Zaczyna się od Ciebie - ebook
Wspólnym mianownikiem wszystkich Twoich związków jesteś Ty. Dlatego jeśli chcesz żyć w zdrowej, pełnej miłości relacji, musisz zacząć od siebie.
Jillian Turecki - ceniona trenerka relacji romantycznych i autorka jednego z najpopularniejszych amerykańskich podcastów o związkach – obala mity, które sabotują nasze życie uczuciowe.
Opierając się na własnych bolesnych doświadczeniach oraz wieloletniej pracy z klientami, pokazuje, dlaczego nawet inteligentni, wrażliwi i „świadomi” ludzie wciąż wpadają w te same destrukcyjne schematy miłości.
Autorka łączy strategie terapeutyczne, techniki pracy z ciałem, wiedzę o nawykach i regulacji emocji, pokazując, jak myśli i ciało wpływają na sposób, w jaki kochamy. Przedstawia dziewięć fundamentalnych, czasem trudnych do przyjęcia prawd, które musisz zrozumieć i zastosować w swoim życiu, jeśli chcesz je zmienić na lepsze. Znajdziesz tu konkretne narzędzia do pracy nad sobą, ćwiczenia rozwijające świadomość oraz wskazówki, jak przestać szukać ratunku w innych i wreszcie stworzyć zdrową, dojrzałą miłość.
To drogowskaz dla tych, którzy chcą uzdrowić swój związek, dla osób po rozstaniach oraz dla singli. Książka uczy, jak budować poczucie bezpieczeństwa, znaleźć w sobie odwagę do mówienia prawdy, odzyskać sprawczość i tworzyć relacje oparte na bliskości, a nie lęku.
Tylko wybierając siebie, dajesz sobie szansę na wartościowy związek.
„Zaczyna się od ciebie” to książka, która bez złudzeń pokazuje, dlaczego nasze związki często bolą bardziej, niż powinny. Jillian Turecki, prezentując dziewięć trudnych prawd, odsłania mechanizmy lęku, niepewności i powtarzalnych schematów, które sabotują miłość. To nie jest opowieść o szukaniu „właściwej osoby”, lecz o braniu odpowiedzialności za siebie. Książka dla tych, którzy chcą budować relacje oparte na bezpieczeństwie, bliskości i autentyczności zamiast na iluzjach. Polecam!
Natalia Tur, socjolożka, mediatorka rodzinna, autorka książek o relacjach romantycznych.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-838-0490-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
WSTĘP. Śmierć związku
PRAWDA 1. Zaczyna się od ciebie
PRAWDA 2. Umysł to pole bitwy
PRAWDA 3. Pożądanie to nie to samo, co miłość
PRAWDA 4. Masz kochać siebie
PRAWDA 5. Musisz zabierać głos i mówić prawdę
PRAWDA 6. Trzeba być najlepszą wersją siebie (nawet po zakończeniu miesiąca miodowego)
PRAWDA 7. Nie przekonasz kogoś, by cię pokochał
PRAWDA 8. Nikt cię nie uratuje
PRAWDA 9. Musisz pogodzić się z rodzicami
ZAKOŃCZENIE. Nigdy nie jest za późno, by wybrać siebie
PODZIĘKOWANIAMojej Mamie: Dziękuję Ci za zrozumienie.
Kocham Cię.
WSTĘP
Śmierć związku
2 czerwca 2014 roku moje życie się rozpadło. U mojej matki niedługo wcześniej zdiagnozowano terminalne stadium raka i dawano jej trzy miesiące życia. A tamtego ranka poroniłam po raz trzeci i mój mąż mnie zostawił. Zerwał ze mną przez telefon.
Najpierw wysłał SMS. Wyszłam z psem przed dom i siedziałam na ławce. Już wiedziałam, że coś jest bardzo nie tak. Przez cały dzień nie dawał znaku, choć tego dnia po przebudzeniu, jak potwierdził później mój ginekolog, straciłam ciążę. Miałam nieprzyjemne przeczucie, że zostanę porzucona. Gdy w końcu mąż wysłał mi SMS o piątej po południu, napisał tylko: „Zostanę kilka dni u rodziców”.
Zadzwoniłam do niego w panice. Na szczęście odebrał. Kolejne dwadzieścia minut należało do najgorszych chwil w moim życiu. Pamiętam, jak mówił:
– Idziemy po prostu dwiema różnymi ścieżkami, Jillian.
– Co!? Co ty, do cholery, mówisz? Po prostu nie przyjdziesz do domu? Krwawię, bo nie jestem już w ciąży, a ty po prostu odejdziesz? Chodziłam w tę i we w tę po ulicy i czułam się – a prawdopodobnie również wyglądałam – jak kompletna wariatka. Wiedziałam, że mój eks i ja mamy problemy. Prawdziwe problemy. Przez ostatnie dwa lata ciężko pracowałam nad przekonaniem go, że można mnie kochać. Część mnie, gdzieś tam głęboko, wiedziała, że jest zdolny nagle mnie zostawić. A jeszcze większa część mnie w głębi duszy pragnęła, by nasza małżeńska gehenna dobiegła końca. Jednak sama nie potrafiłam odejść... Za bardzo bałam się być bez niego.
Nigdy nie dotarł do domu.
Moje życie oficjalnie się rozpadło. 2 czerwca oznaczał nie tylko koniec mojego życia, takiego, jakie znałam, ale też początek podróży w celu odkrycia, co, u diabła, jest potrzebne, aby mieć zdrowy i trwały związek. Zaskoczyło mnie to, czego się dowiedziałam. Ma to mało wspólnego ze szczęściem, wiekiem, wszechświatem, czy nawet z byciem dobrym człowiekiem. Za to ma bardzo dużo wspólnego z naszą relacją z samą sobą. Dowiedziałam się, że jeśli chcemy wartościowego związku, pełnego kontaktu, bezpieczeństwa i intymności, musimy wziąć na siebie odpowiedzialność. Nauczyłam się, że związek jest jak lustro: odbije się w nim relacja, jaką mamy z samą sobą.
Nie chodzi tu o obwinianie się czy o wstyd. Chcę, byś poczuła się silna i wiedziała, że trzymasz klucz do zmiany, którą chcesz zobaczyć w swoim życiu uczuciowym. Tak, nawet jeśli uważasz się za osobę o lękowym lub unikowym stylu przywiązania lub masz ze sobą jakiś inny problem. Możesz być w zdrowym związku. Nie jesteś wybrakowana czy też skazana na wieczną samotność albo na bycie wiecznie nieszczęśliwą w życiu miłosnym. Nie musisz pozwalać, by ograniczały cię twój styl przywiązania czy przeszłość. Chodzi tu o dokonanie zmiany.
Kiedy poznałam mojego byłego męża, myślałam, że jestem dojrzała i gotowa na pełen miłości i świadomy związek. Od dwunastu lat praktykowałam jogę, a od ośmiu byłam jej nauczycielką. Miałam za sobą kilka związków, zaś do prawdziwych katastrof mojej przeszłości mogłam zaliczyć związek przemocowy, z którym sobie poradziłam i który przepracowałam. Chodziłam już wcześniej na terapię. Bolesnym tematem był dla mnie mój ojciec i relacja z nim (więcej o tym później), ale to problem, którego, jak wierzyłam, nigdy się nie pozbędę, przystosowałam się więc do życia z nim. Miałam pewien plan na to, jak stworzyć dobry związek: znaleźć osobę, która wywołuje motyle w brzuchu, upewnić się, że dobrze mnie traktuje, i po ślubie mieć towarzysza na całe życie.
Moje małżeństwo trwało dwa bolesne lata. Okazuje się, że bycie inteligentną, obdarzoną intuicją i miłą nauczycielką jogi, która przeszła terapię, nie wystarczy, żeby małżeństwo się udało. Miałam swoje słabości i mimo zgłębiania połączenia między ciałem i umysłem oraz świadomości, że mam kompleks tatusia, moje życie uczuciowe było w totalnej rozsypce. To zmotywowało mnie do zanurzenia się głęboko w te obszary samej siebie, o których nigdy wcześniej nie myślałam, z emocjami, przekonaniami, obawami i zachowaniem włącznie.
W mojej wizji związku brakowało kluczowej rzeczy: świadomości, że relacja z samą sobą jest najważniejszą relacją, jaką kiedykolwiek będziemy miały, i że trzeba nieustannie nad nią pracować, żeby przełamać bariery odgradzające nas od prawdziwej emocjonalnej bliskości z drugą osobą. Najcenniejszą lekcją na temat związków, jaką wyciągnęłam z mojego małżeństwa, była ta, że żaden związek nie ma szans, jeśli nie zajrzymy w głąb siebie i nie dokonamy autorefleksji potrzebnej do tego, żeby on zadziałał. Poprawiając relację z samą sobą, poprawiamy relację z innymi. To prawda absolutna.
Od ponad dwudziestu lat pomagam ludziom uzdrowić ich relacje z samymi sobą i z innymi. Droga, która doprowadziła mnie do zostania coachem relacji, zaczęła się w miejscu być może niespodziewanym: na macie do jogi. Rozpoczęłam swoją podróż jako nauczycielka jogi w Nowym Jorku, pracując w jednym z najpopularniejszych studiów jogi w mieście. Prowadziłam tam zajęcia grupowe, pracowałam też indywidualnie z osobami, parami i rodzinami. Pomagałam ludziom uleczyć ból. Dla niektórych był to ból ramion, dla innych naciągnięte mięśnie uda. Ale dla wszystkich był to też ból emocjonalny.
Jakość naszego życia zależy w dużej mierze od naszych codziennych nawyków i schematów. Mamy nawyki, które zapewniają nam stabilność i zdrowie, takie jak mycie zębów, kąpiel, konkretne pory kładzenia się spać i wstawania, picie wody w ciągu dnia, właściwe odżywianie czy chodzenie na siłownię. Mamy też nawyki związane z relacjami, takie jak cotygodniowe rodzinne obiady, przytulenie i pocałowanie na dzień dobry naszego partnera lub współmałżonka, widywanie się z przyjaciółmi w określone dni tygodnia, codzienne wiadomości do ukochanych i wspieranie lokalnej społeczności. Te nawyki są zwykle skonstruowane tak, żeby zaspokoić naszą potrzebę stabilności, więzi i – dla jednych bardziej niż dla innych – zabawy.
Poza codziennymi i cotygodniowymi przyzwyczajeniami wszyscy mamy fizyczne nawyki, które wpływają na naszą fizjologię. Często widzę przygarbionych ludzi, z szyją i głową wysuniętą do przodu i w dół. Jest to spowodowane nadmiernym rozmyślaniem, zamartwianiem się (to epidemia w kulturze Zachodu) i ciągłym gapieniem w telefon. Jest to też częsty objaw depresji, niepokoju lub zmęczenia. Ludzie praktykujący jogę uczą się, że ciało jest nie tylko oknem, przez które możemy zajrzeć do naszego stanu emocjonalnego, ale też że poprzez pracę z ciałem jesteśmy w stanie na nie wpływać. Oznacza to, że za pomocą szczególnych ruchów, połączonych z oddechem, możemy zyskać więcej równowagi, siły i spokoju.
Jako nauczycielka jogi miałam trzy dary: (1) potrafiłam określić czyjąś postawę ciała niemal natychmiast; (2) znaleźć jej emocjonalny odpowiednik (na przykład stres lub zmartwienie); (3) umiałam nauczyć moich uczniów w prosty sposób, jak przełamać dotychczasowy schemat funkcjonowania i zastąpić go nowym, który przyniesie ulgę ich ciałom, a co za tym idzie – ich życiu.
Prowadzenie zajęć jogi dla par było szczególnie odkrywcze. Często w ciągu pierwszych dziesięciu minut sesji mogłam zobaczyć i poczuć ich stres. Umysły były rozproszone i nieuważne. Czasem nawet sprzeczali się przy mnie. Jednak zawsze po upływie godziny leżeli obok siebie w ostatniej, relaksacyjnej pozycji, zwanej savasana, głęboko rozluźnieni, trzymając się za ręce. Nauczanie i praktykowanie jogi pokazało mi, że kiedy czujemy się lepiej, poprawiają się nasze relacje, łącznie z tą, którą mamy sami ze sobą. Nie miałam pojęcia, że uczenie ludzi, jak złagodzić ból i czuć się bardziej u siebie w swoim ciele, przygotowywało mnie powoli do podróży, o której nigdy bym nie pomyślała, stanie się moim udziałem. Rozpoczęłam praktykę jako coach relacji w tej samej społeczności, w której uczyłam jogi. Wiedziałam, że zdobycie nowej umiejętności wymaga tysięcy godzin ćwiczeń, i nie chciałam tracić ani chwili. Chciałam stać się w tym mistrzynią. Chciałam zobaczyć, jak mogłabym zostać ekspertką tak szybko, jak to tylko możliwe, i wiedziałam, że jedyny sposób, by to osiągnąć, to pracować z tak dużą liczbą osób, z jaką tylko zdołam.
Moje własne doświadczenie terapii dla par z byłym mężem okazało się mało pomocne, głównie dlatego, że nie wymagano od nas wzięcia odpowiedzialności za rozpad naszej relacji. Nie zachęcono nas, żebyśmy otwarcie i uczciwie podzielili się ze sobą naszymi najgłębszymi lękami i potrzebami. To skłoniło mnie do myślenia, że musi być jakiś lepszy sposób na pomoc ludziom w ich życiu uczuciowym.
Dzięki mojej głębokiej wiedzy nauczycielki jogi rozumiem związek między ciałem i umysłem. Wiem, że to, jak się fizycznie czujemy, wpływa na nasze emocje, a to, jak się czujemy emocjonalnie, wpływa na nasze ciała. Wiem też, że oddech jest bramą do uspokojenia lub pobudzenia naszych ciał i umysłów.
Wiem, kiedy ktoś wstrzymuje oddech; potrafię to poznać, kiedy rozmawiam przez telefon. Wiem, kiedy ktoś zaciska szczękę. Wiem, kiedy ktoś zgrzyta zębami. Potrafię wyczuć napięcie. Napięte ciało to napięty umysł. Napięty umysł to napięte ciało. To napięcie, które odczuwamy w ciele, to oznaka jakiegoś braku równowagi, ponieważ napięcie jest odpowiedzią ciała na poczucie braku bezpieczeństwa i kontroli.
Często powtarzam ludziom, z którymi pracuję: „Weź głęboki wdech, zrób długi wydech”. Czasem mówię im: „Zatrzymaj się na chwilę i rozluźnij. Wstań, wyjdź na zewnątrz, wypij szklankę wody”. Te drobne działania zmieniają ciało, znajdziesz się w innym stanie emocjonalnym. Albo poprawiam im trochę humor, rozśmieszając ich, ponieważ śmiech jest świetnym sposobem na rozładowanie napięcia. I wtedy są w stanie spojrzeć inaczej na okoliczności swojego życia.
Czasem rozmawiam z moimi klientami indywidualnymi podczas spaceru, ponieważ wspólny spacer to aktywność o silnym działaniu regulującym. Wielu ludzi myśli jaśniej, gdy ich ciało jest w ruchu. Wpływa to korzystnie na przepływ krwi i sprawia, że są jednocześnie bardziej uważni i rozluźnieni.
Zanim zostałam coachem relacji, spędziłam niemal dwadzieścia lat, badając, w jaki sposób ciało i umysł stanowią całość. Moja umiejętność zalecania konkretnych ruchów czy ćwiczeń oddechowych, by pomóc klientom poczuć większą siłę, jasność i stabilność, sprawia, że jestem coachem relacji jedynym w swoim rodzaju.
Wierzę, że relacja nauczyciel – uczeń jest święta. Kultowy film Karate Kid pięknie pokazuje siłę mentoringu i to, jak ważne jest, by mieć w życiu choć jedną osobę, która może pomóc nam rozwinąć daną umiejętność. Ja miałam szczęście do niesamowitych mentorów, od moich nauczycieli jogi po takich, którzy pomogli mi odmienić życie i wciąż są moimi przewodnikami na drodze do mistrzostwa w nauczaniu i coachingu. Naprawdę wierzę, że kiedy uczeń jest gotowy, nauczyciel się pojawi. Jeśli czytasz tę książkę, mam szczęście i zaszczyt być twoją mentorką, by prowadzić cię ku twojemu własnemu mistrzostwu i przemianie.
Wierzę, że każdy powinien popracować nad sobą w pewnym momencie swojego życia. Jaką wewnętrzną pracę musimy wykonać, żeby mieć niesamowite życie uczuciowe? Cóż, nie chodzi tu o to, co wielu ludzi ma na myśli.
Każdy może być w związku, ale budowanie wspaniałej i zdrowej relacji z kimś to kolejna umiejętność, której opanowania nikt nas nie uczy. Nikt nie uczy nas wprost, jak wybierać partnerów. Nikt nie uczy nas, jak kochać, kiedy się boimy, jesteśmy przytłoczeni, źli czy zestresowani. Wielu z nas nie nauczyło się kochać samych siebie nawet wtedy, kiedy ktoś przestał nas kochać. I wielu nigdy nie nauczyło się, że związek powinien wspierać nasz układ nerwowy, a nie rujnować go. Jeśli chcemy lepiej sobie radzić w związkach, musimy się zmierzyć ze swoimi lękami i być gotowi na popełnianie błędów. Nie da się tego obejść. To jest ta praca. Powiedzmy jednak jasno: każdy z nas jest „pracą w toku”. Nie jest naszym zadaniem stać się niepokonanymi. Nie musimy być nieustraszeni, wolni od traumy i nieustannie szczęśliwi, żeby mieć zdrowy i satysfakcjonujący związek. I mimo że świadomość tego jest kluczem, nie możemy na niej poprzestać. Możemy mieć całą świadomość świata i być w stanie perfekcyjnie wyrecytować nasze traumy, ale jeśli nie wiemy, jak przekroczyć to, co powstrzymuje nas od zdrowych i pełnych miłości relacji, będziemy czuć, że utknęliśmy i jesteśmy nieszczęśliwi.
Dlatego właśnie postanowiłam napisać tę książkę. Nieważne, czy jesteś singielką/singlem, ktoś niedawno złamał ci serce, czy chcesz poprawić związek, w którym jesteś. Nie ma znaczenia, jaka jest historia twoich związków albo czy jej nie ma. Pokażę ci, dlaczego napotykasz trudności w życiu uczuciowym i co możesz z tym zrobić. Możesz mieć zdrowy i satysfakcjonujący związek i wskażę ci, jak to osiągnąć.
W tej książce znajdziesz dziewięć prawd o miłości i relacjach, które zmienią twoje życie.
• Prawda 1.: Zaczyna się od ciebie.
• Prawda 2.: Umysł to pole bitwy.
• Prawda 3.: Pożądanie to nie to samo, co miłość.
• Prawda 4.: Masz kochać siebie.
• Prawda 5.: Musisz zabierać głos i mówić prawdę.
• Prawda 6.: Trzeba być najlepszą wersją siebie (nawet po zakończeniu miesiąca miodowego).
• Prawda 7.: Nie przekonasz kogoś, by cię pokochał.
• Prawda 8.: Nikt cię nie uratuje.
• Prawda 9.: Musisz pogodzić się z rodzicami.
Podzielę się prawdziwymi historiami moich klientów, którzy odważnie spojrzeli w lustro i ciężko pracowali, żeby zastosować te prawdy w swoim życiu. Wszystko zresztą, czym dzielę się i czego uczę w tej książce, to dokładnie to samo, czego uczyłam ludzi, z którymi pracuję. Choć wielu z nich to kobiety, lekcje te są dla wszystkich, niezależnie od płci czy orientacji seksualnej. Na końcu każdego rozdziału znajdziesz wskazówki, które pomogą obudzić twoją świadomość. Odnajdziesz też kroki zawierające konkretne działania, aby móc przygotować się na zmianę, której musisz dokonać.
Doszłam do tych dziewięciu prawd dzięki mojej własnej przemianie oraz doradzaniu tysiącom ludzi w sprawie ich życia uczuciowego. Niektóre prawdy mogą być bardziej niewygodne niż inne, ale jeśli otworzysz swój umysł i serce na przekaz każdej z nich, rozświetlą one twoją drogę do zdrowej miłości, a w końcu także miłości do siebie.
Zaczyna się od ciebie.PRAWDA 1.
Zaczyna się od ciebie
Nie możemy uzdrowić swojego życia uczuciowego, nie uzdrowiwszy naszej relacji z samymi sobą. Wszystkie relacje, jakie kiedykolwiek miałyśmy, mają jeden punkt wspólny: nas. Wiem, że może to być gorzka pigułka do przełknięcia, ale jest niezbędna. Bez zrozumienia tej prawdy wciąż będziemy się czuły bezsilne, sfrustrowane i pokrzywdzone w związkach. Nie chodzi tu o winę czy wstyd. Chodzi o upodmiotowienie. Chodzi o uznanie, że zamiast być na łasce naszego dzieciństwa, minionych związków, w rzeczywistości dzierżymy klucze do zmiany, którą chcemy zobaczyć w naszych relacjach. Chodzi o zdanie sobie sprawy z tego, że każde pęknięcie serca czy doznane rozczarowanie próbowało nauczyć nas czegoś o naszych lękach, schematach i przekonaniach, które sabotowały szanse na satysfakcjonujący związek. Zrozumienie tej podstawowej prawdy oznacza również, że mamy o wiele większy wpływ na związek, niż się nam wydaje: zmieniając same siebie, mamy moc zmieniania naszych związków. Wzięcie odpowiedzialności za nasze życie uczuciowe to jest właśnie to, co leczy. To całkowicie zmienia nasz sposób postrzegania samych siebie. Przechodzimy od poczucia bezradności i bezsilności do sprawczości i kontroli. Biorąc odpowiedzialność, wybieramy siebie.
W moim życiu wszystko się zmieniło, kiedy zrozumiałam, że punktem wspólnym wszystkich moich minionych związków jestem ja.
Twoje życie też się zmieni, kiedy zdasz sobie sprawę z tego, że masz trudności w związkach nie dlatego, że „oni” wszyscy zdradzają, ale dlatego, że wciąż ignorujesz czerwone lampki i wybierasz ludzi, którzy zdradzają. Problemem nie jest to, że „wszyscy dobrzy są zajęci”, ale to, że wciąż wybierasz tych niedostępnych. Nie chodzi o to, że ktoś nie wybrał ciebie, ale o to, że ty nie wybierasz siebie. I rzecz nie tylko w tym, że ktoś jest unikający, twój niepokój też może odgrywać pewną rolę.
Czasami związki się nie udają. Wszyscy mamy schematy działania, które nie służą nam lub naszym partnerom. Wszyscy mamy swój bagaż. Prawdę mówiąc, wszyscy radzimy sobie najlepiej, jak umiemy, z takim poziomem dojrzałości i doświadczenia, jaki mamy. W tym właśnie pomoże ci ta książka: pokaże, jak się rozwijać w sposób, który nigdy nie wydawał ci się możliwy. Narzędzia, które opanujesz, i uzyskany wgląd pokażą ci, jak wznieść swoje życie miłosne na mistrzowski poziom.
Przez całą tę książkę będę ci przypominać prostą, ale odmieniającą życie prawdę: zaczyna się od ciebie. Jeśli pragniesz pełnego miłości, zdrowego, dającego wsparcie i ekscytującego związku, twoje zadanie to wciąż starać się być najdzielniejszą i najlepszą wersją siebie. Masz być miłością, którą chcesz wzmocnić. Musisz się komunikować na poziomie przekraczającym twoje oczekiwania wobec siebie. Na randkach trzeba zachowywać się autentycznie, nawet jeśli zauroczenie sprawia, że kolana robią się miękkie. Prawda jest taka, że nawet gdy znajdziesz partnera, o jakim zawsze marzyłaś, i tak będziesz musiała stawić czoła swoim demonom. Będziesz musiała mierzyć się ze sobą, przez cały czas. Dojrzały związek wymaga zaangażowania. Zobowiązuje to nas wszystkich do osiągnięcia dojrzałości pozwalającej wyjść poza strefę komfortu i podniesienia poziomu inteligencji emocjonalnej. Oznacza to, że zamiast diagnozować drugą osobę, weźmiemy oddech, zrobimy krok do tyłu i sprawdzimy, czy nasza własna rola w danej dynamice służy emocjonalnemu bezpieczeństwu związku. Krótko mówiąc, jeśli chcesz odmienić swoje życie uczuciowe, musisz zajrzeć w głąb siebie. To jedyny sposób.
„Wszyscy zdradzają”
Gdy Jennifer przyszła do mnie, była odnoszącą sukcesy trzydziestosiedmiolatką, która zrobiła karierę w polityce i miała dwóch synów. Jennifer jest niezwykle inteligenta, atrakcyjna i wysoce samowystarczalna. Jej problem polegał na tym, że wszyscy mężczyźni, z którymi była, zdradzali ją.
Jennifer miała dwa przeświadczenia: (1) mężczyźni zdradzają i dlatego nie można im ufać i (2) nie jestem zdolna do bycia w zdrowym związku. Przeżywała poważny konflikt wewnętrzny: z jednej strony przekonała samą siebie, że będzie jej lepiej w pojedynkę, z drugiej jednak rozpaczliwie pragnęła trwałego, zdrowego związku. Tę wewnętrzną walkę Jennifer toczyła przez wiele lat.
Pragnienie bycia w związku często brało u Jennifer górę nad lękiem przed byciem w nim i zaczęła spotykać się z Tonym, uprzejmym, wspierającym, uczciwym i odpowiedzialnym człowiekiem oraz ojcem. Przyjrzałam się bardzo uważnie jego zachowaniu, żeby zobaczyć, czy nie wykazuje ono żadnych oznak dysfunkcji, ale na podstawie szczegółowych raportów Jennifer o ich zalotach nie byłam w stanie nic takiego znaleźć.
Kiedy zaczęli spędzać ze sobą więcej czasu i oficjalnie zostali parą, paradoksalnie to Jennifer, nie Tony, zaczęła wykazywać takie oznaki. Była chodzącym pistoletem ze spustem gotowym do wystrzału. Była obsesyjna i zazdrosna, mimo uczciwości Tony’ego, i nakręcała się za każdym razem, kiedy ten choćby rozmawiał z jakąś kobietą. Kiedy była w takim stanie, jej umysł zniekształcał rzeczywistość i wmawiała sobie, że ma prawo mówić Tony’emu, jak ma się zachować wobec swoich przyjaciółek. Następnie przygotowywała cały scenariusz tego, co mu powie, żeby „mógł zrozumieć”, dlaczego nie czuje się komfortowo, kiedy on rozmawia z innymi kobietami.
Podczas sesji na Zoomie widziałam, że jest bardzo rozedrgana. Unosiła ramiona do uszu, zaciskała szczękę i mówiła bardzo szybko i głośno o tym, że Tony nie odpisał jej jeszcze na wiadomość na temat planów na najbliższy weekend. (Był dopiero czwartek i zawsze odpisywał).
Słuchając jej, czułam, jak moje własne ciało staje się napięte i pełne niepokoju. Musiałam działać szybko, żeby przejąć kontrolę nad naszą sesją.
– Okej, Jennifer, zaczekaj – powiedziałam. – To nie ma nic wspólnego z Tonym, za to wszystko z tobą.
– Ale... – odparła. Jej ciało stało się jeszcze bardziej sztywne i napięte.
– Nie – przerwałam. – Zaraz zaczniesz to poważnie sabotować, a wiem, że tego nie chcesz. Proszę więc, weź głęboki oddech – powiedziałam, sama biorąc głęboki oddech.
Patrzyłam, jak nabiera dużo powietrza przez nos. – Dobrze. Teraz powolny wydech przez usta – zachęciłam łagodnie.
Patrzyłam, jak ciało Jennifer mięknie, i czułam, że mój własny układ nerwowy też się rozluźnia.
– Okej. Weź, proszę, kartkę i długopis.
Następnie przez godzinę Jennifer spisywała dla mnie szczegółowo wszystkie sygnały ostrzegawcze w minionych związkach z mężczyznami, którzy ją zdradzili. Dość powiedzieć, że lista była bardzo długa. Wśród czerwonych lampek na jej liście były takie jak: „alkoholik”, „zdradzał swoje byłe”, „nie rozmawiał ze swoimi dziećmi”, „miał problemy z opanowaniem gniewu”, „nie potrafił utrzymać pracy”. Były to ostrzeżenia, które odkryła w ciągu pierwszych miesięcy spotykania się z tymi mężczyznami.
– Problem nie polega na tym, Jennifer, że wszyscy mężczyźni zdradzają. Po prostu wybierałaś tych niewiernych. Przyciągali cię mężczyźni, którzy mieli wiele poważnych, nierozwiązanych problemów, i dlatego masz burzliwą przeszłość w związkach. Teraz napisz, proszę, w jaki sposób ty przyczyniałaś się do dysfunkcji w tych związkach.
Zanim skończyła się nasza sesja, Jennifer zapełniła całą stronę przykładami swojego wkładu w problemy w dawnych relacjach: od przesadzania z alkoholem i wszczynania kłótni po manipulacje, potrzebę ciągłego zapewniania o uczuciach, zgodę na traktowanie jak popychadło i brak komunikowania własnych potrzeb.
Wiedziałam oczywiście, że będziemy musiały razem odkryć, dlaczego powtarza wciąż te niezdrowe zachowania, ale najpierw musiałam wytrącić ją z jej autodestrukcyjnego toku myślenia. Bez wzięcia na siebie odpowiedzialności Jennifer nigdy nie znalazłaby się w związku, na jaki zasługuje. Bez zobowiązania się nic by się nie zmieniło.
– Wow – powiedziała Jennifer po dokładnym przejrzeniu swoich notatek z sesji. – Właśnie zdałam sobie z czegoś sprawę. Chyba zawsze tak bardzo się bałam, że nie jestem wystarczająca, że nigdy nie będę wystarczająca, żeby mężczyzna został ze mną, że jakoś nie zasługiwałam na zdrowy związek.
To był przełom, który miał odmienić życie uczuciowe Jennifer.
Wszyscy się boją, że nie są wystarczająco dobrzy
Kiedy miałam jedenaście lat, mój ojciec, psychiatra, opublikował książkę Trudne dziecko. Szybko zaczęto zachwalać ją jako jedną z najbardziej znaczących książek swoich czasów na temat psychologii dziecięcej i była umieszczana w księgarniach obok książek legend dziecięcej psychologii takich jak doktor Spock. Mój ojciec dwukrotnie był gościem programu The Oprah Winfrey Show: raz, aby wypromować swoją książkę i rozmawiać o niej, drugi raz jako zaproszony przez Oprah ekspert od różnych zagadnień dotyczących dzieci.
O czym była książka? O mnie.
Jako niemowlę cały czas płakałam i nie byłam w stanie dostosować się do stałego rytmu dobowego. Kiedy byłam maluchem, bardzo potrzebowałam porządku, nienawidziłam dotyku niektórych tkanin na mojej skórze i przez całe miesiące jadłam na okrągło na obiad tylko kanapki bolońskie, a na kolację spaghetti z sosem mięsnym. Cały czas miałam też napady złości. Moje siostry dla odmiany były bardziej „normalne”. Jedna była ode mnie o wiele starsza, a druga, również starsza, miała o wiele spokojniejszą naturę. Mój ojciec, będąc psychiatrą dziecięcym, chciał zrozumieć, dlaczego zachowuję się w ten sposób. Dlaczego jestem tym dzieckiem w parku, które „bez widocznego powodu” wścieka się, krzyczy i doprowadza do paniki próbującą uspokoić je mamę. (Koniec końców zawsze jej się to udawało). Wziął mnie więc pod mikroskop, studiował i zdiagnozował jako „trudne dziecko”.
Mój ojciec napisał, że „trudne dzieci” już takie się rodzą, uspokajając w ten sposób rodziców, że nie są nieudacznikami. Dał rodzicom narzędzia do radzenia sobie z „trudnymi dziećmi”, takie jak przejrzyste zasady, konkretne sposoby komunikacji i tak dalej. Na koniec napisał, że mam też inne cechy: jestem zabawna, obdarzona wyobraźnią, inteligentna i dobrze socjalizuję się z innymi dziećmi (więc jeszcze nie wszystko stracone!). Dodał też, że w wieku jedenastu lat zostawiłam za sobą bycie „trudną” i jestem poukładanym „normalnym” dzieciakiem, co dawało czytelnikom jakąś wizję przyszłości, której mogli wyglądać dla własnych „trudnych dzieci”.
Jednak, mimo że wyrosłam z bycia „trudną”, niełatwo było zrzucić z siebie tę tożsamość. Mówiono tak o mnie przez całe dzieciństwo i nawet kiedy już byłam młodą dorosłą. Zdarzało mi się spotkać rodziców, którzy, dowiedziawszy się, jak się nazywam, tracili głowę i krzyczeli radośnie: „Boże, czytaliśmy książkę twojego taty!”.
Nie byłam Jillian. Byłam „trudna”.
I tak oto zaczęłam czuć się niewystarczająca.
Aby uleczyć swoje życie uczuciowe i nauczyć się współtworzyć z kimś zdrowy związek, musimy najpierw zrozumieć, że wszyscy boją się, że nie są wystarczająco dobrzy pod jakimś względem: nie dość ładni, nie dość inteligentni, nie dość chudzi, nie dość „fajni”, nie dość bogaci, nie dość seksowni, nie dość dobrze prosperujący, nie dość swobodni, nie dość zabawni. Boimy się zwłaszcza, że nie jesteśmy wystarczający dla osoby, z którą jesteśmy w związku, albo nawet po prostu umawiamy się na randki. Nieważne, jaki jest twój styl przywiązania – nikt nie chce zostać odrzuconym czy opuszczonym i zrobimy niemal wszystko, aby się nam to nie przytrafiło. Będziemy się kurczowo trzymać, kłamać, prosić, unikać, krzyczeć, płakać, zamykać się, udawać kogoś, kim nie jesteśmy, opracowywać strategie, manipulować, izolować się lub zrywać jako pierwsi, żeby oszczędzić sobie ogromnego bólu, kiedy ktoś przestanie się nami interesować lub się w nas odkocha.
Podczas naszej dalszej wspólnej pracy moja klientka Jennifer zdecydowała się zakończyć związek z Tonym, ponieważ, choć zależało jej na nim – i mimo że jej nie zdradzał ani nie przejawiał toksycznych zachowań poprzednich partnerów – nie byli zgodni co do pewnych kluczowych celów. On chciał mieć więcej dzieci, ona nie. On chciał się przeprowadzić do innego miasta, ona nie. Ale inaczej niż w przypadku jej poprzednich toksycznych związków ten kończyła z jasnym umysłem i stojąc twardo na ziemi. Zamiast trzymać się kurczowo relacji, która nie była dla niej dobra, ze strachu przed samotnością, zdecydowała, że bycie samą jest o wiele lepsze i zdrowsze.
To prawda, że Tony był lepszym partnerem niż kilku poprzednich, ponieważ nie był głęboko dysfunkcyjny, ale mimo wszystko nie był dla niej odpowiedni. Ważne było to, że teraz Jennifer rozumiała, iż zasługuje na zdrowy związek z właściwym partnerem. Dla Jennifer był to duży postęp. Po raz pierwszy zakończyła związek i pogodziła się z samotnością, aż nadejdzie czas, by zacząć jeszcze raz i spotkać osobę odpowiednią dla niej. Po raz pierwszy w swoim życiu uczuciowym to ona wybierała.
Pomogłam jej znaleźć sensowne sposoby zaspokojenia potrzeb i pielęgnowania relacji z samą sobą zamiast obsesyjnego myślenia o znalezieniu mężczyzny (podam wam o wiele więcej szczegółów w Prawdzie 4.). Rozpoczęła nowe projekty, pracowała w ogródku i starała się poświęcać wartościowy czas swoim dzieciom. Dawniej dość wybuchowa Jennifer praktykowała teraz uważność, biorąc głęboki wdech, zanim zareaguje na bodziec. Dowiedziała się, że spokój, komunikacja i uczciwość są teraz dla niej najważniejszymi wartościami, i zobowiązała się do pozostania singielką, aż spotka kogoś, kto podziela te wartości. Największą siłą Jennifer było jej poczucie odpowiedzialności. Zawsze była chętna, by spojrzeć w lustro, dokonać autorefleksji i być imponująco szczerą wobec mnie, a także, co najważniejsze, wobec samej siebie. Siła ta doprowadziła ją do zmiany sposobu wybierania mężczyzn i sprawiła, że zaczęła inaczej prezentować się w związkach. W przeszłości łatwo angażowała się na rzecz pierwszego lepszego faceta, z którym łapała jakiś kontakt. Kiedy znów zaczęła umawiać się na randki w okresie, kiedy pracowałyśmy razem, obiecała sobie związać się z kimś tylko wtedy, jeśli będzie, tak jak ona, cenił spokój, otwartą komunikację i uczciwość. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy powiedziała mi:
– Jillian, zaczekam tyle tygodni, miesięcy czy lat, ile będzie trzeba, by spotkać dobrego człowieka, który podziela moje wartości. W międzyczasie skupię się na dzieciach, pracy i moich fantastycznych przyjaciółkach.
Łzy napłynęły mi do oczu. Było to wielkie zwycięstwo dla kobiety, która kiedyś wierzyła, że wszyscy mężczyźni zdradzają, i bała się być sama. Biorąc odpowiedzialność za swoje wybory i zachowanie, Jennifer nauczyła się wybierać siebie. Okazało się, że wystarczyło kilka miesięcy, żeby spotkała mężczyznę, z którym dzisiaj wciąż buduje zdrowy, bezpieczny związek.
Ogromną częścią procesu uzdrowienia jest nauczenie się, jak zaakceptować siebie pomimo niedociągnięć. Uzdrowienie w odniesieniu do relacji oznacza, że mimo że na pewno będą chwile, kiedy będziemy się czuć niepewne i niewystarczające, uczymy się, jak w odmienny sposób odpowiadać na własne lęki, tak by nie przytłaczały i nie określały naszych związków. Pierwszym krokiem jest zrozumienie, jak nasze osobiste zmagania przekładają się na schematy działania, które negatywnie wpływają na nasze życie uczuciowe. Musimy zrozumieć, kiedy jest nam trudno czuć, że jesteśmy wystarczające, i jak lęk wpływa na nasze relacje. Jeśli chcesz zrozumieć swoje wzorce, musisz wiedzieć, co zwykle robisz i jakich wyborów dokonujesz, kiedy czujesz się niepewnie i boisz się, że możesz zostać pozbawiona miłości lub że nie zostaniesz wybrana przez kogoś, kogo pragniesz.
Kiedy zależy nam na zdrowym związku, nie gramy w gierki. To naprawdę takie proste.
Dokonaj zwrotu w swoim związku
– On chce się rozstać na kilka miesięcy, żeby zobaczyć, czy beze mnie będzie mu lepiej – powiedziała, szlochając, zanim zdążyło upłynąć pierwsze dziesięć minut naszej sesji na Zoomie.
– Dlaczego chce się rozstać? – zapytałam.
– Bo powiedział, że pracujemy nad naszym związkiem od ponad roku, ale wydaje mu się, że to nie działa. Powtarzam mu, że to dlatego, że się nie stara.
Christina jest ładną, trzydziestoczteroletnią masażystką, zamieszkałą na Brooklynie. Jest stylowa, inteligentna, dowcipna i sympatyczna. Lubi jogę, sztukę, podróże oraz długie kolacje z przyjaciółmi, podczas których rozmawiają o miłości i o sensie życia. Mogłabym zostać jej przyjaciółką w realnym świecie, zwłaszcza kiedy byłam nauczycielką jogi na Brooklynie. Sprawiała wrażenie osoby w moim typie. Zgłosiła się do mnie zaniepokojona i załamana faktem, że Brad, będący od czterech lat jej mężem, poprosił o separację na próbę. Nasza pierwsza sesja wyglądała tak, że musiała po prostu się wygadać, a ja słuchałam ze współczuciem.
– Jillian – powiedziała ostro przez łzy. – On cały czas robi uniki. Nie komunikuje się. Za każdym razem, kiedy chcę porozmawiać o problemie, znajduje jakąś wymówkę, dlaczego jest zbyt zajęty, żeby o tym rozmawiać. Chcę naprawić nasze małżeństwo. Chcę zawalczyć o nasz związek, ale nie mogę zrobić tego sama.
Wierzyłam w to, co opowiadała mi Christina, i chciałam powiedzieć:
– A niech to, jasne, że nie możesz zrobić tego sama! I niech idzie do diabła! Musi skończyć z tym pieprzonym unikaniem i zabrać się do pracy.
Na szczęście nie powiedziałam tego. Prawda jest taka, że łatwo uwierzyć w wersję klientki, a ja jestem typem coacha, który zawsze wspiera swoich klientów. Jednak wspieranie nie polega na zgadzaniu się z nimi, ale na pomaganiu im. A w tym momencie musiałam przypomnieć sobie nauki mojego mądrego mentora: nie projektuj własnego osobistego doświadczenia na klienta, zawsze podważaj opowieść, którą sam opowiada, i pamiętaj, że zawsze jest druga strona historii (poza przypadkami przemocy i wykorzystywania). Rozumiałam Christinę i jej frustrację, ale mądry nauczyciel we mnie wiedział, że w tej historii musi być coś więcej. Nie miałam wątpliwości co do problemów jej męża, ale kopiąc trochę głębiej razem z Christiną, zaczęłam się zastanawiać, czy ona mogła przyczynić się do tego, że coś tu nie działa.