na am­bo­nie zo­stał tyl­ko Lech, Kuba i Ma­te­usz. Wiatr wca­le nie ze­lżał, ale Ku­bie było jak­by cie­plej. Pa­trzył na roz­che­łsta­ny ko­żuch Le­cha i za­sta­na­wiał się, ja­kim cu­dem zim­no mu nie prze­szka­dza. Ma­te­usz przy­su­nął się bli­żej i ob­jął Kubę ra­mie­niem za kark. Śmier­dział go­rza­łą i szcze­rzył się do nie­go. Był rap­tem dwie zimy star­szy, a za­cho­wy­wał się, jak­by był co naj­mniej w wie­ku Le­cha.

– Trza czer­nia­ka wo­łać i wy­dup­cać z tego mro­zu – orze­kł Ma­te­usz.

Kuba zrzu­cił z sie­bie jego rękę, co tyl­ko bar­dziej roz­ba­wi­ło pi­ja­ne­go chło­pa­ka. Ma­te­usz unió­sł dło­nie w po­jed­naw­czym ge­ście.

– No prze­pra­szam, Ku­buś, no – po­wie­dział. – No weź, Ku­buś. Wic­ki ta­kie ino. Chy­ba się nie bo­czysz, co?

Bo­czył się, a ja­kże. Na­wet nie na to, że pra­wie się ze­srał, ani nie na to, że mó­głby za­bić przy­ja­cie­la w wy­jąt­ko­wo głu­pi spo­sób, ale na to, że za­wa­lił spra­wę i w go­dzi­nie pró­by nie był w sta­nie na­wet za­ła­do­wać bro­ni.

– Wo­łaj i szu­ra­my stąd – roz­ka­zał Lech, prze­ry­wa­jąc mu roz­wa­ża­nia. – Ma­te­usz cię za­stąpi. Zjesz se gro­chu.

Per­spek­ty­wa ze­jścia z tej prze­klętej am­bo­ny roz­pro­mie­ni­ła twarz Kuby. Otrze­pał się z na­le­cia­łe­go śnie­gu i po­wie­dział:

– Czer­nia­ku, czer­nia­ku, przy­bądź na wi­li­ję! Jak nie przyj­dziesz te­raz, to nie przy­cho­dź cały rok!

Prze­że­gna­li się – on i Lech – ale Ma­te­usz za­re­cho­tał:

– Co tak ci­cho? To na­wet ja to le­d­wom usły­szał, a co do­pie­ro dia­bły. – Wy­chy­lił się i krzyk­nął: – Czer­nia­ku, czer­nia­ku, ty z lasu siu­ra­ku! Cho­dźże tu do nas… cho­dźże tu… ty, kur­wa, gno­ju!

Od­po­wie­dzia­ły mu śmie­chy z dołu. Lech się nie śmiał.

– Ty to, Ma­te­usz, szarp­ni­ęty je­steś, kru­ca­fuks – mruk­nął, po czym zwró­cił się do osłu­pia­łe­go Kuby: – No, po­każ mu, co i jak, i zdup­ca­my. Jesz­cze żur cie­pły.

Kuba nie bar­dzo wie­dział, co miał Ma­te­uszo­wi po­ka­zy­wać, bo za­da­nie było pro­ste – ga­pić się w za­wie­ję i jak­by szły czer­nia­ki, to bić w dzwon albo strze­lić. Na­wet taki pó­łmózg jak Ma­te­usz po­wi­nien dać so­bie z tym radę. Nie­mniej nie chciał wy­jść na rów­ne­go mu idio­tę, więc wy­ja­śnił po­wa­żnie i skru­pu­lat­nie rolę czuj­ki. Ma­te­usz szcze­rzył się tyl­ko głu­pa­wo, wy­słu­chał wszyst­kie­go bez sło­wa, po czym chwy­cił fu­zję i dla za­ba­wy za­czął mie­rzyć w ciem­no­ść.

Kuba za­bie­rał się już do ostro­żne­go scho­dze­nia po dra­bi­nie, gdy Ma­te­usz ode­zwał się gło­sem in­nym niż jesz­cze przed mo­men­tem.

– Te, kur­wa, tam coś jest.

Ko­lej­ny raz tej nocy Kuba po­czuł nie­przy­jem­ną mi­ęk­ko­ść nóg. Wy­pro­sto­wał się z tru­dem i sta­nął obok Ma­te­usza i Le­cha.

Chło­pak wska­zy­wał pal­cem w bia­łą pu­sty­nię; w miej­sce, gdzie Kuba spo­dzie­wał się zo­ba­czyć świa­tła lamp naf­to­wych. Wójt Lu­basz­ka mu­siał umie­jęt­nie ba­lan­so­wać mi­ędzy oszczęd­no­ścią i na­ka­za­mi wy­ższej wła­dzy, więc z jed­nej stro­ny mu­siał roz­pa­lić ja­kieś świa­tła na ze­wnątrz wsi, a z dru­giej oszczędzać naf­tę. Lam­py były więc tyl­ko czte­ry, jak czte­ry są stro­ny świa­ta, ale te­raz nie pa­li­ła się żad­na. Lech mru­żył oczy i pró­bo­wał do­strzec, co wska­zu­je Ma­te­usz. W ko­ńcu wark­nął:

– Kru­ca­fuks, po­dup­cy­ło cię do resz­ty od tej go­rza­ły. Ta­kem czuł, żeby ci nie da­wać tyla.

Ma­te­usz jed­nak nie spra­wiał wra­że­nia pi­ja­ne­go. Prze­ciw­nie, Kuba mó­głby przy­si­ąc, że jego przy­ja­ciel wy­trze­źwiał mo­men­tal­nie. Jego twarz po­zby­ła się ogo­rza­łe­go ko­lo­ru, a dłoń wo­dzi­ła pew­nie, wska­zu­jąc coś w dole. Kuba pró­bo­wał to do­strzec, ale w tej za­mie­ci…

– Ocie­kur­wa… – szep­nął w ko­ńcu, gdy wy­pa­trzył to, co wska­zy­wał jego przy­ja­ciel.

Na gra­ni­cy wzro­ku, po­środ­ku bia­łej pla­my, któ­ra była ze­wnętrz­nym świa­tem, po­ru­szał się czar­ny kszta­łt. Po­wo­li i oci­ęża­le, bo śnie­gu na­sy­pa­ło spo­ro, ale parł do przo­du. Kuba nie po­tra­fił oce­nić, jak wiel­kie było to coś, ale nie miał na­wet cie­nia wąt­pli­wo­ści, czym było.

– Wilk pew­nie – stwier­dził Lech, ale ton jego gło­su wska­zy­wał, że sam nie wie­rzy w to, co mówi.

– Wy­wo­ła­łem, kur­wa ma­ter, wy­wo­ła­łem… – za­jęczał Ma­te­usz.

Lech pac­nął go w tył gło­wy.

– Głu­pi je­steś jak but – wark­nął. – Ze­sra­łeś, nie wy­wo­ła­łeś.

Ale Ma­te­uszo­wi ta­kie sło­wa otu­chy nie­wie­le po­mo­gły. Trzy­mał się za gło­wę obie­ma ręka­mi i po­wta­rzał tyl­ko, że to jego wina. Fu­zja le­ża­ła opar­ta o ścia­nę i Kuba za­sta­na­wiał się – po­now­nie – czy po­wi­nien strze­lać i dzwo­nić dzwon­kiem, czy sie­dzieć ci­cho i mieć na­dzie­ję, że czer­niak pój­dzie so­bie.

Ob­ser­wo­wa­li, jak ciem­ny kszta­łt po­wo­li od­da­lał się w stro­nę lasu. Kuba po­czuł krew w ustach. Prze­gry­zł so­bie war­gę. Prze­łk­nął śli­nę zmie­sza­ną z krwią i spoj­rzał na Le­cha. Wy­da­wał się te­raz mniej­szy niż zwy­kle, zgar­bio­ny, po­sęp­ny i… prze­stra­szo­ny.

– Mó­wi­łżem, że wilk, kru­ca­fuks – po­wie­dział ci­cho, sta­ra­jąc się prze­ko­nać głów­nie sie­bie. – Prze­ca one drą się jak po­kur­wio­ne i same nie bie­ga­ją. Idź, Ma­te­usz, z Kubą do izby, ogrzej­ta się. Ja tu zo­sta­nę.

Ma­te­uszo­wi nie trze­ba było dwa razy po­wta­rzać. Kiw­nął tyl­ko gło­wą i za­czął scho­dzić po dra­bi­nie. Lech za­pi­ął wszyst­kie gu­zi­ki ko­żu­cha i po­pra­wił cza­pę. Łyk­nął go­rza­ły i spoj­rzał na Kubę, któ­ry stał wci­ąż w tym sa­mym miej­scu z otwar­tą gębą.

– Ino ba­bom nic nie ga­daj – na­ka­zał Lech.

Kuba po­ki­wał gło­wą. Wi­gi­lia była już wy­star­cza­jąco ze­psu­ta dla nie­go, nie było po­trze­by psuć jej jesz­cze ca­łej Kru­pi­nie. Opa­tu­lił się szczel­niej sza­lem i spoj­rzał jesz­cze raz na bia­łe pust­ko­wie. Śnieg chło­stał go po twa­rzy, jak­by z nie­ba sy­pa­ły się dro­bin­ki po­kru­szo­ne­go szkła. W ta­kiej za­mie­ci wy­pa­trzyć co­kol­wiek było nie­mo­żli­we – może na­wet ni­cze­go nie wi­dzie­li, tyl­ko im się przy­wi­dzia­ło?

Wiatr za­jęczał bar­dziej ża­ło­śnie i na chwi­lę zmie­nił kie­ru­nek. Tam było coś jesz­cze. Nie wilk, o nie. Wil­ki nie sto­ją na dwóch ła­pach. Kuba prze­że­gnał się. Spoj­rzał na Le­cha i wzdry­gnął się, wi­dząc jego tru­pio­bla­dą twarz. Chło­pak od­wró­cił się do nie­go.

– Ino ba­bom nic nie ga­daj – po­wtó­rzył drżącym gło­sem. – Nic żeś nie wi­dział. A te­raz, Ku­buś… spier­da­laj.

Więc Kuba spier­do­lił. ■ROZDZIAŁ 2

A po­miot dia­bel­ski noc w noc pod mia­sto sław­ne pod­cho­dził i noc w noc gi­nęli jego dziel­ni ob­ro­ńcy. Lecz nie mo­gły dia­bły prze­móc mu­rów Ra­wen­ny, bo wy­so­kie są pod samo nie­bo i baszt mają sie­dem­dzie­si­ąt i sie­dem, a wież w we­wnętrz­nym kręgu sto trzy­dzie­ści czte­ry.

_Au­tor nie­zna­ny, „Ży­wot Świ­ętej Kla­ry”_

Wul­ka­ny Ita­lii mo­gły­by dy­mić ko­lej­ne ty­si­ąc lat, a i tak nie by­ły­by w sta­nie do­rów­nać za­dy­mie­niu, któ­re pa­no­wa­ło w Sali Czer­wo­nej pa­ła­cu ksi­ęcia Lo­rus­so w sta­rym cen­trum Ra­wen­ny. Od cza­su do cza­su zdo­bio­ne drew­nia­ne drzwi otwie­ra­ły się, by zna­mie­ni­ty gość mógł wy­jść za po­trze­bą, a do wnętrza wdzie­ra­ło się nie­co świe­że­go po­wie­trza. Za­raz jed­nak ze­bra­ne we­wnątrz We­zu­wiu­sze, Etny i Pan­tal­le­rie wy­plu­wa­ły z sie­bie kłęby pa­pie­ro­so­we­go i faj­ko­we­go dymu i na­wet przy do­pie­ro co otwar­tych drzwiach znów ro­bi­ło się siwo. Z fre­sków na su­fi­cie spo­gląda­ły na to che­ru­bin­ki, upo­jo­ne już dy­mem tak bar­dzo, że ich twa­rze przy­bra­ły głu­pa­wy wy­raz.

Ksi­ążę Jan Lo­rus­so sie­dział za­to­pio­ny w wiel­kim fo­te­lu i zer­kał na nie spod krza­cza­stych brwi, nie mo­gąc się przy­zwy­cza­ić do la­ta­jących dzi­wa­deł. Ksi­ężnej nie po­do­ba­ły się do­bra­ne przez ksi­ęcia Jana sce­ny uka­zu­jące nagą Ewę, kąpi­ącą się Bat­sze­bę, cór­ki Lota oraz apo­ka­lip­tycz­ną Nie­rząd­ni­cę Ba­bi­lo­nu – nie dała się prze­ko­nać, że taki do­bór jest zu­pe­łnym przy­pad­kiem i na­ka­za­ła ma­la­rzom za­ma­lo­wać je anio­łka­mi. Spra­wi­ła tym wie­le przy­kro­ści mężo­wi, bo szcze­gól­nie Ewa była dzie­łem mi­strzow­skim, chwa­lo­nym przez nie­ma­lże wszyst­kich go­ści ma­jących do­stęp do Sali Czer­wo­nej.

Tam gro­ma­dzi­li się naj­lep­si sy­no­wie Rze­czy­po­spo­li­tej Na­ro­dów, czy­li ci, któ­rzy na­le­że­li do frak­cji ksi­ęcia Lo­rus­so w Se­na­cie, bądź byli jego za­usz­ni­ka­mi w urzędach Rze­czy­po­spo­li­tej Na­ro­dów. Mo­gli nie­co ode­tchnąć, bo choć po­wie­trze było za­dy­mio­ne okrut­nie, to na pew­no nie tak za­tęchłe od spi­sków jak to, któ­re zo­sta­wi­li w Wiel­kiej Sali, w któ­rej w naj­lep­sze trwał bal no­wo­rocz­ny, ide­al­na oka­zja do po­li­tycz­nych mor­derstw i roz­sie­wa­nia za­ra­zy plo­tek. Ksi­ążę Lo­rus­so de­lek­to­wał się pa­pie­ro­sem, nie spie­sząc się do po­wro­tu. Był już zbyt sta­ry, zbyt zmęczo­ny i zbyt wa­żny, by oso­bi­ście brać udział w dwor­skich in­try­gach – miał od tego lu­dzi. Przy tym w Sali Czer­wo­nej było przy­tul­nie, choć oczy łza­wi­ły, a na języ­ku utrzy­my­wał się cierp­ki smak, któ­re­go nie było w sta­nie osło­dzić ani wino spro­wa­dzo­ne z Kon­stan­ty­no­po­la, ani ru­basz­ne żar­ty se­na­to­rów Bald­ta i Kru­kow­skie­go.

Bło­gi stan prze­rwał sta­ry nu­dziarz Kluk, pod­kanc­le­rzy, o bro­dzie tak dłu­giej, że da­ło­by się go na niej po­wie­sić, co zresz­tą od cza­su do cza­su w skry­to­ści ser­ca ksi­ążę roz­wa­żał.

– Trze­ba już wra­cać, wa­sza ksi­ążęca mość – po­wie­dział, na­chy­la­jąc się do ksi­ęcia Lo­rus­so.

Ksi­ążę zbył go mach­ni­ęciem ręki i prze­klął w my­ślach, bo sta­ry cap miał ra­cję. Trze­ba było wra­cać. Spędzi­li tu już do­bre pół go­dzi­ny, omi­nęli ze trzy wal­ce, za­raz spó­źnią się na pie­czeń z dzi­ka i da­dzą sta­now­czo zbyt dużo po­wo­dów do plo­tek dla dys­tyn­go­wa­nych szpie­gów frak­cji Sto­ja­now­skie­go, Ga­sto­na, Dun­kla Star­sze­go i ca­łej resz­ty uty­tu­ło­wa­ne­go ta­ła­taj­stwa trzy­ma­jące­go w ga­rści Rzecz­po­spo­li­tą Na­ro­dów.

– Tak, tak, oczy­wi­ście. Ma pan ra­cję – po­wie­dział ksi­ążę po chwi­li i zmarsz­czył brwi, bo przez krót­ką wy­mia­nę zdań z Klu­kiem umknęła mu pu­en­ta żar­tu Kru­kow­skie­go.

A mu­sia­ła być na­praw­dę do­bra, bo na­wet Baldt prych­nął tak, że wino po­szło mu no­sem. Je­den z nie­wi­docz­nych wcze­śniej kel­ne­rów na­tych­miast po­dał panu se­na­to­ro­wi chu­s­tecz­kę i na po­wrót stał się je­dy­nie tłem Sali Czer­wo­nej.

Gdy ksi­ążę Lo­rus­so wstał, roz­mo­wy uci­chły, a sie­dzący po­wo­li za­częli się pod­no­sić. Przez chwi­lę nad nimi gó­ro­wał, ale za­raz przy­tło­czył go wiek. W mło­do­ści mó­głby tych wszyst­kich chłop­ta­siów po­ko­nać na rękę, upo­ko­rzyć w kon­kur­sie strze­lec­kim albo po­ha­ra­tać w po­je­dyn­ku. Te­raz był przy­gar­bio­nym star­szym pa­nem i na­wet gru­ba­wy, po­cący się przy we­jściu na scho­dy Kru­kow­ski mó­głby go po­ło­żyć jed­nym cel­nym cio­sem pi­ęści.

Ksi­ążę Lo­rus­so po­kręcił gło­wą, aż w szyi coś mu przy­jem­nie prze­sko­czy­ło z lek­kim trza­skiem. Sędzia Krup­p­man wy­ka­zał się naj­lep­szym re­flek­sem i to on po­dał ksi­ęciu la­skę z głow­nią rze­źbio­ną w łeb gry­fa z wy­wa­lo­nym jęzo­rem, czym za­słu­żył na de­li­kat­ny uśmiech przy­wód­cy i za­wist­ne spoj­rze­nia in­nych.

– Ach, mili pa­no­wie, mó­głbym tu tak z wami sie­dzieć aż do Pa­ru­zji – ze­bra­ni jęli ener­gicz­nie wy­ko­ny­wać znak krzy­ża, a ksi­ążę mó­wił da­lej – ale nie mogę zbyt dłu­go po­zo­sta­wić mo­ich prze­mi­łych go­ści bez opie­ki. Je­że­li pra­gnie­cie zo­stać, pro­szę, nie krępuj­cie się.

Oczy­wi­ście nie zo­stał nikt. Po­chód ru­szył ko­ry­ta­rza­mi pa­ła­cu i przez parę kro­ków ci­ągnął się za nim pa­pie­ro­so­wy dym, uwol­nio­ny z Sali Czer­wo­nej ni­czym po­ha­ński ifryt. Ksi­ążę Lo­rus­so, stu­ka­jąc la­ską o wy­po­le­ro­wa­ną po­sadz­kę, ku­śty­kał w stro­nę Wiel­kiej Sali, a za nim podąża­li wy­so­cy urzęd­ni­cy i se­na­to­ro­wie. Jego wy­so­cy urzęd­ni­cy i se­na­to­ro­wie. Ża­den nie od­wa­żył się wy­sfo­ro­wać przed sta­rusz­ka, wszy­scy, jak gąski, zdąża­li za sta­rym gąsio­rem. Pod­kanc­le­rzy Kluk był od ksi­ęcia nie­co star­szy, więc miał na tyle od­wa­gi, by zrów­nać się z nim i rzec:

– Czy wa­sza ksi­ążęca mość znaj­dzie chwi­lę na roz­mo­wę z pre­zy­den­tem de Ca­pe­tem? Na­ga­by­wał mnie dzi­siaj już trzy­krot­nie w wia­do­mym te­ma­cie.

Ksi­ążę wes­tchnął. Pre­zy­dent Try­bu­na­łu Ko­ron­ne­go Jo­seph de Ca­pet chciał ci­ągle tego sa­me­go – pie­ni­ędzy na roz­bu­do­wę pa­ła­cy­ku Long­champ­sów, gdzie mie­ści­ło się jego do­mi­nium. Za­fik­so­wał się na tym i cho­dził po pro­śbie jak że­brak z jed­ne­go z tych prze­klętych, za­grze­ba­nych pod zie­mią miast. Se­nat żad­nych środ­ków nie wy­asy­gno­wał, bo de Ca­pet był z frak­cji Sto­ja­now­skie­go, któ­re­mu wszy­scy wiesz­czy­li ry­chły upa­dek i nikt nie chciał po­bru­dzić so­bie rąk.

– Tak, tak, oczy­wi­ście. Ma pan ra­cję – po­wie­dział ksi­ążę i nad­ludz­kim wy­si­łkiem przy­spie­szył, by­le­by tyl­ko choć odro­bi­nę zo­sta­wić na­mol­ne­go roz­mów­cę w tyle.

Sta­re­go pod­kanc­le­rze­go nie dało się jed­nak ot tak zbyć. Trzy­mał się dziel­nie u boku ksi­ęcia i ani my­ślał po­zwo­lić ja­kie­muś mło­de­mu wilcz­ko­wi na uzy­ska­nie do­stępu do ksi­ążęce­go ucha. Ko­ry­tarz pa­ła­cu był sze­ro­ki, ale ksi­ążę sze­dł bli­sko ścia­ny, by w ra­zie cze­go móc się oprzeć, więc Kluk flan­ko­wał go i osła­niał przed in­ny­mi.

W mia­rę jak zbli­ża­li się do Wiel­kiej Sali, ksi­ążę co­raz le­piej sły­szał mu­zy­kę po­li­ty­ki – pod­nie­sio­ne gło­sy, śmie­chy, brzęk kie­lisz­ków, tu­pot ta­ńczących, de­li­kat­ne dźwi­ęki kwar­te­tu smycz­ko­we­go i kla­we­sy­nu. Sa­mym tyl­ko kla­we­sy­ni­stą ksi­ążę Lo­rus­so przy­ćmił bale u Ga­sto­na i Dun­kla, bo uda­ło mu się prze­ko­nać do wy­stępu sa­me­go Szy­mer­skie­go. Ry­zy­ko było duże, bo Szy­mer­ski zna­ny był z nie­wy­pa­rzo­nej gęby i nie­roz­sąd­nych po­glądów, ale to jed­nak był wir­tu­oz, naj­lep­szy z naj­lep­szych, i grał u ksi­ęcia Lo­rus­so, a nie u Ga­sto­na czy Dun­kla. Jak było na balu u Sto­ja­now­skie­go, ksi­ążę nie wie­dział, bo uznał, że nie war­to tam wy­sy­łać szpie­gów.

Słu­żący uchy­lił drzwi i po­chód ksi­ęcia wkro­czył do Wiel­kiej Sali, gdzie ba­wi­ły się dwie set­ki go­ści. Ksi­ążę chciał prze­mknąć nie­zau­wa­żo­ny na swo­je miej­sce, ale wie­dział, że będzie to nie­mo­żli­we – i nie po­my­lił się. Za­raz ja­kiś spo­strze­gaw­czy chło­pak za­uwa­żył go z głębi sali i krzyk­nął:

– Wi­wat ksi­ążę Jan! Zdro­wie go­spo­da­rza!

Ksi­ążę uspo­ka­jał wi­wa­ty i uśmie­chał się naj­ser­decz­niej, jak po­tra­fił. Nie było go rap­tem pół go­dzi­ny, a po­wi­ta­li go, jak­by po­wró­cił z uda­nej wy­pra­wy wo­jen­nej do Zie­mi Świ­ętej.

Trzy­mał się ścia­ny, bo na środ­ku kil­ka­na­ście par ta­ńczy­ło i nie chciał wy­wo­łać skan­da­lu, wpa­da­jąc na jed­ną z nich. A noga co­raz częściej go za­wo­dzi­ła i w ka­żdej chwi­li mógł ru­nąć jak wiel­ka cy­wi­li­za­cja Ja­snych Wie­ków. Zdo­łał ujść rap­tem kil­ka kro­ków, od­wza­jem­nia­jąc uśmie­chy za­pa­trzo­nych w nie­go go­ści, gdy do­pa­dł go ły­sie­jący je­go­mo­ść o apa­ry­cji bu­ra­ka i sub­tel­no­ści ka­mie­nia.

– Pa­nie pre­zy­den­cie… – wes­tchnął ksi­ążę, w lot poj­mu­jąc, że się nie wy­wi­nie. – Jo­seph.

Jo­seph de Ca­pet, pre­zy­dent Try­bu­na­łu Ko­ron­ne­go, uści­snął moc­no po­da­ną przez ksi­ęcia dłoń i skło­nił się ni­sko. Sta­now­czo zbyt ni­sko jak na ko­goś o jego po­zy­cji, ale nie dość ni­sko jak na ko­goś, kto za chwi­lę będzie chciał wy­łu­dzić spo­ro flo­re­nów.

– Mo­ści ksi­ążę, tak się cie­szę, że zna­la­zł pan dla mnie chwi­lę! – po­wie­dział ura­do­wa­ny pre­zy­dent Try­bu­na­łu, wci­ąż ści­ska­jąc dłoń ksi­ęcia.

Ksi­ążę Lo­rus­so był oczy­wi­ście na tyle do­świad­czo­nym po­li­ty­kiem, by nie wy­pa­lić pre­zy­den­to­wi w twarz, że nie dał mu żad­ne­go wy­bo­ru. Za­miast tego od­rze­kł:

– To dla mnie za­szczyt, pa­nie pre­zy­den­cie.

Sta­now­czym ru­chem wy­rwał swo­ją dłoń z nie­wo­li pre­zy­denc­kiej. Pod­kanc­le­rzy Kluk stał tuż obok, ni­czym wier­ny pies, dba­jąc, by do ksi­ęcia nie prze­ci­snął się ża­den nie­pro­szo­ny gość. Sta­rusz­ko­wi pa­so­wa­ła rola odźwier­ne­go i se­kre­ta­rza Lo­rus­so, spraw­dzał się w niej znacz­nie le­piej niż jako pod­kanc­le­rzy Ger­ma­nii, przy­naj­mniej je­śli wie­rzyć podłym plot­kom.

– Chcia­łem z pa­nem po­roz­ma­wiać, mo­ści ksi­ążę, o pew­nej de­li­kat­nej spra­wie – za­czął de Ca­pet i zro­bił za­wsty­dzo­ną minę, jak­by za chwi­lę miał wy­spo­wia­dać się ksi­ęciu z wy­jąt­ko­wo obrzy­dli­we­go grze­chu.

Ksi­ążę Lo­rus­so ge­stem za­pro­sił go w bar­dziej ustron­ne miej­sce Wiel­kiej Sali, o ile mo­żna w ogó­le ta­kie zna­le­źć w po­miesz­cze­niu, gdzie dwie set­ki go­ści ba­wią się przy dźwi­ękach mu­zy­ki. Pod­kanc­le­rzy Kluk za­dbał o to, by pa­no­wie mie­li w rogu sali nie­co prze­strze­ni. Do­pu­ścił do nich wy­łącz­nie kel­ne­ra, któ­ry wy­ró­sł jak spod zie­mi i przy­nió­sł im lamp­ki wina oraz słod­kie bu­łecz­ki. Ksi­ążę Lo­rus­so naj­chęt­niej usia­dłby i po­roz­ma­wiał z go­ściem na osob­no­ści, ale nie mógł so­bie na to po­zwo­lić. So­ko­le oczy szpie­gów Ga­sto­na i Dun­kla za­raz by go wy­pa­trzy­ły i do­nio­sły, że ob­wąchu­je się z przy­ja­cie­lem Sto­ja­now­skie­go, czło­wie­ka upa­dłe­go. Co in­ne­go krót­ka roz­mo­wa na balu, a co in­ne­go za­pro­sze­nie na pa­pie­ro­sa.

Ksi­ążę przy­go­to­wał już w gło­wie kil­ka­na­ście wer­sji grzecz­nej od­mo­wy i cze­kał, za­ci­ska­jąc dło­nie na gło­wie gry­fa u swo­jej la­ski. Pre­zy­dent de Ca­pet po­pi­jał tym­cza­sem wino i za­chwy­cał się wspa­nia­łym zmy­słem or­ga­ni­za­cyj­nym ksi­ęcia. My­ślał pew­nie, że w ten spo­sób zmi­ęk­cza ła­se­go na po­chleb­stwa sta­rusz­ka. Głu­pi czło­wiek, prędzej za­dła­wi się tą bu­łką, niż zła­pie ksi­ęcia na tak mier­ną przy­nętę. Ksi­ążę po­zwo­lił, by pre­zy­dent się wy­strze­lał z nic nie­zna­czących kom­ple­men­tów i prze­sze­dł do sed­na.

– Dość jed­nak o tych cu­dow­nych oko­licz­no­ściach, w ja­kich się tu zna­le­źli­śmy – po­wie­dział wresz­cie de Ca­pet i odło­żył kie­li­szek z reszt­ką wina i pół bu­łecz­ki na sto­lik obok. – Pra­gnąłem z ksi­ęciem po­roz­ma­wiać o czy­mś in­nym. Czy­mś znacz­nie mniej do­stoj­nym.

Ksi­ążę unió­sł brwi, au­ten­tycz­nie zdzi­wio­ny. De Ca­pet na­chy­lił się do nie­go, by ani kel­ner, ani pod­kanc­le­rzy Kluk nie byli w sta­nie usły­szeć tego, co miał do po­wie­dze­nia.

– Do­szły do mych uszu pew­ne nie­po­ko­jące wie­ści z Po­żo­ni. Wie­ści, któ­re kła­dą się cie­niem na ca­łym urzędzie in­sty­ga­tor­skim. Wie­ści przy­kre… szcze­gól­nie dla mnie i dla Try­bu­na­łu.

Ksi­ążę Lo­rus­so był go­to­wy zru­gać de Ca­pe­ta za nie­po­trzeb­ne bu­do­wa­nie na­pi­ęcia i tra­ce­nie jego cza­su, ale był zbyt za­jęty pró­bą przy­po­mnie­nia so­bie, kto jest in­sty­ga­to­rem głów­nym w Po­żo­ni. Chwi­lę mu to za­jęło. Skup­ny. Pod­pi­ęty te­raz pod mło­de­go Va­len­ti­na. Va­len­tin od­po­wia­dał przed Kras­sem, a Krass… gdzież on jest? Jesz­cze go­dzi­nę temu roz­ma­wia­li. Może dwie go­dzi­ny temu? Ksi­ążę Lo­rus­so kątem oka za­czął ły­pać na tłu­mek w po­szu­ki­wa­niu swo­je­go pro­te­go­wa­ne­go, któ­ry za­rządzał całą in­sty­ga­tu­rą, ale ni­g­dzie nie mógł go wy­pa­trzeć.

– Mia­sto hu­czy od plo­tek – mó­wił da­lej de Ca­pet. – Jed­ne bar­dziej nie­sa­mo­wi­te od dru­gich. To nie słu­ży re­pu­ta­cji czci­god­ne­go urzędu in­sty­ga­tor­skie­go. Roz­ma­wia­łem już z pa­nem Kras­sem i obaj do­szli­śmy do wnio­sku, że mu­si­my coś z tym zro­bić. Po­zwo­li­łem so­bie przed­si­ęw­zi­ąć już pew­ne kro­ki, ale nie ośmie­li­łbym się nie po­in­for­mo­wać mo­ści ksi­ęcia. Je­stem prze­ko­na­ny, że mo­ści ksi­ążę chcia­łby o wszyst­kim wie­dzieć, gdyż ksi­ążę jest… do­bro­dzie­jem in­sty­ga­tu­ry.

Ostat­nie sło­wa nie brzmia­ły w jego ustach jak kom­ple­ment, ale ksi­ążę Lo­rus­so zbył go mil­cze­niem. Ode­zwał się do­pie­ro wte­dy, gdy prze­tra­wił wszyst­ko, co usły­szał.

– I co też pa­no­wie z pa­nem in­sty­ga­to­rem Kras­sem wy­my­śli­li? – za­py­tał.

Zła­pał się na tym, że przez cały czas trwa­nia mo­no­lo­gu nie upił cho­ćby łycz­ka wina. Te­raz opró­żnił więc kie­li­szek do dna i od­sta­wił go. Pre­zy­dent de Ca­pet ro­zej­rzał się po sali, jak­by ko­goś szu­kał, a gdy od­na­la­zł w tłu­mie tę oso­bę, za­pro­sił ją ge­stem do kręgu wta­jem­ni­cze­nia.

Na­wet tak do­świad­czo­ny pies stró­żu­jący jak pod­kanc­le­rzy Kluk nie był w sta­nie po­wstrzy­mać mężczy­zny, któ­re­go de Ca­pet za­pro­sił od po­de­jścia. Zresz­tą na­wet nie pró­bo­wał. Skło­nił się tyl­ko lek­ko i od­su­nął.

Wy­pa­trze­nie tego czło­wie­ka w tłu­mie nie było trud­ne, bo gó­ro­wał nad wszyst­ki­mi ze­bra­ny­mi. Ksi­ążę Lo­rus­so wzdry­gnął się, gdy zo­ba­czył buj­ną rudą czu­pry­nę i su­mia­ste wąsy. Znał go oczy­wi­ście, bo prze­cież ka­żdy w in­sty­ga­tu­rze go znał.

– In­sty­ga­tor Waw­rzy­niec Vau­gre­nard – przed­sta­wił go nie­po­trzeb­nie de Ca­pet.

Ksi­ążę skło­nił się lek­ko i po­dał dłoń Vau­gre­nar­do­wi, któ­ry za­mknął ją w że­la­znym uści­sku wiel­kiej łapy. Nie mógł pa­trzyć w śle­pia wiel­ko­lu­da, któ­re mia­ły ró­żne ko­lo­ry. Lewe było nie­bie­skie, a pra­we brązo­we. „Obrzy­dli­wa abo­mi­na­cja, ni­g­dy się do tego nie przy­zwy­cza­ję” – po­my­ślał ksi­ążę.

– Zna­my się – wy­ja­śnił, od­wra­ca­jąc wzrok.

– Istot­nie – od­pa­rł Vau­gre­nard, nie prze­sta­jąc ga­pić się na ksi­ęcia dwu­ko­lo­ro­wy­mi ocza­mi.

Choć był na balu, nie no­sił fra­ka, a urzędo­wy strój in­sty­ga­to­rów – dłu­gą ma­ry­nar­kę i halsz­tuk. Na szyi dyn­da­ła mu pie­częć in­sty­ga­tor­ska, co znie­sma­czy­ło ksi­ęcia – wa­riat stra­szył mu go­ści. To, co w pew­nym stop­niu uspo­ka­ja­ło ksi­ęcia, to fakt, że Vau­gre­nard mu­siał do­pie­ro co przy­być, bo ina­czej ksi­ążę na pew­no wy­pa­trzy­łby go w tłu­mie i wy­słał Klu­ka, by wy­rzu­cił go za drzwi.

– Pan in­sty­ga­tor Vau­gre­nard zo­stał przez pana Kras­sa wy­po­sa­żo­ny we wszel­kie nie­zbęd­ne ple­ni­po­ten­cje – wy­ja­śnił de Ca­pet. – Naj­bli­ższym po­ci­ągiem uda się do Po­żo­ni, by wszyst­ko wy­ja­śnić.

– Wy­ja­śnić co? – za­py­tał znie­cier­pli­wio­ny ksi­ążę.

Od­po­wie­dział mu Vau­gre­nard:

– Mor­der­stwo.

Ksi­ążę spoj­rzał na in­sty­ga­to­ra sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi i za­raz od­wró­cił wzrok. Prze­klęte śle­pia. Wo­lał pa­trzeć na ni­ja­kie­go de Ca­pe­ta.

– Syn Va­lo­isa? Prze­cież to ja­kieś pi­jac­kie… – za­czął ksi­ążę.

– Nie tyl­ko to – prze­rwał mu Vau­gre­nard, nie ro­bi­ąc so­bie nic ani z jego wie­ku, ani po­zy­cji. – Pre­zy­dent Try­bu­na­łu otrzy­mał z Po­żo­ni ko­re­spon­den­cję, któ­ra de­nun­cju­je tam­tej­sze­go in­sty­ga­to­ra głów­ne­go jako spi­skow­ca i po­śred­nie­go za­bój­cę dwoj­ga in­sty­ga­to­rów.

– Do­mnie­ma­ne­go spi­skow­ca – po­pra­wił szyb­ko de Ca­pet.

– To wy­ja­śni moje śledz­two.

Ksi­ążę Lo­rus­so przy­si­ągł so­bie, że prędzej zje swo­ją la­skę, niż da cho­ćby pół flo­re­na na za­sra­ny pa­ła­cyk Long­champ­sów. Drań de Ca­pet zmu­sił go do wy­słu­chi­wa­nia bred­ni tego strasz­ne­go czło­wie­ka.

– Czy­li mamy ja­sno­ść – orze­kł de Ca­pet. – Pan Vau­gre­nard uda się do Po­żo­ni i pi­ęk­nie nam wszyst­ko wy­ja­śni, dzi­ęki cze­mu imię in­sty­ga­tu­ry po­zo­sta­nie nie­ska­la­ne. Tak to wła­śnie z pa­nem Kras­sem ob­my­śli­li­śmy. Jesz­cze by nam tego bra­ko­wa­ło, żeby pro­sty lud ka­lum­nie rzu­cał na czci­god­ny urząd. Cza­sy na to zbyt ci­ężkie.

Si­ęgnął po kie­li­szek i z za­sko­cze­niem od­krył, że jest pu­sty. Po bu­łce też nie było ani śla­du. De Ca­pet ro­zej­rzał się i po­kręcił gło­wą z uśmie­chem.

– A to ci do­pie­ro! Za­nim uda się pan do Po­żo­ni, pa­nie Vau­gre­nard, chy­ba będzie pan mu­siał roz­wi­ązać za­gad­kę zni­ka­jących bu­łe­czek.

Po­kle­pał Vau­gre­nar­da po ra­mie­niu, cie­sząc się z do­bre­go żar­tu. Vau­gre­nard pa­trzył na nie­go ba­daw­czo z góry. Nie uśmie­chał się.

– Na­tu­ral­nie, pa­nie pre­zy­den­cie de Ca­pet – od­pa­rł po­wa­żnie, skło­nił się ksi­ęciu Lo­rus­so i od­sze­dł, zo­sta­wia­jąc zba­ra­nia­łe­go de Ca­pe­ta.

Ksi­ążę ode­tchnął ci­ężko i po­ma­so­wał krza­cza­ste brwi. Na­stęp­nie za­ci­snął dło­nie na gło­wie gry­fa, wy­obra­ża­jąc so­bie, że jest to szy­ja pre­zy­den­ta de Ca­pe­ta, i za­py­tał, si­ląc się na neu­tral­ny ton:

– Czy pan do­brze zna pana in­sty­ga­to­ra Vau­gre­nar­da?

Pre­zy­dent de Ca­pet od­chrząk­nął i od­po­wie­dział nie­co za­kło­po­ta­ny:

– Sły­sza­łem to i owo, choć nie będę ukry­wał, że nie mia­łem z nim oso­bi­stej stycz­no­ści… Ale in­sty­ga­tor Krass nie mógł się na­chwa­lić jego mo­ral­nych przy­mio­tów. Ma to być czło­wiek in­te­lek­tu­al­nie nie­zdol­ny do ko­rup­cji i ku­mo­ter­stwa.

– Pod­pa­lił pan Po­żoń, pa­nie pre­zy­den­cie – po­wie­dział ksi­ążę Lo­rus­so, chy­ba zbyt ci­cho, by de Ca­pet mógł to usły­szeć, albo był na tyle mądry, by zmie­nić te­mat.

– Sko­ro spra­wę pra­wo­rząd­no­ści mamy za­ła­twio­ną… Chcia­łbym za­pro­sić mo­ści ksi­ęcia na po­kaz na­uko­wy do pra­cow­ni dok­to­ra Pod­lew­skie­go. Czło­wiek z ga­tun­ku nie­sa­mo­wi­tych. Je­śli mo­ści ksi­ążę nie miał jesz­cze oka­zji…

– Nie miał – urwał ksi­ążę. Miał dość tego cym­ba­ła, ale cym­bał nie­ste­ty był zbyt głu­pi, by to zro­zu­mieć.

– To się do­sko­na­le skła­da, bo już w przy­szłym mie­si­ącu pan dok­tor szy­ku­je coś wspa­nia­łe­go. By­ła­by to też dla nas oka­zja, by po­roz­ma­wiać w czte­ry oczy o pew­nej przy­ziem­nej kwe­stii, o któ­rej aż wstyd mi wspo­mi­nać. Czy mo­ści ksi­ążę może dać wia­rę, że cały Try­bu­nał mie­ści się w pod­rzęd­nym pa­ła­cy­ku o dwu­dzie­stu dwóch po­ko­jach? To jest do­praw­dy…

Ksi­ążę spoj­rzał gniew­nie na pod­kanc­le­rze­go, któ­ry bacz­nie ob­ser­wo­wał Wiel­ką Salę. Cze­go tam szu­kał, ksi­ążę nie wie­dział. Wie­dział na­to­miast, że nie miał za­mia­ru wy­ci­ągnąć go z opre­sji. Pre­zy­dent pe­ro­ro­wał tym­cza­sem o po­trze­bach lo­ka­lo­wych Try­bu­na­łu Ko­ron­ne­go i pew­nie ględzi­łby mu tak do ucha przez ko­lej­ną go­dzi­nę, gdy­by do ich kó­łka jed­no­stron­nej ad­o­ra­cji nie przy­bie­gł na­gle bla­dy jak ścia­na kuch­cik. Zgi­na­jąc się w pa­sie, do­pa­dł do pod­kanc­le­rze­go i jął mu szep­tać do ucha. Ksi­ążę Lo­rus­so nie sły­szał z tego nic, bo kuch­ci­ka za­głu­szał gwar Wiel­kiej Sali i po­tok słów de Ca­pe­ta.

Pod­kanc­le­rzy pod­sze­dł do ksi­ęcia i po­wie­dział tyl­ko:

– Jest pro­blem.

Ksi­ęciu to wy­star­czy­ło. Bez­ce­re­mo­nial­nie po­że­gnał pre­zy­den­ta de Ca­pe­ta i po­ku­śty­kał naj­szyb­ciej, jak po­tra­fił, tam, gdzie pro­wa­dził ich kuch­cik. Czy­li do kuch­ni.

Mu­siał prze­ci­skać się przez tłu­mek prze­ra­żo­nych ku­cha­rek, kuch­ci­ków i kuch­mi­strzów, lu­dzi o bla­dych twa­rzach i za­łza­wio­nych oczach. Parę ko­biet pła­ka­ło ci­cho, mężczy­źni prze­kli­na­li pod no­sem. Ksi­ążę Lo­rus­so mu­siał od cza­su do cza­su ko­goś pac­nąć la­ską, by móc prze­jść. Roz­stępo­wa­li się przed ku­śty­ka­jącym ksi­ęciem ni­czym Mo­rze Czer­wo­ne.

Po chwi­li zo­ba­czył rudą czu­pry­nę Vau­gre­nar­da gó­ru­jącą nad wszyst­ki­mi. Wy­sze­dł spo­mi­ędzy tłu­mu i już miał krzyk­nąć „Co tu się dzie­je, na rany Chry­stu­sa?”, ale było to nie­po­trzeb­ne. Wy­star­czył rzut oka, by wie­dzieć, co się dzia­ło.

Vau­gre­nard jed­ną ręką trzy­mał kel­ne­ra za ko­łnierz, a dru­gą prał za­pa­mi­ęta­le po gębie. Chło­pak miał już mia­zgę za­miast nosa, gło­wa wi­sia­ła mu bez­wład­nie, krew za­le­wa­ła śnie­żno­bia­łą ko­szu­lę i char­czał coś, co naj­pew­niej było sła­bym wo­ła­niem o po­moc. Ksi­ążę do­strze­gł dwa zęby na podło­dze. In­sty­ga­tor miał na­ło­żo­ny ku­chen­ny far­tuch, któ­ry był czer­wo­ny od krwi. Vau­gre­nard ude­rzył chło­pa­ka jesz­cze raz w nos, a ten osu­nął się na podło­gę. Rzęził, plu­jąc krwią. In­sty­ga­tor ści­ągnął far­tuch, zło­żył go na pół i po­ło­żył na sto­le. Si­ęgnął po ścier­kę i wy­ta­rł do­kład­nie dło­nie. Wi­dząc wy­raz twa­rzy ksi­ęcia Lo­rus­so, po­wie­dział spo­koj­nie, nie prze­sta­jąc trzeć dło­ni:

– Zgod­nie z po­le­ce­niem słu­żbo­wym pre­zy­den­ta Try­bu­na­łu Ko­ron­ne­go usta­li­łem spraw­cę kra­dzie­ży. Na za­sa­dzie prze­pi­sów o po­stępo­wa­niu do­ra­źnym za­war­tych w _Con­sti­tu­tio cri­mi­na­lis Ru­dol­fi­na,_ ma­jąc na względzie ni­ską szko­dli­wo­ść spo­łecz­ną czy­nu, uzna­łem, że nie ma po­trze­by an­ga­żo­wa­nia sądu i wy­mie­rzy­łem karę w dol­nej gra­ni­cy usta­wo­we­go za­gro­że­nia.

Po­wie­dziaw­szy to, mi­nął ksi­ęcia i ze­bra­ny tłu­mek i wy­sze­dł z kuch­ni jak gdy­by ni­g­dy nic, zo­sta­wia­jąc brud­ną ścier­kę w rękach jed­ne­go z kuch­mi­strzów. Ksi­ążę za­klął szpet­nie i spoj­rzał po prze­ra­żo­nych twa­rzach. Był przy­wód­cą i po­wi­nien za­cho­wać się jak przy­wód­ca, po­wi­nien wlać nie­co na­dziei w ser­ca prze­ra­żo­nych pro­stacz­ków.

– Po­sprzątaj­cie tu – po­wie­dział tyl­ko i po­ku­śty­kał do wy­jścia.

Chło­pak jęczał ci­cho, a ksi­ążę Lo­rus­so cie­szył się, że Vau­gre­nard go nie za­bił, bo ci­ężko zna­le­źć było mło­de­go pra­cow­ni­ka w cza­sach, gdy dzie­ci ro­dzi­ło się tak mało. Ze zła­ma­nym no­sem i bez zębów wci­ąż będzie w sta­nie go­to­wać.

Pod­kanc­le­rzy Kluk stał przy drzwiach z miną tępą i za­sko­czo­ną. Ksi­ążę za­trzy­mał się przy nim i po­stu­kał go la­ską w bok, by przy­wró­cić do pe­łnej świa­do­mo­ści. Urok tępo­ty zo­stał zdjęty i Kluk spoj­rzał py­ta­jąco na ksi­ęcia Lo­rus­so.

– Gdzie Krass? – wark­nął ksi­ążę.

– Wy­sze­dł tuż przed so­lo­wym wy­stępem Szy­mer­skie­go. Chy­ba bał się tego, co może po­wie­dzieć sza­now­ny ar­ty­sta, i nie chciał być po­sta­wio­ny w trud­nej sy­tu­acji jako kie­ru­jący pra­ca­mi in­sty­ga­tu­ry.

Ksi­ążę za­ci­snął zęby. „Za­raz ja go po­sta­wię w trud­nej sy­tu­acji” – obie­cał so­bie w my­ślach.

– Spo­tka­nie z Kras­sem. Ju­tro. Ma przy­je­chać do mnie i wy­ja­śnić tę huc­pę. W szcze­gól­no­ści pra­gnę się do­wie­dzieć, dla­cze­go, na li­to­ść bo­ską, nie przy­sze­dł z tym do mnie, tyl­ko uma­wia się z de Ca­pe­tem.

Kluk po­ki­wał gło­wą ze zro­zu­mie­niem, a ksi­ążę mi­nął go. Mia­żdżył łeb gry­fa tak, że kłyk­cie bie­la­ły mu na i tak bla­dej skó­rze dło­ni, na­zna­czo­nej licz­ny­mi star­czy­mi pla­ma­mi.

– Zdro­wie ksi­ęcia Jana! _Vi­vat_! – krzyk­nął ktoś, gdy ksi­ążę Lo­rus­so po­ja­wił się zno­wu w Wiel­kiej Sali. ■ROZDZIAŁ 5

Ro­sła Kla­ra i gdy doj­rza­ła, oznaj­mi­ła ojcu, że pra­gnie ży­cie swo­je od­dać Panu, na co oj­ciec przy­stał bez wa­ha­nia, wi­dząc, że wiel­ka jest jej wia­ra i wiel­ka jest mi­ło­ść Pana ku niej. Tak więc się sta­ło, że Kla­ra wstąpi­ła do Zgro­ma­dze­nia Ma­łych Sióstr Świ­ęte­go Ho­no­riu­sza, któ­re to ka­żdej nocy, od za­cho­du do wscho­du sło­ńca, nie usta­ją w mo­dli­twie za ob­ro­ńców ludz­ko­ści. Nie usta­wa­ła i Kla­ra.

_Au­tor nie­zna­ny, „Ży­wot Świ­ętej Kla­ry”_

Klasz­tor kar­me­li­tów, któ­ry dał na­zwę uli­cy Kar­me­lic­kiej, znaj­do­wał się tuż obok ka­mie­ni­cy, w któ­rej miesz­kał Gu­staw. Bra­cisz­ko­wie upra­wia­li pie­czar­ki, ho­do­wa­li szczu­ry, śpie­wa­li po­bo­żne pie­śni, a nade wszyst­ko spędza­li całe dnie na drąże­niu sztol­ni, co­raz głębiej i głębiej wdzie­ra­jąc się w trze­wia Tar­ta­ru w po­szu­ki­wa­niu cen­nej rudy. Na ży­ciu i zdro­wiu w ogó­le im nie za­le­ża­ło, więc sta­no­wi­li cen­ną siłę ro­bo­czą, będąc przy tym wy­ra­fi­no­wa­ny­mi gór­ni­ka­mi i bło­go­sła­wie­ństwem dla go­spo­dar­ki pod­ziem­ne­go mia­sta.

Dla Gu­sta­wa i in­nych miesz­ka­ńców…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij