Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zagubiona ksieżniczka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 września 2026
24,99 zł
2499 pkt
punktów Virtualo

Zagubiona ksieżniczka - ebook

Pierwsze spotkanie legendarnego wojownika Toriana i księżniczki Karatis było równie burzliwe, co spontaniczne. Zakończyło się skandalem, przez który Torian został wygnany z królestwa oraz pozbawiony majątku i ziemi. Po latach powraca jako król zwycięskiej armii najpotężniejszego królestwa na kontynencie. Tym razem to Karatis musi podporządkować się jego woli. Czy Torian pragnie zemsty za wydarzenia z przeszłości? A może dawna namiętność, która połączyła ich przed laty, nigdy naprawdę nie wygasła?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 981 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1 – PRZYPADEK

W komnacie panował złoty półmrok. Promienie słońca sączyły się przez haftowane zasłony, muskając kamienne ściany i polerowaną podłogę. Wysokie sklepienie niosło echo kroków tylko jednego mężczyzny — tego, który czekał.

Torian.

Stał nieruchomo, jak posąg wykuty z brązu. Masywne ramiona oplecione czarnym płaszczem, prosty miecz zawieszony u biodra. Jego twarz — męska, kanciasta, pozbawiona blizn, choć legenda mówiła co innego. Skóra mocno opalona, jasne włosy opadały na czoło. Oczy… głęboko osadzone, brązowe. Zbyt spokojne jak na kogoś, o kim mówiono, że jednym spojrzeniem gasi ogień.

Nie wyglądał na potwora, którego się obawiano.

Wyglądał… niepokojąco normalnie. I przez to jeszcze groźniej.

Nagle drzwi rozwarły się z trzaskiem.

Do sali wpadła dziewczyna — i czas zadrżał.

Jasne włosy rozsypane na ramionach, miękka tkanina sukni tańczyła wokół jej nóg. Policzki zaróżowione od biegu, usta rozchylone. Pachniała jaśminem i czymś jeszcze — jakby letnim powietrzem i śmiechem. Niosła ze sobą chaos i lekkość.

Zatrzymała się gwałtownie, marszcząc nos.

— O nie… to nie kuchnia — mruknęła, bardziej do siebie niż do niego.

Spojrzała w górę — i ich oczy się spotkały.

Torian wyprostował się powoli. Przez moment patrzył na nią, jakby próbował zrozumieć, czy jest prawdziwa.

Karatis też zamarła. Poczuła, że coś w niej milknie.

Nie wiedziała jeszcze, co. Ale wiedziała, że nic nie będzie już takie jak wcześniej.

— To gabinet królewski — powiedział cicho, z głosem jak ciemny aksamit.

— Więc zdecydowanie nie kuchnia — odpowiedziała, zerkając na niego ukradkiem.

Mężczyzna był wysoki, wyprostowany, opanowany. Ale nie w sposób wojskowy. Raczej jak ktoś, kto nie musi nikomu niczego udowadniać. Ona zaś — żywa, jasna, pełna niepokoju, który kusił.

— Jesteś… strażnikiem? — zapytała ostrożnie.

— Nie.

— Żołnierzem?

— Można tak powiedzieć.

— Czekasz na audiencję?

— Raczej na wypłatę.

Jej brew uniosła się lekko.

— Wynajęty miecz?

— Dziś tak.

— Hm. A jutro?

— To zależy od ceny.

Karatis przyjrzała się mu uważniej. Był… przystojny. Nie w oczywisty sposób. To nie rysy czyniły go atrakcyjnym, ale coś w spojrzeniu. Pewność. Cień czegoś dzikiego.

— Jak masz na imię? — zapytała.

Przez chwilę myślała, że nie odpowie.

— Torian.

Zamarła. Imię uderzyło ją jak dzwon. Wiedziała, kim był. Wszyscy wiedzieli.

— Torian? Wojownik Króla?

— Mhm.

— Ale… ty wyglądasz... zupełnie inaczej, niż mówiły opowieści. Gdzie są blizny? Gdzie brakujące zęby? Mówią, że wyglądasz jak zrodzony z furii i ognia.

— A ty wyglądasz, jakbyś się zgubiła w drodze na lekcję śpiewu — odparł sucho, ale z błyskiem w oku.

Karatis się zaśmiała — cicho, jak dzwoneczek wśród cieni.

— Nie jestem śpiewaczką.

— A kim jesteś?

Zbliżyła się do drzwi i przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy.

— Jeśli mnie rozpoznasz dziś wieczorem na balu… powiem ci.

— A jeśli nie przyjdę? Nie wybieram się.

— Przyjdziesz — odparła uśmiechając się drwiąco. — myślę że chciałbyś w nim uczestniczyć

I wyszła. Tak po prostu. Zostawiając go samego, pierwszy raz od dawna zaintrygowanego.

Zostało tylko echo jej kroków. I zapach jaśminu.

Torian po raz pierwszy od miesięcy… uśmiechnął się.

* * *

Torian siedział przy wielkim oknie w swojej tymczasowej komnacie, wpatrując się w rozciągający się za murami miasta horyzont. Miał wracać. Miał opuścić pałac z pierwszym światłem dnia. A jednak myśli nie pozwalały mu spać.

Dziewczyna.

Kim była? Służką? Dworką? Córką któregoś z dostojników? Wpadła do gabinetu jak promień światła i zniknęła równie szybko. Ale jej obraz nie chciał go opuścić — jej włosy, jej spojrzenie… te oczy — błyszczące, jakby znały tajemnice, których nikt inny nie widział. To nie była uroda, której doświadczał w karczmach i na rynkach. Była inna. Zbyt czysta. Zbyt… nieskalana.

Zastanawiał się, czy mógłby poprosić króla Arianusa, by mu ją oddał w nagrodę. Ale zaraz potem zganił się w myślach. Arianus był królem mądrym i szlachetnym. Przyjacielem z dawnych czasów. Nie tylko wyniósł Toriana z błota wojny, ale też dał mu miasto — własne miejsce, własne życie. Torian szanował go jak przyjaciela, może nawet jak ojca.

I właśnie dlatego nie mógł poprosić o dziewczynę. Jeszcze.

Zresztą — nawet nie znał jej imienia.

Wstał i przeciągnął się leniwie. Myśli o domu wypełniły jego głowę — smak piwa ze swojej karczmy, śmiech dziewczyn i zapach domowego jadła. Tam było prosto. I wygodnie.

Torian był znany z tego, że lubił kobiety. I że kobiety lubiły jego. W swoim mieście miał niejedną kochankę i jeszcze więcej tych, które o tym marzyły. Nigdy nie przywiązywał się na dłużej. Zawsze ruszał dalej.

A jednak…

Z tej jednej nie potrafił się otrząsnąć. Ujęła go swoja niewinnością i lekkością.

Westchnął i podszedł do kufra, z którego wyjął ciemnoniebieską tunikę z haftowanym wzorem. Najlepsze szaty. Pamiątka po innej misji, w innym kraju. Założył je bez pośpiechu, poprawiając materiał na szerokich barkach. Miecz zostawił przy łóżku. Dziś nie chciał wojny. Chciał się zabawić.

Spojrzał w lustro.

— Niech będzie bal — mruknął do siebie i uśmiechnął się ironicznie, jak dotąd zawsze unikał szlacheckich uciech.

I wyszedł, nie wiedząc jeszcze, że tej nocy jego świat zacznie się zmieniać.

* * *

Karatis stała przy oknie, a jej palce błądziły po aksamicie zasłony, jakby szukały odpowiedzi ukrytych w tkaninie. Spojrzała na rozłożone na łóżku suknie. Każda była piękna — dzieło najlepszych hafciarek i krawców królestwa. Ale jej wzrok uparcie wracał do jednej.

Srebrzysta jak poranna mgła. Lekka, zwiewna, jakby stworzona z pierwszego oddechu świtu. To właśnie ją wybrała. Dziś nie chciała wyglądać jak księżniczka z opowieści. Dziś chciała wyglądać jak… ona sama.

A może chciała zrobić wrażenie. Na nim.

W myślach wciąż wracała do tamtego spotkania — krótkiego, przypadkowego, a jednak silniejszego niż niejedna długa rozmowa. Torian.

W swoim życiu poznała wielu mężczyzn — przyszłych książąt, wojowników, ambasadorów. Byli przystojni, szlachetni, pewni siebie. Ale żaden z nich nie zaintrygował jej tak, jak on.

Próbowała przypomnieć sobie wszystko, co o nim wiedziała.

Mówiono o jego męstwie — o bitwach, z których wychodził bez szwanku, o wojskach, które pokonywał samym spojrzeniem. Ale też o jego bezlitosności wobec wrogów. Dla niektórych był bohaterem, dla innych — potworem. Legenda głosiła, że jego matka miała nadzwyczajne moce i uczyniła go prawdopodobnie nieśmiertelnym. Nikt nigdy nie pokonał go w walce.

Plotki mówiły również, że kochał wino, kobiety i zabawę. Że kobiety lgnęły do niego jak pszczoły do miodu. Że nie służył żadnemu królowi, ale czasami walczył po stronie tych, którzy zasługiwali na ochronę. Wybierał tych szlachetnych takich jak Arianus, jej ojciec.

Król często opowiadał o nim przy kominku — z mieszaniną podziwu i ostrożności. Torian był legendą, ale i ostrzeżeniem. Człowiekiem nieprzewidywalnym, niepokornym, głodnym wyzwań i wolności. Wiedziała też, że był skłócony z kuzynem jej ojca, władcą Bonunari — największej armii na kontynencie o najbliższego sojusznika Greserot. Nasza ziemia nie miała potężnej armii, ale dysponowała bogactwami i żywnością. Sojusz był kruchy, delikatny — jak nici jej srebrnej sukni.

Karatis przyłapała się na tym, że znowu myśli o nim. Znowu.

Ale nie powinna.

Dla wielu ludzi bal był przyjemnością — ucztą, tańcem, śmiechem. Dla niej był polem walki. Politycznym przedstawieniem, gdzie każdy gest i uśmiech miały znaczenie. Ojciec powtarzał: “Lud patrzy zaciekle ale wrogowie patrzą jeszcze uważniej.”

Dziś miała być symbolem. Księżniczką. Dowodem, że królestwo i najważniejsza w królestwie rodzina stoi silne i niezachwiane.ROZDZIAŁ 2 – BAL

— Torian! Cóż za zaskoczenie! — zawołał król Arianus z szerokim uśmiechem, podchodząc do wojownika. — Miło cię widzieć, że skorzystałeś z mojego zaproszenia. Wydawało mi się, że nie przepadasz za królewskimi przyjęciami.

Torian skłonił się z szacunkiem, ale i z tą charakterystyczną nutą zadziorności w oczach.

— Nie mógłbym odmówić zaproszenia od najbardziej uwielbianego króla na całym kontynencie.

Arianus zaśmiał się krótko, z rozbawieniem.

— Jeśli tak twierdzi największy wojownik naszych czasów… baw się dobrze, przyjacielu.

Torian zajął miejsce przy głównym stole. Dworska sala tonęła w złocistym świetle świec i zapachu przypraw. Jedzenie było wyborne, wino jeszcze lepsze — ale nie to zaprzątało jego uwagę.

Czuł na sobie spojrzenia. Damskie oczy, błyszczące i oceniające, śledziły każdy jego ruch. Każdy napięty mięsień ukrywający się pod balowa szata. Niektóre z pań dworu znane były z romansów — cichych, ukrytych, ale też z orgii i otwartości na wszelkie cielesne przyjemności. Dobrobyt nie zawsze im służył: przesadne ucztowanie i alkohol zostawiały ślady na skórze i spojrzeniu. Torian nie szukał tytułu ani pochodzenia. Był prostym człowiekiem dla niego liczył się głownie wygląd swojej przyszłej kochanki. Lubił kobiety o delikatnych rysach twarzy i wyrazistych oczach w których widział pożądanie i pasję.

Ale tych oczu — tych jednych — nigdzie nie widział. Nie patrzyły na niego jak na mężczyzna który mógłby im wiele dać, ale jak na mężczyzna o którym wiedzą wszystko. Każdy sekret i bliznę na jego ciele jak i duszy. To takie dziwne wrażanie.

Przebiegał wzrokiem po sali, próbując odnaleźć dziewczynę z poranka. Ale nigdzie jej nie było. Westchnął i uniósł kielich wina do ust.

Nim zdążył przełknąć, niemal siłą został porwany do tańca.

— Torianie, naprawdę nie wypada tak siedzieć w kącie — powiedziała baronowa Irah, z wyuczoną wdzięcznością na ustach i błyskiem, który miał więcej wspólnego z pożądaniem niż z radością.

Była zamężna, to wiedział. Żoną kuzyna Arianusa — szanowanego dyplomaty. Nie przeszkadzało jej to jednak w tańcu ocierać się o jego ramię, biodro, dłoń. Kilkukrotnie jej suknia nieco „przypadkiem” zsunęła się z ramienia, odsłaniając więcej, niż powinna.

Trochę go to bawiło. Trochę irytowało.

Z każdym obrotem muzyka zdawała się zwalniać, a on coraz bardziej tęsknił do ciszy. Kiedy melodia dobiegła końca, a taniec ustał, baronowa nachyliła się do jego ucha.

— Jeśli miałbyś ochotę się na lepszą zabawę niż taniec… z radością pójdę z tobą w bardziej zaciszne miejsce… choćby teraz.

Powiedziała to tak bezpośrednio, jakby oferowała mu deser po kolacji.

Torian odsunął się z lekkim ukłonem i uprzejmym chłodem.

Zaczynał sobie przypominać, dlaczego tak nie cierpiał miejsc takich jak to.

Ledwo uwolnił się z uścisku baronowej, a już kolejna dama dworu wyciągnęła do niego dłoń, prosząc do tańca. Tym razem była to lady Nersar, młodsza, bardziej opanowana i znacznie subtelniejsza w zachowaniu. Poruszała się z wdziękiem i nie próbowała uwodzić go tak nachalnie jak poprzedniczka. Ale w jej oczach było coś znajomego — ten sam błysk, to samo oczekiwanie.

Torian przetańczył z nią cały utwór, choć w myślach był już daleko. Wrócił do stołu, ignorując kolejne spojrzenia i szepty. Znowu szukał jej.

Dziewczyny.

Ale nie było po niej śladu. Przeszukał wzrokiem każdy zakątek sali. Może była jedną ze służek? Może odwołano ją w ostatniej chwili, gdy zorientowano się, że wpadła do gabinetu królewskiego bez pozwolenia? Może już nigdy jej nie zobaczy?

Westchnął, przekonany, że to wszystko było tylko krótkim przypadkiem. Że już po wszystkim. Zaczął się zastanawiać nad swoja fascynacją tą dziewczyna, czy aby na pewno byłą tak niezwykła. Kto jak kto ale on znal i można powiedział ze miał masę urodziwych dziewcząt. Może ostatnie bitwy i samotne noce potęgowały chęć podboju kobiecego serca.

I wtedy — usłyszał szmer.

Na szczycie szerokich schodów, prowadzących do sali balowej, pojawiła się ona.

Srebrzysta suknia — lekka, lśniąca jak poranna mgła w świetle świec i lamp oliwnych. Kiedy stawiała kolejne kroki, materiał płynął za nią jak dym, jak oddech świtu. Gdy zeszła pierwszy stopień, w sali zapadła cisza. Drugi — i połowa obecnych mężczyzn odwróciła głowy. Trzeci — i dało się słyszeć ciche westchnięcia.

Torian patrzył. Ale nie myślał o jej urodzie.

Nie tym razem.

Zamarł, bo zrozumiał.

Dziewczyna… nie była nikim przypadkowym.

Nie była służącą. Nie była dworką.

Była kimś, kto zmieniał reguły gry.

W jego głowie pojawiły się pytania. Czy to córka jakiegoś wpływowego barona? Może narzeczona któregoś z lordów? A może — co byłoby najgorsze — już zamężna?

Nie zdążył dokończyć myśli, gdy do dziewczyny podszedł sam król Arianus. Z czułością pocałował ją w policzek, objął delikatnie i zwrócił się do zebranych:

— Drodzy dworzanie… — jego głos uniósł się ponad salę — …mój pierwszy taniec tej nocy należy do mojej najwspanialszej córki.

Sala zadrżała od braw i okrzyków zachwytu.

Torian zesztywniał.

Córka króla. Gorzej już chyba nie mogło być

* * *

Torian był skołowany.

Nie wiedział, co myśleć. Z jednej strony — jej widok wywołał pewną nieoczekiwaną sensację w żołądku. Coś między ciepłem a napięciem. Z drugiej — córka króla. Niedostępna. Obiecana pewnie jakiemuś księciu w ramach politycznych układów. Kraj potrzebował dziedzica, a nie romansu z wojownikiem bez tytułu.

Przez resztę wieczoru Torian bezskutecznie szukał sposobu, by chociaż na chwilę z nią porozmawiać. Z rozmów podsłuchanych przy stole dowiedział się, że nazywa się Karatis.

Piękne imię. Próbował nie myśleć o niej ale każda komórka jego ciała chciała dowiedzieć się o niej więcej.

Tańczył z wieloma kobietami — z grzeczności, z obowiązku, czasem wręcz z ucieczki. Żadna nie mogła odciągnąć jego myśli. Żadna nie przyciągała jego uwagi. Wszystko wydawało się jedynie wypełnianiem czasu, by wyczekać chwili, gdy księżniczka zostanie sama.

Ale Karatis nie była sama. Była centrum zainteresowania. Kolejki mężczyzn ustawiały się, by zatańczyć z królewską córką, a ona — uprzejma, uśmiechnięta, spokojna — dawała każdemu odrobinę swojego czasu, ale nie więcej.

Torian czuł, że przegrywa z czymś, czego nie potrafił nazwać.

Rozbity i niemal pogodzony z myślą, że ten wieczór był tylko stratą czasu, uniósł wzrok — i zobaczył ją. Wychodziła z sali, lekka, niemal nieuchwytna, jakby unosiła się nad ziemią. Podążył za nią niemal instynktownie, nie myśląc. Po prostu szedł.

Znalazł ją samotną, stojącą na marmurowym balkonie. Opierała się o barierkę, wpatrzona w nocne niebo. Blask księżyca odbijał się w jej włosach.

Torian podszedł powoli i uśmiechnął się lekko.

— Witaj, moja droga. Czuję się oszukany — powiedział cicho. — Bo już żadne przedstawienie nie jest potrzebne.

Karatis roześmiała się, cicho i trochę nerwowo.

— Dobrze cię widzieć, Torianie. Mam nadzieję, że bawisz się wybornie.

* * *

Karatis była wyczerpana. Bal, ciągła uwaga, spojrzenia i zaproszenia do tańca – wszystko to odbierało jej resztki sił.

Od samego początku próbowała odgrywać rolę dostojnej księżniczki, takiej, jakiej oczekiwał od niej dwór.

Czasem tylko niepewnie spoglądała po sali, szukając go wzrokiem. Torian przyciągał uwagę nie tylko jej. Widziała, jak wiele par oczu śledziło jego każdy ruch.

W końcu, mając dość kolejnych tańców, wymknęła się na balkon. Wieczór był chłodny, spokojny. Powietrze pachniało jaśminem i lampionami. Zamknęła oczy i pozwoliła sobie po raz pierwszy tej nocy spokojnie oddychać.

I wtedy usłyszała głos. Jego głos.

Dreszcz przebiegł po jej plecach. Czuła nieznane jej dotąd napięcie – rodzaj ekscytacji, który znała tylko z podsłuchanych rozmów i szeptów służby.

Nigdy wcześniej nie czuła czegoś takiego. Nigdy nikogo nawet nie pocałowała.

Po śmierci matki powierzono jej opiekę i nauki lady Vervie – kobiecie surowej i konkretnej, która uczyła ją, jak powinna zachowywać się przyszła królowa.

A jednak w tej jednej chwili wszystkie lekcje stały się jakby odległe.

Torian zbliżył się z uśmiechem.

— Witaj, moja droga. Czuję się nieco oszukany — rzekł żartobliwie. — Wygląda na to, że żadne przedstawienie nie jest już potrzebne.

Karatis roześmiała się cicho, nieco nerwowo.

— Dobrze cię widzieć, Torianie. Mam nadzieję, że bawisz się wybornie.

— Co tu robisz sama?

— Potrzebowałam chwili ciszy… i spokoju.

— Powinienem zostawić cię samą?

— Nie! — odparła szybko, prawdopodobnie zbyt szybko. — Nie… zostań. Cieszę się, że możemy porozmawiać.

Torian uniósł brew, przyglądając się jej z ciekawością.

— Myślałem, że dla księżniczki bal to całe życie.

Spojrzała mu w oczy. Były głębokie, uważne. Odpowiedziała cicho:

— Może pierwszy, drugi bal… Ale setny? To już tylko obowiązek.

Torian zamyślił się.

— Jesteś trochę inna niż wszystkie wysoko urodzone damy, które dotąd poznałem.

— Dlaczego tak myślisz? — zapytała, pochylając głowę.

— Masz w sobie szczerość… autentyczność. To nie jest częsta cecha u arystokratów.

Karatis roześmiała się delikatnie i powiedziała przekornie:

— Myślałem, że jesteś ponad dworskie układy, ponad tron. A jednak rozmawiasz z samą księżniczką.

— Bo lubię ciebie — powiedział poważnie – i muszę powiedzieć ze chyba nigdy nie widziałem tak pięknej kobiety

Torian nie wiedząc co nim kierowało. Czy kieliszek wina czy winek tej eterycznej dziewczyny ale działał impulsywnie. Miał wrażenie że najbardziej czego pragnął to ochronić ja od całego zła tego świata. Uklęknął przed nią, ujął jej dłoń i pocałował ją z szacunkiem, ale i szczerością. Spojrzał jej w oczy.

— Ja, Torian, obiecuję być twoim żołnierzem, Karatis. Obiecuję cię chronić — przed światem, przed wszystkim i wszystkimi.

Poczuła się trochę poruszona trochę rozbawiona nie wiedząc czy to żart.

— Dziękuję… Ale dlaczego? Przecież mnie nie znasz. Nieugięty i nieuznające królów wojownik deklaruje swoją lojalność do kogoś z królewskiej rodziny?

Torian spojrzał w dal.

— Może sam nie potrafię tego wyjaśnić…

Zanim zdążyli powiedzieć więcej, z mroku wyszedł król Arianus. Jego krok był spokojny, ale ton głosu miał w sobie cień ostrzeżenia.

— Tu jesteś, Karatis… w doborowym towarzystwie — powiedział serdecznie, lecz jego spojrzenie zatrzymało się na Torianie.

— Torianie, widzę, że poznałeś moją najdroższą córkę.

— Tak, królu Arianusie — odparł wojownik, prostując się. — Muszę przyznać, jestem zaskoczony. Nigdy wcześniej o niej nie wspominałeś.

Król uśmiechnął się lekko.

— Robiłem to celowo. Kobieta urodziwa jak Karatis przyciąga zbyt wiele niepożądanej uwagi.

Mężczyźni z dworu uwielbiają wyzwania… a tron, który idzie z jej ręką, to pokusa większa niż mężczyzna może oczekiwać.

Zwrócił się do córki.

— Karatis ma przed sobą przeznaczenie. I rolę do odegrania.

Na chwilę zamilkł, a potem spojrzał na wojownika.

— I jeśli wybaczysz, droga córko… chciałbym zamienić z Torianem kilka słów. Na osobności.ROZDZIAŁ 3 – PRAWDA I OBOWIĄZEK

— Torianie… — król Arianus spojrzał na niego poważnie, choć z nutą pobłażliwości. — Wiesz, że szanuję cię jak mało kogo w królestwie. Ale pamiętaj… Karatis to moja córka. Widzę, jak na nią patrzysz.

Torian skinął głową z szacunkiem, jego głos był spokojny, ale stanowczy:

— Nigdy nie ośmieliłbym się jej skrzywdzić, królu.

Król roześmiał się cicho, kręcąc głową.

— Widziałem, jak łamiesz serca. Dziesiątki, może setki. Nawet o tym nie wiedząc. Mój przyjacielu, ty nie jesteś z tych, którzy zostają na miejscu.

Arianus zamilkł na moment, a potem spojrzał w przestrzeń, jakby mówił bardziej do siebie niż do rozmówcy.

— Karatis… jest młoda. I niewinna. Zawsze trzymała się z dala od mężczyzn. Ale w tobie… — jego spojrzenie znów spoczęło na Torianie — ...mam wrażenie, że zdaje się widzieć coś więcej. I to właśnie mnie niepokoi.

Torian poczuł, jak ciężar osiada mu na piersi. Jakby kamień wpadł prosto do jego serca. Ale zachował spokój.

— Naprawdę, nic złego się nie wydarzyło — powiedział niemal usprawiedliwiająco.

Arianus pokiwał głową.

— Wiem. Ale nie chodzi o to, co się wydarzyło… a o to, co mogłoby się wydarzyć. Karatis ma swoje przeznaczenie. I jako król, muszę myśleć o przyszłości naszego królestwa.

Zawiesił głos, po czym wypowiedział słowa, które zabrzmiały jak wyrok:

— Planuję wydać ją za Romelusa — syna króla z Maraki. To sojusz, który zapewni nam silną armię, flotę i stabilność. Pomoże uniezależnić się odrobinę od partnerstwa i przewagi Bonunari. Ojciec Romelusa jest doświadczonym i pragmatycznym władca. A jego syn bezwątpienia będzie oddanym mężem i ojcem.

Torian zamarł. Jego buntownicza natura chciała wyjść na powierzchnię. Chciał powiedzieć coś ostrego, coś wbrew wszystkim zasadom… ale opanował się. Z szacunku dla króla. I dla niej.

— Karatis potrafi być uparta — kontynuował Arianus. — Nie chciałbym, żeby ktoś… namieszał jej w głowie.

Właśnie wtedy, jak na ironię, na balkon wkroczyła baronowa Irah.

— Moi najwspanialsi panowie! — zawołała teatralnie, poprawiając wachlarz. — Nie możecie odwlekać tańca bez końca!

Torian uśmiechnął się krótko. Po raz pierwszy naprawdę się ucieszył z jej obecności.

— Oczywiście, milady — odpowiedział z lekkością, której wcale nie czuł.

Kilka minut później, po obowiązkowym tańcu, wymknął się z sali i udał prosto do swojej komnaty. Zamknął drzwi. Cisza.

Usiadł w ciemności, jego myśli były głośniejsze niż kiedykolwiek.

Nienawidził dworu. Jego reguł, uśmiechów, układów. Zasady były jak złote kajdany, błyszczące, ale bezlitosne. Myślał o swojej matce — znanej ze swojej niezwyklej urody ale także przypisywana jej magiczne mocy, zarzekała się ze jej synem bedzię największym wojownika wszechczasów. Gdy był dzieckiem matka dawała mu z mlekiem dziwne smakujące substancję, sam do końca nie wiedział czy działały. Ale jednego był pewien był silniejszy i zwinniejszy niż większość znanych mu mężczyzn. Był najlepszy wojownikiem w królestwie Arianusa.

Czy to nie czyniło go… większym, lepszym? Czy to nie on pomagał zagwarantować pokój i bezpieczeństwo? Czy to nie sprawie, że powinien czuć się lepiej niż jakikolwiek mężczyzna szlachetnie urodzony.

Czy tron naprawdę należał do tych, którzy urodzili się w koronach… czy może do tych, którzy potrafili ochronić świat? Torian próbował zasnąć pełen gniewu i wątpliwości i może czegoś jeszcze, jakby rozczarowania, że dziewczyna która tak bardzo wpadła mu w oko jest poza jego zasięgiem, ale nie był w stanie przyznać tego nawet sam przed sobą.

* * *

Karatis obudziła się zmęczona, niespokojna. Nie mogła zasnąć — w jej głowie wciąż brzmiał głos Toriana, jego spojrzenie, obecność. Czuła się jak głupia dziewczyna, która zakochała się po dwóch spotkaniach, ale… przecież nikt wcześniej nie poruszył jej serca w ten sposób. Nie tak.

Wiedziała, że jej ojciec nigdy nie zaakceptuje tego uczucia. W oczach króla była zaledwie częścią układu, który miał zapewnić sojusz i bezpieczeństwo. Córka władcy, nie kobieta z sercem. Romansowanie z wojownikami, ambasadorami czy innymi niegodziwymi mężczyznami było na czele listy zabronionych rzeczy dla księżniczki. Czasami żałowała, ze nie urodziła się hrabiną lub kimś znacznie prostszym. Z jej perspektywy księżniczka miała masę obowiązków i nie mogła poświęcać tyle wolności i czasu jak jej rówieśniczki. Karatis była bardzo młoda i zbyt naiwna wiec nie mogła jeszcze dostrzec ze życie wiele kobiet nawet z tych wysoko urodzonych rodów nie jest usłane różami.

Cały dzień miotała się konta z kont nie wiedząc do końca co ze sobą zrobić.

Zdecydowała, że dziś skupi się na kolacji. Starannie wybrała suknię – granatową, ulubioną. Podkreślała jej talię i jasną cerę, odbijała błękit w jej oczach. W otoczeniu zieleni ogrodu wyglądała jak sen. Może nawet dla niego.

Przybyła punktualnie. Chciała usiąść jak najbliżej Toriana, lecz wiedziała, że ojciec natychmiast by to zauważył. Dlatego zajęła swoje miejsce, z godnością i powściągliwością. Nie szukała go wzrokiem – aż do bólu się tego pilnowała.

Przez dwie godziny nie miała nawet okazji z nim porozmawiać. Zrozpaczona, wstała i oznajmiła, że musi sprawdzić jednego z ulubionych pupili w ogrodzie królewksim. Znana była z miłości do zwierząt — nikt nie podejrzewałby, że kryje się za tym coś więcej. W duchu liczyła, że Torian również zapragnie chwili spokoju. Miała wrażenie ze on też w jakiś sposób będzie szukał z nią kontaktu.

Nie musiała długo czekać.

Stojąc przy wyjściu z altany, obserwując kolorowe papugi, usłyszała znajomy głos.

— Znów księżniczka ucieka od królewskich obowiązków? Szuka spokoju i ciszy?— zapytał z lekkim uśmiechem Torian.

— Nie tylko ja, jak widać — odpowiedziała zaczepnie. — Czy jegomość raczy mi towarzyszyć?

Zawahał się. Wiedział, że nie powinien. Ale… czy potrafił odmówić?

— Nigdy wcześniej nie widziałem królewskiego ogrodu pełnego zwierząt. Chętnie się przejdę i będę pewny, że nic niebezpiecznego nie grozi szlachetnej księżniczce— odpowiedział z ukłonem.

Karatis ujęła go lekko pod ramię. Spacerowali alejami między zagrodami, a ona opowiadała mu historie każdego stworzenia. On słuchał uważnie, ale też patrzył — z zachwytem. Jej jasna skóra, głębokie oczy koloru nieba lub morza — nie potrafił się zdecydować. Jej twarz była delikatna, niemal dziecięca, co sprawiało, że oczy zdawały się ogromne i hipnotyzujące.

— Jak to jest być największym wojownikiem na kontynencie? — zapytała nagle.

Spojrzał na nią ze smutkiem.

— To nic przyjemnego, Karatis. Giną ludzie — ojcowie, synowie, przyjaciele. Gdybym mógł, nie wysyłałbym nikogo do walki. Ale czasem kilku wojowników może ocalić tysiące. Jeśli pojedynek rozstrzygnie losy bitwy…

— Rozumiem powiedziała cicho. A czy kiedyś… przegrałeś? — zapytała cicho.

— Gdybym przegrał, nie byłoby mnie tutaj powiedział cicho a jego twarz wydawała się jakby starsza.

— Wojna to okropna rzecz — powiedziała po chwili. — Rozdziela rodziny, niszczy wsie, kobiety często trafiają w niewolę… Królowie zaczynają je z błahego powodu nie licząc się z konsekwencjami.

— Twój ojciec nigdy nie zaczynał wojny bez powodu. Zawsze dbał o swój lód i jego dobrobyt.

— Wiem. Ale często wspierał Bonunari w ich podbojach, które często było kaprysem króla Azala, wszyscy wiedzą ze jest najsurowszym i najbardziej brutalnym władca od pokoleń. Powiedziała Karitis z ukrywana złością.

— Potrzebujecie ich armii. Jeśli nie będziecie z nimi… musielibyście planować wojnę przeciwko nim. Twój ojciec jest tego doskonale świadomy.

Przeszył go mały dreszcz niepokoju Karatis nie powinna tak bez zastanowienie atakować władcę Bonunari nawet jeśli mówiła szczera prawdę. Jeśli Greserot zostało by podbite a król Arianus upadł jej los by okrutny. W najlepszym wypadku została by nałożnicą zdobywcy albo sprzedana do domu rozpusty gdzie mężczyźni za parę srebrników mogli by zabawić się z niegdysiejszą księżniczką. Sam nie korzystał z domu uciech ale słyszał wiele historii od walczących z nim żołnierzy. Torian otrząsnął się z tych nie miłych myśli .

Zatrzymali się przy leniwie przeciągającym się tygrysie.

— Jak długo zostajesz? — zapytała niepewnie.

— Nie wiem — odparł szczerze. — Powinienem wracać. Myślę, że jutro wyjadę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij