Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zakon - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 marca 2026
E-book: EPUB, MOBI
47,99 zł
Audiobook
47,99 zł
47,99
4799 pkt
punktów Virtualo

Zakon - ebook

Krwawe baśnie nie dają o sobie zapomnieć.

Nadeszła kolejna pora sucha. Zło tym razem zagnieździło się w Liberii i naczelnik Sztorm wie, że jeśli go nie powstrzyma, jego ukochane miasto znajdzie się na krawędzi paniki, a z nim cała Kolonia.

Pokojowa warta próbuje rozwikłać zagadkę samobójczej śmierci redaktora lokalnej gazety, który chciał odkryć zbyt wiele o przeszłości. Wkrótce jednak pojawiają się kolejne ciała. Ktoś znów zabija, naśladując dawne baśnie dla dzieci. Czyżby unohora, tajemnicza bestia z buszu, jednak naprawdę istniała? I co to ma wspólnego z niewytłumaczalnym szaleństwem ogarniającym ogry w sercu wyspy?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68608-32-8
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Bestia czaiła się w mroku nocy. Wiecznie głodna i spragniona krwi szukała kolejnej ofiary. Nieuchwytna przemykała poza zasięgiem wzroku, bezgłośnie stąpając po wysuszonej, spękanej od upału ziemi. Zbliżała się nieuchronnie, a Sztorm wiedział, że nie zdoła jej uciec ani jej powstrzymać. Nie było w całej Kolonii takiej siły, która mogłaby ją pokonać. Zrodziła się z ciemności i nienawiści po to, by oczyścić wyspę z obcych – ze wszystkich istnień, które nie były dziećmi Nurugi.

Naczelnik Kilian Sztorm przywarł plecami do pnia starego, sękatego drzewa, wciąż ciepłego po skwarnym dniu. Klatka piersiowa mężczyzny, boleśnie świadomego powoli nadchodzącej śmierci, unosiła się w pospiesznych, płytkich oddechach. Nieruchome powietrze wokół pachniało ziemią i wysuszoną roślinnością bezkresnych równin. Wtem naczelnik wyczuł inną, dobrze mu znaną woń – kusząco słodką, lecz niezmiennie kojarzącą się jedynie ze śmiercią. Spojrzał w górę. Samotne, martwe drzewo oplatały krwistoczerwone kwiaty o delikatnych, rozłożystych kielichach, równie pięknych, co zabójczych.

Tej nocy czarne niebo upstrzone diamentami gwiazd – niemych świadków zbliżającego się rozlewu krwi – zdawało się znacznie większe i o wiele bardziej odległe niż zazwyczaj. Sztorm czuł pod palcami lewej dłoni chropowatą korę powykręcanego drzewa, prawą po raz wtóry sięgnął ku pasowi, ale nie wyczuł tam kojącego kształtu kolby rewolweru. Jego palce odruchowo powędrowały do noża, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że ostrze nie zatrzyma bestii z mroku. Ale wiedział, że będzie walczył, bo nie potrafił się po prostu poddać. Widział w swoim życiu tyle zła i okrucieństwa, że czasem śmierć wydawała mu się ukojeniem, lecz gdyby na sam koniec odpuścił, to byłoby tak, jakby całe jego życie okazało się nic niewarte, a decyzje, które podjął – niewłaściwe.

Naraz poczuł ciepły oddech na karku, jakiś ciężar spoczął na jego ramieniu. Naczelnik był gotów na spotkanie z unohorą. Zacisnął palce na potężnej łapie z czarnymi pazurami i wykręcił ją, podrywając się na równe nogi. Jednym błyskawicznym ruchem przyłożył ostrze do gardła bestii. Już miał przeciągnąć nim po skórze przeciwnika, kiedy usłyszał grzeczne, acz nieco naglące odchrząknięcie.

Nie ruszając się z miejsca ani na centymetr, zamrugał i spojrzał prosto w jaśniejące w półmroku bursztynowe oczy. Nieco niżej dostrzegł zadbane kły permanentnie wystające z dolnej szczęki. Były jeszcze czarne, lśniące włosy zaczesane do tyłu i związane niebieską wstążką oraz wyprasowana, śnieżnobiała koszula.

– Na wszystkich bogów! – sapnął ze złością i odrobiną strachu przed tym, co prawie zrobił. – Kostek, życie ci niemiłe?!

Gwałtownie odsunął nóż od gardła ogra, a zarazem swojego przyjaciela, i puścił masywną rękę, którą dopiero co mu wykręcił.

– Jak szef mnie w końcu zabije, to nie znajdzie lepszego zastępcy – burknął lekko urażony Gunderberg, prostując się z dumą, a jego masywna sylwetka zdawała się całkowicie wypełniać zagracony gabinet.

– A co ja mówiłem o zakradaniu się do mnie, kiedy śpię? – Sztorm posłał mu wściekłe spojrzenie.

– Pukałem do drzwi i wołałem szefa. – Kostek rozmasował sobie nadgarstek.

Sztorm wsunął nóż do pochwy i przetarł dłońmi twarz. W jego gabinecie, oprócz wiecznego bałaganu, panował okropny zaduch. Susza nastała w tym roku znacznie szybciej niż zazwyczaj i raz po raz uderzała falami gorąca, więc unikali otwierania okien w całej wartowni, by nie wpuszczać do budynku upału i wszędobylskiego żółtego pyłu. A żeby choć odrobinę uchronić się przed skwarem, Sztorm zasunął ciężkie, nadgryzione przez mole zasłony. Ostatnie, co pamiętał, to jak wieczorem się tu zamknął, bo musiał pomyśleć, a nie położył się w swojej ulubionej celi, gdyż dochodziło tam donośne chrapanie Dakku drzemiącego w kuchni, niepozwalające mu się na niczym skupić. I nawet nie wiedział, kiedy usnął twardo na krześle, a teraz wszystko go bolało po takiej nocy.

– Po kiego groma w ogóle mnie budzisz? – warknął, odpychając od siebie poczucie winy, że przez koszmar, który dręczył go co jakiś czas od kilku miesięcy, niewiele brakowało, a rzeczywiście poderżnąłby gardło własnemu zastępcy.

Z czegoś takiego na pewno by się nie wytłumaczył. I nawet jeśli urbisa Mira Krukogród, sprawująca władzę w Liberii, nie powiesiłaby go za to, to pewnie zrobiłby to wściekły tłum. Kostek, mimo że był ogrem, potrafił zjednywać sobie ludzi i ziemowych. Również inne ogry go szanowały i tolerowały jego niespotykane zamiłowanie do higieny oraz przestrzegania przepisów prawa, nawet jeżeli co najmniej połowę kodeksu karnego Liberii wymyślił sam. Choć całkiem prawdopodobne, że jego ziomkowie przymykali oko na wszystkie te jego dziwactwa i byli gotowi wybaczyć mu naprawdę wiele, dlatego że Kostek był po prostu jednym z największych ogrów, jakie widziała Kolonia, a jego prawy sierpowy, po prawdzie rzadko używany, stał się wręcz legendarny wśród entuzjastów barowych i ulicznych bójek, które Kostek czuł się w obowiązku kończyć. Sztorm zaś nie był samobójcą i zawsze w takich chwilach podziwiał swojego podwładnego z bezpiecznej odległości. Cios ogra, nawet niecelowo wymierzony w człowieka, mógł w najlepszym wypadku zakończyć się dla niego utratą co najmniej paru zębów, połamaną szczęką i koniecznością przyjmowania pokarmów płynnych przez minimum kilka tygodni.

– Prosił szef, żebym mu przypomniał o wywiadzie dla „Kuriera Północnego” – powiedział Kostek tym swoim charakterystycznym spokojnym basem.

– No i?

– Nie jestem specjalistą od udzielania wywiadów, ale wypadałoby, żeby szef się przed nim umył.

– Że co? – Sztorm zmarszczył brwi, usiłując w myślach doliczyć się ostatnich kilku dni.

– Dzisiaj ma szef wywiad – wyłożył dobitnie Kostek.

Naczelnik machnął ręką i ponownie opadł na krzesło.

– Za godzinę – dodał nagląco ogr.

Sztorm posłał mu zbolałe spojrzenie. Miał już dość tłumaczenia się z tego wszystkiego, co wydarzyło się w poprzednim roku – zaginięcia, morderstwa i okaleczenia zwierząt przez wiele tygodni były na ustach wszystkich mieszkańców Liberii. Prawdę jednak znali tylko naczelnik, Kostek, Dakku oraz Margo, która ostatecznie została w pokojowej warcie na stałe. Wtedy zdawało się, że zaginięcie Samuela Banacha rozwiązało jakiś worek pełen zbrodni, a wszystkie ślady prowadziły do Zakonu Wzgardy Płomienia, który na dobrą sprawę w ogóle nie powinien istnieć.

Nawet urbisie nie powiedzieli o magicznym dziecku ani o tym, co się z nim stało. Zresztą Kiliana do tej pory dręczyły koszmary, choć na jawie prawie umiał przetłumaczyć sam sobie, że zrobił to, co było konieczne; nie miał innego wyjścia. Tak więc dla opinii publicznej i zrozpaczonych bliskich ofiar Sztorm musiał bardzo mocno nagiąć prawdę, według której Samuel Banach został zamordowany przez szalonego półelfa Iliana Eternosa. Z kolei hybrydy wyhodowane przez Eternosa okaleczały zwierzęta w lesie, zabiły swojego ojca oraz ogra Teodora Tuberga, który na polowaniu przypadkiem wszedł im w drogę. Nikt się nie dowiedział, że młody entuzjastyczny wartownik Luka został zamordowany przez dziewczynę, którą chciał ratować. Nie, dla innych chłopak zginął bohaterską śmiercią po walce z trzecią hybrydą, której istnienie wyszło na jaw dopiero później. Zdołał pokonać bestię, lecz zmarł w wyniku odniesionych ran. Jego rodzice nigdy się nie dowiedzą, gdzie spoczęło jego okrutnie okaleczone ciało. Nila ze sklepu mięsnego po prostu odeszła i nikt nie wiedział dokąd, choć niektórzy kojarzyli jej zniknięcie z działalnością podejrzanych ludzi kręcących się w poprzednim roku po mieście. O tym, że trzyletnia Adela Arugula wyszła cało z masakry w swoim rodzinnym domu i żyła jeszcze dwanaście lat w ukryciu pod ziemią, nie wiedział nikt poza pokojową wartą. Ani o tym, że dziewczyna miała moc.

Kłamstwo przeplatające się z prawdą i przemilczeniem było szyte naprawdę grubymi nićmi, ale Sztorm i jego ludzie powtarzali je tak długo i cierpliwie, aż ostatecznie wszyscy w nie uwierzyli. Zresztą nietrudno przyjąć do wiadomości taką wersję wydarzeń, gdy mieszka się na wyspie, która pochłonęła już niejedno istnienie, a ludzie i ogry stanowczo zbyt często giną bez wieści na upalnych równinach lub w gęstym buszu, co nie dziwi już nikogo.

Kilian był przekonany, że urbisa oraz Hazyt Grotgar – jej prawa ręka – wiedzieli o ludziach Wzgardy kręcących się po mieście, szpiegujących pokojową wartę i wypytujących o różne podejrzane rzeczy, ale nigdy otwarcie nie rozmawiali o tym z naczelnikiem. Po prawdzie przypuszczał, że Mira również trzyma przed nim wiele kart zakrytych. Był jeszcze Franc Ledle, który handlował tajemnicami i ze swojej piwnicy pod pralnią dywanów zarządzał całym sztabem służących zatrudnionych przez magnaterię. Ale po wydarzeniach ostatniej pory suchej Sztorm odwiedził go wraz z Kostkiem i razem bardzo obrazowo wyjaśnili, co się z nim stanie, jeśli piśnie komukolwiek choć słowo.

Od jakiegoś czasu do naczelnika dochodziły słuchy o tym, że główny redaktor „Kuriera Północnego” zadaje wszystkim wokół wiele niewygodnych pytań. Sztorm nie miał najmniejszej ochoty na udzielanie mu wywiadu, lecz urbisa naciskała, że powinien to zrobić w ramach ocieplenia wizerunku pokojowej warty, oraz zasugerowała, że jeśli Filip Kuna nie dowie się prawdy, a przynajmniej tego, co zostało uznane za prawdę, od naczelnika, to poszuka jej gdzie indziej. A tamta prawda może być zupełnie inna i nie spodoba się wielu ludziom oraz ogrom. Podczas poprzedniej pory suchej miasto znalazło się na granicy paniki. Coraz częściej mówiło się o tym, że magia wróciła, i nie potrzeba było do tego nawet Związku Przeciwników Magicznego Odrodzenia (które przecież zostało na dobre rozwiązane), by mieszkańcy Liberii zaczęli się bać. A z buszu dochodziły jeszcze wieści o unohorze – bestii, która obudziła się w trzewiach wyspy, by pożreć tych, którzy nie oddają należytego szacunku Nurudze… czyli praktycznie wszystkich poza ziemowymi, choć i oni mieli przed nią stracha. To ona, a właściwie jej wizja, od prawie roku systematycznie nawiedzała naczelnika we śnie, skutecznie nękając jego i tak już nadszarpnięte nerwy.

Sztorm i jego podwładni włożyli zbyt wiele trudu w zachowanie spokoju w mieście, żeby jakiś gryzipiórek teraz to wszystko zepsuł.

Naczelnik wyciągnął z szafy w gabinecie starą, w miarę czystą koszulę. Na spodniach miał ślady po palcach ubrudzonych smarem do rewolweru, ale tym nie zamierzał się przejmować. Założył pas z kaburą, zapinając go o kolejną dziurkę ciaśniej. Od zeszłego roku znacznie schudł. Częściowo przez stres, jaki zafundowała mu posada naczelnika w tak burzliwych czasach, a częściowo dlatego, że postanowił wziąć się za siebie. Więcej chodził, jadł mniej niezdrowego i tłustego jedzenia, przestał dodawać do kawy cukier – to i wiele innych drobnostek sprowadziło go na drogę do dłuższego życia, bo ktoś w końcu musi zadbać o mieszkańców Liberii i Ćwiartki Północnej, bez względu na to, jaki mają kolor skóry, kształt uszu czy długość zębów.

Wszedł do kuchni, gdzie na fotelu drzemał Dakku – podstarzały ziemowy. Sztorm zajrzał do lodówki, rozważył zjedzenie na śniadanie czegoś zdrowego podebranego Kostkowi, po czym sięgnął po gar ze smalcem. Branie się za siebie braniem się za siebie, ale gruba pajda chleba z jeszcze grubszą warstwą smalcu ze skwarkami była tym, czego potrzebował, by mentalnie i fizycznie przygotować się do tej słownej batalii, która z całą pewnością czekała na niego w redakcji „Kuriera Północnego”.

– Ty znowu prawie zabił ogra – doszedł do niego głos zza lodówki.

Dakku nawet nie otworzył oczu, a jak zwykle wiedział o wszystkim, co działo się w wartowni.

– Sam się o to prosił. – Sztorm wgryzł się w śniadanie, po czym zamruczał z rozkoszą. Tak dawno już nie jadł czegoś normalnego, że niemal zapomniał, jak bardzo to lubi.

Spod ławy dobył się łomot, jakby budynek zaczął się walić. Po chwili jednak przed naczelnikiem usiadł Budrys – mieszanka tygrysa leśnego oraz psa – i wpatrzył się w niego wyczekująco.

– Podaj łapę – rzucił naczelnik.

Zwierzę nawet nie raczyło zareagować.

– Daj głos.

Budrys wywalił z pyska długi różowy jęzor, a Sztorm dałby głowę, że Dakku śmieje się za jego plecami.

– Zrób proszące oczy – polecił.

Tygrys leśny nawet nie drgnął, wciąż się w niego wpatrując, na pewno nie prosząco, raczej rozkazująco.

– Dobrze – pochwalił go naczelnik.

Oderwał kawałek kanapki i rzucił Budrysowi. Ten chwycił jedzenie w zęby i połknął bez żucia.

– Nie umiesz się delektować – oświadczył Sztorm, po czym pochylił się, by podrapać go za uchem.

Tygrys kłapnął wielką paszczą, a naczelnikowi w ostatniej chwili udało się uratować dłoń przed ostrymi zębami.

– Robimy postępy, co? – mruknął do niego.

Po śniadaniu Kostek podał świeżo zaparzoną kawę, po której Sztorm wreszcie poczuł się zdolny stawić czoło redaktorowi „Kuriera Północnego”.

– Jak nie wrócę za godzinę, przyjdź do gazety, żeby mnie uratować – oświadczył, ruszywszy ku drzwiom.

– Ale przecież miałem znaleźć tego złodzieja kwantyzytu! – Kostek porwał ze stołu zniszczony kapelusz Sztorma i popędził za przełożonym.

Naczelnik zatrzymał się gwałtownie i niewiele brakowało, a ogr by na niego wpadł.

– Przecież to sprawa Czarnej Kompanii. – Zmarszczył brwi, biorąc od niego nakrycie głowy.

– No tak, ale zostałem poproszony o pomoc – ogr wypiął dumnie pierś – bo mają tam u nich nastąpić jakieś zmiany na wyższym szczeblu i teraz wszyscy chcą się wykazać…

– To niech się wykazują, ale nie kosztem pokojowej warty – skwitował Sztorm, znów kierując się ku drzwiom. – Ty masz ważniejsze rzeczy na głowie, jak ratowanie swojego naczelnika.

– Ale jak? – jęknął zastępca.

– Wymyśl coś kreatywnego. – Kilian wzruszył ramionami, po czym położył dłoń na klamce. – Możesz wezwać mnie do pomocy przy zażegnaniu buntu ziemowych albo krzyczeć, że jest pożar i trzeba ratować z płomieni gromadkę niewinnych dzieci.

– Ale…

Naczelnik spoważniał i posłał Kostkowi przeszywające spojrzenie.

– To rozkaz – rzucił może nieco zbyt oschle, wychodząc na już skwarną, pomimo wczesnej godziny, ulicę.

Złapał dwoma palcami rondo kapelusza, zasłaniając nim oczy przed intensywnymi promieniami słońca. Wziął zaledwie jeden wdech, a miał wrażenie, że jego płuca wypełniły się żółtym kurzem. Choć trzeba przyznać, że był on znacznie lepszy niż ten czarny pył, który niemal bez ustanku unosił się ciemną, złowieszczą chmurą nad torowiskiem i przeładownią węgla. Powietrze było suche i miało ten swój charakterystyczny zapach równin. Niebo przybrało kolor jasnego błękitu, zapowiadając kolejny gorący dzień. Brukowana ulica zdawała się chłonąć ciepło dnia, by móc oddać je nocą. Podobnie jak ściany niskich domów zbudowanych z wysuszonego na wiór drewna, pociemniałego od słońca, oraz z żółtego piaskowca miejscami poprzecinanego rdzawymi żyłkami.

O tej godzinie po mieście kręciło się dużo ludzi, którzy najwyraźniej chcieli pozałatwiać wszystkie najpilniejsze sprawy jeszcze przed nadejściem popołudniowych upałów. W takich chwilach Liberia przywodziła Sztormowi na myśl mrowisko, gdzie każdy ma swoje zadanie do wykonania, a cała praca i wędrówki wszystkich istot odbywają się w harmonijnym rytmie.

Minął sklep mięsny, usilnie starając się nie patrzeć na drzwi i okno zabite deskami. Nila podjęła w życiu wiele fatalnych decyzji, począwszy od dnia, w którym zgodziła się przyjechać do Kolonii, a kończąc na ocaleniu dziecka, które powinno było po prostu zginąć, ale wiedział, że na jej miejscu pewnie postąpiłby podobnie, bo czasem człowiek nie ma wyboru i musi grać takimi kartami, jakie dostał od losu, nawet jeśli są one najgorsze z możliwych.

Za plecami usłyszał szmer i odwrócił się gwałtownie, opierając dłoń na rewolwerze.

– To ty – mruknął, rozluźniając się.

Budrys stał za nim z nisko opuszczonym łbem. Mimo że bestia została wychowana przez ludzi od szczeniaka, nadal miała w sobie pewną dzikość, a jej spojrzenie przyprawiało o ciarki. Sztorm nie miał pojęcia, dlaczego postanowiła opuścić swojego poprzedniego właściciela i zamieszkać w wartowni. Kilka razy usiłował się jej pozbyć, ale ona zawsze wracała. Miał pewne podejrzenia, że wiąże się to z tym, jak dobrze Dakku potrafi gotować, i tym, że za każdym razem coś „przypadkiem” spada mu ze stołu na podłogę.

Budrys przez kawałek drogi towarzyszył Sztormowi, po czym bez pożegnania skręcił w boczną uliczkę. Czasem naczelnik zastanawiał się, czy będą mieli kłopoty, jeśli ta mieszanka psa i tygrysa leśnego kogoś pogryzie. W końcu mieszkańcy Liberii zaczynali powoli traktować tego potwora jak coś pomiędzy strażnikiem a maskotką warty. Niestety Kilian nie miał na zwierza absolutnie żadnego wpływu.

Chwilę później minął go elegancki czarny powóz z okienkami przesłoniętymi ciemnym materiałem. Sztorm odprowadził go niechętnym spojrzeniem. Nie lubił, gdy magnaci ze starego lądu tak afiszowali się ze swoim pochodzeniem i bogactwem. Jakby nie mogli iść pieszo albo jechać w siodle jak normalni ludzie. Nie podobało mu się też, że coraz więcej pojawiało się ich w Kolonii, ale niestety nie mógł im zabronić przybywania na wyspę. W takich momentach miał nadzieję, że unohora jest prawdziwa i przepędzi tę bandę wystrojonych pawianów. Co prawda większość z nich przybywała do Kolonii w interesach, najczęściej związanych z Kompanią Czarnego Złota, ale ostatnio obiło mu się o uszy, że ktoś przypłynął tu w celach czysto rozrywkowych. Jako turysta! Naczelnik rozumiał życie z konieczności na tym wyschniętym kawałku ziemi lub w dzikim buszu, gdzie każdy krok mógł okazać się ostatnim – i to dosłownie, jeśli się nastąpiło na jadowitego węża. Tacy ludzie jak on po prostu nie znali niczego innego i musieli zaakceptować wyspę. Ale… przyjeżdżać tu dla zabawy? Żeby obejrzeć rajskie ptaki, zobaczyć stada nganari lub spróbować rzekomo najsłodszych owoców na świecie? Kompletny absurd.

Redakcja „Kuriera Północnego”, jedynej gazety w Ćwiartce Północnej, znajdowała się niedaleko biura urbisy. Budynek był całkiem sporych rozmiarów, a na dużych szybach został naklejony ozdobny złoty napis. Wszystkie drewniane elementy budowli pomalowano na ciemnozielony kolor. Ogółem to miejsce sprawiało takie wrażenie, jakie redaktor Kuna zapewne chciał osiągnąć – stylu i wyczucia dobrego smaku poważanej gazety. I to właśnie dlatego Sztorm ubrał się w niezbyt świeżą koszulę w kratę i wcale nie zmieniał brudnych spodni ani starego czarnego kapelusza, na którym znajdowała się biała obwódka od potu. Lubił robić takim ludziom jak Kuna na przekór; poza tym miał nadzieję, że jeśli nie będzie wyglądał na człowieka godnego przekroczenia tego progu, a na takiego, który przepłoszy z redakcji ewentualnych gości z magnaterii, to szybko załatwią ten wywiad, by się go pozbyć.

Co niespotykane, drzwi były zamknięte na klucz.

Sztorm zapukał w umytą zapewne poprzedniego dnia szybę, na której już osiadł pył. Poczekał chwilę, a gdy wciąż nikt mu nie otworzył, zapukał ponownie, tym razem z większą siłą. Całą noc spał na krześle i śniła mu się ta przeklęta unohora, więc był zmęczony, a dodatkowo podminowany własnym atakiem na Kostka i koniecznością udzielenia tego przeklętego wywiadu. Zamknięte drzwi podziałały na niego jak płachta na byka.

Uderzył w szybę pięścią, aż zadrżała.

To nie jemu zależało na tym wywiadzie. I to nie on będzie przychodził tu ponownie. Wściekły na świat, na unohorę, ten wszędobylski pył, a przede wszystkim na Kunę, odwrócił się na pięcie, gotów wrócić do wartowni.

Właśnie wtedy ujrzał nadchodzącą ku niemu kobietę w średnim wieku. O ile pamiętał, miała na imię Konstancja i kilka lat wcześniej przybyła ze starego lądu po tym, jak jej mąż zmarł, a jego rodzina przejęła ich oczko w głowie, czyli malutką gazetę. Nikt nie chciał nawet słyszeć o tym, że wdowa zdoła sama poprowadzić dalej interes. Rozżalona z powodu takiej niesprawiedliwości oraz zła na rodzinę zmarłego męża postawiła wszystko na jedną kartę i wyruszyła w samobójczą podróż do dzikiego kraju, gdzie od razu znalazła zatrudnienie. Najwyraźniej możliwość pracy ze słowem pisanym była dla niej na tyle satysfakcjonująca, że nie przeszkadzały jej ani klimat, ani zabójcze flora i fauna Kolonii. Kuna często mówił o Konstancji, że znalazł diament pośród świń.

– Och, pan naczelnik? – Podeszła do niego i zerknęła pytająco, poprawiając kosmyk kasztanowych włosów, który wysunął się z luźnego koka.

– Przyszedłem na wywiad z redaktorem – rzucił Sztorm, jeszcze bardziej rozdrażniony, że ktokolwiek się tu zjawił, kiedy on postanowił się wściekać, że musiał pocałować klamkę.

– To redaktora jeszcze nie ma? – zdziwiła się kobieta. – Wie pan, on zawsze jest w pracy pierwszy. – Posłała naczelnikowi przepraszający uśmiech, szukając czegoś w kieszeniach sukni.

Wreszcie odnalazła klucz i wsunęła go do zamka. Zapadki szczęknęły cicho, a po chwili drzwi stanęły przed nimi otworem. W budynku panowały zaduch i półmrok, tak charakterystyczne dla tej pory roku. Naczelnik powiódł wzrokiem po stosunkowo przestronnym, dość zagraconym pomieszczeniu. Znajdowały się tu dwa biurka – jedno zawalone papierami i różnymi szkicami, a drugie czyściutkie, z dokumentami schludnie ułożonymi na rogu blatu, tuż obok nowoczesnej maszyny do pisania. Na ścianie wisiały oprawione w ramki z postarzanego drewna olngu pierwsze strony z kilkunastu numerów „Kuriera Północnego” z krzykliwymi nagłówkami, które najwyraźniej z jakiegoś powodu były dla redakcji ważne.

Sztorm usiadł przy jednym z biurek i zabębnił palcami w blat. Chwilę później w redakcji zjawiła się Letycja, starsza kobieta, która pełniła funkcję sprzątaczki i recepcjonistki. Zaparzyła dla niego kawę i gdyby nie to, że napój był naprawdę smaczny, naczelnik ze złością opuściłby siedzibę gazety; nie zamierzał czekać na Kunę. Niedługo później przyszedł młody mężczyzna, zatrudniony przez redaktora jako ilustrator jakieś cztery lata wcześniej. Zajął miejsce po przeciwnej stronie biurka, strącając przypadkiem na ziemię kilka rysunków. Od razu zaczął nerwowo je zbierać, ale uwadze naczelnika nie uszedł jeden ze szkiców przedstawiający ogra jako dziką, zaślinioną bestię.

– Co to ma znaczyć? – Kilian wyrwał mu tę kartkę z rąk.

– Nic takiego – bąknął mężczyzna. – To tak na wszelki wypadek…

– Jakby co? – zapytał lodowato Sztorm.

– Jakby ta zaraza, co dopadła ogry w kopalniach, zaczęła się rozprzestrzeniać.

– To był tylko jeden przypadek – wycedził naczelnik. – Jeden ogr, któremu odwaliło, a nie zaraza.

Ilustrator uniósł palec wskazujący i zrobił minę, jakby chciał zaprzeczyć, ale ostatecznie uznał, że nie będzie się kłócić.

– Tak, tak, oczywiście – zapewnił, nerwowo unosząc kąciki ust.

Naczelnik nie odwzajemnił uśmiechu, tylko badawczo wpatrywał się w mężczyznę, czekając, aż ten wybuchnie, bo wyglądał, jakby zaraz miała mu pójść para z uszu.

Ku jego rozczarowaniu nic takiego się nie wydarzyło. Chłopak tylko drgnął nerwowo, kiedy rozległ się brzdęk filiżanki na podstawce, którą chwilę później postawiła przed nim Letycja. Konstancja odchrząknęła cicho, jakby przygotowywała się do przemowy życia.

– Nie jesteśmy pewni, kiedy przyjdzie redaktor – odezwała się. – A nie możemy przetrzymywać tutaj naczelnika w nieskończoność. Na pewno ma pan sprawy niecierpiące zwłoki… – Zawiesiła głos, czekając, aż Sztorm przytaknie.

Nie przytaknął.

Kolejne odchrząknięcie.

– W każdym razie, Gilbercie, może ty przeprowadź z panem wywiad – zaproponowała.

– Ja?! – rzucił wysokim tonem ilustrator.

– Przecież doskonale wiesz, jakie pytania chciał zadać redaktor. – Uśmiechnęła się do niego.

Gilbert zrobił zbolałą minę, a Sztorm odchylił się na krześle i założył nogę na nogę, uważnie śledząc każdy ruch ilustratora, który wyciągnął z kieszeni notes, po czym zaczął przetrząsać szuflady biurka w poszukiwaniu czegoś do pisania. Ręce przy tym tak mu drżały, że ledwie był w stanie złapać palcami niewielkie gałki.

Lekko zirytowany Sztorm sięgnął po ołówek leżący na blacie i stuknął nim kilka razy w biurko.

– Dziękuję. – Gilbert przyjął go, otworzył notes i wpatrzył się w białą kartkę. – Zacznijmy od czegoś prostego – zagaił. – Jest pan naczelnikiem od…?

Kilian spojrzał na niego spod uniesionych brwi.

– Dwudziestu jeden lat.

– Długo – sapnął ilustrator. – A jak to się stało, że został pan naczelnikiem?

– Po wojnie rozdawali stanowiska jak ulotki wyborcze – burknął Sztorm. – I jeszcze nie znalazł się żaden cwaniaczek, który by mnie przechytrzył. – Posłał rozmówcy mordercze spojrzenie.

– Oczywiście, oczywiście. – Gilbert notował drżącą ręką. – Miałem przyjemność naszkicować pana zeszłoroczną zasadzkę na przemytników na torowisku.

– Wiem – odparł Kilian takim tonem, jakby wiedział dosłownie wszystko.

– Co pana zdaniem jest ważne w życiu?

– Święty spokój.

Gilbert zachichotał wymuszenie.

– Czy jest pan zadowolony ze swojego zastępcy, Gustawa Gunderberga?

– Jakbym nie był, to Kostek nie byłby moim zastępcą.

– Prawda, prawda. A co pan może o nim powiedzieć?

Ołówek zawisnął nad notatnikiem.

– Jest taki zielony, bo je dużo sałaty.

Ilustrator znów się zaśmiał, ale gwałtownie urwał, gdy spostrzegł, że Sztorm zachował pełną powagę.

– Jaka była najtrudniejsza sprawa w pańskiej karierze?

Naczelnik wpatrzył się w ołówek, a w jego głowie zamajaczyły: stary dom pełen trupów, nastolatka z dziurą po kuli w klatce piersiowej, zmasakrowane zwłoki ogra w lesie i dwie bliźniacze bestie stworzone przez elfa psychopatę.

– Następne pytanie – warknął.

– Niech pan powie nam coś więcej o sobie… – Gilbert postukał się ołówkiem w brodę. – Jaką jedną cechą by się pan opisał?

– Upór.

– Tak, tak, słyszałem o tym.

Sztorma zaczynało już drażnić to, jak ilustrator powtarzał wyrazy, jakby były jednym słowem.

– A ma pan jakieś słabe strony?

– Jak się najem ogórków kiszonych, to mam sraczkę.

Gilbert otworzył usta – zapewne znów miały z nich wypłynąć bliźniacze słowa, ale się powstrzymał.

Przez następne pół godziny Kilian odpowiadał na podobne, kretyńskie pytania, usiłując przekonać samego siebie, że cały ten wywiad nie jest kompletnie bez sensu.

– A co pan może powiedzieć czytelnikom o stosunkowo niedawno zatrudnionej wartowniczce? – zagaił Gilbert, kiedy Sztorm zaczął się zastanawiać, dlaczego jeszcze nikt nie przybył mu na odsiecz. – Niektórzy wspominają o jej niejasnej przeszłości i wątpliwym pochodzeniu…

Naczelnik zmroził go spojrzeniem.

– Urodziłeś się na wyspie – powiedział.

Mężczyzna przytaknął.

– Tuż przed wojną – dodał Kilian.

– Czasem żałuję, że byłem wtedy jeszcze dzieckiem – odparł Gilbert, a jego wzrok nieco się zamglił, jakby wspominał swoje dziecięce marzenia. – Chciałbym móc się wykazać męstwem, razem z ludźmi takimi jak pan przepędzić naszych oprawców, otoczyć się chwałą…

– Znałem twoją matkę, wiesz? – burknął naczelnik.

Ilustrator uniósł w zaskoczeniu brwi.

– Wiem, że ukrywała cię pod podłogą, gdy żołnierze z Arkadionu przetaczali się przez Liberię – powiedział grobowym tonem Kilian.

Gilbert skinął głową.

– Wiem, co z nią zrobili, kiedy wpadli do jej domu – ciągnął bezlitośnie Sztorm. – I wiem też, co ona zrobiła tym, których wzięliśmy do niewoli, kiedy odzyskaliśmy Liberię.

W redakcji „Kuriera Północnego” zapadła cisza.

– Dwadzieścia lat temu nie było chwały. Nie było męstwa. Było jedynie szaleństwo. Strach, łzy i krew.

Gdzieś w oddali dało się słyszeć świst lokomotywy wjeżdżającej do miasta. I nic więcej. Ilustrator wyglądał, jakby zjadł coś bardzo nieświeżego.

Sztorm usłyszał kroki za plecami.

– A może pan opowiedzieć nam coś więcej o sprawie z zeszłego roku? – odezwała się Konstancja. – Tej, która wstrząsnęła nie tylko Liberią, ale też całą Ćwiartką Północną?

Ominęła naczelnika i biurko, po czym stanęła obok Gilberta.

– Wszystko zostało już podane do wiadomości publicznej – powiedział Kilian tonem bardziej wrogim, niż planował.

– A jednak wciąż są głosy, że w to wszystko była zamieszana… magia.

Intensywnie zielone oczy prześwidrowały Kiliana na wylot.

– Gówno, nie magia.

Gdyby Kostek miał więcej odwagi, a mniej szacunku do swojego przełożonego, już dawno temu stwierdziłby, że te słowa to życiowa dewiza naczelnika. Ale nawet potężny ogr miał w głowie wystarczająco dużo oleju, żeby nie wymawiać przy swoim przełożonym słowa na „m”.

– Czy wie pan, dokąd się wyprowadziła… niejaka Nila z mięsnego?

Gilbert z zapałem zanotował pytanie i spojrzał na naczelnika w oczekiwaniu. Niewiele brakowało, a Sztorm zerwałby się z krzesła, zabrał mu te przeklęte przybory, ołówek złamał, a notes wepchnął do gardła. Przez ułamek sekundy rozkoszował się obrazem dławiącego się ilustratora, który podsunęła mu wyobraźnia.

Wiedział jednak, że każda reakcja na wyrost zrodzi dodatkowe i niepotrzebne pytania. Musiał zachować spokój. Musiał odpowiedzieć krótko i rzeczowo. I bez gniewu. A to było bardzo trudne, gdy czuł wypełniającą go wściekłość.

Właśnie wtedy z opresji uratowało go naglące pukanie do drzwi. Nikt nie zdążył zareagować, nim niczym wysłannik samych bogów, którzy postanowili zlitować się nad biednym Sztormem, do redakcji wpadł Kostek.

– Panie naczelniku! – sapnął.

Nigdy się tak do niego nie zwracał.

– Co się stało? – Kilian poderwał się na równe nogi, szczęśliwy, że zastępca wreszcie uratuje go z opresji, jaką był ten absurdalny wywiad, i trochę zły, że dopiero teraz.

Ogr postąpił do przodu, otworzył usta, po czym je zamknął i rozejrzał się wokół ze zmarszczonymi brwiami.

– Czuje szef krew? – zapytał.ROZDZIAŁ 3

Kostnica była tak naprawdę niewielkim pomieszczeniem znajdującym się na obrzeżach miasta w pewnej odległości od szpitala. Niegdyś stanowiła dom mieszkalny niewielkiej rodziny ziemowych, która jeszcze przed wojną opuściła te tereny. Od lat pełniła funkcję miejsca, gdzie przechowywano ciała aż do pochówku, i zazwyczaj nie trwało to dłużej niż dobę, ponieważ zwłoki szybko się psuły w upalnym klimacie Kolonii. Domy ziemowych zaś były drążone w żółtym piaskowcu i zawsze panował w nich przyjemny chłód.

Dakku siedział przygarbiony na krześle, z przedramionami skrzyżowanymi na brzuchu i jak zwykle usiłował wykorzystać każdy wolny moment na drzemkę. Jego głowa opadła na klatkę piersiową, a z gardła co jakiś czas dobywał się cichy pomruk. Plątanina czarno-szarych, kędzierzawych włosów na jego głowie poruszała się w takt głębokich oddechów. Mięśnie na szczupłych, żylastych ramionach napinały się lekko pod ciemnobrązową skórą. Co z tego, że stary ziemowy pełnił właśnie obowiązki wartownika – zawsze chodził ubrany jedynie w przepaskę biodrową i nie dałby się wcisnąć w żadne ludzkie ubranie.

Sztorm stał pod ścianą, opierając się o nią plecami, i wpatrywał się w zwłoki redaktora Kuny, jakby tylko czekał, aż podniosą się na drewnianym stole i zdradzą mu, kto jest mordercą.

Wkrótce na wykutych w piaskowcu schodach dało się słyszeć kroki i po chwili do pomieszczenia wszedł doktor Nimus. Był to szczupły mężczyzna w średnim wieku, o pociągłej twarzy i zbyt wielkim nosie oraz dość wyłupiastych piwnych oczach, które czasem zdawały się poruszać niezależnie od siebie. Do tego lekarz znajdował się w nieustannym ruchu. Nawet gdy siedział, wciąż zmieniał pozycję. Sztorm niegdyś wysnuł podejrzenie, że właśnie dlatego jest taki chudy.

– I co my tu mamy? – zapytał medyk, schylając nieco głowę.

Sztorm podał mu dłoń.

– Morderstwo pozorowane na samobójstwo – powiedział, zerkając za niego na wysoką ogrzycę.

– Dzień dobry, naczelniku. – Skinęła mu głową.

– Dobry – mruknął Kilian, przypatrując się jej uważnie.

Kostek już dawno temu z zachwytem opowiadał o tym, że ludzki doktor wziął na naukę ogrzą dziewczynę.

– Pozwoli pan naczelnik, że Anoku będzie się nam przypatrywała? – zagadnął lekarz.

– Pozwolę – przytaknął Sztorm. – A jeszcze lepiej, jeśli uda się jej robić notatki.

Dziewczyna skinęła głową i z torby przewieszonej przez ramię wyciągnęła zeszyt oraz ołówek. Miała stosunkowo delikatne dłonie, a jej czarne paznokcie były wypiłowane na ostro jeszcze bardziej niż u pobratymców. Sztorm wiedział, że uczyła się również u Wirkusa, ogrzego rzeźbiarza, a ten zawód z kolei wymagał właśnie posiadania ostrych paznokci, w razie gdyby na polu walki trzeba było wyryć na skórze poległych klanowe znaki, a pod ręką nie było odpowiednich narzędzi.

Nimus stanął nad ciałem zamordowanego.

– Redaktor Kuna? – zdziwił się, jakby dopiero teraz go rozpoznał.

– Ano – przytaknął naczelnik. – Dlatego pana sprowadziliśmy. Wygląda mi to na grubszą sprawę i potrzebujemy bezstronnego świadka.

– Zatem bierzmy się do dzieła! – Lekarz z entuzjazmem włożył wiszący przy wejściu skórzany fartuch.

Za każdym razem, gdy przeprowadzali razem sekcję zwłok, Sztorm odnosił wrażenie, że Nimus bardzo szybko zapomina, że ma przed sobą istotę, która zaledwie pół dnia temu żyła, miała swoje pragnienia i lęki. Dla doktora ciało było tylko ciałem, a zarazem niezwykle interesującym obiektem badań.

On i naczelnik rozebrali zmarłego – na szczęście stężenie pośmiertne już ustąpiło – i zaczęli dokładne oględziny. Od razu rzuciły im się w oczy cztery pręgi siniaków na lewym ramieniu i podobne na lewym udzie. Było też trochę zadrapań na przedramionach i odcisków na stopach, ale nie wydawały się one niczym szczególnym – gdyby Sztorm w tej chwili miał zostać tak dokładnie obejrzany, ktoś zapewne uznałby, że brał udział w bijatyce, a później przedzierał się przez kolczaste krzewy gorsze od samej verveny. Życie w Kolonii nie było usłane różami i naczelnik założyłby się o własną wypłatę, że nie znalazłby w całej Liberii ani jednego człowieka o idealnie gładkiej skórze.

– No i co doktor myśli? – zagadnął.

– Był odwodniony – odparł bez wahania Nimus.

Sztorm pytająco uniósł brwi.

– W podobnym stanie trafiają do mnie ludzie, którzy zapędzili się na równiny w porze suchej bez wystarczających zapasów wody – wyjaśnił lekarz. – O ile w ogóle stamtąd wrócą. Jego skóra straciła elastyczność…

– Bo jest martwy – burknął naczelnik, który nie takiej odpowiedzi oczekiwał.

– Pan redaktor nie wybrał się czasem na równiny? – ciągnął Nimus. – On ma… miał często takie głupie pomysły. Raz trafił do mojego szpitala, bo przez tydzień próbował żyć jak ziemowy.

Sztorm wydał z siebie nieartykułowany dźwięk.

– Oczywiście ta przygoda skończyła się po trzech dniach udarem i poparzeniami słonecznymi. Ale jego artykuł był nader interesujący. Czytał go pan? – zapytał lekarz i nie czekając na odpowiedź, kontynuował: – Ze stron gazety niemal wylewał się żar, a czytelnik czuł na ustach pył.

– Wyjdzie pan na ulice, to poczuje nie tylko pył – mruknął naczelnik, który już od dawna uważał, że doktor spędza zbyt wiele czasu w szpitalu i wdycha za dużo zapachów medykamentów, które sprowadza ze starego lądu.

Nimus zignorował jego komentarz i z uwagą uciskał palcem skórę zmarłego w najróżniejszych miejscach na ciele.

– A te siniaki? – drążył Kilian.

– O coś się uderzył? – Lekarz zerknął na niego znad stopy denata.

Naczelnik rozmasował dłońmi skronie. Naiwność doktora czasem naprawdę go zaskakiwała. No, chyba że to Nimus jest mordercą, a teraz usiłuje odwrócić uwagę stróżów prawa.

– Co robił pan wczoraj wieczorem? – zapytał, uważnie mu się przypatrując.

Lekarz nie odpowiedział.

– Doktor przez całą noc czuwał przy chorym pacjencie w szpitalu – wtrąciła Anoku.

Sztorm prawie o niej zapomniał – do tej pory stała w milczeniu na uboczu i wciąż notowała.

– Możemy to potwierdzić ja oraz rodzice chłopca – dodała z naciskiem, jakby urażona, że naczelnik śmiał pytać o takie rzeczy.

– Odłóż ten notes i chodź tu. – Skinął na nią dłonią.

Ogrzyca się zawahała, ale wypełniła polecenie.

– Przyłóż tu rękę. – Klepnął palcem w siniaki na ramieniu.

Anoku nawet nie drgnęła, wpatrując się w niego z obawą i tłumioną złością, która była całkiem naturalna u przedstawicieli jej gatunku.

– Ponoć chciałaś pomóc w śledztwie – wypomniał jej Kilian.

Bardzo powoli położyła cztery palce na siniakach.

– Coś takiego! – rzucił w olśnieniu Nimus. – Niemal idealnie pasują. O co takiego ten biedak mógł się uderzyć, że zostawiło ślad jak rozczapierzone palce ogra?

Sztorm zamrugał z zaskoczenia i aż się wzdrygnął, gdy tuż przy uchu usłyszał nieprzyjemny trzask. Odwrócił się gwałtownie i ujrzał Dakku, który jeszcze przed momentem zdawał się przysypiać na krześle pod ścianą, ale teraz bezgłośnie podszedł do swojego przełożonego i zerkając mu przez ramię, ostentacyjnie żuł twardy strąk ngungu.

– A gdybyś chciała go podnieść, to jak byś go chwyciła? – Sztorm zwrócił się ponownie do Anoku.

Ogrzyca splotła umięśnione przedramiona na klatce piersiowej.

– Czy to jest konieczne? – zapytała niemal wrogo.

– O nic cię, dziewczyno, nie podejrzewam! – zdenerwował się Kilian.

– Nie? – odezwał się zaskoczony Dakku. – Naczelnik zawsze mówi, że podejrzanym jest każdy.

Sztorm miał ochotę się odwrócić i wcisnąć całe to ngungu w gardło starego ziemowego.

– Nie jesteś o nic oskarżona – powiedział, siląc się na spokój. – Chcę tylko coś sprawdzić.

– Ogry zawsze są podejrzane – wycedziła.

– Jeszcze trochę, a oskarżę cię o brak chęci udzielenia pomocy stróżowi prawa! Gunderberg na pewno znajdzie jakiś paragraf!

– Anoku – wtrącił spokojnym głosem Nimus – zrób to, o co prosi pan naczelnik.

Ogrzyca sapnęła ze złością, groźnie wyszczerzyła zęby, po czym bez wahania złapała zmarłego za lewe ramię oraz udo i z zaskakującą zręcznością zarzuciła go sobie na barki. Jej dłonie były zaciśnięte na ciele niemal w tych samych miejscach, w których widniały siniaki.

– Dziękuję. – Sztorm skinął jej głową.

Anoku nic nie odpowiedziała, tylko ostrożnie odłożyła zmarłego na stół.

Przez jakiś czas w kostnicy dało się słyszeć jedynie głośne przeżuwanie ziemowego, który wyglądał, jakby cała ta sytuacja bawiła go znacznie bardziej, niż powinna.

– Dakku, może się w końcu weźmiesz do swojej roboty? – zapytał naczelnik ostrzej, niż zamierzał.

Staruszek wsunął strąk w kącik ust i trzymając go tam niczym cygaro, podszedł do głowy zamordowanego. Wsunął krótkie i dość szerokie palce pod potylicę, po czym szeroko się uśmiechnął, pokazując zęby żółte od ngungu.

– Wy odwrócą go na bok – polecił.

Sztorm i Nimus natychmiast to zrobili, a ziemowy pokazał im wielkiego guza na głowie zmarłego.

Kilian sapnął zaskoczony, że sam wcześniej tego nie dostrzegł.

– Ktoś dmuchnął mu w twarz sproszkowaną żaruną – powiedział. – Najwyraźniej to podziałało słabo albo wcale, to dał mu w łeb, potem przeniósł, prawdopodobnie wysługując się ogrem, i w gabinecie upozorował morderstwo.

Naczelnik był całkiem zadowolony ze swojej tezy.

– A dlaczego „ktoś”, nie „ogr”? – zapytała wojowniczo Anoku.

– To teraz możemy już oskarżać ogry? – burknął Sztorm.

– Mamy równouprawnienie, nieprawdaż? – rzuciła zaczepnie.

– Żaruna nie podziałała. Albo źle ją ususzył, albo kupił byle jaką, może nawet to nie była prawdziwa żaruna. A to pasuje do ogra.

Anoku nie zaprzeczyła.

– Ale ogry nie pozorują samobójstw – zakończył Kilian.

– Może to ogr kogoś do tego wynajął? – zapytała.

Naczelnik uśmiechnął się pod nosem.

– Jak kiedyś zrezygnujesz z pracy u doktora i rzeźbiarza, zgłoś się do wartowni.

O dziwo, ogrzyca skinęła głową.

Zadowolony z siebie Sztorm zerknął na Dakku, który wciąż przypatrywał mu się spod uniesionych brwi.

– Co pominąłem? – jęknął, a cały entuzjazm wyparował z niego jak woda z rzeki podczas pory suchej.

Dakku nie odpowiedział, tylko wciąż się w niego wpatrywał, żując ngungu. Sztorm wysilił więc szare komórki. Na ciele nie było żadnych innych śladów, a więc chodziło o coś w gabinecie. Naczelnik przypomniał sobie cały ranek w redakcji.

– Dlaczego pił tyle wody? – zapytał w końcu.

– Bo był odwodniony! – Nimus rozłożył ręce, jakby to tylko potwierdzało jego teorię o wycieczce Kuny na równiny.

Może doktor miał rację? Może zmarły wybrał się tam tuż przed śmiercią?

– Po tym, jak został zastrzelony… albo niedługo przed tym – dodał po chwili zastanowienia Sztorm – oddał bardzo dużo moczu. I był spocony jak dzika świnia.

– To się zdarza u osób wracających z równin – wtrącił lekarz. – A może zatruł się wodą?

Sztorm słyszał historie o tym, jak ludzie po odwodnieniu się pili zbyt dużo płynów, których ich organizm nie był w stanie przyjąć, więc narządy wewnętrzne przestawały funkcjonować, co ostatecznie kończyło się śmiercią. Ale nikt po czymś takim nie pozorowałby samobójstwa. Chyba.

– To kompletnie nie składa się w logiczną całość – podsumował. – Przed śmiercią był w gabinecie i pił dużo wody. Jeszcze wcześniej dostał w łeb, ktoś dmuchnął w niego żaruną i jakiś ogr go przenosił. Tylko skąd dokąd?

– Z równin? – zasugerował Nimus. – Założę się, że pan Kuna był na równinach, gdzie się odwodnił, jakiś uczynny ogr zaniósł go do redakcji, gdzie pan redaktor dużo wypił. Ktoś się wtedy do niego zakradł, dmuchnął w twarz żaruną, a jak to nie podziałało, to dał mu w głowę i ostatecznie go zamordował. Ale dlaczego? – Lekarz postukał się palcem wskazującym po brodzie.

Dakku przeżuł wreszcie twardy czarny strąk i skinął do siebie głową z zadowoleniem, po czym wyciągnął zza paska nóż. Obszedł stół, stanął na wysokości klatki piersiowej zmarłego i zerknął pytająco na przełożonego.

Sztorm miał na końcu języka wiele uwag. Na pierwszy plan wysuwała się ta, że ziemowy używa tego samego noża w kuchni, przygotowując posiłki dla wszystkich wartowników. Niestety o higienie pracy Dakku najwyraźniej nigdy nie słyszał i choć nie ma co się oszukiwać, naczelnik również nie był specem od czystości, ale nawet jego pewne rzeczy ruszały. Tylko że teraz miał przed sobą ciało zamordowanego redaktora i naprawdę chciał się dowiedzieć, kto i dlaczego tak go załatwił.

– Do dzieła – powiedział. – Tylko zrób to tak, żeby dało się go włożyć do trumny.

W oczach Dakku pojawił się obsesyjny i nieco przerażający błysk, gdy przyłożył ostrze pod obojczykiem zmarłego, tuż przy ramieniu. Blada skóra ugięła się pod nożem, po czym ustąpiła.

Sztorm stał kompletnie bez ruchu, patrząc, jak ostrze ziemowego rysuje na ciele prostą, długą czerwoną linię aż do mostka. Później pojawiła się kolejna, niczym odbicie lustrzane pierwszej, i jeszcze jedna – od mostka aż do samego przyrodzenia. Razem stworzyły dużą literę „Y”.

Zarówno Nimus, jak i Anoku w milczeniu obserwowali poczynania Dakku. Naczelnik nagle poczuł, że brakuje mu tu Kostka, który zacząłby wydawać dźwięki poprzedzające zwrócenie całej zawartości żołądka razem z nim samym i może kawałkiem jelit. Zupełnie jakby Sztorm potrzebował zapewnienia, że jest na tym świecie ktoś, dla kogo widok rozkrajanego ciała ludzkiego nie jest czymś normalnym. Że sekcja to coś, czego nikt nie powinien chcieć oglądać ani tym bardziej własnoręcznie przeprowadzać.

Jemu nigdy nie zbierało się na mdłości w takiej sytuacji. Parę razy nawet zrobił się głodny, ale do tego to nikomu nie śmiał się przyznać. Zazwyczaj czuł ciekawość, wręcz fascynację, a przede wszystkim złość, że chce na to patrzeć, choć nie powinien, ale przecież tylko w ten sposób mógł znaleźć mordercę i odpowiednio go ukarać.

Dakku rozchylił skórę wraz z niewielką warstwą tłuszczu i mięśniami, by odkryć narządy wewnętrzne. Już chciał nożem wyłamywać mostek, ale Nimus podał mu specjalne nożyce do przecinania żeber i wkrótce ziemowy wyjął serce zmarłego. Uniósł je na wysokość oczu, uważnie obejrzał i powąchał, po czym odłożył na miejsce. Tak samo postępował z każdym kolejnym narządem, aż dotarł do żołądka, który był dziwnie napęczniały, wręcz kanciasty, jakby redaktor tuż przed śmiercią zjadł bardzo sutą kolację, której nawet nie pogryzł.

Sztorm poczuł nieprzyjemny ucisk w gardle. Już raz widział brzuch ofiary wypchany wszystkim, co znalazło się w pokoju, i do końca życia będzie pamiętał ten widok. Tylko że Tymona Arugulę, ojca małej Adeli, zabiła magia w połączeniu z baśniami dla dzieci.

Dakku postanowił nie wyjmować żołądka, tylko go rozkroił, a po kostnicy poniósł się intensywny, przykry zapach treści żołądkowej. Staruszek skinął na Sztorma palcem, by się pochylił.

– Ngunalarum – mruknął naczelnik. – Co to, na wszystkich bogów, jest?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij