Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Żadna kość nie będzie złamana - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 września 2026
24,99 zł
2499 pkt
punktów Virtualo

Żadna kość nie będzie złamana - ebook

Dlaczego śpieszymy się nieustannie? Po co porównujemy się stale z innymi? Jak nasze korzenie rodzinne i środowisko, w którym przebywamy, wpływają na życie osobiste? I jakie zmiany w nas zachodzą, kiedy zderzamy się z bardzo trudnymi okolicznościami? Gdy fundament, na którym zbudowaliśmy swoje życie, zachwieje się, człowiek staje przed niepowtarzalną szansą – może wynurzyć się z „pustyni”, wsparty na ramieniu Jezusa. Wtedy ożyje w nim najgłębsza tęsknota ludzkiego serca – być jedno z Nim. Być tak trwale, by żadna kość nie została złamana. Książka Marty Balon to osobiste świadectwo duchowej podróży z Bogiem. Zapiski utrzymane w tonacji prozy fabularnej i reporterskiej publicystyki przeplatają się z notatkami pochodzącymi z dzienników duchowych, a nawet ze snów. Esencją książki pozostaje historia perturbacji, których doznała autorka, stanąwszy u progu przełomowych decyzji życiowych.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Wiara i religia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORKI. BÓG PROWADZI KAŻDEGO

Książka, którą trzymasz w dłoni, opowiada o jednym z odcinków mojej duchowej podróży ku głębszemu zakorzenieniu się tożsamości w Bogu. Mówi o sezonie trudnym, a równocześnie obficie nasyconym Jego dobrocią. Sezonie pełnym wyzwań i szczodrze posypanym Bożym poczuciem humoru. W Liście do Rzymian czytamy, że nic nie oddzieli nas od miłości Chrystusa (8:35–39). Bóg nie obiecuje, że ludzi ominą ciężkie wydarzenia, wręcz przeciwnie – zapewnia, że doznamy problemów na świecie (Ewangelia św. Jana 16:33). We wszystkim, z czym przyjdzie nam się zmierzyć, nie zabraknie jednak Jego obecności, ponieważ On zwyciężył. I przeprowadzi nas pod sztandarem swojej niezawodnej miłości.

Jestem przekonana, że mogłabyś i mógłbyś przytoczyć niejedną historię zaczerpniętą z twojej drogi z Panem. Może wypilibyśmy razem kawę albo poszli na spacer. Zachwyciłyby mnie Jego misterne dzieła, piękno i łaska lśniące w tobie. Kocham przyglądać się Bożym ścieżkom – Jego wierności względem własnego charakteru i wobec nas, i Jego mądrości wplecionej w gobelin ludzkiego życia. Moja opowieść z pewnością nie jest wyjątkowa pod względem okoliczności, do których się odwołuję – myślę, że wielu z was przeżyło albo właśnie przeżywa podobne doświadczenie, bądź o wiele trudniejsze. Z drugiej strony, jest to unikatowa historia, ponieważ Jezus działa indywidualnie w życiu każdego człowieka.

Niczym pięć chlebów i dwie ryby – przynoszę wam więc garść swoich przemyśleń i wniosków płynących z przeżyć. Przynoszę w ufności, że Pan pomnoży to, co mam. W żadnym razie nie przychodzę jako ekspertka, lecz jako ktoś, kto ciągle jest w drodze. Ktoś, kto odkrywa, uczy się, zmienia, popełnia błędy, robi krok w tył, a potem znów trzy kroki do przodu.

Wraz z początkiem niespodziewanych wydarzeń Duch Święty bardzo wyraźnie pobudził mnie, żebym zapisywała cały proces ugniatania, przeciskania i formowania. To zapisywanie było ciekawe, ponieważ od lat próbowałam prowadzić duchowy dziennik, i nawet udało mi się umieścić mnóstwo luźnych zapisków w różnych zeszytach. Nigdy jednak nie osiągnęłam poziomu systematyczności. I przyznam się, że niestety umknęło mi niemało odświeżających myśli, które zjawiały się w trakcie osobistego czasu modlitwy i medytowania nad Słowem Bożym.

Niekiedy wydaje nam się, że niektóre przeżycia są tak wyraziste, że na pewno o nich nie zapomnimy. To zdumiewające, ale z czasem nawet najbardziej znaczące wydarzenia i olśnienia mogą zatrzeć się w pamięci – zblaknąć jak stara fotografia. Poleganie na zdolności mózgu do doskonałego przechowywania wspomnień jest skazane na porażkę. Pamięć jest zawodna – multum istotnych szczegółów rozpływa się jak smużka dymu w powietrzu. Warto pisać, notować lub tworzyć obrazki – dzięki temu dawne objawienie ożyje na nowo w momencie twojej czy mojej największej potrzeby.

Tym razem silne wrażenie, że powinnam solidnie udokumentować to, co działo się na zewnątrz i wewnątrz mnie, połączyło się z Boską mocą sprawczą. Przyglądałam się wszystkiemu, co mówi i robi Bóg, a także własnym myślom i zmaganiom. Codziennie siadałam w ulubionym fotelu blisko okna i pisałam. Patrzyłam w okno i obserwowałam drzewa, które przemieniały się z nadejściem kolejnej pory roku. Kontemplowałam, zapatrzona na dachy domów po przeciwnej stronie ulicy. Z ciekawością przypatrywałam się mężczyźnie, który regularnie wyłaniał się na tarasie, żeby zapalić papierosa. Stawał się milczącym, zupełnie nieświadomym towarzyszem moich łez, mojego zniechęcenia, śmiechu i zachwytu. Chwilami zastanawiałam się, kim jest – z czym się mierzy, co go cieszy… W swej modlitwie powierzałam go Panu. Do tej pory lubię siadać w tym samym fotelu, wyglądać przez okno i z wdzięcznością rozmyślać o Bożej miłości. Tamtego człowieka już nie widuję, ale towarzyszy mi poczucie i wiedza, że jest cenny dla niebiańskiego Taty, identycznie jak ja i ty. Wierzę, że potężny Bóg ma pieczę nad wszystkimi zawirowaniami w jego życiu, jednakowo jak czuwa nade mną i nad tobą.

Przebywanie w Bożej obecności, oczekiwanie na Niego – kojarzy mi się z konkretnym przedmiotem. W jednym z pokojów w mieszkaniu rodziców męża wisiał obraz. Przedstawiał kawałek werandy skąpanej w świetle. Na werandzie stał stolik nakryty śnieżnobiałym obrusem i przyozdobiony wazonem z licznymi kwiatami. Dwa krzesła naprzeciwko siebie. Dwa kieliszki na blacie. Atmosfera oczekiwania na spotkanie. Zawsze kiedy przyglądałam się tej scenie, w głowie dźwięczało mi słowo „zaproszenie”. Ktoś za mną tęskni i pragnie mojej obecności tak mocno, skoro zaaranżował spotkanie. Zaprasza mnie do relacji – do bliskości, do dzielenia się sercem, do wypowiedzenia wojny hałasowi i rozproszeniu. Po śmierci rodziców męża obraz zawisł na naszej ścianie i nadal ewidentnie do mnie przemawia.

Chociaż nie planowałam napisania tej książki (byłam niepodważalnie przekonana, że prowadzę zapiski wyłącznie dla siebie), poczułam, że Pan Bóg zachęca, żebym podzieliła się swoją historią. Niech moje niedoskonałe słowa przyciągną cię bliżej serca doskonałego Boga – źródła wszystkiego. Pan jest słońcem i tarczą. Ożywia, odżywia, orzeźwia, daje wzrost i otacza ochroną. On – olśniewający, zaskakujący, niepojęty i nadzwyczajnie wierny całą swą istotą i wszelkim słowom danym człowiekowi.

Przeżycia ludzi są wyjątkowe. Pan Bóg mówi do każdego z nas w sposób niepowtarzalny – adekwatny do istoty danego człowieka. Bardzo często zdarza się tak, że Stwórca wybiera taki kanał komunikacyjny, poprzez jaki szczególnie lubi porozumiewać się z jednostką. Nie chcę przez to powiedzieć, że pozostałe sposoby Jego porozumiewania się z nami nie mają znaczenia, nie chcę także dokonywać żadnej gradacji różnych narzędzi, za pomocą których Bóg dociera do naszych serc – bardzo proszę, miejcie to niejako na uwadze podczas lektury książki.

Tak się składa, że do mnie Bóg mówi często przez sny. Chciałabym uspokoić czytelniczki i czytelników odczuwających w tym momencie dyskomfort i mających ochotę odłożyć książkę (albo rzucić nią o ścianę w przypływie „świętego oburzenia”… Puszczam do was oko): nie jestem osobą, która buduje jakość swojego życia na bazie wniosków wyciągniętych bezkrytycznie ze snów. Rozsądzam sny bardzo dokładnie – staram się badać, czy aby nie przeczą naturze Boga i Jego słowu. Sny są dla mnie ważnym, ale tylko jednym ze sposobów, jakich Bóg używa, żeby potwierdzać swoje plany względem mnie. Do ciebie Bóg może mówić zupełnie inaczej, co nie znaczy, że nigdy nie obdarzy cię proroczym snem. Myślę, że postępujemy mądrze, gdy nie odrzucamy żadnego kanału Bożej komunikacji. Otwartość serca na to, jak Pan może nas prowadzić, sprawia, że Jego działanie w naszym życiu staje się wielowymiarowe. Bóg przemawiał na rozmaite sposoby do postaci biblijnych. Dlaczego więc z nami miałby komunikować się zawsze tak samo? Uprzedzam jednak lojalnie – snów będzie tu dużo, i równie dużo cytatów ze Słowa Bożego.

Kiedy opisujemy osobiste przeżycia, pojawia się charakterystyczny dylemat: na ile głęboko, otwarcie i dokładnie powinniśmy dzielić się nimi? Wszakże dotykają one również innych ludzi, łączą się z ich historiami i często wkraczają na obszary bolesne. Powstaje obawa, że opowiemy o czymś w zanadto bezpośrednim stylu albo odwrotnie – ze zbyt dużym dystansem. Nie jestem pewna, czy udało mi się zachować właściwe proporcje – czy odpowiednio je wyważyłam. Odwołując się do rodzinnej historii, nie mam na celu osądu czy krytyki kogokolwiek. Starałam się szczerze opisać pewne wydarzenia, a jednocześnie z szacunkiem wobec członków mojej rodziny.

Ludzka perspektywa jest zawsze w jakiejś mierze subiektywna, bo przecież związana z osobistymi emocjami i doświadczeniem. Proszę cię, droga czytelniczko i drogi czytelniku, o wyrozumiałość. Wybacz, jeśli w niektórych częściach książki opowiadam nazbyt ogólnie, w innych z kolei nadmiernie wylewnie. Wierzę, że Bóg ożywi te części tekstu, którymi będzie chciał osobiście przemówić do ciebie.

I ostatnia sprawa, zanim wyruszymy razem w tę podróż… W książce używam określenia „intymna relacja z Bogiem” i już na samym początku chciałabym wyjaśnić, co mam na myśli, tak aby uniknąć ewentualnych nieporozumień; chociaż w kręgach chrześcijańskich jesteśmy na ogół przyzwyczajeni do tego terminu, wolę rozwiać wszelkie wątpliwości. W języku potocznym słowo „intymność” lub „intymny” kojarzy się najczęściej ze sferą seksualną, w mojej książce natomiast to słowo jest tożsame ze znaczeniem: bardzo bliski; głęboki; osobisty. W angielskim słowie _intimacy_ (po polsku – intymność) współgrają trzy słowa: _into me see_ – oznaczają one: zajrzyj w głąb mnie. Bliska więź z Bogiem polega właśnie na tym, że „zaglądamy w głąb Jego serca” i Jemu pozwalamy „zajrzeć w głąb nas”… bo Bóg prowadzi i pragnie prowadzić nas wszystkich – każdego człowieka uczy szczodrze optyki i ekonomii nieba.ROZDZIAŁ 1. CIEŃ

_Kiedy na drodze z Bogiem przeszkadzają nam liczne zajęcia, depresja, problemy rodzinne lub coś jeszcze gorszego, Bóg nas nie opuszcza. Podobnie, jeśli podążamy drogą ufności, nie porzucamy Boga. Gdy błądzimy i schodzimy ze ścieżki, ta ufność ciągnie nas z powrotem na właściwe tory. A my się nie wzdrygamy i nie wahamy. Nie boimy się, że będziemy niemile widziani w ramionach Ojca. Nieważne, na jakim etapie podróży się znajdujemy, mamy w sobie cichą pewność, że nasza ufność w miłość Boga sprawia Mu ogromną przyjemność_ ¹ _._

Obecność niebiańskiego Taty towarzyszy nam zarówno wtedy, kiedy kroczymy po wyżynach radości, jak i wówczas, gdy przemierzamy cierniste doliny cienia śmierci. Możemy odczuwać ją bardziej w złocistych świtach chwalebnych i pełnych nadziei początkach, a mniej podczas bolesnych, a czasami mrocznych zmierzchów wieńczących poszczególne etapy naszego życia. Niezbitą prawdą jest jednak to, że On niezachwianie, niezmiennie trwa przy nas. Bóg nie tylko chce bliskiej relacji z człowiekiem, On wręcz pragnie takiego zespolenia z nami, jakie trudno sobie nawet wyobrazić, a co dopiero w nie uwierzyć. Stwórca wszechświata chce być z nami jedno. Święty Paweł pisze w Liście do Filipian o tym, że wszystko uznaje za mało wartościowe wobec możliwości pozyskania Chrystusa i zjednoczenia się z Nim całkowicie (List św. Pawła do Filipian 3:8–9). Przypowieść o krzewie winnym i latoroślach z Ewangelii świętego Jana nie jest jedynie piękną niedoścignioną metaforą – to rzeczywistość, za którą tęskni Bóg, i za którą również my tęsknimy w głębi naszych serc. Pan chce, aby wszystko, co robimy i kim jesteśmy, wypływało z życiodajnego połączenia z Nim.

Mimo że psalm dwudziesty trzeci zawsze był mi szczególnie bliski, miałam go zrozumieć o wiele pełniej. Bezpośrednie sąsiedztwo wersetów o właściwych ścieżkach, którymi prowadzi Bóg, i o dolinie cienia śmierci – przyprawiało mnie o coś w rodzaju niewygody. Wolałam jak najszybciej przejść do części o przelewającym się kielichu obfitości i nasycaniu się dobrocią Boga. Ale na czym polega Jego dobroć? Czy Boża definicja dobroci mieści się w ogóle w naszym pojmowaniu? Czy już tak mocno przesiąkliśmy humanistycznym paradygmatem dobroci, że natychmiast odrzucamy to, co wykracza poza niego? Czy Bóg może nas wieść doliną ciemności, żebyśmy tam przynosili chwałę Jego imieniu? Czy właśnie tak mogą wyglądać ścieżki Jego sprawiedliwości…?

Właśnie podjęliśmy z mężem decyzję o przeprowadzeniu się do Szwajcarii. Wierzyliśmy, że to słuszny krok – wynikający z Bożego planu na nasze życie. Modliliśmy się, szukaliśmy Jego woli. Prosiliśmy o wsparcie ludzi, którzy „słyszą Jego głos”. W sercach odczuwaliśmy silnie, że Bóg posyła nas do tego kraju z kilku powodów, i właśnie tam powinniśmy spędzić kolejny sezon naszego życia. Jak długi? Tego nie wiedzieliśmy. Mówiąc szczerze, wcale nie było to dla mnie ani łatwe, ani komfortowe. Lubię funkcjonować według konkretnych wytycznych. Czuję się bezpiecznie, kiedy poruszam się zgodnie z kalendarzem. Po prostu chcę wiedzieć. Wszelka niewiedza lub brak bardziej szczegółowych danych sprawiają, że jestem jakby zawieszona w „bezplanie” lub w „bezczasie”. Kołysanie się nad otwartą przestrzenią różnych wariantów i niejednoznacznych odpowiedzi wywołuje u mnie mdłości. Dlatego perspektywa przeprowadzki – nawet do miejsca tak uroczego jak Szwajcaria – była ogromnym krokiem wiary. Krokiem, który wiązał się z podążaniem ku obcemu, niepewnemu; z pozostawieniem utartych dróg, typowych schematów postępowania i „naszych” ludzi.

Postanowiłam, że przed wyjazdem odwiedzę stomatologa, ponieważ koszty leczenia zębów w Szwajcarii – podobnie jak w wielu innych europejskich krajach – są potężne. To miała być zwyczajna, rutynowa wizyta – zajęcie się drobnymi ubytkami. Moje piękne, chwalone przez dentystów zęby nie sprawiały nigdy większych kłopotów – ani razu nie przeszłam leczenia kanałowego, nie doświadczyłam żadnego cierpienia związanego z problemami z uzębieniem. Moim jedynym nietypowym zjawiskiem jest ząb mleczny, który nie wypadł w okresie, w którym powinien był – wytrwał ponad czterdzieści siedem lat… i dalej trwa! Jestem mu za to niezmiernie wdzięczna, bo pod mleczakiem brakuje zawiązka zęba stałego (to tak zwana hipodoncja). Jeśli go stracę, zostanie zastąpiony implantem, chyba że w nadprzyrodzony sposób wyrośnie ząb stały (z Bogiem wszystko możliwe!).

Do mojej szkoły podstawowej uczęszczały dwie uczennice, którym nie wypadły mleczaki: ja i koleżanka z klasy. Dla szkolnej stomatolożki stanowiłyśmy nie lada atrakcję – do tego stopnia, że nawet chciała usunąć mleczaki! Ale zdecydowanie zaprotestowałyśmy, a i nasi opiekunowie nie wyrazili zgody. Dziś przypadki takich mleczaków zdarzają się dużo częściej, wynikają z wad zarówno genetycznych, jak i nabytych. Ostatnio w pewnym gabinecie dentystycznym powiedziano mi, że przyjęli siedmioletniego pacjenta, który cierpi na anodoncję (całkowity brak zawiązków zębów stałych)…

Pamiętam zgrzebność szkolnego gabinetu stomatologicznego i panią w ogromnych okularach, która napędza nogą urządzenie do borowania zębów… Cóż to były za czasy! Kiedy zdjęcia rentgenowskie bardziej się rozpowszechniły, wtedy okazało się, że pod zębem mlecznym nie mam owego zawiązka. Dentyści po prostu życzyli mojemu mleczakowi długiego życia… Najciekawsze, że wciąż jest zdrowy i dobrze mi służy, choć na przestrzeni ostatnich kilku lat jeden z jego korzeni niestety znacząco się skrócił, co oznacza, że zbliża się nieuchronny koniec życia zęba. Modlę się, żeby jeszcze trochę wytrzymał, bo, żartobliwie mówiąc, mleczak przypomina mi o tym, żebym starała się zachować niektóre cechy dziecka – takie jak ciekawość, spontaniczna radość i, właśnie dziecięca, beztroska…

W pierwszej połowie lipca przed planowanym przeprowadzeniem do Szwajcarii odwiedzam więc gabinet stomatologiczny, nie przeczuwając, że to, co się tam wydarzy, zapoczątkuje szereg nieoczekiwanych zmian. Nie mam pojęcia, że tamten dzień zrodzi proces, w którym nadzieja będzie tańczyć z bezsilnością, wiara – mocować się z wątpliwościami, światło – przepychać się z ciemnością… a wszystko po to, żebym odkryła na nowo, czym jest sedno życia z Bogiem.

Jeden z kaznodziejów bardzo trafnie ujął to w słowach: „Prawdziwa nadzieja nie tkwi w tym, co przyniesie jutro, ale w tym, kto przyniesie jutro”. Bóg potrząsa różnymi rzeczami w ludzkim życiu, żeby sprawdzić, czy nasze poczucie bezpieczeństwa jest nadal zbudowane na Nim. Nie robi tego po to, żeby nas zranić, lecz po to, żebyśmy mogli się zorientować, w jakim momencie życia i wiary jesteśmy dziś. Pan nie ma na celu wywołania w człowieku poczucia winy. Chce, abyśmy mogli uczciwie ocenić, czy czujemy się dobrze, bo sprawy pomyślnie się układają, czy dlatego, że Mu ufamy. Dnia siedemnastego sierpnia piszę w swoim dzienniku:

_Tato, dziękuję Ci za proces. Wierzę, że otwierasz przede mną nowy sezon, ale dziś chcę oddać Tobie każdą obietnicę i sposób, w jaki się wypełni. Poddaję się Tobie. Chcę cieszyć się Tobą z powodu Ciebie samego, a nie ze względu na piękne obietnice. Moja nadzieja na jutro jest w Tobie. Pomóż mi strzec przestrzeni czasu z Tobą. Przestrzeni modlitwy, uwielbiania i dziękowania. Przestrzeni słuchania. Pełen chaosu i pośpiechu świat goni w szaleńczym tempie. Nie chcę pędzić przed siebie. Nie chcę gubić prawdziwego życia. Ty jesteś sednem, sensem i nagrodą. Treścią życia, a nie dodatkiem do niego. Najbliższą osobą. Oblubieńcem. Przyjacielem. Królem. Zawierzam się Twojej miłości_.

Niektóre aspekty definicji nadziei, z którą żyjemy na co dzień, odbiegają od biblijnego pojęcia tego, czym jest nadzieja. Według Słownika Języka Polskiego PWN nadzieja to: oczekiwanie spełnienia się czegoś pożądanego i ufność, że to się spełni, urzeczywistni; możliwość spełnienia czegoś².

Według Wielkiego Słownika Języka Polskiego WSJP nadzieja to oczekiwanie, że w przyszłości spełnią się czyjeś życzenia³.

Psycholog Monika Grochowska, której artykuł można przeczytać na stronie: https://linia-zdrowia.pl/, cytuje dwóch innych psychologów wypowiadających się na temat nadziei:

_Na poziomie psychologii nadzieja jest oczekiwaniem na wymarzony wynik lub reakcją na niekorzystny wynik wydarzenia mający nastąpić w przyszłości. Opiera się ona na wydarzeniach, które nie dobiegły jeszcze końca i odnosi się do czegoś, co ma nastąpić w przyszłości i ma się wkrótce zrealizować (Zavalloni 1999, s. 17)._

_Nadzieja, jest to oczekiwanie, że jesteśmy w stanie zrealizować własne cele, które pojawiają się, gdy człowiek staje przed jakimś wyzwaniem (Trzebińska 2008, s. 98)_ ⁴.

Z kolei według psychologów Paula Ekmana i Richarda J. Davidsona nadzieja to _życzenie zaistnienia określonego stanu rzeczy i niepewność, że tak się stanie_⁵.

Na podstawie powyższych prób uściślenia tego, czym jest nadzieja, można wysnuć następujące wnioski:

Nie chodzi o to, że powyższe stwierdzenia są nieprawdziwe – przecież gdybyśmy podejmując się jakiegoś zadania, nie żywili nadziei, że uda nam się je wykonać, nigdy byśmy do tego zadania nie stanęli. Nadzieja na to, że nasze działania skończą się sukcesem, jest dobra, choć nie jest wystarczająco stabilna.

Nadzieja, o której czytamy w Biblii, nie ma nic wspólnego z chwiejnością, ulotnością czy nieprzewidywalnością. Również nie dotyczy tego, co możemy zrobić my sami. Nie jest tak naprawdę związana z naszymi celami bądź marzeniami.

_A nadzieja NIE ZAWODZI, bo miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który nam jest dany_ ⁶.

_Abyśmy przez dwa niewzruszone wydarzenia, co do których niemożliwą jest rzeczą, by Bóg zawiódł, my, którzy ocaleliśmy, mieli mocną zachętę do pochwycenia leżącej przed nami nadziei. Jej to trzymamy się JAKO KOTWICY DUSZY, PEWNEJ I MOCNEJ, sięgającej aż poza zasłonę_ ⁷.

Biblijna nadzieja łączy się ściśle z osobą samego Boga i z Jego obietnicami, a nie z ludzkimi oczekiwaniami na wymarzony wynik swojego postępowania lub na pożądany obrót okoliczności zewnętrznych.

_Błogosławiony ten, którego pomocą jest Bóg Jakuba, którego nadzieja jest W PANU, BOGU JEGO_ ⁸.

_W PANU pokładam nadzieję_. _Dusza moja żyje nadzieją. Oczekuję słowa Jego_⁹.

A co, jeśli każdy rodzaj okoliczności może nas przekształcać w ludzi pełnych miłości i radości? Co, jeśli to jest celem przechodzenia przez najróżniejsze zawiłości życia?

Kiedy Bóg i Jego obietnice stają się prawdziwie źródłem naszej nadziei, zaczynamy chodzić w Bożym pokoju, ponieważ _wiemy, że Bóg współdziała WE WSZYSTKIM ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują, to jest z tymi, którzy według postanowienia Jego są powołani_¹⁰.

Przekonania chrześcijańskich teologów na temat tego, czy Bóg jest autorem złych okoliczności w naszym życiu i czy ma pod kontrolą wszystkie wydarzenia, różnią się od siebie. Ale jedna rzecz na pewno je łączy: teolodzy zgadzają się co do tego, że Bóg użyje nawet trudnego położenia, w jakim się znaleźliśmy, żeby nas zmieniać na swój obraz i podobieństwo. Użyje, jeśli tylko Mu pozwolimy. Jeśli nasze serca poddadzą się Jego formowaniu zgodnie z Jego planami, a nie na naszych warunkach. Błąd, który często popełniamy, kiedy przechodzimy przez trudne okoliczności, polega na swoistym utknięciu, czy też na zaklinowaniu się we własnym dramacie. Nie pytamy Boga, co On o tym wszystkim myśli i co chce zrobić w nas i przez nas. Dopiero gdy przestajemy rozpaczliwie się miotać, stajemy się zdolni do usłyszenia Jego głosu. Wierzę, że Pan pragnie wprowadzać nas w miejsce opisane w Psalmie sto trzydziestym pierwszym:

_Zaiste, uciszyłem i uspokoiłem mą duszę jak dziecię odstawione od piersi u swej matki. Tak we mnie spokojna jest dusza moja_ ¹¹.

Mało jest widoków piękniejszych niż obraz niemowlęcia, które właśnie zostało nakarmione pożywnym mlekiem matki, a teraz odpoczywa w jej ramionach. Na jego dziecięcej buzi maluje się bezbrzeżny spokój. Oczy utkwione w matce, poczucie pełnego bezpieczeństwa. Taki stan duchowego ukojenia nie przychodzi natychmiast. Jest to proces poznawania, kim jest Bóg i kim dla Niego naprawdę jest człowiek. Przez długie lata właśnie w ten sposób odczytywałam obraz nakreślony w powyższym psalmie. Dopiero niedawno dotarła do mnie głębia hebrajskiego słowa gamul. Opisuje ono dziecko starsze, które nie potrzebuje już mleka matki, by przetrwać. Takie dziecko przebywa w objęciach rodzica nie po to, by zostać nakarmionym, lecz by po prostu być. Wybiera bliskość, szuka bezpieczeństwa i pocieszenia, a nie zaspokojenia instynktownego głodu. Niemowlę przy piersi jest bowiem skupione wyłącznie na własnej potrzebie – matka jest dla niego jedynie drogą do celu. Jeśli pokarm nie pojawi się natychmiast, reaguje lękiem i płaczem, a cała relacja opiera się na biologicznym braniu.

Studiując ten psalm, zrozumiałam, że opisuje on radykalną transformację więzi z Bogiem. Psalmista nie szuka już gorączkowo odpowiedzi na każde pytanie, nie pozwala, by paraliżował go lęk o przyszłość. Relacja ze Stwórcą przestaje być walką o przetrwanie, a staje się bezpieczną przystanią. Bóg przestaje być jedynie „Zaopatrzeniem”, a staje się „Domem”, w którym można odpocząć. Nawet jeśli nie pojmuję procesów zachodzących w moim życiu ani dróg, którymi Bóg mnie prowadzi, mogę po prostu celebrować Jego obecność.

Święty Paweł pisze do Kościoła w Koryncie:

_Jeśli tylko w tym życiu pokładamy nadzieję w Chrystusie, jesteśmy ze wszystkich ludzi najbardziej pożałowania godni_ ¹².

Czy nasza nadzieja jest związana tylko z tu i teraz? Czy mamy przed oczami wieczność, do której Bóg nas powołał? Czy żyjemy w głębokiej świadomości, że jesteśmy na Ziemi tylko wędrowcami, pielgrzymami? Czy może trzymamy się kurczowo fizycznego życia…? W Liście do Rzymian (12:2) święty Paweł zachęca nas, żebyśmy nie podporządkowywali się schematom myślenia panującym w tym świecie. Jednym z takich schematów jest przekonanie, że jesteśmy ograniczeni czasem. To prawda, że w wymiarze ziemskim dysponujemy tylko określoną miarą czasu, jednak dla nas, ludzi wierzących, życie nie dobiega końca tu i teraz. Bóg chce przeobrażać nasz sposób myślenia i pragnie, abyśmy nauczyli się spoglądać na całe swoje życie z perspektywy wieczności.

Tu i teraz… Moja wizyta u stomatologa przebiega normalnie – tylko kilka niewielkich ubytków, jak zwykle. Na koniec jeszcze panorama uzębienia, bo zdjęcie rentgenowskie zrobione pięć lat temu – trzeba powtórzyć. Stomatolożka przez dłuższy czas wpatruje się w ekran komputera, marszczy czoło, rozmyśla…

– Wie pani co? – mówi. – Tu, pod dolnymi zębami, widać jakiś cień. Przeważnie jest to efekt błędu aparatu rentgenowskiego, ale wolałabym przyjrzeć się dokładniej. Zrobimy zdjęcia punktowe. Włożę pani do ust blaszkę, wsunę głębiej i docisnę. Może być trochę boleśnie, nieprzyjemnie. Proszę się nie bać, to potrwa tylko chwilę.

Stomatolożka robi kilka zdjęć punktowych.

– Ewidentnie widać tutaj cień. Proszę spojrzeć. O, tu – stwierdza z troską i wskazuje miejsce na zdjęciu.

Czyta plik z moją dokumentacją sprzed pięciu lat. Otwiera stare zdjęcie rentgenowskie.

– Widzi pani? Na tym zdjęciu też jakby wyłania się coś niewyraźnie. Ledwo-ledwo. Poprzedni lekarz pewnie tego nie zauważył. Umówię panią na tomografię szczęki, która da nam znacznie dokładniejszy obraz.

W tamtym momencie nie odczuwam żadnego niepokoju, jedynie lekkie poirytowanie, zniecierpliwienie. Jestem przekonana, że to nic poważnego, ale czuję się trochę niezadowolona, że zamiast załatwiać kolejne rzeczy, muszę poświęcić czas na jeszcze jedną wizytę. Tego przecież nie było w planie…

Biegnę do przodu. Niecierpiąca zwłoki sprawa, następne zadanie, odhaczanie punktów z długiej listy obowiązków. Tak trudno jest mi się zatrzymać, znaleźć chwilę na posiedzenie w ciszy, na samotny spacer, na zauważenie kwiatów w pąkach na drzewach i tego, jak zachodzące słońce otula świat kobiercem ciepłych barw. Kilka lat wstecz ominął mnie sezon kwitnięcia rododendronów, które uwielbiam. W tym samym roku nie kupiłam ani razu truskawek. To były znaki ostrzegawcze, że zaczynam przegapiać zwyczajne, przyjemne chwile. Nie mam czasu, żeby nabrać wiosennego powietrza głęboko do płuc, pobawić się z kotem, wypić poranną kawę małymi łykami, a nie wlewać ją w siebie jednym duszkiem. Wszystko jest ważne, najważniejsze – nie bardzo wiadomo, co tak naprawdę jest istotne, bo każda rzecz wydaje się pilna, priorytetowa.

Sprawy rozrastają się w niepohamowany sposób – jak wątki w moich powieściach. W pisarstwie mam obok siebie cudowną duszę – redaktorkę, która nie pozwala, żeby w literaturze, którą tworzę, mnogość wątków utopiła czytelnika. Przychodzi do moich tekstów z ostrymi nożycami i wyjaśnia, dlaczego tekst potrzebuje tych cięć. A ja rozumiem. Pamiętam niezwykle ważną rozmowę pomiędzy nami. Z ogromną troską i wrażliwością powiedziała: „Martuś, wątki w twoich książkach pączkują podobnie do wątków w twoim życiu”. To była dla mnie przełomowa, wręcz wstrząsająca chwila. Ktoś spojrzał z pewnego dystansu nie tylko na mój brak fabularnej wstrzemięźliwości, ale i na poplątane priorytety życiowe. Następnie krótko i przejrzyście wyłuszczył problem. Ta rozmowa odgrywa ogromną rolę w procesach, przez które Pan Bóg mnie przeprowadza. Do tej pory funkcjonuje między mną a redaktorką żartobliwe określenie: „rozrost empatyczny”, które służy opisaniu mojego pragnienia zaspokojenia każdej kiełkującej lub wybuchającej potrzeby ludzkiej. A zadania potrafią namnażać się i rosnąć w szalonym tempie, domagając się, bym zaopatrywała je swoją baczną uwagą i dostrzegała z każdej strony.

Skoro mogę pomóc, to przecież pomagam. A pomagając innym, już niemal nie mam przestrzeni na własne życie… ale biegnę dalej! Staram się zrobić wszystko – być wszystkim dla wszystkich. I choć szczerze pragnę spędzać czas z Bogiem – spotykać się z Nim realnie, codziennie – to łapię się na tym, że w trakcie modlitwy utykam w połowie zdania. Zamiast nasycać się duchowym pokarmem, przeżuwam kotłujące się we mnie sprawy. Próbuję wytrzymać w ciszy – słuchać, co mówi Bóg – ale dziesiątki życiowych scenariuszy bombardują moją głowę… Czy ciebie, czytelniczko i czytelniku, też to dotyczy, czy jestem jakimś ewenementem…?

Mam wrażenie, że wielu z nas popada w analogicznie błędne koło. Zastanawiamy się, dumamy, co trzeba by wykonać, zrobić, załatwić – do kogo zadzwonić, napisać, komu dopomóc. Martwimy się o _deadline_ w pracy, o zdrowie rodziców, o dzieci, o pieniądze na rachunki i o rozwiązania problemów całego świata. Nie potrafimy zapanować nad rozedrganymi myślami… Pewnego razu przyśnił mi się sen, który świetnie zobrazował chaos panoszący się w moim życiu:

_Czekam na znajomego o imieniu Piotr. Wiem, że przyjdzie na pewno. Nagle słyszę walenie do drzwi – nie jest to delikatne pukanie, lecz bardzo gwałtowne łomotanie. Podchodzę bliżej. Coś tu nie gra. Mój znajomy jest bardzo łagodnym, subtelnym człowiekiem – nigdy nie zachowałby się tak hałaśliwie, nerwowo._

_– Kto tam? – pytam._

_Najpierw dłuższa cisza, potem znów głośne uderzanie w drzwi. Mimo że czuję, że nie powinnam otwierać, robię to._

_Do domu coś wpada. Trudno mi opisać tę istotę – to ktoś pędzący niczym huragan! Ktoś, kto w ciągu kilku sekund obiega cały dom i sieje straszny zamęt. Nagle przychodzi mi na myśl imię: Chaos._

Imię Piotr oznacza skałę. Czekam na Jezusa – na moją skałę, a wpuszczam chaos. Często – podobnie jak w tym śnie – doskonale zdaję sobie sprawę, że nie powinnam pozwalać na określone sytuacje. A jednak pozwalam. W konsekwencji chaos wpada do mojego życia, huczy po wszystkich pomieszczeniach jak straszliwa wichura. Zagarnia każdy kąt, z niszczycielską siłą naciera na moją duszę.

Czasem pośród kłębowiska własnych myśli czuję się jak nieudolny władca, który bez skutku stara się okiełznać niesfornych poddanych. Zmuszanie każdej myśli _do poddania się w posłuszeństwo Chrystusowi_ (2. List św. Pawła do Koryntian 10:5) nie zawsze idzie gładko. Próbuję się usprawiedliwiać, tłumaczyć sobie, że takie są życiowe realia. Brzmi znajomo…? Przecież nie można nie zaopiekować się podupadającym na zdrowiu rodzicem. Nie można nie wykonać swoich obowiązków w pracy lub nie zgodzić się na jakiś uczynek wynikający z deklaracji i poczucia misji osobistej (np.nie mogę nie podjąć się zorganizowania kolejnego spotkania dla wiernych w kościele).

Podkreślę, że absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że nie powinniśmy troszczyć się o rodziców, wykazywać pilnością w pracy, sumiennie pełnić powierzoną nam służbę – wrócę do tego wątku w dalszej części książki…

Wpadam w poczucie winy, ponieważ zdaję sobie sprawę, że nie ogarniam mnożących się zadań, ludzkich potrzeb i rozmaitych zobowiązań. Chcę więcej Boga w moim życiu, a mam wrażenie, jakby On wymykał mi się. A może to ja wymykam się Jemu? Obiecuję sobie i Bogu, że jutro bardziej się postaram. W gruncie rzeczy jestem przeświadczona, że to tylko iluzja, której postanawiam się trzymać, żeby kompletnie nie zwariować. Głęboko wewnątrz przeczuwam, że nie do takiego życia przeznaczył mnie Bóg. Czy ty też, kiedy czytasz ten opis mojego życia, myślisz może, że nie jest to ilustracja życia w obfitości, o której wspomina Jezus? W Liście do Hebrajczyków czytamy o wyścigu:

_Z tego powodu my, otoczeni tak wielką rzeszą świadków, odrzućmy wszelkie przeszkody oraz krępujący nas grzech i biegnijmy wytrwale w wyznaczonym nam wyścigu_ ¹³.

Kiedy próbuję wymalować przed oczami obraz, jaki wyłania się z tego wersetu, to widzę bardzo dynamiczną scenę. Wyobrażam sobie człowieka, który zrzuca z siebie ogromne ciężary, rozrywa krępujące go powrozy i gwałtownie odsuwa przeszkody wyrastające na jego drodze. Zaczyna biec i nabiera coraz większego tempa. Autor tego listu mówi, że każdemu z nas został wyznaczony wyścig.

W jaki więc sposób można połączyć ten fragment z fragmentem z Ewangelii świętego Mateusza? Pozornie wydają się sprzeczne. Jeden jest pełen ruchu, drugi – spokoju:

_Przyjdziecie do Mnie wszyscy zapracowani i przeciążeni, Ja wam zapewnię wytchnienie. Weźcie na siebie moje jarzmo, uczcie się ode Mnie łagodności i pokory serca, a znajdziecie ukojenie dla swych dusz. Gdyż moje jarzmo jest wygodne, a moje brzemię – lekkie_ ¹⁴.

W innym wydaniu powyższy fragment brzmi następująco:

_Jesteś zmęczony? Wyczerpany? Wypalony religią? Przyjdź do Mnie. Wyrwij się z tego miejsca razem ze Mną, a odzyskasz swoje życie. Pokażę ci, czym jest prawdziwy odpoczynek. Chodź razem ze Mną i pracuj razem ze Mną – przyjrzyj się, jak Ja to robię. Naucz się niewymuszonych rytmów łaski. Nie nałożę na ciebie niczego ciężkiego i niczego źle dopasowanego. Dotrzymuj Mi towarzystwa, a nauczysz się żyć w lekkości i w wolności_ ¹⁵.

Jezus zna miejsce prawdziwego odpoczynku. Chce nas tam zaprowadzić, żebyśmy mogli odzyskać swoje życie. Nie chodzi o to, czy jesteśmy dynamiczni, czy raczej spokojni. Czy wykonujemy zadania szybko czy powoli, czy robimy więcej czy mniej – to kwestie związane z temperamentem i osobowością, a także z rodzajem indywidualnego powołania i sezonem życia, w jakim obecnie znajduje się dany człowiek. Chodzi o pokój i wolność. Jezus wie, czym są niewymuszone rytmy łaski. Łaska ma swój rytm. Jest niewyczerpana – nie ustaje, i otrzymujemy ją na nowo każdego dnia, ponieważ Bóg jest wierny (Księga Trenów 3:22–23).

Bardzo ciekawe jest też to, że drugi werset zacytowanego rozdziału Listu do Hebrajczyków zaczyna się słowami: _Utkwijmy wzrok w Jezusie_. Czyli patrzmy pilnie na Jezusa, wpatrujmy się w Niego, skierujmy na Niego swoją uwagę. Nie rozglądajmy się po innych, nie porównujmy swego wyścigu z ich wyścigiem. Jezus chce mnie (jak i ciebie) nauczyć, jak mam się poruszać i postępować – bez zestawiania siebie z cudzym, innym od mojego, pędem i stylem postępowania.

Dziś, gdy piszę ten akapit, wszystko idzie na opak. To jeden z takich dni, w których ma się wrażenie, że pierwsze wydarzenie ustawia przebieg wszystkich następnych – przypomina to system naczyń połączonych. Całość chwieje się niebezpiecznie i staje pod znakiem zapytania, a ja próbuję powstrzymać przewracające się domino. Zaczęło się od kiepskiej nocy – prawie nie zmrużyłam oka; nie muszę mówić, że nie wstałam w zbyt radosnym humorze. Mąż szczodrze podrzucił mnie do innego miasteczka – do gabinetu fizjoterapeutycznego na masaż żuchwy. I to akurat pobudziło mnie do dziękczynienia, bo pokonanie tej trasy zajmuje tylko dziesięć minut, jeśli jedzie się autem – to solidne przeciwieństwo podróży dwoma autobusami.

W drodze powrotnej z wizyty u fizjoterapeuty, gdy wsiadłam do pierwszego autobusu, otrzymałam za pośrednictwem specjalnej apki¹⁶ wiadomość, że następna linia autobusowa przestała kursować z powodu wypadku. W efekcie, żeby dostać się do domu, zaliczyłam nieplanowany ponadgodzinny spacer. Zanim ruszyłam w prawidłowym kierunku, błądziłam pieszo po szwajcarskim miasteczku, w którym nadal się gubię. Nie zrobiłam planowanych zakupów, bo perspektywa kilkukilometrowego targania toreb nie napawała optymizmem. Potem okazało się, że ze względu na barierę językową nie mogę porozumieć się telefonicznie z recepcją gabinetu lekarza i potrzebuję poprosić sąsiadkę o pomoc w roli tłumaczki z francuskiego na angielski. Sąsiadka niedługo przyjdzie i oczywiście jestem jej niezmiernie wdzięczna, ale nie spodziewałam się dziś spotkania z nią. Takie rzeczy wybijają mnie totalnie z rytmu. Proste sprawy – typu umówienie wizyty lekarskiej – urastają do rangi akcji z cyklu _Mission Impossible_. Walczę z rozproszeniem i frustracją. Z jednej strony chcę zaprosić sąsiadkę na herbatę, z drugiej – borykam się z presją wewnętrzną, że powinnam w tym czasie pracować.

Piszę i czuję, że Słowo Boże (a konkretnie wspomniany wcześniej werset Ewangelii świętego Mateusza) stopniowo obmywa moją duszę. Koi zamieszanie w moim wnętrzu. Słyszę łagodny Boży głos, który zaprasza mnie do wejścia do niewymuszonych rytmów łaski. Wyobrażam sobie Jezusa, który nawołuje mnie szerokim gestem. Na Jego ustach dostrzegam uśmiech tknięty połyskiem dobroci. Nabieram powietrza i powoli wypuszczam z płuc. Bolące plecy odprężają się… Przecież nie muszę dziś dobiec do żadnej wyimaginowanej mety!

Życie pilnych, skrupulatnych, skupionych obserwatorów wymaga tego, żeby zrobili miejsce na niespodzianki – na nieoczekiwane wydarzenia. Myślę, że to ważne, żeby nauczyć się sztuki „goszczenia” tego, co nieprzewidziane. Zamierzenia Boże mogą „przychodzić” w przebraniu chaosu i „okrężną drogą”, mogą skrywać się za maską okoliczności, które uznaliśmy za swoją porażkę – tylko umiejętność patrzenia z perspektywy nieba pozwoli nam dostrzegać te niuanse.

Panie, chcę dotrzymywać Ci towarzystwa i uczyć się życia w lekkości. Pomimo zawirowań, zaburzeń planów i niespodziewanych zwrotów wydarzeń. Pragnę otworzyć serce na „objazdy” zainspirowane przez Ciebie. Jestem Twoja. Ty jesteś mój. Tylko to naprawdę się liczy. Wiem przecież, w jak cudowny sposób potrafisz odkupić czas. Wiem, że Twoje posilenie sprawia, że mogę dzisiaj zrobić jeszcze więcej nawet, niż zakładałam. W odpocznieniu i w lekkości. A jeśli nawet nie zrobię, świat się nie zawali. Moja tożsamość w Tobie się nie zawali. Chcesz, żebym po prostu zaufała. Wtulam się w Ciebie i puszczam swoją obsesję kontroli. Znów dałam się nią omotać, ale już zawracam. Liczba załatwionych spraw mnie nie definiuje. Pragnę wsłuchać się w Ciebie. Ty prowadź. Obróć każdą niedogodność w miejsce obfitujące w źródła błogosławieństwa. Chcę patrzeć na wszystko z Twojej perspektywy. Poddaję się Tobie.

_Nasze „tak” czasami prowadzi do rezultatu, który w niczym nie przypomina wizji, jaka się w nas zrodziła. Czy potrafimy mówić codzienne „tak” Bożemu życiu w nas, nawet jeśli ostateczny efekt będzie różnił się diametralnie od naszych wyobrażeń?_ ¹⁷

Jeśli znalazłeś się w dziwnym, samotnym i szalonym miejscu, kochający niebiański Tata nie przygląda ci się z boku z niezadowoloną miną. To Emmanuel – Bóg z nami. To Ten, który jest obeznany i doświadczony we wszystkim z wyjątkiem grzechu, dlatego potrafi nam współczuć (List do Hebrajczyków 4:15).

W komentarzu do tłumaczenia Passion Translation Psalmu sto trzeciego, wersetu trzynastego i czternastego – znajdziemy bardzo poruszające wyjaśnienie. Przytoczę najpierw omawiany fragment:

_Jak się lituje ojciec nad dziećmi, tak się lituje Pan nad tymi, którzy się Go boją. Bo On wie, jakim tworem jesteśmy. Pamięta, żeśmy prochem_ ¹⁸.

Autor komentarza pisze:

_Hebrajskie słowo_ yatsar _ma kilka znaczeń, między innymi „Forma, twór lub ciało”. Jednak homonim słowa_ yatsar _oznacza „być zrozpaczonym” lub „być sfrustrowanym”. Zdanie to może więc zostać przetłumaczone w następujący sposób: „Ty wiesz o wszystkich moich frustracjach i o całej mojej rozpaczy”. Kiedy połączymy te myśli razem, uzyskamy obraz Boga, który nie zapomniał, że utworzył nas z prochu i jako ludzie będziemy doświadczać frustracji. Bóg jest pełen współczucia wobec trudności, jakie przechodzimy_¹⁹.

W poprzednim tygodniu²⁰ leżałam zmożona chorobą, więc różne sprawy przesunęły mi się – nie byłam w stanie pracować, musiałam odwołać różne wydarzenia i spotkania. Pięknie, że o siebie zadbałam; że dałam ciału to, czego wtedy potrzebowało. Niestety teraz wpadłam w pułapkę nadrabiania zaległości i zaczyna mnie to przerastać. Uczę się – popełniam błędy, odrabiam lekcje, niekiedy odrabiam je z opóźnieniem. Jestem po prostu dziełem w procesie. W trakcie porannego spotkania z niebiańskim Tatą (mimo presji czasu – tego spotkania nie odwołałam. Jakżebym mogła!? To jakby odwołać spotkanie z najwspanialszą osobą we wszechświecie – z osobą, której obecności najbardziej pragnę i potrzebuję. Jakże mogłabym myśleć, że czeka mnie coś lepszego niż to spotkanie!), czytam dzisiejszy fragment Słowa Bożego w aplikacji Bible YouVersion i nie mogę powstrzymać uśmiechu. Oczami wyobraźni widzę twarz Jezusa. Jego minę – Jego uśmiech.

_Wtedy powiedział im: Niech teraz każdy z was uda się samotnie na odludne miejsce i tam trochę odpocznie. Wiele bowiem osób przychodziło i odchodziło, tak że nie mieli nawet czasu na posiłek_ ²¹.

Pozwólcie, że przytoczę ten fragment ponownie – tym razem w tłumaczeniu _The Passion_, bo dobór słów jest według mnie niezwykle trafny:

_Wokół Jezusa było takie kłębowisko (wir) aktywności z powodu tych wszystkich ludzi, którzy przychodzili i odchodzili, że nie byli w stanie nawet zjeść posiłku. Więc Jezus powiedział do swoich uczniów: Chodźcie, zróbmy sobie przerwę i znajdźmy odosobnione miejsce, gdzie będziemy mogli chwilę odpocząć. Wymknęli się i odpłynęli łódką do miejsca pustynnego_ ²².

Wyobraźcie to sobie i poczujcie. Usłyszcie to… Tłumy z potrzebami. Głośne rozmowy. Pokrzykiwania. Upał. Zapach potu. Zmęczenie. Przytłoczenie. Gwar jak w roju brzęczących, kotłujących się czy wirujących pszczół. Takie nieustanne: bzzzzzzzzz. Kłębowisko aktywności… Czasami właśnie tak się czuję.

Kocham słowo Boga, które przychodzi we właściwym czasie. Już wiem, co planuje Jezus. Wiem, gdzie chce mnie pociągnąć. Do miejsca odosobnienia. Jutro wymknę się z Nim na długą wyprawę w góry. A dziś odwołam spotkanie z sąsiadką. Mój świat i jej życie nie zawalą się przez to. A ja desperacko potrzebuję czmychnąć do miejsca ciszy…

Bardzo ciekawe jest to, jak historia z Ewangelii świętego Marka toczy się dalej. Okazuje się, że ludzie spostrzegli, jak Jezus wraz z uczniami wymykają się dokądś, i w niewyjaśniony sposób ludzie ci wiedzieli dokładnie, dokąd. Kiedy Chrystus z towarzyszami przybył do miejsca, które miało stać się ich oazą samotności, cały tłum już tam na nich z niecierpliwością czekał. Dalszy ciąg ewangelii mówi, że gdy Jezus ich zobaczył, Jego serce zostało poruszone współczuciem, ponieważ byli niczym owce bez pasterza. Pan odłożył na bok pierwotny plan odpoczynku i zaczął ich nauczać.

Jezus żył w doskonałym połączeniu z Ojcem, dzięki czemu objawienie przepływało pomiędzy Nimi nieustannie. Jestem przekonana, że Jego decyzja, żeby zrezygnować z potrzeby odetchnięcia i zająć się ludźmi, wynikała z tego, co usłyszał od Ojca. Historia ta nie mówi jednak o tym, że Jezus i Jego uczniowie w ogóle nigdy nie odpoczywali, ponieważ w wielu innych fragmentach spotykamy Jezusa w miejscu oddzielenia i ciszy. Historia ta mówi po prostu o tym, że jeśli pozostajemy w jedności z Bogiem i budujemy z Nim bliską relację, usłyszymy, co powinniśmy zrobić w różnych sytuacjach. I to uratuje nam życie. Wspomnę w tym kontekście o jeszcze jednej, według mnie bardzo ważnej kwestii – pozostaję świadoma, że wprawdzie odnoszę się do niej kilkukrotnie w przestrzeni tej książki, zależy mi jednak, aby słowa te wybrzmiały maksymalnie, dlatego pragnę zaakcentować ich treść również tutaj, w pierwszym rozdziale. Myślę, że w obrębie tej kwestii może w praktyce dochodzić do mylnych wniosków czy założeń – to główny powód, dla którego tak mocno i szczerze pragnę wyeksponować to, co powiem za chwilę (żeby wesprzeć i ostrzec czytelniczkę i czytelnika). Otóż większość z nas – ludzi ogólnie – od najwcześniejszych lat żyła w systemie kar i nagród. Jeżeli postępowaliśmy „właściwie”, byliśmy nagradzani przez rodziców czy opiekunów – czy to słownymi pochwałami, czy to materialnymi prezentami. Jeśli popełnialiśmy błędy lub robiliśmy coś „złego”, rodzice – lub inni najbliżsi opiekunowie – besztali nas, a niektórzy nawet karali cieleśnie. Taki system zrasta się z człowiekiem i manifestuje na różnych płaszczyznach późniejszego życia, włączając w to wiarę. Dlatego niektórzy z nas mogą czuć strach, że jeśli nie usłyszą od Boga, co konkretnie mają robić, wtedy popełnią błąd, a ten doprowadzi do strasznych konsekwencji. Słyszałam o chrześcijanach, którzy tak bardzo boją się podejmować decyzje, że pytają Boga nawet o to, jak mają się ubrać danego dnia (nie przesadzam!). Nie twierdzę, że Bóg nie może mieć dla nas żadnej rady odnośnie do tematów takich jak odzież – osobiście znam kobietę, której Pan Bóg czasami daje do zrozumienia, jaki przedmiot ma wziąć ze sobą, kiedy wychodzi do pracy. Pewnego razu odniosła wrażenie, że Duch Święty mówi do jej wnętrza, żeby włożyła do torebki igłę z nitką. Posłuchała Jego przekazu i okazało się, że akurat tego dnia koleżanka w pracy potrzebowała pilnie zszyć rozdartą bluzkę! Kobieta ta jednak nie czuje się „sparaliżowana” przed wyjściem do pracy, jeśli nie dowie się od Boga, czy powinna zabrać z sobą coś specyficznego lub wyjątkowego, po prostu te wrażenia o rożnych przedmiotach czasami się pojawiają, czasami nie. Jest różnica między nasłuchiwaniem Pana dlatego, że mamy z Nim bliską relację i zawsze jesteśmy w gotowości do przyjęcia Jego rad a wstrzymywaniem się od podjęcia najprostszych decyzji ze strachu, że okażą się one niesłuszne. Ta druga postawa jest brakiem odpowiedzialności za swoje czyny i niezrozumieniem, że nie jesteśmy niewolnikami, a dziećmi Boga i Jego „współpracownikami”. Bóg chce, żebyśmy wzrastali i dojrzewali. Wyobraźmy sobie, jak byśmy zareagowali, gdyby przyszło do nas nasze dwudziestoletnie dziecko i zapytało, w co ma się ubrać. Myślę, że poczulibyśmy smutek. Zaczęlibyśmy zadawać sobie pytanie, co poszło nie tak. Jesteśmy sprawczy, Bóg obdarzył nas wolną wolą. Możemy podejmować rozmaite decyzje. Zapraszajmy do nich Boga – o tak! Ale niech to zaproszenie wynika z naszej indywidualnej relacji z Nim, nie z lęku. Ostatnio czytałam fragment pierwszego Listu do Koryntian i spostrzegłam w nim coś, na co nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi. Mianowicie apostoł Paweł mówi o Apollosie, którego bardzo prosił, wręcz nakłaniał, żeby przybył do Koryntu. Apollos nie chciał przyjść, postanowił, że to nie czas na wizytę w Koryncie (1. List do Koryntian 16:12) – podjął własną decyzję i zrobił to pomimo zdania Pawła. Nie popadł w iście paranoiczne zalęknienie, że może jednak Paweł ma rację, a on błądzi. Wierzę, że Apollos skonsultował swoją decyzję z Bogiem, ponieważ taka „konsultacja” to coś naturalnego w relacji człowiek – Bóg. W życiu codziennym też nierzadko pytamy o zdanie człowieka, który jest dla nas ważny, co nie znaczy, że musimy postąpić ściśle wedle otrzymanych opinii lub wskazówek czy porad. I Apollos dokonał suwerennego wyboru – wbrew odmiennemu zdaniu człowieka, z którym z pewnością się liczył. Zwrócę tu naszą wspólną uwagę, że i Jezus zachęcał ludzi do bycia sprawczymi, pytał ich, czego potrzebują i chcą. Nie naruszał ludzkiej woli, nie zakładał z góry, jaka jest faktyczna ludzka potrzeba. Pamiętam, kiedy sama musiałam podjąć ważną decyzję o zmianie pracy. Wyjechałam w góry (ten wyjazd zresztą zapoczątkował moje regularne wyjazdy do miejsc, gdzie mogłam przebywać sam na sam z Bogiem) i pytałam Pana, co zrobić. Mam zmienić pracę czy nie? To przecież ważna sprawa, mogąca zaważyć na jakości mojego dalszego życia. Kilka dni poszukiwałam Bożego sygnału czy natchnienia w tej właśnie sprawie, aż pod koniec pobytu w malowniczej górskiej wiosce „usłyszałam” nareszcie Boży
„głos”. Bóg „odezwał się” w środku mojego serca (rozumianego w sensie duchowym – jako najwrażliwsza esencja czy istota człowieka): jesteś dla mnie ważniejsza niż to, co robisz. W tamtym momencie ani trochę nie pojęłam, o co Bogu chodzi! Odpowiedziałam Mu: no dobrze, Panie, ale tak właściwie to co ja mam zrobić z tą pracą…? Upłynęło więcej czasu, zanim sobie uświadomiłam, że Bóg chce, żebym nie bała się zadecydować po prostu w zgodzie z tym, jak sama uważam, uznaję, widzę. Bo On będzie ze mną bez względu na to, czy zmienię pracę, czy nie. I ty, czytelniczko, czytelniku, nie bój się, że popełnisz błąd. Nawet jeśli popełnisz, Pan cię nie opuści. Szukaj Boga dlatego, że Go kochasz, nie dlatego, że paraliżuje cię twoja samodzielność. Jesteś sprawcza, jesteś sprawczy! Jesteś Jego córką, Jego synem. On chce z tobą współpracować, On nie chce robić niczego za ciebie. W szesnastym rozdziale Przypowieści Salomona czytamy:

_Serce człowieka obmyśla jego drogę, lecz Pan kieruje jego krokami_ ²³.

Bardzo ciekawe jest stwierdzenie, że to my, ludzie, obmyślamy²⁴, planujemy i oszacowujemy drogę, którą zamierzamy obrać. Słowo „kieruje” – również obecne w powyższym cytacie – może z kolei w pierwszym momencie przywodzić na myśl sterowanie odbierające wolną wolę. Zupełnie jakbyśmy mieli oddać swoją osobistą drogę – dosłownie zdać ją; dosłownie powierzyć swój szlak cudzym, Boskim, rękom… tymczasem tego typu kierowanie, czy też wręcz sterowanie człowieczym losem – w gruncie rzeczy nie stanowi Bożego stylu postępowania względem nas. Chodzi o to, że Bóg z góry widzi i pojmuje wszystkie plątaniny i warianty naszych osobistych ścieżek i wyborów – to w sensie dostrzegania i całkowitego rozumienia tego, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, Bóg „kieruje” nami, a de facto prowadzi nas według Bożej mądrości. Nie wierzę w wagę pieczołowicie samotnego „obmyślania” siebie samego – oddalonego od Bożej łaski, jestem za to przekonana o znaczeniu współpracy między nami a naszym Stwórcą. Zatem użyte tu słowo „kieruje” (w języku hebrajskim: _kun_) oznacza między innymi: umocnić; ugruntować; uczynić stabilnym; przygotować; zabezpieczyć. Dodatkową ciekawostką jest, że słowo „kroki” (w hebrajskim: _tsaad_) oznacza nie tylko dosłowne kroczenie, ale i tempo chodzenia (czyli stawiania kroków). Można więc powiedzieć, że zarówno my, ty i ja, jak i Bóg – mamy do obrania drogi pośród labiryntów naszej indywidualnej woli. Jakież to pokrzepiające, że Pan pragnie nas umacniać na naszych ścieżkach i zapewniać stabilne podłoże naszym stopom! Jest On gotowy dzielić się z nami swoją radą i mądrością, ale nie jest kimś, kto odbiera człowiekowi możliwość podejmowania decyzji…

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij