Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zakochaliśmy się w kłamstwie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 marca 2026
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Zakochaliśmy się w kłamstwie - ebook

A co, jeśli wszystko, w co wierzysz, jest kłamstwem?

Daphne Laine od zawsze czuła się gorsza. Dorastała w rodzinie przepełnionej nienawiścią, w cieniu tragedii i osamotnienia.

Gdy zostaje wysłana do Londynu, wierzy, że to jej szansa na nowy początek. Ale zamiast spokoju spotyka potwora, który ją osacza. Zdesperowana, ucieka w kłamstwo –bo tylko to ją ratuje.

Wtedy na jej drodze staje mężczyzna, który daje nadzieję na szczęście. Tyle że on zakochuje się nie w Daphne, lecz w iluzji, którą stworzyła. Zaś prawda może odebrać jej wszystko.

Miłość, kłamstwo i mroczne sekrety.

Czy prawda ocali… czy zniszczy ich oboje?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368592542
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Mówią, że dzieci nie powinny płacić za błędy rodziców, ale ja nie zostałam potraktowana ulgowo i musiałam zmierzyć się z grzechem, którego dopuścili się moi bliscy. Coraz trudniej dźwigało mi się ten ciężar. Brakowało mi sił, aby normalnie funkcjonować i nie wiedziałam, ile jeszcze zdołam wytrzymać.

– Daphne, pośpiesz się, bo spóźnisz się do szkoły! – zawołała babcia, waląc w drzwi mojej sypialni.

Wzięłam głęboki wdech, włożyłam czarną bluzę z kapturem i nieśpiesznie ruszyłam do drzwi, modląc się, aby przetrwać ostatni dzień przed weekendem. Moim największym marzeniem było to, by stać się niewidzialną.

– Dlaczego wiecznie zakładasz te czarne szmaty, na miłość boską?! Masz tyle ładnych ubrań w szafie… Czy naprawdę choć raz nie możesz ubrać się, jak na dziewczynę przystało? – Tata zmarszczył brwi, przyglądając mi się z niezadowoleniem.

Nie odpowiedziałam. Przez siedemnaście lat zdążyłam się już nauczyć, że milczenie jest złotem. Ludzie i tak nie słuchali, co miałam do powiedzenia. Uważali, że wszystko, co mówię, ma wybielić moją rodzinę i usprawiedliwić to, co się stało w przeszłości. Mylili się. Nienawidziłam swoich bliskich równie żarliwie, co oni mnie. Nienawidziłam tego, że płynie we mnie krew dziadka, ojca i wuja. Moją jedyną przyjaciółką była cisza, mogłam schronić się w jej ramionach. Kiedy zapadał zmrok, a świat zasypiał, wtedy ja budziłam się do życia.

– Ojciec ma rację, ale nie zdążysz się już przebrać. Zbieraj się, bo znów będę się musiała za ciebie tłumaczyć. Myślisz, że wygrałam czas na loterii? – mruknęła z niezadowoleniem babcia, ostrożnie popychając mnie w stronę drzwi wyjściowych.

Ruszyłam do zaparkowanego na podjeździe czarnego SUV-a z przyciemnianymi szybami i zajęłam miejsce na tylnym siedzeniu, po czym wyjęłam z plecaka telefon i słuchawki. Ostatnie, czego chciałam, to słuchać marudzenia kobiety o tym, że przynoszę im tylko wstyd. Zabawne, że powtarzała to każdego dnia, bo byłam święcie przekonana, że wstydu to ta rodzina nie miała już od dawna. Wpatrywałam się w krajobraz za szybą i nieśmiało marzyłam, aby stać się kimś innym – kimś, kto nie budzi wściekłości i pogardy. Niestety dawno straciłam nadzieję na to, że będę kiedyś mogła uciec od przekleństwa krwi.

Obserwowałam roześmiane twarze ludzi, którzy śpieszyli się do pracy i szkoły, grupki przyjaciół zmierzające w tym samym kierunku co ja… Do piekła, z którego nie mogłam się wyrwać. Kiedy po około dwudziestu minutach samochód zatrzymał się na szkolnym parkingu, jak zwykle skierowałam spojrzenie na swoje stopy. Nie chciałam nawiązywać z kimkolwiek kontaktu wzrokowego. Wysiadłam bez słowa pożegnania i czym prędzej pokonałam dziedziniec, aby ukryć się w budynku. Czułam szybkie i nierówne uderzenia serca, a pot pokrywał moje dłonie. Szybko wytarłam je więc o spodnie. Jak na złość piosenka lecąca w słuchawkach właśnie dobiegła końca i zderzyłam się z rzeczywistością.

– Boże, jak jej nie wstyd tu przychodzić, w dodatku ubiera się jak psychopatka – powiedziała jakaś dziewczyna. Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, naśmiewając się ze swoją koleżanką.

– Kto wie, może planuje pójść w ślady wujka i wszystkich nas tu powystrzelać – odpowiedziała druga dziewczyna, przybierając zniesmaczony wyraz twarzy.

Bardzo chciałam udawać, że nie słyszę tego, o czym rozmawiają, ale ilekroć pojawiał się temat strzelaniny, czułam się jak dzikie zwierzę zapędzone w kozi róg przez wygłodniałe lwy. Chciałam umrzeć, bo jedynie to wydawało się sensownym rozwiązaniem. Tylko to mogło mnie uwolnić od nieustającego piętnowania za coś, czego nie zrobiłam.

– Głupia suka udaje niedorozwiniętą, ale założę się, że gdyby tylko mogła i nie poniosła z tego tytułu żadnych konsekwencji, to podziurawiłaby mnie jak sito. Prawda?! – zawołała rudowłosa dziewczyna, która wcześniej nazwała mnie psychopatką.

Zacisnęłam zęby i podeszłam do szafki, aby zostawić w niej rzeczy i zabrać podręcznik do historii. Chciałam czym prędzej zaszyć się w klasie, a najlepiej wrócić już do domu i zakopać się w łóżku na cały weekend.

– Ty, dziwadło! – Rudzielec ponownie zwrócił się w moją stronę, ale nawet nie drgnęłam.

Otworzyłam szafkę i w pośpiechu zaczęłam wypakowywać do niej podręczniki. Nagle metalowe drzwiczki zatrzasnęły się tuż przed moim nosem, praktycznie miażdżąc mi palce, których nie zdążyłam wyjąć. Poczułam przeraźliwy ból, a moja dłoń momentalnie pokryła się szkarłatem – ostre krawędzie pokaleczyły mój palec wskazujący i serdeczny, praktycznie zdzierając z nich skórę. Widok krwi obudził we mnie wszystkie wspomnienia, przed którymi tak bardzo się wzbraniałam. Całkowicie straciłam nad sobą kontrolę, a z mojego gardła wydobył się przeraźliwy i rozdzierający serce wrzask. Osunęłam się na podłogę, zaczęłam bić głową w znajdującą się za mną szafkę i nie przestawałam krzyczeć. Kołysałam się w przód i tył, tłukąc głową, aby pozbyć się z niej tych przerażających obrazów.

_Urządzałam sobotnią herbatę i podsuwałam porcelanową filiżankę pluszowemu misiowi. Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy udało mi się ułożyć jego puchatą łapkę w taki sposób, by wyglądało na to, że samodzielnie trzyma naczynie. Następnie wlałam słodki napój do swojego ulubionego kubeczka w kwiatki. Starałam się ignorować dobiegające z salonu wrzaski i krzyki, choć bardzo chciałam, aby tatuś już sobie poszedł. Nie lubiłam, gdy mnie odwiedzał. Nigdy się ze mną nie bawił, tylko stawał w progu mojego pokoju z niezadowoloną miną i kręcił głową, jakby nie podobało mu się to, co widzi. Czasami pytałam mamę, dlaczego tatuś mnie nie lubi i nie jest jak inni tatusiowie, bo kiedy zabierał mnie do parku, kazał zwracać się do siebie po imieniu. Mamusia nigdy nie odpowiadała, po prostu całowała mnie w czoło i wychodziła, abym nie widziała jej łez, ale ja i tak słyszałam cichy płacz dobiegający zza ściany._

_Lubiłam, gdy tatuś nie przychodził w ogóle – wtedy razem z mamą byłyśmy bardzo szczęśliwe. Mama dużo się śmiała, zabierała mnie na wycieczki i spałyśmy w dużych pokojach, wygłupiając się i jedząc lody przed telewizorem. Ale pewnego dnia na jednej z takich wycieczek znalazł nas tatuś i kazał nam wracać do domu. Mamusia wtedy bardzo się zezłościła, ale nie dotrzymała obietnicy, którą mi złożyła, i nie zabrała mnie nad ocean. Wróciłyśmy do domu i już nie było tak fajnie. Mama chodziła smutna i często płakała. Zaczęła odwiedzać nas babcia, a ja nie lubiłam jej tak jak tatusia, bo często na mnie krzyczała i ubierała w brzydkie i niewygodne sukienki, a na dodatek obcięła moje loki, przez co bardzo płakałam. Wtedy przyszedł tatuś i powiedział, że mam się uspokoić, bo mamusia jest przeze mnie smutna._

_Kiedy pewnego razu się obudziłam, mamusia kazała mi być cicho i ukryć się w szafie, w jej pokoju. Mówiła, że to jak gra w chowanego i za żadne skarby nie mogę pozwolić się nikomu znaleźć. Siedziałam więc w szafie i czekałam, aż zabawa się skończy, ale mamusia nie przychodziła, nikt mnie nie szukał. Słyszałam tylko krzyki i płacz. Kiedy wszystkie dźwięki ustały, mamusia po mnie przyszła, ale miała twarz całą we krwi i nie mogła chodzić. Wtedy zajął się mną tatuś, a mamie kazał się położyć i nie wychodzić z pokoju. Pamiętam, że mamusia wtedy długo leżała chora w łóżku, a ja nie mogłam jej odwiedzać, bo babcia mi nie pozwoliła._

_Myślałam, że kiedy mama poczuje się lepiej, to znów wszystko będzie dobrze, ale odtąd nic już nie było takie samo. Mamusia chodziła smutna i choć z czasem wyzdrowiała, to tata i babcia wciąż często nas odwiedzali. Aż do pewnego dnia…_

_– Daphne, zejdź na dół! – zawołał tatuś i kazał mamie się uspokoić, gdy ta zawołała coś, czego nie zrozumiałam._

_Nie chciałam, aby tatuś był zły, więc zbiegłam na dół tak szybko, jak potrafiłam, uważając przy tym, by się nie przewrócić. Mój szeroki uśmiech szybko zniknął, kiedy dostrzegłam minę mamy. Na jej twarzy znowu znajdowała się krew, a oczy były opuchnięte od płaczu, ale nie ruszyła się z miejsca, gdy do nich dołączyłam._

_– Spakuj swoje rzeczy, od dziś mieszkasz ze mną i babcią – rozkazał tata._

_Pokręciłam głową, bo nie chciałam ruszać się nigdzie bez mamusi, ale tata skrzywił się ze złości. Poszedł do mnie, chwycił za ramię i wciągnął z powrotem na górę. Nie słuchał moich próśb i nic sobie nie robił z łez spływających po moich policzkach. Po prostu wyrzucał z szafy to, co wpadło mu w ręce, i pakował do różowego plecaka w kucyki pony._

_– Nie chcę nigdzie iść, zostaję z mamą! – wrzasnęłam wreszcie, ale to był błąd._

_Gdy zobaczyłam minę taty, zamarłam. Nie umiałam wydusić z siebie ani słowa._

_– Nie powinno cię tu być, rozumiesz? Nie masz prawa nosić tego nazwiska! Zapamiętaj dobrze to, co ci teraz powiem. Twoja matka to na ciebie sprowadziła, zniszczyła ci życie, zanim ty w ogóle zdążysz pojąć, co to znaczy – warknął, a następnie wepchnął mnie do łazienki i kazał umyć twarz._

_Spełniłam jego rozkaz, a potem włożyłam czyste ubranie. Wtedy nagle rozległ się przeraźliwy huk, a moje drobne ciało zadrżało. Słyszałam tylko wrzaski taty, który wykrzykiwał imię mamy i pytał, co ona najlepszego zrobiła._

_Wybiegłam z łazienki, zainteresowana całym tym zamieszaniem, ale to, co zobaczyłam, na zawsze odebrało mi poczucie bezpieczeństwa. Mama siedziała na kanapie z szeroko otwartymi oczami, a wszędzie była krew… Mnóstwo krwi. We włosach mamy, na jej ubraniu, meblach i naszym wspólnym zdjęciu._

– Co tu się, do cholery, dzieje?! – krzyknął znajomy głos kogoś, kto usiłował przedostać się przez tłum gapiów.

– Tej psycholce odbiło, panie dyrektorze, zaczęła się drzeć jak opętana – odpowiedział ktoś z tłumu.

Słyszałam to wszystko jak przez mgłę. Kołysałam się i uderzałam o szafkę, by obraz martwego ciała mojej mamy przestał mnie nawiedzać. W pewnym momencie poczułam, że nie mam już siły dłużej krzyczeć, że potrzebuję ciszy albo muzyki. Dyrektor Sanders próbował położyć mi rękę na ramieniu, ale odsunęłam się od niego jak oparzona. Nie byłabym teraz w stanie znieść żadnego dotyku.

– Cisza, cisza! – powtarzałam jak mantrę.

– Co mówisz, Daphne? – Dyrektor usiłował przekrzyczeć śmiejący się tłum, wszyscy robili zdjęcia albo nagrywali filmiki.

Sparaliżowało mnie, choć bardzo chciałam, nie mogłam wstać i uciec, aby się ukryć.

– Zamknijcie mordy! – wrzasnął ktoś wreszcie, a rozbawiony tłum zamilkł.

– Panie Evans, panie Dawson, bądźcie tak mili i odprowadźcie koleżankę do gabinetu pielęgniarki, a ja w tym czasie zadzwonię do rodziców panny Laine – zwrócił się mężczyzna do dwóch znajomych mi chłopców będących w klasie wyżej.

Jednego z nich doskonale znałam. Choć nigdy nie rozmawialiśmy, wiedziałam o nim i jego rodzinie więcej niż o swojej. Jego siostry bliźniaczki chodziły do pierwszej klasy liceum, nie dało się ukryć, że były dość lubiane, ale raczej nie za sprawą popularnego brata. Biło od nich coś niezwykłego, tak jak od całej rodziny Dawsonów. Nie miałam odwagi spojrzeć rodzeństwu Dawson w oczy, chociaż kilkukrotnie wyczuwałam na sobie ich spojrzenia.

– Pójdę sama – powiedziałam, gdy jeden z chłopaków wyciągnął do mnie dłoń, aby pomóc mi wstać.

To Liam Evans, syn szeryfa i lokalnej artystki Ellie Evans, która swego czasu też była miejscową dziwaczką – praktycznie w ogóle nie wychodziła z domu, a kiedy już to robiła, zachowywała się tak, jakby każdy napotkany człowiek zamierzał ją skrzywdzić. Kiedy chłopak usłyszał mój protest, wycofał się, unosząc ręce w geście kapitulacji. Miał na sobie czarną, obcisłą koszulkę i spodenki do ćwiczeń, podobnie jak Dawson. Zapewne szykowali się do treningu, ale najwidoczniej mój wrzask przykuł ich uwagę.

– A wy na co się gapicie? Dosyć przedstawienia, rozejść się, bo zaraz posypią się nagany! – wrzasnął dyrektor, przeganiając zbiegowisko.

– Rachel to suka, nie przejmuj się nią – powiedział Evans, gdy zostaliśmy sami, i posłał mi blady uśmiech.

Dawson szedł obok chłopaka w zupełnym milczeniu i wywiercał mi wzrokiem dziurę w głowie, przez co czułam się niekomfortowo. Puściłam słowa Liama mimo uszu, szykując się na prawdziwą awanturę ze strony ojca. Potrafiłam myśleć tylko o tym, że przez kolejne tygodnie będę słuchała, jaka to jestem nieporadna i jak przez byle pierdołę on musi odbierać mnie ze szkoły.

– Jesteś córką Iana Laine’a? – zapytał nagle.

– Liam… – rzucił ostrzegawczo Owen.

– No co? Przecież i tak wszyscy o tym wiedzą. – Chłopak wzruszył ramionami.

– Skoro wiesz, to po co pytasz? – Zatrzymałam się gwałtownie i wbiłam w niego wzrok. – I odpowiadając na twoje następne pytania, tak… płynie w nas ta sama krew, tak, jestem bratanicą mordercy i nie… nie zamierzam iść w jego ślady. A teraz bądźcie tak mili i spierdalajcie, zanim zmienię zdanie i wystrzelam was jak kaczki – warknęłam, tracąc cierpliwość.

Evans w pierwszej chwili wyglądał na zaskoczonego, ale zaraz potem jego usta rozciągnął szeroki uśmiech. Jednak nie ten z kategorii okrutnych, raczej taki, który mówił: „Jestem pod wrażeniem”. Niestety Dawson nie podzielał entuzjazmu przyjaciela, nie potrafiłam odgadnąć jego wyrazu twarzy. Poczułam się dziwnie, kiedy pierwszy raz od dwóch lat nasze spojrzenia spotkały się na dłużej niż sekundę. W jego oczach czaiło się coś strasznego, choć na tym świecie bałam się praktycznie wszystkiego.

Przerażały mnie szkolne korytarze i zwykły spacer po parku. Przerażało mnie życie, bo gdy tak jak ja rodzisz się w rodzinie znienawidzonej przez społeczeństwo, to bez względu na swoje intencje jesteś z góry spisany na straty.ROZDZIAŁ 1

DJ

Moje życie nigdy nie było kolorowe. To pasmo niekończących się nieszczęść i katastrof, którymi jestem już zmęczona. Kiedy siedem lat temu ojciec odesłał mnie do Londynu, sądziłam, że to moja szansa na normalne i szczęśliwe życie. Nie mogłam bardziej się pomylić. Spojrzałam na posiniaczone dłonie i paznokcie, pod którymi zebrała się zaschnięta krew, podrapaną i równie posiniaczoną, co reszta ciała twarz. Następnie zatrzasnęłam puderniczkę z lusterkiem, schowałam ją do kieszeni spodni i ukryłam twarz pod kapturem, pozwalając na to, aby materiał bluzy skrył również moje łzy. Bolało mnie całe ciało, dusza i umysł. Najgorszy jednak w tym wszystkim wydawał się fakt, że nie miałam zielonego pojęcia, co złego zrobiłam, by Bóg tak mnie karał. Przez większość życia obracałam się w towarzystwie ludzi, którzy mieli mnie za nic, którzy pluli mi w twarz i oddaliby wszystko, abym przestała istnieć. Zabawne, sama również dzieliłam to pragnienie, ale na pewne sprawy nie miałam wpływu. Byłam zbyt tchórzliwa, aby odebrać sobie życie, i zbyt zdesperowana, aby udźwignąć je takim, jakim było. Dlatego kiedy jego dłoń znów przyniosła ból, coś we mnie pękło.

– Przepraszam, czy to miejsce jest wolne? – zapytała starsza kobieta z grzecznym uśmiechem.

Nie odpowiedziałam, ale skinęłam głową i zabrałam plecak z miejsca, które chciała zająć, jeszcze bardziej kuląc się na siedzeniu. Ucieczka z Londynu stanowiła moją przepustkę do wolności, jedyną szansę na przeżycie, nim William zatłucze mnie na śmierć za nieposłuszeństwo.

Zamknęłam oczy i oparłam głowę o chłodną szybę, czekając niecierpliwie, aż autobus wreszcie ruszy i zabierze mnie z tego piekła.

– Może masz ochotę na kanapkę, skarbie? Mąż naszykował mi ich tyle, że starczyłoby na tydzień – zagaiła ponownie kobieta.

– Dziękuję, nie jestem głodna, zamówię coś w samolocie – powiedziałam, po czym wsunęłam dłoń do kieszeni bluzy i mocno ścisnęłam bilet na lot do Nowego Jorku.

Wydrukowałam go kilka dni temu, kiedy podjęłam decyzję o ucieczce. Nie wierzyłam już w żadne słowa mojego narzeczonego. Żadne zapewnienia ani obietnice nie miały już dla mnie znaczenia. Miłość nie powinna boleć, a ta, którą obdarzył mnie Will, była wręcz śmiertelna. Łamał mnie latami, odkąd się poznaliśmy. Wtedy jednak za bardzo zaślepiało mnie złudne poczucie bezpieczeństwa i przynależności. Naiwnie uwierzyłam, że ktoś może mnie pokochać i zatroszczyć się o mnie, nie niszcząc przy tym.

Zaczęło się niewinnie – od zwykłych uwag o nieodpowiednim ubraniu czy bałaganie na kuchennym blacie, choć leżała na nim tylko butelka wody. Następnie pojawiły się zasady, których miałam przestrzegać: niewychodzenie z domu podczas jego nieobecności czy odwoływanie spotkań ze znajomymi, bo podobno spędzaliśmy ze sobą za mało czasu. Surowo mi wszystkiego zabraniał, podczas gdy sam nie przestrzegał wymyślonych przez siebie reguł. Uczynił mnie więźniem naszego domu, karał za bałagan krzykiem albo kilkudniowym milczeniem, ignorując moją obecność. Wiedział, że nie mam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać, dlatego ta kara była wystarczająco bolesna…

Do czasu, aż pierwszy raz mnie uderzył. Początkowo jeszcze przepraszał, obiecywał, że to się więcej nie powtórzy, tłumaczył swoje zachowanie natłokiem pracy i związanym z nią stresem. A ja, głupia, mu uwierzyłam i cierpliwie znosiłam każdy krzyk, każde kolejne uderzenie i każde nienawistne spojrzenie, w którym nie było już miłości, a jedynie pogarda. Wtedy zaczęłam myśleć, że to moja wina, tego, kim jestem i w jakiej rodzinie się urodziłam… Ten ból, te zniewagi – to wszystko było moją pokutą… Karą za to, co uczynili mój wuj i ojciec. Znosiłam zachowanie narzeczonego, powtarzając sobie, że na to zasługuję, że muszę się z tym uporać, bo płacę za grzechy. Jednak nie swoje, tylko ich. Aż pewnego dnia nie byłam już w stanie dłużej pokutować, wiedziałam, że moje ciało i umysł już więcej nie zniosą… Dlatego stanęłam przed wyborem: mogłam albo zostać i pozwolić się zabić, albo uciec i spróbować naprawić swoje życie. Przecież gdzieś tam musiało być miejsce pozbawione tego całego bólu i cierpienia.

– Mogę spytać, dokąd się wybierasz? Ja lecę do Nowego Jorku, córka właśnie urodziła i potrzebuje pomocy, bo jej mąż przebywa na misji w Afganistanie – paplała podekscytowana kobieta.

Naprawdę nie miałam ochoty z nią rozmawiać, dlatego po prostu udałam, że śpię. Zapewniłam tym sobie święty spokój aż do lotniska. Miałam tylko nadzieję, że będę siedziała jak najdalej od tej staruszki. Odnalazłam lot na tablicy, a następnie udałam się prosto na odprawę, będąc idealnie na czas. Przeszłam pomyślnie przez wszystkie procedury, ale przez cały czas nie mogłam uspokoić skołatanych nerwów. Nieustannie oglądałam się za siebie w poszukiwaniu Willa. Martwiłam się, że mnie odnajdzie i siłą zaciągnie do domu, a wtedy stłucze tak, że albo mnie zabije, albo uczyni kaleką. Drżałam na samą myśl, że mógł udaremnić moją ucieczkę, odszukać mnie i ukarać. Dlatego dopóki nie zajęłam miejsca w samolocie, a maszyna nie wzbiła się w powietrze, nie byłam w stanie zebrać myśli. Dopiero kiedy szybowaliśmy, zdołałam odetchnąć i pozwolić sobie na upragniony odpoczynek. Zamknęłam oczy w nadziei, że może uda mi się trochę przespać, ale upragniony sen nie nadchodził, ponieważ w głowie kłębiło mi się zbyt wiele myśli, między innymi to, czy przetrwam bez pieniędzy, ubrań i dachu nad głową… Później zaśmiałam się jeszcze pod nosem, bo dotarło do mnie, że to nic nowego. Przez całe życie mogłam polegać wyłącznie na sobie. Wreszcie się odprężyłam, spokojniejsza o kolejny dzień. Przecież co nas nie zabije, to nas wzmocni.

– Drodzy pasażerowie, z tej strony kapitan. Witam państwa na pokładzie lotu numer siedemdziesiąt z Londynu do Nowego Jorku. Przewidujemy spokojny lot trwający osiem godzin, możecie już państwo rozpiąć pasy i cieszyć się podróżą. Dziękujemy za wybranie naszej linii lotniczej.

Po skończonym komunikacie wyswobodziłam się z pasów i wtuliłam się w oparcie fotela. Na szczęście za mną nie siedział żaden dzieciak, który uprzykrzał mi lot i na złość kopał albo szturchał moje siedzenie. Miałam osiem godzin na spokojny sen, nim zostanę bezdomną, dlatego zamierzałam jak najlepiej wykorzystać ten czas.

_Byłam z siebie niesamowicie zadowolona. Pierwszy raz ugotowałam coś, co wyglądało i pachniało apetycznie, nie wywołując przy tym pożaru. Moje zdolności kulinarne ograniczały się do wstawienia wody na herbatę, ale czasami również to mi nie wychodziło, o czym świadczyły dwa spalone czajniki. Dzisiaj obchodziliśmy pierwszą rocznicę związku, chciałam więc zrobić coś miłego dla Willa i pozytywnie go zaskoczyć romantyczną kolacją. Zrobiłam makaron z krewetkami z przepisu, który znalazłam na Youtubie. Krok po kroku odtwarzałam wszystko, co robił kucharz. Możliwe, że przypaliłam nieco garnek z makaronem, ale nie skończyło się to tragedią – tylko kilka nitek przywarło do dna naczynia, reszta makaronu była bez zarzutu. Zerknęłam na zegar i uśmiechnęłam się pod nosem, bo wiedziałam, że Will niedługo wróci do domu. Nakryłam do stołu i zapaliłam świeczki, a na środku mahoniowego stołu ustawiłam bukiet kolorowych gerberów. Potem szybko przebrałam się w czerwoną sukienkę bez pleców, którą dostałam od Willa na urodziny, i czekałam na niego z kolacją na stole. Mijały minuty, następnie godziny, ale on wciąż nie wracał, nie odbierał telefonu i nie odpisywał na SMS-y._

_– Cześć, Will, to znowu ja. Kochanie, zadzwoń do mnie, jak tylko odsłuchasz tę wiadomość, martwię się – nagrałam się po raz kolejny na jego skrzynkę._

_Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie musiał zostać dłużej w pracy i mówił mi o tym, a ja zwyczajnie zapomniałam. Byłam nawet skłonna zadzwonić do jego firmy, aby zapytać, czy moje przypuszczenia są słuszne, ale kiedy już miałam to zrobić, drzwi frontowe się otworzyły i stanął w nich William. Mężczyzna ledwo trzymał się na nogach, śmierdział papierosami, alkoholem, i – co gorsza – damskimi perfumami. Zerwałam się na równe nogi, czując przypływ złości i smutku._

_– Gdzie ty byłeś? Wiesz, jak się martwiłam? Odchodzę tu od zmysłów, a ty balujesz w najlepsze. Naprawdę tak trudno odebrać telefon? – powiedziałam i zacisnęłam dłoń w pięść, trzęsąc się ze złości._

_Mężczyzna spojrzał na mnie w taki sposób, jak gdybym była gumą na podeszwie jego drogich butów, i uśmiechnął się kpiąco. Zlustrował wzrokiem stół w jadalni, a potem moje ciało, po czym machnął lekceważąco dłonią i ostrożnie mnie odsunął, by dostać się do schodów prowadzących na piętro._

_– Mówię do ciebie, Will. Co ty, do cholery, wyprawiasz?_

_– Mówię do ciebie, Will – przedrzeźniał mnie, a kiedy złapałam jego dłoń, aby go zatrzymać, wyrwał ją, jakby się mnie brzydził._

_Nie wiedziałam, co w niego wstąpiło, ale bardzo nie podobało mi się jego zachowanie. Nie prowadziło ono do niczego dobrego, a z całą pewnością nie świadczyło dobrze o jego podejściu do naszego związku. Poczułam się niedoceniona i odrzucona. W dodatku te jego miny i odzywki… Miałam ochotę dać mu w twarz, aby otrzeźwiał i się opamiętał._

_– Ale z ciebie dupek… Dobrze, chcesz, to proszę, idź na górę – warknęłam i udałam się do jadalni, żeby posprzątać ze stołu._

_Poczułam łzy wzbierające pod powiekami, ale bardzo starałam się nie rozpłakać przy nim. Nie chciałam dać mu satysfakcji i poczucia, że zdołał wyprowadzić mnie z równowagi. Kiedy chwyciłam pierwszy talerz, usłyszałam za sobą kroki, szybkie i gwałtowne, a potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Porcelanowy talerz z makaronem roztrzaskał się o ścianę, a obrus został zerwany ze stołu, przez co pozostałe naczynia, kwiaty, jedzenie i woda wylądowały na podłodze. Dobrze, że zdążyłam zgasić świeczki przed jego przyjściem, bo przez porywczość mężczyzny mogło dojść do pożaru._

_– Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęłam i w tej samej chwili poczułam jego dłoń na swojej twarzy. Uderzenie było tak silne, że upadłam, mimowolnie chwytając się za piekący policzek._

_Nie mogłam uwierzyć w to, że mnie uderzył. Cała ta scena wydawała się rozgrywać gdzieś poza mną – wszystko było nierealne, a ja byłam dziwnie otępiała. Nagle zabrakło mi słów, a w jadalni zapanowała głucha cisza. Wpatrywaliśmy się w siebie – ja ze strachem i szokiem, on – z mordem i wściekłością wymalowaną na twarzy. Nie przeprosił, po prostu się pochylił i wycelował we mnie palec._

_– Nigdy więcej nie nazywaj mnie dupkiem, przybłędo. Żyjesz pod moim dachem, jesz moje jedzenie i ubierasz się za moje pieniądze. Bądź, kurwa, wdzięczna, albo nauczę cię szacunku i posłuszeństwa, rozumiemy się? A teraz to posprzątaj, rano ma tu błyszczeć – oznajmił z przerażającym spokojem i chłodem. Jego ton wywołał nieprzyjemną gęsią skórkę na całym moim ciele._

_Nie potrafiłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku, więc po prostu posłusznie pokiwałam głową, a potem z ulgą obserwowałam, jak odchodzi. Jeszcze długo po tym, gdy zniknął na piętrze, nie mogłam się poruszyć. Kiedy wreszcie minął pierwszy szok, zwyczajnie wybuchłam płaczem, starając się pojąć, co się właśnie wydarzyło. Na drżących nogach wstałam i zaczęłam zbierać odłamki szkła i porcelany, a następnie pozbierałam resztki jedzenia i umyłam podłogę. Gdy skończyłam, poszłam do sypialni gościnnej. Położyłam się na łóżku i wtuliłam twarz w poduszkę, nie mogąc przestać płakać. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam, ale obudziły mnie wrzaski Willa dobiegające z dołu. Zerwałam się na równe nogi, wybiegłam z pokoju i dostrzegłam, że jest już ranek._

_– Ja pierdolę! – wrzeszczał mężczyzna, chodząc po jadalni ze ścierką, którą próbował zetrzeć plamę ze ściany. – Niczego nie potrafisz dobrze zrobić?! Kazałem ci tu wczoraj posprzątać, ale księżniczka zabrała dupę w troki i się obraziła. Widzisz, jak wygląda ta ściana? Trzy miesiące temu było malowane, znów mam płacić za twoją głupotę?! – krzyczał, kiedy mnie dostrzegł, po czym rzucił mi ścierką w twarz._

_Wpatrywałam się w niego ze łzami w oczach. Znów nie potrafiłam się poruszyć, sparaliżowana przez strach. Nie rozumiałam, dlaczego tak mnie traktował i co takiego zrobiłam, że nagle przestałam zasługiwać na jakikolwiek szacunek z jego strony. Łzy zaczęły spływać po moich policzkach, a wargi zdradziecko drżały – od histerii, która z każdą chwilą narastała w moim gardle, pragnąc się z niego wyrwać. Wtedy jednak coś się zmieniło… Na widok moich łez William zamarł, a w jego niebieskich oczach błysnęło coś zbliżonego do żalu, a może również poczucia winy. Wyglądało to tak, jakby otrząsnął się z potwornego letargu, w którym trwał, i znów stał się moim Willem. Mężczyzna zbladł i przyglądał mi się w taki sposób, jak gdyby widział mnie po raz pierwszy._

_– Boże, Daphne… Co ja… Co ja ci zrobiłem? – wykrztusił, a w jego głosie usłyszałam strach i ból._

_Wsunął palce w ciemne włosy i upadł na kolana. Zaczął szlochać jak dziecko, a ten dźwięk rozdzierał mi serce. Nienawidziłam i bałam się go, a jednocześnie tak bardzo kochałam tego faceta, że nie mogłam pozostać obojętna na jego cierpienie. Umysł kazał uciekać, a serce zostać, więc zostałam… Podeszłam do niego i objęłam go z całej siły, a on wtulił się we mnie, szlochając jeszcze głośniej._

_– Przepraszam, tak bardzo przepraszam… Nie chciałem cię skrzywdzić, byłem pijany i… Wiem, że to żadne usprawiedliwienie, ale błagam, wybacz mi. Pójdę na terapię, przestanę pić, tylko mnie nie zostawiaj – błagał, mocno się przytulając._

_Uwierzyłam mu, bo to był mój Will. Przecież nigdy by mnie celowo nie skrzywdził, kochał mnie… Tyle że ta miłość była jak trucizna, a ja latami chętnie pozwalałam się nią poić._
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij