Zakon - ebook
Nie wszystkie demony żyją w piekle…
Tomek, dziennikarz lokalnej gazety, otrzymuje zlecenie napisania artykułu o śmierci, do której doszło podczas kontrowersyjnego egzorcyzmu. Jego dociekliwość prowadzi go na trop legendarnej organizacji i wciąga w rozgrywkę toczącą się od tysięcy lat…
Zakon od zarania dziejów strzeże ludzkości przed istotami, które nie należą do tego świata. Teraz granica została naruszona. W miasteczku dochodzi do brutalnych morderstw, a ich ślady prowadzą do czegoś, co wykracza poza ludzkie pojmowanie. Tomek musi stawić czoła nie tylko potwornościom z innego wymiaru, ale i własnym demonom.
Bo najgroźniejsze istoty nie zawsze czają się w piekle.
„Zakon” to mroczny thriller o starciu z nieznanym, sile przekraczającej granice wyobraźni i człowieku, który przypadkiem odkrywa, że niektóre tajemnice powinny pozostać pogrzebane na zawsze.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-344-3 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wędrowali, powtarzając wciąż słowa modlitwy, pieśni, przekładając jednocześnie kolejne oczka na zawieszonym u pasa sznurze. Przemierzali świat przez góry i morza, tropiąc tych, którzy nie byli z tego świata, a jedynym celem życia było odesłać ich tam, skąd przybyli.
3000 lat B.C. środkowa Europa
Wąski, wykuty w skale korytarz wił się niczym serpentyna.
Niewysoki, ubrany w skóry, mężczyzna ciągnął za ręce nieprzytomną kobietę, niemal wykręcając jej stawy. Gdy dotarł do niewielkiej pieczary, lekkim ruchem ręki, z nienaturalną jak na swoje rozmiary siłą, cisnął jej bezwładne ciało na środek pomieszczenia. Powoli rozejrzał się dookoła, przyklęknął nad nią, delikatnie odgarnął jej włosy z twarzy.
Przez chwilę wpatrywał się w nią czarnymi, pozbawionymi wyrazu oczami, jakby napawał się jej urodą. Z boku niewielkie ognisko oświetlało pomieszczenie bladym płomieniem.
W tym samym czasie
W oddali widać było blask bladego światła. Czterech mnichów, ubranych w długie wełniane habity, powoli przemierzało wąskie, wykute w skale korytarze. W skupieniu podążali za pozostawionymi na kamieniach śladami krwi. W miarę jak się zbliżali, kamienie w krzyżach zawieszonych na ich piersiach coraz bardziej jarzyły się bladą poświatą.
Na końcu korytarza, w niewielkiej pieczarze, niska postać pochylała się z wyciągniętą dłonią nad leżącym ciałem młodej kobiety. Między palcami dało się zobaczyć delikatne błyski; iskrzenie, przepływające powoli między dłonią a lekko uniesionym niewidoczną siłą ciałem kobiety. Na jednej ze ścian wyryte w kręgu napisy pulsowały bladą poświatą.
Nie zastanawiając się ani chwili, mnisi ruszyli jeden za drugim w stronę pochylonej postaci. Bezszelestnie rozbiegli się po sali, otaczając ją ze wszystkich stron. Postać uniosła głowę, cofnęła rękę, zdjęła kaptur i spojrzała w kierunku jednego z mnichów. Powoli wstała, a z jej ciała wyłoniła się istota – blada, koścista, jakby niematerialna. Pod prawie przezroczystą skórą widać było każdy mięsień i każdą żyłkę. Martwe ciało mężczyzny opadło na ziemię.
– Moja śmierć niczego nie zmieni, Pielgrzymie. Przyjdą następni, silniejsi ode mnie, i powrócimy zająć należne nam miejsce – powiedziała postać grubym, nienaturalnie niskim głosem, w dawno zapomnianym języku.
W ułamku sekundy istota skłoniła się ku ziemi, przygotowana do skoku. Mężczyzna stojący naprzeciwko w mgnieniu oka rozchylił płaszcz i wydobył spod niego krzyż umocowany na wysokości biodra. Ten był inny, większy – na końcach ramion miał osadzone cztery identyczne kamienie. Mnich chwycił krzyż za jego środek i skierował go w stronę istoty.
Ramiona krzyża rozsunęły się na około trzydzieści centymetrów każde, a kamienie zaczęły świecić bladą poświatą. Między nimi utworzyła się wibrująca, czarna tafla przypominająca powierzchnię wody. Nagle z kamieni wystrzeliły blade promienie, uderzając prosto w gotową do skoku istotę. Ta, złapana promieniami, wydała z siebie niski, gardłowy krzyk. Przez chwilę trwała na nogach, wykrzywiona w nieopisanym bólu.
W ułamku sekundy została wciągnięta w powstałą między ramionami krzyża wibrującą taflę energii. Po chwili powierzchnia zniknęła, a kamienie przestały emanować poświatą. Krzyż powrócił do dawnego kształtu.
Stojące postacie bez słowa ruszyły w kierunku wyjścia, nie zwracając uwagi na leżącą na ziemi kobietę. Ta powoli uniosła się, dygocząc na rękach.
– Pomóżcie mi – wyszeptała ochrypłym głosem, podnosząc głowę w stronę odchodzących.
Jej włosy były siwe, a skóra pomarszczona jak u staruszki.
– Nie zostawiajcie mnie, proszę – wykrztusiła łamiącym się, drżącym głosem.
Ostatkiem sił spróbowała się podnieść, lecz nogi nie były w stanie unieść ciężaru ciała. Przewróciła się na bok, wydając ostatnie tchnienie. W jej gasnących oczach widać było obraz oddalających się powoli postaci mnichów.
Czasy obecne
Stary klasztor znajdował się gdzieś wysoko w górach. Budynek wyglądał jak warownia. Wysokie na kilkanaście metrów mury w czasach swojej świetności musiały być nie do zdobycia. Ciężkiej, żelaznej bramy nie otwierano chyba od setek lat. Do środka można było się dostać przez niewielkie drzwi w bramie.
Mężczyzna w kapturze, ukryty między gęstymi zaroślami otaczającymi klasztor, cały dzień obserwował ruch wokół niego.
Po zapadnięciu zmroku na zewnątrz wyszła postać w długim płaszczu i szybkim krokiem udała się wąską ścieżką w głąb lasu. Po kilkuset metrach drogę zagrodził jej mężczyzna w kapturze.
– Masz to? – wyszeptał.
– Tak. Masz pieniądze?
Podeszli do siebie. Postać w habicie była wyraźnie wystraszona. Mężczyzna w kapturze, nie podnosząc głowy, wyciągnął rękę z grubym plikiem pieniędzy. Mnich podał jej małe zawiniątko. Mężczyzna w kapturze, najwyraźniej podekscytowany, wyszeptał triumfalnym głosem:
– Nareszcie.
Rozwinął zawiniątko i chwilę przyglądał się małemu czarnemu kamykowi. Obrócił go w palcach. Kamyk był płaski, matowo czarny z wyrytym po jednej stronie jakimś znakiem. Mężczyzna zawinął kamień w płótno, po czym bez słowa odwrócił się i zniknął w ciemnościach.
Mnich chwilę jeszcze stał, patrząc na znikającą postać, a następnie wsunął pieniądze pod habit i ruszył szybkim krokiem w kierunku klasztoru.
Parę tygodni później
Kiedy zlecono mu zbadanie sprawy śmierci podczas egzorcyzmu, nie sądził, że jego życie wywróci się do góry nogami. Proces w zasadzie przebiegł gładko. Dowody były tak oczywiste, że wyrok mógł być tylko jeden. Jak wielkie było zdziwienie zgromadzonych na sali, gdy odczytano: „niewinny”.
Po sali przemknął stłumiony pomruk zaskoczenia, sędzia ogłosił wyrok i sprawa została zamknięta. Uwagę jego przykuła postać w ciemnym garniturze. Widział ją już kilka razy na sali sądowej. Kiedy się przyjrzał, spostrzegł koloratkę. Ksiądz – pomyślał. Ale jakiś inny, coś w jego wyglądzie nie dawało mu spokoju od początku sprawy. Może dlatego informacje, które zdobył, okazały się przyczyną późniejszych kłopotów. Ujawnienie ich nie byłoby na rękę pewnym środowiskom.
Śledztwo zaprowadziło go do Watykanu. Nie spodziewał się, jak wspaniały i tajemniczy jest Rzym. Z lotniska do hotelu dojechał dość szybko. Kierowca – typowy Włoch, rozgadany, roztargniony – prawie całą drogę opowiadał o mieście i kiepskich kierowcach. Może lepiej, że mężczyzna nie rozumiał, co Włoch wykrzykiwał, machając w ich kierunku rękami. Jedno rozpoznał – międzynarodowy znak środkowego palca, pokazywany co i raz innym kierowcom.
Po dwudziestu minutach dość nerwowej jazdy stanęli przed małym hotelikiem na przedmieściach. Recepcjonista bez zbędnych ceregieli podał mu klucz do pokoju i spytał, czy czegoś jeszcze sobie życzy. Mężczyzna miał wrażenie, że pracownik jakoś dziwnie na niego patrzy. Podziękował i skierował się w stronę windy. Recepcjonista znacząco kiwnął głową w kierunku siedzącego w holu mężczyzny. Ten powoli wstał i udał się do wyjścia.
Pokój był niewielki, miał typowy włoski klimat. Z okna rozciągał się widok Rzymu i Watykanu. Wąskimi uliczkami przemykali wolno, jakby w półśnie, turyści, co rusz cykając zdjęcia czegokolwiek. Rozpakował walizkę, a właściwie rzucił ją obok łóżka, i stwierdził, że tylko na chwilę przymknie oko.
Obudził się około drugiej w nocy. Okno było otwarte. Kolacja przeleciała koło nosa. No cóż, z głodu jeszcze nikt się nie zesrał. W półśnie zamknął okno, choć nie pamiętał, żeby je otwierał. Zdjął ubranie i nastawił budzik na 6:30. W drodze do sypialni, na małej komodzie w rogu pokoju, spostrzegł szklankę i butelkę whisky. Chyba drink mu nie zaszkodzi.
Obudził go dźwięk budzika. Na szczęście telefon położył na stoliku; to go zmusiło, żeby wstać. Ubrał się powoli i powłócząc nogami, udał się na śniadanie. Boże, potrzebuję kofeiny – pomyślał, kierując się w stronę drzwi. Na komodzie stała opróżniona do połowy butelka.
Śniadanie nie było zbyt wyszukane – standardowy szwedzki stół. Powoli dopijał kawę, przeglądając zebrane notatki, gdy jego uwagę przykuł fragment artykułu wycięty z gazety, a konkretnie wzmianka o rytuale egzorcyzmu. Autor zarzucał oszustwo i wciskanie ludziom ciemnoty. Chyba coś w tym jest. Jak odróżnić tak zwane opętanie od zwykłej choroby psychicznej? A może właśnie choroba psychiczna jest efektem ubocznym opętania.
Ledwo widząc na oczy, ruszył do pokoju. Już w windzie poczuł, jak poranna kawa przedziera się intensywnie przez jelita. Nagle ogarnął go gorąc, a czoło zalał zimny pot. Od windy gnał do pokoju drobnymi kroczkami z mocno zaciśniętymi pośladkami. Od razu wpadł do łazienki. Boże, jaka ulga.
Po paru dłuższych chwilach był gotów do wyjścia. Prawie chwycił za klamkę, gdy kątem oka zauważył leżącą na stoliku kopertę. Powoli podniósł ją. Ze środka wypadł kryształ, a raczej kamień. Był nieduży, owalny, matowo czarny, około jednego centymetra długości. Na jego jednej stronie wyryty był jakiś znak. Obrócił w dłoni kopertę, ale nie znalazł żadnej informacji. W tym momencie przypomniało mu się niedomknięte okno.
Odruchowo włożył kamień do kieszeni, dopił kawę i powoli ruszył w stronę wyjścia. Pomyślał, że przejdzie się piechotą, może przy okazji coś pozwiedza. Po przeciwnej stronie ulicy dostrzegł postać w ciemnym garniturze. Miał wrażenie, że widzi ją już któryś raz od czasu procesu.
Adres okazał się czytelnią. Budynek stary, zabytkowy, prawdopodobnie jak wiele w Rzymie kiedyś był kościołem. Ruszył między regały i zaczął szukać interesujących go książek. Oczywiście pozycji, które najbardziej go interesowały, nie znalazł.
Kiedy o nie poprosił, ksiądz obsługujący czytelnię spojrzał na niego. Przez chwilę zrobiło się nieswojo – zmierzył go wzrokiem, po czym wziął wypełnioną listę i w ciszy udał się na zaplecze. Po kilkunastu minutach wrócił, wioząc na małym wózeczku brakujące pozycje.
Spędził parę godzin, studiując historie starych zakonów. Szczegółowo opisane były przypadki opętań i rzekomo ratujących osoby opętane księży czy innych szalonych zakonników. Kilka pozycji było nawet ciekawych. Zabawne, że każda z nich opisywała jakieś wydarzenia, lecz w żadnej nie było nawet wzmianki o początkach egzorcyzmów. Żadna nie podawała, kiedy powstały ani kiedy mogło mieć miejsce pierwsze opętanie.
Zdecydował się pogrzebać trochę głębiej. Postanowił zasięgnąć języka u samego źródła – zakonu, który specjalizował się w badaniu historii kościoła. Ponieważ zaczęło robić się dość późno, to oznaczało, przesiedział w czytelni prawie cały dzień. Postanowił zacząć jutro rano.
Było już ciemno, kiedy przyłożył głowę do poduszki. Na stoliku stała pusta szklanka, wypita do połowy butelka whisky, okulary i notatki.
W zaułku po drugiej stronie ulicy postać w kapturze powoli uniosła głowę. Jej blade oczy przez chwilę patrzyły na okna hotelu. Bezszelestnie odwróciła się i zniknęła w ciemnej uliczce.
* * *
Droga do klasztoru była wyboista, żwirowa. Mała taksówka ledwo dawała sobie radę z dziurawą drogą. W strugach deszczu powoli zbliżał się do celu. Budynek był bardzo stary, kamienny, przypominał średniowieczny zamek. Olbrzymia ciężka brama wydawała się bardzo solidna. W dolnej jej części widniały małe drzwiczki.
Wysiadł z taksówki, spoglądając na otaczające go błoto i prawie nowe włoskie buty. Żałował, że nie założył gumiaków. Kołatka na drzwiach wydała z siebie trzy głuche uderzenia. Po chwili uchyliło się małe okienko. Usłyszał dźwięk otwieranych rygli – chyba czterech, sporo jak na zapomniany przez świat klasztor.
Drzwi otworzyły się, postać w kapturze skinęła bez słowa ręką, zapraszając do środka. Podwórze było niewielkie, wybrukowane kamienną posadzką. Mnich skinął dłonią, pokazując kierunek. Ruszył powoli do głównego budynku. W blasku piorunów dało się zauważyć wykute w murze znaki przypominające runy.
Mnich zaprowadził go do sali, raczej olbrzymiej komnaty będącej chyba biblioteką, po czym wyszedł bez słowa. Powoli rozejrzał się dookoła. Budynek wydawał się bardzo stary, lecz widać było wpływ świata współczesnego. Nowoczesne oświetlenie, niektóre zbiory złożone były w gablotach. Wyglądały na bardzo stare, a na ich grzbietach widniały te same znaki co na murach.
– Witam, jestem ojciec Dariusz – rozległo się nagle z drugiego końca sali. – Już dawno nikt nas nie odwiedzał, dlatego rad jestem z pana wizyty, zwłaszcza że interesujące pana pozycje to białe kruki, o których istnieniu wie tylko kilka osób.
– Dzień dobry. Tomasz Pyzel. Dziękuję, że zgodził się pan ze mną porozmawiać. Mam nadzieję, że nie sprawię kłopotów.
– Jestem pewien, że do tego nie dojdzie – zapewnił mnich z lekkim uśmiechem. – Dziś jest już dość późno. Naszą rozmowę będziemy kontynuować rano. Brat pokaże panu jego celę. Proszę nam wybaczyć spartańskie warunki, lecz ślubowaliśmy ubóstwo.
Niski mnich w milczeniu wskazał kierunek. Na kamiennych ścianach widać było biegnące kable. Drzwi do poszczególnych cel były drewniane, masywne, osadzone we wnękach. Cela była niewielka, skromnie wyposażona; małe łóżko, stolik, krzesło, niestety brakowało łazienki. Wysokie, wąskie na trzydzieści centymetrów okno nie miało klamki ani zasłon.
Mnich zamknął za sobą drzwi.
Tomek długo nie mógł zasnąć. Po korytarzach rozbrzmiewał cichy dźwięk jakiejś pieśni albo modlitwy. Wokół rozchodził się zapach stęchlizny i palonych kadzideł.
Tymczasem
Wąskie kamienne schody prowadzące do klasztornej piwnicy prowadziły do równie wąskiego korytarza. Światło dawały umieszczone co kilka metrów, trochę ponad wysokością głowy, pochodnie. Korytarz zakończony był niewielkim pomieszczeniem. Jedyne źródło światła stanowiły tam dziesiątki chaotycznie rozstawionych świec. Na środku stał niewielki kamienny ołtarz, a na nim pergamin.
Mnich bez słowa podszedł do ołtarza i położył ręce obok pergaminu. Dwie czarne świece po obu stronach zapłonęły bladym płomieniem. Oczy mnicha, białe, jakby pozbawione źrenic, zwrócone były w stronę pergaminu. Cicho wyszeptał słowa w niezrozumiałym języku:
– Przyjechał, tak jak mówiliście.
Po chwili na pergaminie pojawiły się znaki podobne do tych na murach.
– Ile wie? – Po sali rozlał się niski, ochrypły głos. Znaki zniknęły.
– Jeszcze nie wiem, ale podąża dobrym tropem.
Na pergaminie pojawiły się kolejne symbole.
– Ma to?
– Podobno, nie wiem na pewno – odpowiedział mnich.
– Najpierw dowiedz się, ile wie, i odzyskaj kamień.
Czarne świece zgasły, napisy zniknęły z pergaminu. Mnich podniósł dłonie, wstał i ruszył w kierunku drzwi. Przez chwilę jeszcze patrzył na wiszący na ścianie gobelin. Przedstawiał jakiś obrzęd – w centralnej części stały dwie postacie w zbrojach, wokół nich postacie w kapturach z uniesionymi rękoma. Ruszył w wąskim korytarzem.
Poranek był dość chłodny; w dali dało się słyszeć krzątaninę na dziedzińcu. Rozległo się pukanie do drzwi, niski mnich zaprosił Tomka na śniadanie. Sala była niewielka: dwa długie stoły po obu stronach, ławy do siedzenia. Menu nie było wyszukane: kasza na wodzie i chleb; na szczęście nie zapomnieli o kawie.
Po śniadaniu został zaprowadzony do biblioteki, na niewielkim stoliku leżały wspomniane przez Tomka pozycje.
– Witam – powiedział mężczyzna w garniturze. Był dobrze zbudowany, miał około sześćdziesięciu lat. – Nawet nie wie pan, ilu ludzi zaniepokoiła pańska dociekliwość. Prośba o rozmowę w naszej skromnej bibliotece zmusiła nas do wnikliwszego przyjrzenia się sprawie. Wiedza, której pan szuka, nie może trafić do opinii publicznej. Nasza organizacja od wieków dba o utrzymanie tajemnicy. To, co panu powiem, może wydawać się niemożliwe. Zacznę jednak od początku.
Do sali wszedł mnich. Na stole postawił herbatę, po czym bez słowa wyszedł. Mężczyzna nalał herbaty i kontynuował:
– Różne światy istniały jednocześnie długo przed tym, jak kontynenty zaczęły się rozdzielać. Istoty żyjące w różnych wymiarach mogły się między nimi swobodnie przemieszczać. Niektóre z nich egzystują na poziomie energetycznym, dlatego można do nich przenosić jedynie świadomość, energię, duszę… Niech pan to nazywa, jak chce.
Przerwał na chwilę; chyba zauważył uśmiech Tomka. Wrzucił do herbaty dwie kostki cukru, po czym dodał:
– Jak powiedziałem: istoty w tych światach są na różnym etapie rozwoju technologicznego i umysłowego. Nasz jest niestety jednym ze słabiej rozwiniętych. Dlatego w pewnym momencie niektóre rasy postanowiły zamknąć przejścia, uniemożliwić przechodzenie istot bardziej rozwiniętych i ingerencję w rozwój innych światów.
– Ale jeśli tak jest, mogłyby nas wiele nauczyć – stwierdził Tomek z lekką drwiną.
– Jest pan optymistą. Nie można mieć do pana pretensji. Chciałby pan dobrze, lecz problem tkwi nie tylko w ludziach i ich strachu. Problemem są istoty bardziej rozwinięte. Jesteśmy dla nich jak mrówki w mrowisku, dosłownie, zarówno pod względem rozwoju technologicznego, jak i emocjonalnego. – Mężczyzna zamilkł, wpatrując się w Tomka. – Miał pan kiedyś wyrzuty sumienia, bo zdeptał pan mrówkę? Czy dziecko ma skrupuły, kiedy wyrwie nogi pająkowi? Mówię o istotach mogących kontrolować materię. W wielu światach jest to wiedza i umiejętność powszechna, jak dla nas jazda samochodem.
Tomek słuchał uważnie i upił łyk gorącego napoju.
– Ale wraz z postępem technologii i rozwojem wiedzy każda istota traci coś z własnej osobowości – kontynuował mężczyzna. – Psycholodzy nazywają to nawet u nas kompleksem Boga. Ktoś, kto ma władzę prawie absolutną lub technologię pozwalającą prawie na wszystko, przynajmniej w naszym pojęciu, po tysiącach lat zaczyna się nudzić; zaczynają z niego wychodzić najciemniejsze i najbardziej pierwotne instynkty i robi to, na co ma ochotę. Tylko dlatego, że może. Widzi pan? Stąd wzięły się nasze legendy o prastarych bogach. Atlantyda, Olimp… W naszej historii mamy mnóstwo zapisów egzystencji tych istot w naszym świecie.
Mężczyzna westchnął, jakby zastanawiał się, ile jeszcze powinien zdradzić.
– Niestety, tak jak my potrzebujemy jedzenia, aby żyć, tak niektóre z tych ras potrzebują pożywienia, swego rodzaju energii, do egzystencji. Wiara w ich boskość pozwala im żyć wiecznie. Niektórzy z nich czerpią energię z modlitw wiernych, lecz są i tacy, którym przyjemność sprawia żywienie się bólem i cierpieniem. I tak jak w naszym, w wielu innych światach te istoty stały się tak okrutne, że postanowiono zamknąć im możliwość przechodzenia dalej. Przez tysiące lat wypracowano najbardziej efektywną metodę kontroli. Poprzez religię instytucja Kościoła ma kontrolę nad niemal całą populacją. Dała nam najlepszą formę obrony i możliwość ingerencji na całym świecie.
Tomek starał się przetrawić słowa mężczyzny. Opowieść wydawała się nieprawdopodobna.
– Zanim organizacja przystąpi do działań – ciągnął mężczyzna – trzeba każdy przypadek zbadać i określić, z jakiego świata możemy mieć gościa, a później odesłać go z powrotem. Właśnie do tego służą rytuały zwane powszechnie egzorcyzmami. Dawno temu podarowano nam artefakty i nauczono nas z nich korzystać, lecz nawet w dzisiejszych czasach nie wiemy, jak funkcjonują. Pozwalają nam odsyłać gości do ich świata. – Posłał Tomkowi wnikliwe spojrzenie. – Wiemy, iż jest pan w posiadaniu przedmiotu, na którym bardzo nam zależy. Zaoszczędziłby nam pan dużo czasu i wysiłku, gdyby nam go pan oddał.
– Przepraszam, ale jestem trochę zdezorientowany… Chyba nie do końca dotarła do mnie pańska opowieść – odpowiedział skonfundowany. – Rozumiem, że chodzi o kamień. Powie mi pan, do czego służy?
– Nie wiem – odparł. – Nikt tego nie wie. Jest on częścią artefaktu, który bez kamienia jest bezużyteczny, a do tego nie możemy dopuścić. Taka nasza rola. Jak powiedziałem, wiemy, jak ich używać, lecz nie wiemy, jak działają.
– Rozumiem – westchnął Tomek. – Po tym, co mi pan powiedział, chyba nie mam wyboru. Jaką będę miał pewność, że kiedy go oddam, nie będę miał wypadku albo czegoś w tym rodzaju? – spytał z niepewną miną.
– Musimy sobie zaufać – oznajmił z uśmiechem zakonnik. – Proponuję, aby wziął pan udział w egzorcyzmie. Będzie pan miał lepszy obraz, jak to wygląda.
– Bardzo chętnie – potwierdził ochoczo Tomek. – Będę miał wspaniały materiał do artykułu.
Kilka dni później
Zapraszamy do zakupu pełnej wersjiNakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się również:
Nigdy nie mozesz byc pewny,
jak daleko zaprowadzi cie wyobraznia...
albo obca cywilizacja
Czy kiedykolwiek wpatrywaliście się w rozgwieżdżone niebo, zadając sobie pytanie: A co, jeśli nie jesteśmy we wszechświecie sami? Dla Tomka, ojca dziewięcioletniego chłopca, ta wątpliwość wkrótce nabierze zdumiewająco realnych kształtów. Katastrofa ekologiczna, której jest świadkiem, to tylko początek trudnych do wytłumaczenia wydarzeń, jakie wstrząsną jego życiem. Wraz z przypadkowo spotkaną kobietą Tomek trafia na pokład statku kosmicznego zacumowanego na Księżycu. Szybko okazuje się, że pomieszczenie, w którym oboje przebywają, to laboratorium, a otaczający ich Obcy zdecydowanie nie mają przyjacielskich zamiarów… Czy to możliwe, by wydostać się z tej kosmicznej pułapki i bezpiecznie dotrzeć na Ziemię?