Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zagadka martwego wydawcy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
3074 pkt
punktów Virtualo

Zagadka martwego wydawcy - ebook

Są relacje, których nie da się zakończyć po cichu. Zwłaszcza gdy druga strona pada trupem!

Zuza miała dość! Dość presji, szantażu emocjonalnego i pisania w trybie chowu klatkowego. Gdy po latach jej zobowiązania wobec toksycznego wydawcy dobiegają końca, miał on zniknąć z jej życia raz na zawsze. Tymczasem znika… i to dosłownie.

Gdy w nadmorskim ośrodku dochodzi do zbrodni, a trup okazuje się człowiekiem, który przez lata skutecznie podcinał Zuzie skrzydła, sprawy się komplikują. Bo jak udowodnić niewinność, kiedy trzyma się na widoku ranking pomysłów na morderstwo idealne?

Humor miesza się z mrokiem, tajemnice wydawniczego świata wychodzą na światło dzienne, a stawką okazuje się coś więcej niż rozwiązanie kolejnej zagadki.

Bo prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie przestajesz grać według cudzych zasad.

Tom zawiera bonusowe opowiadanie – Gracje rozwiązują tajemnicę, która pół wieku czekała na wyjaśnienie pod schodami domu Uklejów.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8406-452-8
Rozmiar pliku: 679 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis treści

Okładka

Strony tytułowe

Spis treści

Spis książek Anety Jadowskiej

Dedykacja

1. Małe szczęścia z domieszką trupów

2. Ranking drastycznych śmierci Krzysia Zdzisia

3. Mężczyzna gotowy na każde wyzwanie

4. Harmonia stukotu

5. Czasami kurier nie dzwoni nawet raz

6. Magiczna moc spodenek gimnastycznych
7. Źródło rozproszenia
8. Stare i nowe twarze
9. Marketing zawsze z tarczą, nigdy na tarczy
10. Chaos i hipotermia
11. Łopot sztandaru
12. Czasami ucieczka jest jedynym wyjściem
13. Lizanie ran
14. Trup o świcie? Tego nie robi się sowom
15. Trup na plaży i długi cień podejrzeń
16. Lista podejrzanych
17. Obecni i nieobecni
18. Miejsca przeklęte
19. Czerwony kabriolet i mętne alibi
20. Mobilizacja i lista podejrzanych
21. Okłamała mnie pani!
22. Alibi w odmętach niepamięci
23. Pytania i czekoladki
24. Kobieta, która kochała Krzysia Zdzisia
25. Papieros prawdy
26. Głosy w nocy
27. Sześć Gracji z Ustki
28. Dziury w zeznaniach
29. Brakujący świadek
30. Czarno na białym
31. Chaos w trójgłosie
32. Brutalna retardacja
33. Nie takie znów samotne popołudnie
34. Przyczajony tygrys, ukryte pretensje
35. Co kipi pod powierzchnią
36. Rycerz na srebrnym rowerze
37. Kurz opada po bitwie
38. Priorytety
39. Kropka nad i
Epilog
Tajemnice Luli Uklej

Strona redakcyjna

Reklama

Spis treściKSIĄŻKI ANETY JADOWSKIEJ W WYDAWNICTWIE SQN

THORNVERSE

Heksalogia o Dorze Wilk

Złodziej dusz

Bogowie muszą być szaleni

Zwycięzca bierze wszystko

Wszystko zostaje w rodzinie

Egzorcyzmy Dory Wilk

Na wojnie nie ma niewinnych

Trylogia Szamańska

Szamański blues

Szamańskie tango

Szamański twist

Kroniki Thornu

Dzikie dziecko miłości

Katia. Cmentarne love story

Głowa rodziny

Wilk z lasu

Trylogia Nikity

Dziewczyna z Dzielnicy Cudów

Akuszer Bogów

Diabelski Młyn

Kroniki Sąsiedzkie

Afera na tuzin rysiów

Próby ognia i wody

Dziewczyna z przeklętej wyspy

Zbiory opowiadań

Ropuszki. Opowiadania ze świata Thornu

Dynia i Jemioła. Nietypowe historie świąteczne

Kurczaczek i Salamandra

Klątwy i pierniczki

Dla dzieci

Przygody małego duchołapa

SERIE POZA THORNVERSE

Klan Koźlaków

Cud, miód, Malina

Cuda wianki. Nowe przygody rodziny Koźlaków

Garstka z Ustki

Trup i inne sekrety rodzinne

Martwy sezon

Denat wieczorową porą

Gracje z Ustki

Tajemnica domu Uklejów

Sekret prawie byłego męża

Zagadka martwego wydawcy1

Małe szczęścia z domieszką trupów

Nina Rawicz była szczęśliwa. Nie do końca odnajdywała się w tym nowym dla siebie stanie, nie mogła jednak zaprzeczyć faktom. Ostatnie dwa i pół miesiąca były intensywne, ale też najszczęśliwsze w całym jej życiu. Rozpoczęły się źle – śmiercią Luli Uklej, jej pracodawczyni i przyjaciółki – ale rozwinęły się w najniezwyklejszą z przygód.

Najwyraźniej, by podążyć zupełnie nową ścieżką, kobieta potrzebuje tylko starego domu w lesie i najlepszych przyjaciółek. A żeby ruszyła lawina wydarzeń zmieniających wszystko, wystarczy, że pierwszej nocy pod nowym adresem trafisz na trupa i cień podejrzeń, że aktywnie pomogłaś obcemu nieszczęśnikowi zejść z tego świata. Właśnie dlatego przyjaciółki Niny, znane dotąd tylko online, rzuciły wszystko i stawiły się w starym domu, gotowe bronić jej honoru i wolności. A gdy ryzyko postawienia zarzutów minęło, zostały. Nawet nie musiała ich przekupywać kawą i słodkościami.

Mieszkanie z Agatą i Zuzą było wspaniałym doświadczeniem. Nina czasami szczypała się w ramię, by się upewnić, że nie śni.

Może nigdy nie dojechała do Zapadłego koło Ustki? Może przewróciła się na peronie w Poznaniu, kiedy próbowała zdążyć na przesiadkę z Berlina do Słupska? Uderzyła głową o beton i wszystko, co uważała za najpiękniejszy czas w swoim życiu, było tylko produkcją jej nieprzytomnego mózgu oraz koktajlu leków, który pompowano w jej żyły?

Może nigdy nie dotarła do domu Uklejów, nikt nie włamał się tam pierwszej nocy, by potem dramatycznie zabić się na schodach, rujnując je dokumentnie? A jeśli to się nie wydarzyło, nie wezwała też Gracji na ratunek, nie zadzwoniła na sto dwanaście, w związku z czym do jej domu nie trafił przystojny strażak, by poratować ją drabiną i siłą spokoju, kiedy Straszewicz, lokalny stróż prawa, nawet nie silił się na owijanie aluzji woalem.

Wszystko zaczęło się tamtej upiornej burzowej nocy. Trup na schodach, Gracje – i Robert, który zaczął od drabiny, kontynuował, budując jej nowe schody, a skończył, dotarłszy do wieży, w której dawno temu zamknęła swoje serce, przekonana, że miłość nie jest jej pisana.

Tym sposobem dwa i pół miesiąca później Nina mieszkała z najlepszymi przyjaciółkami. Miała chłopaka, w którym zakochiwała się z każdym dniem bardziej, i już prawie pozbyła się podejrzenia, że to wszystko jest na chwilę i zaraz sen złoty pryśnie. Do cholery, miała nawet psa! No dobrze, Robert miał psa, ale gdyby spytała Fąfla, przysiągłby, że kocha ją niemniej niż ona jego, a dom, w którym ma własne smaczki i legowisko, jest również jego domem.

I jasne, nie wszystko było idealne. Na żółtej ceglanej ścieżce przed starym domem Uklejów trafiały się wertepy – zwykle w postaci trupów. Bo po pierwszym przyszły kolejne. Starsze i późniejsze, czasem zupełnie świeże. Ale Gracje sobie radziły! Przy trzecim właściwie miały już wprawę. Zdołały nawet przekonać Straszewicza, by nie traktował Agaty jako głównej podejrzanej, co po dziś dzień poczytywały sobie za prawdziwy sukces. Sierżant sztabowy długo był oporny na ich wdzięk, ale i on w końcu uległ ich urokowi i szaleństwu. Chyba pogodził się z tym, że z Gracjami nie wygra, więc równie dobrze może zaprząc ich szajbę do działania w słusznej sprawie.

Dom Uklejów nie miał dobrej reputacji, ale – jak twierdził Robert – miał dobre kości. Skoro dało się naprawić elektrykę i hydraulikę, a dzięki malowaniu zniknęły pajęczyny i zacieki rozpaczy, to może i reputację z czasem uda się podreperować?

Dom zresztą nie był niczemu winien. Przez lata mieszkał tu Poldek Uklej, ojciec Luli, człowiek nieprzyjemny i agresywny. Ściany nasiąkały jego energią przez dobre osiemdziesiąt lat. Nic dziwnego, że zastąpienie jej nową zajmowało im dłuższą chwilę.

Gracje troskliwie dbały jednak o to, by stara posiadłość nasiąkała śmiechem, miłością i nutą szaleństwa. Zamiast gniewnych pomruków starego właściciela rozbrzmiewały tu dźwięki stukania klawiszy i muzyka. Jeśli puszczane na cały regulator ścieżki dźwiękowe z musicali nie pomogą wyegzorcyzmować tego domu, to nic nie zdoła!

Trzy pisarki pod jednym dachem. Ktoś mógłby zwątpić, czy to się może udać. I niewykluczone, że trzy przypadkowe pisarki nie umiałyby się tu odnaleźć. Nina potrafiła sobie wyobrazić katastrofę, jaka mogłaby wyniknąć ze zderzenia osobowości, neuroz i trybów pracy trzech niekompatybilnych osób twórczych.

Ale Gracje… ach, Gracje to coś zupełnie innego. Z nimi mogłaby konie kraść, trupy zakopywać, prowadzić śledztwa i pisać książki do ostatnich dni swego życia.

Gdyby tylko Lula wiedziała, co zapoczątkuje, zapisując Ninie w testamencie dom po ojcu! Może zresztą nie byłaby zaskoczona? Sama o sobie mówiła, że ma coś z wiedźmy. Że ma czuja do ludzi. Wystarczało jedno spojrzenie, by wiedziała, z kim ma do czynienia. Na samą myśl o Luli Nina się uśmiechnęła. Smutek i tęsknota nie znikały, może nigdy nie znikną, ale z czasem wspominanie przyjaciółki rzadziej doprowadzało ją do łez, częściej do refleksji nad miłością, której śmierć nie zdoła unieważnić.

Byłaby dumna, z całej naszej trójki, pomyślała Nina, mieszając w głębokiej patelni sos pomidorowy.

Zerknęła na Agatę, która przy stole metodycznie kroiła cukinię na idealnie równe plasterki. Lula pokochałaby ją od pierwszego wejrzenia. Z miejsca dostrzegłaby jej siłę, żelazny kręgosłup i hojne serce.

– Co dalej? – zapytała przyjaciółka, gdy ostatni kawałek cukinii wylądował w misce.

Nina, bez zerknięcia w przepis, podała jej dwa małe bakłażany i wróciła do mieszania sosu. Miała nikłe doświadczenie w kuchni i obawiała się, że gdy tylko spuści sos z oka, ten przywrze do dna naczynia, nie bacząc na teflon i jej dobre chęci.

– Nie wierzę, że naprawdę gotujemy, tak na serio i z przepisu. Nie wiem, jak się z tym czuję – zażartowała Agata, układając pokrojone plastry bakłażana na ręcznikach papierowych.

– Autorka przepisu, po długim wstępie opiewającym jej wyprawę do Prowansji, zapewnia, że jest prosty, więc powinnyśmy dać radę – powiedziała Nina. – Gdybyśmy nie oglądały wczoraj Julie i Julii, pewnie skończyłybyśmy z tostami. Ale mogło być gorzej, w końcu to tylko elegancka wersja zapiekanki warzywnej, a nie zaszywanie kuropatwy w brzuchu kury, która wyląduje w brzuchu kaczki i tak dalej…

Agata aż się wzdrygnęła.

– Z krojeniem warzyw sobie poradzę, ale gdybyś mi kazała luzować kości, mogłabym się opętańczo rozwrzeszczeć.

Naraz, jakby wywołała wilka z lasu, ciszę domu Uklejów przeszył przejmujący wrzask. Długi aż do ochrypnięcia, naznaczony frustracją. Nina i Agata zamarły, wpatrując się w sufit. Gdy wrzask ucichł, rozległo się tupanie, a po chwili odgłos szybkich kroków na schodach.

– Czy to nie wspaniałe, że zawaliły się pod włamywaczem, więc nie ma ryzyka, że załamią się pod Zuzą? – zapytała filozoficznie Nina.2

Ranking drastycznych śmierci Krzysia Zdzisia

Zuza wparowała do kuchni z rozwianym włosem i zaczerwienioną twarzą. Jej flanelowa koszula narzucona na piżamę łopotała jak peleryna. Z ogniem w oczach Zuza wykrzyknęła:

– Zamorduję! Ubiję gada! Nie zniosę tego ani minuty dłużej! Musi zginąć! On albo ja!

Całe jej ciało trzęsło się od upakowanych w nim emocji. Uniosła pięści ku sufitowi i pogroziła bóstwom, które splątały jej zawodową ścieżkę z najgorszą kanalią, jaka kiedykolwiek stąpała po ziemi.

– Zabić, tak łatwo powiedzieć – skwitowała Agata, wracając do krojenia bakłażana. – Lepiej zdradź, w jaki sposób, a zobaczymy, gdzie się plasuje w rankingu.

Nina zmniejszyła gaz pod patelnią i podeszła do ściany, na której specjalnie dla Zuzy stworzyły przestrzeń terapeutyczną, zwaną też zwojem śmierci. Wściekłość na Krzysia Zdzisia była stałym elementem życia Zuzy i zgodnie uznały, że muszą zapewnić przyjaciółce jakąś zdrową formę ujścia, inaczej dziewczyna skończy z wrzodami, nadciśnieniem albo zacznie pić o wiele więcej, niż jej wątroba zdoła wytrzymać. Podeszły do tematu, jak to one, niestandardowo i kreatywnie.

W markecie znalazły wielką rolkę papieru do rysowania i zamontowały ją na ścianie za pomocą uchwytu na ręczniki papierowe. A wykaligrafowany przez Agatę napis obwieszczał światu, że zwój zawiera RANKING DRASTYCZNYCH ŚMIERCI KRZYSIA ZDZISIA. Obok zawiesiły małą tablicę suchościeralną, na której mogły zliczać punkty, nabijane za sprawą kolejnych pomysłów Zuzy.

Gracje zdawały sobie sprawę, że istniały zdrowsze i być może mniej makabryczne sposoby radzenia sobie ze stresem, ale czy były równie satysfakcjonujące i twórcze? Ranking okazał się niewątpliwym sukcesem. Zuza żyła, piła umiarkowanie, a jej wrzody miały się nieźle, za to przez tydzień, odkąd zwój zawisł na ścianie, zapisała dwa metry papieru swoim drobnym i czytelnym pismem. Trzydzieści siedem pomysłów na to, jak zamordowałaby Krzysia Zdzisia, gdyby puściły jej nerwy. Reakcja na trzydzieści siedem interakcji, jakie mieli w tym czasie – głównie telefonicznych, choć i mailem potrafił popchnąć ją do fantazjowania o jego nagłej, brutalnej i nieuniknionej śmierci.

Nina podała Zuzie fioletowy flamaster, by ta mogła dopisać trzydziesty ósmy pomysł.

Zuza nabrała powietrza i z namysłem popatrzyła na ranking. Z każdym kolejnym punktem musiała być coraz kreatywniejsza, bo pierwsza dwudziestka wyczerpała te najbardziej oczywiste pomysły.

– Konie! – wykrzyknęła w przebłysku natchnienia. – Przywiązałabym gnojka do czterech nieujarzmionych ogierów i pozwoliła im się rozbiec na cztery strony świata.

Szybko zanotowała pomysł numer trzydzieści osiem i zadowolona odsunęła się o krok, by podziwiać swoje dzieło.

– Nieźle, tak z tradycjami – przyznała Nina.

– Ale punktów za wiele nie dostaniesz – dodała Agata, nie przerywając krojenia. – Diabeł tkwi w szczegółach.

Zuza musiała przyznać jej rację.

– No tak, mało dyskretna metoda. Zostawiłabym mnóstwo śladów. Ale należą mi się dodatkowe punkty za fantazję! A jaką miałabym satysfakcję!

Nina pokręciła głową i powiedziała:

– Niestety wykonywalność słaba, skoro żadna z nas nie ma nawet pół kucyka. A wypożyczenie koni oznaczałoby pozostawienie tropów… Poza tym czy chcemy te miłe zwierzęta narażać na obcowanie z Krzysiem Zdzisiem? Miałyby potem traumę. A gdyby je znaleźli… Czy zwierząt w takich sytuacjach po prostu nie usypiają? Wiecie, gdy uznają je za winne czyjegoś zgonu? Jak psy?

– No dobra, nie mogę tego zrobić koniom – przyznała Zuza niechętnie. – Góra dwanaście punktów i nie wchodzi do pierwszej dziesiątki rankingu.

Odłożyła mazak do koszyczka i westchnęła.

– Aż tak? – zapytała ze współczuciem Nina.

– To jest jak kopanie się, o ironio, z koniem.

– Może w ogóle nie powinnaś odbierać? Uprzeć się przy komunikacji mailowej? – podsunęła Agata.

– Próbowałam… ale on po prostu nie słucha, nie czyta maili, wchodzi w spiralę wyrzutów, oskarżeń i roszczeń. Gdyby nie ostatnia premiera… – Znów westchnęła głośno.

Dziewczyny ze współczuciem pokiwały głowami, bo słyszały dość awantur Krzysia Zdzisia, by bezbłędnie odtworzyć jego retorykę.

– Więc czego chciał tym razem? Poza tym, żebyś mu napisała od ręki trzy kolejne książki? – zapytała Agata.

– Och, żeby trzy! Trzy Reginy i trzy Liliany! Tego już nawet nie komentuję. Ale uparł się, że muszę przyjechać do Warszawy, bo on chce nową sesję zdjęciową i po prostu musimy porozmawiać jak dorośli. Z daleka od wrogich mu podszeptów. – Ostatnie słowa wzięła w cudzysłów.

– O, czyżby to o nas? – zapytała z rozbawieniem Nina.

– On sobie wyobraża, że jestem sierotką bosą, bez krztyny inteligencji i niezależności. I skoro jego manipulacja już na mnie nie działa, to znaczy, że teraz manipuluje mną ktoś inny. Czyli wy. Bo przecież nie ma takiej możliwości, żebym sama poszła po rozum do głowy – piekliła się Zuza.

– Chcesz posiekać cebulę? Gdybym wiedziała, że znów zadzwoni, zostawiłabym ci do krojenia cukinie i bakłażany – powiedziała Agata spokojnie.

Zuza parsknęła śmiechem.

– Wtedy nie byłyby pokrojone w tak równiutkie plasterki, tylko posiekane na miazgę.

– Miazgi nie da się malowniczo ułożyć warstwami na dnie naczynia – zaprotestowała Nina.

– Dobra, daj tę cebulę – sapnęła Zuza.

Pierwsza główka już po chwili leżała na desce posiekana w drobniutką kosteczkę. Nina nawet się nie zająknęła, że wedle przepisu to powinny być piórka, zresztą nie była pewna, jak właściwie wyglądają piórka z cebuli.

– Więc na czym stanęło? Jedziesz do Warszawy? – zapytała Agata.

– Na niczym nie stanęło, bo kiedy zaczął na mnie krzyczeć i obrażać moją godność osobistą, rzuciłam telefonem – burknęła Zuza i pociągnęła nosem. – Spokojnie, nie płaczę przez gada, to od tej cebuli – zapewniła, widząc zaniepokojone spojrzenia przyjaciółek. – Ale zanim zaczął wrzeszczeć, zacytował mi paragraf naszej umowy, tej o współpracy przy promocji książki. I stwierdził, że ta sesja jest po prostu konieczna.

– Możemy pojechać z tobą – zaproponowała Nina.

– Ale ja nie chcę jechać! Nie chodzi o zdjęcia! Nie chcę znaleźć się w jego pieczarze, na jego terytorium! Boję się, że cała moja odwaga i determinacja zostałyby tu, w domu Uklejów! Że znowu bym uległa i dała się w coś wmanewrować! – Zuza z frustracją wymachiwała nożem.

– Nie dałabyś, jesteś na to za bystra i wiesz, że tego nie chcesz – zaprotestowała Nina.

– Zuzanna Lewicka, która jest tu z wami, wie o tym doskonale… ale on wyciąga ze mnie młodszą, mniej dorosłą i pewną siebie wersję!

– Bo pamięta cię taką i nie aktualizuje sobie obrazu twojej osoby. Woli cię złamaną i łatwą do manipulowania, taką jak wtedy, gdy podsuwał ci do podpisania pierwszy kontrakt – zauważyła przytomnie Agata. – To jak z tymi memami o powrotach do rodzinnego domu i narcystycznych rodziców. Odpalają się atawizmy i schematy. To nie twoja wina, on robi to specjalnie. Ta huśtawka emocjonalna, którą ci serwuje przez telefon, w jednej chwili podlizując się i wychwalając pod niebiosa, a w następnej gnojąc cię i obrażając, jest częścią perfidnej strategii.

– Chciałabym, żeby była mniej skuteczna. Odpala mi stare traumy – jęknęła Zuza, ukrywając twarz w dłoniach, niepomna, że chwilę wcześniej dotykała cebuli.

Nina i Agata wymieniły zatroskane spojrzenia. W chwilach, gdy widziały przyjaciółkę tak zgnębioną i kruchą, miały ochotę dopisać co nieco na zwoju śmierci. A może nawet nic nie pisać, by nie zostawiać śladów – tylko w milczeniu wcielić plan w życie.

– Nie musisz tam jechać. Wystarczy, że zaoferujesz mu swój czas, ale niech to on się trochę pogimnastykuje. Góra do Mahometa i tak dalej – rzuciła Agata.

Zuza spojrzała na nią zaskoczona.

– Myślisz?

– Będziesz na swoim terytorium, z nami w narożniku. Powstrzymamy cię.

– Przed czym?

– Morderstwem lub ulegnięciem manipulacji, cokolwiek przyjdzie pierwsze – wyjaśniła Agata.

– A jak mi skazi Ustkę na zawsze? – zmartwiła się Zuza.

– Wiatr od morza przegoni smrodek, nie bój żaby – zapewniła Nina, która odkąd zamieszkała w nadbałtyckiej miejscowości, wierzyła w leczniczą moc fal i sztormów.

– A jeśli to nie wystarczy, będę biegać po ulicach miasteczka z kadzidłem – dodała Agata.

– Chciałabym to zobaczyć – zażartowała Zuza.

– Jeśli cię to uszczęśliwi, jeszcze dziś zamówię największy pęk szałwii, jaki internety widziały – zapewniła najstarsza z Gracji. – Przerzuć piłkę na jego stronę boiska. Niech się spoci.

– Jest to jakaś myśl – przyznała Zuza.

– Jak na nas to praktycznie plan – skwitowała Nina i podbiegła do patelni zamieszać sos, zanim przywarłby do dna.

Kwadrans później, kiedy przyglądały się swojemu dziełu – ułożonym gęsto na solidnej warstwie sosu plastrom cukinii, bakłażana i żółtych oraz malinowych pomidorów posypanych cebulką i ziołami, a następnie obłożonych strzępami mozzarelli – czuły dumę.

– Może nie będzie smaczne, ale na pewno jest ładne – przyznała Nina.

– To całe gotowanie nie jest takie złe – skwitowała żartobliwie Agata.

– Dopóki nikt nie zażąda od nas luzowania kości! – zaznaczyła Zuza, czym rozbawiła przyjaciółki.

Nina wstawiła naczynie żaroodporne do piekarnika i przez chwilę wszystkie trzy kucały przed jego szybą jak matki odprowadzające pociechy pierwszy raz do przedszkola.

– Prawie mi się łezka w oku zakręciła – zażartowała Nina.

– Tylko ustaw timer, żebyśmy nie zapomniały i nie puściły domu z dymem – zauważyła przytomnie Agata.

– Tosty by nam tego nie zrobiły! – stwierdziła Nina.

Jeszcze zanim minął czas pieczenia, zadzwonił pozostawiony na piętrze telefon Zuzy.

– To znowu on? – zapytała Agata, widząc, jak przyjaciółce witki opadają.

– Nie, połączenia od niego zapowiada Marsz imperialny… ale to ktoś z wydawnictwa…

– Może ktoś rozsądniejszy od Krzysia Zdzisia? O to przecież nietrudno! – Ninie udało się wykrzesać z siebie optymizm, gdy Zuza maszerowała już na piętro po komórkę, wydzwaniającą donośnie melodię z Poszukiwaczy zaginionej Arki.3

Mężczyzna gotowy na każde wyzwanie

Jakub Jedliński zwany Dżejdżejem, szef marketingu wydawnictwa Venus, był mężczyzną cierpliwym. Nie tylko dlatego, że od ośmiu lat pracował z Krzysiem Zdzisiem i prawie nigdy nie narzekał, ale i dlatego, że nie przyjmował porażki łatwo. Był więc gotów słuchać sygnału oczekiwania na połączenie dopóty, dopóki nie usłyszy po drugiej stronie głosu Zuzy. A gdy katarynka poinformowała go, że abonent jest czasowo niedostępny, rozłączył się i ponownie wybrał numer. I czekał. Aż w końcu dopiął swego.

– Hej, Dżejdżej, co tam? – Zuza brzmiała na zmęczoną i intuicja podpowiadała mu, że miało to związek z jego szefem. Nie słyszał szczegółów ich wcześniejszej rozmowy, ale obserwował go uważnie przez szybę wydzielonego z open space’u akwarium i po mowie ciała wnioskował, że doszło do kolejnej burzliwej dyskusji.

– Zuzanno kochana, jak miło cię słyszeć! – Aż tryskał radością. Całkiem szczerą, bo spośród wszystkich autorek wydawnictwa Zuzę darzył szczególnym sentymentem.

I nie zrażał się, nawet gdy zamiast odpowiedzi uraczyła go zbolałym westchnieniem.

– Dzwonię, bo dostałem misję specjalną! Mam ustalić szczegóły sesji, wiesz, daty i w ogóle! I nawet nie musisz się martwić dojazdem do Warszawy! Słyszałem, że to stanowi pewien problem, więc znalazłem rozwiązanie, na pewno ci się spodoba! Zaproponowałem Krzysiowi Zdzisiowi, że może po prostu wpadniemy do ciebie z całą ekipą. Co ty na to?

Zuza przetarła powieki. Była przekonana, że Dżejdżej musiał się wspomagać farmakologicznie, by wykrzesać z siebie ten radosny entuzjazm. Niemożliwe, by po tylu latach w Venus człowiek sam z siebie produkował go aż tyle.

– Ale mnie nie ma w Bydgoszczy, Dżejdżejku, jestem dosłownie na drugim końcu Polski – powiedziała w końcu.

– W Zakopanem? – zdziwił się szczerze.

– Przeciwny kierunek. Kilka miesięcy temu przeniosłam się do Ustki. Małe miasteczko, fatalne połączenie kolejowe – skłamała, bo sezonowy „Słoneczny” już kursował prosto do Warszawy.

– Nad morzem? Ale to jest doskonała wiadomość! – rozentuzjazmował się Dżejdżej. – Przyznam, że sesja w Bydgoszczy byłaby pewnym wyzwaniem, ale Ustka? Przecież to wspaniała sceneria! Już widzę te zdjęcia! Będą rewelacyjne! Klimatyczne, romantyczne, artystyczne! Jakie tylko chcemy! Sceneria współpracująca, więc nie muszę szukać studia! Zaklepię Raka, porządną stylistkę… Zajmę się kostiumami i resztą, ty się niczym nie musisz przejmować… Już mi się wizja krystalizuje, ależ to będzie piękne! Wezmę Rubelę, znasz Gosię? Chyba nie, pracuje od niedawna, ogarnia social media, ponagrywa rolki, tiktoki, co tam jeszcze, jakiś wywiadzik… przecież tam kontent się sam zrobi! I nie będzie ci musiała zawracać głowy przy premierze, bo wszystko machniemy za jednym razem!

Zuza milczała. Zapomniała już, jak to jest zetknąć się z kreatywnym tornadem Jedlińskiego. A jednak… czy sam nie wpadł właśnie na dokładnie to samo, na co przed chwilą wpadła Agata?

– Krzysio Zdzisio może się nie zgodzić – przypomniała. – To jednak spory kawałek i koszty…

– A daj spokój – niemal słyszała jego machnięcie ręką – w koszty sobie wrzuci. A jak mu powiem, ile oszczędzi na marketingu, to jeszcze się do pomysłu zapali. Przecież całą kampanię wizualną tam zrobimy!

– Nadal nie jestem przekonana, czy te nowe zdjęcia są potrzebne. To moja ostatnia premiera w Venus – przypomniała.

Teraz to Dżejdżej jęknął, jakby telepatycznie dźgnęła go nożem.

– Zuza, ja cię proszę, nie łam mi serca. Potrzebuję sesji, żeby sprzedać tę książkę! Przecież to nie tylko kwestia foci na okładkę! Z taką morską sesją wepchnę materiały promocyjne do najważniejszych mediów! Premiera powieści nikogo tam nie interesuje, ale piękne zdjęcia pięknej dziewczyny świetnie wypełniają strony magazynów. Inaczej premiery nie przemycę, przecież wiesz, jak jest. Literatura jest pariasem, a już popularna i gatunkowa? Dziewczyno, ja cię proszę, zgódź się, tak ci tę książkę pięknie wypromuję, że jeszcze mi przyślesz pudełko Merci na Gwiazdkę! – Nagle spoważniał. – Zuzka, my naprawdę musimy tę książkę sprzedać, bo robi się nerwowo. Już nam zapowiedział, że nie mamy co liczyć na premie świąteczne. Branża kwiczy, ale stanę na rzęsach i zrobimy bestseller!

– Przecież na moje miejsce ma sto autorek za progiem – mruknęła, przypomniawszy sobie słowa Krzysia Zdzisia, które wgryzły się w jej duszę jak kwas.

– Ciekawe gdzie, bo jak ostatnio wyglądałem za próg, to tylko wierzyciele się szczerzyli – skwitował Dżejdżej.

– Aż tak źle?

– Nie chcę narzekać… ale wiesz, że on nigdy nie myślał dwa kroki do przodu. Nie dziwię się, że chcesz iść gdzie indziej, ale pozwól mi choć z tą ostatnią książką poszaleć i wycisnąć z niej sprzedażowo, ile się da. – W jego głosie pobrzmiewały błagalne nuty.

– Dobra, przyjedźcie więc do Ustki. Ale was nie przenocuję. Sama mieszkam kątem u przyjaciółki – zaznaczyła, bo nagle owładnęła nią wizja Krzysia Zdzisia panoszącego się po domu Uklejów.

Pokusa, by sprawdzić, czy nowe schody są wystarczająco strome, byłaby zbyt silna. A zepchnięcie Krzysia Zdzisia z bardzo wysokich i stromych stopni widniało w rankingu śmierci całkiem wysoko. Jedyny minus, jaki znalazła Agata, to recydywa i ryzyko ponownego uszkodzenia schodów.

Tymczasem tornado Jedlińskiego nie zwalniało ani na moment.

– W ogóle się tym nie martw, znajdę nam miejscówkę, ogarnę noclegi i całą resztę. Ty musisz się tylko pojawić na sesji i pięknie wyglądać, a z tym poradzisz sobie bez problemu. Jak stoisz z czasem?

– Daj mi znać, kiedy ustalisz szczegóły, a stawię się punktualnie – odpowiedziała Zuza z lekką rezygnacją.

Nie słuchała kolejnej minuty entuzjastycznego szczebiotu. Gdy wreszcie Dżejdżej umilkł, wykorzystała to i powiedziała:

– Podeślij plan na maila. Muszę kończyć, bo mi się obiad w piekarniku spali. Do usłyszenia! – Rozłączyła się, zanim znów by spróbował zagadać ją na śmierć.

Gracje stały w progu pokoju.

– Słyszałyście wszystko czy powtarzać? – zapytała Zuza.

– Słyszałyśmy dość – przyznała Agata. – Jak tam, w porządku?

– O ile może być w porządku w tych okolicznościach, to tak. – Wzruszyła ramionami.

– Może Krzysio Zdzisio w ogóle nie przyjedzie, bo za daleko? – podsunęła Nina. – Z marketingowcami sobie poradzisz śpiewająco.

– Twój optymizm w ostatnich dniach jest po prostu… zaskakująco rozbuchany – jęknęła Zuza, która nie miała złudzeń. Przyjedzie. Wiedział, że ucieszyłaby się, gdyby został w Warszawie.

– Zaczynam podejrzewać, że to ich randkowanie z Robertem weszło na nowy poziom i hormony jej w głowie mieszają – zażartowała Agata, a Nina natychmiast oblała się rumieńcem.

– Bingo – skwitowała Zuza. – Dobrze, że mój celibat nie jest zagrożony. Co ja bym zrobiła, gdyby mi hormony zaczęły mieszać w mroku?4

Harmonia stukotu

Gdyby na to pozwoliła, rozmowa z Krzysiem Zdzisiem, wisząca jej nad głową sesja i reszta mordęgi całkiem wytrąciłyby ją z równowagi, blokując kreatywność. Bywało tak nie raz i nie dwa podczas pisania ostatniej książki Liliany Mist, gdy inspiracja uchodziła z Zuzy jak z przebitego balonika po każdym telefonie czy mailu od przeklętego wydawcy. Ale nie tym razem. Zamknęła frustracje w szczelnej szufladce z tyłu głowy i gdy tylko Gracje skończyły jeść (zapiekanka okazała się zaskakująco przyzwoita i same sobie pogratulowały, wznosząc toasty lemoniadą), siadła z laptopem w gabinecie dawnego pana domu, po czym zabrała się do roboty.

Obawiała się, że po pierwszym zrywie ugrzęźnie, zderzy się ze ścianą lub odkryje, że jednak nie odnajduje się w gatunku i fantastyce jako takiej, ale na razie obawy się nie potwierdziły. Szła jak pożar buszu. Współczesne urban fantasy okazało się dla niej idealne – potrafiło pomieścić zarówno jej ciemną, jak i jaśniejszą stronę. Być może Regina Lux i Liliana Mist żyłyby wciąż i cieszyły się dobrym zdrowiem, gdyby nie eksploatowały tylko maleńkiego skrawka osobowości Zuzy, całkowicie blokując inne. Tym razem miała wrażenie, że nie musi się krępować ani zakładać filtra na swój mrok czy sarkazm.

Bohaterka współpracowała i robiła, co trzeba, by zasłużyć na miano heroiny, trup ścielił się gęsto, a magia wypełniała każdą stronę klimatem i tajemnicą. Zuza ciągle czekała, aż coś się spierdoli, ale na razie wszystko trzymało się kupy. Fabuła, choć zawiła i wielowątkowa, nie rzucała jej kłód pod nogi, a narracja płynęła wartko, bez wypełniaczy. Zuza korzystała więc z tego, że jest na fali wznoszącej, i pisała w każdej wolnej chwili; maszynopis rósł, a wraz z nim nadzieja Zuzy, że coś z tego będzie. Wciąż nie wiedziała, czy kariera, ale coś na pewno.

Miała jeszcze jedną motywację. Chciała napisać solidny kawał, zanim na maila zapuka redaktorka z plikami hrabiego wymoczka. Musiała być w dobrym miejscu z nowym projektem, by powrót do uniwersum Liliany nie wybił jej z rytmu.

Dlatego zaparzyła wielki dzbanek kawy, zaopatrzyła się w miseczkę kamyczków (przekonywała samą siebie, że wartości odżywcze orzechów przewyższają wady cukrowej osłonki) i siedziała przy laptopie tak długo, jak długo słowa płynęły, kręgosłup wytrzymywał i oczy dawały radę.

Pomagało też to, że Agata i Nina pracowały tuż za ścianą. Często słyszała stukot klawiszy Niny, niczym echo jej własnych, a Agata wzięła na siebie ogrom pracy związanej ze zbliżającym się kursem. Jednym słowem, robota wrzała, kreatywność buchała jak z pieca – Gracje były jak samonakręcająca się maszyna.

Gdy wartki strumień słów przysychał na chwilę, Zuza sięgała po kubek kawy, a jej wyobraźnia przywoływała słowa Krzysia Zdzisia albo podsuwała rzeczy, którymi mogłaby się zamartwiać w związku z desantem wydawnictwa Venus na Ustkę, ale odpędzała niechciane myśli bez pardonu.

– Nie dziś, szatanie – egzorcyzmowała swojego wydawcę i wracała do pisania.

*

Do Agaty zaczęło docierać, że rzuciła się z motyką na słońce i nie doceniła istotnych czynników. Raz – nie doszacowała rozmiarów potencjalnej grupy docelowej, i to grubo. Dwa – nie doszacowała też czasu, jaki zajmie jej przeczytanie wszystkich nadesłanych tekstów i listów intencyjnych. Zwłaszcza że adepci sztuki pisarskiej i kandydaci na kryminalistów byli najwyraźniej beznadziejni w podążaniu za prostymi wytycznymi. Gracje jasno określiły wymagania: maksymalna długość próbki literackiej mogła wynosić trzydzieści tysięcy znaków ze spacjami, a dzieło (gatunek dowolny) nie musiało być ukończone.

Niestety, masa kandydatów albo nie umiała liczyć, albo liczyła, że ich geniusz w pełni objawi się Agacie, gdy tylko przeczyta sto tysięcy znaków, albo przerosła ich konieczność wycięcia kawałka tekstu.

Poza tym zgłoszeń było cholernie dużo. Termin ich nadsyłania wciąż całkiem odległy, a miała ich już na skrzynce sto osiemdziesiąt sześć. Szanse, że przeczyta je do końca tygodnia i zdoła wybrać czworo kandydatów, spadały z każdym odświeżeniem skrzynki pocztowej. Była już właściwie pewna, że będzie musiała przedłużyć termin ogłoszenia decyzji, a tym samym przesunąć termin kursu z końca maja na drugą połowę czerwca; może i połowę lipca, jeśli zgłoszeń napłynie jeszcze więcej.

Nie znosiła przeciągania deadline’ów, ceniła sobie terminowość i rzetelność, ale musiała przyznać, że ma przed sobą stanowczo za dużego słonia, by uporać się z nim na raz. Zwłaszcza że zobowiązała się przed dziewczynami do pierwszej selekcji, a one potem miały przeczytać wybrane teksty i pomóc jej podjąć ostateczną decyzję. Może wyłonią na tyle dużo kandydatów, by zaplanować kolejną turę kursu?

Dziś wyeliminowała trzy zgłoszenia. Pierwsze zawierało wyłącznie poezję religijną – jakoś nie widziała ich autora (zakonnika zresztą) na warsztatach – w kolejnych dwóch zamiast tekstu były zdjęcia autorów w negliżu. W pełni demokratycznie: jedno męskie, jedno żeńskie, a w listach intencyjnych autorzy, jakby się zmówili, proponowali Agacie usługi erotyczne i obwieszczali się jej przyszłymi muzami. Agata przewróciła oczami i od razu wrzuciła oba maile do kosza.

Pierwotnie planowała wydrukować wszystkie zgłoszenia, by czytać je w komforcie, ale gdy ich liczba przekroczyła piętnaście, a objętość tekstów po zsumowaniu dałaby ryzę papieru, zwątpiła w sens druku. Dlatego siedziała na kanapie z tabletem i przedzierała się przez kwiecistą prozę, mrucząc pod nosem przekleństwa na przydawki u jednych autorów i „suchą dosadność” u innych, którzy pisali tak, jakby musieli wysłać tekst telegramem, a stawka za nadanie przymiotnika była trzy razy wyższa niż za nadanie rzeczownika.

– W co my się wpakowałyśmy? – zapytała w chwili refleksji, gdy natknęła się na porównanie żeńskiej anatomii do silnika Formuły 1, z zaskakująco obszernym rozbudowaniem metafory w stronę rury wydechowej. – Mówią, że to nie ludzie czytają książki, tylko książki czytają ludzi, ale przysięgam ci, są fetysze, których we mnie nigdy by nie przeczytały.

Nina parsknęła śmiechem ze swojego fotela. Z nogami przerzuconymi przez poręcz i laptopem na kolanach stukała w klawisze miarowo i wytrwale. Agata powstrzymała się przed małym wykładem o pozycji ergonomicznej, głównie dlatego, że wiedziała, że za chwilę dziewczynie zdrętwieją kończyny i będzie musiała usiąść inaczej.

– Może wprowadź brutalną selekcję? Kończ czytanie za każdym razem, gdy autor napisze „była piękna, ale o tym nie wiedziała”, albo zacznie opisywać anatomię w jakikolwiek dziwaczny sposób? Samoświadome piersi tryskające emocjami czy skręcające się w podnieconym drżeniu jajniki? Dziękuję, następny proszę? – zaproponowała Nina.

– No nie wiem, odrzuciłabym tylu facetów, że na pewno ktoś dopatrzyłby się w tym seksizmu i nienawiści do mężczyzn – mruknęła Agata, która ledwie uporała się z akapitem z rurą wydechową, a już natknęła się na sutki sterczące przez trzy warstwy odzieży, w tym puchową kurtkę. – Czuję się odpowiedzialna za nasze decyzje, więc wydaje mi się, że muszę przeczytać do końca…

– Możesz też jako sito pierwszej selekcji potraktować zdolność czytania ze zrozumieniem. Wtedy wszystkie zgłoszenia z tekstami powyżej trzydziestu tysięcy znaków odpadną i wystarczy wysłać wiadomość z informacją, że zapraszamy na kolejne edycje po uprzednim starannym zapoznaniu się z regulaminem oraz wymogami technicznymi zgłoszenia.

Agata parsknęła śmiechem.

– Nina, jesteś bezwzględna! Może powinnam ci oddać ten przywilej i raz-dwa wyłoniłabyś najwyżej dziesiątkę. O wiele łatwiej byłoby wybierać z dziesięciorga kandydatów.

– Wcale nie, znam cię, Agato. Masz za miękkie serce. Przy dziesięciorgu czułabyś, że wybierając czworo, ranisz głęboko pozostałych sześcioro. O wiele mniej zaboli tych, którzy odpadną, gdy dowiedzą się, że przegrali w wyścigu trzydziestu osób na jedno miejsce.

– Czterdziestu sześciu – poprawiła Agata.

Nina uniosła wzrok znad ekranu.

– Żartujesz?

Agata pokręciła głową.

– Najgorsze, że mają czas do piątku do północy.

– No tak, czyli dojdą jeszcze prokrastynatorzy i piewcy robienia rzeczy na ostatnią chwilę. Drugie tyle, jak nic.

– Co w sumie, patrząc optymistycznie, dowodzi, że jest popyt na nasz kurs, więc możemy organizować go cyklicznie.

– Aż cię kurwica strzeli, bo co innego jedna grupa, a co innego dwadzieścia. Usłyszysz zew porucznik Zywert i będziesz fantazjowała o zgubieniu kursantów w lesie, byleby popisać w spokoju.

Agata parsknęła pod nosem. Mogło tak być. Nie bez powodu regularnie odmawiała uniwerkom i instytucjonalnym kursom kreatywnego pisania, gdzie umowa wiązałaby ją na semestr czy dwa.

– Oni już walą drzwiami i oknami, a ja mam dopiero bardzo mętny zarys programu zajęć. Mogą się rozczarować – powiedziała nagle, bo syndrom oszusta dawał się jej we znaki i coś podszeptywało, że w ogóle z czym do ludzi i skąd pomysł, że ma komukolwiek do zaoferowania cokolwiek mądrego.

– Zajmiemy się tym. Masz zarys, ja mam czarny pas w PowerPoincie i jako początkująca autorka dorzucam ekspertyzę w zakresie: „to wcale nie jest tak oczywiste, jak myślisz, bo ja nie wiem, a chętnie się dowiem”.

Agata wiedziała, że nie jest sama, i tylko dlatego jeszcze nie rozesłała maila z formatką: „Kurs się nie odbędzie. Przepraszamy”.

Przez chwilę pracowały w milczeniu. Agata przedzierała się przez jedną z dziwniejszych scen erotycznych, jakie w życiu czytała (i nadal nie była pewna, czy to aby na pewno seks ludzki, a nie fanfik do transformersów), Nina zaś stukała kolejne akapity z nową motywacją – skoro istniał na świecie wydawca, który nie tylko chciał jej pierwszą powieść, ale jeszcze dopytywał o kolejne, bo „trzeba iść za ciosem” i „marketing szybciej chwyta, gdy autorka dostarcza”, nie mogła zmarnować tej szansy.

Nagle zadzwonił jej w głowie dzwonek alarmowy.

– Agata, ile czasu minęło, odkąd im wysłałam tę podpisaną umowę? Czy nie powinni już odesłać z podpisem prezeski? – zapytała nagle, przejęta.

– Nina, polecony Pocztą Polską, to raz. Słowo „priorytet” jest tam tak na wyrost, jak metr osiemdziesiąt wzrostu w opisie na Tinderze. A dwa, nawet jeśli twoja przesyłka doszła w ciągu tygodnia, to pewnie musi się zebrać zarząd. Na umowie były miejsca na podpis prezeski i redaktorki prowadzącej. Takie rzeczy potrafią trochę potrwać. A potem list musi przecież jeszcze wrócić. I nie jest powiedziane, że wyślą go priorytetem.

– Niby tak – przyznała Nina, kompletnie nieprzekonana.

– Następnym razem możemy pojechać do Poznania, gdy już ustalicie kształt umowy, i podpiszesz na miejscu.

– Jeśli będzie następny raz – mruknęła najmłodsza z Gracji. A po chwili nieco głośniej spytała: – Bo daliby znać, gdyby się rozmyślili, nie?

– Zapewne. Ale nie są szaleni, Ninka, nie bój żaby, nie zapeszaj, zostaw mrok Zuzce. Ona tam z niego tka teraz grubą magię, więc nie podbieraj budulca.

– Widzisz, widzisz? Najpierw mówicie, że mnie ponosi optymizm, a potem nagle mrok wypełza – zażartowała.

– Och, optymizm wobec osoby Krzysia Zdzisia jest objawem. Nie wiem jeszcze czego, ale czegoś na pewno. Za to optymizm wobec twojej własnej twórczości to oznaka zdrowego rozsądku.

– Muszę ci wierzyć na słowo. Rynek zweryfikuje.

– Jeśli poczujesz się lepiej, mogę ci poczytać na głos kawałki dzieła, przez które właśnie brnę – zaproponowała Agata.

– Nie poczuję się lepiej tylko dlatego, że jakiś młodzik pisze gorzej – zaprotestowała Nina.

– Młodzik? Wedle formularza zgłoszeniowego obywatel ma czterdzieści sześć lat, szesnaście opublikowanych książek na koncie i trzy nagrody branżowe. A jednak pcha swój tłok w rurę wydechową, a w żyłach mu krąży rozgrzany olej.

Nina parsknęła.

– No dobrze, przeczytaj mi na głos. To faktycznie może mi poprawić samoocenę – przyznała.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij