Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zakazane pragnienie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 września 2026
29,90 zł
2990 pkt
punktów Virtualo

Zakazane pragnienie - ebook

Jeden błąd potrafi zburzyć wszystko. Nawet to, co wydawało się nienaruszalne. Po nagłej śmierci ojca Maja szuka ukojenia tam, gdzie zawsze czuła się bezpiecznie – w rodzinnym domu. Nie spodziewa się jednak, że zastanie tam chłodne małżeństwo siostry, rosnące napięcie i… Wiktora. Męża Karoliny, który z każdym dniem zaczyna patrzeć na Maję w sposób, w jaki nie powinien patrzeć szwagier. Jeden ukryty gest. Jeden chwyt na korytarzu. Jedna noc na neutralnym gruncie. To, co miało być chwilową ucieczką od strachu i żałoby, szybko przekształca się w niszczycielską obsesję. Gdy Karolina zaczyna patrzeć zbyt uważnie, a otoczenie stawia coraz trudniejsze pytania. Jak daleko posunie się Maja, by chronić siostrę przed prawdą, którą sama stworzyła? I co się stanie, gdy w tej niebezpiecznej grze pękną ostatnie hamulce? Duszna, uzależniająca historia o zakazanej namiętności, poczuciu winy i cenie, jaką płaci się za przekroczenie granicy, z której nie ma już powrotu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

ROZDZIAŁ 1: DYM I DESZCZ

Deszcz bębnił o blaszany parapet z monotonną, uporczywą złością, która z czasem przestała drażnić i stała się po prostu tłem. Maja stała przy oknie w małym przedpokoju, obejmując dłońmi kubek z wystygłą czarną kawą. Wypełniający dom zapach — mieszanka papierosowego dymu, starych mebli i ciężkich, słodkawych lilii z wczorajszych wieńców — osiadał na gardle i sprawiał, że oddychało się trudniej.

Ojciec zmarł nagle.

Zawał przy porannym przesadzaniu pomidorów w szklarni. Szybko i bezboleśnie, jak zapewniał lekarz pogotowia. Miał nie zdążyć poczuć strachu.

Wszyscy powtarzali to Mai tak, jakby miało jej od tego zrobić się lżej.

Nie robiło.

Jeszcze cztery dni temu rozmawiała z nim przez telefon. Narzekał na mszyce, ceny prądu i sąsiada, który znowu parkował za blisko bramy. Na koniec, jak zwykle, zapytał, czy dobrze je i czy nie siedzi za długo po nocach.

Teraz go nie było.

Zamiast niego po domu snuli się ludzie ubrani na czarno. Sąsiadki przynosiły plastikowe pojemniki pełne ciast i sałatek, kuzyni, których Maja ledwie pamiętała, ściskali ją za rękę, a co kilka minut ktoś mówił:

— Trzymaj się, dziecko.

Albo:

— Taki dobry człowiek.

Najgorsze było:

— Czas leczy rany.

Minęła doba od pogrzebu. Maja nie chciała, żeby cokolwiek się leczyło. Chciała, żeby ojciec wszedł przez drzwi w swoich ubłoconych kaloszach i zapytał, kto znowu przestawił mu sekator.

— Miałaś kupić dodatkowe serwetki, Majka.

Ostry głos siostry przeciął cichy gwar dochodzący z salonu.

Maja zamknęła oczy.

Tylko na sekundę.

Karolina pojawiła się w drzwiach przedpokoju jak zwykle nienaganna. Czarna, dopasowana sukienka nie miała ani jednego zagniecenia. Włosy zebrała wysoko i ciasno, a makijaż w jakiś cudowny sposób ukrywał zmęczenie i ewentualne ślady łez.

O ile w ogóle płakała.

Karolina nie płakała.

Karolina zarządzała.

— Przepraszam. Zapomniałam — powiedziała Maja. — Jest tyle rzeczy na głowie…

— Jak zwykle.

Karolina nawet na nią nie spojrzała. Przesuwała palcem po ekranie telefonu.

— Mama siedzi w sypialni i od pół godziny ogląda te same zdjęcia. Catering spóźnia się z przystawkami, ciotka Ela obraziła się na ciotkę Basię, bo podobno zajęła jej miejsce przy stole, a za chwilę przyjadą wujkowie z Suwałk.

Maja uniosła brwi.

— I na to wszystko pomogą serwetki?

Karolina wreszcie podniosła wzrok.

Przez moment patrzyły na siebie w milczeniu.

— Nie zaczynaj, dobrze?

— Nie zaczynam.

— To chociaż przynieś dodatkowe krzesła z garażu.

— Dobrze.

— Sześć.

— Karolina…

— Co?

— Powiedziałam: dobrze.

Siostra zacisnęła usta.

Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby chciała coś odpowiedzieć, ale najwyraźniej uznała, że szkoda czasu. Odwróciła się na pięcie.

— I sprawdź, czy w kuchni jest jeszcze kawa.

Stukot jej obcasów na starym parkiecie oddalał się w stronę salonu.

Maja wypuściła powietrze.

Była przyzwyczajona.

Dzieliło je osiem lat i znacznie więcej niż osiem lat różnicy charakterów. Karolina zawsze wiedziała, czego chce. Była zdolna, przebojowa, konkretna. Wyjechała do miasta, zrobiła karierę, wyszła za mąż, kupiła mieszkanie i urządziła sobie życie dokładnie tak, jak wcześniej je zaplanowała.

Maja natomiast…

Maja po prostu była.

Odstawiła zimną kawę na szafkę i ruszyła w stronę tylnego wyjścia. Kiedy otworzyła ciężkie drewniane drzwi, chłodne, wilgotne powietrze uderzyło ją w twarz.

Przymknęła oczy.

Ulga.

Choć przez chwilę nie było kwiatów, perfum, kawy, jedzenia i kilkunastu osób oddychających tym samym ciężkim powietrzem.

Był tylko deszcz.

I ktoś jeszcze.

Na ganku, osłonięty przed ulewą głębokim okapem dachu, stał mężczyzna.

Wiktor.

Jej szwagier.

Trzymał papierosa między palcami, a cienka smuga niebieskawego dymu rozpływała się w szarym, wilgotnym powietrzu. Opierał się plecami o ceglaną ścianę, jedną nogę miał lekko ugiętą. Czarna koszula z podwiniętymi do łokci rękawami i ciemne garniturowe spodnie sprawiały, że wyglądał bardziej jak ktoś, kto właśnie wyszedł ze spotkania biznesowego, niż z rodzinnej stypy.

Tylko twarz do tego nie pasowała.

Była zmęczona.

Kilka dni zarostu przyciemniało mu szczękę. Pod oczami miał delikatne cienie.

Maja zatrzymała się w progu.

Nie widziała go prawie dwa lata.

Oczywiście rozmawiali czasem przez telefon. Czasem pojawiał się gdzieś w tle podczas wideorozmowy z Karoliną. Na rodzinnej grupie wysyłał życzenia na święta i obowiązkowego kciuka pod zdjęciami.

Ale to nie było to samo.

Ostatni raz widziała go naprawdę dwa lata wcześniej.

Na ślubie Karoliny, pięć lat temu, Wiktor wydawał jej się po prostu dużym, małomównym facetem, którego starsza siostra jakimś sposobem wygrała na życiowej loterii. Maja miała wtedy dwadzieścia lat i była bardziej zainteresowana chłopakiem z zespołu weselnego niż własnym szwagrem.

Teraz miała dwadzieścia pięć.

I patrzyła na niego trochę inaczej.

Wiktor miał w sobie coś, czego nie potrafiła nazwać. Nie chodziło nawet o szerokie ramiona czy silne przedramiona odsłonięte przez podwinięte rękawy. Raczej o spokój. O sposób, w jaki stał. Jakby nie musiał nikomu niczego udowadniać.

Przypominał stare drzewa rosnące za domem — mocny, nieruchomy, przyzwyczajony do złej pogody.

Odwrócił głowę.

Ich spojrzenia się spotkały.

Maja przez moment miała absurdalne wrażenie, że została przyłapana.

— Co? — zapytał.

— Nic.

— Patrzysz na mnie.

— Bo stoisz na środku ganku.

Spojrzał na miejsce obok siebie, potem znowu na nią.

— Faktycznie. Podejrzane.

Kącik ust Mai drgnął.

Pierwszy raz tego dnia prawie się uśmiechnęła.

Wiktor zauważył.

Nic jednak nie powiedział.

Zaciągnął się papierosem i wypuścił dym w stronę ogrodu.

— Zmęczona? — zapytał po chwili.

— Trochę.

— Wyglądasz, jakbyś chciała uciec.

Maja wyszła na ganek i oparła dłonie o drewnianą balustradę.

— Aż tak widać?

— Trochę.

— Nie chcę uciekać.

— Jasne.

Spojrzała na niego.

— Naprawdę.

Wiktor uniósł brwi.

— To dlaczego od pięciu minut stoisz przy drzwiach prowadzących na podwórko?

Maja westchnęła.

— W środku jest okropnie duszno.

— To prawda.

— I wszyscy coś ode mnie chcą.

— To też prawda.

— A Karolina…

Urwała.

Wiktor spojrzał na nią z boku.

— Karolina jest Karoliną?

Maja parsknęła cicho, zanim zdążyła się powstrzymać.

Natychmiast zasłoniła usta dłonią.

— Boże. Nie powinnam się śmiać.

— Dlaczego?

— Wczoraj pochowaliśmy ojca.

Wiktor zgasił papierosa w mosiężnej popielniczce stojącej na małym stoliku.

— Twój ojciec opowiedział mi kiedyś dowcip na pogrzebie własnego brata.

Maja spojrzała na niego.

— Tata?

— Twój tata.

— Jaki?

— Nie pamiętam.

— Kłamiesz.

— Pamiętam, ale był fatalny.

— Tym bardziej chcę usłyszeć.

Przez chwilę Wiktor wyglądał, jakby naprawdę rozważał spełnienie jej prośby.

W końcu pokręcił głową.

— Nie. Są granice.

Maja ponownie się uśmiechnęła.

Tym razem już tego nie ukrywała.

I właśnie wtedy poczuła coś dziwnego.

Nie dlatego, że Wiktor powiedział coś szczególnego. Nie zrobił niczego niewłaściwego.

Po prostu pierwszy raz od kilku dni ktoś nie patrzył na nią jak na córkę zmarłego.

Patrzył na nią jak na Maję.

— Ludzie różnie reagują na śmierć — powiedział po chwili. — Jedni płaczą. Inni muszą cały czas coś robić. Twoja mama ogląda zdjęcia. Karolina organizuje wszystko dookoła.

— A ja stoję z zimną kawą przy oknie.

— Też jakaś metoda.

Maja spojrzała na mokry ogród.

— A ty?

— Co ja?

— Co robisz?

Wiktor wsunął dłonie do kieszeni spodni.

Zastanawiał się chwilę.

— Staram się, żeby nic się nie rozleciało bardziej, niż już się rozleciało.

Powiedział to spokojnie.

Bez patosu.

Maja odwróciła głowę i przyjrzała mu się uważniej.

Był od niej starszy o trzynaście lat. Dzisiaj, w szarym świetle, z ciemnym zarostem i zmęczeniem wypisanym na twarzy, wydawał jej się jeszcze starszy. Nie stary.

Dojrzały.

Pewny.

Inny niż mężczyźni, których znała.

Ta myśl pojawiła się niespodziewanie i natychmiast wywołała w niej lekkie zakłopotanie.

Odwróciła wzrok.

Wiktor chyba tego nie zauważył.

— Karolina wysłała cię po krzesła? — zapytał.

Maja spojrzała na niego zaskoczona.

— Skąd wiesz?

— Słyszałem ją z drugiego końca korytarza.

— Ona naprawdę mówi aż tak głośno?

— Kiedy się stresuje? Tak.

— Myślałam, że tylko mnie się tak wydaje.

Wiktor spojrzał w stronę drzwi.

— Mnie też wydaje polecenia.

— Tobie?

— Od siódmej rano.

— I wykonujesz?

— Jestem żonaty pięć lat. Jak myślisz?

Maja roześmiała się cicho.

Wiktor otworzył drzwi prowadzące do garażu.

— Chodź.

— Sama sobie poradzę.

— Wiem.

— To po co idziesz?

Spojrzał na nią.

— Bo sześć drewnianych krzeseł waży więcej niż twoje dobre chęci.

— Dam radę.

— Majka.

— Co?

— Masz sukienkę, buty na obcasie i prawdopodobnie od rana nic nie jadłaś.

Maja zmarszczyła brwi.

— Skąd wiesz, że nic nie jadłam?

— Bo przy śniadaniu przesuwałaś jajecznicę po talerzu przez dwadzieścia minut.

Zamilkła.

Nie wiedziała, że zwrócił na to uwagę.

Wiktor otworzył szerzej drzwi garażu.

— Poza tym nie po to tu jestem, żebyś dźwigała meble.

Weszła za nim.

W garażu panował półmrok. Pachniało benzyną, starym drewnem, metalem i wilgocią. Deszcz dudnił o blaszany dach znacznie głośniej niż na ganku.

Krzesła stały złożone pod ścianą.

Wiktor podszedł do nich.

Maja również.

— Wezmę dwa — powiedziała.

— Nie.

— Jedno?

— Też nie.

— Wiktor, nie jestem z porcelany.

— Wiem.

— To przestań mnie traktować jak dziecko.

Odwrócił się.

Maja natychmiast pożałowała tych słów.

Nie dlatego, że zabrzmiały ostro.

Dlatego, że sposób, w jaki na nią spojrzał, nagle się zmienił.

Tylko odrobinę.

— Nie traktuję cię jak dziecko — powiedział.

Cicho.

Bez uśmiechu.

Maja poczuła, że robi jej się gorąco, choć w garażu było chłodno.

— Dobrze — odpowiedziała.

Odwróciła się w stronę krzeseł i chwyciła jedno za oparcie.

W tej samej chwili Wiktor sięgnął po to samo.

Jego dłoń zatrzymała się kilka centymetrów od jej palców.

Maja spojrzała najpierw na jego rękę, potem na niego.

Był blisko.

Znacznie bliżej niż przed chwilą na ganku.

Czuła zapach tytoniu, deszczu i jego perfum. Drewno. Coś cięższego. Ciepłego.

— Uparta jesteś — powiedział.

— Rodzinne.

— To akurat zauważyłem.

Powinna puścić krzesło.

Nie puściła.

On również nie.

Przez kilka sekund stali naprzeciwko siebie z dłońmi opartymi na tym samym drewnianym oparciu.

Absurdalna sytuacja.

A jednak Maja nagle zbyt wyraźnie słyszała deszcz.

I własny oddech.

Wiktor patrzył jej w oczy.

Nie potrafiła odczytać jego spojrzenia.

Może nic w nim nie było.

Może wszystko działo się wyłącznie w jej głowie.

— Wiktor…

Nie wiedziała nawet, co chciała powiedzieć.

Na podjeździe zatrzymał się samochód.

Trzasnęły drzwi.

— Przyjechali! — dobiegł z domu głos Karoliny. — Maja! Masz te krzesła?!

Maja odskoczyła od oparcia niemal odruchowo.

Wiktor przez sekundę jeszcze na nią patrzył.

Potem pokręcił głową.

— Jak na zawołanie.

Chwycił trzy krzesła naraz.

— Weź chociaż jedno — powiedziała Maja.

— Nie.

— Dlaczego?

Ruszył do wyjścia.

— Bo powiedziałem, że przyniosę.

— Nie powiedziałeś.

Wiktor zatrzymał się w drzwiach i obejrzał przez ramię.

— W takim razie właśnie powiedziałem.

Wyszedł.

Maja została sama w półmroku garażu.

Przez chwilę patrzyła na otwarte drzwi, za którymi znikała jego sylwetka.

Serce wciąż biło jej trochę za szybko.

To nic, pomyślała.

Zmęczenie.

Pogrzeb.

Niewyspanie.

Za dużo kawy, której nawet nie wypiła.

Każde wyjaśnienie brzmiało rozsądnie.

Tylko żadne nie tłumaczyło, dlaczego kiedy Wiktor powiedział: „Nie traktuję cię jak dziecko”, te sześć zwyczajnych słów wciąż siedziało jej w głowie.

Maja sięgnęła po kolejne krzesło.

I dopiero wtedy zauważyła, że się uśmiecha.

Natychmiast przestała.2

ROZDZIAŁ 2: PĘKNIĘCIA

Zapach rosołu, parzonej kawy i wilgotnych od deszczu płaszczy przesiąknął cały dom. W salonie zrobiło się ciasno i głośno. Ciotka Ela prowadziła z wujkiem Staszkiem z Suwałk zaciętą dyskusję o spadkach, choć nikt nie wiedział, dlaczego akurat dzisiaj uznała ten temat za stosowny. Matka siedziała na brzegu kanapy, ściskając w dłoniach poszarzałą chusteczkę i potakując każdemu, kto do niej podchodził.

— Zjedz coś, Haniu.

— Dziękuję.

— Musisz mieć siłę.

— Tak.

— Taki dobry człowiek z niego był.

— Wiem.

Maja słyszała te same zdania od kilku godzin.

Postawiła przyniesione krzesło przy stole.

— Gdzie jest reszta? — usłyszała za plecami.

Karolina stała obok z półmiskiem wędlin.

— Wiktor niesie.

— Wszystkie?

— Tak.

Karolina zerknęła w stronę przedpokoju.

— Przecież mówiłam, że potrzebujemy sześciu.

— Wiem.

— To gdzie są?

Maja zacisnęła usta.

— Karolina, on ma dwie ręce.

Siostra spojrzała na nią, jakby Maja właśnie zakwestionowała podstawowe prawa fizyki.

— Nie musisz być złośliwa.

— Nie jestem.

— Jesteś.

Maja postanowiła nie odpowiadać.

W tej samej chwili do salonu wszedł Wiktor. Niósł trzy ciężkie, dębowe krzesła naraz. Ustawił je w wolnych miejscach, wyprostował się i przeciągnął dłonią po karku.

— W garażu zostały jeszcze dwa — powiedział.

Karolina zmarszczyła brwi.

— To przynieś.

Wiktor rozejrzał się po salonie.

— Gdzie chcesz je postawić?

— Co?

— Krzesła.

— No… tutaj.

— „Tutaj” jest stół.

— To przesuń stół.

Wiktor spojrzał na żonę.

Maja znała Karolinę wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że właśnie zbliżali się do granicy.

— Karolina — powiedział spokojnie Wiktor. — Tu się już nie da przejść.

— Dojdzie jeszcze pan Andrzej z naprzeciwka.

— To damy mu moje miejsce.

— Nie o to chodzi.

— A o co?

Karolina zacisnęła usta.

— Chcę, żeby wszyscy mieli gdzie usiąść.

— I będą mieli.

— Zawsze wszystko wiesz najlepiej.

Wiktor westchnął.

— Nie. Po prostu widzę, że między stołem a ścianą zostało trzydzieści centymetrów.

Maja odwróciła głowę, żeby ukryć uśmiech.

— Mogłeś przynieść jeszcze dwa z góry — rzuciła Karolina.

— Po co?

— Żeby były.

Wiktor spojrzał na nią przez chwilę.

— To nie jest autobus miejski. Nie będziemy upychać ludzi na stojąco.

Ciotka Ela przerwała rozmowę.

Wujek Staszek również.

Przez kilka sekund przy stole zrobiło się podejrzanie cicho.

Karolina natychmiast przybrała uprzejmy uśmiech.

— Ciociu, może jeszcze sernika?

— Chętnie, kochanie.

Kryzys został oficjalnie zażegnany.

Przynajmniej dla gości.

Maja wycofała się pod ścianę. Wiktor usiadł na szerokim parapecie, z dala od głównego stołu.

Po chwili ich spojrzenia się spotkały.

Uniósł brew.

Tylko tyle.

Maja wiedziała jednak dokładnie, o co pytał.

_Trzymasz się?_

Skinęła głową.

_Tak._

Wiktor odwrócił wzrok.

Cała wymiana trwała może dwie sekundy.

Nikt jej nie zauważył.

A jednak Mai zrobiło się od niej dziwnie ciepło.

Nie powinna przywiązywać do tego znaczenia.

Więc oczywiście przywiązała.

Około dziesiątej wieczorem dom wreszcie zaczął pustoszeć.

Ciotki i wujkowie rozjechali się do hoteli i swoich domów. Pan Andrzej z naprzeciwka rzeczywiście przyszedł, ale ku rozczarowaniu Karoliny nie potrzebował dodatkowego krzesła, ponieważ przez większość czasu stał przy kominku i rozmawiał z wujkiem Staszkiem.

Po gościach została góra brudnych naczyń, niedojedzone ciasto, puste butelki po wodzie i cisza, która okazała się cięższa niż wcześniejszy gwar.

Matka siedziała przy stole z pustym wzrokiem.

— Mamo — powiedziała Maja. — Chodź. Położysz się.

— Nie jestem zmęczona.

— Jesteś.

— Tyle zostało do posprzątania.

— My posprzątamy.

Matka spojrzała w stronę kuchni.

— Karolina sama nie da rady.

Maja prawie się uśmiechnęła.

Nawet w żałobie matka potrafiła traktować trzydziestotrzyletnią Karolinę jak dziecko, które może sobie nie poradzić ze zmywarką.

— Jest Wiktor. Ja też jestem.

— A ty też powinnaś odpocząć.

— Najpierw ty.

Pomogła jej wstać.

Na schodach matka zatrzymała się dwa razy. Nie dlatego, że brakowało jej sił. Za każdym razem oglądała się za siebie, jakby spodziewała się zobaczyć męża siedzącego jeszcze przy stole.

W sypialni Maja odsunęła kołdrę.

Matka usiadła na łóżku.

— Ten Staszek tak ładnie opowiadał o ojcu — powiedziała.

— Wiem.

— Pamiętasz, jak pojechali razem nad Wigry i zgubili łódkę?

Maja uśmiechnęła się.

— Tata twierdził, że jej nie zgubili.

— Oczywiście. Według niego łódka sama odpłynęła.

Przez moment obie się uśmiechały.

Potem twarz matki nagle się zmieniła.

— Twój ojciec był dobrym człowiekiem, Majka.

— Był.

— A ja zostałam sama.

Maja usiadła obok.

— Nie jesteś sama, mamo.

— Jestem.

— Masz nas.

Matka pokręciła głową.

— Karolina ma swoje życie. Firmę. Mieszkanie. Wiktor wiecznie gdzieś jeździ. Ty jesteś w Warszawie…

— Mogę częściej przyjeżdżać.

— Nie o to chodzi.

— To o co?

Matka spojrzała na nią.

— Co z tobą będzie?

Maja westchnęła.

— Ze mną?

— Sama w tym wynajętym pokoiku…

— To mieszkanie.

— Jeden pokój.

— Kawalerka.

— Jeden pokój z kuchnią.

— Aneks kuchenny.

— Widzisz? Nawet kuchni nie masz.

Maja mimo wszystko się uśmiechnęła.

— Mamo, błagam.

— Chciałabym wiedzieć, że masz kogoś.

— Mam dwadzieścia pięć lat.

— Wiem, ile masz lat. Rodziłam cię.

— To jutro porozmawiamy o moim katastrofalnym życiu uczuciowym.

Matka położyła się.

— Nie powiedziałam, że katastrofalnym.

— Ale pomyślałaś.

— Może troszeczkę.

Maja poprawiła jej kołdrę.

— Śpij.

— Majka?

— Tak?

— Zgaś światło na korytarzu. Tata zawsze zostawiał.

Maja znieruchomiała.

Matka chyba również zrozumiała, co powiedziała.

Przymknęła oczy.

— Dobranoc, dziecko.

— Dobranoc, mamo.

Maja zgasiła lampkę i wyszła.

Dopiero na korytarzu pozwoliła sobie na kilka głębszych oddechów.

Na dole usłyszała trzask.

Potem następny.

W kuchni Karolina wkładała talerze do zmywarki z energią sugerującą, że każdy z nich osobiście ją obraził.

Wiktor stał przy zlewie i mył duży półmisek.

— Delikatniej — powiedział. — To chyba te po babci.

— Wiem, jakie to talerze.

Trzask.

Wiktor spojrzał przez ramię.

— Właśnie dlatego mówię.

— Gdybyś pomógł mi od razu po wyjściu gości, już dawno byśmy skończyli.

— Pomagałem.

— Paliłeś.

— Wyniosłem śmieci.

— A potem paliłeś.

— Schowałem stoły.

— I paliłeś.

Wiktor zakręcił wodę.

— Karolina.

— Co?

— Sześć worków śmieci. Dwa stoły do garażu. Drewno do kominka. Posprzątany ganek. Teraz zmywam.

— Chcesz medal?

Zapadła cisza.

Maja zatrzymała się w progu.

Wiktor odłożył ścierkę.

— Nie.

— To przestań mi wyliczać, co zrobiłeś.

— To ty zaczęłaś wyliczać, czego nie zrobiłem.

Karolina zamknęła zmywarkę.

— Dla ciebie zawsze wszystko jest „wystarczająco”.

— Nie wiem, o czym mówisz.

— O wszystkim.

Tym razem Wiktor zamilkł.

Maja poczuła się tak, jakby przypadkiem otworzyła drzwi do pokoju, do którego nie powinna zaglądać.

To już nie była kłótnia o talerze.

Karolina zaśmiała się krótko, bez cienia rozbawienia.

— Nieważne.

— Skoro zaczęłaś, to powiedz.

— Teraz chcesz rozmawiać?

— Nie. Chcę skończyć tę rozmowę, zanim obudzisz swoją matkę.

Karolina spojrzała na niego lodowato.

— Oczywiście. Najważniejszy jest święty spokój Wiktora.

— Nie przy Mai.

Dopiero wtedy Karolina zauważyła siostrę.

— Jak długo tam stoisz?

— Dopiero zeszłam.

— Świetnie.

— Karolina…

— Co?

Maja pokręciła głową.

— Nic.

Siostra chwyciła telefon leżący na stole.

— Idę spać. Mam dosyć tego dnia.

Ruszyła do drzwi.

Przy Wiktorze zatrzymała się na sekundę.

— I tego domu.

Wyszła.

Na schodach stuknęły jej obcasy.

Potem trzasnęły drzwi.

Maja i Wiktor zostali sami.

— No — powiedział po chwili Wiktor. — Rodzinna sielanka.

Maja nie wiedziała, czy wolno jej się uśmiechnąć.

— Przepraszam — powiedział.

— Za co?

— Za to.

Wskazał głową drzwi.

— Nie musisz.

— To twoja siostra.

— Właśnie dlatego nie musisz.

Wiktor odwrócił się do zlewu.

— Jest zmęczona.

Maja podeszła do stołu.

— Ty też.

— Ja jestem przyzwyczajony.

Powiedział to tak zwyczajnie, że dopiero po sekundzie dotarło do Mai znaczenie tych słów.

Spojrzała na niego.

— Do czego?

Wiktor wziął do ręki kolejny półmisek.

— Do zmęczenia.

— Nie o to mi chodziło.

— Wiem.

— Więc?

Spojrzał na nią.

Przez moment Maja myślała, że odpowie.

Nie odpowiedział.

— Zostawmy to — powiedział.

Maja zaczęła zbierać ze stołu kromki chleba.

— Mogę pomóc.

— Możesz iść spać.

— Znowu mi rozkazujesz?

— Sugeruję.

— Brzmiało jak rozkaz.

— Muszę popracować nad tonem.

— Zdecydowanie.

Zebrała okruszki dłonią.

Wiktor nagle zmarszczył brwi.

— Czekaj.

— Co?

Podszedł.

Maja wyprostowała się.

— Masz coś tutaj.

Wskazał własny policzek.

Maja potarła swój.

— Zeszło?

— Nie.

Potarła ponownie.

— Teraz?

Wiktor pokręcił głową.

— Jeszcze gorzej.

— To co mam?

— Chyba mąkę.

— Skąd ja mam mąkę na twarzy?

— Nie wiem. Może walczyłaś z ciastem.

— Bardzo śmieszne.

Wiktor wyciągnął rękę.

Zawahał się.

Ten moment był tak krótki, że Maja mogła go sobie później wmówić.

Opuszkiem kciuka starł jasny ślad z jej policzka.

Jeden ruch.

Nic więcej.

A jednak Maja znieruchomiała.

Jego dłoń była ciepła.

Wiktor również na sekundę przestał się poruszać.

Ich spojrzenia się spotkały.

Blisko.

Zdecydowanie za blisko.

Maja poczuła znajomy już zapach jego perfum.

Drewno.

Tytoń.

Deszcz.

— Już — powiedział Wiktor.

Cofnął rękę.

Natychmiast.

Maja przełknęła ślinę.

— Dzięki.

— Nie ma za co.

Odwrócił się do zlewu.

Tyle.

Żadnego znaczącego spojrzenia.

Żadnego drugiego dotyku.

Nic.

I właśnie to było najgorsze.

Bo Maja nie miała pojęcia, czy przed chwilą wydarzyło się cokolwiek.

— Idź spać, Majka — powiedział Wiktor, ponownie odkręcając wodę.

— A ty?

— Dokończę tutaj.

— Sam?

Spojrzał na stertę naczyń.

— Myślę, że dam sobie radę.

— Bohater.

— Trzymaj kciuki.

Maja ruszyła do drzwi.

— Dobranoc.

— Dobranoc, Majka.

Wyszła.

Na schodach zwolniła.

Nie oglądaj się.

Oczywiście się obejrzała.

Z kuchni widziała tylko fragment jego sylwetki. Wiktor stał przy zlewie z podwiniętymi rękawami i spokojnie mył naczynia.

Nie patrzył za nią.

Maja poczuła ukłucie rozczarowania.

I natychmiast zezłościła się na siebie za to, że w ogóle je poczuła.

Kiedy mijała sypialnię Karoliny, usłyszała głos siostry.

Rozmawiała przez telefon.

— Nie, wyślij to jutro rano… Nie obchodzi mnie, co powiedział klient. Mieliśmy ustalone warunki…

Maja zatrzymała się na moment.

Potem poszła dalej.

Weszła do swojego dawnego pokoju i zamknęła drzwi.

Wszystko wyglądało niemal tak samo jak przed laty. Regał. Stare biurko. Jasny ślad na ścianie po plakacie, który zabrała do Warszawy. Nawet niewielka rysa na drzwiach szafy wciąż była na swoim miejscu.

Usiadła na łóżku.

Po chwili dotknęła policzka.

Dokładnie tam, gdzie przed chwilą dotknął jej Wiktor.

— Idiotka — mruknęła do siebie.

Przecież starł jej z twarzy mąkę.

Tyle.

Szwagier pomógł szwagierce.

Nic więcej.

Położyła się i zgasiła lampkę.

Minutę później nadal nie spała.

Przewróciła się na drugi bok.

Potem znowu na plecy.

W ciemności wróciło do niej jedno zdanie z garażu.

_Nie traktuję cię jak dziecko._

A zaraz potem ciepło jego dłoni na policzku.

Maja naciągnęła kołdrę pod brodę.

To nic nie znaczyło.

Problem polegał na tym, że coraz bardziej chciała wiedzieć, czy rzeczywiście.3

ROZDZIAŁ 3: WSPÓLNY DACH

Decyzja zapadła właściwie bez pytania Mai o zdanie.

Dwa dni po pogrzebie zadzwonił właściciel jej warszawskiej kawalerki.

Pękła rura w pionie.

Woda przeszła przez łazienkę, część przedpokoju i dotarła do pokoju. Sąsiad z dołu miał mokry sufit, administracja zakręciła wodę, a właściciel mieszkania przez telefon na przemian przepraszał, przeklinał hydraulika i zapewniał, że „w tydzień, góra dwa wszystko będzie zrobione”.

Maja nie wierzyła ani w tydzień, ani w dwa.

— No i rozwiązane — oznajmiła Karolina przy śniadaniu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij