Facebook - konwersja
Zakon - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Zakon - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-276-5973-6
Język:
Polski
Data wydania:
12 listopada 2020
Rozmiar pliku:
1,4 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
PROMOCJA
20,90
27,99
Cena w punktach Virtualo:
2090 pkt.

Zakon - opis ebooka

Powieść o przyjaźni i wierze w niebezpiecznym i niepewnym świecie

Gabriel Allon spędza w Wenecji rodzinne wakacje, kiedy dowiaduje się o śmierci przyjaciela – papieża Pawła VII. Jako oficjalną przyczynę zgonu podano atak serca, lecz sekretarz osobisty Ojca Świętego nie wierzy w tę wersję. Wtajemnicza Allona w swoje podejrzenia i powiadamia go o niepokojących okolicznościach, jakie towarzyszyły śmierci Pawła VII. Przekazuje mu również zaadresowany do Gabriela list, w którym papież pisze o księdze, na jaką natrafił, zgłębiając watykańskie archiwa, a która może stać się niebezpiecznym narzędziem w rękach przeciwników Kościoła katolickiego. Czy zatem ktoś przyczynił się do śmierci papieża?

Spośród podejrzanych na pierwszy plan wysuwa się Zakon Świętej Heleny – mroczna społeczność katolicka, powiązana z europejską skrajną prawicą. Jak się okazuje, Zakon planuje przejąć kontrolę nad papiestwem.

Czy tak silnego wroga można pokonać?

FRAGMENT KSIĄŻKI

Jak zawsze, mojej żonie Jamie i moim dzieciom, Lily i Nicholasowi

* * *

Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej wzrasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu, mówiąc: „Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz”. A cały lud zawołał: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze”.

Mateusz 27:24–25

* * *

Wszystkie nieszczęścia, jakie w późniejszych wiekach spadały na Żydów – od zburzenia Jerozolimy po Auschwitz – niosły w sobie echo tego paktu krwi z procesu.

Ann Wroe „Poncjusz Piłat”

* * *

Trzeba umyślnie nie znać przeszłości, żeby nie wiedzieć, do czego to wszystko prowadzi.

Paul Krugman w „The New York Times”

Przekład za Biblią Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallotinum, Poznań-Warszawa 1980 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza, chyba że zaznaczono inaczej).

Ann Wroe, „Poncjusz Piłat”, przełożył Jarosław Mikos, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2015, s. 326 (przyp. red.).1 Rzym

Telefon zadzwonił o 11:42 w nocy. Luigi Donati zawahał się i pewnie by nie odebrał, ale numer, który wyświetlił się na ekranie jego telefonino, należał do Albanesego. A ten tylko z jednego powodu mógł dzwonić o tak późnej porze.

– Gdzie jesteście, ekscelencjo?

– Poza murami.

– Ach tak. Mamy czwartek, prawda?

– Czy coś się stało?

– Przez telefon lepiej nie mówić za dużo. Nigdy nie wiadomo, kto jeszcze słucha.

Donati wyszedł w wilgotną zimną noc. Miał na sobie czarny garnitur i koszulę z koloratką, a nie sutannę z fioletowym obszyciem i pelerynką, które na co dzień nosił w biurze – jak hierarchowie o jego pozycji nazywali Pałac Apostolski. Arcybiskup Donati pełnił funkcję osobistego sekretarza Jego Świątobliwości papieża Pawła VII. Wysoki, szczupły, o bujnych czarnych włosach i urodzie amanta filmowego, niedawno świętował swoje sześćdziesiąte trzecie urodziny. Z wiekiem wcale nie stał się mniej przystojny. Pismo „Vanity Fair” niedawno ochrzciło go przydomkiem „Luigi Ciacho”. Z powodu tego artykułu najadł się niemało wstydu w Kurii, gdzie każdego chętnie brano na języki. Ponieważ jednak cieszył się zasłużoną reputacją człowieka bezlitosnego, nikt nie miał odwagi żartować z niego w jego obecności. Nikt z wyjątkiem Ojca Świętego, który dokuczał mu niemiłosiernie.

Przez telefon lepiej nie mówić za dużo…

Donati przygotowywał się na tę chwilę od ponad roku, od pierwszego, niegroźnego ataku serca, który ukrył przed resztą świata, nawet przed większością Kurii. Ale dlaczego akurat tej nocy?

Na ulicy panowała dziwna cisza. Śmiertelna cisza, pomyślał nagle Donati. Była to biegnąca między pałacami aleja koło via Veneto, miejsce, gdzie rzadko można uświadczyć księdza, zwłaszcza wykształconego i wyszkolonego przez Towarzystwo Jezusowe, intelektualnie surowy, a czasami buntowniczy zakon, do którego należał Donati. Przy krawężniku czekał jego watykański samochód służbowy z rejestracją SCV. Kierowca z Korpusu Żandarmerii, czyli watykańskiej policji liczącej stu trzydziestu funkcjonariuszy, bez pośpiechu ruszył przez Rzym na zachód.

On nic nie wie…

Donati przejrzał na telefonie komórkowym wydania internetowe głównych włoskich gazet. O niczym nie mieli pojęcia. Podobnie jak ich koledzy w Londynie i Nowym Jorku.

– Włącz radio, Gianni.

– Muzykę, ekscelencjo?

– Wiadomości.

Usłyszał tradycyjny bełkot Saviana, kolejną tyradę o tym, jak to arabscy i afrykańscy imigranci niszczą kraj – jakby Włosi sami nie potrafili wszystkiego doszczętnie schrzanić. Saviano od miesięcy zasypywał Watykan prośbami o prywatną audiencję u Ojca Świętego. Donati zaś, nie bez przyjemności, stale mu odmawiał.

– Wystarczy, Gianni.

Radio miłościwie umilkło. Donati wyglądał przez okno luksusowego niemieckiego sedana. Nie był to środek transportu stosowny dla żołnierza Chrystusa. Podejrzewał, że po raz ostatni jedzie przez Rzym limuzyną z szoferem. Przez blisko dwadzieścia lat służył jako ktoś w rodzaju szefa sztabu Kościoła rzymskokatolickiego. Był to burzliwy okres – zamach terrorystyczny na placu Świętego Piotra, skandal z zabytkami z Muzeów Watykańskich, plaga molestowania seksualnego przez księży – a mimo to Donati rozkoszował się każdą chwilą. A teraz, w mgnieniu oka, wszystko się skończyło. Znowu był tylko zwykłym księdzem. Nigdy w życiu nie czuł się tak bardzo samotny.

Samochód przejechał na drugą stronę Tybru i skręcił w via della Conciliazione, szeroki bulwar, którym Mussolini przeciął rzymskie slumsy. W oddali górowała skąpana w świetle kopuła bazyliki, przywrócona do dawnej świetności. Jechali wzdłuż krzywizny kolumnady Berniniego do Bramy Świętej Anny, gdzie żołnierz Gwardii Szwajcarskiej machnął ręką, wpuszczając ich na terytorium państwa-miasta. Był ubrany w wieczorny mundur: granatową bluzę z postawionym białym kołnierzykiem, skarpety do kolan, czarny beret oraz pelerynę chroniącą przed wieczornym chłodem. Patrzył beznamiętnie, z niezmąconym spokojem.

On nic nie wie…

Samochód jechał powoli via Sant’Anna – mijając koszary Gwardii Szwajcarskiej, Bramę Świętej Anny, watykańskie drukarnie oraz Bank Watykański – aż zatrzymał się pod sklepionym przejściem prowadzącym na dziedziniec San Damaso. Donati przeszedł pieszo po kocich łbach, wsiadł do najważniejszej w całym świecie chrześcijańskim windy i wjechał na trzecie piętro Pałacu Apostolskiego. Szybko przeszedł przez loggię obramowaną z jednej strony szklaną ścianą, z drugiej zaś freskiem. Skręciwszy w lewo, dotarł do apartamentów papieskich.

Przed drzwiami stał kolejny żołnierz Gwardii Szwajcarskiej, tym razem w pełnym mundurze galowym, sztywny jakby kij połknął. Donati minął go bez słowa i wszedł do środka. Czwartek, pomyślał. Dlaczego to musi być akurat w czwartek?

* * *

Osiemnaście lat, a nic się nie zmieniło, pomyślał, rozglądając się po prywatnym gabinecie Ojca Świętego. Tylko telefon. Donati zdołał w końcu namówić Ojca Świętego, by wymienił przedpotopowe ustrojstwo Wojtyły z okrągłą tarczą na nowoczesną centralkę z wieloma liniami. Ale pomijając ten szczegół, pokój wyglądał dokładnie tak, jak zostawił go Polak. To samo proste drewniane biurko. To samo beżowe krzesło. Ten sam wytarty kobierzec. Nawet suszka i zestaw piór należały do Wielkiego Wojtyły. Dlatego że wbrew temu, co obiecywał na początku swego pontyfikatu – że Kościół będzie przyjazny, mniej represyjny – Pietro Lucchesi tak naprawdę nigdy nie uciekł przed długim cieniem swojego poprzednika.

Donati instynktownie spojrzał na zegarek. Było siedem minut po północy. Wieczorem Ojciec Święty udał się do gabinetu o wpół do dziewiątej, by przez półtorej godziny czytać i pisać listy. Zazwyczaj Donati był u boku swojego mistrza albo w swoim gabinecie w głębi korytarza. Ale ponieważ był czwartek, jedyny dzień w tygodniu, kiedy miał wieczór dla siebie, został tu tylko do dziewiątej.

Luigi, zanim wyjdziesz, zrób coś dla mnie…

Lucchesi poprosił Donatiego, żeby rozsunął ciężkie kotary w oknie gabinetu. To właśnie z tego okna Ojciec Święty co niedziela w południe odmawiał modlitwę Anioł Pański. Donati spełnił życzenie swojego mistrza. Uchylił nawet żaluzje, żeby Jego Świątobliwość mógł wyglądać na plac Świętego Piotra, harując nad górą papierków z Kurii. Teraz kotary były szczelnie zasunięte. Donati zajrzał za nie. Żaluzje też zostały zamknięte.

Biurko było uprzątnięte, ani śladu tradycyjnego bałaganu Lucchesiego. Stała tam na wpół pusta filiżanka herbaty, z łyżeczką na spodku – nie było ich, kiedy Donati wychodził. Pod starą wysuwaną lampą leżały starannie ułożone dokumenty w szarych kopertach. Raport z Archidiecezji Filadelfii na temat finansowych skutków afery pedofilskiej. Uwagi do wygłoszenia w trakcie środowej audiencji generalnej. Pierwszy szkic homilii do wygłoszenia podczas zbliżającej się wizyty papieskiej w Brazylii. Zapiski do encykliki na temat imigrantów, która z pewnością doprowadzi do szewskiej pasji Saviana i jego popleczników z włoskiej skrajnej prawicy.

Brakowało tylko jednej rzeczy.

Dopilnujesz, żeby to dostał, prawda, Luigi?

Donati zajrzał do kosza na śmieci – pusto. Ani skrawka papieru.

– Ekscelencja czegoś szuka?

Donati obejrzał się i zobaczył, że od progu przygląda mu się kardynał Domenico Albanese. Albanese był z urodzenia Kalabryjczykiem, a z zawodu sługą Kurii. Piastował w Stolicy Apostolskiej kilka ważnych funkcji, między innymi przewodniczył Papieskiej Radzie ds. Dialogu Międzyreligijnego, a także był archiwistą i bibliotekarzem świętego Kościoła rzymskokatolickiego. Żadna z tych funkcji nie usprawiedliwiała jego obecności w apartamentach papieskich siedem minut po północy, ale Domenico Albanese był kamerlingiem. I to na nim ciążył obowiązek formalnego ogłoszenia, że tron świętego Piotra jest pusty.

– Gdzie on jest? – spytał Donati.

– W królestwie niebieskim – wyrecytował kardynał.

– A ciało?

Gdyby Albanese nie poczuł świętego powołania, pewnie zarabiałby na życie układaniem marmurowych płyt albo przenoszeniem zwierzęcych tusz w kalabryjskiej rzeźni. Donati przeszedł za nim krótkim korytarzem do sypialni. W półmroku stało jeszcze trzech kardynałów – Marcel Gaubert, José Maria Navarro i Angelo Francona. Gaubert był sekretarzem stanu, czyli praktycznie premierem i głównym dyplomatą najmniejszego państwa świata. Navarro był prefektem Kongregacji Nauki Wiary, strażnikiem ortodoksyjnego katolicyzmu, obrońcą przed herezją. Najstarszy z nich, Francona, był dziekanem Kolegium Kardynałów i jako taki miał przewodniczyć następnemu konklawe.

Do Donatiego jako pierwszy zwrócił się Navarro, Hiszpan z arystokratycznej rodziny. Mimo iż blisko ćwierć wieku mieszkał i pracował w Rzymie, wciąż mówił po włosku z silnym akcentem kastylijskim.

– Luigi, wiem, jakie to dla ciebie bolesne. Byliśmy jego wiernymi sługami, ale to ciebie kochał najbardziej.

Kardynał Gaubert, paryżanin o kociej twarzy, mądrze pokiwał głową, słysząc ten kurialny frazes Hiszpana, podobnie jak trzej świeccy stojący w mroku w kącie pokoju – doktor Octavio Gallo, osobisty lekarz Ojca Świętego; Lorenzo Vitale, szef Korpusu Żandarmerii; a także Alois Metzler, komendant Gwardii Szwajcarskiej. Wyszło na to, że Donati zjawił się ostatni. A przecież to on, sekretarz osobisty, powinien był wezwać najważniejszych książąt Kościoła do łoża zmarłego papieża. Nie kamerling. Nagle opadły go wyrzuty sumienia.

Kiedy jednak spojrzał na wyciągniętą na łóżku postać, wyrzuty sumienia znikły i ogarnął go przytłaczający żal. Lucchesi wciąż miał na sobie białą sutannę, ale zdjęto mu pantofle i nigdzie nie było widać piuski. Ktoś ułożył mu ręce na piersi i wsunął w palce różaniec. Miał zamknięte oczy, opuszczoną szczękę, ale jego twarz nie zdradzała śladu bólu. Nic nie wskazywało na to, że cierpiał. W sumie Donati wcale by się nie zdziwił, gdyby Jego Świątobliwość nagle obudził się i zapytał o wydarzenia tego wieczoru.

Wciąż miał na sobie białą sutannę…

Od pierwszego dnia pontyfikatu Donati pilnował terminarza Ojca Świętego. Wieczorny rytuał rzadko kiedy się zmieniał. Kolacja od siódmej do ósmej trzydzieści. Robota papierkowa w gabinecie od ósmej trzydzieści do dziesiątej, następnie zaś kwadrans modlitwy i zadumy w prywatnej kaplicy. Zazwyczaj o wpół do jedenastej kładł się do łóżka, przeważnie z angielskimi kryminałami, do których miał grzeszną słabość. Na nocnym stoliku, obok okularów do czytania, leżały „Intrygi i żądze” P.D. James. Donati otworzył książkę na zaznaczonej stronie.

Czterdzieści pięć minut później Rickards wrócił na miejsce zbrodni …

Donati zamknął książkę. Uznał, że papież nie żył od niecałych dwóch godzin, może trochę dłużej.

– Kto go znalazł? – zapytał spokojnie. – Mam nadzieję, że nie usługujące zakonnice?

– Ja – odparł kardynał Albanese.

– W którym miejscu?

– Jego Świątobliwość odszedł z tego świata w kaplicy. Znalazłem go kilka minut po dziesiątej. Jeśli chodzi o dokładny czas zejścia… – Kalabryjczyk wzruszył barczystymi ramionami. – Nie potrafię powiedzieć, ekscelencjo.

– Dlaczego nie zawiadomiono mnie natychmiast?

– Szukałem księdza arcybiskupa wszędzie.

– Trzeba było zadzwonić na moją komórkę.

– Dzwoniłem. Nawet kilka razy. Nikt nie odebrał.

Kamerling mija się z prawdą, pomyślał Donati.

– A co eminencja robił w kaplicy?

– To mi zaczyna wyglądać na inkwizycję. – Albanese przesunął wzrok na kardynała Navarrę, po czym znów spojrzał na Donatiego. – Jego Świątobliwość prosił, żebym się z nim pomodlił. Skorzystałem z zaproszenia.

– Zadzwonił do księdza kardynała bezpośrednio?

– Do mojego apartamentu – odparł kamerling, kiwając głową.

– O której?

Albanese wzniósł oczy i spojrzał na sufit, jakby usiłował przypomnieć sobie drobiazg, który mu wypadł z pamięci.

– O dziewiątej piętnaście. Może dwadzieścia. Prosił, żebym przyszedł kilka minut po dziesiątej. Kiedy się zjawiłem…

Donati spojrzał na martwe ciało na łóżku.

– A jak on się tu dostał?

– Przyniosłem go.

– Sam?

– Jego Świątobliwość dźwigał na swoich barkach ciężar Kościoła, ale po śmierci był lekki jak piórko – oświadczył Albanese. – A ponieważ nie mogłem się skontaktować z ekscelencją, wezwałem sekretarza stanu, który z kolei zadzwonił do kardynałów Navarry i Francony. Następnie zadzwoniłem po dottore Gallo, który orzekł zgon. Śmierć została spowodowana rozległym zawałem serca. To już był drugi, prawda? Czy może trzeci?

Donati spojrzał na papieskiego lekarza.

– A o której pan to ogłosił, dottore Gallo?

– Dziesięć po jedenastej, ekscelencjo.

Kardynał Albanese odchrząknął dyskretnie.

– W oficjalnym komunikacie pozwoliłem sobie nieco zmienić ramy czasowe. Jeśli chcesz, Luigi, mogę powiedzieć, że to ty go znalazłeś.

– To nie będzie konieczne.

Donati przyklęknął obok łóżka. Za życia Ojciec Święty był drobny, a po śmierci skurczył się jeszcze bardziej. Donati pamiętał ten dzień, gdy konklawe nieoczekiwanie wybrało Lucchesiego, patriarchę Wenecji, na dwieście sześćdziesiątego piątego papieża Kościoła rzymskokatolickiego. W Pokoju Łez włożył na siebie najmniejszą z trzech gotowych sutann, a i tak wyglądał jak mały chłopczyk w koszuli ojca. Gdy wyszedł na balkon Bazyliki Świętego Piotra, jego głowa ledwie wystawała ponad balustradę. Vaticanisti nadali mu przydomek Pietro Nieprawdopodobny. Kościelni twardogłowi zaś przezywali go drwiąco Papieżem Przypadkowym.

Po chwili Donati poczuł na ramieniu czyjąś rękę. Była ciężka jak ołów. A zatem to Albanese.

– Pierścień, ekscelencjo.

Kiedyś kamerling miał obowiązek zniszczyć Pierścień Rybaka należący do zmarłego papieża w obecności Kolegium Kardynałów. Ale podobnie jak trzy uderzenia w czoło papieża srebrnym młoteczkiem, także i ta praktyka odeszła w niebyt. Rzadko noszony pierścień Lucchesiego zostanie tylko nacięty dwoma głębokimi karbami w kształcie krzyża. Natomiast inne tradycje nadal obowiązywały, takie jak natychmiastowe zamknięcie i opieczętowanie papieskich apartamentów. Po zabraniu ciała nawet Donati, jedyny sekretarz osobisty Lucchesiego, nie będzie miał do nich wstępu.

Nie wstając z kolan, Donati wysunął szufladkę nocnego stolika i chwycił ciężki złoty sygnet. Przekazał go kardynałowi Albanesemu, który schował go do aksamitnego woreczka i uroczyście oświadczył:

– Sede vacante .

Teraz tron świętego Piotra był pusty. Zgodnie z nakazem konstytucji apostolskich tymczasową opiekę nad Kościołem rzymskokatolickim w okresie interregnum – które zakończy się wraz z wyborem nowego papieża – przejmie kardynał Albanese. Donati, który był tylko biskupem tytularnym, nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. W gruncie rzeczy, skoro jego mistrz umarł, nie posiadał już teki ani władzy i odpowiadał jedynie przed kamerlingiem.

– Kiedy ksiądz kardynał zamierza wydać oświadczenie? – zapytał Donati.

– Czekałem na przybycie ekscelencji.

– Czy mogę je przejrzeć?

– Najważniejszy jest teraz czas. Opóźniając…

– Oczywiście, eminencjo. – Donati położył dłoń na ręce Lucchesiego. Była już zimna. – Chciałbym na chwilę zostać z nim sam.

– Na chwilę – powiedział kamerling.

Pokój stopniowo się wyludniał. Ostatni wyszedł kardynał Albanese.

– Powiedz mi coś, Domenico.

Kamerling zatrzymał się w progu.

– Ekscelencjo?

– Kto zasunął kotary w gabinecie?

– Kotary?

– Kiedy wychodziłem o dziewiątej, były rozsunięte. Żaluzje też.

– Ja je zasunąłem, ekscelencjo. Nie chciałem, żeby ktoś z placu dojrzał światło palące się w apartamentach o tak późnej porze.

– Tak, oczywiście. To było bardzo mądre z twojej strony, Domenico.

Kamerling wyszedł, nie zamykając drzwi. Zostawszy ze swoim mistrzem sam na sam, Donati stłumił łzy. Na żałobę przyjdzie jeszcze czas. Nachylił się do ucha Lucchesiego i delikatnie uścisnął zimną dłoń.

– Odezwij się do mnie, stary przyjacielu – szepnął. – Powiedz, co tu się naprawdę stało dziś wieczorem.2 Jerozolima – Wenecja

To Chiara w tajemnicy zawiadomiła premiera, że jej mąż stanowczo potrzebuje urlopu. Odkąd niechętnie wprowadził się do reprezentacyjnego apartamentu przy bulwarze Króla Saula, rzadko kiedy pozwalał sobie na wolne popołudnie i pracował podczas rekonwalescencji, mimo że kilka dni wcześniej wybuch bomby w Paryżu uszkodził mu dwa kręgi w odcinku lędźwiowym. Ale nie można było lekceważyć sytuacji. Gabrielowi potrzebna była bezpieczna łączność oraz, co ważniejsze, silna ochrona. Podobnie jak Chiarze i bliźniętom. Irene i Raphael wkrótce mieli obchodzić czwarte urodziny. Jednak rodzina Allonów żyła w takim zagrożeniu, że dzieciaki nigdy nie wyściubiły nosa poza Izrael.

Ale dokąd mieliby pojechać? Egzotyczna podróż do dalekiego kraju nie wchodziła w rachubę. Musieli się trzymać względnie blisko Izraela, żeby na wypadek bardzo prawdopodobnego nagłego kryzysu Gabriel w ciągu kilku godzin mógł się znaleźć z powrotem na bulwarze Króla Saula. Ich przyszłość nie przewidywała safari w Republice Południowej Afryki ani wypadów do Australii czy na Galapagos. Ale może to i lepiej – relacje Gabriela z dzikimi zwierzętami były cokolwiek skomplikowane. Poza tym Chiara nie naraziłaby go na zmęczenie kolejnym długim lotem. Teraz, odkąd został dyrektorem generalnym Biura, ciągle latał do Waszyngtonu na narady z amerykańskimi partnerami w Langley. Tymczasem najbardziej potrzebował odpoczynku.

Z drugiej strony, rekreacja nie należała do jego mocnych stron. Był niesamowicie utalentowany, ale mało czym się pasjonował. Nie jeździł na nartach ani nie pływał z rurką, a kijem golfowym czy rakietą tenisową posługiwał się wyłącznie jako bronią. Na plaży się nudził, chyba że było zimno i wietrznie. Lubił żeglować, zwłaszcza po zdradliwych wodach na zachód od Anglii, albo objuczony plecakiem zasuwać po jałowych wrzosowiskach. Nawet Chiara, emerytowana agentka terenowa Biura, potrafiła dotrzymać mu kroku najwyżej przez dwa, trzy kilometry. Dzieciaki od razu opadłyby z sił.

Cała sztuczka polegała na tym, by znaleźć Gabrielowi jakieś zajęcie w trakcie wakacji, mały projekt, który pochłaniałby go z rana przez kilka godzin, aż dzieciaki obudzą się, ubiorą i będą gotowe na kolejny dzień. A jeśli okaże się, że ten projekt da się realizować w mieście, gdzie jest mu tak wygodnie? W mieście, w którym studiował konserwację sztuki i odbył praktyki zawodowe? W mieście, w którym on i Chiara spotkali się i zakochali? Ona się tam urodziła, a jej ojciec był naczelnym rabinem kurczącej się wspólnoty żydowskiej. Mało tego, matka wciąż nagabywała ją, żeby przyjechała w odwiedziny razem z dziećmi. Byłoby to idealne wyjście, pomyślała. Jak mówi przysłowie, upiekłaby dwie pieczenie na jednym ogniu.

Ale kiedy? Sierpień odpadał. Byłoby stanowczo za gorąco i wilgotno, a miasto cierpiałoby od zalewu zorganizowanych wycieczek, hord trzaskających selfie turystów przez godzinę czy dwie łażących po mieście za opryskliwymi przewodnikami, wypijających w pośpiechu przesadnie drogą kawę w Caffè Florian i wracających na pokład swoich wycieczkowców. Ale gdyby poczekali do, powiedzmy, listopada, byłoby chłodniej i mieliby sestiere w dużej mierze tylko dla siebie. Mieliby szansę zastanowić się nad swoją przyszłością, a ich uwagi nie rozpraszałoby ani Biuro, ani codzienne życie w Izraelu. Gabriel poinformował premiera, że będzie służył tylko przez jedną kadencję. Czas pomyśleć o tym, jak spędzą resztę życia i gdzie będą wychowywali dzieci. Żadne z nich nie młodniało, zwłaszcza Gabriel.

Chiara nie informowała go o swoich planach, bo sprowokowałaby tylko długaśny wykład na temat powodów, dla których państwo izraelskie ległoby w gruzach, gdyby wziął choćby dzień wolnego. Spiskowała za to z Uzim Nawotem, zastępcą dyrektora, by wybrać terminy. Administracja, czyli dział Biura zajmujący się pozyskiwaniem zakonspirowanych lokali i ich zarządzaniem, wzięła na siebie zakwaterowanie, a miejscowa policja i służby wywiadowcze, z którymi Gabriel miał ścisłe związki, zgodziły się zapewnić ochronę.

Pozostawało tylko wymyślić jakiś projekt, żeby Gabriel miał się czym zająć. Pod koniec października Chiara zadzwoniła do Francesca Tiepola, właściciela firmy konserwatorskiej cieszącej się w okolicy największą renomą.

– Mam to, czego potrzeba. Prześlę zdjęcie mejlem.

Trzy tygodnie później Gabriel wrócił do domu po wyjątkowo kłótliwym posiedzeniu marudnego izraelskiego rządu i zastał spakowane walizki całej rodziny Allonów.

– Rzucasz mnie?

– Nie – odparła Chiara. – Jedziemy na wakacje. Wszyscy.

– Ja nie mogę…

– To już jest załatwione, kochanie.

– Czy Uzi o tym wie?

Chiara kiwnęła głową.

– Premier też.

– Dokąd się wybieramy? I na jak długo?

Chiara udzieliła mu odpowiedzi.

– A co ja ze sobą pocznę przez dwa tygodnie?

Podała mu zdjęcie.

– Nie ma mowy, żeby udało mi się to dokończyć.

– Zrobisz tyle, ile zdołasz.

– Żeby ktoś inny dotykał potem mojego dzieła?

– To jeszcze nie koniec świata.

– Nigdy nie wiadomo, Chiaro. Nigdy nie wiadomo.

* * *

Apartament zajmował piano nobile podupadłego starego palazzo w Cannaregio, najbardziej na północ wysuniętej z sześciu tradycyjnych weneckich dzielnic. Składał się z okazałego salonu, wielkiej kuchni pełnej nowoczesnych sprzętów oraz tarasu wychodzącego na rio della Misericordia. W jednej z czterech sypialni Administracja zainstalowała bezpieczną linię z bulwarem Króla Saula, łącznie z przypominającą namiot konstrukcją – w żargonie Biura zwaną chupą – dzięki czemu Gabriel mógł rozmawiać przez telefon bez obawy, że zostanie podsłuchany. Carabinieri po cywilnemu trzymali wartę na dworze, na Fondamenta dei Ormesini. Za ich zgodą Gabriel nosił berettę kaliber 9 mm. Podobnie jak Chiara, która strzelała znacznie lepiej niż on.

Kilka kroków bulwarem prowadziło do jedynego w Wenecji stalowego mostu, a po drugiej stronie kanału był szeroki plac o nazwie Campo di Ghetto Nuovo. Znajdowały się tam muzeum, księgarnia oraz biura wspólnoty żydowskiej. Na północnym boku mieścił się dom opieki dla starców, Casa Israelitica di Riposo, a obok stała surowa płaskorzeźba upamiętniająca Żydów weneckich, którzy w grudniu 1943 roku zostali otoczeni, przewiezieni do obozów koncentracyjnych, a następnie zgładzeni w Auschwitz. Pilnowali jej dwaj potężnie uzbrojeni carabinieri siedzący w opancerzonej budce. Z dwustu pięćdziesięciu tysięcy ludzi, którzy nadal mieszkali na tonących wyspach Wenecji, jedynie Żydzi potrzebowali całodobowej ochrony policyjnej.

Domy mieszkalne otaczające campo były najwyższe w Wenecji, ponieważ w średniowieczu Kościół zabraniał ich lokatorom osiedlania się w innych budynkach na terenie miasta. Górne piętra kilku z nich zajmowały małe synagogi, teraz już pieczołowicie odrestaurowane, do których kiedyś przychodzili mieszkający niżej Żydzi aszkenazyjscy i sefardyjscy. Dwie nadal funkcjonujące synagogi getta mieściły się tuż obok, na południe od campo . Obie były tajne – z zewnątrz nic nie świadczyło o tym, że są to żydowskie domy kultu. Synagogę Hiszpańską założyli przodkowie Chiary w 1580 roku. Nie była ogrzewana, więc funkcjonowała od Paschy do świąt Rosz Haszana oraz Jom Kipur. W zimie wspólnocie służyła Synagoga Lewantyńska, usytuowana po drugiej stronie małego placyku.

Za rogiem Synagogi Lewantyńskiej, w wąskim domku wychodzącym na ustronne corte, mieszkali rabin Jacob Zolli i jego żona Alessia. W poniedziałek wieczorem, kilka godzin po przybyciu do Wenecji, Allonowie byli u nich na kolacji. Gabrielowi udało się sprawdzić telefon tylko cztery razy.

– Mam nadzieję, że nie dzieje się nic złego – odezwał się rabin Zolli.

– To, co zwykle – mruknął Gabriel.

– Kamień spadł mi z serca.

– Trochę za wcześnie.

Rabin roześmiał się cicho. Z uznaniem rozejrzał się po stole, na chwilę zatrzymując wzrok na dwóch wnukach, żonie i w końcu na córce. Światło świec odbijało się w jego oczach o barwie upstrzonego złotem karmelu.

– Chiara nigdy nie była aż tak rozpromieniona. Widać, że uczyniłeś ją bardzo szczęśliwą.

– Doprawdy?

– Po drodze zdarzały się wyboje – powiedział rabin karcącym tonem. – Ale zapewniam cię, że ona się uważa za najszczęśliwszą osobę pod słońcem.

– Ten zaszczyt przysługuje raczej mnie.

– Chodzą słuchy, że oszukała cię w sprawie tego waszego wyjazdu.

Gabriel zmarszczył czoło.

– Tora z pewnością zabrania takich rzeczy.

– Nie przypominam sobie.

– I dobrze zrobiła – odrzekł Gabriel. – Inaczej pewnie bym się nie zgodził.

– Cieszę się, że w końcu udało wam się przywieźć dzieci do Wenecji. Niestety, trafiliście na trudne czasy. – Rabin Zolli zniżył głos. – Saviano i jego przyjaciele ze skrajnej prawicy obudzili w Europie siły zła.

Giuseppe Saviano był nowym premierem Włoch. Ten nietolerancyjny ksenofob nie ufał wolnej prasie i nie miał cierpliwości do takich subtelności jak demokracja parlamentarna czy praworządność. Podobnie jak jego serdeczny przyjaciel Jörg Kaufmann, świeżo upieczony neofaszysta piastujący obecnie stanowisko kanclerza Austrii. We Francji powszechnie zakładano, że nową lokatorką Pałacu Elizejskiego zostanie Cécile Leclerc, przewodnicząca Frontu Ludowego. Niemieccy Narodowi Demokraci, pod przewodnictwem byłego skinheada i neonazisty Axela Brünnera, mieli szansę na drugie miejsce w styczniowych wyborach powszechnych. Wyglądało na to, że skrajna prawica jest wszędzie górą.

W Europie Zachodniej urosła w siłę dzięki globalizacji, niepewności gospodarczej oraz szybko zmieniającemu się profilowi demograficznemu na kontynencie. Muzułmanie stanowili już pięć procent populacji w Europie. Coraz więcej rdzennych Europejczyków uważało islam za istotne zagrożenie dla swojej tożsamości religijnej i kulturalnej. Ich złość i niechęć, kiedyś powstrzymywane, a w każdym razie nieokazywane publicznie, teraz krążyły w żyłach internetu jak wirus. Liczba ataków na muzułmanów gwałtownie rosła. Podobnie jak fizyczne ataki oraz akty wandalizmu przeciwko Żydom. Europejski antysemityzm osiągnął poziom niespotykany od czasów drugiej wojny światowej.

– W zeszłym tygodniu znowu zdemolowano nasz cmentarz na Lido – powiedział rabin Zolli. – Przewrócone nagrobki, swastyki… to, co zawsze. Członkowie mojej kongregacji są przerażeni. Próbuję ich pocieszać, ale ja też jestem przerażony. Politycy przeciwni imigrantom, jak Saviano, potrząsnęli butelką i wyciągnęli korek. Ich zwolennicy narzekają na uciekinierów z Bliskiego Wschodu i Afryki, ale to nas nienawidzą najbardziej. Ta nienawiść jest najstarsza. Tu, we Włoszech, nikt już nie patrzy krzywo na antysemitów. Z pogardą wobec nas teraz można się obnosić całkiem otwarcie. A rezultaty są takie, jak można było się spodziewać.

– Ta burza przeminie – odparł Gabriel bez przekonania.

– Twoi dziadkowie pewnie mówili tak samo. I Żydzi weneccy. Twojej matce udało się przeżyć Auschwitz. Weneccy Żydzi nie mieli tyle szczęścia. – Rabin Zolli pokręcił głową. – Ja już widziałem ten film, Gabrielu. I wiem, jak się kończy. Nigdy nie zapominaj, że to, co niewyobrażalne, może się wydarzyć. Ale nie psujmy sobie wieczoru niemiłymi tematami. Chcę się nacieszyć moimi wnukami.

Nazajutrz Gabriel obudził się wcześnie i kilka godzin spędził pod osłoną chupy, rozmawiając ze swoją kadrą kierowniczą przy bulwarze Króla Saula. Następnie wynajął motorówkę i zabrał Chiarę oraz dzieci na wycieczkę po mieście i wyspach w lagunie. Było o wiele za zimno, by popływać na Lido, ale dzieci zrzuciły buty i goniły na plaży mewy i rybitwy. W drodze powrotnej do Cannaregio wstąpili do kościoła San Sebastiano w Dorsoduro, by obejrzeć płótno „Madonna i Dzieciątko w chwale ze świętymi” pędzla Veronesa, które Gabriel odrestaurował, gdy Chiara była w ciąży. Później, kiedy jesienne słońce zachodziło nad Campo di Ghetto Nuovo, dzieci przyłączyły się do hałaśliwej zabawy w berka, a Gabriel i Chiara pilnowali ich z drewnianej ławki przed Casa Israelitica di Riposo.

– To chyba moja najbardziej ulubiona ławka na świecie – powiedziała Chiara. – To na niej siedziałeś tego dnia, kiedy się w końcu opamiętałeś i błagałeś, żebym cię zabrała z powrotem. Pamiętasz, Gabrielu? To było po ataku na Watykan.

– Sam nie wiem, co było gorsze. Granatniki przeciwpancerne i zamachowcy samobójcy czy to, jak mnie potraktowałaś.

– Zasłużyłeś sobie, głupku jeden. W ogóle nie powinnam mieć z tobą więcej do czynienia.

– A teraz nasze dzieciaki biegają na campo – dodał Gabriel.

Chiara zerknęła na posterunek carabinieri .

– Pilnowane przez facetów z bronią palną.

Następnego dnia, w środę, po porannych rozmowach telefonicznych Gabriel wymknął się z apartamentu i z politurowaną drewnianą kasetą pod pachą poszedł do kościoła Madonna dell’Orto. Główna nawa pogrążona była w półmroku, rusztowanie zakrywało podwójnie obramowane spiczaste łuki bocznych naw. W kościele nie było transeptu, za to w pięciobocznej apsydzie z tyłu znajdował się grób Jacopo Robustiego, szerzej znanego jako Tintoretto. To tu Gabriel zastał Francesca Tiepolę – olbrzymiego mężczyznę o posturze niedźwiedzia, z potarganą szpakowatą brodą. Włoch, jak zwykle, ubrany był w luźną białą bluzę, a na szyi miał chwacko zawiązany szalik.

Uściskał Gabriela z całej siły.

– Zawsze wiedziałem, że wrócisz.

– Jestem na wakacjach, Francesco. Nie wpadajmy w euforię.

Tiepolo machnął ręką, jak gdyby przeganiał gołębie z Piazza di San Marco.

– Dziś jesteś tu na wakacjach, a któregoś dnia umrzesz w Wenecji. – Spojrzał na grób. – Przypuszczam, że ciebie trzeba będzie pochować gdzie indziej, bo przecież nie w kościele.

Od 1552 do 1569 roku Tintoretto namalował dla tego kościoła dziesięć obrazów, w tym „Poświęcenie Marii w świątyni”, wiszący po prawej stronie głównej nawy. To potężne płótno o wymiarach 480 na 429 centymetrów należało do jego arcydzieł. Pierwsza faza renowacji, usunięcie odbarwionego werniksu, była już ukończona. Pozostało tylko wykonać retusz części płótna nadgryzionych zębem czasu. Było to kolosalne zadanie. Gabriel oceniał, że jednemu konserwatorowi zajęłoby rok albo więcej.

– Który to biedak usuwał werniks? Mam nadzieję, że Antonio Politi.

– Nie, ta nowa dziewczyna, Paulina. Liczy na to, że będzie mogła cię podpatrywać przy pracy.

– Mam nadzieję, że wybiłeś jej to z głowy.

– Skutecznie. Powiedziała, że możesz sobie wziąć każdą część obrazu, jaką zechcesz, z wyjątkiem Marii.

Gabriel spojrzał na szczyt górującego nad nimi obrazu. Trzyletnia córka Joachima, Miriam, oraz Anna, Żydówki z Nazaretu, niepewnie szły po piętnastu stopniach Świątyni Jerozolimskiej do arcykapłana. Kilka schodków niżej leżała kobieta w brązowej jedwabnej szacie trzymająca małe dziecko – nie wiadomo, chłopczyka czy dziewczynkę.

– Biorę ją i dziecko – oświadczył Gabriel.

– Jesteś pewny? Wymagają mnóstwa pracy.

Gabriel uśmiechnął się smutno, nie spuszczając wzroku z płótna.

– Przynajmniej tyle mogę dla nich zrobić.

* * *

Został w kościele do drugiej, dłużej, niż zamierzał. Wieczorem on i Chiara zostawili dzieci pod opieką dziadków i wybrali się sami na kolację do restauracji w San Polo, po drugiej stronie Canal Grande. Następnego dnia, w czwartek rano, Gabriel wziął dzieci na rejs gondolą, a od południa do piątej pracował nad Tintorettem, po czym Tiepolo zamknął kościół na noc.

Chiara postanowiła zrobić kolację w domu. Potem Gabriel nadzorował nieustanną codzienną walkę zwaną „czas na kąpiel”, po czym zaszył się w chupie, by zająć się drobnym kryzysem w pracy. Gdy wczołgał się do łóżka, dochodziła pierwsza. Chiara czytała książkę, nie zwracając uwagi na telewizję; dźwięk był wyłączony. Na ekranie akurat leciała transmisja na żywo z Bazyliki Świętego Piotra. Gabriel włączył dźwięk i dowiedział się, że jego stary przyjaciel nie żyje.

Przy bulwarze Króla Saula mieści się siedziba Mossadu.3 Cannaregio, Wenecja

Z samego rana zwłoki Jego Świątobliwości papieża Pawła VII zabrano do Sala Clementina na drugim piętrze Pałacu Apostolskiego. Pozostały tam do wczesnego popołudnia, kiedy to w uroczystym pochodzie przeniesiono je do Bazyliki Świętego Piotra, gdzie przez dwa dni miały być wystawione na widok publiczny. Czterech żołnierzy Gwardii Szwajcarskiej, z halabardami w rękach, trzymało wartę przy zmarłym papieżu. Korpus prasowy Watykanu podkreślał fakt, że arcybiskup Luigi Donati, najbliższy współpracownik i powiernik Ojca Świętego, zazwyczaj nie odstępował go na krok.

Zgodnie z tradycją Kościoła uroczystości pogrzebowe i pochówek papieża odbywają się cztery do sześciu dni po jego śmierci. Kardynał kamerling Domenico Albanese ogłosił, że wyznaczył je na najbliższy wtorek, a dziesięć dni później miało zebrać się konklawe. Vaticanisti przewidywali zaciekłą i powodującą podziały walkę między reformatorami a konserwatystami. Za pewniaka uchodził kardynał José Maria Navarro, który korzystając ze swojej pozycji strażnika doktryny Kościoła, zbudował w Kolegium Kardynałów tak silne zaplecze polityczne, że mógł konkurować nawet z poplecznikami zmarłego papieża.

W Wenecji, gdzie Pietro Lucchesi panował jako patriarcha, burmistrz ogłosił trzydniową żałobę. Miejskie dzwony ucichły, a w bazylice Świętego Marka odbyło się niezbyt liczne spotkanie modlitewne. Poza tym życie toczyło się jak zawsze. Niewielka acqua alta zalała część Santa Croce, kolosalny statek wycieczkowy przeorał nabrzeże Canale della Giudecca. W barach, do których miejscowi wpadali na kawę lub kieliszek brandy, chroniąc się przed jesiennym chłodem, rzadko można było usłyszeć imię zmarłego papieża. Wenecjanie byli z natury cyniczni i niewielu regularnie uczęszczało na msze, a jeszcze mniej żyło w zgodzie z naukami ludzi z Watykanu. Weneckie kościoły, najpiękniejsze w całym świecie chrześcijańskim, służyły do tego, by zagraniczni turyści mieli gdzie się gapić na renesansowe dzieła sztuki.

Natomiast Gabriel śledził wydarzenia w Rzymie z więcej niż przelotnym zainteresowaniem. W dniu pogrzebu papieża przyszedł do kościoła wcześnie i pracował bez przerwy do dwunastej piętnaście, kiedy to usłyszał głuche echo kroków w nawie. Uniósł przyłbicę z soczewką powiększającą, ostrożnie odsunął brezent osłaniający jego platformę i napotkał beznamiętne spojrzenie generała Cesarego Ferrariego z carabinieri, dowódcy Wydziału Ochrony Dziedzictwa Kulturalnego, potocznie zwanego Brygadą Sztuki.

Generał bez zaproszenia wszedł za brezent i z podziwem spojrzał na olbrzymie płótno zalane ostrym białym światłem dwóch lamp halogenowych.

– Jeden z jego lepszych obrazów, prawda?

– Pracował pod ogromną presją, musiał się wykazać. Veronese uchodził za następcę Tycjana i najświetniejszego malarza w Wenecji. Biedny Tintoretto przestał dostawać takie zamówienia jak kiedyś.

– To był jego kościół parafialny.

– Co ty powiesz?

– – Mieszkał tuż za rogiem, przy Fondamenta di Mori. – Generał odchylił brezent i zszedł do nawy. – Kiedyś wisiał w tym kościele Bellini. „Madonna z Dzieciątkiem”. Ukradziono ją w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim. Brygada Sztuki do dziś próbuje ją znaleźć. – Obejrzał się przez ramię na Gabriela. – Nie widziałeś go, prawda?

Gabriel uśmiechnął się. Krótko przed powołaniem go na szefa Biura odzyskał najbardziej poszukiwany skradziony obraz na świecie, „Szopkę ze św. Franciszkiem i św. Wawrzyńcem” pędzla Caravaggia. Ale dopilnował, by cały zaszczyt przypadł Brygadzie Sztuki. Między innymi z tego powodu generał Ferrari zgodził się przyznać całodobową ochronę Gabrielowi i jego rodzinie na czas ich wakacji w Wenecji.

– Miałeś wypoczywać – zauważył generał.

Gabriel opuścił przyłbicę.

– Właśnie to robię.

– Jakieś problemy?

– Z niepojętego powodu mam trochę kłopotu z odtworzeniem barwy stroju tej kobiety.

– Chodziło mi o bezpieczeństwo.

– Wygląda na to, że mój powrót do Wenecji nie zwrócił niczyjej uwagi.

– Niezupełnie. – Generał spojrzał na zegarek. – Pewnie nie uda mi się namówić cię na przerwę na lunch?

– Nie jadam lunchu, kiedy pracuję.

– Tak, wiem. – Generał zgasił lampy halogenowe. – Nie zapomniałem.

* * *

Gabriel dostał od Tiepola klucz do kościoła. Obserwowany przez dowódcę Brygady Sztuki włączył alarm i zamknął drzwi na klucz. Razem poszli do baru nieopodal dawnego domu Tintoretta. Na telewizorze za kontuarem leciała transmisja papieskiego pogrzebu.

– Tak dla porządku, arcybiskup Donati chciał, żebyś wziął udział w uroczystościach.

– To dlaczego nie dostałem zaproszenia?

– Kamerling nawet nie chciał o tym słyszeć.

– Albanese?

Generał skinął głową.

– Zdaje się, że nigdy nie podobała mu się twoja zażyłość z Donatim. Ani z Ojcem Świętym, skoro już o tym mowa.

– Pewnie lepiej, że mnie tam nie ma. Tylko bym ich rozpraszał.

Generał zmarszczył czoło.

– Powinni cię posadzić na honorowym miejscu. W końcu gdyby nie ty, Ojciec Święty zginąłby w ataku terrorystycznym na Watykan.

Barman, chudy dwudziestoparolatek w czarnym T-shircie, podał im dwie kawy. Generał swoją posłodził. Dłoni, którą mieszał cukier, brakowało dwóch palców. Stracił je na skutek wybuchu bomby w liście, kiedy dowodził przeżartym przez camorrę oddziałem carabinieri w Neapolu. Eksplozja pozbawiła go również prawego oka. Sztuczne oko, z nieruchomą źrenicą, sprawiało, że wzrok generała był zimny, nieustępliwy. Nawet Gabriel starał się go unikać. Bo przypominało to spojrzenie w oko wszystkowidzącego Boga.

W tej chwili oko generała skierowane było na ekran telewizora, na którym przesuwająca się powoli kamera pokazywała coś, co wyglądało na policyjną galerię zdjęć przestępców – polityków, monarchów oraz rozmaitych celebrytów z całego świata. W końcu zatrzymała się na Giuseppe Saviano.

– Dobrze chociaż, że nie nosi czarnej opaski na ramieniu – mruknął generał.

– Nie jest to twój faworyt?

– Saviano zaciekle broni budżetu Brygady Sztuki, więc dogadujemy się całkiem nieźle.

– Faszyści uwielbiają dziedzictwo kulturalne.

– On się uważa za populistę, nie faszystę.

– Od razu mi ulżyło.

Uśmiech Ferrariego nie odbił się w protezie jego oka.

– Dojście do władzy kogoś w rodzaju Saviana było nieuchronne. Nasz naród stracił wiarę w tak dziwaczne pojęcia jak demokracja liberalna, Unia Europejska czy przymierze Zachodu. Bo i czemu nie? Pomiędzy globalizacją i automatyzacją dla młodych Włochów nie ma miejsca na porządną karierę. W poszukiwaniu dobrze płatnej pracy muszą wyjeżdżać do Wielkiej Brytanii. Bo jeśli zostaną tutaj… – generał zerknął na młodego człowieka za barem – to podają kawę turystom. – Zniżył głos. – Albo agentom wywiadu izraelskiego.

– Saviano w żaden sposób tego nie zmieni.

– Pewnie nie. Ale tymczasem prezentuje siłę i pewność siebie.

– A jak jego kompetencje?

– Dopóki utrzymuje imigrantów z dala od naszych granic, zwolennicy mają gdzieś, czy potrafi sklecić choćby dwa słowa.

– A jeśli nadejdzie kryzys? Prawdziwy kryzys, a nie wymyślony przez prawicowe strony internetowe.

– Na przykład jaki?

– Na przykład kolejny krach finansowy, który załatwi system bankowy. – Gabriel zamilkł na chwilę. – Albo coś znacznie gorszego.

– Co może być gorszego niż to, że moje oszczędności pójdą z dymem?

– Na przykład globalna pandemia? Nowa odmiana grypy, przed którą ludzie nie mają naturalnego mechanizmu obronnego.

– Zaraza?

– Nie ma się z czego śmiać, Cesare. To tylko kwestia czasu.

– A skąd ta twoja zaraza nadejdzie?

– Przeskoczy ze zwierząt na ludzi gdzieś, gdzie warunki sanitarne pozostawiają wiele do życzenia. Na przykład na chińskim targu rybnym albo zwierzęcym. Zacznie się powoli, od skupiska lokalnych przypadków. Ale skoro wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni, rozprzestrzeni się po całym świecie tak szybko jak pożar lasu. Na wczesnym etapie epidemii chińscy turyści zawloką ją do Europy Zachodniej, jeszcze zanim wirus zostanie zidentyfikowany. W ciągu kilku tygodni zarażona zostanie połowa populacji Włoch, a może więcej. A wtedy co się stanie, Cesare?

– Ty mi powiedz.

– Cały kraj trzeba będzie poddać kwarantannie, żeby zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się choroby. Z powodu przeciążenia szpitale będą musiały odprawiać wszystkich z wyjątkiem najmłodszych i najzdrowszych. Codziennie będą umierały setki osób, może nawet tysiące. Wojsko będzie musiało uciekać się do masowych kremacji, żeby powstrzymać dalsze rozprzestrzenianie się tego świństwa. To będzie…

– Zagłada.

Gabriel powoli skinął głową.

– A jak, twoim zdaniem, funkcjonalny analfabeta bez krzty kompetencji, taki jak Saviano, zareaguje w tych warunkach? Będzie słuchał ekspertów od medycyny czy uzna, że sam wie lepiej? Powie społeczeństwu prawdę czy będzie wmawiał ludziom, że szczepionka i leki ratujące życie są na wyciągnięcie ręki?

– Zrzuci winę na Chińczyków oraz imigrantów i wyjdzie z tego jeszcze bardziej wzmocniony. – Ferrari spojrzał na Gabriela poważnie. – Czy wiesz coś, o czym mi nie mówisz?

– Każdy, kto ma za grosz zdrowego rozsądku, zdaje sobie sprawę, że coś na taką skalę jak grypa hiszpanka z roku tysiąc dziewięćset osiemnastego powinno nas spotkać już dawno temu. Powiedziałem mojemu premierowi, że ze wszystkich zagrożeń, przed którymi stoi Izrael, zdecydowanie najgorsza jest pandemia.

– Cieszę się, że moim jedynym obowiązkiem jest szukanie skradzionych obrazów. – Generał patrzył, jak kamera przesuwa się po morzu szkarłatnych szat. – Tam siedzi następny papież.

– Podobno zostanie nim kardynał Navarro.

– Chodzą takie słuchy.

– Masz jakieś informacje od środka?

Generał Ferrari odpowiedział tak, jakby się zwracał do tłumu dziennikarzy.

– Carabinieri w żaden sposób nie pilnują wyborów następcy papieża. Włoskie służby bezpieczeństwa ani agencje wywiadowcze również się tym nie zajmują.

– Daruj sobie.

Generał roześmiał się cicho.

– A jak to wygląda z twojej strony?

– Tożsamość nowego papieża nie jest przedmiotem zainteresowania Izraela.

– Teraz już tak.

– O czym ty mówisz?

– On ci to wyjaśni. – Generał Ferrari ruchem głowy wskazał telewizor; kamera pokazywała akurat arcybiskupa Luigiego Donatiego, sekretarza osobistego Jego Świątobliwości papieża Pawła VII. – Zastanawiał się, czy poświęcisz mu chwilę na rozmowę.

– Dlaczego po prostu do mnie nie zadzwonił?

– Wolałby nie omawiać tego przez telefon.

– Mówił ci, o co chodzi?

Generał pokręcił głową.

– Tylko tyle, że jest to sprawa najwyższej wagi. Liczy, że spotkasz się z nim jutro na lunchu.

– Gdzie?

– W Rzymie.

Gabriel nie odpowiedział.

– Samolotem to tylko godzina. Zdążysz wrócić do Wenecji na kolację.

– Czyżby?

– Sądząc z tonu arcybiskupa, mocno wątpię. Oczekuje cię o pierwszej w Piperno. Podobno wiesz, gdzie to jest.

– Coś mi świta.

– Chce, żebyś przyszedł sam. Ale nie martw się o żonę i dzieci. Zajmę się nimi pod twoją nieobecność.

– Nieobecność? – Gabriel nie określiłby tak jednodniowej wyprawy do Wiecznego Miasta.

Generał znów oglądał telewizję.

– Spójrz na tych książąt Kościoła, każdy jest odziany na czerwono.

– Ten kolor symbolizuje krew Chrystusa.

Ferrari ze zdziwienia zamrugał zdrowym okiem.

– A ty skąd o tym wiesz, jak pragnę zdrowia?

– Przez większość życia zajmuję się renowacją sztuki chrześcijańskiej. Nie pomylę się, twierdząc, że wiem więcej o historii i naukach Kościoła niż większość chrześcijan.

– Nie wyłączając mnie. – Generał z powrotem przeniósł wzrok na ekran. – Kogo obstawiasz?

– Podobno Navarro już zamawia nowe meble do appartamento .

– Owszem – przytaknął generał, w zamyśleniu kiwając głową. – Tak powiadają.
mniej..

BESTSELLERY