-
nowość
-
promocja
Zagadka Gogol - ebook
Zagadka Gogol - ebook
Biografia Nikołaja Gogola – genialnego ukraińsko-rosyjskiego pisarza, dramaturga i publicysty, autora Rewizora i Martwych dusz, celebryty swoich czasów i postaci pełnej sprzeczności
Człowiek zagadka. Wybitny pisarz, do dzisiaj swoimi tekstami wywołujący salwy śmiechu, a jednocześnie noszący w sobie kosmiczną grozę. Potężny duch w rachitycznym, brzydkim ciele, borykający się ze swoją orientacją seksualną, dewocją, chorobami i psychozami. Potrafił być odstręczający i nadspodziewanie uroczy, w towarzystwie raz do rozpuku zabawny, raz uchodzący za gbura. Wieczny uciekinier tułający się po drogach Europy. Do tego Ukrainiec z duszą chachłacką i rosyjską. Śmiech traktował jak lek na dopadający go znienacka strach przed życiem.
Choć na hasło „Gogol” natychmiast wspominamy Chlestakowa z Rewizora czy Cziczikowa z Martwych dusz, o życiu samego autora wiemy niewiele. A Gogol to człowiek swej epoki, żyjący krótko, lecz intensywnie. Rówieśnik Słowackiego i Chopina. Kochany i nienawidzony. Zamęczony miłością publiczności i dobity depresją.
Choć od śmierci pisarza minęło ponad sto siedemdziesiąt lat, jego komedie wciąż grane są przez teatry na całym świecie, a książki wydawane w wielu językach. Spierają się o niego Ukraińcy i Rosjanie, wykorzystując go w narracji na temat putinowskiej wojny. Twórczość zaś nie straciła na aktualności, podobnie jak słynne zdanie: „Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator, ale i ten, prawdę mówiąc, świnia”. Bo Nikołaj Gogol to ponadczasowy mistrz definiowania ludzkich słabości, a ostrze jego satyry w ogóle się nie stępiło.
Imponująca wyprawa w poszukiwaniu prawdy o wybitym pisarzu ukraińskim i wielkim rosyjskim klasyku. Nie ma takiego kamienia, pod który Sylwia Frołow nie zajrzała, tworząc ten pasjonujący portret i dowód niejednoznaczności – nawet Gogol zobaczony i zrozumiany zachowuje tajemnicę. Mesjasz wyprzedzający epokę, a może genialny szaleniec, który dowcipem i ostrością obserwacji podpalił imperialny świat. Co jeszcze by zapłonęło, gdyby nie zniszczył nieznanych rękopisów?
Paulina Wilk
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68549-93-5 |
| Rozmiar pliku: | 3,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zamierzałam napisać biografię człowieka o tajemniczej, skomplikowanej osobowości. Lecz nadeszła wojna – Rosja napadła na Ukrainę. W tej sytuacji musiałam przestawić akcenty. Mój bohater wciąż pozostawał człowiekiem zagadką, ale był także Ukraińcem czy – według definicji Jewhena Małaniuka – bardziej Małorosjaninem.
Potem w mediach pokazano baner, którym Rosjanie otoczyli gruzy teatru w Mariupolu. Gruzy, pod którymi leżały setki ciał ukraińskich cywili próbujących schronić się przed bombami w podziemiach teatru – zamordowanych mimo napisu „Dieti” w języku rosyjskim, po obu stronach placu teatralnego. Na banerze zobaczyłam, obok Puszkina i Tołstoja, portret Gogola i poczułam bolesny wstyd.
Ze wstydem borykałam się już w dzieciństwie. Wstydem polskiego dziecka noszącego rosyjskie nazwisko po rosyjskim dziadku. Choć pewnie mogłabym odgrywać rolę ofiary...
Zbierając bowiem w 2010 roku materiały do biografii Feliksa Dzierżyńskiego, gościłam w moskiewskim mieszkaniu jego wnuka, Feliksa Janowicza Dzierżyńskiego. Spytał o pochodzenie mojego nazwiska. Próbowałam, najdelikatniej jak mogłam, opowiedzieć historię pradziadka Matwieja, pułkownika w armii Wrangla, rok starszego od dziadka mojego rozmówcy. Matwiej Matwiejewicz Frołow został zamordowany w masowej egzekucji, przeprowadzonej w obozie jenieckim w Symferopolu niemal na bezpośredni rozkaz szefa organów bezpieczeństwa, który tydzień wcześniej pisał do swojego podkomendnego, kierującego tamtejszą Czeka, Wasilija Mancewa: „Zróbcie wszystko, by z Krymu nie uciekł na ląd stały żaden białoarmista”¹.
Pan Feliks wysłuchał spokojnie, pokiwał głową i skomentował: „Wszyscy wtedy ginęli...” – co było jedną z wersji głośnej diagnozy Lwa Tołstoja „Nie ma w świecie winnych”.
A ja wiem, że winni są! Dlatego nie chcę występować w roli ofiary. Moja rosyjska rodzina, w której wszyscy mężczyźni służyli w carskich mundurach, była częścią tego systemu, myślała imperialnie i nie wykluczam, że moi przodkowie bez cienia wątpliwości pacyfikowali powstanie styczniowe, jak i podbijali Kaukaz.
Jednocześnie mam problem, po której stronie stanąć w dyskusji wywołanej przez Oksanę Zabużko pytaniem, jak czytać rosyjską literaturę po Buczy. Czy przyznać jej rację, kiedy pisze: „Czas spojrzeć na rosyjską literaturę nowymi oczami, wszak w dużej mierze to ona utkała «siatkę maskującą» dla rosyjskich czołgów”². Czy też poprzeć polemistów, na przykład Grzegorza Przebindę, który apeluje: „Nie szukajmy winowajców Buczy hen, w rosyjskiej literackiej klasyce XIX wieku. Nie przybliży nas to ani o milimetr do przykładnego ukarania prawdziwych oprawców”³. Gdybym miała dodać coś od siebie do tej dyskusji, przypomniałabym opinię Pawła Hertza, który tłumaczył, na czym polega różnica w nieszczęściu Polaków i Rosjan. Że ci pierwsi słuchali swoich pisarzy, a ci drudzy swoich nie słuchali. A jednak...
Mnie też zaproszono na panel zorganizowany przez Teatr im. Kochanowskiego w Opolu. Siedział obok mnie Iwan Wyrypajew – ostatni z ostatnich Rosjan, którego można by oskarżyć o rosyjskie zło. Niemniej... czułam się bezradna wobec oskarżeń rzucanych przez Tymura Jaszczenkę, bo Timur jako Ukrainiec naprawdę jest ofiarą.
Im bardziej czułam się bezradna, tym mocniej intrygował mnie Hohol przekuty w Gogola, ten zdrajca bardziej podobny do więźnia – jak go nazywa Oksana Zabużko, który mimo wyboru języka literackiego (rosyjskiego) „nadal pozostaje ukraińskim pisarzem i powinien pozostać w ukraińskim kanonie literackim”⁴.
Na moją prośbę wypowiedział się do tej książki Jurij Andruchowycz. Zadałam mu pytanie, co dzisiaj zrobią Ukraińcy z pomnikami Gogola. Bo to, że obalają pomniki Puszkina, jest w pełni zrozumiałe. Lecz co z pisarzem, który twierdził, że sam nie wie, czy jego dusza jest bardziej chachłacka czy rosyjska?
Oto, co mi Andruchowycz odpisał:
Gogol jest postacią ambiwalentną. Ocena Gogola w dużej mierze zależy od kryteriów stawianych przez danego interpretatora. Każda z opcji ma wystarczająco dużo argumentów dla mniej lub bardziej przekonującego uzasadnienia. Gogol może być postrzegany jako „patriota Ukrainy”, który w nieświadomej misji wniknął w DNA imperium, aby je zatruć i rozwalić, a także jako szczery imperialista, który świadomie służył idei „zjednoczonej, wielkiej Rosji”. Albo jako kosmopolita, który wybrał życie w przytulnej, ciepłej Europie, z dala od strasznego Petersburga. Albo, przeciwnie, jako pansłowiański ksenofob i domorosły mistyk oszalały na punkcie prawosławia. I tak dalej. Jeśli chodzi o przynależność kulturową Gogola, zauważam formułę, która stała się u nas dość powszechna w ostatnich latach: „ukraiński pisarz, klasyk literatury rosyjskiej”. Osobiście nie wiem, jak to połączyć. Nie sądzę, by definicja „ukraińskiego pisarza” w przypadku Gogola odpowiadała rzeczywistości.
Ale biorąc pod uwagę całą tę dwuznaczność, ukraińscy aktywiści pomników Gogola nie ruszą. W całej Ukrainie nie ma ich w końcu tak wiele – najwyżej pięć lub sześć. Nieporównywalnie mało w zestawieniu z liczbą pomników Puszkina, których mieliśmy dziesiątki. Pod tym względem Puszkin – jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie pomniki postaci rosyjskich – ustępuje tylko Leninowi.
Lenin reprezentował komunistyczną ideę internacjonalizmu, a Puszkin imperialną ideę rosyjską, więc z powodzeniem współistnieli. Gogol zaś jako imperialista wciąż „nie dorównuje Puszkinowi” (vide: ambiwalencja) i dlatego nie drażni tak mocno ukraińskich aktywistów.
Ostatecznie jednak wszystko będzie zależeć i od tego, jak daleko Rosja posunie się w swoich zbrodniach przeciwko narodowi ukraińskiemu. W zasadzie to sama Rosja każdym wystrzelonym pociskiem lub bombą niszczy własne pomniki.
Oczywiście Gogol to nie tylko kwestia ukraińska. To również historia człowieka borykającego się z chorobami – fizycznymi i psychicznymi, swoją seksualnością oraz poczuciem kosmicznej grozy.
Jego życie „to ciągła tortura, której najstraszniejsza część, rozgrywająca się w sferze mistycznej, jest poza zasięgiem naszego wzroku – pisał Konstantin Moczulski. – Dusza Gogola jest złożona, mroczna, całkowicie samotna i nieszczęśliwa; dusza patetyczna i prorocza; dusza, która przeszła nieludzkie próby i dotarła do Chrystusa”⁵.
Gogol to również opowieść o jednym z pierwszych celebrytów, którego czytelnicy zamęczyli swoją miłością.
Według Nabokova jego życie toczyło się do góry nogami.
Według Mierieżkowskiego nie całkiem był człowiekiem.
Dostojewski uznał go za demona śmiechu.
Rozanow znienawidził i nazwał strasznym chochołem.
A więc kim był Gogol?
Czyżby Jokerem, który wyszedł z komiksu, aby przemienić Rosję w Gotham?
Zapraszam do lektury.ROZDZIAŁ I
WASYLÓWKA1*. CZY HOHOL JEST GOGOLEM?
Wszystkie badania przeprowadzone przez urzędników wskazały tylko na to, że na pewno zupełnie nie wiedzą, kto to taki Cziczikow, a jednak Cziczikow stanowczo musiał kimś być.
_Martwe dusze_, przeł. Władysław Broniewski
Wszystko zaczęło się w 1788 roku.
Wówczas to niejaki Opanas Demjanowicz Janowski, urzędnik wojskowy, rozpoczął czteroletnią walkę o uznanie swego szlachectwa. Jak twierdził, jego prapradziad Hohol w 1674 roku otrzymał od króla polskiego Jana Kazimierza akt nadania wsi Olchowiec2*. Kopię aktu królewskiego Opanas przedstawił zgromadzeniu szlachty kijowskiej. W akcie zaś stało:
Za oddanie nam i Rzeczypospolitej szlachetnego Hohola, naszego pułkownika mohylewskiego, które to okazał w obecnym czasie, przechodząc na naszą stronę, przysięgając nam posłuszeństwo i przekazując twierdzę mohylewską Rzeczypospolitej, by zachęcić go do dalszej służby, przyznajemy wieś zwaną Olchowiec zarówno jemu, jak i jego obecnej żonie; po śmierci ich syn, szlachetny Prokip Hohol, również będzie się cieszył tym prawem dożywotnio.¹
Opanas, przedkładając dowody na szlachectwo, pisał również tak:
Przodkowie moi nazwiskiem Hohol są narodowości polskiej; prapradziad mój Andrij Hohol był pułkownikiem mohylewskim, pradziadek Prokip i dziadek Jan Hohol byli szlachcicami polskimi; z nich dziadek, po śmierci swego ojca Prokipa, zostawiwszy swoje posiadłości w Polsce, przeszedł na stronę rosyjską i osiadłszy w powiecie łubnieńskim3* we wsi Kononówka4*, uznany był za szlachcica; mój ojciec Demjan, wstąpiwszy w szeregi uczniów Akademii Kijowskiej (gdzie przyjął imię po swoim ojcu Janie, zostając Janowskim), otrzymał święcenia kapłańskie i został wyznaczony do parafii w tej samej wsi Kononówka.²
Wynikałoby więc z tego, że prawdziwe nazwisko rodowe to Hohol, a drugi człon – Janowski – pochodzi od otczestwa Janowicz.
Pantelejmon Kulisz, ukraiński pisarz specjalizujący się w gogologii, nie kryje wątpliwości:
Dziwne, że w tym dokumencie pułkownik Hohol nosi imię „Andrij” i otrzymuje w 1674 roku przywilej własności wsi Olchowiec od polskiego króla Jana Kazimierza, który sześć lat wcześniej zdążył abdykować. Nie wiadomo, jak tę nieścisłość wytłumaczyć, piszący te słowa mimo wszystko uważa, że dotyczy ona legendy pułkownika Ostapa, zniekształconej w urzędach hetmańskiej Małorosji, ponieważ dotychczas w żadnym znanym dokumencie nie natrafiono nie tylko na pułkownika Andrija Hohola, ale i na żadnego innego pułkownika poza Ostapem.³
Dalej Kulisz wyjaśnia:
Kroniki małorosyjskie odnotowują dwie osoby noszące imię Hohola. Pierwszym Hoholem, który wyróżniał się z tłumu nieznanych imienników, był Jan (Ioann), biskup piński. Pojawia się w grupie zwolenników tej unii5*, przeciw której walczył bohater naszego współczesnego Gogola – Taras Bulba. Nie wiadomo, czy przodkowie pisarza byli w jakimkolwiek pokrewieństwie z tym biskupem; niemniej Hoholowie istnieli od dawna w Ukrainie. Dowodem na to jest między innymi starodawna wieś Hoholew6*, prawdopodobnie będąca gniazdem ich rodowego nazwiska, jak inne wsie, nazwane od znanych w historii imion, które wskazują na miejsce pochodzenia starożytnych rodów Małorusi. Historia jednak milczy o Hoholach w okresie ciężkich wojen unijnych i dopiero w epoce Bohdana Chmielnickiego jeden Hohol został wydobyty z zapomnienia. Był to Ostap Hohol, pułkownik podolski.⁴
Wszystko się zgadza. Ostap Hohol, herbu Jastrzębiec, to postać historyczna. Urodzony z początkiem XVII wieku we wsi Hohole7* na Podolu, był rotmistrzem kozackim w armii polskiej stacjonującej w Humaniu pod dowództwem Samuela Kalinowskiego. W chwili wybuchu powstania Bohdana Chmielnickiego (1648 rok) przeszedł na stronę Kozaków, gdzie dosłużył się stopnia pułkownika podolskiego i winnickiego. Podczas kolejnego powstania kozackiego, które wybuchło w 1664 roku, znowu opowiedział się po stronie rebeliantów, ale zmienił stronę, najprawdopodobniej pod wpływem sytuacji osobistej: hetman Potocki trzymał bowiem jego synów jako zakładników we Lwowie. Ostatecznie stał się zwolennikiem autonomii kozackiej w ramach Rzeczypospolitej. Mianowany szlachcicem, z ramienia Jana III Sobieskiego został hetmanem Ukrainy Prawobrzeżnej8*.
Ale pytanie powinno brzmieć inaczej: czy tenże Ostap Hohol jest rzeczywiście przodkiem pisarza Mykoły/Nikołaja?
A są jeszcze Prokip i jego domniemany syn Jan.
Specjalizujący się w historii rodów ukraińskich Ołeksandr Łazarewski dowodzi, że Opanas Hohol-Janowski podaje niedokładne informacje o swoim dziadku. Jana uważa za syna Prokipa, nazywając go szlachcicem, a nie wspomina, że dziadek, tak jak i ojciec dziadka, był księdzem we wsi Kononówka. Ta okoliczność jest o tyle istotna, że duchowni nie mogli nabywać tytułów szlacheckich. Kolejny problem to otczestwo. Według aktów prawnych Jan Hohol nosił otczestwo Jakowycz, w 1697 roku był wikariuszem Cerkwi Trójcy Świętej w Łubniach, a w 1723 roku objął parafię we wsi Kononówka.
Skąd takie nieścisłości? Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że Opanas celowo zataił kapłaństwo dziadka Jana, a w miejsce Jakiwa powołał do życia Prokipa, ponieważ kozaczyzna, aspirując do klasy szlacheckiej, nie lubiła kojarzyć swojego pochodzenia z duchowieństwem ani chłopstwem. Oczywiście królewski akt nadania wsi Olchowiec „szlachetnemu Hoholowi” przez króla, który już nie żył, został sfałszowany.
Z kolei ksiądz Aleksandr Pietrowski w „Połtawskich gubiernskich wiedomostiach” w roku 1902 pisze, że udało się zdobyć pamiętnik jednego z najstarszych duchownych powiatu mirogrodzkiego9*, księdza Wołodymyra Janowskiego, dalszego kuzyna Gogola. I z tego pamiętnika wynika, że ród Hoholów-Janowskich wywodzi się od Iwana Jakowycza (w dokumentach nie ma nazwiska), uciekiniera z Polski, który w 1695 roku został wikarym. Jego syn Demjan Ioannow Janowski (jak zakłada Pietrowski: nazwisko utworzono od imienia jego ojca Jana) przejął po nim cerkiew w Kononówce. Potem ród Janowskich dzieli się na dwie równoległe linie. W pierwszej jest syn o. Demjana – Opanas Demjanowicz, już noszący podwójne nazwisko Hohol-Janowski, który miał syna Wasyla i wnuka Mykołę, pisarza. A druga linia, posługująca się tylko jednym nazwiskiem, Janowski, to drugi syn o. Demjana – Kyryło Demjanowicz Janowski, kolejny duchowny cerkwi w Kononówce, oraz jego synowie, także wyświęceni, Merkurij i Sawwa Janowscy.
Z tego można by wnioskować, że przyszły pisarz winien się nazywać wyłącznie Janowski. Drugi człon nazwiska zyskał zaś dzięki dziadkowi, który zostając Hoholem, zdobył tytuł szlachecki.
Zagubiona końcówka
Opanas przeszedł podobną ścieżkę kariery co jego ojciec i dziadek – ukończył seminarium i Akademię Mohylańską w Kijowie, najstarszą z czterech akademii prawosławnych, założoną w 1632 roku przez Petra Mohyłę. Absolwentów tej uczelni cenił szczególnie Piotr I i angażował do pracy w północnych guberniach, wychodząc z założenia, że są bardziej otwarci na jego okcydentalne reformy.
Opanas był oczytany, miał fantazję, sprawnie posługiwał się językiem ukraińskim, polskim, rosyjskim, łaciną oraz niemieckim. Uczył języków dzieci sąsiadów – i z tą domową edukacją łączy się anegdota dotycząca jego przyszłego małżeństwa. Rzekomo porwał swoją ulubioną uczennicę Tetianę Lyzohub. Wcześniej wyznał jej miłość, ukrywając karteczkę z tym wyznaniem w łupinie orzecha włoskiego. Podobno wzięli ślub bez wiedzy rodziców.
Jak pisze Łazarewski, małżeństwo „popowicza” Hohola z córką buńczukowego towarzysza10* Semena Lyzohuba, człowieka z wyższej klasy społecznej, było czymś niezwyczajnym. Lyzohub to bowiem wnuk hetmana Iwana Skoropadskiego (lojalnego wobec Piotra I), ale jego krewnym jest też hetman Pawło Połubotok, który zasłynął sporem o autonomię Ukrainy z Piotrem I, za co został osadzony w Twierdzy Pietropawłowskiej.
Semen Lyzohub po dziadku hetmanie otrzymał bogaty dwór, został też zięciem pułkownika Wasyla Tanskiego z Perejasławia. A więc był człowiekiem zamożnym, szanowanym, wywodzącym się z rodu zasłużonego dla hetmanatu.
I teraz uwaga! Opanas Hohol-Janowski, wstąpiwszy w związek małżeński z Tetianą, stał się właścicielem kilkudziesięciu gospodarstw chłopskich, w tym Janowszczyzny11*/Wasylówki, która w przyszłości przejdzie na własność rodziców Nikołaja – i mógł tymi własnościami potwierdzić swoje szlachectwo.
Dokładnie 15 października12* 1792 roku Opanas Hohol-Janowski wraz z rodziną został wpisany do szlacheckiej księgi genealogicznej guberni kijowskiej. Do księgi tej wpisywano rodowitych szlachciców, a nie tych, którzy uzyskali szlachectwo za zasługi państwowe czy wojskowe. Wówczas po raz pierwszy w dokumentach pojawiło się nazwisko Hohol – jako drugi człon nazwiska Janowski.
Sam Nikołaj nie przywiązywał wagi do szlachectwa rodu. Kiedy matka w 1849 roku szukała potwierdzenia w księgach, napisał do niej, że jest mu to całkiem obojętne, bo i tak nie ma z tego żadnego pożytku finansowego.
Opanas służył w pułku mirogrodzkim, a służbę ukończył w stopniu sekund-majora13*. O jego żonie Tetianie wiadomo, że bardzo ładnie malowała obrazki przedstawiające wiejską przyrodę i martwą naturę – jej talent przejdzie na Nikołaja. Podobno obsesyjnie bała się koni, więc kiedy miała gdzieś jechać, zaprzęgała do powozu parę wołów, co wywoływało zaskoczenie i wesołość, zwłaszcza kiedy wjeżdżała tym powozem do miasta.
Ze strony babci Tetiany przyszły pisarz też odziedziczył kroplę polskiej krwi. Bo pułkownik perejasławski Wasyl Tanski, jej dziadek, pochodził ze znanej polskiej rodziny o tym nazwisku i opuścił Polskę, by stanąć po stronie Piotra Wielkiego w chwili, gdy ten zbroił się przeciwko pretendentowi do tronu polskiego, Stanisławowi Leszczyńskiemu. Wziął również udział w wojnie szwedzkiej pod wodzą Piotra. I stał się członkiem małorosyjskiej starszyzny.
Dodatkowych informacji na temat pochodzenia rodziny udzieliła w 1980 roku Sofja Danilewska, wnuczka Jelyzawety, siostry Nikołaja – żeby było ciekawiej, matka Sofii była wnuczką Puszkina... Na pytanie gogolożki Renaty Smirnowej, czy Gogol jest pisarzem ukraińskim czy rosyjskim, Sofja odpowiedziała:
Myślę, że i Polska mogłaby być dumna z tego geniusza. Uczeni milczą na temat polskich korzeni Nikołaja Wasiljewicza. W domu rodzinnym w salonie wisiał polski herb rodu Janowskich. Olga Wasiljewna, młodsza siostra pisarza, mówiła, że Tanscy też pochodzili z Polski. Wszyscy byli oficerami i służyli w kawalerii. Niedawno Wiktor Baturin, główny artysta skansenu-muzeum Gogola, zapewnił mnie, że niedługo w naszej Wasylówce zostanie odrestaurowana oficyna i dom rodziców geniusza. A w salonie obok ukraińskiego herbu babci pisarza Lizogub zawiśnie polski herb dziadka Janowskiego. I sprawiedliwie! Ale geniusz, którego przodkowie ze strony ojca przyjechali do Ukrainy z Polski ponad sto lat przed jego urodzeniem, zawsze uważał się za pisarza ukraińskiego. Przez wiele lat pracując za granicą, we wszystkich kwestionariuszach w rubryce „narodowość” wpisywał „ukraińska”.⁵
W takim razie trzeba postawić pytanie drugie: jeżeli Opanas z Janowskiego stał się Hoholem-Janowskim, dlaczego autor _Rewizora_ i _Martwych dusz_ został już tylko Gogolem?
Pisarz Nestor Kukolnik, autor bogoojczyźnianych dramatów wychwalających reżim mikołajowski, szkolny kolega, któremu Nikołaj nadał przydomek „Wyniosły”, tak to tłumaczy w swoich wspomnieniach:
w gimnazjum Gogol, i między kolegami, i oficjalnie nie nazywał się Gogolem, tylko zwyczajnie Janowskim. Pewnego razu, już w Petersburgu, jeden z kolegów zapytał przy mnie Gogola: „Dlaczego zmieniłeś nazwisko?”.
– Nie sądzę.
– Przecież jesteś Janowski!
– Tak samo Gogol.
– A co to znaczy gogol?
– Kaczka14* – odpowiedział sucho Gogol i zmienił temat.⁶
Biograf pisarza Jurij Mann sugeruje, że ostatni raz podpisał się on podwójnym nazwiskiem z końcem września 1830 roku. Potem wybuchło powstanie listopadowe – i od tej chwili nie chciał być kojarzony z Polakami.
Jest też list do matki z 6 lutego 1832 roku, wysłany z Petersburga, w którym Nikołaj z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru informuje:
Ogromnie mi przykro, że nie dotarł do mnie Mamy list napisany po otrzymaniu przesyłki. Aby zapobiec w przyszłości takiemu zamieszaniu, proszę, aby Mama odtąd adresowała listy po prostu na Gogola, dlatego że nie mam pojęcia, gdzie podziała się końcówka mojego nazwiska. Być może ktoś ją podniósł na szerokim gościńcu i nosi jak swoją. W każdym razie nigdzie nie jestem znany pod nazwiskiem Janowski i listonoszom zawsze jest trudno znaleźć mnie pod tym szyldem.⁷
Z tego okresu pochodzi również wspomnienie Michaiła Łonginowa, wówczas ośmioletniego ucznia Gogola:
Podwójne nazwisko nauczyciela Gogol-Janowski, jak to zwykle bywa w podobnych wypadkach, początkowo sprawiało nam problem; z jakiegoś powodu łatwiej było nam go nazywać panem Janowskim, a nie panem Gogolem; ale on stanowczo przeciwko temu zaprotestował.
– Dlaczego nazywacie mnie Janowski? – spytał. – Moje nazwisko to Gogol, a Janowski to tylko dodatek; wymyślili go Polacy.⁸
Bóg dał, Bóg wziął
Przez czternaście lat Opanas z Tetianą byli bezdzietni. I posłużyli Nikołajowi za prototypy bohaterów opowiadania _Staroświeccy ziemianie_.
Kiedyś w młodości Afanasij Iwanowicz służył w wojsku, dosłużył się stopnia sekund-majora, ale to było bardzo dawno, minęło i już sam Afanasij Iwanowicz o tym nie wspominał. Ożenił się mając lat trzydzieści, kiedy był zuchem i nosił haftowaną kamizelkę. Nawet dość zręcznie wykradł Pulcherię Iwanownę, której krewni nie chcieli za niego wydać, lecz i z tego niewiele już pamiętał, a przynajmniej nigdy o tym nie mówił.⁹
Opanas specjalizował się w przyrządzaniu nalewek i dekoktów. Pozostawił po sobie zeszyt pełen takich przepisów, z czego skorzystał Nikołaj, wspominając o nich w _Staroświeckich ziemianach_:
nalewka na dzięglu i szałwii. Gdy komuś strzyka w łopatkach czy w krzyżach, bardzo pomocna. Ta na centurii: gdy w uszach dzwoni i liszaje na twarzy – doskonale robi. Ta zaś pędzona na brzoskwiniowych pestkach, niech pan spróbuje kieliszeczek, co za wspaniały zapach!¹⁰
Dziadek Opanas zmarł przed narodzinami Nikołaja, ale babcia Tetiana żyła długo u boku syna, synowej i ich dzieci w Wasylówce. Mieszkała w dwupokojowym domku w ogrodzie Janowskich-Hoholów, mając duży wpływ na rozwój wnuka. Pamiętała Sicz Zaporoską i kozacką wolnicę, potrafiła barwnie opowiadać o bohaterskich wyczynach Kozaków. Nauczyła wnuka też rysunku, haftu i robienia na drutach – co uskuteczniał przez całe życie.
Ten opis świetnie oddaje atmosferę domku babci Tetiany:
Cały pokój Pulcherii Iwanowny był zastawiony kuframi, szkatułkami, szkatułeczkami i kufereczkami. Mnóstwo tłumoczków i woreczków z nasionami kwiatów, warzyw i arbuzów wisiało na ścianach. Niezliczona ilość kłębków różnokolorowej wełny i gałganków ze staroświeckich sukien, uszytych przed pięćdziesięciu laty, leżała po kątach, w kufereczkach i między kuferkami. Pulcheria Iwanowna byłą skrzętną gospodynią i wszystko zbierała, aczkolwiek często sama nie wiedziała, do czego to się przyda.¹¹
Opanas i Tetiana mieli tylko jedno dziecko. W 1777 roku urodził im się syn, Wasyl. Na jego cześć rodzinną wieś do tej pory zwaną Janowszczyzną przemianowano na Wasylówkę.
Jako nastolatek Wasyl uczył się w połtawskim seminarium duchownym. Kiedy osiągnął wiek dwudziestu lat, Opanas, zgodnie ze starym szlacheckim zwyczajem, chciał zapisać syna do gwardii, by w ten sposób mógł się dosłużyć kolejnych stopni wojskowych. Odstąpił od tego pomysłu, gdy dowiedział się o nowym prawie, które zabraniało tego typu kariery wojskowej. Wówczas próbował posłać syna na Uniwersytet Moskiewski, ale też bez powodzenia. Ostatecznie Wasyl musiał wybrać służbę cywilną jako urzędnik pocztowy – co było bardziej zgodne z jego naturą człowieka chorowitego i kochającego życie na wsi. W 1798 roku został radcą tytularnym. Dużo czytał i sam pisał, w stylu oświeceniowym urządzał swój ogród pełen altanek, sztucznych grot i alejek, którym nadawał poetyckie nazwy. Praczkom zabronił prania w stawie, by nie płoszyły śpiewających słowików... Miał poczucie humoru i zdolność opowiadania śmiesznych historii, a jednocześnie nosił w sobie depresyjną ciemność – jedno i drugie odziedziczy po nim syn. Był znawcą obyczajów małorosyjskich i poezji ludowej, pisał sztuki teatralne. Dwa zachowane tytuły komedii jego autorstwa to _Prostak, abo Chytroszczi żinky, perechytreni moskalem_ i _Sobaka-wiwcia_ .
Przyszłą żonę Mariję Kosiarowską, urodzoną w 1791 roku córkę radcy dworu związanego z pocztą, znał od kołyski – i to w sensie dosłownym, mieszkała bowiem w niedalekim sąsiedztwie, we wsi Jareski15*. Jej ciotka Hanna Troszczynska, która zajęła się wychowaniem dziewczynki, nazywała ją „bielinką” ze względu na delikatną, bardzo jasną cerę. Wszyscy doceniali jej niepospolitą urodę.
Marija lubiła powtarzać: „Wskazała mu mnie królowa niebios”¹². Jak twierdził Wasyl: we śnie pokazała mu się Matka Boska, przepowiedziała, że będzie cierpiał na wiele chorób, ale skończą się, kiedy się ożeni, i wskazała mu malutkie dziecko u swoich stóp.
Zobaczył mnie we śnie, taką niespełna roczną, i rozpoznał, kiedy przypadkowo mnie zobaczył dokładnie w tym samym wieku, i zaczął obserwować przez cały okres dzieciństwa – tłumaczyła Marija. – Zdarzało się, że kiedy bawiłam się z dziewczynkami nad rzeką, to słyszałam miłą muzykę dobiegającą z krzaków na drugim brzegu. Nietrudno było się domyślić, że to on.
Ta muzyka towarzyszyła jej w drodze do domu, co oznaczało, że wielbiciel z wynajętymi muzykami podążał za nią, kryjąc się w pobliskich zaroślach. „Raz, nie zastawszy mnie w domu, poszedł do ogrodu. Na jego widok zadrżałam jak w gorączce i wróciłam do domu. Jak byliśmy sami, zapytał, czy go kocham. Odpowiedziałam, że go kocham jak wszystkich ludzi”.
Kiedy miała lat dwanaście, przyszedł do niej z tragedią Ozierowa i czytając słowa „Idź, duszo, do samych piekieł!”, upadł przed nią niczym martwy, aż dziewczęta na podwórku zaczęły krzyczeć ze strachu. Często przyjeżdżał w odwiedziny. Kiedy nie mógł, pisał listy, które Marija nieotwarte oddawała ojcu do przeczytania. A ten podczas lektury komentował: „Widać, że się naczytał powieści”¹³.
Portrety Wasyla Hohola-Janowskiego i Marii Hohol-Janowskiej, rodziców pisarza
Ślub wzięli w 1805 roku, kiedy on miał lat dwadzieścia osiem, a ona czternaście. Na świat przyszło kolejno dwoje dzieci, które nie dożyły nawet tygodnia. Kiedy więc miało się urodzić trzecie, po czterech latach od zawarcia związku małżeńskiego, postanowiono odesłać położnicę do Wielkich Soroczyńców16*, pod opiekę cenionego lekarza Trochymowskiego. Wcześniej ciężarna modliła się przed ikoną Świętego Mikołaja w Dikańce17*, przysięgając, że jeśli urodzi się zdrowy chłopiec, otrzyma imię tegoż patrona.
W księdze metrykalnej Cerkwi Przemienienia Pańskiego w Soroczyńcach zapisano, że 20 marca 1809 roku właścicielowi ziemskiemu Wasylowi Janowskiemu urodził się syn Mykoła, a 22 marca został ochrzczony¹⁴. Dziecko było słabe, chorowite, zakładano, że też wkrótce umrze. Ale otoczone troskliwą opieką wszystkich domowników przeżyło.
Potem na świat przychodziły kolejne dzieci: Iwan (1810), Marija (1811), Dmytro (1812–1813), Hanna (1817–1820), Andrij (1818–1819), Hanna (1821), Jelyzaweta (1823), Tetiana (1824–1825), Olha (1825). Łącznie Marija urodziła dwanaścioro dzieci, z czego wieku dorosłego doczekali tylko jeden syn z sześciu chłopców i cztery córki z sześciu dziewczynek.
Sielanka z apokalipsą w tle
W czasach dzieciństwa Nikołaja wieś Wasylówka, leżąca niedaleko Mirogrodu na Połtawszczyźnie, liczyła około stu pięćdziesięciu dusz chłopskich i tysiąc akrów ziemi. Była typową wsią tych okolic – z dworkiem i rozsianymi wokół niego chałupami w kolorach białym i niebieskim. Sielskość tego miejsca Gogol opisał w _Staroświeckich ziemianach_ tak:
Lubię czasami zanurzyć się na chwilę w atmosferę tego niezwykle zacisznego życia, gdzie ani jedno życzenie nie wybiega poza parkan okalający niewielki dworek, poza opłotki sadu pełnego jabłoni i śliw, poza otaczające go wiejskie chałupy przechylone na bok, ocienione wierzbami, czarnym bzem i gruszami. Życie właścicieli tych skromnych dworków płynie tak cicho, tak cicho, że na chwilę człowiek zapomina się i myśli, że namiętności, pragnienia i niespokojne podszepty złego ducha nurtujące świat wcale nie istnieją, a jedynie przyśniły mu się w olśniewającym, barwnym śnie. Widzę stąd niziutki domek i malutkie, sczerniałe drewniane słupki galeryjki, biegnącej dokoła całego domu, która pozwala w czasie grzmotów i burzy nie zmoknąwszy zamknąć okiennice. Za nią pachnąca czeremcha, szeregi niziutkich owocowych drzewek, tonących w purpurze wisien i szafirowym morzu śliwek, pokrytych ołowianym pyłkiem; rozłożysty klon, a w jego cieniu rozesłany dywan, by można było tam spocząć; przed domem obszerny dziedziniec z niziutką świeżą trawką, z wydeptaną ścieżką biegnącą od spichrza do kuchni i od kuchni do pańskich pokojów.¹⁵
Tom opowiadań _Mirgorod_, z którego pochodzą _Staroświeccy ziemianie_, jak i wcześniejsze _Wieczory na futorze koło Dikańki_, niemal w całości można potraktować jako sielankę rozgrywającą się w atmosferze karnawału i biesiady. Sielankę zbudowaną na legendach i baśniach przepełnionych obrazami, które „wyrażały marzenia ludu”¹⁶. I marzenia Nikołaja, bo nie sposób narratorowi odmówić emocjonalnego, romantycznego zaangażowania.
Akwarela autorstwa Nikołaja Gogola przedstawiająca rodzinny dom Hoholów-Janowskich w Wasylówce
Niewątpliwie w budowaniu tej narracji pomagały mu wspomnienia wypraw z ojcem po okolicy i wymyślanych przez niego zabaw słownych. Wasyl woził synów – Nikołaja i młodszego o rok Iwana – po łąkach, polach, lasach i stepie, podrzucając im słowa do poetyckich improwizacji: „słońce”, „step”, „niebo”... Chłopcy mieli z nich układać strofy, a ojciec wystawiał oceny. Nikołaj zdecydowanie lepiej radził sobie z zadaniem – aby po latach, już podczas pobytu w Petersburgu, budować takie opisy jak choćby ten: „Jak upajający, jak przepyszny jest letni dzień w Małorosji! Jak obezwładniająco upalne są te godziny, gdy południe lśni w ciszy i znoju”¹⁷...
Ale ojciec był również naznaczony zmiennością nastrojów człowieka w stanach depresji. Jak twierdzi Renata Smirnowa, po śmierci córeczki Tetiany potrafił przeleżeć całą noc w stepie na gołej ziemi, od czego poważnie się potem rozchorował. Innego zdania jest psychiatra-klinicysta Władimir Cziż, autor książki poświęconej chorobie Gogola, w której zajął się głównie psychiką Nikołaja. Sugeruje jako lekarz, że ojciec miał gruźlicę, syn zaś odziedziczył po nim „patologiczną organizację układu nerwowego”¹⁸ – i to patologiczna organizacja była przyczyną jego geniuszu oraz większości problemów... o czym jeszcze nie raz będzie mowa.
Córka zaprzyjaźnionego z rodziną Hoholów-Janowskich dramatopisarza Wasyla Kapnista tak wspomina Nikołaja: „Znałam Gogola jako chłopca, zawsze poważnego i tak zamyślonego, że jego matka bardzo się martwiła”¹⁹.
To zamyślenie raczej nie było najważniejsze. W _Staroświeckich ziemianach_ jest i taka znamienna historia narratora:
Pamiętam, w dzieciństwie często je słyszałem: ktoś nagle z tyłu za mną wyraźnie wymawiał moje imię. Dzień wówczas zazwyczaj bywał jasny i słoneczny; ani jeden liść nie drgał na drzewie, martwa cisza, nawet pasikoniki przestawały cykać – ani żywego ducha w ogrodzie. Zazwyczaj rzucałem się do ucieczki z ogrodu, opętany strachem, nie mogąc złapać tchu, i uspokajałem się dopiero wtedy, gdy widok pierwszego spotkanego człowieka rozpraszał straszną pustkę w moim sercu.²⁰
Halucynacje słuchowe, barwnie wplecione w tę opowieść, można by uznać za motyw literacki, gdyby nie fakt, że pod koniec życia Gogol mierzył się z nimi, co już raczej było objawem choroby psychicznej.
Na ten rodzaj nadwrażliwości nałożyła się jeszcze żarliwość religijna matki. Marija miewała widzenia i apokaliptyczne sny, które tłumaczyła sobie jako znaki boskie. Trudno, by nie wpływało to na ukochanego syna.
Chociaż 2 października 1833 roku pisał do niej:
Pamiętam: niczego w dzieciństwie mocno nie przeżywałem, na wszystko patrzyłem tak, jakby to było stworzone dla mojego zadowolenia. Nikogo nie kochałem w szczególny sposób, z wyjątkiem Mamy, a to tylko dlatego, że sama natura tchnęła mnie tym uczuciem.²¹
Z racji tego, że był pierworodnym, po śmierci dwojga wcześniej urodzonych dzieci, i matka już zawsze traktowała go w sposób wyjątkowy, ten wpis można by odnieść bardziej do dziecięcego egocentryzmu wychuchanego przez rodziców dziecka – a nie nadwrażliwości na świat. Ale równie dobrze można powiązać z uwagą Wasilija Zieńkowskiego na temat gogolowskiego smutku: „Istota rzeczy sprowadza się do wymogów, jakie stawia Gogol – to za ich przyczyną początkowo estetyczne, później zaś religijno-moralistyczne podejście do życia zostaje pozbawione wszelkiego «samozadowolenia»”²².
Dalej bowiem w tym liście pisze tak:
Na wszystko patrzyłem beznamiętnym spojrzeniem i chodziłem do cerkwi, bo mi kazano bądź tam mnie niesiono; ale stojąc w niej niczego prócz ornatów, popów i paskudnej gorliwości diakonów nie widziałem. Żegnałem się, bo widziałem, że wszyscy się żegnają. Jednak ten jeden raz – pamiętam to tak żywo, jak gdyby co dopiero się wydarzyło – poprosiłem Mamę, aby opowiedziała mi o Sądzie Ostatecznym, i Mama mnie, dziecku, tak dobrze, tak zrozumiale, tak wzruszająco opowiadała o tych dobrodziejstwach, które czekają ludzi za cnotliwe życie, i tak wstrząsająco, strasznie opisała wieczne męki grzeszników, że to rozbudziło całą moją wrażliwość, zasiało i w następstwie zrodziło potrzebę wzniosłych myśli.²³
Nikołaj nawiązuje w tych słowach do wychowania młodszych sióstr, napominając matkę, by z Lizą, która według niego niczego nie potrafi kochać, zrobiła to, co z nim jako małym dzieckiem.
„Trzeba mocno wstrząsnąć uczuciami dzieci, a wtedy na długo zachowają wszystko, co najpiękniejsze. Sam tego doświadczyłem”²⁴ – podsumowuje w liście.
A czego dokładnie doświadczył? Świata zbudowanego na połączeniu chrześcijańskich wizji z demonologią ludową.
Matka też miała wahania nastrojów – o czym pisze doktor Cziż.
Nie sposób nie zwrócić uwagi na niestabilność i nagłe zmiany jej nastroju oraz zależne od nastroju zachowanie; nie ruszając się z miejsca, nie zmieniając pozycji, godzinami rozmyślała o nie wiadomo czym, a jej twarz to stawała się bez życia, to była pogodna, ożywiona i ruchliwa.²⁵
Podobnie będzie w przypadku Nikołaja. On sam niejednokrotnie nadmieni w listach o swoich stanach odrętwienia, które psychiatra Grigorij Siegalin zinterpretuje jako łagodne ataki katatonicznego otępienia.
Nikołaj Bażenow, kolejny psychiatra, napisze o Marii, że była „kobietą o niewątpliwie psychopatycznym temperamencie”²⁶. Dzisiaj być może, podobnie jak syn, byłaby diagnozowana pod kątem dwubiegunowości.
Zachowała się też dużo tragiczniejsza historia. Co prawda opowiedziana z drugiej ręki, przez Aleksandrę Smirnową-Rosset, wieloletnią przyjaciółkę pisarza, która twierdziła, że usłyszała ją osobiście z ust Gogola. Czy jest to historia prawdziwa, czy może ją zmyślił, by wstrząsnąć rozmówczynią – tego już się nie dowiemy. Ale nawet jeśli byłaby zmyślona, ma w sobie charakterystyczny gogolowski rys.
Miałem pięć lat. Siedziałem sam w Wasylówce. Ojca ani matki nie było. Została ze mną tylko jedna stara niania, ale ona też gdzieś zniknęła. Zapadał zmierzch. Skuliłem się w rogu kanapy i pośród całkowitej ciszy wsłuchiwałem się w stukanie długiego wahadła starego zegara ściennego. W uszach mi szumiało, coś się zbliżało i odchodziło. Proszę mi wierzyć, byłem przekonany, że to stukanie wahadła jest stukaniem czasu, który przechodzi w wieczność. Nagle delikatne miauczenie kotki naruszyło ten ciężki spokój. Usłyszałem, jak miauczy, i zobaczyłem, że skrada się w moją stronę. Nigdy nie zapomnę tego, jak ona się poruszała, przeciągając się, jej miękkie łapki delikatnie postukiwały pazurkami o deski podłogi, a zielone oczy iskrzyły niemiłym światłem. Poczułem się nieswojo. Wdrapałem się wyżej na sofę i przytuliłem do ściany. „Kici, kici” – zamruczałem, próbując się uspokoić, nagle zeskoczyłem, chwytając kotkę, która chętnie dała się wziąć na ręce, pobiegłem do ogrodu, wrzuciłem ją do stawu i parę razy, kiedy próbowała podpłynąć i wyjść na brzeg, odpychałem ją kijem. Bałem się i cały drżałem, a jednocześnie czułem jakąś satysfakcję, a nawet smak zemsty, że tak mnie wystraszyła. Ale kiedy utonęła i zniknęły ostatnie kręgi na wodzie – zapanowała całkowita cisza i spokój – zrobiło mi się szkoda tej kiciuni. Miałem wyrzuty sumienia. Zdawało mi się, że utopiłem człowieka. Strasznie płakałem i uspokoiłem się dopiero wtedy, kiedy ojciec, któremu o wszystkim powiedziałem, złoił mi skórę.²⁷
Motyw kotki będzie się przewijał w twórczości Gogola – i zawsze w kontekście grozy oraz śmierci.
W opowiadaniu _Noc majowa, czyli Topielica_ dziewczyna
widzi, że zakrada się do niej straszna czarna kocica; sierść na niej płonie, a żelazne pazury stukają po podłodze. W przestrachu skoczyła panna na ławę – kocica za nią. Przeskoczyła na leżankę – kocica też hyc! I naraz skoczyła jej na szyję i dalejże dusić! Z krzykiem oderwała ją panna i rzuciła na ziemię; a straszna kocica znowu się podkrada. Okrutna trwoga zdjęła pannę. Na ścianie wisiała szabla ojcowska. Chwyciła ją – i ciach! Odpadła łapa z żelaznymi pazurami i kocica z wrzaskiem zginęła w ciemnym kącie.²⁸
Jest też motyw, o którym wspomina Vladimir Nabokov:
Kiedyś powiedział Puszkinowi, że najśmieszniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widział, był kocur pędzący konwulsyjnymi susami po rozżarzonym do czerwoności dachu płonącego budynku – i rzeczywiście widok tańczącego diabła udręczonego tym właśnie żywiołem, który zwykł mu służyć do nękania ludzkich dusz, musiał wydać się przepełnionemu strachem przed piekłem Gogolowi wyjątkowo zabawnym paradoksem.²⁹
Choć historia z dzieciństwa bardziej pasuje do tej opowiedzianej w _Staroświeckich ziemianach_. Otóż Pulcheria miała wypieszczoną kotkę, którą zwabiły do lasu dzikie koty. Po jakimś czasie wróciła do domu – brudna, wygłodniała i zdziczała. Nie zabawiła jednak długo, mimo że znowu dostała mięsa i mleka. Kiedy Pulcheria chciała ją pogłaskać, wyskoczyła przez okno z powrotem do lasu.
„To moja śmierć po mnie przychodziła!”³⁰ – powiedziała sobie Pulcheria, uznając ucieczkę kotki za znak z niebios. Mężowi oznajmiła, że wnet umrze – i tak się stało.
Gogol przejdzie w życiu wiele przemian, ale ten zalękniony chłopiec, który słyszy głosy, wierzy w znaki i ze strachu topi kotkę, pozostanie w nim na zawsze. Nawet śmierć zapowie sobie podobnie jak Pulcheria. Każda sielanka będzie u niego zwiastować apokalipsę. Każdy wybuch śmiechu pod wpływem napisanej frazy będzie motywowany panicznym strachem przed demonicznością świata³¹.
A wspomniany w tej historii staw dzielił posiadłość Hoholów-Janowskich na dwie części. Na wzniesieniu po drugiej stronie stawu była niezagospodarowana ziemia. Nikołaj z czasem zaczął tam sadzić klony, lipy i dęby. Pod koniec XIX wieku utworzyły spory park, a w nim wybudowano dom, w którym zamieszkał Mykoła Bykow, syn Lizy, czyli siostrzeniec Nikołaja. Ożenił się z wnuczką Puszkina Mariją, córką Aleksandra, starszego syna poety.
Magnat
Wasyl Hohol-Janowski dzięki małżeństwu z Mariją Kosiarowską zyskał wysoko postawionego protektora. Był nim Dmytro Troszczynski – naczelnik Głównego Urzędu Pocztowego imperium, sekretarz stanu, członek Rady Państwa, minister cesarskiego dworu i apanaży, a potem minister sprawiedliwości. Ściśle związany z dworem kolejno Katarzyny II, Pawła I i Aleksandra I. Ceniony przez carów za erudycję, pracowitość i niezwykłą umiejętność sporządzania raportów, dekretów oraz uchwał.
Pokrewieństwo z rodzicami przyszłego pisarza było dosyć dalekie, acz ciekawe. Hanna Kosiarowska, ciotka Marii, była żoną Andrija Troszczynskiego, brata Dmytra. A ich syn, czyli kuzyn Marii, ożenił się z Olgą Kudriawcewą – wnuczką... króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego. A więc i z tej strony w biografii Nikołaja Gogola pojawiają się wątki polskie.
Dmytro Troszczynski kochał rodzinę Hoholów-Janowskich jak własne dzieci, co sam deklarował w listach. Na emeryturze osiadł w swoim majątku we wsi Kibincy18* w obwodzie mirogrodzkim i szlachta połtawska wybrała go na marszałka gubernialnego. W 1806 roku Wasyl został jego sekretarzem. Podczas wojny ojczyźnianej, kiedy car Aleksander I wydał manifest, w którym nawoływał do tworzenia milicji ludowych, czyli oddziałów pospolitego ruszenia mających wesprzeć armię carską przeciw Napoleonowi, Wasyl przyłączył się do akcji zbierania pieniędzy na tę formację. Jako szanowany obywatel z ramienia lokalnej społeczności mógł nimi rozporządzać. W tym czasie w zastępstwie Troszczynskiego, kiedy ten musiał wyjechać, pełnił nawet funkcję marszałka.
Emerytowany magnat Troszczynski stał się w swojej posiadłości lokalnym satrapą – obrzydliwie bogatym, znudzonym, spragnionym towarzystwa i głośnych zabaw. Lubił zasiadać do stołu w pełnym umundurowaniu, obwieszony medalami, lubił też demonstrować znużenie, milcząco stawiając sobie przy gościach pasjansa.
Zjeżdżała się do niego cała elita intelektualna z bliższej i dalszej okolicy. Jego dom nazywano małoruskimi Atenami.
„Dom Troszczynskiego – wspominał generał A. Michajłowski-Danilewski, który w latach 1824–1825 służył w Ukrainie – skupiał liberałów Małorusi; przebywał tam stale jeden z Murawjowów-Apostołów19*, zesłany później na katorgę, i Biestużew-Riumin20*, który skończył na szubienicy”³².
Magnat bywał tak wylewny w swej gościnności, że czasami przysparzała ona gościom problemów.
Wyjazd z Wasylówki do majątku Troszczynskiego to zawsze była wielka wyprawa – relacjonowała Marija Hohol-Janowska – bo dzieci z nianiami, stroje wcześniej przygotowane na występy teatralne i założenie, że trzeba będzie tam posiedzieć dłużej, czyli dać dyspozycje tym, którzy zostają na gospodarstwie.³³
A potem...
Nie sposób było prosić go o powrót do domu. W ostatnich latach życia na wieść o naszej decyzji, że czas wracać do domu, denerwował się wręcz chorobliwie, a gdy zaczynało się odprowadzanie gości, staruszek był nieszczęśliwy i nie na długo pozostawał bez większych zgromadzeń – szybko zjeżdżali się następni. A wtedy w amfiladzie otwierały się kolejne drzwi, grała muzyka, czasem cała orkiestra, czasem kwartet. Grali Beethovena i Mozarta oraz innych słynnych kompozytorów.³⁴
Troszczynski uwielbiał błaznów – co było dosyć powszechne w magnackich domach. Na stałe mieszkało u niego małżeństwo, Roman i Paraska. Romana cechowała ponoć wyjątkowa głupota, traktowana przez Troszczynskiego jako jego największa zaleta. Oprócz zawodowych błaznów byli specjalni żartownisie, jak podupadły baron Schilling i wiecznie pijany ojczulek Warfołomiej, utrzymywani na wikcie magnata w zamian za swoje upodlenie. Żarty z nich polegały bowiem na tym, że na przykład ojczulkowi przyklejano woskiem brodę do stołu i musiał ją odklejać szarpnięciem, co powodowało ból i jęki – a to szalenie bawiło całe towarzystwo. Troszczyński w nagrodę rzucał mu złotego imperiała. Póki można było z ojczulka się pośmiać, godzien był towarzystwa – jeść jednak musiał za parawanem, bo swoim niechlujstwem wzbudzał obrzydzenie.
Przed domem magnata stała potężna beczka wypełniona po brzegi wodą. Troszczynski zwoływał po obiedzie towarzystwo, odliczał czerwońce, zwykle po dwadzieścia monet, wrzucał do beczki i zapowiadał konkurs: kto zanurkuje i wyłowi wszystkie, ten je dostanie. Sam widowisko obserwował z balkonu. Łowić należało w ubraniu – raczej się nie zdarzało, by ktoś był w stanie wyłowić wszystkie monety, a wyłowione, chociażby dziewiętnaście, ale nie dwadzieścia, należało wrzucić z powrotem.
Czy Nikołaj był świadkiem takich zabaw? Prawdopodobnie tak. Sam, jak się później okaże, nie stronił od głupich żartów w szkole. W losach Akakiusza Kamaszkina, którego woźni traktowali, „jak gdyby przez poczekalnię przelatywała zwykła mucha”, a z którego „łodzi urzędnicy wyśmiewali się i podżartowywali”³⁵, rzucając mu na głowę papierki, chyba można wyczuć echo sadystycznych uciech z domu Troszczynskiego.
Magnat prowadził teatr domowy, w którym wystawiano między innymi sztuki autorstwa Wasyla Hohola-Janowskiego. Pisząc sztuki w języku ukraińskim, Wasyl często odwoływał się do baśni ludowych, co potem wykorzysta Nikołaj w pierwszych opowiadaniach. Ojciec pisarza sam te sztuki reżyserował i sam w nich grał wraz z żoną Mariją, która też śpiewała i tańczyła. Dekoracje i stroje również przygotowywali własnoręcznie. Innym ulubionym autorem i reżyserem w teatrze Troszczynskiego był poeta i dramatopisarz Wasyl Kapnist, z którym rodzina Hoholów-Janowskich na tyle się zaprzyjaźniła, że zajeżdżała do jego posiadłości we wsi Obuchówka21*. Kapnist został zapamiętany jako autor głośnej w końcu XVIII wieku komedii satyrycznej _Jabeda_ . Późniejsi czytelnicy _Rewizora_ dopatrywali się inspiracji w jego twórczości.
Troszczyński miał wielką bibliotekę i rzadkie dzieła sztuki. Wszędzie pyszniły się rzeźby z brązu i wyroby z porcelany; miał kolekcję broni, złotych monet i tabakierek. Największą jego dumą kolekcjonerską były rzeczy osobiste Marii Antoniny: komoda, porcelanowy zegar i świeczniki. Wszystko, co Nikołaj jako dziecko i nastolatek tam zobaczył i przeczytał, czego dotknął, miało wpływ na jego wyobraźnię.
Liczył się z opinią Troszczynskiego. W 1826 roku pisał do matki z gimnazjum: „Dajcie mi znać, kiedy jego ekscelencja Dmytro Prokopowycz będzie u nas, i kiedy znajdzie coś dobrego, co mu się spodoba. Nie mogę się doczekać, żeby poznać zdanie wielkiego człowieka nawet na temat drobnostek”³⁶.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------